Best of Forum (Albumy) vol. 2
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Björk - Biophilia
Chciałem to i się doczekałem tej Biophilii, chociaż mam w pamięci że sprawdzałem tą płytę gdy wyszła i się wtedy odbiłem, była dla mnie zbyt eksperymentalna może czy co. Ale upłynęło trochę wody w Wiśle od 2011 roku, potem była wrzuta utworowa w bestce, ja sam nauczyłem się nieco lepiej słuchać te rzeczy więc starałem się nastawiać pozytywnie na te doświadczenia z bestek. Sprawdźmy jak to sie udało.
Moon ładnie otwiera melodia harfy, która jak się z czasem okaże będzie głównym elementem aranżacji tego numeru. Nie byłem nigdy jakimś fanem wokalu Björk - nie żebym go hejtował, po prostu ze swoim akcentem dodawał tego chłodnego islandzkiego smaczku nieco i tyle, tu na wejściu pierwsze co słyszę to chyba to że Björk się postarzała, nie jest już to ten wokal z lat 90. który pamiętam, dawniej jej atutem była taka młodzieńcza bystrość w głosie, tak bym to określił, podobnie już tak nie jara mnie późniejszy wokal Kate Bush, wieku nie da się oszukać. Otwieracz w każdym razie przemyka niepostrzeżenie, nie wadzi, trochę taka cisza przed burzą a nastepne w kolejce Thunderbolt więc jakby się zgadza. Tylko że... dziwna sprawa, numer ten chwaliłem w bestce utworowej i widzę że nawet domagałem się tej Biophilii a teraz... że tak powiem nie czuję ISKRY. Myślę że można to poniekąd zrzucić na karb bestki samej w sobie bo po trzech latach udziału na tyle poszerzyłem horyzonty i znalazłem tyle interesującej muzyki dla siebie że teraz jakoś wcale nie mam ochoty na nowszą Björk. Jej wokal nie jest już dla mnie taką wartością sam w sobie a ta muzyka mnie nudzi. Eksperymenty z intrumentami, jakieś kosmiczne rozkminy w tekstach, cuda na kiju, ja jednak wolałem tą bardziej popową odsłonę Islandki. Tesla popierduje, organy buczą, Björk wyje a ja dziś tylko przewracam oczami. Oj nie, widzę że tak jak w przypadku Massive Attack wolimy inne etapy dyskografii tego samego artysty. Crystalline jedzie na dzwoneczkach/cymbałkach, najlepsze jest to że shodan zachwycał się melodiami na tej płycie a dla mnie są w ogóle bez pomysłu. Bit trochę ratuje ten numer pod kątem aranżacji bo samej jazdy na cymbałkach bym nie zniósł. Nie muszę chyba dodawać że i tak najlepsze te Amen brejki pod koniec, wyrywają z marazmu na moment. Niestety przy Cosmogony dalej zatapiam się w agonii słuchając tej płyty. Tak jak shodan pisał - wokal Björk albo się kocha albo nienawidzi, ja powoli zaczynam przychylać się ku temu drugiemu a aranżacje nie ratują tych numerów, realizują na pewno zmyślną koncepcję artystki ale to nie jest show dla moich uszu. Co by nie mówić Czarna Materia sytuacji wcale nie poprawia w tej materii, minimalny aranż na organy i męczący ŁoooOOOoooOO wokal to nie jest u mnie przepis na sukces. Hollow zdaje się Wuja sobie ceni a dla mnie to kolejny mocny sprawdzian cierpliwości i kolejny raz nie wiem gdzie on słyszał te cudne melodie na tej płycie, w wielu miejscach opierają się one na takich pojedynczych brzdąkaniach typu powolne arpeggio, dum dum dum dum dam dum dum. W końcówce wchodzi jakaś drobna odmiana, buczący bas, połamany rytm - gdyby tak było od początku może bym lepiej się na to zapatrywał. Widzę Björk ma tu tendencje do wplatywania ciekawszych rozwiązań kiedy słuchacz już traci resztki nadziei. Virus to chyba najbardziej melodyjny numer na płycie. Tu w końcu coś ładnie płynie choć te dzwoneczki niepotrzebnie aż tak głośno w miksie. Kolejny raz nasuwa mi się jednak myśl że te numery są trochę za długie jak dla mnie. W Sacrifice też w końcu ta melodia jest JAKAŚ, ale brzmienie tych instrumentów specyficzne, harfopodobne, jakoś tak znowu NIE WIEM. Mutual Core to jeden z ciekawszych utworów zdecydowanie, zaczyna się od organów trochę jak Thunderbolt, później z czasem wchodzą rytmiczne łamańce co trochę zawsze urozmaica. No i odrobinę więcej ekspresji na wokalu, jakieś emocje, ta są echa starej dobrej Björk dla mnie. Solstice zamykające album to kolejna nudna plumkanina niestety, tym razem jakby na jakiejś mandolinie.
Wybacz Wuja ale Biophilia to dla mnie ściana od której się odbiłem raczej. Masz specyficzny gust, nie da się ukryć, z dyskografii różnych uznanych wykonawców Ty sięgasz po płyty które dla mnie są po prostu słabe, ale fajnie że są tacy ludzie jak Ty którzy je doceniają. no-man, Massive Attack, Recoil, teraz Björk, przyznam szczerze - gdybym dzięki Tobie poznawał tych wykonawców nie sięgnął bym już chyba po więcej, odechciałoby mi się. Mamy bardzo odmienne gusta w kwestii muzyki elektronicznej czy jak. Ty lubisz takie rzeczy trochę mroczne, trochę smutne, walące melancholią, przytłaczające klimatem, ja się w tym kompletnie nie odnajduję. Ze wspomnianych 4 albumów znajduję dla siebie raptem 1 (!) utwór do którego jestem w stanie wracać i to było Everywhen od MA. No ale nic, spróbowałem czegoś nowego, czegoś innego, nie wyszło, może innym razem coś siądzie, nigdy nie wiadomo.
Chciałem to i się doczekałem tej Biophilii, chociaż mam w pamięci że sprawdzałem tą płytę gdy wyszła i się wtedy odbiłem, była dla mnie zbyt eksperymentalna może czy co. Ale upłynęło trochę wody w Wiśle od 2011 roku, potem była wrzuta utworowa w bestce, ja sam nauczyłem się nieco lepiej słuchać te rzeczy więc starałem się nastawiać pozytywnie na te doświadczenia z bestek. Sprawdźmy jak to sie udało.
Moon ładnie otwiera melodia harfy, która jak się z czasem okaże będzie głównym elementem aranżacji tego numeru. Nie byłem nigdy jakimś fanem wokalu Björk - nie żebym go hejtował, po prostu ze swoim akcentem dodawał tego chłodnego islandzkiego smaczku nieco i tyle, tu na wejściu pierwsze co słyszę to chyba to że Björk się postarzała, nie jest już to ten wokal z lat 90. który pamiętam, dawniej jej atutem była taka młodzieńcza bystrość w głosie, tak bym to określił, podobnie już tak nie jara mnie późniejszy wokal Kate Bush, wieku nie da się oszukać. Otwieracz w każdym razie przemyka niepostrzeżenie, nie wadzi, trochę taka cisza przed burzą a nastepne w kolejce Thunderbolt więc jakby się zgadza. Tylko że... dziwna sprawa, numer ten chwaliłem w bestce utworowej i widzę że nawet domagałem się tej Biophilii a teraz... że tak powiem nie czuję ISKRY. Myślę że można to poniekąd zrzucić na karb bestki samej w sobie bo po trzech latach udziału na tyle poszerzyłem horyzonty i znalazłem tyle interesującej muzyki dla siebie że teraz jakoś wcale nie mam ochoty na nowszą Björk. Jej wokal nie jest już dla mnie taką wartością sam w sobie a ta muzyka mnie nudzi. Eksperymenty z intrumentami, jakieś kosmiczne rozkminy w tekstach, cuda na kiju, ja jednak wolałem tą bardziej popową odsłonę Islandki. Tesla popierduje, organy buczą, Björk wyje a ja dziś tylko przewracam oczami. Oj nie, widzę że tak jak w przypadku Massive Attack wolimy inne etapy dyskografii tego samego artysty. Crystalline jedzie na dzwoneczkach/cymbałkach, najlepsze jest to że shodan zachwycał się melodiami na tej płycie a dla mnie są w ogóle bez pomysłu. Bit trochę ratuje ten numer pod kątem aranżacji bo samej jazdy na cymbałkach bym nie zniósł. Nie muszę chyba dodawać że i tak najlepsze te Amen brejki pod koniec, wyrywają z marazmu na moment. Niestety przy Cosmogony dalej zatapiam się w agonii słuchając tej płyty. Tak jak shodan pisał - wokal Björk albo się kocha albo nienawidzi, ja powoli zaczynam przychylać się ku temu drugiemu a aranżacje nie ratują tych numerów, realizują na pewno zmyślną koncepcję artystki ale to nie jest show dla moich uszu. Co by nie mówić Czarna Materia sytuacji wcale nie poprawia w tej materii, minimalny aranż na organy i męczący ŁoooOOOoooOO wokal to nie jest u mnie przepis na sukces. Hollow zdaje się Wuja sobie ceni a dla mnie to kolejny mocny sprawdzian cierpliwości i kolejny raz nie wiem gdzie on słyszał te cudne melodie na tej płycie, w wielu miejscach opierają się one na takich pojedynczych brzdąkaniach typu powolne arpeggio, dum dum dum dum dam dum dum. W końcówce wchodzi jakaś drobna odmiana, buczący bas, połamany rytm - gdyby tak było od początku może bym lepiej się na to zapatrywał. Widzę Björk ma tu tendencje do wplatywania ciekawszych rozwiązań kiedy słuchacz już traci resztki nadziei. Virus to chyba najbardziej melodyjny numer na płycie. Tu w końcu coś ładnie płynie choć te dzwoneczki niepotrzebnie aż tak głośno w miksie. Kolejny raz nasuwa mi się jednak myśl że te numery są trochę za długie jak dla mnie. W Sacrifice też w końcu ta melodia jest JAKAŚ, ale brzmienie tych instrumentów specyficzne, harfopodobne, jakoś tak znowu NIE WIEM. Mutual Core to jeden z ciekawszych utworów zdecydowanie, zaczyna się od organów trochę jak Thunderbolt, później z czasem wchodzą rytmiczne łamańce co trochę zawsze urozmaica. No i odrobinę więcej ekspresji na wokalu, jakieś emocje, ta są echa starej dobrej Björk dla mnie. Solstice zamykające album to kolejna nudna plumkanina niestety, tym razem jakby na jakiejś mandolinie.
Wybacz Wuja ale Biophilia to dla mnie ściana od której się odbiłem raczej. Masz specyficzny gust, nie da się ukryć, z dyskografii różnych uznanych wykonawców Ty sięgasz po płyty które dla mnie są po prostu słabe, ale fajnie że są tacy ludzie jak Ty którzy je doceniają. no-man, Massive Attack, Recoil, teraz Björk, przyznam szczerze - gdybym dzięki Tobie poznawał tych wykonawców nie sięgnął bym już chyba po więcej, odechciałoby mi się. Mamy bardzo odmienne gusta w kwestii muzyki elektronicznej czy jak. Ty lubisz takie rzeczy trochę mroczne, trochę smutne, walące melancholią, przytłaczające klimatem, ja się w tym kompletnie nie odnajduję. Ze wspomnianych 4 albumów znajduję dla siebie raptem 1 (!) utwór do którego jestem w stanie wracać i to było Everywhen od MA. No ale nic, spróbowałem czegoś nowego, czegoś innego, nie wyszło, może innym razem coś siądzie, nigdy nie wiadomo.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Nawet w przypadku DM jest nie inaczej.stripped pisze:19 lut 2025 10:18Masz specyficzny gust, nie da się ukryć, z dyskografii różnych uznanych wykonawców Ty sięgasz po płyty które dla mnie są po prostu słabe
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Excitera to Ty nie obrażaj 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Ja nie obrażam. To mój nr 1, ale wiadomo, jak go inni postrzegają.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Na tym forum można sobie śmiało odpuścić to „postrzeganie przez innych" heh
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Nie piszę o forum. Tutaj każdy połapany w temacie Exciter. 
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Skończcie Biophilię to będzie można lecieć wrzuty następne 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Coś mi się widzi że do końca lutego spokojnie będziemy jeszcze ślęczeć nad Björk, amirite?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Na razie to bardziej dyskusja Jacka z Mudżynem, ale jak panowie wrócą z mlekiem to na pewno tu zajrzą
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
jestem na tym etapie życia gdzie spędzam po 10h dziennie napierdalając w klawiaturę i szczerze mówiąc nie mam po godzinach siły ani weny na pisanie jakichkolwiek bardziej rozbduowanych form niż "kupa siku pierd", a oprócz beatek mam na głowie i depeszwizję
co gorsza, to nie jest ten przypadek, gdzie mógłbym zlać sprawę i napisać aaa rzetelne, bo to jest, cholera, zbyt dobra płyta na to
tak, wiem, wy też macie prace i życie i tym podobne i wyrabiacie - najwyraźniej nie jestem taki fajny jak wy
co gorsza, to nie jest ten przypadek, gdzie mógłbym zlać sprawę i napisać aaa rzetelne, bo to jest, cholera, zbyt dobra płyta na to
tak, wiem, wy też macie prace i życie i tym podobne i wyrabiacie - najwyraźniej nie jestem taki fajny jak wy
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
ok wierzę w to pierwsze, sam byłem w podróżach, sam s t u d i u j ę takie, a nie inne rzeczy, normalna rzecz Seba
...ale Biofilia dobra?
...ale Biofilia dobra?
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
No ja lubię Bjork niestety 
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Bjork sama w sobie to najgorszy element płyty. Poza tym spoko.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Większość jej płyt jest znacznie lepsza, poza tym spoko. Albo jakieś najtisowe mroźne elektroniczne rzeczy albo bardziej sprawnie edgy na klubowo albo te pierwsze udane płyty jako wysoki standard popowy. Tutaj jest tylko nieźle, ale shodan nie wspomina o całym kontekście, bo zatrzymując się tylko na ładnym śpiewaniu i basowym pierdach no to jest już stypa zupełna.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Stypa baza
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Dragon nie obrzydzaj innym kurde no. 
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Mnie to tylko ciekawi coś więcej na ten temat 
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Zacznę od tego, że ciężko mi się jednoznacznie ustosunkować do Bjork. Bo z jednej strony to nigdy nie był mój panteon, mój szczyt, moja ekstraklasa, moje co tam jeszcze se dacie wśród śpiewających pań, ale z drugiej mam do niej dużo dużo sympatii. Znam jej klasyczne krążki, cenię, szanuję, koncert na który wbiłem po znajomości za frajer (w życiu by mnie nie było stać w innym przypadku xd) był więcej niż dobry i mam sentyment chociażby związany z faktem, że miałem dziewczynę, która była fanką. Ale z drugiej strony jeśli pod wpływem takich nacisków (tak, jestem pantoflem) i doświadczeń nie przeszedłem z sympatyka na fana, to może po prostu nie było mi to dane?
Cóż, kilka odsłuchów Biofilii raczej utrzymało mnie w moich dotychczasowych przekonaniach. Co jest trochę przewrotne, bo uważam tę płytę za klimatyczną, ciekawą, oryginalną, pomysłową i <wstaw pozytywny przymiotnik>. Co więcej, ta płyta na pewno jest JAKAŚ, a czytający moje dyrdymały wiedzą dobrze, że jak dopatrzę się mitycznego "tego czegoś", to się jaram i generalnie przymykam uszy na wiele.
Ale, jakkolwiek śmiesznie to zabrzmi, mam tu wrażenie, że tego CZEGOŚ momentami jest tu aż za dużo. Słychać ewidentnie, że laska włożyła w te płytę całe serce i wszystkie swoje trzewia, nie odrzucę jej umiejętności tworzenia klimatycznych, interesujących kompozycji, ale mam wrażenie, że momentami jest daje z siebie aż za dużo i aż chcę użyć metafory o wyrzucaniu trzewi, ale jakoś mi tu nie pasuje.
Na pewno jest to muzyka, do której potrzebowałbym warunków, odpowiedniego nastroju oraz samopoczuucia i relatywnie dużego skupienia. Może awangarda to za duże słowo, ale na razie na ten moment nie jestem w stanie tu usłyszeć rzeczy, które mógłbym sobie wrzucić na playliste i tak o wracać, a mimo wszystko bez przesady - na starych albumach Bjork bym takie rzeczy znalazł.
Z pewnością rozumiem wszelkich krytyków jej wokalu, ale pisząc rozumiem z pewnością nie mam na myśli popieram. W paru miejscach może i laska może brzmieć groteskowo, ale ja lubię ten jej wokal lubię i mi to nie wadzi. Inna sprawa to to, że mam wrażenie, że dzięki a to wokalowi, a to specyficznie brzmiącemu instrumentarium, ta płyta stanowi łatwy cel do wszelkiej maści szydery.
I momentami jestem tu rozdarty, bo kumam bekę, pewnie byłyby dni, w których chciałbym do niej dołączyć, ale z drugiej… no jakoś nie miałbym serca dissować płytę, na której to mityczne COŚ jest, a specyficzna aura wylewa się z każdego dźwięku.
Będzie bez rozkładania na utwory pierwsze, ale pozwolę sobie parę rzeczy wyróżnić. Najwięcej odtworzeń ma na wszelkiej maści streamingach Crystalline i jestem w stanie to zrozumieć - chyba najbliższa popowi, a na pewno starej Bjork rzecz. Powtarzanie tytułowej frazy w refrenie ultra catchy, całość ma to specyficzne napięcie plus jest zakończone turbolosową końcówką. Hollow stoi tu na drugim biegunie, momentami wręcz zalatuje eksperymentem i jest specyficzne, ale summa summarum ja mam słabość do takich poszukiwań i to kupuję. Ja wiem, że niby bonusów mieliśmy nie słuchać, ale siedmiominutowa wersja bardzo fajna!
Moją uwagę też przyciągnęły Moon, Cosmogonia i Mutual Core (refren!). Aczkolwiek gdybym miał nieodpowiedni dzień, to mam wrażenie, że pewnie bym na nie był radykalnie wręcz obojętny.
Cóż, szacun z mojej strony dla Wuja za to, że jako jedyny tutaj był w stanie zaprezentować cokolwiek z repertuaru Bjork i to czegoś mniej oklepanego, aczkolwiek jeśli chciałbym przekonać tutejszych maruderów do pani islandki, to jednak wybrałbym coś innego. Tak czy siak, RZETELNA półka uzupełniona o kolejną pozycję z czystym sumieniem.
Cóż, kilka odsłuchów Biofilii raczej utrzymało mnie w moich dotychczasowych przekonaniach. Co jest trochę przewrotne, bo uważam tę płytę za klimatyczną, ciekawą, oryginalną, pomysłową i <wstaw pozytywny przymiotnik>. Co więcej, ta płyta na pewno jest JAKAŚ, a czytający moje dyrdymały wiedzą dobrze, że jak dopatrzę się mitycznego "tego czegoś", to się jaram i generalnie przymykam uszy na wiele.
Ale, jakkolwiek śmiesznie to zabrzmi, mam tu wrażenie, że tego CZEGOŚ momentami jest tu aż za dużo. Słychać ewidentnie, że laska włożyła w te płytę całe serce i wszystkie swoje trzewia, nie odrzucę jej umiejętności tworzenia klimatycznych, interesujących kompozycji, ale mam wrażenie, że momentami jest daje z siebie aż za dużo i aż chcę użyć metafory o wyrzucaniu trzewi, ale jakoś mi tu nie pasuje.
Na pewno jest to muzyka, do której potrzebowałbym warunków, odpowiedniego nastroju oraz samopoczuucia i relatywnie dużego skupienia. Może awangarda to za duże słowo, ale na razie na ten moment nie jestem w stanie tu usłyszeć rzeczy, które mógłbym sobie wrzucić na playliste i tak o wracać, a mimo wszystko bez przesady - na starych albumach Bjork bym takie rzeczy znalazł.
Z pewnością rozumiem wszelkich krytyków jej wokalu, ale pisząc rozumiem z pewnością nie mam na myśli popieram. W paru miejscach może i laska może brzmieć groteskowo, ale ja lubię ten jej wokal lubię i mi to nie wadzi. Inna sprawa to to, że mam wrażenie, że dzięki a to wokalowi, a to specyficznie brzmiącemu instrumentarium, ta płyta stanowi łatwy cel do wszelkiej maści szydery.
I momentami jestem tu rozdarty, bo kumam bekę, pewnie byłyby dni, w których chciałbym do niej dołączyć, ale z drugiej… no jakoś nie miałbym serca dissować płytę, na której to mityczne COŚ jest, a specyficzna aura wylewa się z każdego dźwięku.
Będzie bez rozkładania na utwory pierwsze, ale pozwolę sobie parę rzeczy wyróżnić. Najwięcej odtworzeń ma na wszelkiej maści streamingach Crystalline i jestem w stanie to zrozumieć - chyba najbliższa popowi, a na pewno starej Bjork rzecz. Powtarzanie tytułowej frazy w refrenie ultra catchy, całość ma to specyficzne napięcie plus jest zakończone turbolosową końcówką. Hollow stoi tu na drugim biegunie, momentami wręcz zalatuje eksperymentem i jest specyficzne, ale summa summarum ja mam słabość do takich poszukiwań i to kupuję. Ja wiem, że niby bonusów mieliśmy nie słuchać, ale siedmiominutowa wersja bardzo fajna!
Moją uwagę też przyciągnęły Moon, Cosmogonia i Mutual Core (refren!). Aczkolwiek gdybym miał nieodpowiedni dzień, to mam wrażenie, że pewnie bym na nie był radykalnie wręcz obojętny.
Cóż, szacun z mojej strony dla Wuja za to, że jako jedyny tutaj był w stanie zaprezentować cokolwiek z repertuaru Bjork i to czegoś mniej oklepanego, aczkolwiek jeśli chciałbym przekonać tutejszych maruderów do pani islandki, to jednak wybrałbym coś innego. Tak czy siak, RZETELNA półka uzupełniona o kolejną pozycję z czystym sumieniem.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Aglomeracjo łódzka obudź się <3
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Bjork - Biophilia
Zawsze kiedy próbowałem w bestkach przeforsować trochę minimalizmu, największy opór stawiał zawsze Wuja, który zawsze preferował rozmach i przepych. Tym bardziej zaskoczony byłem po przesłuchaniu „Biophilii”, bo to jest dokładnie ten typ albumu, który Shodan z miejsca zjeżdża za nudę, słabe kompozycje, itd. Nie będę się pastwił, ale jest to po prostu zaskakujące. Druga sprawa, to Bjork. Jakiś, dłuższy czas temu, zdaje się kiedy ktoś wrzucił Islandkę do utworowej, zastanawiałem się, dlaczego nigdy nie zabrałem się na poważnie za Bjork. Obcowanie z „Biophilią” dało mi przynajmniej częściową odpowiedź na to pytanie. Największy problem w kwestii Bjork mam niestety z samą Bjork. Jej wokal i maniera, które doceniam i na swój sposób uważam za dobre i interesujące, na dłuższą metę są dla mnie deal breakerem. Kiedy słucham Bjork, odnoszę wrażenie, że ona jednocześnie potrafi i nie potrafi śpiewać, lub z premedytacją robi to w sposób, który męczy. Ta maniakalna, oparta na niekontrolowanych, mocno opartych o fałsze, krzykach, wyciach, jękach, połączona z dosyć gdakliwymi rejestrami, w które wchodzi, sprawia, że na długości albumu, nie jestem w stanie obcować z Bjork bez skrzywienia. Chciałem to mieć z dupy na starcie recenzji, bo to się generalnie tyczy całego albumu. Co gorsze, Bjork nie stara się tutaj o jakieś melodie wokalu. Tzn. jakieś są, ale wydają się być identyczne w każdym utworze i bardziej przypominają tutaj jakieś plemienne, obrzędowe śpiewy, w których o wiele większą wagę kładzie się na intensywność wyśpiewywanych rzeczy, niż melodyjność, itd. To jest oczywiście, na swój sposób, ciekawe, ale po raz kolejny zaskakuje mnie, że to akurat WUJA ukochał sobie taki album. Będę o tym pamiętał. Co mi się podoba natomiast, to te gęste, „chóralne” chórki w tle, które przelatują przez numery niemal jak duchy. To jest zajebiste.
Przejdźmy do utworów i do muzyki, a owa muzyka jest na „Biophilii” naprawdę spoko. „Moon” ma w sobie wrażliwość Nicka D., minimalizm w najlepszym no-manowym wydaniu, bezbronność i nagość jaką w muzyce lubię. „Thunderbolt” budzi u mnie kojarzenia z Kraftwerk. Jednostajny bit, jednostajny syntezator, klimat żywcem wyjęty z „The Hall of Mirrors”. Na etapie „Crystaline” zorientowałem się, że Bjork prezentuje tutaj numery niemal jak w książce kucharskiej, każdy złożony z innych składników i smakujący inaczej (acz większość na zimno). Bawi mnie ten break-dance, który wchodzi na końcu, ale nie odrzuca, w dziwny sposób to pasuje. Jest to nadęte i pretensjonalne, ale to płyta Bjork, nie będę się czepiał konia zaprzęgowego, że sra na drogę. W „Cosmogony” Bjork nawet sili się na jakiś konkretniejszy refren. Wchodzą te fajne chórki, które już chwaliłem wcześniej, muzyka też fajnie pulsuje w tle. Gruby minimalizm, siadło mi. Wchodzą ciche organy. Czy ja jestem w kościele? Chyba to już kiedyś mówiłem, ale mam fetysz na „kościół”? Chodzi mi o sam budynek i elementy, np. organy, oczywiście nie o kościół jako grono duchownych. „Dark Matter” ma w sobie ten mistycyzm. Jarają mnie takie kawałki, bo robią klimat. Z artystycznego punktu widzenia, jest to bezwartościowe, ale jeśli robi klimat, to jak najbardziej jestem za. Bjork fajnie działa też tutaj wokalem, widać że tu wszystko było mocno przemyślane, mimo że pozornie brzmi jak nagrane na kolanie. „Hollow” psuje trochę dobre wrażenie, przypomina wręcz momentami moje słynnego Złotego Ziobrę z Depeszwizji. Jednocześnie, te „dziabnięcia” orkiestry z klawisza, przypominają mi trochę „Easter Theater” XTC. Tam, Andy Partridge chciał uzyskać brzmienie korzeni drzewa, wciskających się w ziemię. Nie wiem co chciała uzyskać Bjork, może to taki muzyczny dadaizm z jej strony, może kryje się za tym coś więcej, nie wiem. Kiedy wchodzi bit, robi się tylko odrobinę mniej kuriozalnie. Podoba mi się ten spadający dźwięk, budzi u mnie skojarzenia ze „Smog” Bomb the Bass. Dziwny kawałek. Jeszcze do niego wrócę w tej recenzji. „Virus” ma coś co brzmi jak jakaś kalimba, a do tego dochodzą wyjątkowo fajne dzwoneczki (albo cymbałki). Mam już alergię na użycia cymbałków przez zespoły indie, ale ro nie jest płyta indie. Delikatny bit robi robotę. Bjork wyjątkowo daje rade wokalnie. „Sacrifice” brzmi jak jeden z bardziej konwencjonalnych numerów na płycie. Szaleńczy bit ala Thom Yorke, nie robi tym razem roboty, to są niepotrzebne emocjonalne wybuchy w tym kawałku. Ogólnie jednak się broni. „Mutual Core” zaczyna się jak jakiś numer Nobuo Uematsu z „Final Fantasy VIII”, totalnie midi organy. Robi się nieco „leśniej”, ale nadal kościół-core. Aż czekam, kiedy Bjork wjedzie w jakieś „Jezus jest z nami tu”, czy „Idzie mój Pan”. Fajny, „sunący” bit. Śmiechłem z tego IDM wejścia w połowie. Szału nie ma, chociaż ten rosnący chórek w tle robi robotę. Fajne jest powrotne przejście w organy. Trochę przekombinowany numer, wolałbym gdyby całość szła z tymi organami, ale już tam. „Solstice” wraca na do gotyckich klimatów, o ile nie średniowiecznych. Od razu mam skojarzenia z serią gier „Thief” pomimo eto, że tam generalnie takiej muzyki nie ma. Mam tez lekkie skojarzenia z soundtrackiem do „Atlantis 2”. Bjork wyje niesamowicie, to w sumie jedyny zarzut jaki mam do tego numeru, bo generalnie jest zajebisty.
Wersja płyty jaką zassałem, ma trzy bonusy. Najpierw 7-minutowa wersja „Hollow”. Trudno mi wyłapać moment, w którym to jest dłuższe, no numer jak numer, o dziwo nie irytuje jakoś bardzo. Następnie wchodzi inna wersja „Dark Matter” z dopiskiem „choir & organ”. To w oryginale było co? Nie organy? Tutaj faktycznie brzmi to odrobinę inaczej, ale nie aż tak xD Ostatni kawałek to „Náttúra”, czyli jedyna nówka. Bardzo ciekawa rzecz. Fajne, pseudo-tribalowe bity, eksperymenty wokalne w tle, bujający bas. Brzmi to jak jazda w kalejdoskopie. Naprawdę fajna rzecz.
Ps. doczytałem, że ten numer robił jej Thom Yorke. Najs.
Bałem się tej płyty, nie chciało mi się jej słuchać, nie miałem ochoty na Bjork, ale ostatecznie okazało się, że nie było źle. Może dlatego, że tak się najeżyłem przed usłyszeniem jakiegokolwiek dźwięku z tego albumu, ale mogę powiedzieć, że w zasadzie wszystko wypadło tu lepiej niż się spodziewałem/obawiałem. Nawet wokal Bjork. Muzycznie jest straszny śmietnik, ale śmietnik w stylu, który ten śmietnik usprawiedliwia. Bjork ma pewnie ADHD i ten album jest tego idealnym reprezentantem. Powiem szczerze, że pomimo wszystkich wad, jest to nadal jedna z najlepszych wrzut Wuja. Muzycznie, generalnie wszystko mi tu siadło. Wokalnie, średnio, ale jak na Bjork, to i tak uważam, że się nachwaliłem. Teksty w dużej mierze zignorowałem, wiem, że Bjork to bardzo natchniona osoba, momentami wyłapywałem fragmenty i były w sumie dosyć cringowe, więc wolałem się nie wsłuchiwać, nie wiem, może robię błąd, a może nie. W każdym razie, szokująco dobry album. Zaryzykuje nawet stwierdzenie, że to album który jest nierzetelny, i dlatego tak dobry.
Zawsze kiedy próbowałem w bestkach przeforsować trochę minimalizmu, największy opór stawiał zawsze Wuja, który zawsze preferował rozmach i przepych. Tym bardziej zaskoczony byłem po przesłuchaniu „Biophilii”, bo to jest dokładnie ten typ albumu, który Shodan z miejsca zjeżdża za nudę, słabe kompozycje, itd. Nie będę się pastwił, ale jest to po prostu zaskakujące. Druga sprawa, to Bjork. Jakiś, dłuższy czas temu, zdaje się kiedy ktoś wrzucił Islandkę do utworowej, zastanawiałem się, dlaczego nigdy nie zabrałem się na poważnie za Bjork. Obcowanie z „Biophilią” dało mi przynajmniej częściową odpowiedź na to pytanie. Największy problem w kwestii Bjork mam niestety z samą Bjork. Jej wokal i maniera, które doceniam i na swój sposób uważam za dobre i interesujące, na dłuższą metę są dla mnie deal breakerem. Kiedy słucham Bjork, odnoszę wrażenie, że ona jednocześnie potrafi i nie potrafi śpiewać, lub z premedytacją robi to w sposób, który męczy. Ta maniakalna, oparta na niekontrolowanych, mocno opartych o fałsze, krzykach, wyciach, jękach, połączona z dosyć gdakliwymi rejestrami, w które wchodzi, sprawia, że na długości albumu, nie jestem w stanie obcować z Bjork bez skrzywienia. Chciałem to mieć z dupy na starcie recenzji, bo to się generalnie tyczy całego albumu. Co gorsze, Bjork nie stara się tutaj o jakieś melodie wokalu. Tzn. jakieś są, ale wydają się być identyczne w każdym utworze i bardziej przypominają tutaj jakieś plemienne, obrzędowe śpiewy, w których o wiele większą wagę kładzie się na intensywność wyśpiewywanych rzeczy, niż melodyjność, itd. To jest oczywiście, na swój sposób, ciekawe, ale po raz kolejny zaskakuje mnie, że to akurat WUJA ukochał sobie taki album. Będę o tym pamiętał. Co mi się podoba natomiast, to te gęste, „chóralne” chórki w tle, które przelatują przez numery niemal jak duchy. To jest zajebiste.
Przejdźmy do utworów i do muzyki, a owa muzyka jest na „Biophilii” naprawdę spoko. „Moon” ma w sobie wrażliwość Nicka D., minimalizm w najlepszym no-manowym wydaniu, bezbronność i nagość jaką w muzyce lubię. „Thunderbolt” budzi u mnie kojarzenia z Kraftwerk. Jednostajny bit, jednostajny syntezator, klimat żywcem wyjęty z „The Hall of Mirrors”. Na etapie „Crystaline” zorientowałem się, że Bjork prezentuje tutaj numery niemal jak w książce kucharskiej, każdy złożony z innych składników i smakujący inaczej (acz większość na zimno). Bawi mnie ten break-dance, który wchodzi na końcu, ale nie odrzuca, w dziwny sposób to pasuje. Jest to nadęte i pretensjonalne, ale to płyta Bjork, nie będę się czepiał konia zaprzęgowego, że sra na drogę. W „Cosmogony” Bjork nawet sili się na jakiś konkretniejszy refren. Wchodzą te fajne chórki, które już chwaliłem wcześniej, muzyka też fajnie pulsuje w tle. Gruby minimalizm, siadło mi. Wchodzą ciche organy. Czy ja jestem w kościele? Chyba to już kiedyś mówiłem, ale mam fetysz na „kościół”? Chodzi mi o sam budynek i elementy, np. organy, oczywiście nie o kościół jako grono duchownych. „Dark Matter” ma w sobie ten mistycyzm. Jarają mnie takie kawałki, bo robią klimat. Z artystycznego punktu widzenia, jest to bezwartościowe, ale jeśli robi klimat, to jak najbardziej jestem za. Bjork fajnie działa też tutaj wokalem, widać że tu wszystko było mocno przemyślane, mimo że pozornie brzmi jak nagrane na kolanie. „Hollow” psuje trochę dobre wrażenie, przypomina wręcz momentami moje słynnego Złotego Ziobrę z Depeszwizji. Jednocześnie, te „dziabnięcia” orkiestry z klawisza, przypominają mi trochę „Easter Theater” XTC. Tam, Andy Partridge chciał uzyskać brzmienie korzeni drzewa, wciskających się w ziemię. Nie wiem co chciała uzyskać Bjork, może to taki muzyczny dadaizm z jej strony, może kryje się za tym coś więcej, nie wiem. Kiedy wchodzi bit, robi się tylko odrobinę mniej kuriozalnie. Podoba mi się ten spadający dźwięk, budzi u mnie skojarzenia ze „Smog” Bomb the Bass. Dziwny kawałek. Jeszcze do niego wrócę w tej recenzji. „Virus” ma coś co brzmi jak jakaś kalimba, a do tego dochodzą wyjątkowo fajne dzwoneczki (albo cymbałki). Mam już alergię na użycia cymbałków przez zespoły indie, ale ro nie jest płyta indie. Delikatny bit robi robotę. Bjork wyjątkowo daje rade wokalnie. „Sacrifice” brzmi jak jeden z bardziej konwencjonalnych numerów na płycie. Szaleńczy bit ala Thom Yorke, nie robi tym razem roboty, to są niepotrzebne emocjonalne wybuchy w tym kawałku. Ogólnie jednak się broni. „Mutual Core” zaczyna się jak jakiś numer Nobuo Uematsu z „Final Fantasy VIII”, totalnie midi organy. Robi się nieco „leśniej”, ale nadal kościół-core. Aż czekam, kiedy Bjork wjedzie w jakieś „Jezus jest z nami tu”, czy „Idzie mój Pan”. Fajny, „sunący” bit. Śmiechłem z tego IDM wejścia w połowie. Szału nie ma, chociaż ten rosnący chórek w tle robi robotę. Fajne jest powrotne przejście w organy. Trochę przekombinowany numer, wolałbym gdyby całość szła z tymi organami, ale już tam. „Solstice” wraca na do gotyckich klimatów, o ile nie średniowiecznych. Od razu mam skojarzenia z serią gier „Thief” pomimo eto, że tam generalnie takiej muzyki nie ma. Mam tez lekkie skojarzenia z soundtrackiem do „Atlantis 2”. Bjork wyje niesamowicie, to w sumie jedyny zarzut jaki mam do tego numeru, bo generalnie jest zajebisty.
Wersja płyty jaką zassałem, ma trzy bonusy. Najpierw 7-minutowa wersja „Hollow”. Trudno mi wyłapać moment, w którym to jest dłuższe, no numer jak numer, o dziwo nie irytuje jakoś bardzo. Następnie wchodzi inna wersja „Dark Matter” z dopiskiem „choir & organ”. To w oryginale było co? Nie organy? Tutaj faktycznie brzmi to odrobinę inaczej, ale nie aż tak xD Ostatni kawałek to „Náttúra”, czyli jedyna nówka. Bardzo ciekawa rzecz. Fajne, pseudo-tribalowe bity, eksperymenty wokalne w tle, bujający bas. Brzmi to jak jazda w kalejdoskopie. Naprawdę fajna rzecz.
Ps. doczytałem, że ten numer robił jej Thom Yorke. Najs.
Bałem się tej płyty, nie chciało mi się jej słuchać, nie miałem ochoty na Bjork, ale ostatecznie okazało się, że nie było źle. Może dlatego, że tak się najeżyłem przed usłyszeniem jakiegokolwiek dźwięku z tego albumu, ale mogę powiedzieć, że w zasadzie wszystko wypadło tu lepiej niż się spodziewałem/obawiałem. Nawet wokal Bjork. Muzycznie jest straszny śmietnik, ale śmietnik w stylu, który ten śmietnik usprawiedliwia. Bjork ma pewnie ADHD i ten album jest tego idealnym reprezentantem. Powiem szczerze, że pomimo wszystkich wad, jest to nadal jedna z najlepszych wrzut Wuja. Muzycznie, generalnie wszystko mi tu siadło. Wokalnie, średnio, ale jak na Bjork, to i tak uważam, że się nachwaliłem. Teksty w dużej mierze zignorowałem, wiem, że Bjork to bardzo natchniona osoba, momentami wyłapywałem fragmenty i były w sumie dosyć cringowe, więc wolałem się nie wsłuchiwać, nie wiem, może robię błąd, a może nie. W każdym razie, szokująco dobry album. Zaryzykuje nawet stwierdzenie, że to album który jest nierzetelny, i dlatego tak dobry.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn