Best of Forum (Albumy) vol. 2
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Bezbekowo
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
To uczucie gdy czekasz na recki, widzisz kilka nowych postów w temacie i znajdujesz tylko gówno
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Spuczuje
(
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Zamiast w nieskończoność zapowiadać, że niedługo wjadę, czy zaśmiecać temat gównianymi, nieśmiesznymi komentarzami, to może po prostu wjadę.
Mobb Deep – Hell on Erath
Mobb Deep. Amerykańki hip-hop od Jacy. Może być lepsza rekomendacja? W kwestii rapu, raczej nie. Murzyn ma tutaj doskonałą passę wrzucania samych dobrych rzeczy, no ok, to są płyty, które wszystkie mają na wiki dopisek „widespread critical acclaim”, ale już srał pies. Nie bałem się „Hell on Erath”, pomimo dziwnych tekstów o zamulaniu, których nie lubię czytać, zanim jeszcze włącze album. Od razu to powiem – album jest bardzo dobry. Ma swoje problemy, ale one nie wpływają na ostateczną moja opinię, że obcowałem z dziełem tworzonym przez ludzi z pasją i talentem.
Co sprawia problem z początku, to klasycznie w hip-hopie, spora długość płyty (przy czym i tak nie przekracza godziny, co szokuje) w połączeniu z dosyć minimalistycznym podejściem do praktycznie wszystkiego. Rap jest raczej podobny w każdym kawałku, trudno tutaj doszukać się konkretnych niuansów, kiedy ucho nie jest wystarczająco wytrenowane w gatunku. Muzycznie, recepta na każdy kawałek jest podobna i dosyć prosta: bit + jakiś powtarzający się sampl. Koniec. Bardzo szanuję to podejście, zwłaszcza że w wielu innych numerach, czy płytach z tych czasów, prezentowanych głównie przez Jacę, trwał prawdziwy wyścig o to, kto ile i jakich sampli będzie w stanie wcisnąć w jeden numer, tymczasem tutaj gospodaruje się towarem w bardzo ekonomiczny sposób. Podobny minimalizm pamiętam z albumu „The Low End Theory”, tylko tam bity były bogate w basy, a tutaj odwrotnie, niemal ich nie ma. Poczytałem i dowiedziałem się, że większość z sampli pochodzi ze starych filmów. Z tego względu, momentami ten album przypomina trochę wariację na temat „Dummy”, ale nie ma wad czegoś takiego.
Z początku rozpisałem sobie każdy numer z osobna, ale połączę to w bardziej zwarta opowieść, bo na wyliczankę nie miałem wystarczająco dużo do powiedzenia. Pierwsze 6 kawałków, to niemal jak jeden kawałek podzielony na 6 rozdziałów. Klimat jest zbliżony, rap zbliżony, tematyka chyba też. Każdy rozdział ma swój bit i swoje sample. W „Animal Instinct” i „More Trife Life” najbardziej wychodzą klimaty ala debiut Portishead. „Drop a Gem” ma wyjątkowo dobra produkcję. Przy każdym kawałku miałem dopisek „doskonały bit i sample”, więc jest to zdecydowanie wspólny mianownik, ale w tamtych czasach, to się po prostu działo. Teraz raczej rzadko. Druga połowa płyty roztacza trochę inny vibe, jest tu więcej unikalnych numerów, ale też od razu chcę o czymś wspomnieć, żebyśmy mieli to za sobą. Oczywiście, cringują mnie niesamowicie odgłosy wystrzałów, bawienia się bronią, skity są fatalne. Na szczęście zabrakło syreny policyjnej. „Can’t Get Enough of It„ to dla mnie punkt zwrotny na „Hell on Erath” i jeden z najlepszych kawalków na płycie. Najlepszy bit, najlepsze sample, rap unosi i wkręca. Z początku zaciekawiło mnie „G.O.D. Pt.III”, zanim jeszcze poleciał numer. Zastanawiałem się, czy MOŻE jest to ostatni odcinek nieoficjalnej trylogii GOD, która zaczęła się od kawałka „God” Johna Lennona i była kontynuowana w formie „God Part II” U2. Niestety, kawałek Mobb Depp wywodzi się z zupełnie innego źródła, więc oficjalnie zostałem strollowany (prawie 30 lat później). Sam kawałek, z tego co przeczytałem, był dosyć sporym wydarzeniem, ale jeśli mam być szczery, to jest to IMO jeden ze słabszych momentów albumu. O dziwo, jest to jeden z niewielu kawałków, które naprawdę mocno wyróżniają się samplami, no ale. Z innych minusów, im dalej w album, tym bardziej odnosiłem wrażenie, że bity się powtarzają. Bez sprawdzania, zakładam, że nie użyto tego samego loopa w więcej niż jednym numerze, ale mimo wszystko, niektóre brzmią do siebie łudząco podobnie. Przykłady, które sobie wypisałem to „ Get Dealt With” i „Hell on Earth (Front Lines)”, numery dobre i ze świetnymi samplami (zwłaszcza pianino w tym pierwszym), ale bit zaczyna przynudzać. Niektóre sample też są powielone pod kątem nastroju, czym traci np. „Give It Up Fast”, który być może lepiej by wypadł wcześniej w trackliście, ale na tym etapie, wydaje się być wariacją wariacji na temat tego samego. Podobne przemyślenia mam na temat „Apostle’s Warning”, który trochę mnie rozczarował jako closer tak grubego, pod kątem treści i przekazu, albumu. „Still Shinin” jara mnie dziwnymi, samplowanymi organami, które mają vibe starych płyt Nicka Cave’a. W „Nighttime Vultures” skisłem trochę z sampli sępów, no kurde xD Numer ogólnie dobry, ale te dodatki były niepotrzebne.
Jako, że poczytałem trochę o tym albumie, to dowiedziałem się, że „Hell on Erath” ma kanoniczny bonus, który ukryty był na każdy wydaniu, ale trzeba było odpalić kompakt na kompie, aby do niego dotrzeć. „In the Long Run” to fajna rzecz, ma wyjątkowo tłusty bit jak na ten album i ogólnie fajny klimat. Szkoda, że szybko się kończy, bo ostatecznie odnosi się wrażenie jakby to był jakiś skit. Inny kawałek, to dostepny na poszerzonej wersji „Shook Ones Pt. 1” i oooo panie, to chyba mój ulubiony numer z całego tego zestawu. Absolutnie rewelacyjna rzecz pod kątem bitu, sampli i niesamowitego flow rapu. Jaca się pewnie wkurzy, że tak gloryfikuję jakiś bonus, no ale kurde. Numer jest doskonały.
Tak więc, „Hell on Earth” jest płytą bardzo dobrą. Wiem, że przyczepiałem się do wielu rzeczy, a o innych nie potrafiłem napisać wiele, bo mój słownik okołohip-hopowy jest zbyt ubogi, ale myślę, że spokojnie mogę powiedzieć, że Jaca nie obniżył poziomu swoich wrzut, a jego lekcje z amerykańskiego hip-hopu, to jedne z tych, które w naszej zabawie cenię sobie najbardziej. Do płyty będę wracał nieraz, a i już zaciągnąłem sobie inny album Mobb Deep.
Mobb Deep – Hell on Erath
Mobb Deep. Amerykańki hip-hop od Jacy. Może być lepsza rekomendacja? W kwestii rapu, raczej nie. Murzyn ma tutaj doskonałą passę wrzucania samych dobrych rzeczy, no ok, to są płyty, które wszystkie mają na wiki dopisek „widespread critical acclaim”, ale już srał pies. Nie bałem się „Hell on Erath”, pomimo dziwnych tekstów o zamulaniu, których nie lubię czytać, zanim jeszcze włącze album. Od razu to powiem – album jest bardzo dobry. Ma swoje problemy, ale one nie wpływają na ostateczną moja opinię, że obcowałem z dziełem tworzonym przez ludzi z pasją i talentem.
Co sprawia problem z początku, to klasycznie w hip-hopie, spora długość płyty (przy czym i tak nie przekracza godziny, co szokuje) w połączeniu z dosyć minimalistycznym podejściem do praktycznie wszystkiego. Rap jest raczej podobny w każdym kawałku, trudno tutaj doszukać się konkretnych niuansów, kiedy ucho nie jest wystarczająco wytrenowane w gatunku. Muzycznie, recepta na każdy kawałek jest podobna i dosyć prosta: bit + jakiś powtarzający się sampl. Koniec. Bardzo szanuję to podejście, zwłaszcza że w wielu innych numerach, czy płytach z tych czasów, prezentowanych głównie przez Jacę, trwał prawdziwy wyścig o to, kto ile i jakich sampli będzie w stanie wcisnąć w jeden numer, tymczasem tutaj gospodaruje się towarem w bardzo ekonomiczny sposób. Podobny minimalizm pamiętam z albumu „The Low End Theory”, tylko tam bity były bogate w basy, a tutaj odwrotnie, niemal ich nie ma. Poczytałem i dowiedziałem się, że większość z sampli pochodzi ze starych filmów. Z tego względu, momentami ten album przypomina trochę wariację na temat „Dummy”, ale nie ma wad czegoś takiego.
Z początku rozpisałem sobie każdy numer z osobna, ale połączę to w bardziej zwarta opowieść, bo na wyliczankę nie miałem wystarczająco dużo do powiedzenia. Pierwsze 6 kawałków, to niemal jak jeden kawałek podzielony na 6 rozdziałów. Klimat jest zbliżony, rap zbliżony, tematyka chyba też. Każdy rozdział ma swój bit i swoje sample. W „Animal Instinct” i „More Trife Life” najbardziej wychodzą klimaty ala debiut Portishead. „Drop a Gem” ma wyjątkowo dobra produkcję. Przy każdym kawałku miałem dopisek „doskonały bit i sample”, więc jest to zdecydowanie wspólny mianownik, ale w tamtych czasach, to się po prostu działo. Teraz raczej rzadko. Druga połowa płyty roztacza trochę inny vibe, jest tu więcej unikalnych numerów, ale też od razu chcę o czymś wspomnieć, żebyśmy mieli to za sobą. Oczywiście, cringują mnie niesamowicie odgłosy wystrzałów, bawienia się bronią, skity są fatalne. Na szczęście zabrakło syreny policyjnej. „Can’t Get Enough of It„ to dla mnie punkt zwrotny na „Hell on Erath” i jeden z najlepszych kawalków na płycie. Najlepszy bit, najlepsze sample, rap unosi i wkręca. Z początku zaciekawiło mnie „G.O.D. Pt.III”, zanim jeszcze poleciał numer. Zastanawiałem się, czy MOŻE jest to ostatni odcinek nieoficjalnej trylogii GOD, która zaczęła się od kawałka „God” Johna Lennona i była kontynuowana w formie „God Part II” U2. Niestety, kawałek Mobb Depp wywodzi się z zupełnie innego źródła, więc oficjalnie zostałem strollowany (prawie 30 lat później). Sam kawałek, z tego co przeczytałem, był dosyć sporym wydarzeniem, ale jeśli mam być szczery, to jest to IMO jeden ze słabszych momentów albumu. O dziwo, jest to jeden z niewielu kawałków, które naprawdę mocno wyróżniają się samplami, no ale. Z innych minusów, im dalej w album, tym bardziej odnosiłem wrażenie, że bity się powtarzają. Bez sprawdzania, zakładam, że nie użyto tego samego loopa w więcej niż jednym numerze, ale mimo wszystko, niektóre brzmią do siebie łudząco podobnie. Przykłady, które sobie wypisałem to „ Get Dealt With” i „Hell on Earth (Front Lines)”, numery dobre i ze świetnymi samplami (zwłaszcza pianino w tym pierwszym), ale bit zaczyna przynudzać. Niektóre sample też są powielone pod kątem nastroju, czym traci np. „Give It Up Fast”, który być może lepiej by wypadł wcześniej w trackliście, ale na tym etapie, wydaje się być wariacją wariacji na temat tego samego. Podobne przemyślenia mam na temat „Apostle’s Warning”, który trochę mnie rozczarował jako closer tak grubego, pod kątem treści i przekazu, albumu. „Still Shinin” jara mnie dziwnymi, samplowanymi organami, które mają vibe starych płyt Nicka Cave’a. W „Nighttime Vultures” skisłem trochę z sampli sępów, no kurde xD Numer ogólnie dobry, ale te dodatki były niepotrzebne.
Jako, że poczytałem trochę o tym albumie, to dowiedziałem się, że „Hell on Erath” ma kanoniczny bonus, który ukryty był na każdy wydaniu, ale trzeba było odpalić kompakt na kompie, aby do niego dotrzeć. „In the Long Run” to fajna rzecz, ma wyjątkowo tłusty bit jak na ten album i ogólnie fajny klimat. Szkoda, że szybko się kończy, bo ostatecznie odnosi się wrażenie jakby to był jakiś skit. Inny kawałek, to dostepny na poszerzonej wersji „Shook Ones Pt. 1” i oooo panie, to chyba mój ulubiony numer z całego tego zestawu. Absolutnie rewelacyjna rzecz pod kątem bitu, sampli i niesamowitego flow rapu. Jaca się pewnie wkurzy, że tak gloryfikuję jakiś bonus, no ale kurde. Numer jest doskonały.
Tak więc, „Hell on Earth” jest płytą bardzo dobrą. Wiem, że przyczepiałem się do wielu rzeczy, a o innych nie potrafiłem napisać wiele, bo mój słownik okołohip-hopowy jest zbyt ubogi, ale myślę, że spokojnie mogę powiedzieć, że Jaca nie obniżył poziomu swoich wrzut, a jego lekcje z amerykańskiego hip-hopu, to jedne z tych, które w naszej zabawie cenię sobie najbardziej. Do płyty będę wracał nieraz, a i już zaciągnąłem sobie inny album Mobb Deep.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Mobb Deep - Hell on Earth
Po wielu razach odgrażania się, tym razem NAPRAWDĘ nie napiszę długiej recenzji. Nawet nie bardzo będę się pochylał nad każdym numerem pojedynczo, jak to mam w zwyczaju. Mówiąc wprost - zmęczył mnie ten krążek. Jeżeli potrzebowałbym jakiegokolwiek dowodu na to, że klasyczne rapsy jednak nie są dla mnie, to Hell on Erathia jest właśnie takim dowodem. Murzyn się spuszcza, Dragon się spuszcza, Munlup tak samo, pół internetu się spuszcza, krytycy doceniają, ludzie kupują, dev wzrusza ramionami. No bonus.
Zacznę od tego, że z klasykami jest zawsze jeden duży problem - trudno nie wyjść przed innymi ludźmi, którzy nie siedzą deep (hehehe) w danym gatunku a i tak doceniają jego manifestacje, na pretensjonalnego buca, gdy się samemu tych manifestacji nie docenia. A ja po prostu nie siedze w rapowym lore i pewnych rzeczy nie będę w stanie docenić, żebym nie wiem jak się starał. Dałem płycie trzy spiny i już przy trzecim trochę przysypiałem. W przeciwieństwie do choćby Biggiego, tutaj każdy utwór brzmiał mi bardzo podobnie, co przy czternastu kawałkach nie dawało mi odetchnąć. Jednocześnie, żeby nie było, iż wylewam jedynie nieuzasadnione żale związane z czysto personalnymi, nie wiem, uprzedzeniami, uważam, że dobór bitów jest generalnie bardzo dobry. Pod tym względem podobały mi się zwłaszcza Drop a Gem on 'Em, Bloodsport i Get Dealt With. Murzyn zresztą sam podkreśla, że album ten bitem stoi i to czuć, ale czuć dobrze (chyba najsłabsze pod tym względem było More Trife Life, reszta trzyma poziom). NIESTETY - na co również imć Jaca zwrócił uwagę - po pewnym czasie się to wszystko zlewa w jeden blok, co dla mnie jest pewnego rodzaju stratą. Próbowałem przy tym mocniej wejść w warstwę tekstową, ale i tutaj nieco poległem, głównie ze względu na moje ewidentnie skończone pokłady, hmmm, cierpliwości (powiedzmy) wobec czarnej liryki orbitującej wokół czarnych zagadnień czarnego życia czarnego świata. Gdybym jeszcze był chociaż blokersem czy coś, na pewno nie brakuje w naszym pięknym kraju nad Wisłą artystów hip hopowych, którzy uważają Hell on Earth za arcydzieło i mocno się na nim wzorowali. Być może przegapiłem jakiś moment formacyjny dla mnie w muzyce na lepsze "siądnięcie" takich rzeczy, trudno orzec. Highlighty chyba już wymieniłem... aaa, Man Down jeszcze spoko bardzo, tutaj cała "amelodyczność" numeru z tym smykowatym tremolo w tle daje taki całkiem fajny, filmowy klimat grozy, tekst pomaga (nie, żeby szkodził gdziekolwiek indziej, po prostu aż tak żem nie wsiąkł weń, na co już zwróciłem uwagę). No i co, czy ja mam coś więcej do powiedzenia?
Nie xD Tzn. nie chcę być źle zrozumiany, po prostu subiektywnie ten konkretny krążek mi nie siadł. Być może jest to zbyt wysoki próg wejścia w świat Mobb Deep dla nowicjusza, jakim wciąż jestem, być może brak mi obycia i "wykształcenia muzycznego" (co przynajmniej jedna osoba tutaj mogłaby mi zarzucić), może zwyczajnie setting powinien być inny, a teraz jest, jaki jest (czyli zgiersko-sielski), może potrzebny jest spin w aucie w towarzystwie Murzyna i Munlupa pod światłem lamp sodowych w Bełchatowie... Póki co, tyle na ten temat.
Po wielu razach odgrażania się, tym razem NAPRAWDĘ nie napiszę długiej recenzji. Nawet nie bardzo będę się pochylał nad każdym numerem pojedynczo, jak to mam w zwyczaju. Mówiąc wprost - zmęczył mnie ten krążek. Jeżeli potrzebowałbym jakiegokolwiek dowodu na to, że klasyczne rapsy jednak nie są dla mnie, to Hell on Erathia jest właśnie takim dowodem. Murzyn się spuszcza, Dragon się spuszcza, Munlup tak samo, pół internetu się spuszcza, krytycy doceniają, ludzie kupują, dev wzrusza ramionami. No bonus.
Zacznę od tego, że z klasykami jest zawsze jeden duży problem - trudno nie wyjść przed innymi ludźmi, którzy nie siedzą deep (hehehe) w danym gatunku a i tak doceniają jego manifestacje, na pretensjonalnego buca, gdy się samemu tych manifestacji nie docenia. A ja po prostu nie siedze w rapowym lore i pewnych rzeczy nie będę w stanie docenić, żebym nie wiem jak się starał. Dałem płycie trzy spiny i już przy trzecim trochę przysypiałem. W przeciwieństwie do choćby Biggiego, tutaj każdy utwór brzmiał mi bardzo podobnie, co przy czternastu kawałkach nie dawało mi odetchnąć. Jednocześnie, żeby nie było, iż wylewam jedynie nieuzasadnione żale związane z czysto personalnymi, nie wiem, uprzedzeniami, uważam, że dobór bitów jest generalnie bardzo dobry. Pod tym względem podobały mi się zwłaszcza Drop a Gem on 'Em, Bloodsport i Get Dealt With. Murzyn zresztą sam podkreśla, że album ten bitem stoi i to czuć, ale czuć dobrze (chyba najsłabsze pod tym względem było More Trife Life, reszta trzyma poziom). NIESTETY - na co również imć Jaca zwrócił uwagę - po pewnym czasie się to wszystko zlewa w jeden blok, co dla mnie jest pewnego rodzaju stratą. Próbowałem przy tym mocniej wejść w warstwę tekstową, ale i tutaj nieco poległem, głównie ze względu na moje ewidentnie skończone pokłady, hmmm, cierpliwości (powiedzmy) wobec czarnej liryki orbitującej wokół czarnych zagadnień czarnego życia czarnego świata. Gdybym jeszcze był chociaż blokersem czy coś, na pewno nie brakuje w naszym pięknym kraju nad Wisłą artystów hip hopowych, którzy uważają Hell on Earth za arcydzieło i mocno się na nim wzorowali. Być może przegapiłem jakiś moment formacyjny dla mnie w muzyce na lepsze "siądnięcie" takich rzeczy, trudno orzec. Highlighty chyba już wymieniłem... aaa, Man Down jeszcze spoko bardzo, tutaj cała "amelodyczność" numeru z tym smykowatym tremolo w tle daje taki całkiem fajny, filmowy klimat grozy, tekst pomaga (nie, żeby szkodził gdziekolwiek indziej, po prostu aż tak żem nie wsiąkł weń, na co już zwróciłem uwagę). No i co, czy ja mam coś więcej do powiedzenia?
Nie xD Tzn. nie chcę być źle zrozumiany, po prostu subiektywnie ten konkretny krążek mi nie siadł. Być może jest to zbyt wysoki próg wejścia w świat Mobb Deep dla nowicjusza, jakim wciąż jestem, być może brak mi obycia i "wykształcenia muzycznego" (co przynajmniej jedna osoba tutaj mogłaby mi zarzucić), może zwyczajnie setting powinien być inny, a teraz jest, jaki jest (czyli zgiersko-sielski), może potrzebny jest spin w aucie w towarzystwie Murzyna i Munlupa pod światłem lamp sodowych w Bełchatowie... Póki co, tyle na ten temat.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
no harm done, zdawałem sobie sprawę że to wcale nie musi być dobre zapoznanie z ich muzą, mają przystępniejsze rzeczy
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Mobb Deep - Hell On Earth
Jak dobrze liczę dostajemy od Murzyna ósmy rapowy album. Przez te 19 kolejek zdążyłem się już trochę wgryźć w hip-hop myślę. Już nie jestem aż takim żółtodziobem i rapowym nieukiem jak jeszcze dwa lata temu, choć do poziomu wtajemniczenia i wiedzy Jacka wciąż mi bardzo daleko. Autor wrzutki twierdzi, że to ciężki album, od którego sam długo się odbijał. Że niby nudny i zamulający. Czy więc taki mały żuczek jak ja miał w ogóle szanse wygrać choć kilka rund z tym materiałem? Jacek napisał mi jakiś czas temu „nie spodoba ci się”. No więc zobaczmy co z tego wynikło.
Mimo, iż nadal nie mogę się nazwać fachowcem od rapu, to jednak coraz lepiej potrafię wychwycić różnice między typowym rapem z lat 90’, a współczesnym. Hell on Earth zdecydowanie należy do tej pierwszej grupy. I jest to chyba rzeczywiście najtrudniejszy album z dotychczas przesłuchanych w bestce. Nawet Gang Starr był jakiś bardziej urozmaicony i bogatszy w różne brzmienia. Na Hell on Earth jest naprawdę sporo monotonii. Te gadki o rapowym mule nie były wcale bezzasadne. Bo ciężko się nowicjuszowi z tego mułu wygrzebać. Ja słuchałem albumu od początku w dosyć długich, kilkudniowych odstępach. Dopiero ostatnio poważniej podkręciłem tempo odsłuchów. To mój sprawdzony sposób na trudne albumy i to naprawdę często działa. Osłuchanie się jest kluczowe. Pisanie recki po 2-3 odsłuchach zawsze uważałem za zdecydowanie pochopne.
Już moi przedmówcy jak i sam Murzyn pisał, że utwory oparte są na podobnym patencie. Jednostajny bit plus zapętlone sample. Utwory nie łatwo od siebie odróżnić. I jeszcze musiałoby wiele czasu minąć, żebym potrafił je z pamięci rozróżniać. A tak wciąż muszę posiłkować się zapiskami, bieżącymi kolejnymi odsłuchami. Album jest niby monotonny, ale wcale nie taki nudny. Tu i ówdzie są jakieś elementy, drobne dźwięki, niuanse, które dodają wartości danemu utworowi. Nie będę opisywał utworów z osobna, bo za dużo musiałbym się powtarzać. Wyróżnię zaś te najciekawsze z mojego punktu widzenia.
Drop a Gen on ‘Em to pierwszy z najlepszych utworów. Dobry bit, wyraźny bas, świetna zagrywka na pianinie i wokalny sampel – to wszystko razem robi wrażenie. I podobają mi się te trzaski w tle. W drugiej połowie wchodzą super dźwięki, które usłyszałem dopiero po kilku odsłuchach. Poczytałem sobie też tłumaczenie tekstu, bo to niby o Tupacu. Sam bym nigdy nie zajarzył, że to odnosi się do niego. Za mało o tym czarnym światku wiem. W sumie to stwierdziłem, że mało mnie ten tekst interesuje. Pitolenie o Szopenie dla mnie nieistotne. Liczy się muzyka.
Bloodsport też jest bardzo dobry.
Can’t Get Enough of It wyróżnia się melodyjnym basem i dobrym featem. Znowu mamy trzaski w tle.
Kolejny Nighttime Vultures też na plus. Należę akurat do tego grona słuchaczy, którym sample w postaci np. krzyku sępów, strzałów z broni czy syren policyjnych nie przeszkadzają. Każde urozmaicenie jest mile widziane. Dobry bit, dobre brzmienia w tle.
G.O.D, Pt. III to jeden z moich ulubieńców. Naprawdę chwytliwy bit, dobre klawisze w tle, dobry bas. Wszystko tu gra. Nawet można wyróżnić wyraźny refren.
Hell on Earth jest po prostu bardzo melodyjne jak na hip-hop. Ta zapętlona zagrywka klawiszowa jest bardzo dobra. Na Spotify ma zdecydowanie najwyższą liczbę odtworzeń. Raczej nie bezzasadnie.
Końcówka albumu wznosi się na wysoki poziom. Już Give It Up Fast słucha się wyśmienicie. Smyki robią dobrą robotę. Ale im dalej, tym lepiej. W Still Shinin’ podobają mi się organy i bas. Wokalne sample też fajne. Później dochodzą jeszcze inne ciekawe dźwięki.
Apostle’s Warning zamyka album i jest to dla mnie najlepszy utwór. Po prostu wszystko mi się tu wyjątkowo podoba. Każdy dźwięk. Te pojedyncze uderzenia klawiszy genialne. Czasami najmniejsze rzeczy robią największe wrażenie.
Pozostałe niewymienione utwory to po prostu też bardzo solidne pozycje. Często dosyć do siebie podobne, ale dobrze się ich słucha.
"Wokale" oczywiście pierwsza klasa. Ci czarnoskórzy raperzy naprawdę mają coś w genach, ze mają takie świetne głosy do tego gatunku muzyki. Niedostępne dla żadnego białasa.
Lubię współczesny hip-hop za przebojowość, za bogactwo dźwięków, sampli. Różnorodność rozwiązań. Taki przebojowy h-h najszybciej dociera do świadomości niewprawionego słuchacza. Chociaż i w latach wcześniejszych były takie albumy, jak choćby Life After Death. Ale nie pogardzę też dobrym, choć zamulającym rapem jak ten na omawianym albumie. Wszystko zależy jak pisałem od osłuchania. Przez kilka pierwszych odsłuchów trochę się nudziłem przyznaję. Słuchałem na spacerze, na siłowni, w pracy. I w zasadzie wrażenia były zawsze takie same. Byłem pewien, że tym razem się nie uda. Że to jest typowa muzyka tła. Niech sobie najlepiej leci przy okazji robienia czegoś tam. Kiedy człowiek nie potrzebuje się w nią angażować. Ale o dziwo najbardziej zaczęła na mnie oddziaływać, gdy zdecydowałem się na odsłuchy w skupieniu, wyłączony z innych spraw. Dopiero wtedy usłyszałem to wszystko, co mnie w tym albumie zainteresowało. Tak, jest trochę utworów, które mogą niby przynudzać, które są do siebie mocno podobne. Ale i tak się ich dobrze słucha. Ale są i momenty naprawdę interesujące, kiedy wyraźnie się ożywiałem. Mające w sobie coś więcej ponad tę monotonię. I te utwory wyżej wyróżniłem. Utwory wybijające się jakimiś elementami, czasami nawet bardzo drobnymi, ponad ten rapowy dobrej jakości muł.
Murzyn widząc chyba dzisiaj na last moje liczne odsłuchy albumu napisał mi, żebym już tak nie walczył, bo albo się to czuje, albo nie. Błąd. Czasami żeby coś poczuć trzeba najpierw powalczyć. Nie ma drogi na skróty. Nie po to biorę udział w tej zabawie, żeby odpuszczać po pierwszych niepowodzeniach.
Cieszę się, że mogłem poznać kolejny hip-hopowy zespół z Ameryki, którego nazwa nigdy wcześniej nawet nie obiła mi się o uszy. Było warto.
Jak dobrze liczę dostajemy od Murzyna ósmy rapowy album. Przez te 19 kolejek zdążyłem się już trochę wgryźć w hip-hop myślę. Już nie jestem aż takim żółtodziobem i rapowym nieukiem jak jeszcze dwa lata temu, choć do poziomu wtajemniczenia i wiedzy Jacka wciąż mi bardzo daleko. Autor wrzutki twierdzi, że to ciężki album, od którego sam długo się odbijał. Że niby nudny i zamulający. Czy więc taki mały żuczek jak ja miał w ogóle szanse wygrać choć kilka rund z tym materiałem? Jacek napisał mi jakiś czas temu „nie spodoba ci się”. No więc zobaczmy co z tego wynikło.
Mimo, iż nadal nie mogę się nazwać fachowcem od rapu, to jednak coraz lepiej potrafię wychwycić różnice między typowym rapem z lat 90’, a współczesnym. Hell on Earth zdecydowanie należy do tej pierwszej grupy. I jest to chyba rzeczywiście najtrudniejszy album z dotychczas przesłuchanych w bestce. Nawet Gang Starr był jakiś bardziej urozmaicony i bogatszy w różne brzmienia. Na Hell on Earth jest naprawdę sporo monotonii. Te gadki o rapowym mule nie były wcale bezzasadne. Bo ciężko się nowicjuszowi z tego mułu wygrzebać. Ja słuchałem albumu od początku w dosyć długich, kilkudniowych odstępach. Dopiero ostatnio poważniej podkręciłem tempo odsłuchów. To mój sprawdzony sposób na trudne albumy i to naprawdę często działa. Osłuchanie się jest kluczowe. Pisanie recki po 2-3 odsłuchach zawsze uważałem za zdecydowanie pochopne.
Już moi przedmówcy jak i sam Murzyn pisał, że utwory oparte są na podobnym patencie. Jednostajny bit plus zapętlone sample. Utwory nie łatwo od siebie odróżnić. I jeszcze musiałoby wiele czasu minąć, żebym potrafił je z pamięci rozróżniać. A tak wciąż muszę posiłkować się zapiskami, bieżącymi kolejnymi odsłuchami. Album jest niby monotonny, ale wcale nie taki nudny. Tu i ówdzie są jakieś elementy, drobne dźwięki, niuanse, które dodają wartości danemu utworowi. Nie będę opisywał utworów z osobna, bo za dużo musiałbym się powtarzać. Wyróżnię zaś te najciekawsze z mojego punktu widzenia.
Drop a Gen on ‘Em to pierwszy z najlepszych utworów. Dobry bit, wyraźny bas, świetna zagrywka na pianinie i wokalny sampel – to wszystko razem robi wrażenie. I podobają mi się te trzaski w tle. W drugiej połowie wchodzą super dźwięki, które usłyszałem dopiero po kilku odsłuchach. Poczytałem sobie też tłumaczenie tekstu, bo to niby o Tupacu. Sam bym nigdy nie zajarzył, że to odnosi się do niego. Za mało o tym czarnym światku wiem. W sumie to stwierdziłem, że mało mnie ten tekst interesuje. Pitolenie o Szopenie dla mnie nieistotne. Liczy się muzyka.
Bloodsport też jest bardzo dobry.
Can’t Get Enough of It wyróżnia się melodyjnym basem i dobrym featem. Znowu mamy trzaski w tle.
Kolejny Nighttime Vultures też na plus. Należę akurat do tego grona słuchaczy, którym sample w postaci np. krzyku sępów, strzałów z broni czy syren policyjnych nie przeszkadzają. Każde urozmaicenie jest mile widziane. Dobry bit, dobre brzmienia w tle.
G.O.D, Pt. III to jeden z moich ulubieńców. Naprawdę chwytliwy bit, dobre klawisze w tle, dobry bas. Wszystko tu gra. Nawet można wyróżnić wyraźny refren.
Hell on Earth jest po prostu bardzo melodyjne jak na hip-hop. Ta zapętlona zagrywka klawiszowa jest bardzo dobra. Na Spotify ma zdecydowanie najwyższą liczbę odtworzeń. Raczej nie bezzasadnie.
Końcówka albumu wznosi się na wysoki poziom. Już Give It Up Fast słucha się wyśmienicie. Smyki robią dobrą robotę. Ale im dalej, tym lepiej. W Still Shinin’ podobają mi się organy i bas. Wokalne sample też fajne. Później dochodzą jeszcze inne ciekawe dźwięki.
Apostle’s Warning zamyka album i jest to dla mnie najlepszy utwór. Po prostu wszystko mi się tu wyjątkowo podoba. Każdy dźwięk. Te pojedyncze uderzenia klawiszy genialne. Czasami najmniejsze rzeczy robią największe wrażenie.
Pozostałe niewymienione utwory to po prostu też bardzo solidne pozycje. Często dosyć do siebie podobne, ale dobrze się ich słucha.
"Wokale" oczywiście pierwsza klasa. Ci czarnoskórzy raperzy naprawdę mają coś w genach, ze mają takie świetne głosy do tego gatunku muzyki. Niedostępne dla żadnego białasa.
Lubię współczesny hip-hop za przebojowość, za bogactwo dźwięków, sampli. Różnorodność rozwiązań. Taki przebojowy h-h najszybciej dociera do świadomości niewprawionego słuchacza. Chociaż i w latach wcześniejszych były takie albumy, jak choćby Life After Death. Ale nie pogardzę też dobrym, choć zamulającym rapem jak ten na omawianym albumie. Wszystko zależy jak pisałem od osłuchania. Przez kilka pierwszych odsłuchów trochę się nudziłem przyznaję. Słuchałem na spacerze, na siłowni, w pracy. I w zasadzie wrażenia były zawsze takie same. Byłem pewien, że tym razem się nie uda. Że to jest typowa muzyka tła. Niech sobie najlepiej leci przy okazji robienia czegoś tam. Kiedy człowiek nie potrzebuje się w nią angażować. Ale o dziwo najbardziej zaczęła na mnie oddziaływać, gdy zdecydowałem się na odsłuchy w skupieniu, wyłączony z innych spraw. Dopiero wtedy usłyszałem to wszystko, co mnie w tym albumie zainteresowało. Tak, jest trochę utworów, które mogą niby przynudzać, które są do siebie mocno podobne. Ale i tak się ich dobrze słucha. Ale są i momenty naprawdę interesujące, kiedy wyraźnie się ożywiałem. Mające w sobie coś więcej ponad tę monotonię. I te utwory wyżej wyróżniłem. Utwory wybijające się jakimiś elementami, czasami nawet bardzo drobnymi, ponad ten rapowy dobrej jakości muł.
Murzyn widząc chyba dzisiaj na last moje liczne odsłuchy albumu napisał mi, żebym już tak nie walczył, bo albo się to czuje, albo nie. Błąd. Czasami żeby coś poczuć trzeba najpierw powalczyć. Nie ma drogi na skróty. Nie po to biorę udział w tej zabawie, żeby odpuszczać po pierwszych niepowodzeniach.
Cieszę się, że mogłem poznać kolejny hip-hopowy zespół z Ameryki, którego nazwa nigdy wcześniej nawet nie obiła mi się o uszy. Było warto.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Murzyn jaki zdeterminowany był, żeby Wuja hejtował album xD opa Musiał style
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Nie wierzył we mnie.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Wujaaaaa pięknie dziękuję 
Nie o to mi chodziło Hien heh, NIE DOCENIŁEM przeciwnika!
Nie o to mi chodziło Hien heh, NIE DOCENIŁEM przeciwnika!
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
"ej no weź, nie słuchaj, ta wrzuta naprawdę nie jest tego warta, ej no Artur no serio, zostaw, no pls, zostaw"
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Bezbekowo
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No, generalnie też uważam antyreklamę za bezbek. Wuja (prawie) zawsze daje radę, zwłaszcza z hip-hopem.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Jeśli nie będzie problemem, to zamiast być sassy millenialsem, pozwolę sobię zaśmiecić forum swoją opinią nt. tej płyty
Mobb Deep - Hell On Earth
Od razu powiem - będzie krótko i zwięźle. Być może nawet do bólu. Nie z powodu tego, że rapsy to nie moja para kapci, bo jednak coś tam przez te wszystkie lata imć Jaca i nie tylko Jaca mi sprzedał i parę rzeczy polubiłem autentycznie, a nawet zaryzykuję stwierdzeniem, że nie jestem w tej kwestii totalnym ignorantem. Nie z powodu tego, że się totalnie odbiłem - w tym przypadku to właściwie byłoby na odwrót i bym napisał sążnisty elaborat na temat tego, że mam do czynienia z badziewiem i zdissował każdy kawałek jak ktoś coś kurde ten (czasem chciałbym to w tej zabawie zrobić, ale póki co nikt mi nie dał ku temu podstaw).
No nie - to po prostu kolejny przedstawiciel tzw. niezłych płyt, tej mitycznej półki na której lokuję co trzeci wasz album, którego dobrze mi się słucha, ale którym też nie potrafię stawiać pomników.
Być może to kwestia kontekstu i może pomoże przesluchanie The Infamous albo od razu 29295293 innych rapowych płyt, może po prostu kwestia czasu i miejsca, może to Maybelline. Nie wykluczam też, że może wolałbym, tak samo jak op w swoim czasie, więcej chwytliwych sampli. Nie mam zamiaru nad tym się dłużej zastanawiać, bo jeszcze ktoś mógłby dojść do wniosku, że ja tej płyty nie lubię czy coś, a przecież jest dokładnie odwrotnie.
Pozwolę sobie płynnie przejść do wyróżnienia moich ulubionych utworów. Podobnie jak OP, dobrze mi się słucha tej płyty jako całości i po tych szabanastu odsłuchach, których dokonałem przed napisaniem tych paru słów żaden z utworów nie zrobił na mnie na tyle negatywnego wrażenia, bym miał go "wyróżniać" stwierdzeniem, że odstaje od reszty. Było za to kilka kawałków, co do których prawdopodobieństwo zostania ze mną na dłużej oceniam na wysoko.
I do nich zaliczam chociażby otwieracz, który BUJA, ma fajny bit, fajną petlę i ci goście pasują tam jak trzeba i generalnie wszystko jest tam jak trzeba. G.O.D. part III podoba mi się, bo opiera się na samplu z motywu z jednego z moich ulubionych filmów i to może potwierdzać tezę, jakobym szukał chwytliwych sampli, ale też niekoniecznie, bo głuchy musiałbym być, by nie usłyszeć jak genialnie on tu jest wklejony i jak bardzo dobrze tu pasuje. Tytułowy kojarzę z głupiego, viralowego filmiku sprzed dobrych kilkunastu lat. Ostatnią rzeczą, której bym się spodziewał, to to, że odkryję pochodzenie tego bitu dzięki tej zabawie, ale no cóż. W każdym razie ten sampel, na którym opiera się ten kawałek wspaniały i TEŻ BUJA.
Niby tu powinienem się pochylić nad walorem publicystycznym tego tekstu czy coś, ale tbh te na tej płycie zupełnie mnie nie grzeją ni ziębią, co niby powinno dla mnie stanowić wadę w rapsach, ale w tym przypadku zupełnie mnie to ciupcia.
No i ten, mógłbym jeszcze wyróżnić kawałek zamykający tę płytę (przynajmniej tę na mojej trackliście, bo tbh ten ukryty kawałek mnie ni grzeje, ni ziębi). I w ogóle to im dłużej piszę i myślę o tej płycie, tym bardziej mi się podoba i tym cieplej o niej myślę. Na razie więc daję solidną okejkę, ale z wyróżnieniem, bo czuję się zainteresowany i kto wie, co to będzie za jakiś czas.
Kurde, wyszło dłużej niż zakładałem. Nie przepraszam.
Mobb Deep - Hell On Earth
Od razu powiem - będzie krótko i zwięźle. Być może nawet do bólu. Nie z powodu tego, że rapsy to nie moja para kapci, bo jednak coś tam przez te wszystkie lata imć Jaca i nie tylko Jaca mi sprzedał i parę rzeczy polubiłem autentycznie, a nawet zaryzykuję stwierdzeniem, że nie jestem w tej kwestii totalnym ignorantem. Nie z powodu tego, że się totalnie odbiłem - w tym przypadku to właściwie byłoby na odwrót i bym napisał sążnisty elaborat na temat tego, że mam do czynienia z badziewiem i zdissował każdy kawałek jak ktoś coś kurde ten (czasem chciałbym to w tej zabawie zrobić, ale póki co nikt mi nie dał ku temu podstaw).
No nie - to po prostu kolejny przedstawiciel tzw. niezłych płyt, tej mitycznej półki na której lokuję co trzeci wasz album, którego dobrze mi się słucha, ale którym też nie potrafię stawiać pomników.
Być może to kwestia kontekstu i może pomoże przesluchanie The Infamous albo od razu 29295293 innych rapowych płyt, może po prostu kwestia czasu i miejsca, może to Maybelline. Nie wykluczam też, że może wolałbym, tak samo jak op w swoim czasie, więcej chwytliwych sampli. Nie mam zamiaru nad tym się dłużej zastanawiać, bo jeszcze ktoś mógłby dojść do wniosku, że ja tej płyty nie lubię czy coś, a przecież jest dokładnie odwrotnie.
Pozwolę sobie płynnie przejść do wyróżnienia moich ulubionych utworów. Podobnie jak OP, dobrze mi się słucha tej płyty jako całości i po tych szabanastu odsłuchach, których dokonałem przed napisaniem tych paru słów żaden z utworów nie zrobił na mnie na tyle negatywnego wrażenia, bym miał go "wyróżniać" stwierdzeniem, że odstaje od reszty. Było za to kilka kawałków, co do których prawdopodobieństwo zostania ze mną na dłużej oceniam na wysoko.
I do nich zaliczam chociażby otwieracz, który BUJA, ma fajny bit, fajną petlę i ci goście pasują tam jak trzeba i generalnie wszystko jest tam jak trzeba. G.O.D. part III podoba mi się, bo opiera się na samplu z motywu z jednego z moich ulubionych filmów i to może potwierdzać tezę, jakobym szukał chwytliwych sampli, ale też niekoniecznie, bo głuchy musiałbym być, by nie usłyszeć jak genialnie on tu jest wklejony i jak bardzo dobrze tu pasuje. Tytułowy kojarzę z głupiego, viralowego filmiku sprzed dobrych kilkunastu lat. Ostatnią rzeczą, której bym się spodziewał, to to, że odkryję pochodzenie tego bitu dzięki tej zabawie, ale no cóż. W każdym razie ten sampel, na którym opiera się ten kawałek wspaniały i TEŻ BUJA.
Niby tu powinienem się pochylić nad walorem publicystycznym tego tekstu czy coś, ale tbh te na tej płycie zupełnie mnie nie grzeją ni ziębią, co niby powinno dla mnie stanowić wadę w rapsach, ale w tym przypadku zupełnie mnie to ciupcia.
No i ten, mógłbym jeszcze wyróżnić kawałek zamykający tę płytę (przynajmniej tę na mojej trackliście, bo tbh ten ukryty kawałek mnie ni grzeje, ni ziębi). I w ogóle to im dłużej piszę i myślę o tej płycie, tym bardziej mi się podoba i tym cieplej o niej myślę. Na razie więc daję solidną okejkę, ale z wyróżnieniem, bo czuję się zainteresowany i kto wie, co to będzie za jakiś czas.
Kurde, wyszło dłużej niż zakładałem. Nie przepraszam.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Wyszło 4:1 dla Jacentego. Bardzo przyzwoicie.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Jaca wins
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Hm. W sumie lepiej niż się spodziewałem ale to dobrze. Obecnie sam stawiam Hell On Earth chyba wyżej niż wrzucane tu Moment of Truth od Gang Starr ale to kwestia tego że bity Preemo to inna bajka, są takie wykalkulowane mocno jakby a tu jest chyba więcej surówki i brzmi to jakoś naturalniej dla mnie. Bałem się że nie dając Wam żadnych drogowskazów przed odsłuchem (nie wyróżniając żadnych hajlajtów) prędzej się pogubicie ale wyszło ciekawie, niektórzy chwalili Bloodsport które ja akurat chyba uważam za najsłabszy z płyty (obok Man Down może), nie zebrało jakiegoś wyróżnienia za to More Trife Life które było dla mnie sporym odkryciem (tak jak Drop A Gem On Em, które znałem ale ostatnio zostało najczęściej katowanym u mnie numerem zeszłego roku i miało wlecieć w utworowej ale się rozhulałem i aż poszedłem w album).
Jest ok ogółem, Musiał... to tylko Musiał, chociaż zabawne bo nieraz zwykł prejzować najmocniej moje rapowe wrzuty ale tu próg wejścia może zbyt wysoki. Zostaje pomyśleć czym Was uraczyć na wiosnę i no co, lecimy teraz zaraz z munlupem. Dziękuję że rozwiązaliście tak ładnie worek z recenzjami dzisiaj.
Jest ok ogółem, Musiał... to tylko Musiał, chociaż zabawne bo nieraz zwykł prejzować najmocniej moje rapowe wrzuty ale tu próg wejścia może zbyt wysoki. Zostaje pomyśleć czym Was uraczyć na wiosnę i no co, lecimy teraz zaraz z munlupem. Dziękuję że rozwiązaliście tak ładnie worek z recenzjami dzisiaj.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Lecimy
Bomb the Bass – Future Chaos
Bomb the Bass – Future Chaos
Hien pisze:15 lis 2024 18:50Sporo albumów, które prezentuję, ma pewien istotny slot czasowy, w którym działają one dla mnie najlepiej. Dla Was to nie ma znaczenia, ale dla mnie ta konkretna narracja pór roku, świąt, czy miesięcy, ma znaczenie olbrzymie. „Future Chaos” poznałem jakoś na samym początku 2009 r., w okolicach ferii, na forum Electr-on (RIP). Pamiętam, że ktoś tam zarzucił bardzo intrygujący opis, że ten album to takie coś, że człowiek zachodzi w głowę jak to zrobiono. Wiedziałem kim jest Tim Simenon, wiedziałem że miał solowy projekt Bomb the Bass, ale poza paroma kawałkami, nie znałem nic. Miałem wtedy mały nawrót zainteresowania elektroniką, przeszukiwałem blogspoty, niczym Smoku, ale też zasięgałem języka na w/w forum, no i poszedłem na PEB i ściągnąłem „Future Chaos”. Myślę, że nie przesadzę jeśli powiem, że nic już nie było po pierwszym odsłuchu takie samo, i nigdy później nie słuchałem już muzyki w ten sam sposób. Każdy, no ok może nie każdy, ale wielu z nas, ma taki album elektroniczny, który kompletnie wywrócił mu świat do góry nogami i dla mnie takim albumem był „Future Chaos”. To była pierwsza płyta BtB od długiego czasu, w zasadzie pierwszy pełny album od „Clear”, którego słuchaliśmy w ramach tej zabawy dzięki Musiałowi. Sporo się zmieniło. Tim Simenon, nie był wcześniej artystą elektronicznym w pełnym tego słowa znaczeniu. Składał numery z sampli, komponował je z pozycji czysto producenckiej, czasami tam coś zrobił na klawiszu, albo walnął w pady, ale nie można było o nim mówić, jak o muzyku performerze z krwi i kości. Po wydaniu „Clear”, zajął się produkcją innych, a kiedy próbował wrócić do robienia muzyki, jakoś w pierwszej połowie lat 00-wych, szło tak sobie. Powstało sporo materiału, w tym wczesne wersje rzeczy z „Future Chaos”, ale Tim tego nie czuł. Brakowało czegoś, co by go naprawdę nakręciło. Okazało się, że zabrakło po prostu wyzwania. Simenon schował do piwnicy tony mega-nowoczesnej i high-endowego sprzętu, wywalił to co nagrał i zaczął od nowa, ale narzucając sobie ograniczenia. Postanowił nagrać cały album na jednym moogu (którego musiał pożyczyć od znajomego), z małymi dodatkami w postaci automatu perkusyjnego. Niektóre utwory udało się zaadaptować na ten nowy model produkcji (np. „So Special”, „Black River” i „Smog”, oryginalne dema są dostępna na kompilacji „Rare & Unreleased”), reszta powstała od zera, na fali inspiry i pojary, jaka opanowała Tima podczas grania na tym ascetycznym zestawie. O tym też mówili ludzie na Electr-onie kiedy pisali, że trudno uwierzyć, że da się takie coś nagrać na jednym moogu. Od lat chce sobie kupić mooga, ale nadal trudno mi tak po prostu wywalić 6 kafli na instrument. W każdym razie, jest zaklęta magia na tej płycie, magia prawdziwej inspiry i tego co się dzieje, kiedy odpowiednia osoba stworzy sobie odpowiednie warunki pracy. Wokale na albumie są autorstwa Paula Conboya, chyba że akurat feat ma kto inny, np. Mark Lanegan lub duet Fujiya & Miyagi. Moim ukochanym kawałkiem z płyty jest „No Bones”, utwór który tworzy taką atmosferę, że słowami nie da się tego ująć. Piękny minimal, piękne wokale i tekst. Cały album jest zresztą właśnie taki. Tamtych lutowych wieczorów spędzonych z tym albumem nie zapomnę nigdy. W głębi internetu, znajduje się jeszcze moja recenzja tej płyty, zamieszczona na blogu, który krótko prowadziłem. Łezka się kręci.
https://www.youtube.com/watch?v=NYISfFK ... IaLLPMFQ4M
(ta playlista zawiera też dodatkowe remiksy, ale oryginał kończy się na Fuzzbox, możecie ewentualnie zrobić wyjątek dla „Star” bo to świetny numer)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Dobrze, że zacząłem szybciej to może znowu będę pierwszy hihhi