To nie kwesta dnia ani pogody Robert. Nie wiem doprawdy jak można ośmieszać Williamsa czy tym bardziej Wildera, a potem wrzucać coś takiego!
Best of Forum (Albumy) vol. 2
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Re:
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Czekam na pełny tekst.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
A Wilder się przecież sam ośmieszył, my nic mu nie pomagaliśmy
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
nie wiem kto tu ośmieszał Williamsa
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
KUR(W)Y - Jesienna Deprecha, wróć, Polovirus
Umówmy się, co do "żartu" w nagłówku, ktoś to w końcu musiał zrobić. Albo nie, ale ja zrobiłem, a Wy nic z tym zrobić nie możecie, drodzy P.T. Forumowicze. Wracając do sedna.
Jako że zostałem lekko zroastowany za rozmiary recki Williamsa, tutaj pozwolę sobie być oszczędny w słowa (a tak naprawdę nie do końca z tego powodu). Jesienna Deprecha Jesienną Deprechą, aż musiałem sobie przypomnieć, co ja wtedy skrobałem, jednak coś innego przykuło moją uwagę - to był styczeń 2023, Dżizus, dawno temu. I mało jesiennie, wtedy chyba śnieg leżał? Tak jakoś pamiętam... Tak czy inaczej, przyszedł moment konfrontacji z całością dzieła i... nie wiem, co powiedzieć. W ogóle nie wiem co napisać ani nic. Ale coś muszę, więc napiszę (wciąż nie możecie nic z tym zrobić). Zacznę od grubego statementu:
TEN ALBUM BYŁBY LEPSZY, GDYBY BYŁ INSTRUMENTALNY.
Tymański to fiut i mnie drażni (ale nie w ten fajny sposób), więc nie będę mu dokładał, Możdżer to szur, Deriglasoff to jak i cała reszta Pudelsów, zresztą nieważne. Właściwie zastanawiam się, co mnie pchnęło do porównania Kur do Elektrycznego Węgorza w swojej recce Deprechy, wszak to jest... niby ambitniejsza odsłona Braci Figo Fagot lol. Z tym, że był w moim życiu czas, gdy do muzy BFF po prostu dobrze się bawiłem, byłem gówniarzem-studentem, dużo piłem, dużo paliłem, dużo tańczyłem, muza ta - stanowiąca jakieś lustrzane odbicie disco polo, będące jednocześnie ukazaniem jego na dobrą sprawę prawdziwej twarzy - była pod te wszystkie aktywności w sam raz. Siłą rzeczy znałem teksty, po kilku głębszych przyszło podśpiewywać etc., takie tam. Być może te 12 lat wcześniej, gdybym nie miał 11 tylko 23, to bym skakał do Polovirusa, ale na dobrą sprawę cieszę się, że tak nie było. Nie odmawiając kunsztu i talentu niektórym (no dobra, niech będzie, że wszystkim) muzykom, którzy w tym projekcie wzięli udział, najprzyjemniejsze są pianinowe wirtuozerie Możdżera (jak akurat gra, wszak on tylko sesyjnie-współpracująco), jakieś tam pady, czasem gitary. Tekstowo to miks 220V z tanim punkiem, czegoś takiego słuchała moja pierwsza dziewucha. Nieznośne wprost, męczące i przytłaczające. ZNÓW - zapewne jest tak ze względu na brak jakiegokolwiek doświadczenia kulturowo-pokoleniowego z tym krążkiem. Nie da się już tego nadrobić.
Śmierdzi Mi Z Ust to są Bracia Figo Fagot tak bardzo, że aż trudno mi uwierzyć, że to nie Walaszek pisał im tekst. Muza też brzmi mocno podobnie, ot, coś, co możnaby z siebie wydobywać po wypiciu zbyt dużej ilości wódki. Jesienna Deprecha... zdania nie zmieniłem, zapraszam do poprzednej mojej recki, nietrudno ją znaleźć. Nie Martw Się Janusz, tu się robi ciekawie - pomijając ten beznadziejnie pretensjonalny wstęp liryczny, to muza przypomina Throbbing Gristle w domu i wychodzi zaskakująco dobrze. Powtórzę - muzycznie ten album się broni, problemem są byle jakie teksty i równie byle jaka maniera ich wyśpiewywania (choć rozumiem założenia, to jednak - w mojej opinii - nie wyszło). Prawdę mówiąc to przy którymś kolejnym odsłuchu złapałem też przyjemność ze słuchania JD, ale bez zwracania uwagi na słowa xD Dlaczego to już w ogóle ciekawa jazda stylistyczna, nawet mi się do pewnego stopnia wokalnie podobało, niemniej jednak wódczano-buraczany humor o fekaliach w dawkach przekraczających moją tolerancję nie da rady. Właściwie jedynie numer, który nawet mi kliknął (bo przypomniał te fajniejsze momenty spędzone z twórczością Staszewskiego) to Kibolski. Sztany, Glany byłyby gdzieś niedaleko, ale jarmarczna stylistyka tego dzieła mnie skutecznie odstrasza od siebie. Ideały Sierpnia rozumiem jako koncept, tyle, że koncept dla mnie nie wypalił. Gadki w ogóle pominąłem, bo nie mam pojęcia, jak oceniać tego typu skity, Trygław miał nienajgorszą gitarę. Nie Mam Jaj sprawiło, że autentycznie lekko skisłem, ale to taki bardziej kek z zaskoczenia, jeśli z kolei chodzi o samo brzmienie, to jeden z moich ulubionych na płycie. Kontynuacja Trygława prawdopodobnie mocniej rozśmieszyłaby mnie w 2012. Teraz meham. No dobra, Szatan. Ok, Szatan to jest klasyk i to w 2012 to nawet i ja śpiewałem na libacjach, ale to Szatan, Szatan to klasyk jak szczupak jest król wód i tyle. Na szczęście jestem usprawiedliwiony, albowiem trwa to tylko niecałe półtorej minuty. W ogóle wielką zaletą tego albumu jest to, że jest on krótki, przez co można go zrobić w jeden wieczór, łącznie trzy wieczory i idzie napisać reckę. Kolejną Gadkę też pominę, ale tam chociaż się fajne rzeczy na gitarze robią w tle i przy okazji. Mój Dżez brzmi z kolei jak coś, co mogło zostać wygenerowane przez sztuczną inteligencję. Przy czym ponownie daje radę, tylko czemu tyle uwagi poświęca się gównu... Nie wiem, i nawet się nie domyślam. Końcowe wokalizy w ogóle pominę. Adam Ma Dobry Humer to w ogóle nie wiem co jest, ale szanuję za nawiązanie do jednej z bardziej parszywych postaci polskiej historii (akurat w okolicach wydania Polovirusa trafił do pierdla, więc dobry timing). O Psie to mam wrażenie, że gdzieś już słyszałem, ale sobie nie przypomnę. Znów lekko kekłem, ale to bardziej przypadek. W ogóle to wydaje mi się, że nadużywam słowa "ale". Cały ten krążek to jedno wielkie ALE. Niby spoko, ALE. Niby da się słuchać, ALE. Z czasów pancurowych nie tyle wyrosłem, co nigdy w nich nawet nie byłem, w sumie cieszę się, że nie byłem wczesnym millenialsem czy późnym iksem, żeby mieć 15-16 lat w tym 1998 roku (a jak bardzo zazdrościłem wtedy tamtym 16-latkom bycia tak "dojrzałym"...), bo ani chybi słuchałbym właśnie tego i jeszcze uważał za KLASYK. Z drugiej strony cieszę się, że nie jestem zoomerem, bo jarałbym się nieironicznie świeżym Taco. Nie wiem, co gorsze. A, Lemur Nokto-cośtam. Powtarzałem to samo już parę razy, więc powtórzę jeszcze raz, bo czemu nie - z przyjemnością wracałbym i do tego numeru i do masy innych, gdyby nie teksty. No dobra, a podsumowanie?
Powtarzałem to samo już parę razy, więc powtórzę jeszcze raz, bo czemu nie - z przyjemnością wracałbym i do tego numeru i do masy innych, gdyby nie teksty. Powtarzałem to samo już parę razy, więc powtórzę jeszcze raz, bo czemu nie - z przyjemnością wracałbym i do tego numeru i do masy innych, gdyby nie teksty. Powtarzałem to samo już parę razy, więc powtórzę jeszcze raz, bo czemu nie - z przyjemnością wracałbym i do tego numeru i do masy innych, gdyby nie teksty. Powtarzałem to samo już parę razy, więc powtórzę jeszcze raz, bo czemu nie - z przyjemnością wracałbym i do tego numeru i do masy innych, gdyby nie teksty. Powtarzałem to samo już parę razy, więc powtórzę jeszcze raz, bo czemu nie - z przyjemnością wracałbym i do tego numeru i do masy innych, gdyby nie teksty. Powtarzałem to samo już parę razy, więc powtórzę jeszcze raz, bo czemu nie - z przyjemnością wracałbym i do tego numeru i do masy innych, gdyby nie teksty.
Tyle.
Umówmy się, co do "żartu" w nagłówku, ktoś to w końcu musiał zrobić. Albo nie, ale ja zrobiłem, a Wy nic z tym zrobić nie możecie, drodzy P.T. Forumowicze. Wracając do sedna.
Jako że zostałem lekko zroastowany za rozmiary recki Williamsa, tutaj pozwolę sobie być oszczędny w słowa (a tak naprawdę nie do końca z tego powodu). Jesienna Deprecha Jesienną Deprechą, aż musiałem sobie przypomnieć, co ja wtedy skrobałem, jednak coś innego przykuło moją uwagę - to był styczeń 2023, Dżizus, dawno temu. I mało jesiennie, wtedy chyba śnieg leżał? Tak jakoś pamiętam... Tak czy inaczej, przyszedł moment konfrontacji z całością dzieła i... nie wiem, co powiedzieć. W ogóle nie wiem co napisać ani nic. Ale coś muszę, więc napiszę (wciąż nie możecie nic z tym zrobić). Zacznę od grubego statementu:
TEN ALBUM BYŁBY LEPSZY, GDYBY BYŁ INSTRUMENTALNY.
Tymański to fiut i mnie drażni (ale nie w ten fajny sposób), więc nie będę mu dokładał, Możdżer to szur, Deriglasoff to jak i cała reszta Pudelsów, zresztą nieważne. Właściwie zastanawiam się, co mnie pchnęło do porównania Kur do Elektrycznego Węgorza w swojej recce Deprechy, wszak to jest... niby ambitniejsza odsłona Braci Figo Fagot lol. Z tym, że był w moim życiu czas, gdy do muzy BFF po prostu dobrze się bawiłem, byłem gówniarzem-studentem, dużo piłem, dużo paliłem, dużo tańczyłem, muza ta - stanowiąca jakieś lustrzane odbicie disco polo, będące jednocześnie ukazaniem jego na dobrą sprawę prawdziwej twarzy - była pod te wszystkie aktywności w sam raz. Siłą rzeczy znałem teksty, po kilku głębszych przyszło podśpiewywać etc., takie tam. Być może te 12 lat wcześniej, gdybym nie miał 11 tylko 23, to bym skakał do Polovirusa, ale na dobrą sprawę cieszę się, że tak nie było. Nie odmawiając kunsztu i talentu niektórym (no dobra, niech będzie, że wszystkim) muzykom, którzy w tym projekcie wzięli udział, najprzyjemniejsze są pianinowe wirtuozerie Możdżera (jak akurat gra, wszak on tylko sesyjnie-współpracująco), jakieś tam pady, czasem gitary. Tekstowo to miks 220V z tanim punkiem, czegoś takiego słuchała moja pierwsza dziewucha. Nieznośne wprost, męczące i przytłaczające. ZNÓW - zapewne jest tak ze względu na brak jakiegokolwiek doświadczenia kulturowo-pokoleniowego z tym krążkiem. Nie da się już tego nadrobić.
Śmierdzi Mi Z Ust to są Bracia Figo Fagot tak bardzo, że aż trudno mi uwierzyć, że to nie Walaszek pisał im tekst. Muza też brzmi mocno podobnie, ot, coś, co możnaby z siebie wydobywać po wypiciu zbyt dużej ilości wódki. Jesienna Deprecha... zdania nie zmieniłem, zapraszam do poprzednej mojej recki, nietrudno ją znaleźć. Nie Martw Się Janusz, tu się robi ciekawie - pomijając ten beznadziejnie pretensjonalny wstęp liryczny, to muza przypomina Throbbing Gristle w domu i wychodzi zaskakująco dobrze. Powtórzę - muzycznie ten album się broni, problemem są byle jakie teksty i równie byle jaka maniera ich wyśpiewywania (choć rozumiem założenia, to jednak - w mojej opinii - nie wyszło). Prawdę mówiąc to przy którymś kolejnym odsłuchu złapałem też przyjemność ze słuchania JD, ale bez zwracania uwagi na słowa xD Dlaczego to już w ogóle ciekawa jazda stylistyczna, nawet mi się do pewnego stopnia wokalnie podobało, niemniej jednak wódczano-buraczany humor o fekaliach w dawkach przekraczających moją tolerancję nie da rady. Właściwie jedynie numer, który nawet mi kliknął (bo przypomniał te fajniejsze momenty spędzone z twórczością Staszewskiego) to Kibolski. Sztany, Glany byłyby gdzieś niedaleko, ale jarmarczna stylistyka tego dzieła mnie skutecznie odstrasza od siebie. Ideały Sierpnia rozumiem jako koncept, tyle, że koncept dla mnie nie wypalił. Gadki w ogóle pominąłem, bo nie mam pojęcia, jak oceniać tego typu skity, Trygław miał nienajgorszą gitarę. Nie Mam Jaj sprawiło, że autentycznie lekko skisłem, ale to taki bardziej kek z zaskoczenia, jeśli z kolei chodzi o samo brzmienie, to jeden z moich ulubionych na płycie. Kontynuacja Trygława prawdopodobnie mocniej rozśmieszyłaby mnie w 2012. Teraz meham. No dobra, Szatan. Ok, Szatan to jest klasyk i to w 2012 to nawet i ja śpiewałem na libacjach, ale to Szatan, Szatan to klasyk jak szczupak jest król wód i tyle. Na szczęście jestem usprawiedliwiony, albowiem trwa to tylko niecałe półtorej minuty. W ogóle wielką zaletą tego albumu jest to, że jest on krótki, przez co można go zrobić w jeden wieczór, łącznie trzy wieczory i idzie napisać reckę. Kolejną Gadkę też pominę, ale tam chociaż się fajne rzeczy na gitarze robią w tle i przy okazji. Mój Dżez brzmi z kolei jak coś, co mogło zostać wygenerowane przez sztuczną inteligencję. Przy czym ponownie daje radę, tylko czemu tyle uwagi poświęca się gównu... Nie wiem, i nawet się nie domyślam. Końcowe wokalizy w ogóle pominę. Adam Ma Dobry Humer to w ogóle nie wiem co jest, ale szanuję za nawiązanie do jednej z bardziej parszywych postaci polskiej historii (akurat w okolicach wydania Polovirusa trafił do pierdla, więc dobry timing). O Psie to mam wrażenie, że gdzieś już słyszałem, ale sobie nie przypomnę. Znów lekko kekłem, ale to bardziej przypadek. W ogóle to wydaje mi się, że nadużywam słowa "ale". Cały ten krążek to jedno wielkie ALE. Niby spoko, ALE. Niby da się słuchać, ALE. Z czasów pancurowych nie tyle wyrosłem, co nigdy w nich nawet nie byłem, w sumie cieszę się, że nie byłem wczesnym millenialsem czy późnym iksem, żeby mieć 15-16 lat w tym 1998 roku (a jak bardzo zazdrościłem wtedy tamtym 16-latkom bycia tak "dojrzałym"...), bo ani chybi słuchałbym właśnie tego i jeszcze uważał za KLASYK. Z drugiej strony cieszę się, że nie jestem zoomerem, bo jarałbym się nieironicznie świeżym Taco. Nie wiem, co gorsze. A, Lemur Nokto-cośtam. Powtarzałem to samo już parę razy, więc powtórzę jeszcze raz, bo czemu nie - z przyjemnością wracałbym i do tego numeru i do masy innych, gdyby nie teksty. No dobra, a podsumowanie?
Powtarzałem to samo już parę razy, więc powtórzę jeszcze raz, bo czemu nie - z przyjemnością wracałbym i do tego numeru i do masy innych, gdyby nie teksty. Powtarzałem to samo już parę razy, więc powtórzę jeszcze raz, bo czemu nie - z przyjemnością wracałbym i do tego numeru i do masy innych, gdyby nie teksty. Powtarzałem to samo już parę razy, więc powtórzę jeszcze raz, bo czemu nie - z przyjemnością wracałbym i do tego numeru i do masy innych, gdyby nie teksty. Powtarzałem to samo już parę razy, więc powtórzę jeszcze raz, bo czemu nie - z przyjemnością wracałbym i do tego numeru i do masy innych, gdyby nie teksty. Powtarzałem to samo już parę razy, więc powtórzę jeszcze raz, bo czemu nie - z przyjemnością wracałbym i do tego numeru i do masy innych, gdyby nie teksty. Powtarzałem to samo już parę razy, więc powtórzę jeszcze raz, bo czemu nie - z przyjemnością wracałbym i do tego numeru i do masy innych, gdyby nie teksty.
Tyle.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Walaszek i Połać > ktokolwiek > Tymon Tymański
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
ahh shit here we go another trudny dzień forumu again
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Co zrobisz jak nic nie zrobisz
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Coś słabo Wam to idzie
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Dragon jak czymś rzuci to zawsze w gardle stanie 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ostatnio to chyba wszystkie płyty w gardłach stają
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
No właśnie
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Ruszcie się koledzy bo ja już z recką Ladytron czekam :p
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
współczuję
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Kury – P.O.L.O.V.I.R.U.S
Mój Boże. To nie jest moje pierwsze starcie z tym albumem Kur. Mam wśród znajomych grono, które bardzo energicznie zachwyca się „Polvirusem” i stawia go jako topkę polskiej muzyki. Sprawdziłem i jakoś pasowało mi, że osoby które głosiły te wyolbrzymione opinie, to fani King Crimson. Miałem nadzieję, że nie będę musiał już więcej wracać do tego albumu, no ale bestka. Nie będę smucił, że czuję się atakowany, nie będzie też buntu, po prostu szczerze napiszę co sądzę. Dodam tylko, że nie siadałem do tej płyty z jakimś mega negatywnym biasem, ok, wdychałem ostro jak widziałem, że Dragon to wrzuca, ALE, klasycznie, uznałem, że to będzie dobra okazja żeby po czasie się z czymś skonfrontować (i zobaczyć, czy dalej jestem yntelektualnie masakrowany).
Z tego co rozumiem, ten album to pastisz stylów, a mówiąc inaczej, pastisz tandety. Tutaj wszystko jest udawane, w konwencji, ktośtam does cośtam. Czasami takie rzeczy są fajne, czasami nie. Może jestem jednak zbiasowany, ale na pewno niechęcią napawa mnie udział Tymańskiego. Nie chce mi się tutaj rozpoczynać jakiejś dyskusji na temat tego człowieka, po prostu gościa nie lubię. Talent oczywiście ma, co pokazał w innych projektach, ale mnie Kury nie kręcą, podobnie jak nie kręcił mnie szczególnie Grzegorz z Ciechowa, mimo że Ciechowskiego uwielbiam.
Tak czy inaczej, zmierzam trochę do podsumowania (wczesnego) tego, co mi się w tym albumie nie podoba. Przede wszystkim, nie uważam, że gówno robione dla jaj, jest mniej gówniane niż gówno robione na serio. Tandeta robiona dla uzyskania tandety, nadal jest tandetą. To nie jest jakieś „hyhy, kto wie ten wie”, czy „hyhy, pozdro dla kumatych”. To jest chujowe i tyle xD Ale chujowe rzeczy mają czasami fajne elementy. I generalnie bycie chujowym, nie musi być z miejsca traktowane pejoratywnie (mimo, że zdrowy rozsądek tak nakazuje).
Muzyka. Muzyka jajo, ale, żeby nie było. Muzycznie przedzierają się czasami rzeczy przynajmniej interesujące i niechujowe, chociaż w tym kontekście i tak śmierdzą gównem. Mam tu np. na myśli jazzową wstawkę z „Nie martw się , Janusz”. Takie „zobaczcie, my słuchamy dobrej muzy, to wcześniej było dla jaj, my wcale tacy nie jesteśmy, zobaczcie jaki jazzik umiemy, dajesz Leszek”. Fajnie, spoko, nie powiem, że to jest chujowe, ale też nie wiem czemu miałbym kiedykolwiek odpalać „Polvirusa”, mając ochotę na jazz i czemu miałbym słuchać tego vocoderowego gówna, tylko żeby dojść do, mimo wszystko, generycznego jazzowego sola na pianinie xD
To właśnie dobrze podsumowuje muzyczną zawartość tego albumu Kur. Bywają tutaj naprawdę fajne fragmenty, ale trochę co z tego. To trochę jakby włączać album dla samych skitów (no, chyba że mówimy o płycie Ostrego, to wtedy dla beki można).
Teksty to są takie abstrakcyjne rzeczy, którymi można się mocno jarać w liceum, i ok, ja to rozumiem, potem może pozostać sentyment. Z tego choćby względu, tyle dzieciarni chodzi na koncerty Kultu, albo słucha polskiego punka, albo jeszcze lepiej, chodzi na koncerty Braci Figo Fagot.
W „Dlaczego”, zespół wjeżdża w weselnego walca, z psychodelicznymi efektami i wokalami na końcu. W sumie dla kogo to jest. Na wesele się nie nada, a fani psychodelii nie są chyba aż tak zdesperowani, żeby słuchać Kur. Obrywa się też rapowi w „Kibolskim”. Przypomina mi to trochę, jak Pan Yapa rapował w jakichś programach dla dzieci i to był taki rap, żeby nawiązać do zeitgeistu, ale jednocześnie się nie namęczyć za bardzo. Jest to coś, co funkcjonuje sprawnie chyba tylko w polskich kabaretach. Ja nie jestem wielkim fanem satyry w muzyce, chyba, że to jest jakiś Kabaret Olgi Lipińskiej, czy coś. No, ale Kury to przy KOL nie stały nawet przez ułamek sekundy.
Na plus, fajne breakbeaty.
W moim gimnazjum, krążyła kiedyś taka kaseta, którą każdy sobie zgrywał i podawał dalej. Były tam takie rzeczy jak „Pedały”, „Mietek ciągle chlał”, „Jebu jebu jeb”, tudzież „Baśń o królewnie Pizdolonej” w całości (jest to genialne do dziś). To była taka składanka gówien do pośmiania się. No i IMO „Polvirus” to jest DOKŁADNIE to, ale z jakiegoś powodu, fani tej płyty, których znam, traktują kult tego albumu śmiertelnie poważnie, a jak ktoś tego nie kuma, to kierowane są w jego kierunku wywyższające spojrzenia i kpiące uśmieszki. To też na pewno nie pomaga sprawie.
„Ideały sierpnia” brzmią jak coś, co by na jakimś kabaretonie mógł śpiewać Jerzy Kryszak, tak powielam dowcip z chyba recenzji Kaczmarskiego, ale właśnie, Kaczmarski też tu przelatuje, niczym smród z publicznej toalety. Tutaj nawet idzie potraktować to poważnie, gdyby nie te kabaretowe wokale, które służą chyba głównie temu, żeby czasem ktoś tego na poważnie nie wziął.
Matka, matka, matkaaaa… weź to wyłącz.
„Nie mam jaj”, kojarzy mi się z Bartinim, który to podśpiewywał na próbach Azbestu. Bo w sumie to jest taki album, który kojarzy mi się z tym, czego Bartini lubił słuchać. Na szczęście, BJ-ej nigdy nie chciał czegoś takiego robić u nas, CHOCIAŻ kilka jego pomysłów niebezpiecznie zbliżało się do tego, czym są Kury (ale ja wtedy tej płyty nie znałem, i nie kumałem nawiązań). Jaja z kolejnego nurtu, tym razem z rege. Albo brak jaj. Spoko.
„Trygław II” brzmi jak niektóre wczesne numery Comy nagrane na serio. Tutaj śmiechłem szczerze, bo czasami przy takiej muzyce, naprawdę nie idzie odróżnić, czy ktoś się zesrywa na poważnie i uważa, że to jest super, czy ktoś robi sobie jaja. It’s the same picture.
Dobra, uwaga, jest „Szatan”. Tutaj dochodzi do tego, o czym pisałem wcześniej. To jest numer, który znam od dawna, kiedy byłem małym chłopcem hej. No i mam sentyment do tego gówna, tak jak mam sentyment do „Mietek ciągle chlał”. Bez takiego zaplecza, naprawdę nie jest łatwo tu się o cokolwiek zaczepić. Mam wrażenie, że jeśli nie posłucha się tego za gówniarza, to potem jest naprawdę trudno i to moje podejście teraz, dwa lata od 40tki, nie ma po prostu sensu, tu się nic już nie urodzi. Inna sprawa, że do tych rzeczy, do których mam bekowy sentyment, to też nie wracam jakoś szczególnie, to jest bardziej coś do rzucenia w powietrze przy jakimś alkoholu, a że alkoholu raczej już nie piję, to rozumiecie, tldr.
Skity o koszykówce pewnie mają sens dla tych kumatych i wtajemniczonych, dla mnie to po prostu pierdololo, jak na płytach Pezeta. „Mój dżez”, kurde, nie lubię kiedy ludzie robią sobie jaja z jazzu. Nie, że mam ból dupy, ale zwyczajnie nie potrafię tego słuchać z przyjemnością, a szkoda, bo podkład tutaj jest rasowy. Wiadomo, brzmi jakby AI coś wypluło z promptu „jazz”, ale kurde solówka gitarowa fajna, kontrabas cudny, klimat zajebisty. Instrumental bym wciągnął, mimo że to nie jest nic nowego, ani ciekawego. Skatowanie na końcu jednak wytrąca mnie z tych rozmyślań i sprowadza na ziemię. siusiak ci w dupę Tymon. „O psie” nie napiszę w sumie nic, bo mi się nie chce.
Ten album jest jak dyplom wejścia na Morskie Oko, który może sobie kupić każdy, kto wjechał jebaną bryczką, ciągniętą przez biedne, zmaltretowane konie. Muza kabaretowa, ale np. kiedy myślę o niektórych kabaretach, zwłaszcza z dawniejszych czasów (np. wspomniany Kabaret Olgi Lipińskiej), to widzę w głowie ludzi wykształconych, uśmiechniętych, serdecznych i pełnych życia. Kiedy myślę o Tymańskim, to wyobrażam sobie dzieciaka, który dla zabawy wyrywał motylom skrzydła, czy coś, małego pokurwa, który ostatecznie nagrał kabaretowy album i nazwał go „Polvirus z kropkami”. Ja generalnie trochę gardzę zjawiskiem słuchania czegoś „ironicznie”, ale wiem, że są ludzie, którzy tego słuchają na serio, bo to ma jakąś wartość liryczną, i jako satyra też ich przekonuje, bo się zwyczajnie utożsamiają z poczuciem humoru i poglądami Tymona. Ja jestem z tych, którzy mają to generalnie w dupie. Dragon pisze, że teksty o jebaniu nazioli, wkładaniu w dupe kija nacjololo i prawdziwym polakom, no kurcze, fajne rzeczy, ale mnie to w muzyce nigdy jakoś szczególnie nie kręciło, w sensie, polska muzyka jako platforma do światopoglądowania, buntowania się, itd. Spływa to po mnie, nie mam narzędzi do docenienia takich rzeczy, bo ich w muzyce zwyczajnie nie szukam, a jeśli już są, to traktuję je trochę jak ślad na suficie po ubiciu komara, wygląda średnio, ale nie na tyle, żeby mi się chciało wchodzić na krzesło i próbować to zetrzeć. Nie mam nic do Kur, Tymański to kretyn, ale kretyn, który ma talenty, słuchałem tego i owego muzycznego jego, co mi się szczerze podobało. Podobno to nawet inteligentny kretyn, ale nie znam typa. Dobra, bo zaczyna wyglądać jakbym się tłumaczył. Rozumiem, że ludziom się może podobać ten album, jestem w stanie nawet powiedzieć, że go szanuję, bo faktycznie stoją za nim ludzie utalentowani, którzy się narąbali i nagrali album. Mimo to, nie będę udawał, że to jest coś dla mnie, nie będę raczej do tego wracał, poza podśpiewaniem sobie „szaataaan, szaatan”, co robiliśmy ostatnio z Musiałem. Oł je.
Mój Boże. To nie jest moje pierwsze starcie z tym albumem Kur. Mam wśród znajomych grono, które bardzo energicznie zachwyca się „Polvirusem” i stawia go jako topkę polskiej muzyki. Sprawdziłem i jakoś pasowało mi, że osoby które głosiły te wyolbrzymione opinie, to fani King Crimson. Miałem nadzieję, że nie będę musiał już więcej wracać do tego albumu, no ale bestka. Nie będę smucił, że czuję się atakowany, nie będzie też buntu, po prostu szczerze napiszę co sądzę. Dodam tylko, że nie siadałem do tej płyty z jakimś mega negatywnym biasem, ok, wdychałem ostro jak widziałem, że Dragon to wrzuca, ALE, klasycznie, uznałem, że to będzie dobra okazja żeby po czasie się z czymś skonfrontować (i zobaczyć, czy dalej jestem yntelektualnie masakrowany).
Z tego co rozumiem, ten album to pastisz stylów, a mówiąc inaczej, pastisz tandety. Tutaj wszystko jest udawane, w konwencji, ktośtam does cośtam. Czasami takie rzeczy są fajne, czasami nie. Może jestem jednak zbiasowany, ale na pewno niechęcią napawa mnie udział Tymańskiego. Nie chce mi się tutaj rozpoczynać jakiejś dyskusji na temat tego człowieka, po prostu gościa nie lubię. Talent oczywiście ma, co pokazał w innych projektach, ale mnie Kury nie kręcą, podobnie jak nie kręcił mnie szczególnie Grzegorz z Ciechowa, mimo że Ciechowskiego uwielbiam.
Tak czy inaczej, zmierzam trochę do podsumowania (wczesnego) tego, co mi się w tym albumie nie podoba. Przede wszystkim, nie uważam, że gówno robione dla jaj, jest mniej gówniane niż gówno robione na serio. Tandeta robiona dla uzyskania tandety, nadal jest tandetą. To nie jest jakieś „hyhy, kto wie ten wie”, czy „hyhy, pozdro dla kumatych”. To jest chujowe i tyle xD Ale chujowe rzeczy mają czasami fajne elementy. I generalnie bycie chujowym, nie musi być z miejsca traktowane pejoratywnie (mimo, że zdrowy rozsądek tak nakazuje).
Muzyka. Muzyka jajo, ale, żeby nie było. Muzycznie przedzierają się czasami rzeczy przynajmniej interesujące i niechujowe, chociaż w tym kontekście i tak śmierdzą gównem. Mam tu np. na myśli jazzową wstawkę z „Nie martw się , Janusz”. Takie „zobaczcie, my słuchamy dobrej muzy, to wcześniej było dla jaj, my wcale tacy nie jesteśmy, zobaczcie jaki jazzik umiemy, dajesz Leszek”. Fajnie, spoko, nie powiem, że to jest chujowe, ale też nie wiem czemu miałbym kiedykolwiek odpalać „Polvirusa”, mając ochotę na jazz i czemu miałbym słuchać tego vocoderowego gówna, tylko żeby dojść do, mimo wszystko, generycznego jazzowego sola na pianinie xD
To właśnie dobrze podsumowuje muzyczną zawartość tego albumu Kur. Bywają tutaj naprawdę fajne fragmenty, ale trochę co z tego. To trochę jakby włączać album dla samych skitów (no, chyba że mówimy o płycie Ostrego, to wtedy dla beki można).
Teksty to są takie abstrakcyjne rzeczy, którymi można się mocno jarać w liceum, i ok, ja to rozumiem, potem może pozostać sentyment. Z tego choćby względu, tyle dzieciarni chodzi na koncerty Kultu, albo słucha polskiego punka, albo jeszcze lepiej, chodzi na koncerty Braci Figo Fagot.
W „Dlaczego”, zespół wjeżdża w weselnego walca, z psychodelicznymi efektami i wokalami na końcu. W sumie dla kogo to jest. Na wesele się nie nada, a fani psychodelii nie są chyba aż tak zdesperowani, żeby słuchać Kur. Obrywa się też rapowi w „Kibolskim”. Przypomina mi to trochę, jak Pan Yapa rapował w jakichś programach dla dzieci i to był taki rap, żeby nawiązać do zeitgeistu, ale jednocześnie się nie namęczyć za bardzo. Jest to coś, co funkcjonuje sprawnie chyba tylko w polskich kabaretach. Ja nie jestem wielkim fanem satyry w muzyce, chyba, że to jest jakiś Kabaret Olgi Lipińskiej, czy coś. No, ale Kury to przy KOL nie stały nawet przez ułamek sekundy.
Na plus, fajne breakbeaty.
W moim gimnazjum, krążyła kiedyś taka kaseta, którą każdy sobie zgrywał i podawał dalej. Były tam takie rzeczy jak „Pedały”, „Mietek ciągle chlał”, „Jebu jebu jeb”, tudzież „Baśń o królewnie Pizdolonej” w całości (jest to genialne do dziś). To była taka składanka gówien do pośmiania się. No i IMO „Polvirus” to jest DOKŁADNIE to, ale z jakiegoś powodu, fani tej płyty, których znam, traktują kult tego albumu śmiertelnie poważnie, a jak ktoś tego nie kuma, to kierowane są w jego kierunku wywyższające spojrzenia i kpiące uśmieszki. To też na pewno nie pomaga sprawie.
„Ideały sierpnia” brzmią jak coś, co by na jakimś kabaretonie mógł śpiewać Jerzy Kryszak, tak powielam dowcip z chyba recenzji Kaczmarskiego, ale właśnie, Kaczmarski też tu przelatuje, niczym smród z publicznej toalety. Tutaj nawet idzie potraktować to poważnie, gdyby nie te kabaretowe wokale, które służą chyba głównie temu, żeby czasem ktoś tego na poważnie nie wziął.
Matka, matka, matkaaaa… weź to wyłącz.
„Nie mam jaj”, kojarzy mi się z Bartinim, który to podśpiewywał na próbach Azbestu. Bo w sumie to jest taki album, który kojarzy mi się z tym, czego Bartini lubił słuchać. Na szczęście, BJ-ej nigdy nie chciał czegoś takiego robić u nas, CHOCIAŻ kilka jego pomysłów niebezpiecznie zbliżało się do tego, czym są Kury (ale ja wtedy tej płyty nie znałem, i nie kumałem nawiązań). Jaja z kolejnego nurtu, tym razem z rege. Albo brak jaj. Spoko.
„Trygław II” brzmi jak niektóre wczesne numery Comy nagrane na serio. Tutaj śmiechłem szczerze, bo czasami przy takiej muzyce, naprawdę nie idzie odróżnić, czy ktoś się zesrywa na poważnie i uważa, że to jest super, czy ktoś robi sobie jaja. It’s the same picture.
Dobra, uwaga, jest „Szatan”. Tutaj dochodzi do tego, o czym pisałem wcześniej. To jest numer, który znam od dawna, kiedy byłem małym chłopcem hej. No i mam sentyment do tego gówna, tak jak mam sentyment do „Mietek ciągle chlał”. Bez takiego zaplecza, naprawdę nie jest łatwo tu się o cokolwiek zaczepić. Mam wrażenie, że jeśli nie posłucha się tego za gówniarza, to potem jest naprawdę trudno i to moje podejście teraz, dwa lata od 40tki, nie ma po prostu sensu, tu się nic już nie urodzi. Inna sprawa, że do tych rzeczy, do których mam bekowy sentyment, to też nie wracam jakoś szczególnie, to jest bardziej coś do rzucenia w powietrze przy jakimś alkoholu, a że alkoholu raczej już nie piję, to rozumiecie, tldr.
Skity o koszykówce pewnie mają sens dla tych kumatych i wtajemniczonych, dla mnie to po prostu pierdololo, jak na płytach Pezeta. „Mój dżez”, kurde, nie lubię kiedy ludzie robią sobie jaja z jazzu. Nie, że mam ból dupy, ale zwyczajnie nie potrafię tego słuchać z przyjemnością, a szkoda, bo podkład tutaj jest rasowy. Wiadomo, brzmi jakby AI coś wypluło z promptu „jazz”, ale kurde solówka gitarowa fajna, kontrabas cudny, klimat zajebisty. Instrumental bym wciągnął, mimo że to nie jest nic nowego, ani ciekawego. Skatowanie na końcu jednak wytrąca mnie z tych rozmyślań i sprowadza na ziemię. siusiak ci w dupę Tymon. „O psie” nie napiszę w sumie nic, bo mi się nie chce.
Ten album jest jak dyplom wejścia na Morskie Oko, który może sobie kupić każdy, kto wjechał jebaną bryczką, ciągniętą przez biedne, zmaltretowane konie. Muza kabaretowa, ale np. kiedy myślę o niektórych kabaretach, zwłaszcza z dawniejszych czasów (np. wspomniany Kabaret Olgi Lipińskiej), to widzę w głowie ludzi wykształconych, uśmiechniętych, serdecznych i pełnych życia. Kiedy myślę o Tymańskim, to wyobrażam sobie dzieciaka, który dla zabawy wyrywał motylom skrzydła, czy coś, małego pokurwa, który ostatecznie nagrał kabaretowy album i nazwał go „Polvirus z kropkami”. Ja generalnie trochę gardzę zjawiskiem słuchania czegoś „ironicznie”, ale wiem, że są ludzie, którzy tego słuchają na serio, bo to ma jakąś wartość liryczną, i jako satyra też ich przekonuje, bo się zwyczajnie utożsamiają z poczuciem humoru i poglądami Tymona. Ja jestem z tych, którzy mają to generalnie w dupie. Dragon pisze, że teksty o jebaniu nazioli, wkładaniu w dupe kija nacjololo i prawdziwym polakom, no kurcze, fajne rzeczy, ale mnie to w muzyce nigdy jakoś szczególnie nie kręciło, w sensie, polska muzyka jako platforma do światopoglądowania, buntowania się, itd. Spływa to po mnie, nie mam narzędzi do docenienia takich rzeczy, bo ich w muzyce zwyczajnie nie szukam, a jeśli już są, to traktuję je trochę jak ślad na suficie po ubiciu komara, wygląda średnio, ale nie na tyle, żeby mi się chciało wchodzić na krzesło i próbować to zetrzeć. Nie mam nic do Kur, Tymański to kretyn, ale kretyn, który ma talenty, słuchałem tego i owego muzycznego jego, co mi się szczerze podobało. Podobno to nawet inteligentny kretyn, ale nie znam typa. Dobra, bo zaczyna wyglądać jakbym się tłumaczył. Rozumiem, że ludziom się może podobać ten album, jestem w stanie nawet powiedzieć, że go szanuję, bo faktycznie stoją za nim ludzie utalentowani, którzy się narąbali i nagrali album. Mimo to, nie będę udawał, że to jest coś dla mnie, nie będę raczej do tego wracał, poza podśpiewaniem sobie „szaataaan, szaatan”, co robiliśmy ostatnio z Musiałem. Oł je.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Panowie, bujamy się już dwa tygodnie z Kurami a nadal brak Wuja i mentosa, prosiłbym o nie blokowanie zabawy...
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Nie rozumiem jaka może być tutaj przyczyna spowolnienia, zresztą od jakiegoś pół roku nie kumam
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Ja jestem leniwy
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Dzisiaj to załatwię jak nie wybuchnie jakaś atomówka.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
rozumiem, reluwa