Best of Forum (Edycja albumowa)
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Wrzucajcie na koniec kolejki, za parę dni przyjdę.
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Fishmans - Uchu Nippon Setagaya
Jednym z minusów powrotu do wszelkiej maści społeczności po latach nieobecności (nie czuję jak rymuję) jest to, że po takim powrocie często nie zna się wielu wydarzeń i memów, które to w tejże się wydarzyły w międzyczasie. Trochę mam tak z Wielką Zajawką Hiena Na Fishmans, która przewija się na tym forum cyklicznie i która miała miejsce jeszcze wtedy, gdy mnie tu nie było. Ja wiem, że to zasługa tego, że niespecjalnie chciało mi się nadrabiać to co się tu działo od jakiegoś 2017 roku - trochę odstraszył mnie licznik informujący o jakichś 16k zaległych postów, z czego masa w tematach z jakimiś zabawami, rankingami etc. No trochę tak jakby wyjść do sklepu po papierosy i po powrocie zobaczyć, że ktoś wysadził kibel na chacie.
Ale chałwa koledze Jakubowi (to już kolejny raz, gdy sobie pozwalam - ho, ho!) za ten album. W sumie to tak, za ten konkretny album, bo akurat idealnie trafił i podrzucił ten jedyny album Fishmansów z tej legendarnej "trójcy świętej", którego jeszcze nie przesłuchałem. Chyba, że zrobił to celowo, ale wątpie, by stalkował mnie po lastach i rymach i wrzucał tu płytę z taką intencją. xD
Muzyka Fishmans jest dla mnie po prostu piękna i w sumie to rozumiem to, że przez ten miesiąc ww. użytkownik Hien nie chciał słuchać czegoś innego. To znaczy, sam takiej poteżnej zajawki na jednego wykonawcę to bardzo dawno nie miałem, ale po prostu rozumiem, że można nie czuć potrzeby obcowania z czymś innym niż PIĘKNO (TM). Aczkolwiek to trochę zabawne, bo w kwestii tego konkretnego zespołu mam dokładnie odwrotnie, tj. włączam ich sam z siebie relatywnie rzadko, raz na jakieś parę miesięcy, zazwyczaj w okresie lata/jesieni, bo imo wtedy po prostu jakoś najbardziej mi wchodzi. Nie potrafię słuchać Fishmans za często po prostu, nie wiem, może po prostu gdzieś podświadomie nie chcę się nimi nigdy zmęczyć i znudzić i kalkuluję sobie, że lepiej słuchać ich za rzadko niż za często, by nie daj Bóg mogli wywołać minimalnie negatywne wrażenie i każdy odsłuch dobrze mi się kojarzył.
Generalnie to przyjemność i błogość to są terminy idealne do opisania tej muzyki. Nie wiem, co wy macie z tym utyskiwaniem na wokal, w sensie nie wiem - co niby z nim jest nie tak? Może ok, brzmi nietypowo z perspektywy "typowej" muzyki z Europy, ale nie wiem, albo jestem uodporniony na dziwactwa muzyczne, albo coś, ale nigdy absolutnie nie miałem z nim cienia problemu, pasuje do tej muzyki i jest po prostu okej. O tym, jak dobra kompozycyjnie jest ta płyta, jak dobrze jest zaaranżowana to już pewnie prawie wszyscy przede mną napisali, więc nie mam zamiaru się powtarzać (i tak mi się nie chce). Powiem tak: za mną generalnie dość straszny tydzień, jeden z chujowszych w moim życiu, jest niedziela wieczór, czyli ta słynna pora, o której powinienem mieć humor zepsuty, a ja sobie po prostu siedzę, słucham tego zespołu i jestem maksymalnie wyluzowany i mam wszystko w dupie. I tego się trzymam, a albumowi daję znaczek jakości. Howgh!
Jednym z minusów powrotu do wszelkiej maści społeczności po latach nieobecności (nie czuję jak rymuję) jest to, że po takim powrocie często nie zna się wielu wydarzeń i memów, które to w tejże się wydarzyły w międzyczasie. Trochę mam tak z Wielką Zajawką Hiena Na Fishmans, która przewija się na tym forum cyklicznie i która miała miejsce jeszcze wtedy, gdy mnie tu nie było. Ja wiem, że to zasługa tego, że niespecjalnie chciało mi się nadrabiać to co się tu działo od jakiegoś 2017 roku - trochę odstraszył mnie licznik informujący o jakichś 16k zaległych postów, z czego masa w tematach z jakimiś zabawami, rankingami etc. No trochę tak jakby wyjść do sklepu po papierosy i po powrocie zobaczyć, że ktoś wysadził kibel na chacie.
Ale chałwa koledze Jakubowi (to już kolejny raz, gdy sobie pozwalam - ho, ho!) za ten album. W sumie to tak, za ten konkretny album, bo akurat idealnie trafił i podrzucił ten jedyny album Fishmansów z tej legendarnej "trójcy świętej", którego jeszcze nie przesłuchałem. Chyba, że zrobił to celowo, ale wątpie, by stalkował mnie po lastach i rymach i wrzucał tu płytę z taką intencją. xD
Muzyka Fishmans jest dla mnie po prostu piękna i w sumie to rozumiem to, że przez ten miesiąc ww. użytkownik Hien nie chciał słuchać czegoś innego. To znaczy, sam takiej poteżnej zajawki na jednego wykonawcę to bardzo dawno nie miałem, ale po prostu rozumiem, że można nie czuć potrzeby obcowania z czymś innym niż PIĘKNO (TM). Aczkolwiek to trochę zabawne, bo w kwestii tego konkretnego zespołu mam dokładnie odwrotnie, tj. włączam ich sam z siebie relatywnie rzadko, raz na jakieś parę miesięcy, zazwyczaj w okresie lata/jesieni, bo imo wtedy po prostu jakoś najbardziej mi wchodzi. Nie potrafię słuchać Fishmans za często po prostu, nie wiem, może po prostu gdzieś podświadomie nie chcę się nimi nigdy zmęczyć i znudzić i kalkuluję sobie, że lepiej słuchać ich za rzadko niż za często, by nie daj Bóg mogli wywołać minimalnie negatywne wrażenie i każdy odsłuch dobrze mi się kojarzył.
Generalnie to przyjemność i błogość to są terminy idealne do opisania tej muzyki. Nie wiem, co wy macie z tym utyskiwaniem na wokal, w sensie nie wiem - co niby z nim jest nie tak? Może ok, brzmi nietypowo z perspektywy "typowej" muzyki z Europy, ale nie wiem, albo jestem uodporniony na dziwactwa muzyczne, albo coś, ale nigdy absolutnie nie miałem z nim cienia problemu, pasuje do tej muzyki i jest po prostu okej. O tym, jak dobra kompozycyjnie jest ta płyta, jak dobrze jest zaaranżowana to już pewnie prawie wszyscy przede mną napisali, więc nie mam zamiaru się powtarzać (i tak mi się nie chce). Powiem tak: za mną generalnie dość straszny tydzień, jeden z chujowszych w moim życiu, jest niedziela wieczór, czyli ta słynna pora, o której powinienem mieć humor zepsuty, a ja sobie po prostu siedzę, słucham tego zespołu i jestem maksymalnie wyluzowany i mam wszystko w dupie. I tego się trzymam, a albumowi daję znaczek jakości. Howgh!
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Czyli jeszcze Sami Wiecie Kto, mam zawsze wymówkę na to, że dopiero teraz pierwszy raz odpalam płytkę shodana
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ja Twojej płyty jeszcze nie ruszyłem, trochę mnie zaskoczyło zawrotne tempo tej kolejki (i melxit).
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Solidarnie uprzedzam że niezależnie od poczynań deva jutro otwieram kolejkę dla Houdini (choć sam nawet nie zaliczyłem dotąd rzetelnego odsłuchu, może deadline mnie zmotywuje)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No, ja otwarcie przyznaje, że mogę tu zahamować kolejkę, więc polecam się z tym Fishmans tak nie spieszyć, bo potem będziecie na mnie czekać.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Dev zalega, trudno, zgodnie z obietnicą otwieram kolejkę dla omawiania albumu Houdini od Long Fin Killie i sam lecę robić odsłuch 
Dragon pisze:07 lip 2022 18:01Long Fin Killie - Houdini (1995)
Najlepsze są poszukiwania na ślepo. Masz w głowie co najwyżej czyjeś niejasne rekomendacje albo wybierasz specyficzny gatunek, może wyraźnie określone motywy liryczne do tego i jazda. Wtedy pomoże tylko słuchanie bez uprzedzeń, którego po takich wybrykach i zaskoczeniach można się wręcz nauczyć. Houdini podpasowało idealnie w momencie moich najpoważniejszych przemian w liceum. Przyszło więcej zrozumienia dla świata, dla odmienności, świat dookoła zaczął mnie ciekawić, a nie odstraszać. Zacząłem szukać dla siebie konkretnego miejsca. Za sprawą teatru queer i kamp przestały być czymś zupełnie obcym rodem z filmików prawicowych dziadków nagrywających w piwnicach. Dzisiaj to istotna część mojego środowiska pod względem zainteresowań, znajomości.
Pierwszy był The Lamberton Lamplighter, którzy początkowo zaskoczył mnie taką historią w tekście, w którym wreszcie nie było zbędnych oporów i obchodzenia pewnych zmysłowych spraw w infantylny sposób. Potrafi być bezpośrednio, a jednocześnie poetycko w taki dobry, satysfakcjonujący sposób. Spokojne zwrotki kontrastują z ostrzejszym pazurkiem. Z czasem coraz bardziej wsiąkałem w tę płytę. Lubię te gitarowe wybuchy, wariacje i drobiazgi rytmiczne, wykręcone skrzypcowe partie z jednej strony, a z drugiej zaskakująco kojący wokal, sennie rockowe fragmenty. Takie najistotniejsze punkty dla mnie to np. drugie How I Blew it with Houdini, dość ilustracyjna opowiadanka. Wyraziste są te krótsze strzały, pozornie przepływające Hollywood Gem i ekspresyjne Heads of Dead Surfers. O Lamberton Lamplighter już mówiłem. Całość świetnie wieńczy Unconscious Gangs of Men, szczególnie interlude po przerwie. Nie sądzę przy tym, że warto tutaj cokolwiek lekceważyć. To jest taki rock, na jaki mam najczęściej ochotę, poza klasyką czy rzeczami, które w dzieciństwie przeżarły mi czaszkę i są nie do wygonienia z umysłu. O samym zespole nie mam zbyt wiele do powiedzenia. LFK to wydarzenie najtisów. Po Houdini nagrali jeszcze dwie, każda kolejna była troszkę gorsza od poprzedniej, ale na obu znajdują się też ciekawe numery.
Wybór płytowy będzie miał miejscami wiele wspólnego z wrzutkami solo, ale o całych płytach myślę zupełnie inaczej, dla znalezienia się w takiej topce potrzeba spełnić zupełnie inne kryteria. Liczę na faktyczne zaskoczenia, ale jak najbardziej pozytywne. Zapraszam do tego dość specyficznego queerlandu i strumienia emocji.
https://www.youtube.com/playlist?list=O ... TSjtpr0erY
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Long Fin Killie - Houdini
Miałem jeszcze czekać z tą płytą, sprawdzać jak się ułoży i czy się ułoży ale szczerze - no nie chce mi się. Przyznam że trochę nie wiedząc czemu miałem też jakieś oczekiwania i nadzieje wobec tej płyty, być może wynikające z opisu który zapowiadał jednakże jakąś gatunkową zmianę i ucieczkę od dragoncore'owej elektroniki. Miały być lata 90. i gitary to już byłem zapowiedzią tą zaciekawiony.
Houdini to zdaje się jest album post-rockowy czyli należy do jednego z gitarowych podgatunków których nie rozumiem, nie ogarniam i nie czuję. Większość muzyki na albumie mieści się w jednej z dwóch kategorii - albo mamy gitarowe rżnięcie albo delikatne zapętlone gitarowe melodie i neurotyczne napierdalanie w talerze na perkusji. Do tego wszystkiego dorzucone wokale które są stłumione, jakby szeptane niemalże lub z kolei miauczące co na dłuższą metę mnie po prostu męczy i wkurza. Co najlepsze - wejście w album mi się spodobało. Pierwszy utwór na płycie chwycił i momentalnie jarałem się BRZMIENIEM. Ale brzmienie to mało, bo potem dwa kolejne numery walą po talerzach itp. i zapetlają gitary podobnie, inne rżną na gitarach, niektóre robią to pół na pół. Hollywood Gem zbliżył się na chwilę do przyjemnego poziomu openera i to wszystko. Czego mi brak? Piosenek, jakichś normalnych melodii. Cała płyta brzmi jak nagrana przez jakichś znerwicowanych kolesi (wyjątkiem może jest subtelny bonus hidden track na końcu). Nie wiem, 1995 rok to był dziwny czas w muzyce gitarowej patrząc po Porkach i tym albumie tutaj. Odbiłem się od tego albumu i nie mam ochoty wracać na razie.
Na tą chwilę porzucam wszelkie dalsze nadzieje na porozumienie z Dragonem w temacie albumowym, najbardziej bawi mnie fakt że póki co podeszło mi jedynie Recoil do którego jedynego byłem z miejsca uprzedzony. Nasze gusta mocno się rozmijają, mamy inne wymagania muzyki może.
Miałem jeszcze czekać z tą płytą, sprawdzać jak się ułoży i czy się ułoży ale szczerze - no nie chce mi się. Przyznam że trochę nie wiedząc czemu miałem też jakieś oczekiwania i nadzieje wobec tej płyty, być może wynikające z opisu który zapowiadał jednakże jakąś gatunkową zmianę i ucieczkę od dragoncore'owej elektroniki. Miały być lata 90. i gitary to już byłem zapowiedzią tą zaciekawiony.
Houdini to zdaje się jest album post-rockowy czyli należy do jednego z gitarowych podgatunków których nie rozumiem, nie ogarniam i nie czuję. Większość muzyki na albumie mieści się w jednej z dwóch kategorii - albo mamy gitarowe rżnięcie albo delikatne zapętlone gitarowe melodie i neurotyczne napierdalanie w talerze na perkusji. Do tego wszystkiego dorzucone wokale które są stłumione, jakby szeptane niemalże lub z kolei miauczące co na dłuższą metę mnie po prostu męczy i wkurza. Co najlepsze - wejście w album mi się spodobało. Pierwszy utwór na płycie chwycił i momentalnie jarałem się BRZMIENIEM. Ale brzmienie to mało, bo potem dwa kolejne numery walą po talerzach itp. i zapetlają gitary podobnie, inne rżną na gitarach, niektóre robią to pół na pół. Hollywood Gem zbliżył się na chwilę do przyjemnego poziomu openera i to wszystko. Czego mi brak? Piosenek, jakichś normalnych melodii. Cała płyta brzmi jak nagrana przez jakichś znerwicowanych kolesi (wyjątkiem może jest subtelny bonus hidden track na końcu). Nie wiem, 1995 rok to był dziwny czas w muzyce gitarowej patrząc po Porkach i tym albumie tutaj. Odbiłem się od tego albumu i nie mam ochoty wracać na razie.
Na tą chwilę porzucam wszelkie dalsze nadzieje na porozumienie z Dragonem w temacie albumowym, najbardziej bawi mnie fakt że póki co podeszło mi jedynie Recoil do którego jedynego byłem z miejsca uprzedzony. Nasze gusta mocno się rozmijają, mamy inne wymagania muzyki może.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Dobrze się zaczyna xd
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Nie ma tu Czeza więc nadrabiam jak mogę 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Long Fin Killie - Houdini
Na wstępie chcę tylko wyrazić nadzieję, że Dragon doceni to, że recenzuję to teraz xD Z dwóch powodów. Po pierwsze, nie spodziewałem się, że będę musiał tego słuchać przed lub w trakcie wyjazdu. Sądząc po poprzedniej kolejce, która trwała prawie kwartał, uznałem że tu raczej nie będzie pośpiechu. Obstawiałem, że Fishmans to my będziemy omawiać jakoś w pierwszym tygodniu sierpnia, o ile nie później. Zresztą, w międzyczasie miał być jeszcze Melki z Erpland, które znam bardzo dobrze, więc byłem przygotowany na to, że najwyżej o jego wrzucie gdzieś pod koniec urlopu coś napiszę. A tu się wszystko pozmieniało i ja nawet tego albumu Dragona nie miałem ze sobą, musiałem słuchać z YT. Po drugie, umówmy się, to jest wrzuta Dragona xD Ryzykowałem mocno z odpalaniem jej na urlopie i nikt nie powinien mieć mi tego za złe, że miałem opory. No, ale odpaliłem, a to dlatego, że Murzyn mi napisał, że to jest post-rock i to 1995 r. Co w tym niezwykłego? To, że te lata były bardzo ciekawe dla tego gatunku/nurtu (jak zwał, tak zwał). To było jeszcze zanim każdy zespół post-rockowy brzmiał jak kopia Sigur Ros. Odpalanie jakiejkolwiek płyty post-r nagranej po 2000 r., wiąże się z tym, że to na 90% będzie to samo, co wszystko inne wychodzące z taką łatą. W latach 90-tych było inaczej. Teoretycznie za pierwszy album post-rockowy uważa się „Laughing Stock” Talk Talk, ale termin narodził się w recenzji albumu „Hex” Bark Psychosis, zatem to właśnie ten band uznaje się za pierwszy, który grał post od podstaw jakiejś muzycznej ideologii. Szybko powstały inne ciekawe zespoły takie jak Disco Inferno, Slint, czy Seefeel. Każdy z nich brzmiał trochę inaczej, a jednak czuć było między nimi jakiś wspólny mianownik. To nie były jeszcze te grupy post-rockowe, które kalkowały rutynę, cicho, głośniej, pierdolnięcie, znowu cicho, znowu głośniej, pierdolnięcie i koniec loopa. Widocznie nie zanurkowałem wystarczająco głęboko, bo o Long Fin Killie nie słyszałem i nie słuchałem ich muzyki. Tak więc, kiedy Murzyn napisał mi, że Dragon wrzucił post z 1995 r., to się, nie ukrywam, podjarałem. Teraz okaże się, czy słusznie.
„Houdini” brzmi zdecydowanie jak składowa tamtej, założycielskiej ekipy post-rockowej. Jeżeli miałbym rzucić jakimś szybkim skojarzeniem, to dla mnie brzmią na tej płycie jakby The Mars Volta nagrali album brzmiący jak Slint. Zabawne, że jednym ze wspólnych mianowników zespołów post w tamtym czasie było to, że wokal, łagodnie mówiąc, nie rzucał na kolana. To samo się tyczy Grahama Suttona z Bark Psychosis, czy Iana Crause z Disco Inferno. Słychać było, że to są garażowe zespoły, ale o ile jakieś garażowe hard lub grundgowe bandy mogły zawsze skryć brak umiejętności za krzykiem, z którym ostrzejszej muzyce było do twarzy, tak delikatniejsze w brzmieniu albumy wcześniej wymienionych przeze mnie zespołów, wymagały łagodniejszego podejścia i tu niestety zawsze wyrastały przed liderami/wokalistami tych grup, schody.
Oczywiście, to nie jest jakiś asłuchalny poziom, mnie nigdy nie przeszkadzało to, że np. Sutton fałszował albo śpiewał w bardzo wąskiej skali, niemniej jest to jeden z tych elementów, przez które, w tamtym czasie, post-rock nie był w stanie przebić się do mainstreamu. Wokalista LFK, Luke Sutherland, nie odbiega od tego wzorca, jego wokal jest cieniutki, monotonny, brakuje w nim pomysłu, nie wspominając nawet o jakiejkolwiek melodii, bo facet jedzie mantrą prawie cały album. W jednym utworze, gościnnie pojawia się ś.p. Mark E. Smith z The Fall, ale w tym wypadku to jak przywożenie drewna do lasu. Muzycznie jest równie monotonnie. Pobieżne przesłuchanie, owocuje chaosem w głowie i w uszach, wszystko zlewa się w jedno, a same utwory, poza kilkoma wyjątkami, jak się zaczynają, tak się kończą. Patrząc na scenę post-rockową tamtych lat, LFK, przynajmniej tym albumem, przegrywają u mnie z resztą przedstawicieli, bo brakuje im tego czegoś, brakuje pięknych melodii Bark Psychosis, brakuje interesujących i dobrze zrealizowanych eksperymentów, jak w Disco Inferno, czy transowości Seefeel. Mają jednak coś swojego i nie potrafię powiedzieć co. Najbardziej odznaczają się chyba perkusista David Turner i basista Colin Greig. Ten pierwszy robi całkiem fajny, lekko orientalny, kocioł dźwiękowy i jedyny problem z nim jest taki, że w połowie płyty odnosi się wrażenie, że gość pokazał już wszystko co miał do pokazania, jakkolwiek unikatowo by to nie brzmiało. Bas natomiast, użyty jest na „Houdini” jako absolutny fundament każdego utworu i muszę pochwalić Greiga, że staje na głowie aby jego zagrywki różniły się chociaż odrobinę stylówą. Produkcją zajął się zespół i Jamie Watson, który to, jak patrzę na Discogs, nie pracował nad żadnym znanym mi albumem, a jest co chwalić, bo wykonano tu naprawdę świetną robotę i dzięki temu, między innymi, ten bas brzmi tak kapitalnie. I tu dochodzimy do sedna sprawa. Ta płyta żyje brzmieniem, ta płyta żyje vibem. Ta płyta żyje atmosferą i tworzy obrazy. I robi to wszystko na 100%, co niestety powoduje, że gdzies musi być ubytek i tkwi on w kompozycjach, które są jakby ich w ogóle nie było. Wszystko tu brzmi jak kolekcja nagranych na yolo jamów, które potem, bez edycji, przyozdobiono kolekcją niewiele bardziej przemyślanych overdubów i wokalem. To nie znaczy, że to jest zła muzyka, ale nie jest łatwo się na tym albumie skupić. Kiedy leci w tle, nawet na słuchawkach, ale w tle, tworzy fantastyczne landszafty. Produkcja jest przyjemna, miks też, gitary robią klimat, bas jeszcze lepszy, perkusja utrzymuje rytmy, reszta z pierydaliarda instrumentów zalicza ciekawe cameo’a. Niemal jak soundtrack do instalacji z piękną sztuką, którą ta muzyka dopełnia, ale który sam bez tego wizualnego, a nawet live doświadczenia, nie potrafi się do końca obronić. Można zapytać – to jest post-rock, czego chcesz? No i TUSZE, bo może rzeczywiście nie ma co się pastwić i lepiej docenić, co się na tym albumie udało, czyli stworzenie fajnego brzmienia i atmosfery. Niemniej, pozostałe zespoły post-rockowe z tamtych czasów, które znam, potrafiły to wszystko ubarwić czymś więcej, jednocześnie nie tracąc esencji typowo post podejścia i myślenia. Nie mogę zatem w pełni docenić „Houdini”, a przynajmniej nie mogę powiedzieć, że nie ma ciekawszych i lepszych albumów post-rockowych z tamtego okresu, bo są. Nie odnoszę jednak takiego wrażenia, jak Murzyn, może przez to, że są na tej płycie elementy, które przyciągnęły mnie do tego nurtu w pierwszej kolejności. To jest interesujący zespół i zamierzam posłuchać reszty ich dyskografii. Na ten moment, mogę z siebie wysrać tyle co powyżej. Pamiętajcie, że ja tego słucham wciśniętego pomiędzy wyjścia na plaże, a wypad do smażalni, między Despacito lecące z baru, a live szanty z restauracji Captain Morgan. Widzę tutaj pole do growu, zwłaszcza jesienią. „Hollywood Gem” chyba najbardziej zapadł mi w pamięć.
Ps.: jeśli ktoś jeszcze ma jakaś wymówkę żeby nie pisać/wrzucać recenzji, to tylko śmiechnę.
Na wstępie chcę tylko wyrazić nadzieję, że Dragon doceni to, że recenzuję to teraz xD Z dwóch powodów. Po pierwsze, nie spodziewałem się, że będę musiał tego słuchać przed lub w trakcie wyjazdu. Sądząc po poprzedniej kolejce, która trwała prawie kwartał, uznałem że tu raczej nie będzie pośpiechu. Obstawiałem, że Fishmans to my będziemy omawiać jakoś w pierwszym tygodniu sierpnia, o ile nie później. Zresztą, w międzyczasie miał być jeszcze Melki z Erpland, które znam bardzo dobrze, więc byłem przygotowany na to, że najwyżej o jego wrzucie gdzieś pod koniec urlopu coś napiszę. A tu się wszystko pozmieniało i ja nawet tego albumu Dragona nie miałem ze sobą, musiałem słuchać z YT. Po drugie, umówmy się, to jest wrzuta Dragona xD Ryzykowałem mocno z odpalaniem jej na urlopie i nikt nie powinien mieć mi tego za złe, że miałem opory. No, ale odpaliłem, a to dlatego, że Murzyn mi napisał, że to jest post-rock i to 1995 r. Co w tym niezwykłego? To, że te lata były bardzo ciekawe dla tego gatunku/nurtu (jak zwał, tak zwał). To było jeszcze zanim każdy zespół post-rockowy brzmiał jak kopia Sigur Ros. Odpalanie jakiejkolwiek płyty post-r nagranej po 2000 r., wiąże się z tym, że to na 90% będzie to samo, co wszystko inne wychodzące z taką łatą. W latach 90-tych było inaczej. Teoretycznie za pierwszy album post-rockowy uważa się „Laughing Stock” Talk Talk, ale termin narodził się w recenzji albumu „Hex” Bark Psychosis, zatem to właśnie ten band uznaje się za pierwszy, który grał post od podstaw jakiejś muzycznej ideologii. Szybko powstały inne ciekawe zespoły takie jak Disco Inferno, Slint, czy Seefeel. Każdy z nich brzmiał trochę inaczej, a jednak czuć było między nimi jakiś wspólny mianownik. To nie były jeszcze te grupy post-rockowe, które kalkowały rutynę, cicho, głośniej, pierdolnięcie, znowu cicho, znowu głośniej, pierdolnięcie i koniec loopa. Widocznie nie zanurkowałem wystarczająco głęboko, bo o Long Fin Killie nie słyszałem i nie słuchałem ich muzyki. Tak więc, kiedy Murzyn napisał mi, że Dragon wrzucił post z 1995 r., to się, nie ukrywam, podjarałem. Teraz okaże się, czy słusznie.
„Houdini” brzmi zdecydowanie jak składowa tamtej, założycielskiej ekipy post-rockowej. Jeżeli miałbym rzucić jakimś szybkim skojarzeniem, to dla mnie brzmią na tej płycie jakby The Mars Volta nagrali album brzmiący jak Slint. Zabawne, że jednym ze wspólnych mianowników zespołów post w tamtym czasie było to, że wokal, łagodnie mówiąc, nie rzucał na kolana. To samo się tyczy Grahama Suttona z Bark Psychosis, czy Iana Crause z Disco Inferno. Słychać było, że to są garażowe zespoły, ale o ile jakieś garażowe hard lub grundgowe bandy mogły zawsze skryć brak umiejętności za krzykiem, z którym ostrzejszej muzyce było do twarzy, tak delikatniejsze w brzmieniu albumy wcześniej wymienionych przeze mnie zespołów, wymagały łagodniejszego podejścia i tu niestety zawsze wyrastały przed liderami/wokalistami tych grup, schody.
Oczywiście, to nie jest jakiś asłuchalny poziom, mnie nigdy nie przeszkadzało to, że np. Sutton fałszował albo śpiewał w bardzo wąskiej skali, niemniej jest to jeden z tych elementów, przez które, w tamtym czasie, post-rock nie był w stanie przebić się do mainstreamu. Wokalista LFK, Luke Sutherland, nie odbiega od tego wzorca, jego wokal jest cieniutki, monotonny, brakuje w nim pomysłu, nie wspominając nawet o jakiejkolwiek melodii, bo facet jedzie mantrą prawie cały album. W jednym utworze, gościnnie pojawia się ś.p. Mark E. Smith z The Fall, ale w tym wypadku to jak przywożenie drewna do lasu. Muzycznie jest równie monotonnie. Pobieżne przesłuchanie, owocuje chaosem w głowie i w uszach, wszystko zlewa się w jedno, a same utwory, poza kilkoma wyjątkami, jak się zaczynają, tak się kończą. Patrząc na scenę post-rockową tamtych lat, LFK, przynajmniej tym albumem, przegrywają u mnie z resztą przedstawicieli, bo brakuje im tego czegoś, brakuje pięknych melodii Bark Psychosis, brakuje interesujących i dobrze zrealizowanych eksperymentów, jak w Disco Inferno, czy transowości Seefeel. Mają jednak coś swojego i nie potrafię powiedzieć co. Najbardziej odznaczają się chyba perkusista David Turner i basista Colin Greig. Ten pierwszy robi całkiem fajny, lekko orientalny, kocioł dźwiękowy i jedyny problem z nim jest taki, że w połowie płyty odnosi się wrażenie, że gość pokazał już wszystko co miał do pokazania, jakkolwiek unikatowo by to nie brzmiało. Bas natomiast, użyty jest na „Houdini” jako absolutny fundament każdego utworu i muszę pochwalić Greiga, że staje na głowie aby jego zagrywki różniły się chociaż odrobinę stylówą. Produkcją zajął się zespół i Jamie Watson, który to, jak patrzę na Discogs, nie pracował nad żadnym znanym mi albumem, a jest co chwalić, bo wykonano tu naprawdę świetną robotę i dzięki temu, między innymi, ten bas brzmi tak kapitalnie. I tu dochodzimy do sedna sprawa. Ta płyta żyje brzmieniem, ta płyta żyje vibem. Ta płyta żyje atmosferą i tworzy obrazy. I robi to wszystko na 100%, co niestety powoduje, że gdzies musi być ubytek i tkwi on w kompozycjach, które są jakby ich w ogóle nie było. Wszystko tu brzmi jak kolekcja nagranych na yolo jamów, które potem, bez edycji, przyozdobiono kolekcją niewiele bardziej przemyślanych overdubów i wokalem. To nie znaczy, że to jest zła muzyka, ale nie jest łatwo się na tym albumie skupić. Kiedy leci w tle, nawet na słuchawkach, ale w tle, tworzy fantastyczne landszafty. Produkcja jest przyjemna, miks też, gitary robią klimat, bas jeszcze lepszy, perkusja utrzymuje rytmy, reszta z pierydaliarda instrumentów zalicza ciekawe cameo’a. Niemal jak soundtrack do instalacji z piękną sztuką, którą ta muzyka dopełnia, ale który sam bez tego wizualnego, a nawet live doświadczenia, nie potrafi się do końca obronić. Można zapytać – to jest post-rock, czego chcesz? No i TUSZE, bo może rzeczywiście nie ma co się pastwić i lepiej docenić, co się na tym albumie udało, czyli stworzenie fajnego brzmienia i atmosfery. Niemniej, pozostałe zespoły post-rockowe z tamtych czasów, które znam, potrafiły to wszystko ubarwić czymś więcej, jednocześnie nie tracąc esencji typowo post podejścia i myślenia. Nie mogę zatem w pełni docenić „Houdini”, a przynajmniej nie mogę powiedzieć, że nie ma ciekawszych i lepszych albumów post-rockowych z tamtego okresu, bo są. Nie odnoszę jednak takiego wrażenia, jak Murzyn, może przez to, że są na tej płycie elementy, które przyciągnęły mnie do tego nurtu w pierwszej kolejności. To jest interesujący zespół i zamierzam posłuchać reszty ich dyskografii. Na ten moment, mogę z siebie wysrać tyle co powyżej. Pamiętajcie, że ja tego słucham wciśniętego pomiędzy wyjścia na plaże, a wypad do smażalni, między Despacito lecące z baru, a live szanty z restauracji Captain Morgan. Widzę tutaj pole do growu, zwłaszcza jesienią. „Hollywood Gem” chyba najbardziej zapadł mi w pamięć.
Ps.: jeśli ktoś jeszcze ma jakaś wymówkę żeby nie pisać/wrzucać recenzji, to tylko śmiechnę.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Nadrabiam błyskiem!
Fishmans - Uchu Nippon Setagaya
O cię w mordę, wielu rzeczy się spodziewałem, ale chyba nie tego. Z Fishmansów znałem wcześniej to, co podrzucał Hienałke tutaj bądź mnie osobiście, a zaczęło się od Nightcruising słuchanego w pewną bezwietrzną i bezchmurną noc na Skwerze Kościuszki w Gdyni pod koniec sierpnia ubiegłego roku. Niespiesznym krokiem łaziłem wokół nabrzeża, to przystanąłem przy Darze Młodzieży, to przysiadłem pod jakimś pomnikiem i zapaliłem szluga, to popatrzyłem na redę portową, i właśnie ta nuta w moich bezprzewodowych JBLach z logo mojego pracodawcy. Było to zaskoczenie, nie powiem, głównie dlatego jednak, że ja po prostu nie znam japońskiej muzyki i nie wiedziałem kompletnie, czego się spodziewać. Głos wokalisty był momentami delikatnie drażniący, podobnie jak bardzo wysoka gitara, ale całość i tak wygrywała swoim jakże dobrze znanym, a jednak nieco egzotycznym brzmieniem. Ale do pełnego zachwytu potrzebowałem tej płyty. To równie dobrze mogłby być (z innym głosem ofc) jakieś no-man, Radiohead z bardziej ujaranym Yorkiem czy totalnie zbakane Hooverphonic. Bo to mi najbardziej tę płytę charakteryzuje - totalnie i całkowicie niespieszny chill. Już od pierwszych dźwięków Pokka Pokka czułem, że Kuba powoli podpie*dala mi koronę Króla RAM-core'u, potem się to generalnie nasilało. Co drugi numer na tym albumie mógłby się znaleźć albo tam, albo na - i tu by chyba nawet bardziej pasował - Sygnowano Fabryka Trzciny, gdyby tylko Trzciński robił coś jeszcze poza chlaniem w swoim mieszkaniu. Ten album jest tak niesamowicie wyluzowany, że właściwie nawet zapominam o tym, że mam teraz coś do zrobienia w pracy i zostało mi na to mniej niż 2 godziny xD totalnie zgadzam się z Miętusem - ta muzyka jest po prostu piękna, jest bardzo dobrze zaaranżowana, świetnie wyprodukowana, to jest aż dziwne dla mnie, że nie przyszło mi do głowy zassać jakiegoś LP od nich wcześniej. Wakacyjny vibe daje mi po mordzie srogo, wręcz wypluwam Ruhannę. Mamy i nieco alternatywy, i odpowiednią dawkę elektroniki, i automato-sekwencery tam, gdzie to potrzebne (albo przynajmniej tak to brzmi a ja jestem teraz zbytnio wyczilowany, żeby to zweryfikować), końcówka Weather Report wcisnęła mnie w mocny dream, Ushirosugata tym plumkaniem w tle, które nagle zostaje przerwane gitarą rytmiczną, z jakiegoś powodu nasuwa mi skojarzenia z Ridgwayem lol. To jest dokładnie ten rodzaj muzyki, jakiego teraz potrzebowałem. Nie dołączę się tym razem do chóru utyskiwaczy wokalnych, gdyż śpiew gościa tutaj w ogóle mi nie przeszkadza (jednocześnie na początku miałem pewien problem, żeby się przestawić/nastroić). Minęło jak z bicza strzelił. W ogóle te numery ze swoimi fade'ami brzmią doskonale, mógłbym takiej wydłużonej cody słuchać non stop. Zaraz odpalę sobie wieczór a la Big Lebowski, leżąc w wannie (szkoda tylko, że mam natrysk w mieszkaniu...), jarając gieta i pijąc jakiegoś słodkiego drina, zanim nie przyjdzie do mnie Kraftwerk z fretką, która spróbuje odgryźć mi Wacława. Obym zdążył wtedy jeszcze z In the Flight, Walking in the Rhythm i Daydream. No po prostu zajefajny kawał muzyki, Hien dostarcza złoto i dla mnie - jak dotąd - wygrywa tę kolejkę. Wiedziałem, że w końcu wleci Fishmans, ale też nawet, jeśli nie wiem, czego się spodziewałem, to dostałem znacznie więcej.
Fishmans - Uchu Nippon Setagaya
O cię w mordę, wielu rzeczy się spodziewałem, ale chyba nie tego. Z Fishmansów znałem wcześniej to, co podrzucał Hienałke tutaj bądź mnie osobiście, a zaczęło się od Nightcruising słuchanego w pewną bezwietrzną i bezchmurną noc na Skwerze Kościuszki w Gdyni pod koniec sierpnia ubiegłego roku. Niespiesznym krokiem łaziłem wokół nabrzeża, to przystanąłem przy Darze Młodzieży, to przysiadłem pod jakimś pomnikiem i zapaliłem szluga, to popatrzyłem na redę portową, i właśnie ta nuta w moich bezprzewodowych JBLach z logo mojego pracodawcy. Było to zaskoczenie, nie powiem, głównie dlatego jednak, że ja po prostu nie znam japońskiej muzyki i nie wiedziałem kompletnie, czego się spodziewać. Głos wokalisty był momentami delikatnie drażniący, podobnie jak bardzo wysoka gitara, ale całość i tak wygrywała swoim jakże dobrze znanym, a jednak nieco egzotycznym brzmieniem. Ale do pełnego zachwytu potrzebowałem tej płyty. To równie dobrze mogłby być (z innym głosem ofc) jakieś no-man, Radiohead z bardziej ujaranym Yorkiem czy totalnie zbakane Hooverphonic. Bo to mi najbardziej tę płytę charakteryzuje - totalnie i całkowicie niespieszny chill. Już od pierwszych dźwięków Pokka Pokka czułem, że Kuba powoli podpie*dala mi koronę Króla RAM-core'u, potem się to generalnie nasilało. Co drugi numer na tym albumie mógłby się znaleźć albo tam, albo na - i tu by chyba nawet bardziej pasował - Sygnowano Fabryka Trzciny, gdyby tylko Trzciński robił coś jeszcze poza chlaniem w swoim mieszkaniu. Ten album jest tak niesamowicie wyluzowany, że właściwie nawet zapominam o tym, że mam teraz coś do zrobienia w pracy i zostało mi na to mniej niż 2 godziny xD totalnie zgadzam się z Miętusem - ta muzyka jest po prostu piękna, jest bardzo dobrze zaaranżowana, świetnie wyprodukowana, to jest aż dziwne dla mnie, że nie przyszło mi do głowy zassać jakiegoś LP od nich wcześniej. Wakacyjny vibe daje mi po mordzie srogo, wręcz wypluwam Ruhannę. Mamy i nieco alternatywy, i odpowiednią dawkę elektroniki, i automato-sekwencery tam, gdzie to potrzebne (albo przynajmniej tak to brzmi a ja jestem teraz zbytnio wyczilowany, żeby to zweryfikować), końcówka Weather Report wcisnęła mnie w mocny dream, Ushirosugata tym plumkaniem w tle, które nagle zostaje przerwane gitarą rytmiczną, z jakiegoś powodu nasuwa mi skojarzenia z Ridgwayem lol. To jest dokładnie ten rodzaj muzyki, jakiego teraz potrzebowałem. Nie dołączę się tym razem do chóru utyskiwaczy wokalnych, gdyż śpiew gościa tutaj w ogóle mi nie przeszkadza (jednocześnie na początku miałem pewien problem, żeby się przestawić/nastroić). Minęło jak z bicza strzelił. W ogóle te numery ze swoimi fade'ami brzmią doskonale, mógłbym takiej wydłużonej cody słuchać non stop. Zaraz odpalę sobie wieczór a la Big Lebowski, leżąc w wannie (szkoda tylko, że mam natrysk w mieszkaniu...), jarając gieta i pijąc jakiegoś słodkiego drina, zanim nie przyjdzie do mnie Kraftwerk z fretką, która spróbuje odgryźć mi Wacława. Obym zdążył wtedy jeszcze z In the Flight, Walking in the Rhythm i Daydream. No po prostu zajefajny kawał muzyki, Hien dostarcza złoto i dla mnie - jak dotąd - wygrywa tę kolejkę. Wiedziałem, że w końcu wleci Fishmans, ale też nawet, jeśli nie wiem, czego się spodziewałem, to dostałem znacznie więcej.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ja tylko dodam, bo Dev tego nie napisał, jak pewnego wrześniowego wieczorka, kiedy puszczałem mu Night Cruising po raz drugi (a pierwszy osobiście) w aucie, ten był w szoku, że to nie śpiewa kobieta xD Z tym kawałkiem zawsze będzie mi się też kojarzył Musiała komentarz, że musimy uważać na Policję, bo oni lubią sobie robić night cruising.
To ja, korzystając z tego, że wszyscy leją na wrzutkę Dragona, podsumuję temat ZE FISHUMANZ. Szkoda trochę, że jednak nie dałem tego później w kolejce, bo chciałem żeby to zahaczyło o rocznicę mojej fazy w drugiej połowie sierpnia, ale już siusiak z tym. Cieszę się, że nawet najbardziej opornym, album w jakimś tam stopniu wszedł (takiego prejzu od Deva, to się tbh w ogóle nie spodziewałem, może przez to, że niewiele mu Fishmans puszczałem, raptem całe dwa numery w ubiegłym roku). Podobnie jak Mentos i Dev, dziwię się trochę, że niektórym aż tak bardzo przeszkadza wokal, tzn może nie tyle się dziwię, że przeszkadza, co tym jak bardzo np. Shodan lamentuje z jego powodu. Wokal, jak wokal. I to nawet nie ma może aż tyle wspólnego z osłuchaniem w japońskiej muzyce, bo nie wszyscy śpiewają tam w taki sposób. Japońska muza, podobnie jak polska, czy jakakolwiek inna, ma pełno gatunków i stylów, o czym się przekonacie, bo będę wrzucał więcej rzeczy z tego kraju (przy czym bardziej w utworach, niż w albumach). W każdym razie, jestem zadowolony, ale też nie zaskoczony prejzem Uchu, bo ten album ma przeogromnie wysokie notowania zarówno w Japonii, jak i obecnie na całym świecie. Ja wiem, że RYM to tylko RYM, ale kiedy prejz liczy się w tysiącach użytkowników, to już jednak coś znaczy. Chętnie bym Was zmusił do przesłuchania większej ilości albumów Fishmans, no ale jestem uwiązany własnymi zasadami xD Tak więc ありがとうございます wszystkim za odsłuch.
To ja, korzystając z tego, że wszyscy leją na wrzutkę Dragona, podsumuję temat ZE FISHUMANZ. Szkoda trochę, że jednak nie dałem tego później w kolejce, bo chciałem żeby to zahaczyło o rocznicę mojej fazy w drugiej połowie sierpnia, ale już siusiak z tym. Cieszę się, że nawet najbardziej opornym, album w jakimś tam stopniu wszedł (takiego prejzu od Deva, to się tbh w ogóle nie spodziewałem, może przez to, że niewiele mu Fishmans puszczałem, raptem całe dwa numery w ubiegłym roku). Podobnie jak Mentos i Dev, dziwię się trochę, że niektórym aż tak bardzo przeszkadza wokal, tzn może nie tyle się dziwię, że przeszkadza, co tym jak bardzo np. Shodan lamentuje z jego powodu. Wokal, jak wokal. I to nawet nie ma może aż tyle wspólnego z osłuchaniem w japońskiej muzyce, bo nie wszyscy śpiewają tam w taki sposób. Japońska muza, podobnie jak polska, czy jakakolwiek inna, ma pełno gatunków i stylów, o czym się przekonacie, bo będę wrzucał więcej rzeczy z tego kraju (przy czym bardziej w utworach, niż w albumach). W każdym razie, jestem zadowolony, ale też nie zaskoczony prejzem Uchu, bo ten album ma przeogromnie wysokie notowania zarówno w Japonii, jak i obecnie na całym świecie. Ja wiem, że RYM to tylko RYM, ale kiedy prejz liczy się w tysiącach użytkowników, to już jednak coś znaczy. Chętnie bym Was zmusił do przesłuchania większej ilości albumów Fishmans, no ale jestem uwiązany własnymi zasadami xD Tak więc ありがとうございます wszystkim za odsłuch.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Tak sobie myślałem, że może przyjdzie kiedyś taki moment, iż uznamy, że można wrzucić po raz drugi jakiegoś wykonawcę. Np. kiedy już nam się ulubione rzeczy zaczną powoli kończyć. Tym bardziej, że niektórzy wykonawcy potrafią grać naprawdę różnorodną muzykę i można by było ich zaprezentować z zupełnie innej strony.
No ale jak co, to jeszcze daleka przyszłość.
No ale jak co, to jeszcze daleka przyszłość.
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
No ja to na luzie jeszcze byłbym w stanie wygrzebywać wykonawców przez dobrych kilka edycji (zwłaszcza takich co ich nie lubię), ale jeśli jakimś cudem będziemy się w to bawić dlużej niż rok, to taki reset byłby raczej nieunikniony.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Taki jest plan żeby w pewnym momencie bestka przekształciła się po prostu w temat rekomendacji, już nie takich największych życiowych pereł (najwyżej potencjalnych, w przypadku bieżących odkryć), ale po prostu muzyki, którą uważamy za dobrą i fajnie by było o niej wspólnie podyskutować. Taki wiecie, Klub Muzyczny. Kiedyś by to wyglądało tak, że byśmy się co tydzień spotykali u kogoś w domu i rozmawiali o kolejnym albumie xD W sumie aż żałuję, że tak to nie wygląda. Można kiedyś zrobić zlot best of, np u Shodana (sorry Shodan xD) i wtedy sobie można pogadać xD
W każdym razie, w pewnym momencie na pewno zmienimy trochę zasady i rodzaj tej zabawy, ale to jeszcze hoho. W utworach, to podejrzewam jeszcze kilka lat to potrwa (zakładając, że robimy 50 utworów na rok), a w albumach to nawet nie chce mówić, biorąc pod uwagę jak to się wlecze xD Po 7 miesiącach wisimy na której, 6 kolejce? xD
Można by było niby założyć osobny temat na luźniejsze wrzutki i duble wykonawców, ale już widzę słuchanie albumów na dwa baty. Dev by zdążył Drende poderwać zanim Mentos by ogarnął.
W każdym razie, w pewnym momencie na pewno zmienimy trochę zasady i rodzaj tej zabawy, ale to jeszcze hoho. W utworach, to podejrzewam jeszcze kilka lat to potrwa (zakładając, że robimy 50 utworów na rok), a w albumach to nawet nie chce mówić, biorąc pod uwagę jak to się wlecze xD Po 7 miesiącach wisimy na której, 6 kolejce? xD
Można by było niby założyć osobny temat na luźniejsze wrzutki i duble wykonawców, ale już widzę słuchanie albumów na dwa baty. Dev by zdążył Drende poderwać zanim Mentos by ogarnął.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
A takim tematem nie jest Forumowa Lista Przebojów? xd Nie wiem, raczej nie ma co mnożyć odbytów ponad miarę, co widać po tematach gierkowym oraz bestce DM. Nie żebym był święty xd, ale trochę lipton, bo sam rozważałem założenie Kącika Filmowego, ale uznałem, że i tak pewnie umarłby śmiercią naturalną w okolicach 2 kolejki.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ja na dniach będę w końcu pisał te gry, więc w sumie od Ciebie będzie zależało, czy to pójdzie dalej, czy nie. Kącik filmowy spoko, ale imo taki na mocno zwolnionych obrotach. Np. miesiąc na obejrzenie i opisanie filmu. Inaczej nie ma szans.
Forumowa Lista Przebojów to nie do końca to, bo tam się czasami wrzuca po prostu rzeczy, których się słuchało, ale niekoniecznie się je poleca. Do tego, nie ma tam obowiązku słuchania i komentowania. Mi chodzi o kontynuację bestki, czyli wrzucamy płyty, słuchamy i opisujemy wrażenia. Ale to jest pieśń dosyć dalekiej przyszłości. Ja do bestki utworów mam jeszcze przynajmniej 200+ utworów, co oznacza, że mogę na spokojnie grać bestkowe rzeczy przez najbliższe 4 lata xDDDD W albumach, to ja się nawet jeszcze nie rozpędziłem.
Forumowa Lista Przebojów to nie do końca to, bo tam się czasami wrzuca po prostu rzeczy, których się słuchało, ale niekoniecznie się je poleca. Do tego, nie ma tam obowiązku słuchania i komentowania. Mi chodzi o kontynuację bestki, czyli wrzucamy płyty, słuchamy i opisujemy wrażenia. Ale to jest pieśń dosyć dalekiej przyszłości. Ja do bestki utworów mam jeszcze przynajmniej 200+ utworów, co oznacza, że mogę na spokojnie grać bestkowe rzeczy przez najbliższe 4 lata xDDDD W albumach, to ja się nawet jeszcze nie rozpędziłem.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn