Best of Forum (Edycja albumowa)
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
To ktoś słucha z tych playlist? Bo ja myślałem, ze kazdy i tak leci z tidala/spotify
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ja lecę z plików, ale Dev używa chyba tylko YT.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Ja generalnie słucham z playlist.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Ja najczęściej słucham ze Spotify
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Ja w ogóle, nie wiem, czemu, myślałem, że najpierw Kate Bush będzie
.
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
W tym tempie to prędzej rozdziobią nas kruki i wrony
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Odnoszę wrażenie że tak kolejka i tak już trwa o jedną wieczność za długo, zatem bez zbędnych ceregieli zapraszam do omawiania Paintings In Yellow od Sandry.
Malkolit pisze:18 maja 2022 23:46Shodan, widzę, narobił bigosuWcześniej chciał śpiewających pań.
Miały być śpiewające panie i będą śpiewające panie. Szczególnie, że dziś pewna wielka, choć nieco przebrzmiała, gwiazda kończy 60 lat. Pani Lauer-Cretu, jak widać, nie poddaje się i planuje dalszą działalność. Raczej trudno mieć większe (jakiekolwiek?) oczekiwania, lepiej więc wrócić do przeszłości i przypomnieć najlepszą jej płytę (choć nawet ona nie jest równa).
Sandra - Paintings in Yellow
Dlaczego ten album? Dużo mi dał, jeśli chodzi o otwieranie się na różną muzykę. I jest tak przesycony emocjami, że pod tym względem jego słuchanie to prawdziwa uczta. I w sumie dlatego słucham go rzadko. Na Sandrę otworzyłem się w dużym stopniu późną zimą zeszłego roku, choć, oczywiście, znałem trochę jej piosenek wcześniej (jak byłem nastolatkiem, to załapałem się na pewien renesans jej popularności związany z nową wersją Around My Heart, Everlasting Love też zawsze bardzo wysoko ceniłem). A samo otwarcie zawdzięczam... szachowym streamom z udziałem Jana-Krzysztofa Dudy. Grał w turniejach szachów szybkich, streamy zaczynały się o 17 i trwały do 22. Żeby przetrwać końską dawkę transmisji i obejrzeć na żywo finałowe partie (to było po 5 partii na dzień, co godzinę jedna), musiałem puszczać sobie muzykę w tle. O ile na początku leciały jakieś transy typu The Orb, folkowe Fuchsie i soundtrackowi Settlersi, to na koniec uznawałem, że trzeba czegoś z mocnym bitem, bo oczy się już zamykają, a chce się być na bieżąco. Pomyślałem, że trzeba tu przebojów z lat 80. Jak już różne Strangelove i inne Shouty się pokończyły, pomyślałem: a czemu nie Everlasting Love? A potem In The Heat Of The Night? A potem niepostrzeżenie wciągnąłem się w dyskografię.
Dwie pierwsze płyty są raczej niespójne (hity przeplatają się z piosenkami, które obdarzono mniejszą uwagą -> Maria Magdalena i wszystkie następne na drugiej stronie Longplaya). Na trzeciej Michael Cretu, wtedy już mąż piosenkarki, nauczył się tworzyć spójne całości. Przy tym album jest spokojniejszy od poprzednich. Paintings In Yellow podkreślają chyba to, co w niemieckiej (czy niemiecko-francuskiej) artystce najlepsze. Mocne (przetworzone elektronicznie) wokale + subtelne dźwięki. Tę subtelność najlepiej słychać w melodramatycznym Lovelight In Your Eyes (kojarzy się z okładką) oraz w One More Night z ładnym, klimatycznym klipem (generalnie krajobrazy w jej klipach nieźle kontrastują z jej wyglądem z dwóch-trzech lat, z którymi najbardziej jest kojarzona; pani ma wiele twarzy). Jest jeszcze Johnny Wanna Live, piosenka o małym, skrzywdzonym zwierzaczku, ponoć powstała, kiedy Sandrę skrytykowano za obnoszenie się ekstrawaganckim futrem. Zawsze jej dobrze wychodziły takie historie (Little Girl, Loreen, When The Rain Doesn't Come). Tekstowo płyta jest zupełnie solidna.
Dwie piosenki są wyraźnie krzykliwsze i jakby skierowane do amerykańskiej publiczności: (Life May Be) A Big Insanity i The Skin I'm In. I, jak nie u niej, te piosenki są najsłabsze. Nigdy do końca nie przekonałem się do tej drugiej, opowiadającej - jak to piosenkarze lubią - o tym, co myślą o krytyce i że sami lubią decydować o sobie. Nie napisałem jeszcze o otwierającym płytę przeboju - to słynna, porywająca, mocno poruszająca Hiroshima z teledyskiem w ciemnych kolorach. Chyba najmocniejszy punkt nie tylko tego albumu, ale i w ogóle całej dyskografii. Słychać, że i w poważnych tematach prezentuje się znakomicie (w sumie to Sandra zawsze sprawiała wrażenie bardzo poważnej osoby). Fajne są te wszystkie zmiany nastrojów przez modulację głosu, krzyki (Hiroshima, One More Night, tytułowy), ukazuje szeroką paletę możliwości Niemki. Dwie ostatnie piosenki to magiczna podróż zapowiadająca już Enigmę, którą nagrywano mniej więcej w tym czasie z tymi samymi ludźmi. Tytułowe Paintings In Yellow - jeszcze chyba ciekawsze niż Lovelight In Your Eyes - i Medley: The Journey - zwariowana podróż z momentami delikatnymi (początek: ciemność, niekończąca się noc) i mocnymi z fragmentem Paintings In Yellow i spokojnym wyciszeniem. Mnie te piosenki zawsze mocno rozgrzewają i nastawiają bardzo pozytywnie. Duża dawka pozytywnego dopingu. N koniec mamy jeszcze remiks Hiroshimy. Ona zawsze miała niewiele materiału (co nie dziwi, skoro nie nagrywała go sama).
Po tej płycie i po olbrzymim sukcesie Enigmy kariera gwiazdy nieco wyhamowała, choć Close To Seven też uważam za bardzo udaną płytę. Ciekawe, że najdojrzalsza jej płyta okazała się ostatnią (przedostatnią? tu nie mam przekonania) naprawdę wielką. A potem pani Sandra została szczęśliwą mamusią i jej zaangażowanie we własną twórczość znacząco spadło. Ale to inna historia. A Paintings In Yellow to cudo! Sto lat jubilatce!
https://youtube.com/playlist?list=PL3d_ ... 3TKxmLzF1C
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Sandra - Paintings in Yellow
Melki zaskoczył. Zaproponował płytę, którą powinien wrzucić dev. Zabierałem się za Malunki w Żółci bez oczekiwań, ale usłyszałem pierwsze takty Hiroszimy i zadziało się coś bardzo dziwnego. Skąd ja to znam, karwasz barabasz? Miałem tak przez połowę płyty, dopiero przy utworze tytułowym poczułem, że słyszę coś pierwszy raz. Wróciły do głowy bardzo dalekie wspomnienia z dzieciństwa. W moim domu nie obchodzono się z kasetami magnetofonowymi najlepiej. Pamiętam dwie siatki wypełnione nimi po brzegi. Leżały tam w kompletnym nieporządku. Czego tam nie było... disco polo, Bryan Adams, O.N.A., składanki Radia Zet, pirackie wydawnictwa Depeche Mode (choć 101ka wygląda najmniej podejrzanie), Bajm. Widzę przed oczami też czyste kasety w opakowaniach Stilonu, np. z paskami w różnych odcieniach czerwieni albo błękitu z napisem "kaseta magnetofonowa". Na nich pewnie też było nagrane jakieś badziewie. Między nimi uchowała się wtedy jedna od TDK, u góry na jednej stronie zapisano "Sandra". Możliwe, że to ja sam mogłem zapisać, bo wydaje mi się, że to było dość niezgrabne pismo. Na zawartość kasety musiała się składać przynajmniej pierwsza strona Paintings in Yellow. Z drugiej strony na pewno było Sailing on the Seven Seas. Albo jakoś dziwnie po Sandrze... z tego względu kojarzę je ze sobą. Wtedy wydawało mi się, że to jakaś japońska piosenkarka musiała śpiewać Hiroszimę. Potem już wiedziałem, że Sandra wykonywała piosenkę o tym tytule, ale nigdy tego nie sprawdziłem. O kasecie zapomniałem, o połączeniu Sandry i OMD też... aż do zeszłego tygodnia i weekendu, bo wtedy zacząłem słuchać wrzutki Melkiego. Konsultacja z moją mamą pomogła. Pamiętała o kasecie, pamiętała tytuły (Hiroszima, One More Night). Nie pomyliłem się. Za to jeszcze bardziej lubię tę zabawę i bardzo szanuję tę propozycję!
Po paru odsłuchach i pewnych wątpliwościach na początku ostatecznie muszę przyznać, że to dobra płyta. Do Paintings in Yellow bez większego zarzutu. Spójne, dość melodyjne, klimatyczne. Podoba mi się brzmienie perkusji i elektroniki, są tu echa space ambientu, Enigmy, ale dobrze zbalansowane. Jest bardziej przebojowo i klubowo niż duchowo w tani sposób, patosu brak. Na początku drażniło mnie akcentowanie Sandry tej nieszczęsnej Hiroszimy, ale po osłuchaniu, w przeciwieństwie do wrzutki deva, przestało mi to przeszkadzać. Będzie sporo powrotów, bo takiego popu ostatnio mi brakuje. (Life May Be) A Big Insanity, One More Night, Johnny Wanna Live. Są lekko kiczowate, w tym przypadku uważam to za zaletę. Dla dopełnienia tego wspominkowego wrażenia wszystkie odsłuchy zrealizowane na trochę gorszych przewodowych słuchawkach, momentami naprawdę moja głowa dawała mi znaki, że ja kiedyś dobrze kojarzyłem te utwory. The Skin I'm In też ma przyjemny refren. Tytułowy numer gdzieś huczy z tyłu głowy, ale jego obecności na kasecie nie jestem pewien. Jest w porządku, ale niżej niż wszystkie poprzednie bez dwóch zdań. Na końcu dzieją się rzeczy dziwne, jeszcze więcej ma do powiedzenia pan Cretu, ale trochę to psuje rytm całości. To dalej nie są gnioty, ale wprowadzają dziwne zamieszanie. Kuriozalne są te sample Led Zeppelin xD Nie psuje to jednak mojego odbioru płyty, bo po prostu to będę konsekwentnie pomijał, The Journey na 100% nie zagości więcej na słuchawkach. Co to za Extended Club Mix, który jest krótszy od oryginału. Takie rzeczy tylko w erze przed ostatecznym boomem na techno, house, trance... choć momentami jest lepszy niż właściwa wersja i jak będę miał fazę przy okazji powrotu, to pewnie i do niego z raz wrócę.
Jeśli Bush nie zaskoczy to mam swoją zwyciężczynię kolejki. Od pierwszego odsłuchu mija już parę dni i te powroty ciągle są, choć to już raczej pojedyncze piosenki słuchane raz czy dwa. Podpasowało mi naprawdę solidnie.
Melki zaskoczył. Zaproponował płytę, którą powinien wrzucić dev. Zabierałem się za Malunki w Żółci bez oczekiwań, ale usłyszałem pierwsze takty Hiroszimy i zadziało się coś bardzo dziwnego. Skąd ja to znam, karwasz barabasz? Miałem tak przez połowę płyty, dopiero przy utworze tytułowym poczułem, że słyszę coś pierwszy raz. Wróciły do głowy bardzo dalekie wspomnienia z dzieciństwa. W moim domu nie obchodzono się z kasetami magnetofonowymi najlepiej. Pamiętam dwie siatki wypełnione nimi po brzegi. Leżały tam w kompletnym nieporządku. Czego tam nie było... disco polo, Bryan Adams, O.N.A., składanki Radia Zet, pirackie wydawnictwa Depeche Mode (choć 101ka wygląda najmniej podejrzanie), Bajm. Widzę przed oczami też czyste kasety w opakowaniach Stilonu, np. z paskami w różnych odcieniach czerwieni albo błękitu z napisem "kaseta magnetofonowa". Na nich pewnie też było nagrane jakieś badziewie. Między nimi uchowała się wtedy jedna od TDK, u góry na jednej stronie zapisano "Sandra". Możliwe, że to ja sam mogłem zapisać, bo wydaje mi się, że to było dość niezgrabne pismo. Na zawartość kasety musiała się składać przynajmniej pierwsza strona Paintings in Yellow. Z drugiej strony na pewno było Sailing on the Seven Seas. Albo jakoś dziwnie po Sandrze... z tego względu kojarzę je ze sobą. Wtedy wydawało mi się, że to jakaś japońska piosenkarka musiała śpiewać Hiroszimę. Potem już wiedziałem, że Sandra wykonywała piosenkę o tym tytule, ale nigdy tego nie sprawdziłem. O kasecie zapomniałem, o połączeniu Sandry i OMD też... aż do zeszłego tygodnia i weekendu, bo wtedy zacząłem słuchać wrzutki Melkiego. Konsultacja z moją mamą pomogła. Pamiętała o kasecie, pamiętała tytuły (Hiroszima, One More Night). Nie pomyliłem się. Za to jeszcze bardziej lubię tę zabawę i bardzo szanuję tę propozycję!
Po paru odsłuchach i pewnych wątpliwościach na początku ostatecznie muszę przyznać, że to dobra płyta. Do Paintings in Yellow bez większego zarzutu. Spójne, dość melodyjne, klimatyczne. Podoba mi się brzmienie perkusji i elektroniki, są tu echa space ambientu, Enigmy, ale dobrze zbalansowane. Jest bardziej przebojowo i klubowo niż duchowo w tani sposób, patosu brak. Na początku drażniło mnie akcentowanie Sandry tej nieszczęsnej Hiroszimy, ale po osłuchaniu, w przeciwieństwie do wrzutki deva, przestało mi to przeszkadzać. Będzie sporo powrotów, bo takiego popu ostatnio mi brakuje. (Life May Be) A Big Insanity, One More Night, Johnny Wanna Live. Są lekko kiczowate, w tym przypadku uważam to za zaletę. Dla dopełnienia tego wspominkowego wrażenia wszystkie odsłuchy zrealizowane na trochę gorszych przewodowych słuchawkach, momentami naprawdę moja głowa dawała mi znaki, że ja kiedyś dobrze kojarzyłem te utwory. The Skin I'm In też ma przyjemny refren. Tytułowy numer gdzieś huczy z tyłu głowy, ale jego obecności na kasecie nie jestem pewien. Jest w porządku, ale niżej niż wszystkie poprzednie bez dwóch zdań. Na końcu dzieją się rzeczy dziwne, jeszcze więcej ma do powiedzenia pan Cretu, ale trochę to psuje rytm całości. To dalej nie są gnioty, ale wprowadzają dziwne zamieszanie. Kuriozalne są te sample Led Zeppelin xD Nie psuje to jednak mojego odbioru płyty, bo po prostu to będę konsekwentnie pomijał, The Journey na 100% nie zagości więcej na słuchawkach. Co to za Extended Club Mix, który jest krótszy od oryginału. Takie rzeczy tylko w erze przed ostatecznym boomem na techno, house, trance... choć momentami jest lepszy niż właściwa wersja i jak będę miał fazę przy okazji powrotu, to pewnie i do niego z raz wrócę.
Jeśli Bush nie zaskoczy to mam swoją zwyciężczynię kolejki. Od pierwszego odsłuchu mija już parę dni i te powroty ciągle są, choć to już raczej pojedyncze piosenki słuchane raz czy dwa. Podpasowało mi naprawdę solidnie.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Sandra - Paintings in Yellow
Bałem się tej płyty, bo kompletnie nie miałem ochoty na typową Sandrę. Mimo to, kawałek który Melki zapodał w best utworów, dał nadzieję, że to nie będzie może typowa Sandra. Ostatecznie wyszło pół na pół. To jest taki album, który jedną nogą jest w latach 80, a drugą w 90. To jest dosyć charakterystyczne brzmienie, ten przełom dekad jest niemal jak osobna dekada.
To jest bardzo fajny album. Ile razy stoi on niebezpiecznie blisko krawędzi bycia typowym tanim ejtisem, to skręca w nieoczekiwanym, niejanuszowym kierunku. Chciałem wręcz rzecz, że Sandra tutaj zaskakuje, ale jak sobie przypomnę nawet największe jej hity, to zawsze było w tym trochę chodzenia pod górkę, przynajmniej jeśli chodzi o muzykę. I to się jakoś udawało, potem sprzedawało, itd. „Hiroshima” to taki singiel. „(Life May Be) A Big Insanity” to chyba jeden z najlepszych przykładów tego brzmienia 80/90, brakuje tylko jakiegoś rapera na feacie. Bardzo mi to przypomina np. Milli Vanilli, a klimatem (np. refren) jakieś numery r’n’b z przełomu 90/00 (gdyby tylko dodać gęste, soulowe harmonie). „Johnny” to taki fajny, chillowy, przestrzenny pop, trochę w stylu Madonny na „Ray of Light”. Ta babka naprawdę wyprzedza momentami tu swoje czasy. Niemniej, „Lovelight In Your Eyes” to akurat jest typowa ejtisowa Sandra z małymi bonusami (ten sax z klawisza kojarzy mi się z późnym Genesis). Jest tu trochę ciekawych kontrastów, więc nadal to propsuję.
„One More Night”, widzę te zapalniczki na koncercie, widzę klip z filmu Disneya.. Jest to przaśne, ale ma ten swój urok, któremu osobiście czasami ulegam. Jest spoko. „The Skin I'm In” trochę zaczyna już zalatywać powielaniem motywów, brzmień, itd. z wcześniejszych fragmentów płyty. Utwór sam w sobie jest bardzo spoko, przypomina mi trochę Sex Shop Boys, ale jego umiejscowienie na płycie, jest trochę krzywdzące. Chciałoby się, żeby ta płyta już się kończyła… no i faktycznie się (prawie) kończy. „Paintings In Yellow”, fajna piosenka i znowu mi tu pachnie 90sami w pancerzu brzmień z wcześniejszej dekady. Temu albumowi przydałby się jakiś klasyczny remix album nagrywany w 1993/94 roku, albo nawet teraz. Klapa od kibla lata tu po prostu za bardzo, zresztą lata na całej płycie. Czasami to fajne, bo wzmacnia bit, ale niektóe kawałki tego nie potrzebują. Jeśli za czymś z lat 80 nie tęsknię, to ten reverb.
„Medley: The Journey”, czyli sampler płyty, na koniec płyty… no proszę, skądś to znam. Zaraz. Znam. Z tej kolejki xD Z płyty Esprit zapodanej przez Dragona, na której pierwszy bonus (który Dragon polecił jako kanoniczny) to właśnie coś takiego. Dwie płyty z takimi zabiegami w jednej rundzie. No, proszę. Ciekawa sprawa, bo chyba (nie pamiętam) wcześniej się z tym nie spotkałem).
W tym wypadku, jest to fajny myk, żeby sobie wrócić do tej płyty, jednocześnie nie wracając do niej na tę niecałą godzinę.
Cały ten album ma jedną główną zaletę, o której nie wspominałem – jest to wokal Sandry. Czasami ma się ochotę ją zatłuc za to miauczenie, ale częściej jednak się jej przyklaskuje. Laska ma niesamowite wyczucie melodii i potrafi korzystać z tego swojego wysokiego głosu.
No i co, gratulacje dla Melkiego. Chłop wybrnął u mnie z tym albumem, bo mogło się skończy bardzo różnie, ale ostatecznie chwalę tę wrzutkę. Do takiej Sandry mogę wracać w odpowiednich okolicznościach i nastroju.
Bałem się tej płyty, bo kompletnie nie miałem ochoty na typową Sandrę. Mimo to, kawałek który Melki zapodał w best utworów, dał nadzieję, że to nie będzie może typowa Sandra. Ostatecznie wyszło pół na pół. To jest taki album, który jedną nogą jest w latach 80, a drugą w 90. To jest dosyć charakterystyczne brzmienie, ten przełom dekad jest niemal jak osobna dekada.
To jest bardzo fajny album. Ile razy stoi on niebezpiecznie blisko krawędzi bycia typowym tanim ejtisem, to skręca w nieoczekiwanym, niejanuszowym kierunku. Chciałem wręcz rzecz, że Sandra tutaj zaskakuje, ale jak sobie przypomnę nawet największe jej hity, to zawsze było w tym trochę chodzenia pod górkę, przynajmniej jeśli chodzi o muzykę. I to się jakoś udawało, potem sprzedawało, itd. „Hiroshima” to taki singiel. „(Life May Be) A Big Insanity” to chyba jeden z najlepszych przykładów tego brzmienia 80/90, brakuje tylko jakiegoś rapera na feacie. Bardzo mi to przypomina np. Milli Vanilli, a klimatem (np. refren) jakieś numery r’n’b z przełomu 90/00 (gdyby tylko dodać gęste, soulowe harmonie). „Johnny” to taki fajny, chillowy, przestrzenny pop, trochę w stylu Madonny na „Ray of Light”. Ta babka naprawdę wyprzedza momentami tu swoje czasy. Niemniej, „Lovelight In Your Eyes” to akurat jest typowa ejtisowa Sandra z małymi bonusami (ten sax z klawisza kojarzy mi się z późnym Genesis). Jest tu trochę ciekawych kontrastów, więc nadal to propsuję.
„One More Night”, widzę te zapalniczki na koncercie, widzę klip z filmu Disneya.. Jest to przaśne, ale ma ten swój urok, któremu osobiście czasami ulegam. Jest spoko. „The Skin I'm In” trochę zaczyna już zalatywać powielaniem motywów, brzmień, itd. z wcześniejszych fragmentów płyty. Utwór sam w sobie jest bardzo spoko, przypomina mi trochę Sex Shop Boys, ale jego umiejscowienie na płycie, jest trochę krzywdzące. Chciałoby się, żeby ta płyta już się kończyła… no i faktycznie się (prawie) kończy. „Paintings In Yellow”, fajna piosenka i znowu mi tu pachnie 90sami w pancerzu brzmień z wcześniejszej dekady. Temu albumowi przydałby się jakiś klasyczny remix album nagrywany w 1993/94 roku, albo nawet teraz. Klapa od kibla lata tu po prostu za bardzo, zresztą lata na całej płycie. Czasami to fajne, bo wzmacnia bit, ale niektóe kawałki tego nie potrzebują. Jeśli za czymś z lat 80 nie tęsknię, to ten reverb.
„Medley: The Journey”, czyli sampler płyty, na koniec płyty… no proszę, skądś to znam. Zaraz. Znam. Z tej kolejki xD Z płyty Esprit zapodanej przez Dragona, na której pierwszy bonus (który Dragon polecił jako kanoniczny) to właśnie coś takiego. Dwie płyty z takimi zabiegami w jednej rundzie. No, proszę. Ciekawa sprawa, bo chyba (nie pamiętam) wcześniej się z tym nie spotkałem).
W tym wypadku, jest to fajny myk, żeby sobie wrócić do tej płyty, jednocześnie nie wracając do niej na tę niecałą godzinę.
Cały ten album ma jedną główną zaletę, o której nie wspominałem – jest to wokal Sandry. Czasami ma się ochotę ją zatłuc za to miauczenie, ale częściej jednak się jej przyklaskuje. Laska ma niesamowite wyczucie melodii i potrafi korzystać z tego swojego wysokiego głosu.
No i co, gratulacje dla Melkiego. Chłop wybrnął u mnie z tym albumem, bo mogło się skończy bardzo różnie, ale ostatecznie chwalę tę wrzutkę. Do takiej Sandry mogę wracać w odpowiednich okolicznościach i nastroju.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Sandra - Paintings in Yellow
Sandrę znam właściwie od zawsze. Ale znam ją tylko z jej singlowych przebojów, których było sporo. Nigdy nie słyszałem żadnego albumu, a trochę ich też miała. Teraz mamy takie czasy, że ściągnięcie płyty to kwestia tylko odrobiny dobrej woli i paru minut czasu. W latach 80’ i 90’ nie było to takie proste. Żeby posłuchać jakiejś płyty, to trzeba ją było po prostu albo kupić, albo zdobyć od kogoś. Pewnie dlatego dyskografii tak wielu wykonawców się nie znało.
Możliwe, że mimo sprzyjających czasów nigdy bym nie posłuchał żadnego albumu Sandry, gdyby nie ta zabawa i uprzejmość naszego kolegi Malkolita, który kazał nam jej posłuchać.
Ale dobrze się stało. Kiedy w temacie Best of utworów Melki zapowiedział, że nie zamierza wrzucać Sandry, trochę się zmartwiłem. No jak to, nie będzie Sandry? Od Melkiego, który podczas naszego zeszłorocznego krótkiego spotkania opowiadał o niej z tak wielką pasją. Na szczęście dotyczyło to tylko bestki utworowej.
Paintings in Yellow słuchałem po raz pierwszy w życiu, a okazało się, że dużo utworów już i tak znałem z przeszłości. A niektóre pewnie mi nieznane sprawiały wrażenie, jakbym je i tak znał. Album dał mi też przede wszystkim ogromną dawkę wspomnień. Zafundował mi wspaniałą podróż do przeszłości.
Już pierwszy utwór Hiroshima dał mi mocno po gębie. Kurka wodna jaki to jest piękny utwór! Tylko mojej sklerozie zawdzięczam, że nie znalazł się w mojej utworowej bestce. Może jest odrobinkę za długi, może wyciąłbym tę gitarową solówkę i trochę instrumentalnego środka, ale nie zmienia to faktu, że utwór jest niesamowity.
Dalej trzy kolejne utwory, które znałem na bank. Te utwory od razu przeniosły mnie w czasy szkolne. W czasy ówczesnych dyskotek, domówek, różnych ówczesnych imprez. I zrobiło mi się błogo, sentymentalnie. Johnny wanna live to taki szczególnie nostalgiczny dla mnie numer. Leciał na tych wszystkich imprezach bankowo. Przy takiej muzyce właśnie człowiek przeżywał swoje pierwsze młodzieńcze zauroczenia, wzdychał do dziewczynmając te naście lat. Ach to były czasy.
One more night i Paintings in Yellow to bardzo ładne i przyjemne balladki. The skin I'm in był mi wcześniej znany i to jeden z fajniejszych utworów na płycie. Zresztą mógłbym o każdym utworze napisać to samo. O The journey też. Wszystko mi się tu podoba. Ten album to zestaw 8 naprawdę świetnych kompozycji ubranych w brzmienie typowe dla przełomu lat 80/90’. Brzmienie tak dobrze mi znane, pewnie już dawno niemodne, a którego jak się okazało nadal jestem w stanie słuchać z przyjemnością. Jest naprawdę wielu wykonawców z tamtych czasów, których nie mam już ochoty w ogóle słuchać. A powrót do Sandry był naprawdę miłym przeżyciem. Tym bardziej, że zawsze bardzo lubiłem jej głos. Hien mówił, że ona miauczy. Ja bym tego tak jednak nie nazwał. Swoją drogą ciekawe, że Melki wiele razy mówił, że nie przepada za wysokimi żeńskimi głosami, że woli nisko śpiewające panie. A tu proszę.
Piękną duchologiczną podróż zafundował mi Melki. Mogłem tę płytę opisać szczerze mówiąc już po jednym odsłuchu. Ale posłuchałem znacznie więcej, bo sprawiało mi to przyjemność. I na pewno będę wracał.
Sandrę znam właściwie od zawsze. Ale znam ją tylko z jej singlowych przebojów, których było sporo. Nigdy nie słyszałem żadnego albumu, a trochę ich też miała. Teraz mamy takie czasy, że ściągnięcie płyty to kwestia tylko odrobiny dobrej woli i paru minut czasu. W latach 80’ i 90’ nie było to takie proste. Żeby posłuchać jakiejś płyty, to trzeba ją było po prostu albo kupić, albo zdobyć od kogoś. Pewnie dlatego dyskografii tak wielu wykonawców się nie znało.
Możliwe, że mimo sprzyjających czasów nigdy bym nie posłuchał żadnego albumu Sandry, gdyby nie ta zabawa i uprzejmość naszego kolegi Malkolita, który kazał nam jej posłuchać.
Ale dobrze się stało. Kiedy w temacie Best of utworów Melki zapowiedział, że nie zamierza wrzucać Sandry, trochę się zmartwiłem. No jak to, nie będzie Sandry? Od Melkiego, który podczas naszego zeszłorocznego krótkiego spotkania opowiadał o niej z tak wielką pasją. Na szczęście dotyczyło to tylko bestki utworowej.
Paintings in Yellow słuchałem po raz pierwszy w życiu, a okazało się, że dużo utworów już i tak znałem z przeszłości. A niektóre pewnie mi nieznane sprawiały wrażenie, jakbym je i tak znał. Album dał mi też przede wszystkim ogromną dawkę wspomnień. Zafundował mi wspaniałą podróż do przeszłości.
Już pierwszy utwór Hiroshima dał mi mocno po gębie. Kurka wodna jaki to jest piękny utwór! Tylko mojej sklerozie zawdzięczam, że nie znalazł się w mojej utworowej bestce. Może jest odrobinkę za długi, może wyciąłbym tę gitarową solówkę i trochę instrumentalnego środka, ale nie zmienia to faktu, że utwór jest niesamowity.
Dalej trzy kolejne utwory, które znałem na bank. Te utwory od razu przeniosły mnie w czasy szkolne. W czasy ówczesnych dyskotek, domówek, różnych ówczesnych imprez. I zrobiło mi się błogo, sentymentalnie. Johnny wanna live to taki szczególnie nostalgiczny dla mnie numer. Leciał na tych wszystkich imprezach bankowo. Przy takiej muzyce właśnie człowiek przeżywał swoje pierwsze młodzieńcze zauroczenia, wzdychał do dziewczynmając te naście lat. Ach to były czasy.
One more night i Paintings in Yellow to bardzo ładne i przyjemne balladki. The skin I'm in był mi wcześniej znany i to jeden z fajniejszych utworów na płycie. Zresztą mógłbym o każdym utworze napisać to samo. O The journey też. Wszystko mi się tu podoba. Ten album to zestaw 8 naprawdę świetnych kompozycji ubranych w brzmienie typowe dla przełomu lat 80/90’. Brzmienie tak dobrze mi znane, pewnie już dawno niemodne, a którego jak się okazało nadal jestem w stanie słuchać z przyjemnością. Jest naprawdę wielu wykonawców z tamtych czasów, których nie mam już ochoty w ogóle słuchać. A powrót do Sandry był naprawdę miłym przeżyciem. Tym bardziej, że zawsze bardzo lubiłem jej głos. Hien mówił, że ona miauczy. Ja bym tego tak jednak nie nazwał. Swoją drogą ciekawe, że Melki wiele razy mówił, że nie przepada za wysokimi żeńskimi głosami, że woli nisko śpiewające panie. A tu proszę.
Piękną duchologiczną podróż zafundował mi Melki. Mogłem tę płytę opisać szczerze mówiąc już po jednym odsłuchu. Ale posłuchałem znacznie więcej, bo sprawiało mi to przyjemność. I na pewno będę wracał.
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Zapomniałem klipy podrzucić:
Hiroshima:
https://www.youtube.com/watch?v=dmC4q-siuEU
Johnny Wanna Live:
https://www.youtube.com/watch?v=PGNTaM7roSY
Life May Be A Big Insanity:
https://www.youtube.com/watch?v=C5-OjvFRpvw
One More Night:
https://www.youtube.com/watch?v=ElKw5fGa-FE
Hiroshima:
https://www.youtube.com/watch?v=dmC4q-siuEU
Johnny Wanna Live:
https://www.youtube.com/watch?v=PGNTaM7roSY
Life May Be A Big Insanity:
https://www.youtube.com/watch?v=C5-OjvFRpvw
One More Night:
https://www.youtube.com/watch?v=ElKw5fGa-FE
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Sandra - Paintings in Yellow
Tak samo jak munlup, też nie miałem ochoty na Sandrę. I w sumie to nawet nie do końca chodzi o to, że to ejtisy, bo te - jak wie każdy tutaj - bardzo cenię, tylko o to, że jednak masa longplay'ów z tamtej epoki jest po prostu cienka, bo poza dwoma-trzema fajnymi singlami znajdują się na nich typowe zapychacze, które słuzą tylko temu, by faktycznie jakoś tam upchać te mniej więcej 40 minut muzyki i spodziewałem się czegoś takiego. Tymczasem... no w sumie to gwoli sprawiedliwości trochę tak było, bo jednak kaman, ten medley z wklejonymi randomowo samplami z Led Zeppelin trochę tak brzmi, ale jednak nie miałem wrażenia słuchania jakiegoś wymęczonego muzaku.
To przyjemna, klimatyczna płyta z dobrymi momentami, a ja to generalnie lubię se czasem jak są te momenty wiecie
Coś było w tamtej epoce przełomu 80/90s specyficznego (inb4 duchologia), co słychać ewidentnie w muzyce z tamtej epoki, która jedną nogą tkwi jeszcze w melodyjności ejtisów, ale już rwie się do przodu, już ewoluuje i już eksperymentuje. Tutaj bardzo intensywnie to czuć, w sumie to serio brakuje tylko z dupy wziętego rapu, ale powiedzmy, że randomowy cytat z Whole Lotta Love to nadrabia xd
Piosenki są spoko. Ofc tu nie ma niespodzianki w tym, że lepsze, ciekawsze i bardziej dopracowane są single, ze świętną Hiroshimą na czele, ale nie miałem jakiegoś wrażenia, że reszta mocno odstaje tudzież jest na doczepkę. Trochę nie kumam tego, że na tidalu The Skin I'm In jest podpisane jako Single Version podczas gdy nie jest singlem z tej płyty, ale wychodzę z założenia, że nie wszystko muszę kumać (inb4 i tak kumam niewiele). W sumie tylko ten cover Collinsa był taki jakiś trochę taki se, ale chyba najwyraźniej wtedy jakaś ustawa nakazywała coverować Collinsa czy coś. Life may be a big insanity daje radę, to potencjalny banger, tytułowy też ma potencjał na potencjalne kolejne odsłuchy.
Generalnie fajnie się tego słuchało i daję okejke. Sandra jest spoko.
Tak samo jak munlup, też nie miałem ochoty na Sandrę. I w sumie to nawet nie do końca chodzi o to, że to ejtisy, bo te - jak wie każdy tutaj - bardzo cenię, tylko o to, że jednak masa longplay'ów z tamtej epoki jest po prostu cienka, bo poza dwoma-trzema fajnymi singlami znajdują się na nich typowe zapychacze, które słuzą tylko temu, by faktycznie jakoś tam upchać te mniej więcej 40 minut muzyki i spodziewałem się czegoś takiego. Tymczasem... no w sumie to gwoli sprawiedliwości trochę tak było, bo jednak kaman, ten medley z wklejonymi randomowo samplami z Led Zeppelin trochę tak brzmi, ale jednak nie miałem wrażenia słuchania jakiegoś wymęczonego muzaku.
To przyjemna, klimatyczna płyta z dobrymi momentami, a ja to generalnie lubię se czasem jak są te momenty wiecie
Piosenki są spoko. Ofc tu nie ma niespodzianki w tym, że lepsze, ciekawsze i bardziej dopracowane są single, ze świętną Hiroshimą na czele, ale nie miałem jakiegoś wrażenia, że reszta mocno odstaje tudzież jest na doczepkę. Trochę nie kumam tego, że na tidalu The Skin I'm In jest podpisane jako Single Version podczas gdy nie jest singlem z tej płyty, ale wychodzę z założenia, że nie wszystko muszę kumać (inb4 i tak kumam niewiele). W sumie tylko ten cover Collinsa był taki jakiś trochę taki se, ale chyba najwyraźniej wtedy jakaś ustawa nakazywała coverować Collinsa czy coś. Life may be a big insanity daje radę, to potencjalny banger, tytułowy też ma potencjał na potencjalne kolejne odsłuchy.
Generalnie fajnie się tego słuchało i daję okejke. Sandra jest spoko.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Sandra - Paintings In Yellow
Trochę zabawne ale i fajnie że nie jestem sam i mogę przyłączyć się do chórku pt. "Ależ mi się nie chciało zabierać za tą Sandrę"
Mentos napisał dokładnie to o czym myślałem. Ja sam mam dużą słabość do tego przełomu dekad 80s/90s, być może podyktowane to jest sentymentem, te brzmienia zdominowały moje dzieciństwo i sączyły się z dawnej MTV gdy byłem gnojem. Ale jest coś szczególnego w tym wycinku czasowym, choć z biegiem lat dostrzegłem że przeważnie przełomy dekad tworzą swój własny mikroklimat. Jeśli chodzi o przełom 80s/90s to zdecydowanie jest klimat guilty pleasure dla mnie, nieraz próbowałem coś wyłowić z tych czasów ale przeważnie jak napisał mintaj te albumy stały singlami i resztę wypełniała kompetna mielizna.
Ale może kilka słów o albumie bo jego dotyczy się recenzja a nie klimatu w muzyce z tamtych lat jedynie. O ile single Hiroshima i Johnny Wanna Live to takie duże piosenki przepełnione melodramatycznym wokalem Sandry, dla mnie są mało strawne i kiczowe, wzruszają mnie jak kandydatki na Miss World proszące o pokój na świecie. Melki nie przepada za "amerykańskimi" Life May Be A Big Insanity oraz The Skin I'm In a dla mnie to jedne z najmocniejszym punktów albumu, wolę konkretne popowe brzmienie, trochę inspirowane ówczesną fazą na new jack swing. To chwytliwe i dobrze wyprodukowane numery, wolę to brzmienie zdecydowanie bardziej od tego bardziej europejskiego miejscami zalatującymi przyszłą Enigmą pana Cretu. Lovelight... to znośny średniak, z One More Night wylewa się litrami lukier, nistrawne dla mnie. Całkiem nieźle ten album się kończy. Paintings In Yellow to chyba najmocniejsza kompozycja na płycie, brzmi lekko i pozytywnie jak z jakiegoś filmu przygodowego dla młodzieży. Nie ma w tym numerze tego "enigmatycznego" brzmienia, jest tak neutralnie, zwyczajnie popowo bardziej w stylu lat 80. Refren łatwo wpada w ucho, fajną energią emanuje ten numer, klasyczne gitarowe solo podkreślą pewną euforię utworu. To już samo w sobie stanowiłoby świetne zakończenie albumu, ale mamy jeszcze odrobinę produkcyjnej gimnastyki na koniec playlisty. Najpierw Medley, w którym co prawda typowe dla Enigmy brzmienia się pojawiają ale ogólnie to co tu jest, te "gry i zabawy studyjne" to ja lubię, to jest pocztówka z tamtych czasów fajna i nawet sample z Led Zeppelin fajnie to podkreślają. Podobnie rzecz ma się z tym klubowym remiksem Hiroshimy, dla mnie to dużo lepsze i ciekawsze od oryginału. Mam w swojej płytotece kilka maxi singli z tamtych czasów i Hiroshima by się wpasowała w tej formie, ja umieszczam taką muzykę w kontekście historycznym i nic nie przeszkadza mi by ją docenić, ale jak wiadomo mam zboczenie na punkcie muzyki skierowanej na parkiet.
Podsumowując muszę przyznać że moje obawy były w sumie słuszne, dostałem to czego się spodziewałem po tej płycie, no może wyłączywszy te produkcyjne zabawy na końcu płyty, tego nie przewidziałem. To jest płyta do której w swej ciekawości kiedyś przed laty bym mógł dotrzeć ale nie dotarłem bo z biegiem lat odpuściłem takie poszukiwania zrażony miernymi rezultatami. Sandra mnie nie jara sama w sobie ze swym wokalem, to jest gwiazda pop jak wiele innych, ciekawsza jest dla mnie produkcja wokół i ta jej duchologia. Mimo wszystko ten odsłuch nie był tak straszny jak go malowałem.
Trochę zabawne ale i fajnie że nie jestem sam i mogę przyłączyć się do chórku pt. "Ależ mi się nie chciało zabierać za tą Sandrę"
Ale może kilka słów o albumie bo jego dotyczy się recenzja a nie klimatu w muzyce z tamtych lat jedynie. O ile single Hiroshima i Johnny Wanna Live to takie duże piosenki przepełnione melodramatycznym wokalem Sandry, dla mnie są mało strawne i kiczowe, wzruszają mnie jak kandydatki na Miss World proszące o pokój na świecie. Melki nie przepada za "amerykańskimi" Life May Be A Big Insanity oraz The Skin I'm In a dla mnie to jedne z najmocniejszym punktów albumu, wolę konkretne popowe brzmienie, trochę inspirowane ówczesną fazą na new jack swing. To chwytliwe i dobrze wyprodukowane numery, wolę to brzmienie zdecydowanie bardziej od tego bardziej europejskiego miejscami zalatującymi przyszłą Enigmą pana Cretu. Lovelight... to znośny średniak, z One More Night wylewa się litrami lukier, nistrawne dla mnie. Całkiem nieźle ten album się kończy. Paintings In Yellow to chyba najmocniejsza kompozycja na płycie, brzmi lekko i pozytywnie jak z jakiegoś filmu przygodowego dla młodzieży. Nie ma w tym numerze tego "enigmatycznego" brzmienia, jest tak neutralnie, zwyczajnie popowo bardziej w stylu lat 80. Refren łatwo wpada w ucho, fajną energią emanuje ten numer, klasyczne gitarowe solo podkreślą pewną euforię utworu. To już samo w sobie stanowiłoby świetne zakończenie albumu, ale mamy jeszcze odrobinę produkcyjnej gimnastyki na koniec playlisty. Najpierw Medley, w którym co prawda typowe dla Enigmy brzmienia się pojawiają ale ogólnie to co tu jest, te "gry i zabawy studyjne" to ja lubię, to jest pocztówka z tamtych czasów fajna i nawet sample z Led Zeppelin fajnie to podkreślają. Podobnie rzecz ma się z tym klubowym remiksem Hiroshimy, dla mnie to dużo lepsze i ciekawsze od oryginału. Mam w swojej płytotece kilka maxi singli z tamtych czasów i Hiroshima by się wpasowała w tej formie, ja umieszczam taką muzykę w kontekście historycznym i nic nie przeszkadza mi by ją docenić, ale jak wiadomo mam zboczenie na punkcie muzyki skierowanej na parkiet.
Podsumowując muszę przyznać że moje obawy były w sumie słuszne, dostałem to czego się spodziewałem po tej płycie, no może wyłączywszy te produkcyjne zabawy na końcu płyty, tego nie przewidziałem. To jest płyta do której w swej ciekawości kiedyś przed laty bym mógł dotrzeć ale nie dotarłem bo z biegiem lat odpuściłem takie poszukiwania zrażony miernymi rezultatami. Sandra mnie nie jara sama w sobie ze swym wokalem, to jest gwiazda pop jak wiele innych, ciekawsza jest dla mnie produkcja wokół i ta jej duchologia. Mimo wszystko ten odsłuch nie był tak straszny jak go malowałem.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Dobra Panowie nie ma co się oszukiwać, dejwa czeka tego lata sesja poprawkowa z albumów najwyraźniej, nie ma sensu tracić czasu i liczyć na cuda. Melki podsumuj proszę i lećmy dalej.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Melki?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Dobra, Deva jak nie było, tak nie ma, więc pora na podsumowanie i jedziemy z Kate Bush:
generalnie fajnie, że ocena moim zdaniem najlepszej z płyt Sandry jest całkiem, całkiem. Obawiałem się wrzucać tę płytę i tę piosenkarkę, bo wiedziałem, jaką ma opinię w pewnych kręgach. Ale każdy opisał tak, jak mu serce podpowiadało i miło mi się czytało. Odpowiem jeszcze poszczególnym osobom:
@Hien - to śmieszne, ale ja lubię ten mocny bit, który nazywasz "klapą od kibla", to jest taki fajny element - bardzo bezpośredni, nikt się nie kryje, że chce przyłożyć mocno. Jak to kiedyś Sandra powiedziała "zawsze bardzo emocjonalnie podchodzę do śpiewania" i to bardzo słychać.
@Shodan - na pewno też znałem pewne jej piosenki, nim się zabrałem za dyskografię (np. dawno niesłyszaną Hiroshimę - ale to jest mocne! nie wiem, czy to nie jest w tej chwili mój ulubiony jej utwór). Cieszy taki powrót sentymentalny
@Dragon - Sandrze nieraz zarzucano jej manierę wokalną (czego jej nie zarzucano!) Ale brzmi to wszystko bardzo bezpośrednio i to chyba część tajemnicy jej sukcesu. Hiroshima ma nieco ponad 4 minuty, Extended prawie 7, więc może włączyłeś nie to, co trzeba?
@Mentos - Ja też z początku bałem się zabierać za jej albumy. Dlatego też Longplaya i Mirrors z marszu skreśliłem jako kandydatów do tej rubryki. Ale jak zacząłem, to zauważyłem, że w niesinglowe kawałki też się szybko wkręciłem (Heartbeat, Two Lovers Tonight czy tu tytułowy i Lovelight). Cretu kiedyś opowiadał o swojej duchologii, chyba się nawet w tym pogubił. Ale czuć tę jego ewolucję, czuć duże możliwości, duże mam uznanie dla niego.
@Stripped - wiedziałem, że Ty właśnie będziesz miał najwięcej zastrzeżeń, po wcześniejszej opinii o Johnnym już byłem tego pewien. Ale spoko, nie Twoje klimaty, zwłaszcza przy ocenie Hiroshimy różnimy się diametralnie. Te "mocne punkty" to przeboje na miarę Pauli Abdul, czuć w tym takie Straight Up, próba podboju Nowego Świata (średnio udana). Ten remiks rzeczywiście jest mocny, dobrze się go słucha jeszcze dziś.
A sama Sandra mówiła ostatnio, że szykuje się do trasy koncertowej po USA. Przekazała również, że cierpi na chorobę nowotworową od kilku lat (swego czasu można było zobaczyć jej zdjęcia w bardzo krótkiej fryzurce), ale udało się jakoś ją zaleczyć. Cóż, nie mając oczekiwań wobec niemłodej pani w kiepskiej kondycji - zdrowia życzyć. Jeszcze może mieć coś do powiedzenia (jak w Big Insanity). To może być dobry rozmówca.
Jestem ukontentowany, podobnych wrzutek chyba już nie będzie, bo, jak napisał Mintaj, takie płyty często są nierówno (i dlatego np. Belindy Carlisle wrzucał nie będę).
Czas na inną panią z podobnego pokolenia.
generalnie fajnie, że ocena moim zdaniem najlepszej z płyt Sandry jest całkiem, całkiem. Obawiałem się wrzucać tę płytę i tę piosenkarkę, bo wiedziałem, jaką ma opinię w pewnych kręgach. Ale każdy opisał tak, jak mu serce podpowiadało i miło mi się czytało. Odpowiem jeszcze poszczególnym osobom:
@Hien - to śmieszne, ale ja lubię ten mocny bit, który nazywasz "klapą od kibla", to jest taki fajny element - bardzo bezpośredni, nikt się nie kryje, że chce przyłożyć mocno. Jak to kiedyś Sandra powiedziała "zawsze bardzo emocjonalnie podchodzę do śpiewania" i to bardzo słychać.
@Shodan - na pewno też znałem pewne jej piosenki, nim się zabrałem za dyskografię (np. dawno niesłyszaną Hiroshimę - ale to jest mocne! nie wiem, czy to nie jest w tej chwili mój ulubiony jej utwór). Cieszy taki powrót sentymentalny
@Dragon - Sandrze nieraz zarzucano jej manierę wokalną (czego jej nie zarzucano!) Ale brzmi to wszystko bardzo bezpośrednio i to chyba część tajemnicy jej sukcesu. Hiroshima ma nieco ponad 4 minuty, Extended prawie 7, więc może włączyłeś nie to, co trzeba?
@Mentos - Ja też z początku bałem się zabierać za jej albumy. Dlatego też Longplaya i Mirrors z marszu skreśliłem jako kandydatów do tej rubryki. Ale jak zacząłem, to zauważyłem, że w niesinglowe kawałki też się szybko wkręciłem (Heartbeat, Two Lovers Tonight czy tu tytułowy i Lovelight). Cretu kiedyś opowiadał o swojej duchologii, chyba się nawet w tym pogubił. Ale czuć tę jego ewolucję, czuć duże możliwości, duże mam uznanie dla niego.
@Stripped - wiedziałem, że Ty właśnie będziesz miał najwięcej zastrzeżeń, po wcześniejszej opinii o Johnnym już byłem tego pewien. Ale spoko, nie Twoje klimaty, zwłaszcza przy ocenie Hiroshimy różnimy się diametralnie. Te "mocne punkty" to przeboje na miarę Pauli Abdul, czuć w tym takie Straight Up, próba podboju Nowego Świata (średnio udana). Ten remiks rzeczywiście jest mocny, dobrze się go słucha jeszcze dziś.
A sama Sandra mówiła ostatnio, że szykuje się do trasy koncertowej po USA. Przekazała również, że cierpi na chorobę nowotworową od kilku lat (swego czasu można było zobaczyć jej zdjęcia w bardzo krótkiej fryzurce), ale udało się jakoś ją zaleczyć. Cóż, nie mając oczekiwań wobec niemłodej pani w kiepskiej kondycji - zdrowia życzyć. Jeszcze może mieć coś do powiedzenia (jak w Big Insanity). To może być dobry rozmówca.
Jestem ukontentowany, podobnych wrzutek chyba już nie będzie, bo, jak napisał Mintaj, takie płyty często są nierówno (i dlatego np. Belindy Carlisle wrzucał nie będę).
Czas na inną panią z podobnego pokolenia.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Melki nie wie jaką płytę wrzuca, na właściwej Paintings in Yellow Hiroshima ma niecałe 7 minut właśnie 
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Mylą mi się już te wersje, to nie to, co Ty, Dragon, co ma ogarniętego Jarre'a czy inny Kraftwerk
I wychodzi, że do trzech liczyć nie umiem
.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Co do skojarzeń z Paulą Abdul - właśnie o niej dokładnie myślałem i Straight Up, bardzo lubię i wolę taki amerykański pop po prostu. Jutro z rana na spokojnie puszczę kolejkę Bush a dzisiaj dam czas na dokończenie dyskusji jak coś.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Cieszę się, ze Melki jest zadowolony. Sandra to dla niego ważna artysta i ma chłop zasłużoną satysfakcję, że się ludziom jednak podobało.
A Mudżynem się Melki nie przejmuj - szybciej trafisz w totolotka, niż jemu dogodzisz.
A Mudżynem się Melki nie przejmuj - szybciej trafisz w totolotka, niż jemu dogodzisz.