Lol, to przeklęte "Somebody"
Też tak miałem ale w czasach kiedy dosyć naiwnie wierzyłem w tego rodzaju idealistyczne poglądy na temat miłości, itd. Teraz, jako skrajny cynik, stwierdzam, że to o kant dupy... (Somebody, nie miłość)

Ja byłem sam dłuuugo, katastrofalnie przewaliłem się przez jeden event i potem znowu byłem saaam (i było mi zajebiście). A potem to przestało być zajebiste, wystarczy odpowiednia osoba

Mike Franti wyrapował kiedyś "love is da shit that makes life bloom and you never know when you might step on it" i ma racje. Wdepniesz, to będzie a wdepniesz napewno. W miłości nie chodzi o to żeby było miło a żeby było trwale. I wtedy własnie robi się miło, lol. Gore może sobie śpiewać co chce ale każdy jego związek zakończył się katastrofą.
Wierz mi Radio, depresja to naprawdę silna rzecz. Jeżeli ją masz to będziesz wiedział, że jej sobie nie wmówiłeś.