Best of Forum (Albumy) vol. 2
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Ghosts on Magnetic Tape dość sporo, poza nią jeszcze BC jedynkę i trójkę
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Gorąco liczę że do końca miesiąca października zamkniemy omawianie tego albumu. M&Ms - wierzę w Wasze możliwości
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Mówisz masz
STEFAN - WIDEŁORECENZJA
O Stefanie napisano tu wiele, parę słów doszło zresztą z tych rąk i tej klawiatury. Geniusz, wirtuoz, nudziarz, okularnik, Manaam lepsze - na tym forum opiniów było tyle co ludziów, a ludziów to może nie było tyle co mrówków, ale nadal więcej niż dwoje.
Odkąd jednak to forum zaczęło się koncentrować na różnych zabawach, plebiscytach i tym podobnych, można jednak zauważyć, że doszło do swoistego podziału na Wilsonatorki, które to grono zaliczają Hien, Shodan i duch Melczeta oraz osoby, które jednak aż tak bardzo za symbolem współczesnego remasteringu nie przepadają - mam tu na myśli Roberta i Jacka.
Jako sztandarowy przedstawiciel grupy, która nigdy nie ma zdania, ani nic ciekawego do powiedzenia i osoba, której treść większości wypocin zwanych recenzjami ogranicza się do powtarzania na różne sposoby "nie wiem", stoję tu okrakiem. Bo z jednej to jest dużo rzeczy, które wyszły spod ręki i strun Stefana, które sobie NAPRAWDĘ cenię i szanuję, ale na każdą przypada przynajmniej jedna rzecz, przy której albo marudzę i ziewam (rzadko), ale twierdzę, że są spoko, ale nie chce mi się wracać, bo coś tam.
W skrócie więc: jak mi puścicie mi jakieś wczesne rzeczy Stefana z okresu psychodelicznego czy nawet te cholerną In Absentię, to przyznam wam, że wielkim poetą był i w ogóle, ale potem jak mi włączycie no-mana to może nie będę krzyczał, jojczał, marudził, ale stwierdzę, że to jest okej i nie wrócę do tego w życiu poza forumową zabawą.
I tak prawdę powiedziawszy, to ja jeszcze wczoraj miałem tu rozkopany elaborat, w którym miałem napisać, że w sumie płyta jest okej, ale jakoś mi nie do końca siedzi, co nie chce się jej słuchać i takie tam pierdy, ale coś mnie podkusiło, by dać jej jeszcze jedną szansę.
No i może nie wydarzył się cud nad Odrą czy coś w ten deseń, może ta płyta nie trafiła do mojego topu topów, ale dosłownie jakby tak w trakcie jej słuchania coś mi się przestawiło w głowie i jakoś tak zacząłem o niej ciepleć myśleć.
BYĆ MOŻE to tym bardziej potwierdza tezę, że jest to płyta, którą należy dozować sobie względnie rzadko i trzeba mieć na nią nastrój, ale nie odmówię Stefanowi, że COŚ na tym krążku jest.
I nawet jestem w stanie przymknąć oko na to, że to COŚ to ja w sumie niejednokrotnie słyszałem - bywały tu momenty, które brzmiały podejrzanie znajomo. Nie sugeruję tu żadnego plagiatu, zrzyny, czegokolwiek, jeno po prostu inspiracje były momentami zbyt wyraźne i czytelne. Ale generalnie to chodzi o to, by te minusy nie przesłaniały plusów, czy jakoś tak. Jakieś tu były, nawet im poświęce trochę łam, ale rzeczy których mi się podobało było trochę więcej.
Łot, chociażby fajny, otwierający album INCLINATION. No nie będę ukrywać - ten motoryczny, charakterystyczny bit urzekł mnie od razu i jest rzeczą, która robi robotę. Przez jakiś czas nawet chciałem ryzykować tezą, że niby jest zbyt monotonny na aż 7 minut z hakiem, ale po jakimś czasie dotarło do mnie, że no w sumie niekoniecznie, zwłaszcza, że jest to rzecz zbyt urozmaicona i dobrze wyprodukowana, bym mógł to napisać z w pełni czystym sumieniem.
O, albo ECONOMIES OF SCALE - ładna piosenka oparta na ładnym elektronicznym motywie. Na skojarzenia z rapsami, zwłaszcza z Lamarem, ni cholery bym nie wpadł, już prędzej na jakimś Kraftwerk (acz sam nie mam pojęcia czemu), w każdym razie jest to ten Stefan, który trafia w moją emocjonalną strunę plus moment, w którym powtarza tytułową frazę przy akompaniamencie chórków jest śliczny no.
IMPOSSIBLE TIGHTROPE to w sumie Stefan grający Stefana który odtwarza progowe klasyki. Niby słyszałem to już nieraz, nawet w bestce utworowej, ale w odpowiednim nastroju takie rzeczy mi wchodzą. Wiadomix, muszę mieć nastrój, by do takich rzeczy wracać, a i tak chyba wolałbym wrócic do takiego Lizarda gdybym miał wybór, ale jestem zwolennikiem tezy, że dobry prog nie jest zły.
Tak sobie jeszcze pobieżnie wracam, by sobie coś wyróżnić i w sumie czemu nie tytułowy? Fragmentu wokalnego nie kupuję, ja generalnie tej całej otoczki związanej z opowiadaniem itd. Itp. Nie traktuję jako czegoś więcej niż ciekawostki, ale sam utwór to blisko 10 minut przyjemnego space-ambientu, a o takim już napisałem ile trzeba pod wrzutami Roberta. Jest naprawdę spoko, a byłoby idealnie gdyby nie te fragmenty wokalne.
Kawałków z Depeszwizji w sumie już nie pamiętam, a patrząc po punktach - nie porwały mnie. Niby ich nie odrzucam, tak samo jak Actual Brutal Facts, ale jakoś też ciężko mi o nich napisać coś więcej niż to, że są spoko. Pasują do płyty, może za jakiś czas stwierdzę, że to jej hajlajty - diabli wiedzą.
By nie było jednak, że tylko słodzę i słodzę, to jednak będzie tu mała łyżka dziegciu. Tak samo jak imć Munlup nie siadło mi ROCK BOTTOM, które kojarzy mi się z siódmą wodą po kisielu z późnego Massive Attack, a ta zabawa mi udowodniła, że to nie są rejony muzyki, które mnie szczególnie grzeją. xD Tak samo jak What Life Brings, bo to akurat sztandarowy smęcący Stefan z gitarą przy ognisku - może i 2 dekady temu miało to jakiś urok, teraz tylko nudzi, a na pewno mnie nie bierze.
No i summa summarum, mam jakieś poczucie niedosytu, bo nawet w rzeczach które chwaliłem nie do końca mi wszystko grało, ale ogólnie? Nie było źle. Przyjemna płyta, do której może kiedyś będę incydentalnie wracał. Nie oczekiwałem niczego więcej i jestem zadowolony. Nie mam więcej nic do dodania, nawet niemądrego.
STEFAN - WIDEŁORECENZJA
O Stefanie napisano tu wiele, parę słów doszło zresztą z tych rąk i tej klawiatury. Geniusz, wirtuoz, nudziarz, okularnik, Manaam lepsze - na tym forum opiniów było tyle co ludziów, a ludziów to może nie było tyle co mrówków, ale nadal więcej niż dwoje.
Odkąd jednak to forum zaczęło się koncentrować na różnych zabawach, plebiscytach i tym podobnych, można jednak zauważyć, że doszło do swoistego podziału na Wilsonatorki, które to grono zaliczają Hien, Shodan i duch Melczeta oraz osoby, które jednak aż tak bardzo za symbolem współczesnego remasteringu nie przepadają - mam tu na myśli Roberta i Jacka.
Jako sztandarowy przedstawiciel grupy, która nigdy nie ma zdania, ani nic ciekawego do powiedzenia i osoba, której treść większości wypocin zwanych recenzjami ogranicza się do powtarzania na różne sposoby "nie wiem", stoję tu okrakiem. Bo z jednej to jest dużo rzeczy, które wyszły spod ręki i strun Stefana, które sobie NAPRAWDĘ cenię i szanuję, ale na każdą przypada przynajmniej jedna rzecz, przy której albo marudzę i ziewam (rzadko), ale twierdzę, że są spoko, ale nie chce mi się wracać, bo coś tam.
W skrócie więc: jak mi puścicie mi jakieś wczesne rzeczy Stefana z okresu psychodelicznego czy nawet te cholerną In Absentię, to przyznam wam, że wielkim poetą był i w ogóle, ale potem jak mi włączycie no-mana to może nie będę krzyczał, jojczał, marudził, ale stwierdzę, że to jest okej i nie wrócę do tego w życiu poza forumową zabawą.
I tak prawdę powiedziawszy, to ja jeszcze wczoraj miałem tu rozkopany elaborat, w którym miałem napisać, że w sumie płyta jest okej, ale jakoś mi nie do końca siedzi, co nie chce się jej słuchać i takie tam pierdy, ale coś mnie podkusiło, by dać jej jeszcze jedną szansę.
No i może nie wydarzył się cud nad Odrą czy coś w ten deseń, może ta płyta nie trafiła do mojego topu topów, ale dosłownie jakby tak w trakcie jej słuchania coś mi się przestawiło w głowie i jakoś tak zacząłem o niej ciepleć myśleć.
BYĆ MOŻE to tym bardziej potwierdza tezę, że jest to płyta, którą należy dozować sobie względnie rzadko i trzeba mieć na nią nastrój, ale nie odmówię Stefanowi, że COŚ na tym krążku jest.
I nawet jestem w stanie przymknąć oko na to, że to COŚ to ja w sumie niejednokrotnie słyszałem - bywały tu momenty, które brzmiały podejrzanie znajomo. Nie sugeruję tu żadnego plagiatu, zrzyny, czegokolwiek, jeno po prostu inspiracje były momentami zbyt wyraźne i czytelne. Ale generalnie to chodzi o to, by te minusy nie przesłaniały plusów, czy jakoś tak. Jakieś tu były, nawet im poświęce trochę łam, ale rzeczy których mi się podobało było trochę więcej.
Łot, chociażby fajny, otwierający album INCLINATION. No nie będę ukrywać - ten motoryczny, charakterystyczny bit urzekł mnie od razu i jest rzeczą, która robi robotę. Przez jakiś czas nawet chciałem ryzykować tezą, że niby jest zbyt monotonny na aż 7 minut z hakiem, ale po jakimś czasie dotarło do mnie, że no w sumie niekoniecznie, zwłaszcza, że jest to rzecz zbyt urozmaicona i dobrze wyprodukowana, bym mógł to napisać z w pełni czystym sumieniem.
O, albo ECONOMIES OF SCALE - ładna piosenka oparta na ładnym elektronicznym motywie. Na skojarzenia z rapsami, zwłaszcza z Lamarem, ni cholery bym nie wpadł, już prędzej na jakimś Kraftwerk (acz sam nie mam pojęcia czemu), w każdym razie jest to ten Stefan, który trafia w moją emocjonalną strunę plus moment, w którym powtarza tytułową frazę przy akompaniamencie chórków jest śliczny no.
IMPOSSIBLE TIGHTROPE to w sumie Stefan grający Stefana który odtwarza progowe klasyki. Niby słyszałem to już nieraz, nawet w bestce utworowej, ale w odpowiednim nastroju takie rzeczy mi wchodzą. Wiadomix, muszę mieć nastrój, by do takich rzeczy wracać, a i tak chyba wolałbym wrócic do takiego Lizarda gdybym miał wybór, ale jestem zwolennikiem tezy, że dobry prog nie jest zły.
Tak sobie jeszcze pobieżnie wracam, by sobie coś wyróżnić i w sumie czemu nie tytułowy? Fragmentu wokalnego nie kupuję, ja generalnie tej całej otoczki związanej z opowiadaniem itd. Itp. Nie traktuję jako czegoś więcej niż ciekawostki, ale sam utwór to blisko 10 minut przyjemnego space-ambientu, a o takim już napisałem ile trzeba pod wrzutami Roberta. Jest naprawdę spoko, a byłoby idealnie gdyby nie te fragmenty wokalne.
Kawałków z Depeszwizji w sumie już nie pamiętam, a patrząc po punktach - nie porwały mnie. Niby ich nie odrzucam, tak samo jak Actual Brutal Facts, ale jakoś też ciężko mi o nich napisać coś więcej niż to, że są spoko. Pasują do płyty, może za jakiś czas stwierdzę, że to jej hajlajty - diabli wiedzą.
By nie było jednak, że tylko słodzę i słodzę, to jednak będzie tu mała łyżka dziegciu. Tak samo jak imć Munlup nie siadło mi ROCK BOTTOM, które kojarzy mi się z siódmą wodą po kisielu z późnego Massive Attack, a ta zabawa mi udowodniła, że to nie są rejony muzyki, które mnie szczególnie grzeją. xD Tak samo jak What Life Brings, bo to akurat sztandarowy smęcący Stefan z gitarą przy ognisku - może i 2 dekady temu miało to jakiś urok, teraz tylko nudzi, a na pewno mnie nie bierze.
No i summa summarum, mam jakieś poczucie niedosytu, bo nawet w rzeczach które chwaliłem nie do końca mi wszystko grało, ale ogólnie? Nie było źle. Przyjemna płyta, do której może kiedyś będę incydentalnie wracał. Nie oczekiwałem niczego więcej i jestem zadowolony. Nie mam więcej nic do dodania, nawet niemądrego.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
dzięki klocuch że wpadles
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Nie ma za co
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Kolega Adrjen ma czas do końca tygodnia, od poniedziałku uruchamiam Mingusa
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
I tak wleci po czasie i zrobi tu śmietnik
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
zajebiście że nie byłem na tyle kontrowersyjny że piszecie o musiale
//
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Steven Wilson - The Harmony Codex
Na początku był chaos, tzn. prog, a ja mam z progiem wiadomo jaki związek, generalnie taki, jak wygląda większość moich romansów, on-off i w cały świat. Potem, po pewnym czasie, imć Hien polecił mi The Future Bites, zassałem i spotkałem się z zupełnie innym Wilsonem niż ten, którego znałem do tamtego momentu. Fajnie jest spotkać się z nim ponownie w podobnych okolicznościach. Muza faktycznie dość eklektyczna, ale orbitująca wokół zdecydowanie strawniejszych dla mnie rozwiązań elektronicznych. Pewnie mógłbym to do czegoś porównać, ale raz, że nie bardzo mi się chce, a dwa, że nie bardzo widzę sens. Powiem tyle, że krążek - tutaj taka typowa moja uwaga z dupy - ma wyjątkową pasującą do swojego klimatu okładkę, ale jeszcze koniec października i listopad to świetny czas na seans z nią.
Inclination zajeżdża mi trochę Karlem Hydem (tzn. podobne rejony, nie szukam na siłę nie wiadomo jakich podobieństw), ma wyborne intro, a potem jest tylko lepiej. Głos Wilsona też brzmi jakoś tak, nie wiem, fajniej niż zazwyczaj? Albo to kwestia tła muzycznego. Instrumentarium jest świetne, spokojnie mógłbym tego słuchać w wersji pozbawionej wokalu dla samego tła. Ponad 7 minut uczty, co tu dużo mówić. What Life Brings przynosi bardziej, hmmm, radiowo-popowe klimaty? Nic w tym złego, za to Wilson tutaj mi kogoś wokalnie przypomina, ale nie mogę sobie dokładnie przypomnieć, choć po głowie chodzą nuty pewnej bardzo znanej piosenki... Ponadto przyjemne solo i dobre, mocne zamknięcie. Economies of Scale romansuje z trip hopem (w moich uszach przynajmniej), troszkę przywodzi na myśl Massive Attack, choć skojarzenia mam również z niektórymi utworami Hulkkonena, gdzie ten bardzo lubił używać pianina jako instrumentu towarzyszącego typowym tanecznym brzmieniom. Fajna rzecz, choć nieco - moim zdaniem - za słaba na singla, którym, jak czytam, była. Za to - jak i przy What Life Brings - świetnie się rozkręca w drugiej połowie i ciekawie zaraz po tym uspokaja. Ciekawe, jak by mi to weszło wiosną... Impossible Tightrope to chyba jedyny utwór na tej płycie, który mnie faktycznie trochę zmęczył, ponieważ jest, no, nieco za bardzo progrockowy, gdzie ja ostatnio mam pewną alergię na ten gatunek xD Jednocześnie pasuje do klimatu całej płyty, wyjątkowo podobają mi się te reverbujące, soundtrackowe gitary. Mogwai się przypomina, a oni akurat mieli taką płytę, co ją kiedyś bardzo lubiłem. Poza tym, damn, segment z pianinem i chórkowatym głosem w tle jest naprawdę kapitalny. Niemniej jedna większość tego, co po 7-mej minucie, to spokojnie mogłoby trafić do kosza i nawet bym nie zauważył. Rock Bottom atakuje świetnie skrojoną melancholią, którą podbija głos towarzyszącej Wilsonowi na wokalu Ninet Tayeb (a ta brzmi wprost doskonale). O takie nastrojowe rzeczy w stylu no-man nic nie robiłem. Bowness też by się tam dobrze w chórku odnalazł. I znów - druga część utworu lepsza od pierwszej, Wilson coś ma tutaj z tymi końcówkami (może poza Impossible Tightrope, ale aż tak dobrze też nie może być). Cała reszta wchodzi jak nóż w masło, Terea w Ilumę, bolce ładowarki do gniazdka typu E. Następnie atmosfera ulega uspokojeniu, Beautiful Scarecrow stara się dostarczać, ale to pozorne. Wracam do tamtej Dwizji i widzę, że dałem mu tylko 1 pkt. No dobra, na tle rzeczy z rozdania towarzyszącego faktycznie nie było łatwo, ale też walnąłem tam tekst "skąd to znam". Well, z twórczości Wilsona ofc, gość po prostu robi tak brzmiące rzeczy xD Może tutaj w drugiej połowie zrobiło się bardziej progowo, ale atmosfera wszystkich tych padów w tle i tak mnie przekonuje, więc jest wzrusz i zachwyt i w ogóle. MOŻE TRZEBA BYŁO DAĆ KOMPLET?! Numer tytułowy dla odmiany się fantastycznie rozkręca, ambientowy sznyt, który sprawia, że chce się aż rozpłynąć. Do tego gitary, pianino, głos żony Wilsona w tle, a potem iście filmowa atmosfera pod, nieprzymierzając, podróż w kosmos. I, ot, nagle wszystko opada. Time Is Running Out daje mi ciekawy vibe, albowiem to brzmi trochę jak klasyczne Genesis jeszcze z Gabrielem na wokalu przeniesione w świat wyjątkowo współczesnej elektroniki. Totalnie potrafię sobie wyobrazić, że gdyby oryginalny skład utrzymał się po dziś dzień, to właśnie tak by brzmiał. Głównie przez ten świetnie przeciwstawiony całej reszcie podkład to jeden z moich ulubieńców tutaj. Podąża za nim następny, ABF, które w podobny sposób świetnie łączy elektronikę z bardziej, nie wiem, jak to dobrze ująć, klasycznym wilsonowym graniem? Pachnie wczesnym XXI wiekiem w mroczniejszej alternatywie (jak spojrzeć naprawdę z bliska, to idzie dojrzeć Limp Bizkit albo Marylin Manson, don't take my credit for it tho). I znów, druga połowa jeszcze lepsza od pierwszej, która i tak jest super. Staircase to z kolei numer, który w Dwizji pochwaliłem, a dałem mu tylko 2 pkt... Cóż, taka była Dwizja wtedy najwyraźniej. Zdanie jednak podtrzymuję, Staircase jest super, wyjątkowo przyjemne zamknięcie albumu, trochę Wilsona z przeszłości, trochę zachowanego ducha całego The Harmony Codex, generalnie jest w pytę, co tu dużo mówić.
Well, znów się rozpisałem, jak to mam w zwyczaju, za to konkluzja będzie prosta - czasem muszę dawać więcej szans wykonawcom, co do których mam początkowe wąty. Powiedzmy, że tym razem tak przecież zrobiłem, tzn. nie mogę powiedzieć, żebym jakoś ostro na Stevena defekował, już Hien o to zadbał parę ładnych lat temu. Z takimi rzeczami jak ta, przekonuję się tylko co do jego zajebistości. Także dziękuję Wujas, udana propozycja <3
Na początku był chaos, tzn. prog, a ja mam z progiem wiadomo jaki związek, generalnie taki, jak wygląda większość moich romansów, on-off i w cały świat. Potem, po pewnym czasie, imć Hien polecił mi The Future Bites, zassałem i spotkałem się z zupełnie innym Wilsonem niż ten, którego znałem do tamtego momentu. Fajnie jest spotkać się z nim ponownie w podobnych okolicznościach. Muza faktycznie dość eklektyczna, ale orbitująca wokół zdecydowanie strawniejszych dla mnie rozwiązań elektronicznych. Pewnie mógłbym to do czegoś porównać, ale raz, że nie bardzo mi się chce, a dwa, że nie bardzo widzę sens. Powiem tyle, że krążek - tutaj taka typowa moja uwaga z dupy - ma wyjątkową pasującą do swojego klimatu okładkę, ale jeszcze koniec października i listopad to świetny czas na seans z nią.
Inclination zajeżdża mi trochę Karlem Hydem (tzn. podobne rejony, nie szukam na siłę nie wiadomo jakich podobieństw), ma wyborne intro, a potem jest tylko lepiej. Głos Wilsona też brzmi jakoś tak, nie wiem, fajniej niż zazwyczaj? Albo to kwestia tła muzycznego. Instrumentarium jest świetne, spokojnie mógłbym tego słuchać w wersji pozbawionej wokalu dla samego tła. Ponad 7 minut uczty, co tu dużo mówić. What Life Brings przynosi bardziej, hmmm, radiowo-popowe klimaty? Nic w tym złego, za to Wilson tutaj mi kogoś wokalnie przypomina, ale nie mogę sobie dokładnie przypomnieć, choć po głowie chodzą nuty pewnej bardzo znanej piosenki... Ponadto przyjemne solo i dobre, mocne zamknięcie. Economies of Scale romansuje z trip hopem (w moich uszach przynajmniej), troszkę przywodzi na myśl Massive Attack, choć skojarzenia mam również z niektórymi utworami Hulkkonena, gdzie ten bardzo lubił używać pianina jako instrumentu towarzyszącego typowym tanecznym brzmieniom. Fajna rzecz, choć nieco - moim zdaniem - za słaba na singla, którym, jak czytam, była. Za to - jak i przy What Life Brings - świetnie się rozkręca w drugiej połowie i ciekawie zaraz po tym uspokaja. Ciekawe, jak by mi to weszło wiosną... Impossible Tightrope to chyba jedyny utwór na tej płycie, który mnie faktycznie trochę zmęczył, ponieważ jest, no, nieco za bardzo progrockowy, gdzie ja ostatnio mam pewną alergię na ten gatunek xD Jednocześnie pasuje do klimatu całej płyty, wyjątkowo podobają mi się te reverbujące, soundtrackowe gitary. Mogwai się przypomina, a oni akurat mieli taką płytę, co ją kiedyś bardzo lubiłem. Poza tym, damn, segment z pianinem i chórkowatym głosem w tle jest naprawdę kapitalny. Niemniej jedna większość tego, co po 7-mej minucie, to spokojnie mogłoby trafić do kosza i nawet bym nie zauważył. Rock Bottom atakuje świetnie skrojoną melancholią, którą podbija głos towarzyszącej Wilsonowi na wokalu Ninet Tayeb (a ta brzmi wprost doskonale). O takie nastrojowe rzeczy w stylu no-man nic nie robiłem. Bowness też by się tam dobrze w chórku odnalazł. I znów - druga część utworu lepsza od pierwszej, Wilson coś ma tutaj z tymi końcówkami (może poza Impossible Tightrope, ale aż tak dobrze też nie może być). Cała reszta wchodzi jak nóż w masło, Terea w Ilumę, bolce ładowarki do gniazdka typu E. Następnie atmosfera ulega uspokojeniu, Beautiful Scarecrow stara się dostarczać, ale to pozorne. Wracam do tamtej Dwizji i widzę, że dałem mu tylko 1 pkt. No dobra, na tle rzeczy z rozdania towarzyszącego faktycznie nie było łatwo, ale też walnąłem tam tekst "skąd to znam". Well, z twórczości Wilsona ofc, gość po prostu robi tak brzmiące rzeczy xD Może tutaj w drugiej połowie zrobiło się bardziej progowo, ale atmosfera wszystkich tych padów w tle i tak mnie przekonuje, więc jest wzrusz i zachwyt i w ogóle. MOŻE TRZEBA BYŁO DAĆ KOMPLET?! Numer tytułowy dla odmiany się fantastycznie rozkręca, ambientowy sznyt, który sprawia, że chce się aż rozpłynąć. Do tego gitary, pianino, głos żony Wilsona w tle, a potem iście filmowa atmosfera pod, nieprzymierzając, podróż w kosmos. I, ot, nagle wszystko opada. Time Is Running Out daje mi ciekawy vibe, albowiem to brzmi trochę jak klasyczne Genesis jeszcze z Gabrielem na wokalu przeniesione w świat wyjątkowo współczesnej elektroniki. Totalnie potrafię sobie wyobrazić, że gdyby oryginalny skład utrzymał się po dziś dzień, to właśnie tak by brzmiał. Głównie przez ten świetnie przeciwstawiony całej reszcie podkład to jeden z moich ulubieńców tutaj. Podąża za nim następny, ABF, które w podobny sposób świetnie łączy elektronikę z bardziej, nie wiem, jak to dobrze ująć, klasycznym wilsonowym graniem? Pachnie wczesnym XXI wiekiem w mroczniejszej alternatywie (jak spojrzeć naprawdę z bliska, to idzie dojrzeć Limp Bizkit albo Marylin Manson, don't take my credit for it tho). I znów, druga połowa jeszcze lepsza od pierwszej, która i tak jest super. Staircase to z kolei numer, który w Dwizji pochwaliłem, a dałem mu tylko 2 pkt... Cóż, taka była Dwizja wtedy najwyraźniej. Zdanie jednak podtrzymuję, Staircase jest super, wyjątkowo przyjemne zamknięcie albumu, trochę Wilsona z przeszłości, trochę zachowanego ducha całego The Harmony Codex, generalnie jest w pytę, co tu dużo mówić.
Well, znów się rozpisałem, jak to mam w zwyczaju, za to konkluzja będzie prosta - czasem muszę dawać więcej szans wykonawcom, co do których mam początkowe wąty. Powiedzmy, że tym razem tak przecież zrobiłem, tzn. nie mogę powiedzieć, żebym jakoś ostro na Stevena defekował, już Hien o to zadbał parę ładnych lat temu. Z takimi rzeczami jak ta, przekonuję się tylko co do jego zajebistości. Także dziękuję Wujas, udana propozycja <3
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Wuja podsumowuj i lecimy dalej z koksem
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Hien się dziwił, że po zaledwie roku znajomości z THC daję już tę płytę w bestce. Mnie naprawdę więcej czasu nie trzeba, żeby ten album umieścić w moim prywatnym panteonie zajebistości. Kilka albumów Wilsona lubię, kilku nie lubię. Ale THC przebił zarówno Insurgentes jak i Grace for Drawning.
A co do odbioru - w sumie zgodnie z oczekiwaniami. Miała być laurka od Hiena i była. Dev pozytywnie jak też tego oczekiwałem. W końcu wiadomo u kogo uczył się słuchać muzyki. I dobrze, że doszedł do jakże słusznych wniosków, że muzyce trzeba dawać więcej szans. A gdzie to zrobić jak nie w naszej bestce?
Mentos tak pół na pół - ani nie chciał chwalić, ani zmehać w sumie. Murzyn i Dragon raczej na nie, ale ja rozumiem, że to nie ich bajka. Choć może zaskakiwać, że u Jacka jednak elektronika nijak nie zagrała i narzeka na zbyt dużo proga, którego tym razem tak dużo wcale chyba nie ma. Dragon za to ku mojemu zaskoczeniu najbardziej chwalił to, czego niby zawsze nie lubił, czyli najbardziej typowego Wilsona z przeszłości. No ale tak to już jest z muzyką, że nie wszystko jest takie oczywiste, jakim się nieraz zdaje być. W każdym razie cieszę się, że mogłem Wam, to zaprezentować. Każdy posłuchał i rzetelnie ocenił album bez zbędnego fisiowania, każdy coś tam docenił, choćby numer czy dwa.
A co do odbioru - w sumie zgodnie z oczekiwaniami. Miała być laurka od Hiena i była. Dev pozytywnie jak też tego oczekiwałem. W końcu wiadomo u kogo uczył się słuchać muzyki. I dobrze, że doszedł do jakże słusznych wniosków, że muzyce trzeba dawać więcej szans. A gdzie to zrobić jak nie w naszej bestce?
Mentos tak pół na pół - ani nie chciał chwalić, ani zmehać w sumie. Murzyn i Dragon raczej na nie, ale ja rozumiem, że to nie ich bajka. Choć może zaskakiwać, że u Jacka jednak elektronika nijak nie zagrała i narzeka na zbyt dużo proga, którego tym razem tak dużo wcale chyba nie ma. Dragon za to ku mojemu zaskoczeniu najbardziej chwalił to, czego niby zawsze nie lubił, czyli najbardziej typowego Wilsona z przeszłości. No ale tak to już jest z muzyką, że nie wszystko jest takie oczywiste, jakim się nieraz zdaje być. W każdym razie cieszę się, że mogłem Wam, to zaprezentować. Każdy posłuchał i rzetelnie ocenił album bez zbędnego fisiowania, każdy coś tam docenił, choćby numer czy dwa.
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
jak pół na pół jak pochwaliłem
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Już ciszej nad tą trumną proszę.
The Black Saint And The Sinner Lady od Pana Charlesa Mingusa nadchodzi.
The Black Saint And The Sinner Lady od Pana Charlesa Mingusa nadchodzi.
mintaj pisze:04 wrz 2024 21:29Charles Mingus – The Black Saint And The Sinner Lady
Jakiś czas temu rozmawiałem z niejakim Hienem na temat mojej klątwy Depeszwizyjnej - jak pewnie pamiętacie, przez długi czas nie byłem w stanie tej zabawy wygrać, choćbym nie wiadomo jak się starał i co wrzucał (raz to nawet sam sobie kij w szprychy włożyłem). Wpadłem wtedy na szatański pomysł wyciągniecia swojego wora z post-punkami, których to w swoim czasie często słuchałem.
PT nieliczni czytający me słowa mogą się spytać pewnie co, do cięzkiej cholery, post-punk ma wspólnego z tą propozycją? Ano, muzycznie nic a nic. Powiedzmy za to, że post-punkowa jest idea stojąca za tą propozycją.
Bowiem tak, jestem już trochę zmęczony popowymi albumami, których w tej zabawie było od groma i jeszcze parę i o których nawet nie mogę napisać, że są złe, bo są właśnie tak do bólu poprawne, że nawet nie mogę się ich czepić. No i ile razy można pisać praktycznie to samo, podmieniając głównie tytuły?
Dlatego uznajcie tę wrzutę jako specyficzny wyraz buntu. Specyficzny, bo też nie chodzi mi o to, by katować was dla zasady jakimś free jazzowym jazgotem, tylko sprzedając ARCYDZIEŁO.
Ja nie będę ukrywać, że mimo tego, że miałem okres, w którym słuchałem często i gęsto czarnuchów na trąbkach, nie znam się na tej muzyce prawie wcale, ale nawet taki ktoś jak ja jest w stanie docenić rzecz wybitną. A z taką mamy do czynienia w tym wypadku. Rzadko stwierdzam po pierwszym odsłuchu, że mam do czynienia z czymś wielkim, ale tutaj właśnie tak było.
Rzecz jasna, zdania nie zmieniłem. Piękno, dobro, ład i harmonia skondensowane w 40 minutach. To nie jest muzyka, której geniusz można łatwo opisać, może nawet i się nie da (ja na pewno nie umiem), ale można łatwo go poczuć.
Zobaczymy czy uda się to wam. W końcu ta zabawa miała służyć poszerzaniu muzycznych horyzontów, a z tego co pamiętam jazzu w takiej dawce tu jeszcze nie było. No, bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/playlist?list=O ... SJUDtSAoAQ
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Charles Mingus - The Black Saint and The Sinner Lady
To będzie krótka recenzja bo to płyta z gatunku tych które łatwiej się słucha niż się je opisuje. Mentos postanowił trochę przełamać klimat w bestce albumowej i zarzucić czymś nowym czego tu jeszcze nie omawialiśmy czyli jazzem i to takim konkretnym, awangardowym nieco a nie jakimś radio friendly muzakiem. Propsy za decyzję, w końcu po to tu jesteśmy by poszerzać horyzonty a czy nas do tego zachęci tą płytą to się okaże. Pokrótce opiszę co tam wyróżniającego się usłyszałem w tych kilku trackach.
Solo Dancer kojarzy mi się z soundtrackiem do kina sensacyjnego lat 60./70., te dęciaki na drugim planie robią trochę klimat grozy. W momentach wyciszenia saksofon robi takie zmysłowe pasaże, to kojarzy mi się z kolei ze scenami filmowymi gdzie po raz pierwszy na ekranie pojawia się jakaś ponętna kobieta. Podoba mi się praca perkusji, ta gra talerzy robiąca za tło dla saksofonowych akrobacji.
W Duete Solo Dancers mamy bardziej snujące się tempo. Po dwuminutowym wstępie atmosfera zaczyna gęstnieć, dęciaki wychodzą bardziej na pierwszy plan i tempo przyspiesza. Przyspieszenia i spowolnienia trwają jakiś czas, potem znów wkradają się te rozmarzone "romantyczne" pasaże na saksie. Więcej fleksu, mniej klimaciku tym razem. Ten numer trochę męczy z czasem.
W Group Dancers prym wiedzie najpierw fortepian dla odmiany. Później do gry wchodzi flet a następnie otrzymujemy też akustyczną gitarę z hiszpańskim akcentem.
Medley który zapełnia całą stronę B tego albumu to już jest taki totalny melanż wszystkiego co słyszeliśmy na stronie A, tyle że jest to grane ciągiem przez ponad 18 minut i to trochę jest mój problem z tym tworem bo moja uwaga ginie zwykle po 4-5 minutach.
Zrobiłem kilka odsłuchów tej płyty i muszę powiedzieć że całkiem nieźle słuchało się tego na wieczornym spacerze po mieście, o ile Wuja zawsze prejzuje swoje mazurskie lasy mówiąc że tam muzyka brzmi najlepiej o tyle obstawiam że one akurat nie pomogłyby w odbiorze tej płyty tak jak widok samochodów przemykających ulicami i betonowych bloków oświetlonych setkami świateł z mieszkań podczas mglistego wieczoru (a może to raczej smog?). Płyta nabiera wówczas innego wymiaru, po prostu jak odpowiednia rzecz na odpowiednią okazję, jak lampka wina w dobrym towarzystwie albo śledzik - którego zasadniczo nie lubię - do wódeczki. Jazz doskonale podbija ten wieczorny, melancholijny klimat otoczenia. Z całej płyty przyznam że najlepiej siedzi pierwszy utwór bo ten noirowy-soundtrackowy klimat jest mi najbliższy, niemniej przyznaję że w resztę trudniej mi się wkręcić. Utwory - nawet te krótsze - jednak mi się dłużyły ale podejrzewam że to kwestia zagęszczenia aranżu może, dużo się dzieje przeważnie. Czy będę wracał do tej płyty? No raczej nie, a do jednego tracku to pewnie nie będzie mi się chciało. Czy to zła płyta? Też nie, muza jest bardzo dobra ale nie dla mnie bo jak na Murzyna przystało jazzu słucham mało xd A tak serio to nawet jeśli sięgam po jazz to jednak ten łatwiejszy do przyswojenia. Czy warto było szaleć tak? Nie wiem, spytajcie Chylińskiej.
To będzie krótka recenzja bo to płyta z gatunku tych które łatwiej się słucha niż się je opisuje. Mentos postanowił trochę przełamać klimat w bestce albumowej i zarzucić czymś nowym czego tu jeszcze nie omawialiśmy czyli jazzem i to takim konkretnym, awangardowym nieco a nie jakimś radio friendly muzakiem. Propsy za decyzję, w końcu po to tu jesteśmy by poszerzać horyzonty a czy nas do tego zachęci tą płytą to się okaże. Pokrótce opiszę co tam wyróżniającego się usłyszałem w tych kilku trackach.
Solo Dancer kojarzy mi się z soundtrackiem do kina sensacyjnego lat 60./70., te dęciaki na drugim planie robią trochę klimat grozy. W momentach wyciszenia saksofon robi takie zmysłowe pasaże, to kojarzy mi się z kolei ze scenami filmowymi gdzie po raz pierwszy na ekranie pojawia się jakaś ponętna kobieta. Podoba mi się praca perkusji, ta gra talerzy robiąca za tło dla saksofonowych akrobacji.
W Duete Solo Dancers mamy bardziej snujące się tempo. Po dwuminutowym wstępie atmosfera zaczyna gęstnieć, dęciaki wychodzą bardziej na pierwszy plan i tempo przyspiesza. Przyspieszenia i spowolnienia trwają jakiś czas, potem znów wkradają się te rozmarzone "romantyczne" pasaże na saksie. Więcej fleksu, mniej klimaciku tym razem. Ten numer trochę męczy z czasem.
W Group Dancers prym wiedzie najpierw fortepian dla odmiany. Później do gry wchodzi flet a następnie otrzymujemy też akustyczną gitarę z hiszpańskim akcentem.
Medley który zapełnia całą stronę B tego albumu to już jest taki totalny melanż wszystkiego co słyszeliśmy na stronie A, tyle że jest to grane ciągiem przez ponad 18 minut i to trochę jest mój problem z tym tworem bo moja uwaga ginie zwykle po 4-5 minutach.
Zrobiłem kilka odsłuchów tej płyty i muszę powiedzieć że całkiem nieźle słuchało się tego na wieczornym spacerze po mieście, o ile Wuja zawsze prejzuje swoje mazurskie lasy mówiąc że tam muzyka brzmi najlepiej o tyle obstawiam że one akurat nie pomogłyby w odbiorze tej płyty tak jak widok samochodów przemykających ulicami i betonowych bloków oświetlonych setkami świateł z mieszkań podczas mglistego wieczoru (a może to raczej smog?). Płyta nabiera wówczas innego wymiaru, po prostu jak odpowiednia rzecz na odpowiednią okazję, jak lampka wina w dobrym towarzystwie albo śledzik - którego zasadniczo nie lubię - do wódeczki. Jazz doskonale podbija ten wieczorny, melancholijny klimat otoczenia. Z całej płyty przyznam że najlepiej siedzi pierwszy utwór bo ten noirowy-soundtrackowy klimat jest mi najbliższy, niemniej przyznaję że w resztę trudniej mi się wkręcić. Utwory - nawet te krótsze - jednak mi się dłużyły ale podejrzewam że to kwestia zagęszczenia aranżu może, dużo się dzieje przeważnie. Czy będę wracał do tej płyty? No raczej nie, a do jednego tracku to pewnie nie będzie mi się chciało. Czy to zła płyta? Też nie, muza jest bardzo dobra ale nie dla mnie bo jak na Murzyna przystało jazzu słucham mało xd A tak serio to nawet jeśli sięgam po jazz to jednak ten łatwiejszy do przyswojenia. Czy warto było szaleć tak? Nie wiem, spytajcie Chylińskiej.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
a co się będę
Charles Mingus The Black Saint and The Sinner Lady
Na dżezie się nie znam. Mimo wysokiego statusu płyty w wielu bliskich mi kręgach nigdy jej nie słyszałem. Podobnie z innymi nagraniami głównodowodzącego. Szanuję za wybór. W końcu dobrze jest utrzymywać bestki w dobrej formie, tzn. nie pozwalać łatwo zniechęcać uczestników do dalszej zabawy, nie usypiać zbliżonymi rzeczami. Przygodę z The Black Saint traktuję jako wyjątkowo ciekawe ćwiczenie z kontaktu ze światem kompletnie obcym i nieznanym. Moje dżezowe doświadczenia to kilka płyt Milesa Davisa, parę pojedynczych polskich projektów no i ślady tego typu inspiracji w progrocku.
Lubię, kiedy muzyka wymaga od słuchacza uwagi, skupienia. No to nie jest popowe pitu-pitu - tutaj faktycznie trzeba się wsłuchać, wczuć, wejść na pełnej, by wyłapać niuanse, próbować jakoś uporządkować ten muzyczny krajobraz na swoją modłę. Okładanie się popem w nieskończoność na podobnej zasadzie jest kompletnie nieskuteczne. Czuję do tych nagrań respekt. Wierzę, że cała lawina ludzi potrafi znacznie lepiej się w tym odnaleźć. Punktem wyjścia dla mnie są lakoniczne laudacje internetowe, stylistyka uporządkowanego chaosu, przeznaczenie do wyimaginowanego baletu.
Trudno po pierwszym odsłuchu nie odnieść wrażenia, że cały ten jazz jest precyzyjnie skomponowany. Może nie zawsze łatwo jeden wyraźny motyw dominujący nad resztą, może tych inspiracji, etnicznych śladów jest mnóstwo, ale gdzieś w tym szaleństwie jest wewnętrzna spójność, metoda na utrzymanie w ryzach całego bogactwa dźwięków. Inna sprawa, że w pełnym skupieniu słucham tego bardziej akademicko niż emocjonalnie. Przy odsłuchu na luźno w podróży (szczególnie wieczorem, ale nie przy wyraźnym zmęczeniu) można łatwo uciec w refleksje różne o życiu. Bez zbędnego analizowania łatwiej mi przejść przez te ślepe zaułki popakowane dziesiątkami na dystansie niespełna czterdziestu minut. Na końcu zostaję z refleksją, że doświadczyłem czegoś całkiem intensywnego, ale na tyle chaotycznego, że nieszczególnie idzie przywołać jakieś wyjątkowe momenty poruszenia po drodze.
Chyba najmocniej mógłbym wejść w ten świat czując tę muzykę w kościach. Już na sam widok tego potężnego zespołu byłoby lepiej, a jeszcze słysząc to wszystko na żywo, z niewielkiej odległości i pewnie odpowiednim ogłuszeniem po czasie. Tu ukłony dla realizatorów, bo nagrane jest to rewelacyjnie. Nic się nie zlewa, czuć atmosferę wykonu na żywo, usytuowania konkretnych muzyków w przestrzeni. To lubię. Gdyby tak doświadczyć jej bezpośrednio przy okazji właśnie występu na żywo... może nawet jako podkład do baletowego widowiska? Nie wiem. Koniec końców świata teatru tańca do końca też nie czuję. Z jednej strony subtelna symbolika na scenie, a w tle taka furia muzyczna? Nie widziałem, nie doświadczyłem, nie mogę do końca stwierdzić. Nawet mimo wątpliwości jestem pewien, że taka forma byłaby najciekawsza.
Zostaje solidny znak jakości, ale bez serduszka (czyżby). Z dwóch pierwszych utworów pamiętam tylko spokojniejsze wstępy, a potem gwałtowne przyspieszenia i odloty w nieznane. Jako prosty chłop cenię sobie najbardziej trójkę. Motyw główny najłatwiejszy do wyłuskania, klimatycznie też trochę ciężej niż przy okazji pozostałych momentów. Flamenco akcenty dobrze od czapy, przy takiej gęstwinie instrumentów trzeba naprawdę wyraźnych momentów przerwy. Strona B zaczyna się lekkim przeinterpretowaniem trzeciego kawałka, więc dalej dobry klimat, ale im dalej w las tym przesadnie ekspresyjnego mulenia więcej i więcej, choć do pewnych partii regularnie wracamy. Bywa nawet odrobinę sensualnie... może powinienem to puścić do czytania jakiejś książki bitników i dać sobie odpłynąć na pełnej. Jak u Burroughsa czy innego Kerouaca - przesadzić z pejotlem, wyjechać do Meksyku, obracać mężczyzn jeszcze młodszych od siebie, a ewentualne wyrzuty sumienia utopić w kolejnym psychotropie. NIE WIEM. A w przerwach jak u Cronenberga gadać do ożywionych maszyn do pisania?
Emm... to naprawdę dobra płyta. Im mniej próbuję się w to wgryźć, tym lepiej o tym myślę. Dobrze jak leci w tle, ale nie działa tak jak zwyczajowy muzak. Za dużo tutaj komplikacji, eksperymentu i porządku, ciekawych rozwiązań by tak stwierdzić. Większość mi się podobała tak wyraźnie. Dłuższa strona B (w sumie to też są trzy utwory, ale zagrane właściwie bez przerwy) to taka przyjemna kompilacja ciekawych momentów z przodu płyty, ale dodatkowo ulegających na tyle ciekawym ewolucjom, że warto dać temu sporo szans. W pewnym momencie te punkty wspólne między rozmaitymi wariacjami i solówkami zostają w głowie. Nie żebym od tej pory marzył o nauce kompozycji i grze w łódzkim klubie jazzowym, gdzie dają zayebisty likier orzechowy, ale nawet jak na jarosza (Seba trademark) big bandów będę myślał o tej płycie z sympatią.
Charles Mingus The Black Saint and The Sinner Lady
Na dżezie się nie znam. Mimo wysokiego statusu płyty w wielu bliskich mi kręgach nigdy jej nie słyszałem. Podobnie z innymi nagraniami głównodowodzącego. Szanuję za wybór. W końcu dobrze jest utrzymywać bestki w dobrej formie, tzn. nie pozwalać łatwo zniechęcać uczestników do dalszej zabawy, nie usypiać zbliżonymi rzeczami. Przygodę z The Black Saint traktuję jako wyjątkowo ciekawe ćwiczenie z kontaktu ze światem kompletnie obcym i nieznanym. Moje dżezowe doświadczenia to kilka płyt Milesa Davisa, parę pojedynczych polskich projektów no i ślady tego typu inspiracji w progrocku.
Lubię, kiedy muzyka wymaga od słuchacza uwagi, skupienia. No to nie jest popowe pitu-pitu - tutaj faktycznie trzeba się wsłuchać, wczuć, wejść na pełnej, by wyłapać niuanse, próbować jakoś uporządkować ten muzyczny krajobraz na swoją modłę. Okładanie się popem w nieskończoność na podobnej zasadzie jest kompletnie nieskuteczne. Czuję do tych nagrań respekt. Wierzę, że cała lawina ludzi potrafi znacznie lepiej się w tym odnaleźć. Punktem wyjścia dla mnie są lakoniczne laudacje internetowe, stylistyka uporządkowanego chaosu, przeznaczenie do wyimaginowanego baletu.
Trudno po pierwszym odsłuchu nie odnieść wrażenia, że cały ten jazz jest precyzyjnie skomponowany. Może nie zawsze łatwo jeden wyraźny motyw dominujący nad resztą, może tych inspiracji, etnicznych śladów jest mnóstwo, ale gdzieś w tym szaleństwie jest wewnętrzna spójność, metoda na utrzymanie w ryzach całego bogactwa dźwięków. Inna sprawa, że w pełnym skupieniu słucham tego bardziej akademicko niż emocjonalnie. Przy odsłuchu na luźno w podróży (szczególnie wieczorem, ale nie przy wyraźnym zmęczeniu) można łatwo uciec w refleksje różne o życiu. Bez zbędnego analizowania łatwiej mi przejść przez te ślepe zaułki popakowane dziesiątkami na dystansie niespełna czterdziestu minut. Na końcu zostaję z refleksją, że doświadczyłem czegoś całkiem intensywnego, ale na tyle chaotycznego, że nieszczególnie idzie przywołać jakieś wyjątkowe momenty poruszenia po drodze.
Chyba najmocniej mógłbym wejść w ten świat czując tę muzykę w kościach. Już na sam widok tego potężnego zespołu byłoby lepiej, a jeszcze słysząc to wszystko na żywo, z niewielkiej odległości i pewnie odpowiednim ogłuszeniem po czasie. Tu ukłony dla realizatorów, bo nagrane jest to rewelacyjnie. Nic się nie zlewa, czuć atmosferę wykonu na żywo, usytuowania konkretnych muzyków w przestrzeni. To lubię. Gdyby tak doświadczyć jej bezpośrednio przy okazji właśnie występu na żywo... może nawet jako podkład do baletowego widowiska? Nie wiem. Koniec końców świata teatru tańca do końca też nie czuję. Z jednej strony subtelna symbolika na scenie, a w tle taka furia muzyczna? Nie widziałem, nie doświadczyłem, nie mogę do końca stwierdzić. Nawet mimo wątpliwości jestem pewien, że taka forma byłaby najciekawsza.
Zostaje solidny znak jakości, ale bez serduszka (czyżby). Z dwóch pierwszych utworów pamiętam tylko spokojniejsze wstępy, a potem gwałtowne przyspieszenia i odloty w nieznane. Jako prosty chłop cenię sobie najbardziej trójkę. Motyw główny najłatwiejszy do wyłuskania, klimatycznie też trochę ciężej niż przy okazji pozostałych momentów. Flamenco akcenty dobrze od czapy, przy takiej gęstwinie instrumentów trzeba naprawdę wyraźnych momentów przerwy. Strona B zaczyna się lekkim przeinterpretowaniem trzeciego kawałka, więc dalej dobry klimat, ale im dalej w las tym przesadnie ekspresyjnego mulenia więcej i więcej, choć do pewnych partii regularnie wracamy. Bywa nawet odrobinę sensualnie... może powinienem to puścić do czytania jakiejś książki bitników i dać sobie odpłynąć na pełnej. Jak u Burroughsa czy innego Kerouaca - przesadzić z pejotlem, wyjechać do Meksyku, obracać mężczyzn jeszcze młodszych od siebie, a ewentualne wyrzuty sumienia utopić w kolejnym psychotropie. NIE WIEM. A w przerwach jak u Cronenberga gadać do ożywionych maszyn do pisania?
Emm... to naprawdę dobra płyta. Im mniej próbuję się w to wgryźć, tym lepiej o tym myślę. Dobrze jak leci w tle, ale nie działa tak jak zwyczajowy muzak. Za dużo tutaj komplikacji, eksperymentu i porządku, ciekawych rozwiązań by tak stwierdzić. Większość mi się podobała tak wyraźnie. Dłuższa strona B (w sumie to też są trzy utwory, ale zagrane właściwie bez przerwy) to taka przyjemna kompilacja ciekawych momentów z przodu płyty, ale dodatkowo ulegających na tyle ciekawym ewolucjom, że warto dać temu sporo szans. W pewnym momencie te punkty wspólne między rozmaitymi wariacjami i solówkami zostają w głowie. Nie żebym od tej pory marzył o nauce kompozycji i grze w łódzkim klubie jazzowym, gdzie dają zayebisty likier orzechowy, ale nawet jak na jarosza (Seba trademark) big bandów będę myślał o tej płycie z sympatią.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Dobry wieczór, jak tam dżez dżez?
Przypominam że do końca tygodnia omawiamy Mingusa
Przypominam że do końca tygodnia omawiamy Mingusa
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Szkoda że ten temat AŻ TAK zwolnił
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Nie chciałbyś do końca tygodnia wisieć na latarni.stripped pisze:13 lis 2024 20:17Dobry wieczór, jak tam dżez dżez?
Przypominam że do końca tygodnia omawiamy Mingusa
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
A co to za maniery nagle 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup