Best of Forum (Albumy) vol. 2

Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 01 sty 2025 14:20

Bez zrozumienia też jakoś damy radę.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 01 sty 2025 14:30

No myślę że chyba każdy się już pogodził z tym, że tydzień to minimalny czas oczekiwania na pierwsze recki xd
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 01 sty 2025 14:36

Tydzień to można czekać na mnie, tutaj będą zaraz dwa tygodnie...

Rozczarowująco i szkoda, no ale po prostu tak to bywa w schyłkowych etapach rzeczy rurznych, rozumiem.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 01 sty 2025 14:39

Święta były panie. Schyłkowy etap to może w temacie o Midnight Oil mamy.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 01 sty 2025 14:43

No ja bym właśnie wziął poprawkę na okres świąteczno-noworoczny, imo akurat tej zabawie śmierć zwiastowałbym jako ostatniej
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 01 sty 2025 14:46

Płyta jest dobra, recenzja ode mnie powinna być do końca tygodnia. Proszę się nie srać, myślę że nie pobijemy rekordu 3 tygodni+.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 01 sty 2025 14:48

Diabeł mówi: eee tam wszystko się rozpiernicza

Anioł mówi: sprawdzimy za miesiąc

Im dłuższe oczekiwanie tym większa szansa na zgon, w okolicach trzech tygodni na płytę to już dla mnie będzie kompletnie bez sensu
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 01 sty 2025 14:50

No, to się wycofasz z zabawy, a my będziemy słuchać dalej. Karawana pojedzie.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 01 sty 2025 14:59

Ja myślałem że po tym jak jaca się wycofał na jakis czas, to faktycznie tak będzie, ale widzę że ta zabawa jest twardsza od molibdenu
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 01 sty 2025 15:07

Jest jak sekta, nawet jak się wycofasz, to i tak wrócisz.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 01 sty 2025 15:20

No ja kiedyś się wycofałem i jeszcze w tej samej kolejce wróciłem xd
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 01 sty 2025 16:11

nie wykluczam i takiego scenariusza ofc
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 01 sty 2025 16:51

Spokój mi tu a nie ferment jakiś

Liczę że to nie będą 3 tygodnie to raz a dwa - po dwóch latach zabawy w kolejce świąteczno-noworocznej to żadna hańba IMO, co innego czekać na jedną osobę dodatkowy tydzień czy dwa a co innego kiedy wszyscy wjedziemy mniej więcej o jednej porze tylko później
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 01 sty 2025 22:49

Smoku jaki się pryncypialny zrobił
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 02 sty 2025 15:37

Susumu Yokota - Sakura

Kiedy Dragon ogłosił swoją wrzutkę na kolejkę zimową powiedzmy że byłem wówczas umiarkowanie podekscytowany, z jednej strony czułem że to może być dla mnie ciekawsze niż kilka poprzednich jego wrzutek albumowych a z drugiej już nawet nie pamietałem zbytnio wrzuty utworowej, spodziewałem się po prostu okołoambientowej elektroniki która w najlepszym wypadku nie będzie mnie drażnić, miałem naprawdę niewielkie oczekiwania. Jak okazało się już po paru odsłuchach byłem w błędzie - zarówno w kwestii zawartości muzycznej tej płyty jak i mojego własnego odbioru tej muzyki.

Siedzę teraz w pierwszy dzień nowego roku 2025 w robocie, słucham ponownie tej płyty i jest takie samo słoneczne popołudnie jak podczas pierwszych moich odsłuchów Sakury, z tą drobną różnicą że przypadły one na ten krótki moment minionego roku gdy spadł śnieg, ale poza tym aura z grubsza ta sama. W tych okolicznościach ta muzyka wchodzi jak ZŁOTO. Już od otwierającego album Saku mamy do czynienia z brzmieniem ciepłym, delikatnie rozmytym, bliskim ambientowi i po prostu idealnym na słoneczne leniwe popołudnia (ja muszę normalnie w końcu zrobić sobie playlistę takich wrzut od Was bo to jest murzyńska strefa komfortu i trochę nieosiągalna ziemia obiecana bo przeważnie mogę się tym rozkoszować siedząc wygodnie w fotelu w pracy, o leniwym leżakowaniu na kanapie w domu zapomniałem już dawno). W Saku pogrywa coś na kształt gitary leniwie plumkającej uzupełnianej o delikatne rozmyte synthy, cicho buczy ciepły bas, idealne zaproszenie do odsłuchu reszty. Gdy poczęstowałem w pierwszym zachwycie tym albumem mojego znajomego już na wstępie stwierdził że jest dobrze, czuć zen. Tobiume kontynuuje zbliżony vibe otwieracza, tu jednak prym wiedzie specyficzny syntetyczny bas oraz ciepły klawisz. Znów słuchając tej muzyki czuję się... bezpiecznie jak dziecko, jednocześnie otulając się nutą tej melancholii w stylu niedziala popołudnie, rosół zjedzony, miasto puste, na podwórku nie ma się z kim bawić a ja mam 12 lat i włóczę się samotnie po osiedlu kreując w głowie wyimaginowane scenariusze kryminalnych spraw i depczę po piętach nieistniejącym złodziejom i mordercom w roli których występują nieświadomi niczego przechodnie. Z roli wytrąca mnie trzeci na playliście utwór ze specyficznym rytmem perkusyjnym i wokalami nagranymi chyba jako jakieś field recordings. Klimat ciut inny ale znów podoba mi się basowy klawisz i reszta elektronicznej otoczki. Wjeżdża Hagaromo, zmienia się coś i trochę nie zmienia się nic, wracamy do podstaw - ciepłe brzmienie, leniwe tempo, niektóre utwory faktycznie sprawiają wrażenie echa Boards of Canada kiedy tak naprawdę mogłoby być raczej odwrotnie. Kiedy wchodzi Genshi mam trochę flashbacki ze słuchania GUS, ale konkretnie mowa o tym najbardziej ROZBUJANYM momencie z klubowym bitem, tu jest nieco podobnie, stopa chodzi ale całość rozmyta i zamulona jakby to radyjko grało na dnie oceanu gdzieś. Z jednej strony mam wrażenie że ta muza to jednocześnie wielkie nic i kompletnie wszystko czego mi trzeba. Trudno tu wskazywać palcem i wyróżniać poszczególne elementy, całość układanki za to robi niepodrabialny klimat, myślę że w formacie albumowym takiego balsamu jeszcze nikt nie dostarczył, no ok poniekąd Laughing Stock robi mi podobnie ale to troszkę inna materia, chyba jednak te ptaszki na okładce są gwarancją dobrej muzyki po prostu:) Gekkoh to taki moment totalnego zawieszenia, bas znów zalewa mnie piękną melancholią w asyście smyczków.

W tym miejscu musiałem zrobić pauzę, dalsza część recki pisana już dziś, tj. 2 stycznia. Szkoda że pogoda się zje*ała.

Hisen brzmi jakby Yokota chciał nagle zrobić na płytę Portishead "w domu", perka i klawisz mocno w tym stylu, tylko optymistyczne smyczki zdradzają że to jednak ktoś inny robił. Azukiiro No Kaori z tymi wokalami skojarzyło mi się trochę jakoś z Murią wrzucaną na początku minionego roku przez Kubę do utworowej, być może spotęgowane to tropikalne, plażowe skojarzenie zostało przez wczorajszy wieczorny seans Vaiany 2. Odrobinę podobny ulotny vibe mają wokale kolejnego utworu Kodomotachi, ale jednocześnie tu również najmocniej czuję klimat późniejszych nagrań Boards of Canada, znaczy się ich albumowej wrzuty. Naminote zmienia klimat, fortepian i perkusja na dość jazzową modłę ale jednocześnie daleki jestem od określania takimi łatkami tego kawałka, najprościej jest mi napisać że to po prostu kawał dobrej muzyki, bez zbędnego szufladkowania. Shinsen ze swoją harfą jest wprost magiczne, brzmi dość ponurawo ta melodia, trochę jak coś wyjętego ze ścieżek dźwiękowych Michała Lorenca, słyszałbym to jako tło mrocznego kryminalnego filmu/serialu z jego muzyką. Album wieńczy Kirakiraboshi z takimi dzwoneczkami które pięknie wjeżdżałyby pod mroźne i śnieżne krajobrazy których mocno brak za oknem na ten moment. Dragon dowiózł na czas, pogoda za to nawala a szkoda bo to potrafi zrobić spory handicap do tego typu muzyki, pamiętam jak wrzuta Ochre siedziała mroźną zimową porą.


No co mogę rzec na zakończenie? Spodziewałem się trochę ambientowego przynudzanka a tu nic podobnego, pomimo swojej spójności ta płyta to jednak jest trochę jak pudełko czekoladek, oferuje wiele różnych smaczków. Jest tu kilka utworów które siadły mi fantastycznie a te które uznałbym za najsłabsze są w najgorszym wypadku po prostu dobre. Świetna wrzutka, myślę nawet że jak dla mnie najlepsza wrzuta Dragona w tej zabawie i zapewne prędzej będę tu wracał niż do Arki czy Rubyconu, muszę też odświeżyć sobie po czasie DJ Spooky bo to była też taka bombonierka fajna dość. Gratuluję poprawy formy, heh, na to czekałem.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 02 sty 2025 15:46

Potężny Susumu bierze odwet za wszystkich wcześniejszy wrzucanych nudziarzy heh To dobrze, bardzo miło to widzieć - jak jedna z bardziej ulubionych wrzut robi jeszcze większą robotę u kogoś innego
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 03 sty 2025 11:40

Susumu Yokota – Sakura

Miałem pewne wyobrażenie tego albumu, zanim się za niego zabrałem, wyobrażenie podyktowane tym, co zazwyczaj wrzuca Dragon oraz tym, do czego zdolni są Japończycy. Ostatecznie dostałem dokładnie to, czego się spodziewałem, czyli fajny i interesujący elektroniczny album, na którym mnogość zabiegów stylistycznych zestawiona jest w spójny i intrygujący sposób. To nie jest moja pierwsza styczność z azjatycką elektroniką, czy azjatyckim ambientem, ale żaden z tych wykonawców, nie brzmiał jak Yokota. Niby chłop nie odkrywa Ameryki, a z drugiej strony, ma to niewielkie znaczenie. Poczytałem o gościu i serdecznie mnie rozbawiło, że facet był ekonomistą, ale ostatecznie zajął się DJką. Patrzę na listę sampli i widzę znajomych artystów – Harold Budd, Steve Reich, Return to Forever, Joni Mitchell, Chick Corea… Wszechstronny facet.

„Saku”, to zdecydowanie top tej płyty. Dobór sampli, sposób ich skomponowania, brzmienie, klimat. Nie wszystko na „Sakurze” jest zmontowane z taką gracją i wyczuciem, jak ten kawałek. Niby najdłuższy utwór na płycie, ale w ogóle tego nie czuć, spokojnie mógłby płynąć dalej drugie tyle. Instant skojarzenia z kosmosem, a elektronika inspirowana kosmosem, to coś, czego ostatnio poszukuję (nie twierdzę, że Yokota inspirował się kosmosem, ale takie mam skojarzenia). Sporo w tym tęsknoty, zwłaszcza pod koniec. Japończycy to potrafią.

„Tobiume” ma fajne połączenie chillowych sampli (w końcu 2000 rok) i kwaśnego, basowego arpa. Melodyczne fragmenty przypominają mi soundtracki do pierwszych „Tomb Raiderów”.

Tradycyjna perkusja, sample jakiegoś monologu, basowe, mocno przepuszczone przez efekty „coś” i jakieś flety. „Uchu Tanjo” to niemal rdzenna muzyka. Kolaż brzmień, na których Yokota mógł się wychować kiedy dorastał w jakiejś japońskiej prowincji w latach 60-tych. Ładna pocztówka.

Na etapie „Hagoromo”, zaczynam już słyszeć pewne charakterystyczne elementy twórczości Susumu Yokoty, np. te mocno zapętlone, wyraziste motywy, które stanowią kręgosłup każdego utworu, jak dotąd. W tym wypadku, jest to niemal kolekcja sampli, niemal losowo ze sobą sklejonych, ale jednocześnie całość ma idealny sens. Co najważniejsze jednak, dobrze się tego słucha, bez akademickiego rozgrzebywania, w które chyba niepotrzebnie idę. Melodia pod koniec przypomina, że to jednak nie tylko mash-up sampli.

Nagłe WTEM! Kiedy wchodzi „Genshi”. Jednego się na tym albumie nie spodziewałem, zwłaszcza po czterech kawałkach – wprowadzenia prostego bitu. Yokota umie w rytmy. Bit bitem, ale wszystko tutaj buja w naturalny i przyjemny sposób. Taki „Autobahn” z Japonii, od razu budzi skojarzenia z jazdą pojazdem, samochodem lub pociągiem, pędzącymi obrazami za oknem, itd. Nawet proste, wesołe wręcz melodie nasuwają skojarzenia z wczesnym Kraftwerk. Sympatyczny fragment albumu.

„Gekkoh” czaruje mroczniejszym klimatem, który kojarzy mi się trochę z muzą Pierre’a Esteve z „Atlantis”, a nawet niektórymi motywami z gier „Final Fantasy”. Piękny kocioł z samplami, fachowa robota, ale z sercem, co czuć. Atmosfera robi tu robotę, a do tego jest to jedyny taki moment na płycie, co jeszcze bardziej zwiększa jego wartość.

„Hisen” coś mi przypomina, ale tradycyjnie nie pamiętam co. Miły utwór z ciekawymi samplami.

Nie wiem czemu, ale krótkie „Azukiiro no Kaori” z miejsca budzi u mnie skojarzenia z Radiohead i solowym Thomem Yorkiem. Coś w tym siedzi, co łechta znajome rejony sentymentów. Szkoda, że Yokota urywa to po niecałych trzech minutach.

„Kodomotachi” znowu mi się z czymś kojarzy. Te sample wokalne bym wywalił, zbytnio przykrywają muzykę i po minucie zaczynają zwyczajnie irytować.

„Naminote” zmienia trochę kierunek, bo już te chillowe dźwięki robiły się lekko monotonne. Samplowane pianino znowu przypomina mi Thoma Yorka z debiutu. Jazzowa perkusja wchodzi i od razu wszystko nabiera rumieńców. Robi się knajpiano, ale oczywiście w charakterystyczny, lekko kwaśny sposób. Wibrafon/ksylofon w tle dopełnia tego pięknego obrazu. Wystarczyło zmienić sample, a Yokota pokazuje zupełnie inną twarz.

Uwaga, nadjeżdżają munlupizmy w postaci „Shinsen”. Samplowana, samotna gitara, jakieś morze. Późniejsze, samplowane szarpanie skrzypiec może mniej potrzebne, podobnie jak losowe wokalizy z klawisza, no ale nie można mieć wszystkiego.

„Kirakiraboshi”, to chyba najbardziej klimatyczny kawałek na płycie, ponownie zbrodniczo krótki, ale z drugiej strony, może to dobrze, bo kiedy pomyślę o całym albumie, to jednak jest on dosyć długi, jak na kolekcje zapętlonych w nieskończoność sampli.

Album przypomina mi nieco to, co Bark Psychosis robili na pierwszej płycie, ale gdyby zabrać z niej tylko samplowane fragmenty. Yokota pokazuje się z różnych stron i w większości przypadków wychodzi z tego coś bardzo dobrego. Momentami tylko robi się trochę zbyt monotonnie lub dobór sampli mi nie siedzi, ale to się zdarza bardzo rzadko i pisałem o tym wyżej. Idealna propozycja do słuchania na początku roku, kiedy następuje okres odparowywania po poprzednim roku i można trochę popływać w tym złudzeniu, że zaczynamy coś na czysto, itd. Ja lubię się w tym okresie wyciszać i ta płyta na pewno wpisała się w ten słownik munlupowy.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 05 sty 2025 21:55

Susumu Yokota - Sakura

Z reguły zaczynam swoje notki w tym temacie od wypisywania swoich skojarzeń z danym wykonawcą. Tutaj akurat ten segment nie będzie szczególnie rozbudowany, bo w sumie jedyna moja wcześniejsza styczność z Yokotą to ta zabawa. Trochę wody w Odrze upłynęło odkąd imć Robert wrzucił Kinoko (jeny, az 2,5 roku), ale coś chyba w sobie ten kawałek miał, bo jakoś ta charakterystyczna różowa okładka utkwiła mi w pamięci i dobrze mi się kojarzy.

Taka muzyka generalnie jednak zyskuje na przestrzeni dłuższych dystansów, więc do Sakury byłem nastawiony optymistycznie. I, nie zgadniecie, czuję się tą muzyką zauroczony i zafascynowany.

Generalnie ostatnio trochę mnie ciągnie do japońszczyzny - ofc w kwestiach muzycznych, bo jeszcze nie jestem na tym etapie życia, by anime oglądać lmao. W każdym razie w muzie z Kraju Kwitnącej Wiśni odnajduję specyficzny pierwiastek czegoś, co mógłbym umownie nazwać dziwactwem, który sprawia, że ta muza niby brzmi znajomo, ale nie tylko ma to COŚ, ale to COŚ jest dziwnie znajome, ale jednak inne.

No i generalnie to tak mógłbym streścić tę płytę w przysłowiowych kilku słowach. Niby kolejny spoko ambient od kolegi Roberta, ale jest w nim COŚ więcej i ja tym czymś jestem zafascynowany, zaintrygowany i biorę to bez szemrania. Bodaj słuchając wrzuconych onegdaj przez Munlupa Fishmansów pisałem ee tj. pieprzyłem od rzeczy coś o sielankowym klimacie i o tym, że jest to muzyka PIĘKNA i właściwie to mógłbym się tu powtórzyć.

Szczerze mówiąc, w życiu żadne skojarzenie z Boards of Canada nie przyszłoby mi tu do głowy i trochę jestem zaskoczony, że ta nazwa padła w notce rekomendującej autorstwa Roberta. Za mało tu duchologii i w sumie nawet jesieniarstwa, za dużo "klubowych" akcentów, które teoretycznie powinny pasować jak pięść do nosa, a w praktyce wchodzą jak ulał. Yokota ma własny, unikalny styl - trochę piwniczny, trochę klubowy, trochę inspirowany dźwiękami natury. Pozornie to wszystko powinno się gryźć, ale umiejętność łączenia stylów i smaków to jest ta rzecz, która odróżnia chłopców od mężczyzn oraz artystów od rzemieślników.

Jeśli już miałbym się bawić w jakiekolwiek analogie i skojarzenia, to byłby to soundtrack do skąninad sympatycznej japońskiej serii visual novelek pt. "Danganrompa" - niektóre utwory do złudzenia mi się z nim kojarzą. Do tego stopnia, że nawet szukałem na ten temat informacji w internecie, ale nigdzie nie trafiłem na wzmianki o "inspiracjach", więc zakładam, że mózg mi płata figla. xd

Jeśli chodzi o faworytów, to tbh żaden konkretny mi się nie wykrysztalizował - ot, klasyczny kasus w moim przypadku w kwestii albumów "niepiosenkowych". "Trójca święta" Genshi-Gekkok-Hisen wymieniona przez Roberta na pewno jest super, aczkolwiek cały czas mam wrażenie, że ją słyszałem w jednej z odsłon gier z ww. serii. Też dołącze się do pochwał względem Saku, spox jest Uchu Tanjyo, a na dodatek to bym na pewno postawiłbym większy niż przy reszcie plusik Kodomatachi, bo brzmi jak ładna piosenka lecąca w tle nawet gdy się jej nie słucha puszczonej w tle, a przecież choćby o to z tym całym ambientem chodziło Brianowi Eno.

Pięknie ta płyta brzmi, pięknie tej płyty się słucha niezależnie od warunków, okoliczności, poziomu (stanu) skupienia i generalnie to jedno ze szczytowych odkryć tej zabawy. Napisałem już, że jest to rzecz piękna i cudowna i dla takich odkryć tu jestem. Znak jakości MENTOS, ZŁOTO ITD
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 06 sty 2025 20:44

Zostali Wuja i Musiał, liczę Panowie że ogarniecie to na dniach...
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 07 sty 2025 11:32

Susumu Yokota - Sakura

Jezu Miłosierny, Smoku, coś Ty uczynił. Wrzuciłeś album ewidentnie wiosenny (jakby, tytuł, c'mon) w środek jesiennej zimy. To jest zbrodnia. Uznałbym ją za niewybaczalną, gdyby nie jeden istotny detal - ta płyta jest OBŁĘDNA. Zastanawiałem się, co ja na dobrą sprawę znam japońskiego, co by mi podchodziło, żeby zabrać ze sobą do Tokio pod koniec marca br. (czyli w - nota bene - czas kwitnięcia sakury lol). Doszedłem do wniosku, że - poza dość oczywistymi Fishmansami - raczej będzie to Brian Eno ze swoimi ambientami, względnie usiądę jak człowiek do Ryuichiego Sakamoto, co miałem zrobić już dawno temu. A tu proszę, będzie Yokota. I to będzie na pełnej, albowiem długo mi się raczej tak immersyjna okazja nie powtórzy (chyba, że pogodę szlag trafi, najwyżej będę łaził po dzielnicy Meguro w deszczu, wywalone). Krótko z mojej strony - Dragon zapodał złoto.

Już od pierwszych dźwięków Saku wiedziałem, że to będzie wspaniała muzyczna podróż. Hien wspomniał, że dla niego to najsilniejszy numer na płycie, ale zgadzam się z tym jedynie częściowo. Faktem jest, iż jest najdłuższy (w bliskiej konkurencji z Naminote), a reszta właściwie tylko pod tym względem kuleje (Uchu Tanjyo powinno być spokojnie dwa razy takie, jakie jest), ale nie ujmuje to całej reszcie ani trochę. Saku brzmi jak wymieszanie proponowanego już przez Dragona wykonawcę o ksywie GAS z Brianem Eno właśnie, i nawet, jeśli to dość przewidywalne połączenie, to właściwie co może z niego wyjść złego? Spieszę z wyjaśnieniem - NIC. Numer jest piękny, chillowy, spokojny, naturalny soundtrack do wiosennego łażenia po wyjątkowo ukwieconym parku. Tobiume zresztą nie ucieka nigdzie dalej, przystanek, zachwyt nad krzaczkiem, drzewkiem, czilera utopia, inne słowa wprost nie przychodzą do głowy. Robi się jednak nieco kwaśniej, tak, abyśmy nie zapomnieli, że to muzyczny przełom wieków. Smoku pisze u siebie o pewnych skojarzeniach z Boards of Canada, i chyba tutaj słyszę je najmocniej na całym krążku. Nawet nieco duchologii się przebija. Powiem więcej - gros płyty brzmi jak nieco bardziej wysublimowany i wypolerowany Vic Mars, więc spokojnie możnaby to puścić w Clay Pipe Music bądź Castles in Space. Czy nawet Ghost Box (TAK, tu TEŻ musiałem ich wepchnąć, nie ma na mnie rady).

Uchu Tanjyo, już przeze mnie wzmiankowane, zabiera słuchacza z parku wprost do miasta, ale niekoniecznie tego przeruchanego medialnie i kulturowo nowoczesnego, by nie powiedzieć futurystycznego japońskiego Metropolis przez duże M, ale raczej pomiędzy domy pamiętające jeszcze czasy przedatomowe, na cuchnące rybami i owocami morza targowiska, deszczowe sobotnie poranki, zatłoczone tramwaje, takie tam. Chyba najbardziej nie mogę się doczekać spacerów wyżej wymienionymi właśnie w akompaniamencie takiej muzyki. Co prawda spośród azjatyckich klimatów najbardziej słychać tutaj Chiny (których, póki co, nie będzie mi dane zobaczyć), wręcz mam trochę wrażenie obcowania z discount Last Train to Lhasa, wciąż jestem jednak soczyście zauroczony. Hagoromo to już Mars/Eno na pełnej, jak kiedyś wrzucę do albumowej Inner Roads and Outer Paths, to zrozumiecie. Znów błądzę po parkowych alejkach mijając pojedynczych ludzi, którzy mają mnie w dupie, dzięki czemu mogę obserwować ich jako element tła. Więcej kwiatków, więcej pszczółek, zieleni tak po prostu i generalnie wiosny. To jest najbardziej ghostboxowy utwór na całej Sakurze. Jestem niemal pewien, że Cate Brooks słyszała go przynajmniej raz (może nawet jest fanką, a ja o tym nie wiem, Foxx przynajmniej robił zasięgi swoim ulubionym wykonawcom na FB swego czasu), inspiracje są nazbyt widoczne (czy raczej słyszalne). Szkoda tylko, że zamiera tak szybko, tutaj 7 minut to byłoby minimum i tak.

Genshi bierze z zaskoczenia swoją formą, czyżbym wbił do Shinjuku albo Roppongi i nawet tego nie zauważył? Tyle tylko, że wciąż za dnia, bądź przynajmniej przed wieczorem i tą potworną klubową sieczką, której się we wszystkich tamtejszych przybytkach słucha. Wracam do klimatów urbanistycznych, tym razem z pewną jednak dozą futuryzmu, ale takiego skrojonego pod rok 2000. W ogóle ten kawałek brzmi trochę jak Kristallo od Kraftwerk (kto zna, niech się dokładnie wsłucha, skojarzenia się same nasuwają) w wersji, nie wiem, Bang on a Can. Tribute album, który nigdy nie powstał (nie liczę Kraftwerk 8-Bit), powinien być promowany właśnie tym, wystarczy zmienić tytuł. Murzyn pisze o brzmieniu w stylu GASa i pod tym też mogę się podpisać. Ale to wciąż będzie mocno lajtowy GAS, bez niemieckiej elektroociężałości. Gekkoh to z kolei i "tytularnie" i brzmieniowo jakieś ukryte kolabo z Tobym Marksem, albo dawno zapomniane demo od wczesnego Heaven 17. Nagle nadjeżdża azjatycki mrok w dobrych dawkach, przypomina mi zresztą jakieś interludium z jakiejś innej płyty... może depeszowej? Nie mogę tego w stu procentach wykluczyć. Przyjemnie jest znaleźć tak nastrojowy egzemplarz na płycie, która utrzymana jest jednak w delikatnie bardziej odmiennym nastroju. No ale Ninja (Tune) atakuje w końcu z zaskoczenia).

Hisen to z kolei coś z pogranicza sztuk wizualnych, czy to film, czy gra komputerowa, a muzy ze świata Radia RAM (TAK JEST, znów to zrobiłem!). Słyszę tutaj Listening Center, ale też troszkę Boards of Canada, więc ten duchologiczny klimat siłą rzeczy kręci się to tu, to tam. Jedynie skrzypce w tle trochę go rujnują, jednocześnie dodając uroku samemu utworowi. Coś mi się przy tej okazji przypomniało... ale już zapomniałem. Jak wiele fajnego można zrobić łącząc ze sobą puszczony przez phaser bit, lekki detune na klawiszu, jakiś ledwo zauważalny pad i trochę smyczka. Chciałem kiedyś mieć taką lekkość w tworzeniu instrumentali, niestety, zawsze wychodziły mi bizantyjskie kobyły. Tutaj nawet czas trwania jest optymalny. Azukiiro No Kaori brzmi natomiast jak mocno autorski remix Halcyon dla Orbitala. Sprawdziłem znaczenie tytułu, w wolnym tłumaczeniu jest to "zapach czerwonej fasoli", chyba bym aż tak daleko nie szedł, ale nie wykluczam, że autor był pod wpływem (być może nawet czerwonej fasoli).

Szkoda tylko, że ten utwór jest tak krótki, przy nieco zbyt długim dla mnie Kodomotachi, które - zwłaszcza z tymi wokalnymi samplami - powinno mieć najwyżej te 2,5 minuty. Nie jest on zły, absolutnie, ale trochę nazbyt wypakowany rzeczami, a paradoksalnie niewiele się tutaj dzieje (czyt. niewiele ciekawego na dłuższą metę). Spośród innych smokowych wrzutek, w tej najbardziej czuję Auscultation. Deszczowa wiosna na pełnej, nie mogę się doczekać (po prostu wiosny, mam już dosyć listopada). Naminote to japońskie The Cinematic Orchestra z okolic Man With a Movie Camera, ale także... opening do GTAIII, nie da się tego nie odsłyszeć, jak już się raz usłyszało. Chyba jeszcze mniej spodziewałem się takiego twistu na płycie, niż Genshi. Moooże trochę za bardzo ten utwór przeładowany jest samplami, może to pianino jest trochę za bardzo, może generalnie tu jest "za bardzo", ale też jestem tak urzeczony sekcją rytmiczną, że nie potrafię Naminote zdissować. Więc tego nie zrobię, zamiast tego zaś pochwalę. Tu będzie nocne błądzenie po najbardziej zatłoczonych częściach centrum miasta, albo przynajmniej jakiegoś dworca, typu Ikebukuro. Louie Austen mógłby tutaj wskoczyć na gościnne występy wokalne. Cudownie się tego słucha, serio.

Jestem zaskoczony, że przy Shinsenie nikt nie wspomniał Harolda Budda, albowiem ten numer leży chyba najbliżej niego właśnie (RIP Harold). Przypomina mi zresztą opener doskonałego skądinąd podwójnego albumu Translucence/Drift Music od Budda właśnie w kolabo z Johnem Foxxem (Foxx jest wszędzie, Brooks jest wszędzie, co to będzie, Musiał będzie). Pizzicata przełamują nieco to senne odpływanie w chmury, ale tylko trochę - teraz całość tworzy nastrój jakiejś lekko onirycznej przygodówki, jak np. The Longest Journey. Choć równie dobrze mogłaby to być Enya. Na sam koniec mały powrót do ambientowych początków w zazielenionym parku (teraz żałuję, że nie miałem tego ze sobą chociaż w Parku Cuzy na bukaresztańskim Titanie, w niewielu miejscach widziałem latem tak intensywną zieleń, jak tam). Kirakiraboshi nie mogło chyba dostać pod tę muzykę bardziej pretensjonalnego tytułu (po prostu Twinkle Twinkle Little Star), ale też jeśli to nie jest duchologiczne, to ja nie urodziłem się w hospicjum (a urodziłem się w hospicjum). BoC, Belbury Poly, The Heartwood Institute, wszystko na raz. Nawet długość optymalna, wszak to zamykacz. Urywa się nieco nagle, ale kto mi zabroni odpalić wszystko od początku?

I tak odpalałem dokładnie 3 razy, z czwartym podczas pisania tej recki, standardowo. Jedyne, co mi obrzydliwie nie pasuje w tym układzie, to aura za oknem. Sakura jest płytą na wskroś wiosenną, parkową, względnie do łażenia po willowych dzielnicach dużych miast (typu łódzki Julianów lub warszawski Anin), ale również wiosną. Intensywną, zieloną, kwiecistą, kolorową, o ciepłym i przyjemnym powietrzu nawet, jeśli z dodatkiem deszczu. Naprawdę, nie mogłem wymarzyć sobie lepszego OSTa dla swojej marcowej wycieczki, będę Wam, PT Forumowicze donosił, jak się słucha Sakury pośród sakury, innymi słowy - jak to jest wwozić drewno do lasu. Dragon zapodał absolutne złoto, mój bezwzględny faworyt spośród - jak dotąd - chyba wszystkich jego propozycji. Lekkość, spokój i zaduma, jakie płyną z tego nagrania są dla mnie niepodrabialne. Tbh zastanawiam się, czy ja w ogóle miałem podobne rzeczy w swojej bibliotece, i do głowy przychodzi mi wyłącznie Vic Mars. Ale to jest z kolei bardziej folk i muzyka inspirowana brytyjskim countrysidem, rzecz zbyt jednak europocentryczna. A tutaj trzeba było Dalekiego Wschodu w dawkach małodalekowschodnich. Dziękuję po stokroć!!!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl