Best of Forum (Albumy) vol. 2
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Ok, shodana mamy z głowy, czekamy na resztę
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
No jak to co? To znaczy, że do końca tygodnia jeszcze tyle czasu, ze nawet Hien się nie śpieszy.
Rozumiem, że tą przypominajką chciałeś sobie nabić posta.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Charles Mingus - The Black Saint and The Sinner Lady
Ahh, jazz 60’s. Słynne, złote czasy gatunku, kiedy świat srał geniuszami. Szkoda, że ten album nie wjechał pod koniec października, bo 90% muzyki jaką się wtedy raczyłem, to był jazz. Niemniej, wtedy miałem czego słuchać, a teraz mogę sobie poświęcić na spokojnie czas żeby przymingusować. Takie albumy, to nie są albumy, o których można dużo napisać skupiając się stricte na muzyce. Jazzowe improwizacje, nawet te ze skomponowanym szkieletem, to feeling. Z zagadnień czysto formalnych, na pewno można wyróżnić ciekawe źródła inspiracji (folk, muzyka afrykańska, hiszpańska itd.), które nie zawsze miały miejsce na typowo amerykańskich nagraniach. Jest różnorodnie, momentami to przypomina wręcz proto „Dzwony rurowe” z tymi płynnymi, a jednocześnie radykalnymi stylistycznymi przejściami. Jest tu na pewno pomysł, jakieś odgórne założenie, chęć przygody, tona funu i mocno zainspirowanych muzyków. Czasami zastanawiam się, jaki jest mój stosunek do takiej muzyki. Ile jest w tym wirtuozerii, a ile w tym prawdziwych uczuć. O ile na pytanie jednoznacznie nie odpowiem, to wychodzę z założenia, że jazz, przynajmniej w tamtych latach, miał w sobie tyle serca, że żaden wanking na jakimkolwiek instrumencie, nie mógł zatrzeć dobrego wrażenia. Albo się to czuje albo nie. Ostatnio czytałem rozkminę na temat muzyki, między innymi, Toma Waitsa, że albo się czuje tego gościa, albo się kompletnie odbija. Wydaje mi się, że z takimi albumami jak „The Black Saint and the Sinner Lady”, jest podobnie. Jak się kocha, to się kocha, nie ważne czy ktoś podchodzi do tej muzyki w sposób akademicki, analityczny, czy też może z perspektywy muzyka, a nawet jeśli włącza takie płyty jako kompletne tło do spotkania towarzyskiego, czy drzemki. Ja, ze swojej strony, wielce prejzuję zarówno Charlesa Mingusa, jak i ten album, sam bym być może wybrał inny, ale to niczego nie zmienia. Przez tę płytę się płynie, klimat wylewa się litrami, jeżeli lubi się jazz, z jakiegokolwiek powodu, to trudno nie docenić tego, co się tutaj wyprawia w ciągu niecałych 40 minut. Myślę, że zespół nie wchodzi tu w rejony free zbyt często, to nie jest materiał tylko dla koneserów, o czym świadczy też jego popularność. Jeżeli miałbym się czegokolwiek przyczepić, to momentami robi się trochę zbyt gęsto, jak na mój gust. Czytam, że „The Black Saint and the Sinner Lady” było nagrywane w składzie 11 muzyków, i to słychać, i to czuć. Wolę trochę większy minimal w jazzie, ale jednocześnie doceniam to, że żaden z tych 11 typów, nie jest tutaj przez przypadek. Każdy coś wnosi od siebie, nawet kiedy grają wszyscy razem. Taki kocioł ma swoją rolę, i o ile bywa przytłaczający, to jednocześnie trudno by było uzyskać tak potężny efekt kawalkady dźwięku, grając w kwartecie. W każdym razie, Mentos jest chyba jedyną osobą na tym forum, poza mną, która nie wstydzi się rzucać taką muzą, w sumie w bestce, to póki co jedyną, więc gratuluję serdecznie takich wyborów. Na pewno jedna z najlepszych wrzut tej zabawy. Idę sobie kupić saksofon.
Ahh, jazz 60’s. Słynne, złote czasy gatunku, kiedy świat srał geniuszami. Szkoda, że ten album nie wjechał pod koniec października, bo 90% muzyki jaką się wtedy raczyłem, to był jazz. Niemniej, wtedy miałem czego słuchać, a teraz mogę sobie poświęcić na spokojnie czas żeby przymingusować. Takie albumy, to nie są albumy, o których można dużo napisać skupiając się stricte na muzyce. Jazzowe improwizacje, nawet te ze skomponowanym szkieletem, to feeling. Z zagadnień czysto formalnych, na pewno można wyróżnić ciekawe źródła inspiracji (folk, muzyka afrykańska, hiszpańska itd.), które nie zawsze miały miejsce na typowo amerykańskich nagraniach. Jest różnorodnie, momentami to przypomina wręcz proto „Dzwony rurowe” z tymi płynnymi, a jednocześnie radykalnymi stylistycznymi przejściami. Jest tu na pewno pomysł, jakieś odgórne założenie, chęć przygody, tona funu i mocno zainspirowanych muzyków. Czasami zastanawiam się, jaki jest mój stosunek do takiej muzyki. Ile jest w tym wirtuozerii, a ile w tym prawdziwych uczuć. O ile na pytanie jednoznacznie nie odpowiem, to wychodzę z założenia, że jazz, przynajmniej w tamtych latach, miał w sobie tyle serca, że żaden wanking na jakimkolwiek instrumencie, nie mógł zatrzeć dobrego wrażenia. Albo się to czuje albo nie. Ostatnio czytałem rozkminę na temat muzyki, między innymi, Toma Waitsa, że albo się czuje tego gościa, albo się kompletnie odbija. Wydaje mi się, że z takimi albumami jak „The Black Saint and the Sinner Lady”, jest podobnie. Jak się kocha, to się kocha, nie ważne czy ktoś podchodzi do tej muzyki w sposób akademicki, analityczny, czy też może z perspektywy muzyka, a nawet jeśli włącza takie płyty jako kompletne tło do spotkania towarzyskiego, czy drzemki. Ja, ze swojej strony, wielce prejzuję zarówno Charlesa Mingusa, jak i ten album, sam bym być może wybrał inny, ale to niczego nie zmienia. Przez tę płytę się płynie, klimat wylewa się litrami, jeżeli lubi się jazz, z jakiegokolwiek powodu, to trudno nie docenić tego, co się tutaj wyprawia w ciągu niecałych 40 minut. Myślę, że zespół nie wchodzi tu w rejony free zbyt często, to nie jest materiał tylko dla koneserów, o czym świadczy też jego popularność. Jeżeli miałbym się czegokolwiek przyczepić, to momentami robi się trochę zbyt gęsto, jak na mój gust. Czytam, że „The Black Saint and the Sinner Lady” było nagrywane w składzie 11 muzyków, i to słychać, i to czuć. Wolę trochę większy minimal w jazzie, ale jednocześnie doceniam to, że żaden z tych 11 typów, nie jest tutaj przez przypadek. Każdy coś wnosi od siebie, nawet kiedy grają wszyscy razem. Taki kocioł ma swoją rolę, i o ile bywa przytłaczający, to jednocześnie trudno by było uzyskać tak potężny efekt kawalkady dźwięku, grając w kwartecie. W każdym razie, Mentos jest chyba jedyną osobą na tym forum, poza mną, która nie wstydzi się rzucać taką muzą, w sumie w bestce, to póki co jedyną, więc gratuluję serdecznie takich wyborów. Na pewno jedna z najlepszych wrzut tej zabawy. Idę sobie kupić saksofon.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Charles Mingus - The Black Saint and the Sinner Lady
Nie napiszę zbyt wiele o tej płycie. Tzn. tym razem NAPRAWDĘ nie napiszę za wiele, gdyż to jest takie wydawnictwo (dla mnie przynajmniej), co je się bardziej czuje i wajbuje, a nie opisuje i recenzuje. Na dobrą sprawę mógłbym ograniczyć swoją ocenę do dwóch-trzech zdań, w których podpisałbym się zwyczajnie po PT Murzynem i Smokiem. Krążek daje feeling soundtracku do detektywistycznych filmów noir lat 50., wiecie, złote czasy Holiłudu i takie tam, Noir York City (was that a Max Payne reference?), bohater w ciemnym płaszczu, obowiązkowym szlugiem i bagażem doświadczeń usiłuje rozwiązać tę ostatnią, nierozwiązywalną sprawę, co oczywiście się nie udaje, a ostatni przestępca pozostaje nieuchwytny bla bla bla. Nie no, serio, nie wiem, co mogę powiedzieć więcej xD Krążek jest absolutnie super, ja generalnie lubię jazz, choć się z tym jakoś nie obnoszę (coś tam coś tam The Cinematic Orchestra). Unikam pretensjonalnej otoczki, jaka z reguły towarzyszy fanom tej muzyki. No ale hui.
Muza Mingusa to mnie niepokoi, to uspokaja. Nie jestem w stanie myśleć o niej w oderwaniu od obrazów, jakie pojawiają się w mojej głowie. O numerze otwierającym właściwie coś już napisałem tam wyżej, albowiem to on najbardziej buduje nastrój kręcenia się niby bez celu po wyludnionym, nocnym mieście, które tylko pozornie nie żyje, zaś jakby poskrobać, znajdziemy tam wszelkie niegodziwości, scum and villainy, jak to pewien klasyk powiedział. Utwór drugi to aż przerysowany image konfrontacji głównego bohatera z naczelną femme fatale, w jakiejś knajpie, ani chybi. Rozmowa przeradza się we flirt, ten w np. taniec, podczas którego następuje wymiana zaskakujących informacji, wręcz ma miejsce jakieś zakamuflowane przesłuchanie, no, wiecie, o co mi chodzi. Wszystko w oparach dymu i z aromatem taniej łychy w powietrzu. Szczęśliwie (lub nie) zakończenia może sobie dopisać każdy. Filmowość jest tutaj aż obrzydliwie podkreślona, ale mnie się to wyjątkowo podoba. Ot, muzyka, której można równie dobrze użyć do sprzątania mieszkania, a i tak będzie porywać i zachwycać.
Group Dancers w pierwszej kolejności nasunęło mi na myśl... opening scenes to 101 Dalmatyńczyków w wersji animowanej, i tak, ten, kto czyta te słowa i pamięta bajkę, będzie to miał teraz przed oczami. Albo bohater siedzi w swoim mieszkaniu, gnije przy lekko zdezelowanym biurku nad stertą papierów i gdyby mógł, nuciłby Private Investigation od Dire Straits. Próbuje łączyć wątki, mieszać wątki, ucinać wątki, na zapiecku pomrukuje wielki kocur, w rogu pomieszczenia migocze sfatygowana lampa przykryta obowiązkowo pomarańczowym abażurem. No, tak właśnie tańczę o architekturze lol. Group Dancers to chyba mój faworyt tutaj, fantastyczna rzecz do kompletnego czilu, ale z lekką dawką zastanawiania się nad naturą wszechrzeczy. I nawet nieco rozkręcająca się na sam koniec kakofonia nie jest w stanie mnie z tego czilu wytrącić. Medley z kolei w tym układzie jest dla mnie niczym więcej, jak rozwleczonym scorem do wyjątkowo długiej sekwencji scen będących kulminacją tego nigdy nie nakręconego filmu. Kurtyny zaraz opadną, creditsy przelecą, światła się zapalą i takie tam. Mój własny obraz dobiegł końca, płyta Miętusa takoż, wspaniały był to seans! Proszę o sequel!
Nie napiszę zbyt wiele o tej płycie. Tzn. tym razem NAPRAWDĘ nie napiszę za wiele, gdyż to jest takie wydawnictwo (dla mnie przynajmniej), co je się bardziej czuje i wajbuje, a nie opisuje i recenzuje. Na dobrą sprawę mógłbym ograniczyć swoją ocenę do dwóch-trzech zdań, w których podpisałbym się zwyczajnie po PT Murzynem i Smokiem. Krążek daje feeling soundtracku do detektywistycznych filmów noir lat 50., wiecie, złote czasy Holiłudu i takie tam, Noir York City (was that a Max Payne reference?), bohater w ciemnym płaszczu, obowiązkowym szlugiem i bagażem doświadczeń usiłuje rozwiązać tę ostatnią, nierozwiązywalną sprawę, co oczywiście się nie udaje, a ostatni przestępca pozostaje nieuchwytny bla bla bla. Nie no, serio, nie wiem, co mogę powiedzieć więcej xD Krążek jest absolutnie super, ja generalnie lubię jazz, choć się z tym jakoś nie obnoszę (coś tam coś tam The Cinematic Orchestra). Unikam pretensjonalnej otoczki, jaka z reguły towarzyszy fanom tej muzyki. No ale hui.
Muza Mingusa to mnie niepokoi, to uspokaja. Nie jestem w stanie myśleć o niej w oderwaniu od obrazów, jakie pojawiają się w mojej głowie. O numerze otwierającym właściwie coś już napisałem tam wyżej, albowiem to on najbardziej buduje nastrój kręcenia się niby bez celu po wyludnionym, nocnym mieście, które tylko pozornie nie żyje, zaś jakby poskrobać, znajdziemy tam wszelkie niegodziwości, scum and villainy, jak to pewien klasyk powiedział. Utwór drugi to aż przerysowany image konfrontacji głównego bohatera z naczelną femme fatale, w jakiejś knajpie, ani chybi. Rozmowa przeradza się we flirt, ten w np. taniec, podczas którego następuje wymiana zaskakujących informacji, wręcz ma miejsce jakieś zakamuflowane przesłuchanie, no, wiecie, o co mi chodzi. Wszystko w oparach dymu i z aromatem taniej łychy w powietrzu. Szczęśliwie (lub nie) zakończenia może sobie dopisać każdy. Filmowość jest tutaj aż obrzydliwie podkreślona, ale mnie się to wyjątkowo podoba. Ot, muzyka, której można równie dobrze użyć do sprzątania mieszkania, a i tak będzie porywać i zachwycać.
Group Dancers w pierwszej kolejności nasunęło mi na myśl... opening scenes to 101 Dalmatyńczyków w wersji animowanej, i tak, ten, kto czyta te słowa i pamięta bajkę, będzie to miał teraz przed oczami. Albo bohater siedzi w swoim mieszkaniu, gnije przy lekko zdezelowanym biurku nad stertą papierów i gdyby mógł, nuciłby Private Investigation od Dire Straits. Próbuje łączyć wątki, mieszać wątki, ucinać wątki, na zapiecku pomrukuje wielki kocur, w rogu pomieszczenia migocze sfatygowana lampa przykryta obowiązkowo pomarańczowym abażurem. No, tak właśnie tańczę o architekturze lol. Group Dancers to chyba mój faworyt tutaj, fantastyczna rzecz do kompletnego czilu, ale z lekką dawką zastanawiania się nad naturą wszechrzeczy. I nawet nieco rozkręcająca się na sam koniec kakofonia nie jest w stanie mnie z tego czilu wytrącić. Medley z kolei w tym układzie jest dla mnie niczym więcej, jak rozwleczonym scorem do wyjątkowo długiej sekwencji scen będących kulminacją tego nigdy nie nakręconego filmu. Kurtyny zaraz opadną, creditsy przelecą, światła się zapalą i takie tam. Mój własny obraz dobiegł końca, płyta Miętusa takoż, wspaniały był to seans! Proszę o sequel!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Zawsze żyłem w przekonaniu, że dla mnie osobiście słuchanie jazzu to jak oglądanie prac jakiegoś malarza awangardowego. Mógłbym się wpatrywać w te obrazy godzinami, a i tak będą to dla mnie wciąż zupełnie niezrozumiałe gryzmoły. Nawet nie będę próbował udawać, że rozumiem jazz. Lubię wyzwania muzyczne i nie raz przełamywałem różne bariery. Mimo wszystko nie będę udawał, że jestem aż tak wszechstronnym słuchaczem, żeby pod wpływem tego albumu zostać fanem jazzu lub choćby samemu sięgać po tę muzykę. Nawet nie będę udawał, że w ogóle mam ochotę zrozumieć jazz. Z tym porównaniem do malarstwa pewnie przesadziłem, bo jednak dużo szybciej chyba jestem w stanie wyłapać coś z albumu Mingusa, niż z tych obrazów.
Pierwszy odsłuch poczyniłem w lesie na grzybobraniu. Czyli podejrzewając, że może być niełatwo, od razu zacząłem od najbardziej dla mnie komfortowych warunków do słuchania muzyki. No i nie zadziałało. Bo szczerze mówiąc nie mogło zadziałać. Jazz to nie jest muzyka do leśnych wycieczek. Szedłem pośród drzew, słuchałem Mingusa i miałem wrażenie zmarnowania 40 minut, podczas których mógłbym z przyjemnością posłuchać czegoś bardziej odpowiedniego do tych okoliczności. Chyba Dev nawet pisał, że to nie muzyka do lasu i miał rację. Sugerował wieczorny spacer po mieście. Niestety jakoś takiego nie zaliczyłem w tym czasie, bo szczerze mówiąc nie lubię chodzić wieczorem po mieście. Tym bardziej, że Dev miał zapewne na myśli zupełnie inne miasto niż to moje, które podczas trwania albumu The Black Saint and The Sinner Lady można by obejść ze 3 razy zahaczając przy okazji o sąsiednie wioski. Następnie były odsłuchy już w domu. Do tej pory jazz traktowałem jako typową muzykę tła. Już kiedyś pisałem o gabinecie miejscowego prywatnego lekarza, gdzie zawsze w głośnikach cichutko leci jazz. Ja do lekarza od lat nie miałem żadnej potrzeby chodzić poza wykonaniem obowiązkowych badań medycyny pracy. Ale ten raz do roku odwiedzam owego lekarza z w/w powodu i tam zawsze zarówno w poczekalni jak i samym gabinecie płynie jazz. I stwarza to naprawdę miłą i niezwykłą atmosferę. Podejrzewam, że nawet chory człowiek wchodzący do poczekalni i słyszący dźwięki muzyki czuje się jakoś lepiej.
W domu posłuchałem tego albumu zarówno jako tło przy okazji robienia czegoś tam, jak i poświęcając mu jednak maksimum uwagi. I ja powiem Wam, że ja doceniam tych muzyków i ich talent, wirtuozerię. Każdy instrument brzmi wyśmienicie. Sam w młodości grałem na trąbce w lokalnej orkiestrze dętej, więc pojęcie o tych instrumentach mam. Przed tą kolejką myślałem, że i sto lat słuchania albumu jazzowego nie pozwoli mi nic a nic z niego zrozumieć. Tymczasem okazało się, że nie jest tak źle. Kilka odsłuchów spowodowało, ze nawet potrafiłem odróżnić utwory, wyłapać to i owo. Często tak jest, że człowiek myśli, iż nie jest w stanie za cholerę czegoś ogarnąć. A potem odkrywa ze zdziwieniem, że jednak się da jak się tylko chce. Zauważyłem, że Mingus ma tak obszerną dyskografię, że na choćby podstawowe zaznajomienie się z nią pewnie nie starczyłoby mi życia. Ale album The Black Saint and The Sinner Lady po kilku odsłuchach już nie jest dla mnie taką czarną magią, jak przy pierwszym odsłuchu. Pomaga zapewne fakt, że to mimo wszystko dosyć krótki album. I tylko 4 tracki.
Może teraz dwa skojarzenia, które od razu mi się narzucają przy słuchaniu albumu. Duete Solo Dancers już od pierwszych sekund przywodzi mi na myśl tylko jedno skojarzenie – kreskówkę „Tom & Jerry”. Osobiście uwielbiam perypetie kota i myszki. Spędziłem kiedyś wraz z dziećmi mnóstwo godzin na oglądaniu tej kreskówki. I tam w tle zawsze leci jazz. Łudząco podobny do Duete Solo Dancers. To niezwykle przyjemne skojarzenie, które z marszu stawia Track B w roli mojego faworyta. Słucham go i oczyma wyobraźni zawsze widzę tę kreskówkę. Właściwie Solo Dancer też może się z tą kreskówką kojarzyć, choć nie w aż tak oczywisty sposób. W Track A podoba mi się to szarpanie basowej struny przy akompaniamencie zagrywki na trąbkach. Saksofon oczywiście też fajnie brzmi.
Sam początek Group Dancers stwarza wrażenie kontynuacji poprzedniego utworu, ale zaledwie kilkadziesiąt sekund później moje myśli odpływają od Toma i Jerry’ego w zupełnie inną stronę. Ten motyw grany na trąbkach i chyba flecie kojarzy mi się silnie z jakimś starym filmem kryminalnym lub gangsterskim z lat 60/70’. Bardzo charakterystyczny i zapamiętywalny ten motyw. No i pojawia się ku mojemu zdziwieniu instrument raczej nie tak typowy w jazzie - gitara o jakimś latino zabarwieniu.
Te trzy tracki A-C są spoko z dwóch powodów. Mimo pierwotnych lęków, że wszystko zleje mi się w jedną bezkształtną masę wcale tak nie jest. Potrafię je odróżnić, każdy przywołuje jakieś skojarzenia. A przede wszystkim nie są jakoś bardzo długie. Te 6-7 minut to jak najbardziej akceptowalny dystans. Gorzej jest z Medleyem. W sumie jest to swoiste połączenie wcześniejszych utworów w jedną całość, ale ponad 18 minut to za długo i powoduje, że człowiek już czuje znużenie. Tym bardziej, że zdaje sobie sprawę, że chwilę temu to wszystko już słyszał. Choć z drugiej strony powtarzanie tego samego ponownie pozwala to wszystko takiemu laikowi jak ja lepiej zrozumieć i utrwalić niżby miały tu dojść kolejne jazzowe odrębne utwory do ogarnięcia.
No cóż. Przebrnąłem przez ten album bez histerii i walenia głową w ścianę. Nawet sam jestem zdziwiony, jak wiele potrafiłem z tej płyty wyciągnąć. Jednak dużo więcej zrozumiałem z tej muzyki niż z obrazów Picassa. Zdecydowanie. Czy będę więc od teraz słuchał jazzu? Nie, na pewno nie. To nie mój świat mimo wszystko. I tak mam wrażenie, że ten album jest raczej dosyć komercyjny i przystępny, bo zdarzało mi się już słyszeć rzeczy, które były zupełną czarną magią. Najgorsza dla mnie w takiej muzyce jest monotonia jednak. Zespół tych samych instrumentów i brzmień które się nie zmieniają. Nie ma szans na odmianę. Nie ma tutaj syntezatorów, z których można wyczarować prawie nieograniczoną paletę brzmień. Czy nawet gitar elektrycznych. Każdy utwór brzmi podobnie. Przy okazji The Black Saint and The Sinner Lady przekonałem się, że nawet tutaj można z czasem odróżniać utwory. Ale brzmienie się nie zmienia.
Mimo wszystko było warto posłuchać The Black Saint and The Sinner Lady. Jest to zawsze jakaś konkretna odmiana w bestce, jest zaliczony kolejny maleńki kroczek w zupełnie obcym mi i niezrozumiałym gatunku. I przekonałem się, że mimo wszystko nawet ten jazz nie jest aż taki straszny, jak mi się zawsze wydawało.
Mimo wszystko nie polecę do sklepu kupić saksofonu. Raczej rozważałbym jednak nabycie syntezatora.
Pierwszy odsłuch poczyniłem w lesie na grzybobraniu. Czyli podejrzewając, że może być niełatwo, od razu zacząłem od najbardziej dla mnie komfortowych warunków do słuchania muzyki. No i nie zadziałało. Bo szczerze mówiąc nie mogło zadziałać. Jazz to nie jest muzyka do leśnych wycieczek. Szedłem pośród drzew, słuchałem Mingusa i miałem wrażenie zmarnowania 40 minut, podczas których mógłbym z przyjemnością posłuchać czegoś bardziej odpowiedniego do tych okoliczności. Chyba Dev nawet pisał, że to nie muzyka do lasu i miał rację. Sugerował wieczorny spacer po mieście. Niestety jakoś takiego nie zaliczyłem w tym czasie, bo szczerze mówiąc nie lubię chodzić wieczorem po mieście. Tym bardziej, że Dev miał zapewne na myśli zupełnie inne miasto niż to moje, które podczas trwania albumu The Black Saint and The Sinner Lady można by obejść ze 3 razy zahaczając przy okazji o sąsiednie wioski. Następnie były odsłuchy już w domu. Do tej pory jazz traktowałem jako typową muzykę tła. Już kiedyś pisałem o gabinecie miejscowego prywatnego lekarza, gdzie zawsze w głośnikach cichutko leci jazz. Ja do lekarza od lat nie miałem żadnej potrzeby chodzić poza wykonaniem obowiązkowych badań medycyny pracy. Ale ten raz do roku odwiedzam owego lekarza z w/w powodu i tam zawsze zarówno w poczekalni jak i samym gabinecie płynie jazz. I stwarza to naprawdę miłą i niezwykłą atmosferę. Podejrzewam, że nawet chory człowiek wchodzący do poczekalni i słyszący dźwięki muzyki czuje się jakoś lepiej.
W domu posłuchałem tego albumu zarówno jako tło przy okazji robienia czegoś tam, jak i poświęcając mu jednak maksimum uwagi. I ja powiem Wam, że ja doceniam tych muzyków i ich talent, wirtuozerię. Każdy instrument brzmi wyśmienicie. Sam w młodości grałem na trąbce w lokalnej orkiestrze dętej, więc pojęcie o tych instrumentach mam. Przed tą kolejką myślałem, że i sto lat słuchania albumu jazzowego nie pozwoli mi nic a nic z niego zrozumieć. Tymczasem okazało się, że nie jest tak źle. Kilka odsłuchów spowodowało, ze nawet potrafiłem odróżnić utwory, wyłapać to i owo. Często tak jest, że człowiek myśli, iż nie jest w stanie za cholerę czegoś ogarnąć. A potem odkrywa ze zdziwieniem, że jednak się da jak się tylko chce. Zauważyłem, że Mingus ma tak obszerną dyskografię, że na choćby podstawowe zaznajomienie się z nią pewnie nie starczyłoby mi życia. Ale album The Black Saint and The Sinner Lady po kilku odsłuchach już nie jest dla mnie taką czarną magią, jak przy pierwszym odsłuchu. Pomaga zapewne fakt, że to mimo wszystko dosyć krótki album. I tylko 4 tracki.
Może teraz dwa skojarzenia, które od razu mi się narzucają przy słuchaniu albumu. Duete Solo Dancers już od pierwszych sekund przywodzi mi na myśl tylko jedno skojarzenie – kreskówkę „Tom & Jerry”. Osobiście uwielbiam perypetie kota i myszki. Spędziłem kiedyś wraz z dziećmi mnóstwo godzin na oglądaniu tej kreskówki. I tam w tle zawsze leci jazz. Łudząco podobny do Duete Solo Dancers. To niezwykle przyjemne skojarzenie, które z marszu stawia Track B w roli mojego faworyta. Słucham go i oczyma wyobraźni zawsze widzę tę kreskówkę. Właściwie Solo Dancer też może się z tą kreskówką kojarzyć, choć nie w aż tak oczywisty sposób. W Track A podoba mi się to szarpanie basowej struny przy akompaniamencie zagrywki na trąbkach. Saksofon oczywiście też fajnie brzmi.
Sam początek Group Dancers stwarza wrażenie kontynuacji poprzedniego utworu, ale zaledwie kilkadziesiąt sekund później moje myśli odpływają od Toma i Jerry’ego w zupełnie inną stronę. Ten motyw grany na trąbkach i chyba flecie kojarzy mi się silnie z jakimś starym filmem kryminalnym lub gangsterskim z lat 60/70’. Bardzo charakterystyczny i zapamiętywalny ten motyw. No i pojawia się ku mojemu zdziwieniu instrument raczej nie tak typowy w jazzie - gitara o jakimś latino zabarwieniu.
Te trzy tracki A-C są spoko z dwóch powodów. Mimo pierwotnych lęków, że wszystko zleje mi się w jedną bezkształtną masę wcale tak nie jest. Potrafię je odróżnić, każdy przywołuje jakieś skojarzenia. A przede wszystkim nie są jakoś bardzo długie. Te 6-7 minut to jak najbardziej akceptowalny dystans. Gorzej jest z Medleyem. W sumie jest to swoiste połączenie wcześniejszych utworów w jedną całość, ale ponad 18 minut to za długo i powoduje, że człowiek już czuje znużenie. Tym bardziej, że zdaje sobie sprawę, że chwilę temu to wszystko już słyszał. Choć z drugiej strony powtarzanie tego samego ponownie pozwala to wszystko takiemu laikowi jak ja lepiej zrozumieć i utrwalić niżby miały tu dojść kolejne jazzowe odrębne utwory do ogarnięcia.
No cóż. Przebrnąłem przez ten album bez histerii i walenia głową w ścianę. Nawet sam jestem zdziwiony, jak wiele potrafiłem z tej płyty wyciągnąć. Jednak dużo więcej zrozumiałem z tej muzyki niż z obrazów Picassa. Zdecydowanie. Czy będę więc od teraz słuchał jazzu? Nie, na pewno nie. To nie mój świat mimo wszystko. I tak mam wrażenie, że ten album jest raczej dosyć komercyjny i przystępny, bo zdarzało mi się już słyszeć rzeczy, które były zupełną czarną magią. Najgorsza dla mnie w takiej muzyce jest monotonia jednak. Zespół tych samych instrumentów i brzmień które się nie zmieniają. Nie ma szans na odmianę. Nie ma tutaj syntezatorów, z których można wyczarować prawie nieograniczoną paletę brzmień. Czy nawet gitar elektrycznych. Każdy utwór brzmi podobnie. Przy okazji The Black Saint and The Sinner Lady przekonałem się, że nawet tutaj można z czasem odróżniać utwory. Ale brzmienie się nie zmienia.
Mimo wszystko było warto posłuchać The Black Saint and The Sinner Lady. Jest to zawsze jakaś konkretna odmiana w bestce, jest zaliczony kolejny maleńki kroczek w zupełnie obcym mi i niezrozumiałym gatunku. I przekonałem się, że mimo wszystko nawet ten jazz nie jest aż taki straszny, jak mi się zawsze wydawało.
Mimo wszystko nie polecę do sklepu kupić saksofonu. Raczej rozważałbym jednak nabycie syntezatora.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Dwie uwagi do recenzji Wujka:
1) słuchałem takiego jazzu miesiąc temu na grzybach, działał wyśmienicie
2) WUJA GRAŁ NA TRĄBCE
1) słuchałem takiego jazzu miesiąc temu na grzybach, działał wyśmienicie
2) WUJA GRAŁ NA TRĄBCE
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Hien narkus, a Picasso nie jest taki niezrozumiały heh
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Na wspomagaczach wszystko wejdzie
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
No tak słówkiem podsumowania - jestem całkiem zadowolony z odbioru tej wrzuty. Nie dziwię się, że nie poszliście w drobiazgowe analizy, bo jednak to mimo wszystko forum muzyczne, a nie muzykologiczne, a ja to bym chyba dostał rozwolnienia jakbym musiał czytać analizy akordów na septymach czy o innych pojęciach, na które jestem za głupi. Ja też uważam, że to jest muzyka którą się czuje, a nie rozkłada na czynniki pierwsze.
Co do warunków terenowych - las ni cholery nie kojarzy mi się jako miejsce odpowiednie do słuchania tego typu muzyki, a przynajmniej ja bym w życiu na takie powiązanie nie wpadł. W sumie nie zaryzykowałbym też stwierdzenia, że to jakaś "wielkomiejska" muzyka, aczkolwiek to już chyba prędzej, jeśli mam być szczery. I na pewno zyskująca na żywo - ja byłem na może kilku koncertach jazzowych, ale do dziś pamiętam jak zrył mi czosnek koncert Sun Ra Orchestry na którymś tam OFFie lata temu.
Wizualizacje które opisywał Musiał każą mi sugerować, że na trzeźwo tej płyty nie słuchał.
Tbh jestem ciekaw jak by mi siadła w odmiennych stanach świadomości, kwestia do sprawdzenia... kiedyś tam.
Rozumiem "zarzut" dotyczący gęstości, ale się z nim nie zgadzam.
Dla mnie to zaleta, zresztą jestem fanbojem GYBE, a tam też więcej luda niż w Kelly Family na scenie.
No i last but not least - jestem zadowolony, że nawet Wuja był w stanie usłyszeć coś dla siebie. I zdaję sobię sprawę, że raczej ta wrzuta nie sprawi, że pojedzie na Jazz Jamboree w 2025, ale jednak fajno, że jednak udało się coś dostrzec w tych śmiesznych murzinach na trąbkach i nawet znaleźć dla siebie. Wszak pamiętam taki se odbiór choćby i Davisa (który jednak IMO miał mniejszy "próg wejścia"), a tu proszę - obyło się bez bólu i ze śladowymi ilościami marudzenia.
BTW pamiętam też, że w Tomie i Jerrym było od cholery jazzowych klasyków (wieki tego nie oglądałem tak na marginesie), a w przypadku większości tych dzieł warto zamiast gapić się w obraz poczytać o twórcy, procesie tworzenia czy samym dziele. Choćby po to, by się przekonać, że nie ma nic ciekawego do przekazania.
No to ten, lecimy dalej. Jazz może kiedyś tu wróci, ale raczej nieprędko.
Co do warunków terenowych - las ni cholery nie kojarzy mi się jako miejsce odpowiednie do słuchania tego typu muzyki, a przynajmniej ja bym w życiu na takie powiązanie nie wpadł. W sumie nie zaryzykowałbym też stwierdzenia, że to jakaś "wielkomiejska" muzyka, aczkolwiek to już chyba prędzej, jeśli mam być szczery. I na pewno zyskująca na żywo - ja byłem na może kilku koncertach jazzowych, ale do dziś pamiętam jak zrył mi czosnek koncert Sun Ra Orchestry na którymś tam OFFie lata temu.
Wizualizacje które opisywał Musiał każą mi sugerować, że na trzeźwo tej płyty nie słuchał.
Rozumiem "zarzut" dotyczący gęstości, ale się z nim nie zgadzam.
No i last but not least - jestem zadowolony, że nawet Wuja był w stanie usłyszeć coś dla siebie. I zdaję sobię sprawę, że raczej ta wrzuta nie sprawi, że pojedzie na Jazz Jamboree w 2025, ale jednak fajno, że jednak udało się coś dostrzec w tych śmiesznych murzinach na trąbkach i nawet znaleźć dla siebie. Wszak pamiętam taki se odbiór choćby i Davisa (który jednak IMO miał mniejszy "próg wejścia"), a tu proszę - obyło się bez bólu i ze śladowymi ilościami marudzenia.
BTW pamiętam też, że w Tomie i Jerrym było od cholery jazzowych klasyków (wieki tego nie oglądałem tak na marginesie), a w przypadku większości tych dzieł warto zamiast gapić się w obraz poczytać o twórcy, procesie tworzenia czy samym dziele. Choćby po to, by się przekonać, że nie ma nic ciekawego do przekazania.
No to ten, lecimy dalej. Jazz może kiedyś tu wróci, ale raczej nieprędko.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Co do najlepszych warunków odsłuchu jeszcze - zapomniałem w recenzji dopisać, że najlepiej mi się Mingusa słuchało dzisiaj rano w domu. Wstałem o siódmej i jak zwykle w niedzielę usiadłem w kuchni z kawą i słuchawkami przy oknie. Pogoda była pochmurna i deszczowa, wiatr lekko bujał gałęziami drzew i krzaków w ogrodzie, a ja się na to gapiłem słuchając Mingusa. I było całkiem miło.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Gapa ze mnie, dzień uciekł i nie puściłem albumów heh.
Jadymy z moją Grace Jones i jej Slave To The Rhythm
Przypominam tylko że we wrzutce polecam i sugeruję jednak słuchanie wersji skróconej, you have been warned.
Jadymy z moją Grace Jones i jej Slave To The Rhythm
Przypominam tylko że we wrzutce polecam i sugeruję jednak słuchanie wersji skróconej, you have been warned.
"Never stop the action, keep it up..."
Grace Jones - Slave To The Rhythm (1985)
Moja przygoda z Grace Jones zaczęła się jakoś w 2005 roku chyba od jednego z jej najbardziej znanych przebojów a mianowicie paranoicznego "I've Seen That Face Before" opartego o melodię utworu "Libertango" Astora Piazzolli z charakterystyczną melodią akordeonu (niektórzy może kojarzą ale wykonaniem tego utworu akordeonista Marcin Wyrostek wygrał w naszym kraju drugą edycję telewizyjnego show Mam Talent! w 2009 roku). Numer ten leżał sobie na dysku na kompie mojego brata w folderze o nazwie "soul disco funk" z różnymi starymi kawałkami których używał do samplowania. Spodobał mi się wtedy ale co było dalej, trudno powiedzieć, nie mam już tak fotograficznej pamięci jak nasz kolega dev i trudno mi składać różne fakty do kupy po takim czasie. Później możliwe że wyczaiłem coś jej na VH1 czyli oprócz klipu do I've Seen That Face Before zapewne następny był Pull Up To The Bumper a potem to ściągnąłem chyba w pierwszej kolejności sobie album Nightclubbing z którego pochodziły oba single. Ten album też byłby równie dobrą wrzutką do tej bestki ale z drugiej strony wcale nie gorszą od pozostałych dwóch jej reggae/new wave albumów nagranych z duetem Sly & Robbie czyli Warm Leatherette i Living My Life. Ogólnie można powiedzieć że do 1982 roku jej dyskografia w dużej mierze opierała się na coverach utworów różnych wykonawców (m. in. Roxy Music, Iggy Pop, Joy Division czy The Normal, pseudonim Daniela Millera) i do tego coverach znakomitych muszę powiedzieć bo Jones czyniła te numery jej własnymi w różnych przypadkach, nadając im poprzez swój taki bezosobowy, robotyczny śpiew wyjątkowy sznyt. Na pewno z biegiem czasu jakiś jej cover się pewnie pojawi w utworach jak już uda mi się zdecydować na jeden z nich.
W każdym razie prawdopodobnie w którymś momencie w tv chyba natrafiłem na teledysk do Slave To The Rhythm i ten numer też mi się spodobał a gdy obadałem album przeżyłem niemałe zaskoczenie. Album ten wyprodukowany był przez Trevora Horna znanego z takich projektów jak The Buggles czy Art of Noise czy ze współpracy z grupami Yes czy Frankie Goes To Hollywood. Dość powiedzieć że w latach 80. był to jeden z czołowych producentów w muzyce pop i rock. Album Slave To The Rhythm (który co ciekawe w pierwszej kolejności miał być projektem dla Frankie Goes To Hollywood) jest zaś concept albumem bo w warstwie lirycznej właściwie składa się tylko z jednego tytułowego utworu na bazie którego stworzono inne kompozycje na albumie. Całość uzupełniają fragmenty wywiadów z Grace Jones oraz cytaty z biografii jej partnera, fotografa i projektanta grafiki Jean-Paula Goude czytane przez aktora Iana McShane'a. Jean-Paul Goude zaprojektował m.in. okładkę tego albumu i reżyserował też klip do tytułowego utworu, poza tym przez lata czuwał nad jej wizerunkiem i jest autorem jej kilku najsłynniejszych zdjęć. W sumie to zapomniałem też dodać - jeśli ktoś nie wie - że Grace zaczynała karierę jako modelka w Paryżu, pozowała m. in. dla Elle czy Vogue'a, później grała też w różnych filmach jak "Conan Barbarzyńca" czy "Zabójczy widok" z cyklu filmów o Jamesie Bondzie, przez swój androgeniczny wygląd jest też jedną z ikon kultury LGBT (pamiętacie jak wrzucałem klip kawałka Kiddy Smile? Na jednym z plakatów wiszących na ścianie jego pokoju jest jedna ze znanych fotografii Grace Jones). Ale przejdźmy do serwowanego przeze mnie albumu.
Tekst przewodniego utworu Slave To The Rhythm na albumie pojawia się zasadniczo w 3 utworach, otwierającym żwawym Jones The Rhythm (dęciaki na wstępie nadają tu mocny filmowy vibe, mi się jakoś właśnie bondowsko kojarzy, a może po prostu ze starym filmem sensacyjnym, a może jednak z takim kostiumowym jak Conan?), Slave To The Rhythm oraz ostatnim Ladies and Gentlemen: Miss Grace Jones, który to był wydany jako singiel Slave To The Rhythm (później często mylony z albumowym utworem o tym tytule). Poza tym mamy na płycie eksperymentalne wokalne Operattack (brzmiące jakby ktoś bawił się samplerem), ambientowe The Crossing i parę downbeatowych numerów, w tym Don't Cry - It's Only The Rhythm będące fantastycznym wstępem do finałowego utworu z płyty. Płyta ma fajne spójne brzmienie, to taki gładki, wypolerowany, może koktajlowy pop, ja określam to mianem art-popu, swoją drogą są jeszcze dwa inne albumy z połowy lat 80. którym przyklejam tę łatkę i może z czasem któryś pojawi się w bestce, kto wie? Album w oryginalnym wydaniu trwa raptem 43 minuty, ja podsyłam Wam posiadane przeze mnie wydanie CD skrócone o te fragmenty różnych wywiadów które doklejone były we wstępach utworów, to skrócone wydanie trwa niecałe 38 minut a moim zdaniem te przerywniki są zbędne.
Jeszcze parę słów o tym jak wszedłem w posiadanie tego albumu bo to fajna historia. Płytę zawdzięczam pewnemu nieistniejącemu już portalowi o nazwie CDRoller który służyć miał nie tylko sprzedaży ale też wymianie płyt kompaktowych. W serwisie (istniejącym jakoś 2010-2011/12 może) można było wymieniać się płytami za płyty lub za kredyty ktore można było nabyć. Kredyt (dający możliwość nabycia jednej płyty jeśli wystawiający daną płytę udostępnił tą opcję) był też przyznawany w przypadku gdybyśmy zostali oszukani przez wysyłającego i płyta nie dotarła a sprawa została rozwiązana na naszą korzyść. Więcej info nt. serwisu tutaj jak coś:
https://e-biznes.pl/cdroller
Wracając do Grace to płytę wygrałem niejako w konkursie bo z biegiem czasu pojawiła się w serwisie opcja by za poszerzanie kolekcji, dużą liczbę wymian i pisanie recenzji zdobywać tytuł Rollera tygodnia lub miesiąca co wiązało się z wygraną płyt CD. Moja kolekcja była dość skromna ale pomogła mi ją powiększyć znajomą której płyty wystawiłem na swoim koncie i wymieniłem jej na coś innego, skrobnąłem wtedy ze 2-3 recenzje płyt (w tym SOFADa) i wygrałem. W nagrodę mogłem wybrać sobie 3 płyty CD z mojej listy życzeń na tym portalu. Wówczas w podzięce za jej wkład wziąłem mojej znajomej album "Loud" Rihanny, a dla siebie poprosiłem o jeden dowolny polski rap z mojej listy i jeszcze jeden zupełnie losowy album z niej - otrzymałem wówczas Muzykę Poważną duetu Pezet Noon i właśnie Slave To The Rhythm. Pezeta w pewnym momencie opchnąłem z braku hajsu co nadrobiłem niedawno po latach a tamten kompakt Grace Jones jest ze mną do dzisiaj. Niemniej bardzo żałuję że portal CDRoller już nie istnieje, projekt padł jakoś niedługo po tym jak wygrałem te płyty
Na koniec drobna uwaga do tracklisty bo jest nieco błędnie opisana w podanym linku - płyta nie posiada tak naprawdę wydzielonego intro, ten wstęp jest częścią pierwszego utworu Jones The Rhythm a drugi nazywa się The Fashion Show a nie The Fashion.
https://youtu.be/KY8-oTpGiJ8?t=0
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Grace Jones - Slave To The Rhythm (1985)
Zanim w ogóle ruszyła obecna kolejka albumówki to byłem trochę rozczarowany, że można pominąć jakąś płytę (wink wink), a potem jak gdyby nigdy nic wrócić do wrzucania, recenzowania, reagowania. Przez to na świeżo po spojrzeniu na kolejną propozycję Jacka kręciłem nosem. Czynniki pozamuzyczne jednak szybko zniknęły, komunikacja poza forum zawsze bardzo spoko. Po dłuższym czasie klasycznie zacząłem trochę zgłębiać temat bez czytania opisu. Lata 80', coś rytmicznego, dziwna okładka... polegając na samych najprostszych skojarzeniach czy odnośnikach poległbym dość efektownie. Przed tygodniem odsłuchów wreszcie właściwie rozeznanie. Tu jakieś wywiady, tutaj specjalne wersje bez, jeden utwór, biografia, ikona LGBT. Widać dobrą technikę obróbki materiału tak, by w razie czego po prostu kierować uwagę tam, gdzie tkwi najważniejsze. Szanowne Państwo, moje kochane, pozwolicie, że zajmę się płytą w wersji po boż... znaczy po grejsowemu-hornemu. Wiadomo, Grace Jones, czyli Nightclubbing, ale zupełnie nie wiedziałem, że było tych płyt znacznie więcej. Dodatkowy szok po informacji, że ponoć na OFFie była totalna pozytywna rozpierducha (w ogóle szok, że jeszcze koncertuje i to w TAKi sposób). Koniec końców byłem raczej dobrze nastawiony przed pierwszym odsłuchem.
Podoba mi się koncept tej płyty. Trochę muzyczna biografia, trochę rozrywkowe słuchowisko nt. wyjątkowego kolorowego kolibra, jakim bez wątpienia jest Grace Jones. Można się całkiem szybko zorientować, o co tu kaman. Właściwie mielimy jeden konkretny utwór i podajemy go na kilka różnych sposobów. Jest wyrazisty opener, pompatyczny finał, kilka różnych przystanków po drodze. Wszystko przetkane kolejnymi pogadankami o rodzinie, pochodzeniu, jakichś takich imprezowych odlotach. Teoretycznie temat można zamknąć w takich ogólnych frazesach, ale dzieje się tutaj znacznie więcej ciekawych rzeczy. Połowę efektu na płycie o Grace Jones robi sama Grace Jones. Za drugą porcję odpowiada Trevor Horn i ekipa aranżująca te smaczki. Nie brakuje w tym zarówno dystansu jak i kreatywnego polotu, śmigania po różnych gatunkach bez wrażenia gubienia spójności czy lekkości. Pierwszy wariant jak wstęp do młodzieżowego filmu muzycznego z epoki. Im dalej w las, tym klimat się rozkręca. Niby zapowiadamy track w stylu bondowskim, a za rogiem czai się prędzej funky arenbi rodem z mikroświata Vice City. Nieprzypadkowo nawet Jaca może śmiało sięgać po frazy 'ikona LGBT'. Po pierwsze: androgyniczny wizerunek, wiadomo. Po drugie: kampowa estetyka jej twórczości. No spójrzcie tylko na tę okładkę, dopiero po czasie zauważyłem, że szyja po prawej stronie trochę za bardzo się rwie xD Po trzecie: bo to po prostu fakt. Jej sposób bycia czy środowisko, w którym funkcjonowała. Do tego jeszcze akurat ten czas panoszącego się AIDS, jeszcze gorszego reagana... Pozytywny stosunek nie byłby wcale taki oczywisty, ale Grace nie jest generalnie taką oczywistą figurą w kulturze.
The Fashion Show wypada już jak remiksy Strangelove z singla, to taka zupełnie inna stylistycznie dwunastka, ale podoba mi się bardziej. Końcóweczka z tym przejściem do kolejnej sekcji gadanej... jest to radiowe pełną gębą. Następny The Frog robi za najbardziej sensualny fragment płyty. Piosenką bym tego nie nazwał, remiksem raczej też nie. Pozdrawiam obeznanych w angielskim na poziomie niższym niż B1. Taka performatywna pogadanka z bardzo dobrym aranżem w tle. Lirycznie dzieje się tutaj wyciąg biograficzny nt. cielesności GJ, bycia jakąś platoniczną inspiracją do robienia rzeczy. To mogło zadziałać tylko na płycie skrojonej w ten sposób. Ewentualnie jakieś Throbbing Gristle czy Psychic TV, ale oni poruszali zbliżone tematy, dochodząc do nich z zupełnie innej strony... Jeśli ktoś szczerze lubi styl tamtych lat to nie może docenić tego brzmienia, drobiazgowej roboty na perkusji. Siłą rzeczy dość ilustracyjne. To atmosferyczne zakończenie uważam za najlepszy fragment całości. Następny utwór to wyraźniejsza przerwa. Podoba mi się niski głos Grace w tych wypowiedziach, ale późniejsze wycinanki i zabawy efektami... no okej, nie będę marudził. Po prostu nie jestem fanem. Takie zabawniejsze Zoolook bez pompy i poważniejszej dramaturgii.
Tytułowy track zawiera takie plemienne akcenty. To całkiem logiczne, gdy na początku mamy fragment o pochodzeniu GJ. Da się to odczuć na samym początku w takich chóralnych zaśpiewach. Klimat też generalnie dość poważny. Tu można śmiało zostawić trzy grosze na temat kwestii rasowych, podejścia do Jamajczyków jakieś sto lat temu czy bardziej na temat płyty: kobiet ciemniejszej karnacji w modelingu. Sam tytuł płyty staje się wieloznaczny. Producenci wciąż urozmaicają zabawę, jest dość poważnie, ale wpuszczają trochę świeżego powietrza przez te gitarowe zagrywki i kolejny atmosferyczny mostek. Elegancko.
Normalnie powinienem marudzić na rzeczy pokroju The Crossing, ale znów kolejny pomysł na ogranie sekcji z wywiadem - melodyjne wokale nałożone na siebie. Później wlatuje właściwie rytmiczny ambient pełną gębą, najbardziej znajome rytmy. Przy którymś kolejnym odsłuchu idzie się złapać na tym, że w tym momencie nie zostało już zbyt wiele materiału... Don't Cry trochę irytuje przeskakiwaniem z lewej do prawej. Razem z wcześniejszym efekciarstwem nie nadają się do słuchania poza obcowaniem z całością od deski do deski. Nie żeby to były zmarnowane minuty, ale po prostu to takie najszybciej starzejące się elementy. Wielkimi krokami zbliżamy się do finału... może po prostu warto do tego podejść jak do bufora wykorzystywanego w mediach między audycjami heh To mogłoby mieć sens i dodatkowe walory humorystyczne.
Ladies & Gentlemen, czyli singlowy tytułowy track. Z początku przypomina jakiś soundtrack do filmu krajoznawczego, ale potem wraca groove, funky luz, sama Grace znowu wykazuje się wokalnie. Urozmaicone brzmienie klawiszy, akcenty w stylu New Age, filmowe orkiestralne pasaże... Finał show z pompą. Do tego tekstowo/pogadankowo też odpowiednia klamra tej poważniejszej dźwiękowej opowieści. Mamy happy end, po prostu. I ja w to wszedłem jak w masło za pierwszym razem.
Poza tymi kilkoma minutami jest naprawdę spoko. W bardzo lekki sposób Grace i panowie wypowiadający się uruchamiają kolejne ciekawe tematy. Historie rodzinne, osobista perspektywa myślenia o własnej figurze scenicznej, cielesność, seksualność, kwestie rasowe, ale też czysta zabawa. Lekko ponad 40 minut bez żadnego nudzenia. Po pierwszych dwudziestu minutach byłem pewien tego, w jaką stronę pójdzie moja skromna wypowiedź. Częściowo zdążyłem się tym podzielić z Jackiem, więc tego ten. Naprawdę dobra płyta. Jestem ciekawy, jak pozostali będą się wić przy obcowaniu z tym materiałem. Nie musi być wcale tak lekko... tylko ta oryginalna okładka. Nie jest najgorsza - jest po prostu dziwna. Nie patrzcie jednak lepiej na to radykalnie uproszczone coś na streamingach, czysta zbrodnia.
Ja bym to widział jako podkładach na różnych ballach i queerowych eventach w czasach kręcenia Paris Is Burning i wcześniej właśnie. Pasuje wręcz idealnie! Dokument epoki, który buja. Trudno o coś takiego, a wyszło.
...a no i warto zauważyć, że cytacik robiący za motto dla opisu Jacka jest w sumie najważniejszym spoiwem całej płyty. To ile razy w rozmaity sposób go wykorzystano - szacuneczek.
Zanim w ogóle ruszyła obecna kolejka albumówki to byłem trochę rozczarowany, że można pominąć jakąś płytę (wink wink), a potem jak gdyby nigdy nic wrócić do wrzucania, recenzowania, reagowania. Przez to na świeżo po spojrzeniu na kolejną propozycję Jacka kręciłem nosem. Czynniki pozamuzyczne jednak szybko zniknęły, komunikacja poza forum zawsze bardzo spoko. Po dłuższym czasie klasycznie zacząłem trochę zgłębiać temat bez czytania opisu. Lata 80', coś rytmicznego, dziwna okładka... polegając na samych najprostszych skojarzeniach czy odnośnikach poległbym dość efektownie. Przed tygodniem odsłuchów wreszcie właściwie rozeznanie. Tu jakieś wywiady, tutaj specjalne wersje bez, jeden utwór, biografia, ikona LGBT. Widać dobrą technikę obróbki materiału tak, by w razie czego po prostu kierować uwagę tam, gdzie tkwi najważniejsze. Szanowne Państwo, moje kochane, pozwolicie, że zajmę się płytą w wersji po boż... znaczy po grejsowemu-hornemu. Wiadomo, Grace Jones, czyli Nightclubbing, ale zupełnie nie wiedziałem, że było tych płyt znacznie więcej. Dodatkowy szok po informacji, że ponoć na OFFie była totalna pozytywna rozpierducha (w ogóle szok, że jeszcze koncertuje i to w TAKi sposób). Koniec końców byłem raczej dobrze nastawiony przed pierwszym odsłuchem.
Podoba mi się koncept tej płyty. Trochę muzyczna biografia, trochę rozrywkowe słuchowisko nt. wyjątkowego kolorowego kolibra, jakim bez wątpienia jest Grace Jones. Można się całkiem szybko zorientować, o co tu kaman. Właściwie mielimy jeden konkretny utwór i podajemy go na kilka różnych sposobów. Jest wyrazisty opener, pompatyczny finał, kilka różnych przystanków po drodze. Wszystko przetkane kolejnymi pogadankami o rodzinie, pochodzeniu, jakichś takich imprezowych odlotach. Teoretycznie temat można zamknąć w takich ogólnych frazesach, ale dzieje się tutaj znacznie więcej ciekawych rzeczy. Połowę efektu na płycie o Grace Jones robi sama Grace Jones. Za drugą porcję odpowiada Trevor Horn i ekipa aranżująca te smaczki. Nie brakuje w tym zarówno dystansu jak i kreatywnego polotu, śmigania po różnych gatunkach bez wrażenia gubienia spójności czy lekkości. Pierwszy wariant jak wstęp do młodzieżowego filmu muzycznego z epoki. Im dalej w las, tym klimat się rozkręca. Niby zapowiadamy track w stylu bondowskim, a za rogiem czai się prędzej funky arenbi rodem z mikroświata Vice City. Nieprzypadkowo nawet Jaca może śmiało sięgać po frazy 'ikona LGBT'. Po pierwsze: androgyniczny wizerunek, wiadomo. Po drugie: kampowa estetyka jej twórczości. No spójrzcie tylko na tę okładkę, dopiero po czasie zauważyłem, że szyja po prawej stronie trochę za bardzo się rwie xD Po trzecie: bo to po prostu fakt. Jej sposób bycia czy środowisko, w którym funkcjonowała. Do tego jeszcze akurat ten czas panoszącego się AIDS, jeszcze gorszego reagana... Pozytywny stosunek nie byłby wcale taki oczywisty, ale Grace nie jest generalnie taką oczywistą figurą w kulturze.
The Fashion Show wypada już jak remiksy Strangelove z singla, to taka zupełnie inna stylistycznie dwunastka, ale podoba mi się bardziej. Końcóweczka z tym przejściem do kolejnej sekcji gadanej... jest to radiowe pełną gębą. Następny The Frog robi za najbardziej sensualny fragment płyty. Piosenką bym tego nie nazwał, remiksem raczej też nie. Pozdrawiam obeznanych w angielskim na poziomie niższym niż B1. Taka performatywna pogadanka z bardzo dobrym aranżem w tle. Lirycznie dzieje się tutaj wyciąg biograficzny nt. cielesności GJ, bycia jakąś platoniczną inspiracją do robienia rzeczy. To mogło zadziałać tylko na płycie skrojonej w ten sposób. Ewentualnie jakieś Throbbing Gristle czy Psychic TV, ale oni poruszali zbliżone tematy, dochodząc do nich z zupełnie innej strony... Jeśli ktoś szczerze lubi styl tamtych lat to nie może docenić tego brzmienia, drobiazgowej roboty na perkusji. Siłą rzeczy dość ilustracyjne. To atmosferyczne zakończenie uważam za najlepszy fragment całości. Następny utwór to wyraźniejsza przerwa. Podoba mi się niski głos Grace w tych wypowiedziach, ale późniejsze wycinanki i zabawy efektami... no okej, nie będę marudził. Po prostu nie jestem fanem. Takie zabawniejsze Zoolook bez pompy i poważniejszej dramaturgii.
Tytułowy track zawiera takie plemienne akcenty. To całkiem logiczne, gdy na początku mamy fragment o pochodzeniu GJ. Da się to odczuć na samym początku w takich chóralnych zaśpiewach. Klimat też generalnie dość poważny. Tu można śmiało zostawić trzy grosze na temat kwestii rasowych, podejścia do Jamajczyków jakieś sto lat temu czy bardziej na temat płyty: kobiet ciemniejszej karnacji w modelingu. Sam tytuł płyty staje się wieloznaczny. Producenci wciąż urozmaicają zabawę, jest dość poważnie, ale wpuszczają trochę świeżego powietrza przez te gitarowe zagrywki i kolejny atmosferyczny mostek. Elegancko.
Normalnie powinienem marudzić na rzeczy pokroju The Crossing, ale znów kolejny pomysł na ogranie sekcji z wywiadem - melodyjne wokale nałożone na siebie. Później wlatuje właściwie rytmiczny ambient pełną gębą, najbardziej znajome rytmy. Przy którymś kolejnym odsłuchu idzie się złapać na tym, że w tym momencie nie zostało już zbyt wiele materiału... Don't Cry trochę irytuje przeskakiwaniem z lewej do prawej. Razem z wcześniejszym efekciarstwem nie nadają się do słuchania poza obcowaniem z całością od deski do deski. Nie żeby to były zmarnowane minuty, ale po prostu to takie najszybciej starzejące się elementy. Wielkimi krokami zbliżamy się do finału... może po prostu warto do tego podejść jak do bufora wykorzystywanego w mediach między audycjami heh To mogłoby mieć sens i dodatkowe walory humorystyczne.
Ladies & Gentlemen, czyli singlowy tytułowy track. Z początku przypomina jakiś soundtrack do filmu krajoznawczego, ale potem wraca groove, funky luz, sama Grace znowu wykazuje się wokalnie. Urozmaicone brzmienie klawiszy, akcenty w stylu New Age, filmowe orkiestralne pasaże... Finał show z pompą. Do tego tekstowo/pogadankowo też odpowiednia klamra tej poważniejszej dźwiękowej opowieści. Mamy happy end, po prostu. I ja w to wszedłem jak w masło za pierwszym razem.
Poza tymi kilkoma minutami jest naprawdę spoko. W bardzo lekki sposób Grace i panowie wypowiadający się uruchamiają kolejne ciekawe tematy. Historie rodzinne, osobista perspektywa myślenia o własnej figurze scenicznej, cielesność, seksualność, kwestie rasowe, ale też czysta zabawa. Lekko ponad 40 minut bez żadnego nudzenia. Po pierwszych dwudziestu minutach byłem pewien tego, w jaką stronę pójdzie moja skromna wypowiedź. Częściowo zdążyłem się tym podzielić z Jackiem, więc tego ten. Naprawdę dobra płyta. Jestem ciekawy, jak pozostali będą się wić przy obcowaniu z tym materiałem. Nie musi być wcale tak lekko... tylko ta oryginalna okładka. Nie jest najgorsza - jest po prostu dziwna. Nie patrzcie jednak lepiej na to radykalnie uproszczone coś na streamingach, czysta zbrodnia.
Ja bym to widział jako podkładach na różnych ballach i queerowych eventach w czasach kręcenia Paris Is Burning i wcześniej właśnie. Pasuje wręcz idealnie! Dokument epoki, który buja. Trudno o coś takiego, a wyszło.
...a no i warto zauważyć, że cytacik robiący za motto dla opisu Jacka jest w sumie najważniejszym spoiwem całej płyty. To ile razy w rozmaity sposób go wykorzystano - szacuneczek.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Dwa tygodnie minęły i jedna recenzja? Halo, co tu się wyrabia???
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Grace Jones - Slave to the Rhythm
Szczerze powiem, ze byłem ciekawy tego albumu. Są takie postacie ze świata muzyki, które się niby zna od zawsze, ale niespecjalnie człowiek jest w stanie cokolwiek powiedzieć o ich muzyce. Z Grace tak właśnie było. Doskonale wiedziałem jak wygląda. Wiedziałem, że to aktorka, modelka i wokalistka. Ale z muzyki kojarzyłem dotąd tylko jeden utwór (Libertango) i tyle. Dlatego byłem zadowolony, że będę mógł posłuchać czegoś więcej.
Po pierwszym odsłuchu byłem nastawiony dosyć sceptycznie. To dziwne, ale ciągle zdarza mi się przerabiać ten sam schemat. Było już w bestce naprawdę mnóstwo albumów, które na początku mi się nie podobały. Zawsze byłem przekonany, ze tym razem to już na pewno mi się nie odwidzi i nie spodoba, choćbym nie wiem ile razy tego słuchał. Potem w wielu przypadkach jednak album mi się spodobał, a ja zawsze sam z siebie się śmiałem. Mimo tego to wciąż się powtarza. Posłuchałem Grace Jones i byłem święcie przekonany, że no nie, to nie jest muzyka dla mnie. Murzyn będzie jednak musiał przełknąć parę niepochlebnych słów choćby nie wiem co. Ze dwa kolejne odsłuchy niewiele zmieniły. Wciąż kręciłem nosem. Nie bardzo podobał mi się koncept tego albumu. Zdawało mi się, że naprawdę zbyt wiele razy w ciągu tych 43 minut słyszę frazę „Slave to the rhythym”. Nie lubię zbytnio takiej monotematyczności. Album zbudowany wokół jednego w sumie utworu. Większość pozostałych numerów zdaje się być różnymi wariacjami na temat tego samego. Dla porównania mogę tutaj podać inny przykład – dobrze wszystkim znany No-man. Ich ostatni album „Love you to bits” opiera się na dwóch właściwie utworach: tytułowym oraz „Love you to pieces”. Reszta to po prostu różne wersje tych samych utworów. Oczywiście ten album jest i tak fajny, ale nie ukrywam, że słucham go najrzadziej ze wszystkich albumów tego zespołu. Bardziej jednak cenie różnorodność. Mogą to być nawet utwory w podobnym stylu i klimacie, ale jednak różne utwory.
Z drugiej strony można powiedzieć, ze dzięki takiemu konceptowi album „Slave to the Rhythm” jest rzeczywiście bardzo spójny brzmieniowo. Dobrze przemyślany. Teraz zależy wszystko od tego, co kto bardziej jednak ceni. W momencie pisania tych słów ja nadal trochę kręcę nosem na tak zbudowany album.
Jacek pisał, że tekst przewodniego utworu pojawia się zasadniczo w 3 utworach (według mnie jest tych utworów nawet więcej). To w sumie jakby jeden utwór w kilku różnych wersjach. Najlepsze wrażenie robi na mnie otwieracz „Jones the rhythm”. Bardzo żwawy i rytmiczny numer. Wręcz marszowy. Na pewno bardzo wyrazisty. Zaczyna się krótkim mówionych wstępem, po którym następuje ładny instrumentalny fragment. Potem wchodzi Grace, która w takim stylu idealnie się odnajduje. Dobra rzecz.
Właściwy „Slave to the Rhythm” dużo spokojniejszy, ale też bardzo dobry. Fajna linia melodyczna, efektowne chórki, gitarowe wstawki. Ostatni ”Ladies and Gentlemen: Miss Grace Jones” to już takie powielanie tego samego, żeby jakoś dopchać płytę do pełna. Niczego to już nie wnosi niestety.
„Operattack” to jakieś eksperymentalne zabawy z wokalami, które przypominają mi to, co Bjork robiła na albumie „Medulla”. Niestety dla mnie zupełnie zbędny przerywnik. Tak jakby chciano zrobić coś nietypowego, ale zabrakło pomysłu. Najlepszy jest tam początek, kiedy Grace wypowiada kilka zdań. Nie rozumiem co mówi, ale jej niski głos jest po prostu zachwycający.
„The Fashion Show” to całkiem dobry kawałek. Przyjemnie po prostu brzmi, choć w sumie to też nic innego, jak kolejna wariacja tego samego utworu.
„The Frog & The Princess” to mój zdecydowany faworyt z albumu. Pewna ironia losu bo Grace na wokalu się tutaj w ogóle nie pojawia. Ale utwór mi się podoba. Monolog jakiegoś faceta obudowany w fantastyczne brzmienia. Ma to swój niewątpliwy klimat. Dobra końcóweczka.
„The Crossing” to znowu pogadanki. Znów piękny niski głos Grace. W tle klimatyczna muzyka. Słuchając tego czuję się, jakbym był w jakimś rajskim ogrodzie, gdzie czas spowalnia. Ptaki śpiewają, motylki latają. Słońce prześwituje przez gałęzie drzew i krzewów. Bardzo odprężająca rzecz.
„Don’ Cry” to już oznaka, że ekipie skończyły się pomysły na dobre. Przecież ja na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu minut słyszałem te rzeczy z kilka razy. Na szczęście to krótki utworek.
O ”Ladies and Gentlemen: Miss Grace Jones” już pisałem, ale na tym etapie albumu już naprawdę nie chce mi się słuchać znowu tego samego. Za dużo jak na mnie.
Podsumujmy więc. Generalnie album jest naprawdę dobry. Dobre brzmienie, super wokal Grace, choć nie wszędzie się pojawia. Jest sporymi fragmentami bardzo klimatycznie. Na minus na pewno to, o czym już pisałem. Za dużo tego samego. Gdyby ostatni utwór był na początku albumu, to bym go pewnie chwalił. Ale umieszczony na końcu już mnie tylko męczy. Są dwa niepotrzebne przerywniki w postaci „Operattack” i „Don’ Cry”. Ale są i dwa bardzo satysfakcjonujące momenty w postaci „The Frog & The Princess” i „The Crossing”. Pomiędzy tymi rzeczami mamy różne wariacje na temat utworu „Slave to the rhythym”. W większości udane. Na pewno po zakończeniu tej kolejki nie zapomnę o tym albumie. Uważam, że przynajmniej do niektórych utworów warto będzie wracać.
Szczerze powiem, ze byłem ciekawy tego albumu. Są takie postacie ze świata muzyki, które się niby zna od zawsze, ale niespecjalnie człowiek jest w stanie cokolwiek powiedzieć o ich muzyce. Z Grace tak właśnie było. Doskonale wiedziałem jak wygląda. Wiedziałem, że to aktorka, modelka i wokalistka. Ale z muzyki kojarzyłem dotąd tylko jeden utwór (Libertango) i tyle. Dlatego byłem zadowolony, że będę mógł posłuchać czegoś więcej.
Po pierwszym odsłuchu byłem nastawiony dosyć sceptycznie. To dziwne, ale ciągle zdarza mi się przerabiać ten sam schemat. Było już w bestce naprawdę mnóstwo albumów, które na początku mi się nie podobały. Zawsze byłem przekonany, ze tym razem to już na pewno mi się nie odwidzi i nie spodoba, choćbym nie wiem ile razy tego słuchał. Potem w wielu przypadkach jednak album mi się spodobał, a ja zawsze sam z siebie się śmiałem. Mimo tego to wciąż się powtarza. Posłuchałem Grace Jones i byłem święcie przekonany, że no nie, to nie jest muzyka dla mnie. Murzyn będzie jednak musiał przełknąć parę niepochlebnych słów choćby nie wiem co. Ze dwa kolejne odsłuchy niewiele zmieniły. Wciąż kręciłem nosem. Nie bardzo podobał mi się koncept tego albumu. Zdawało mi się, że naprawdę zbyt wiele razy w ciągu tych 43 minut słyszę frazę „Slave to the rhythym”. Nie lubię zbytnio takiej monotematyczności. Album zbudowany wokół jednego w sumie utworu. Większość pozostałych numerów zdaje się być różnymi wariacjami na temat tego samego. Dla porównania mogę tutaj podać inny przykład – dobrze wszystkim znany No-man. Ich ostatni album „Love you to bits” opiera się na dwóch właściwie utworach: tytułowym oraz „Love you to pieces”. Reszta to po prostu różne wersje tych samych utworów. Oczywiście ten album jest i tak fajny, ale nie ukrywam, że słucham go najrzadziej ze wszystkich albumów tego zespołu. Bardziej jednak cenie różnorodność. Mogą to być nawet utwory w podobnym stylu i klimacie, ale jednak różne utwory.
Z drugiej strony można powiedzieć, ze dzięki takiemu konceptowi album „Slave to the Rhythm” jest rzeczywiście bardzo spójny brzmieniowo. Dobrze przemyślany. Teraz zależy wszystko od tego, co kto bardziej jednak ceni. W momencie pisania tych słów ja nadal trochę kręcę nosem na tak zbudowany album.
Jacek pisał, że tekst przewodniego utworu pojawia się zasadniczo w 3 utworach (według mnie jest tych utworów nawet więcej). To w sumie jakby jeden utwór w kilku różnych wersjach. Najlepsze wrażenie robi na mnie otwieracz „Jones the rhythm”. Bardzo żwawy i rytmiczny numer. Wręcz marszowy. Na pewno bardzo wyrazisty. Zaczyna się krótkim mówionych wstępem, po którym następuje ładny instrumentalny fragment. Potem wchodzi Grace, która w takim stylu idealnie się odnajduje. Dobra rzecz.
Właściwy „Slave to the Rhythm” dużo spokojniejszy, ale też bardzo dobry. Fajna linia melodyczna, efektowne chórki, gitarowe wstawki. Ostatni ”Ladies and Gentlemen: Miss Grace Jones” to już takie powielanie tego samego, żeby jakoś dopchać płytę do pełna. Niczego to już nie wnosi niestety.
„Operattack” to jakieś eksperymentalne zabawy z wokalami, które przypominają mi to, co Bjork robiła na albumie „Medulla”. Niestety dla mnie zupełnie zbędny przerywnik. Tak jakby chciano zrobić coś nietypowego, ale zabrakło pomysłu. Najlepszy jest tam początek, kiedy Grace wypowiada kilka zdań. Nie rozumiem co mówi, ale jej niski głos jest po prostu zachwycający.
„The Fashion Show” to całkiem dobry kawałek. Przyjemnie po prostu brzmi, choć w sumie to też nic innego, jak kolejna wariacja tego samego utworu.
„The Frog & The Princess” to mój zdecydowany faworyt z albumu. Pewna ironia losu bo Grace na wokalu się tutaj w ogóle nie pojawia. Ale utwór mi się podoba. Monolog jakiegoś faceta obudowany w fantastyczne brzmienia. Ma to swój niewątpliwy klimat. Dobra końcóweczka.
„The Crossing” to znowu pogadanki. Znów piękny niski głos Grace. W tle klimatyczna muzyka. Słuchając tego czuję się, jakbym był w jakimś rajskim ogrodzie, gdzie czas spowalnia. Ptaki śpiewają, motylki latają. Słońce prześwituje przez gałęzie drzew i krzewów. Bardzo odprężająca rzecz.
„Don’ Cry” to już oznaka, że ekipie skończyły się pomysły na dobre. Przecież ja na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu minut słyszałem te rzeczy z kilka razy. Na szczęście to krótki utworek.
O ”Ladies and Gentlemen: Miss Grace Jones” już pisałem, ale na tym etapie albumu już naprawdę nie chce mi się słuchać znowu tego samego. Za dużo jak na mnie.
Podsumujmy więc. Generalnie album jest naprawdę dobry. Dobre brzmienie, super wokal Grace, choć nie wszędzie się pojawia. Jest sporymi fragmentami bardzo klimatycznie. Na minus na pewno to, o czym już pisałem. Za dużo tego samego. Gdyby ostatni utwór był na początku albumu, to bym go pewnie chwalił. Ale umieszczony na końcu już mnie tylko męczy. Są dwa niepotrzebne przerywniki w postaci „Operattack” i „Don’ Cry”. Ale są i dwa bardzo satysfakcjonujące momenty w postaci „The Frog & The Princess” i „The Crossing”. Pomiędzy tymi rzeczami mamy różne wariacje na temat utworu „Slave to the rhythym”. W większości udane. Na pewno po zakończeniu tej kolejki nie zapomnę o tym albumie. Uważam, że przynajmniej do niektórych utworów warto będzie wracać.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Och, cios w serce. Don't Cry - It's Only The Rhythm to chyba taki mój faworyt z album tracków tej płyty mimo wszystko, pulsujący bas i przeszkadzajki tańczące w stereo.
Co do pogadanek - jak mówiłem, wolę wersję bez.
Co do pogadanek - jak mówiłem, wolę wersję bez.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Grace Jones - Slave to the Rhythm
Jak zapewne wszyscy doskonale wiecie, istnieje rozliczne grono artystów, których powinienem znać lepiej i częściej słuchać, ale nie robię tego, bo coś tam blablabla. Gdybym chciał się podjąć karkołomnej oraz idiotycznej w gruncie rzeczy próby stworzenia hierarchii tego typu wykonawców, Grace Jones ulokowałaby się w okolicach zapewne miejsca cholera-wie-którego, ale z pewnością byłoby to miejsce wysokie.
No i dobrze, że pojawił się porządny impuls, bo wiecie jak to jest. Bla bla bla nazwisko znam od dawna, blabla bla kojarzę z 2-3 utworami z radia last.fm, jakimiś rekomendacjami tu i ówdzie oraz opinią o tym, że w 2024 roku nadal jest genialna na żywo, sprzedaną mi przez godne zaufania osoby, ale ten... wiecie jak to jest. W tym przypadku to właściwie sam się sobie trochę dziwię, bo tbh jej wizerunek intrygował mnie już od pierwszych wzmianek na jakie trafiałem w internetach/Teraz Rockach laata temu, ale cóż - pewnie zamiast sprawdzić kto zacz, katowałem dyskografię AC/DC albo zbijałem bąki.
Szczerze mówiąc, poświęciłem temu albumowi relatywnie dużo czasu i atencji, z przyczyn nieco podobnych, z których wy mieliście problemy z napisaniem recek Mingusa. Podobać mi się podobało, ale czegoś mi brakowało, jakiegoś konkretu, tego cholernego puzzla, który leżał na drugim końcu pokoju i bez którego nie byłem w stanie ułożyć obrazka.
I nagle - eureka. W trakcie któregoś z odsłuchów dotarło do mnie, że tym słowem-wytrychem jest słowo SATYSFAKCJONUJĄCY.
Bo wiecie dobrze, że ja generalnie prosty chłopak jestem. Lubię ejtisy i nie wstydzę się tego, a jeśli te ejtisy są dobre, brzmią jak trzeba i generalnie słychać tam ten pierwiastek geniuszu, to jestem usatysfakcjonowany, ukontentowany i nie potrzebuję więcej. Pierwiastek odkryłem, kompozycje doceniłem, a za produkcje odpowiedzialny jest Trevor Horn - czy muszę pisać coś więcej?
Pewnie wypadałoby, aczkolwiek wiem doskonale, że nikomu z was nawet nie będzie chciało się czytać tego bełkotu. W każdym układzie płyta zawiera "samo gęste" - pomijając koszmarek w postaci Operattack, które może i ma swój urok i brzmi jak swoisty tribute do Art of Noise, ale mimo wszystko nie potrafię tego, prostytutka, słuchać.
Ale pomijając te łyżkę dziegciu - mniam! Właściwie mógłbym się rozpływać nad każdą z pozostałych kompozycji. Weźmy takie pierwsze z brzeguJONES THE RHYTHM to ejtisy pełną parą - przebojowa, dynamiczna kompozycja. Genialna motoryka, charyzma wokalistki wylewająca się z każdego dźwięku i wszystkie te rzeczy o których pisałem wyżej. Sielankowe intro THE FASHION SHOW nie zwiastuje tego co się dzieje dalej, czyli kozackiego, wyczepistego i wspaniałego groove'u tworzonego przez sekcję rytmiczną, na której określanie nie chce mi się wymyślać epitetów, ale powiem tylko tyle, że BUJA. Ten główny motyw i riff na końcu brzmią dla mnie z niejasnych przyczyn znajomo, ale są to skojarzenia miłe i przyjemne, tak samo jak ten kawałek.
Gdy słyszę THE FROG AND THE PRINCESS to nasuwają mi się skojarzenia z Yellow Magic Orchestra. Podobne synthy, podobny groove i specyficzna, że tak to młodzieżowo ujmę, AURA - trochę zmysłowa, trochę tajemnicza. Połączenie pozornie niepasujące, ale tak samo ludzie mawiają o pizzy z ananasem. Tytułowy to jeszcze bardziej rasowy synthpop a'la patrz pierwszy utwór, z równie fajnym motywem, równie fajnymi przejściami i mocarnym wokalem Grace. No co ja będę robić, jak nie rozpływać się nad czymś takim, prośba. xD W kontekście tego kawałka, następujace THE CROSSING (OOH THE ACTION) pasuje jak ulał. Śliczny ambient jest idealnym ukojeniem po tej intensywnej petardzie i wchodzi jak śledzik pod zagrychę.
DON'T CRY - IT'S ONLY THE RHYTM sprawia wrażenie wody na herbacie po pierogach. Ciężko, żeby nie było inaczej w przypadku kawałka dosłownie recyklującego motyw jendego z poprzednich utworów. Niby miłe, przyjemne, ale faktycznie na tle reszty se po prostu jest. Nie bij Murzyn, w razie w i tak odnotowałem sobie jako rzecz do sprawdzenia kiedyś tam poza płytą, bo może zaskoczyć.
Kończymy tytułowym, który nie jest tytułowym. Tu będę potrzebować jednak trochę czasu - słyszę, że to jest dobre, słyszę, że to jest idealny finisz świetnego albumu i generalnie jest to dobrze napisane, wyprodukowane, ale… To nie tak, że mi tu coś nie zagrało - nie zagrało tak, jak w przypadku niemal całej reszty albumu. Tu też pozwolę dać sobie nieco czasu.
A myślę, że Grace Jones powinna dostawać u mnie czas antenowy, bo to wielka artystka jest. Świetna płyta i basta.
Jak zapewne wszyscy doskonale wiecie, istnieje rozliczne grono artystów, których powinienem znać lepiej i częściej słuchać, ale nie robię tego, bo coś tam blablabla. Gdybym chciał się podjąć karkołomnej oraz idiotycznej w gruncie rzeczy próby stworzenia hierarchii tego typu wykonawców, Grace Jones ulokowałaby się w okolicach zapewne miejsca cholera-wie-którego, ale z pewnością byłoby to miejsce wysokie.
No i dobrze, że pojawił się porządny impuls, bo wiecie jak to jest. Bla bla bla nazwisko znam od dawna, blabla bla kojarzę z 2-3 utworami z radia last.fm, jakimiś rekomendacjami tu i ówdzie oraz opinią o tym, że w 2024 roku nadal jest genialna na żywo, sprzedaną mi przez godne zaufania osoby, ale ten... wiecie jak to jest. W tym przypadku to właściwie sam się sobie trochę dziwię, bo tbh jej wizerunek intrygował mnie już od pierwszych wzmianek na jakie trafiałem w internetach/Teraz Rockach laata temu, ale cóż - pewnie zamiast sprawdzić kto zacz, katowałem dyskografię AC/DC albo zbijałem bąki.
Szczerze mówiąc, poświęciłem temu albumowi relatywnie dużo czasu i atencji, z przyczyn nieco podobnych, z których wy mieliście problemy z napisaniem recek Mingusa. Podobać mi się podobało, ale czegoś mi brakowało, jakiegoś konkretu, tego cholernego puzzla, który leżał na drugim końcu pokoju i bez którego nie byłem w stanie ułożyć obrazka.
I nagle - eureka. W trakcie któregoś z odsłuchów dotarło do mnie, że tym słowem-wytrychem jest słowo SATYSFAKCJONUJĄCY.
Bo wiecie dobrze, że ja generalnie prosty chłopak jestem. Lubię ejtisy i nie wstydzę się tego, a jeśli te ejtisy są dobre, brzmią jak trzeba i generalnie słychać tam ten pierwiastek geniuszu, to jestem usatysfakcjonowany, ukontentowany i nie potrzebuję więcej. Pierwiastek odkryłem, kompozycje doceniłem, a za produkcje odpowiedzialny jest Trevor Horn - czy muszę pisać coś więcej?
Pewnie wypadałoby, aczkolwiek wiem doskonale, że nikomu z was nawet nie będzie chciało się czytać tego bełkotu. W każdym układzie płyta zawiera "samo gęste" - pomijając koszmarek w postaci Operattack, które może i ma swój urok i brzmi jak swoisty tribute do Art of Noise, ale mimo wszystko nie potrafię tego, prostytutka, słuchać.
Ale pomijając te łyżkę dziegciu - mniam! Właściwie mógłbym się rozpływać nad każdą z pozostałych kompozycji. Weźmy takie pierwsze z brzeguJONES THE RHYTHM to ejtisy pełną parą - przebojowa, dynamiczna kompozycja. Genialna motoryka, charyzma wokalistki wylewająca się z każdego dźwięku i wszystkie te rzeczy o których pisałem wyżej. Sielankowe intro THE FASHION SHOW nie zwiastuje tego co się dzieje dalej, czyli kozackiego, wyczepistego i wspaniałego groove'u tworzonego przez sekcję rytmiczną, na której określanie nie chce mi się wymyślać epitetów, ale powiem tylko tyle, że BUJA. Ten główny motyw i riff na końcu brzmią dla mnie z niejasnych przyczyn znajomo, ale są to skojarzenia miłe i przyjemne, tak samo jak ten kawałek.
Gdy słyszę THE FROG AND THE PRINCESS to nasuwają mi się skojarzenia z Yellow Magic Orchestra. Podobne synthy, podobny groove i specyficzna, że tak to młodzieżowo ujmę, AURA - trochę zmysłowa, trochę tajemnicza. Połączenie pozornie niepasujące, ale tak samo ludzie mawiają o pizzy z ananasem. Tytułowy to jeszcze bardziej rasowy synthpop a'la patrz pierwszy utwór, z równie fajnym motywem, równie fajnymi przejściami i mocarnym wokalem Grace. No co ja będę robić, jak nie rozpływać się nad czymś takim, prośba. xD W kontekście tego kawałka, następujace THE CROSSING (OOH THE ACTION) pasuje jak ulał. Śliczny ambient jest idealnym ukojeniem po tej intensywnej petardzie i wchodzi jak śledzik pod zagrychę.
DON'T CRY - IT'S ONLY THE RHYTM sprawia wrażenie wody na herbacie po pierogach. Ciężko, żeby nie było inaczej w przypadku kawałka dosłownie recyklującego motyw jendego z poprzednich utworów. Niby miłe, przyjemne, ale faktycznie na tle reszty se po prostu jest. Nie bij Murzyn, w razie w i tak odnotowałem sobie jako rzecz do sprawdzenia kiedyś tam poza płytą, bo może zaskoczyć.
Kończymy tytułowym, który nie jest tytułowym. Tu będę potrzebować jednak trochę czasu - słyszę, że to jest dobre, słyszę, że to jest idealny finisz świetnego albumu i generalnie jest to dobrze napisane, wyprodukowane, ale… To nie tak, że mi tu coś nie zagrało - nie zagrało tak, jak w przypadku niemal całej reszty albumu. Tu też pozwolę dać sobie nieco czasu.
A myślę, że Grace Jones powinna dostawać u mnie czas antenowy, bo to wielka artystka jest. Świetna płyta i basta.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Czekamy już zatem na sekcję łódzką która pierwszy odsłuch robiła latem 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
XD a mnie to się czepiają
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
no zwracam honor tą razą
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup