Post
02 mar 2025 22:27
Björk - Biophilia
Mam problem z Björk (z czym ja zresztą nie mam problemu...). Niemal wszystko, co nagrywała tak mniej więcej do okolic Medúlli uważam za złoto, z kolei wszystko, co nagrała po 2004 uważam za pretensjonalne gówno. No dobra, niemal wszystko. Inna sprawa, że przebitki tak dziwacznej twórczości, jaką serwuje już ponad dwie dekady, pojawiały się wcześniej. Po prostu było ich mało. Gdzie Venus as a Boy, gdzie All Is Full Of Love, gdzie wyśmienitość krążka Post... Nie ma i nie będzie (~Magdalena Okraska).
Björk, jak już powiedziałem wyżej, tonie w pretensjonalnym gównie, ale nie jest to wina muzyki. Powiem wręcz inaczej - muzyka wciąż potrafi się bronić, problemem jest wokal (choć też nie zawsze). Kiedy słyszę te wszystkie jękozaśpiewy, to autentycznie robi mi się niedobrze, zwłaszcza, iż kobieta od dłuższego czasu brzmi, jakby w trakcie pracy wokalem się zwyczajnie dusiła. Nie jestem w stanie kupić tej formy już od dawna, to po prostu bardzo źle brzmi, kojarzy mi się z wyjątkowo kiepskim teatrem, przesyconym formą a niemal pozbawionym treści, jednocześnie wszyscy Ważni Krytycy<TM> się spuszczają, a jeśli Ty, Droga Osobo, nie podzielasz tych zachwytów, to jesteś po prostu wieśniakiem, wracaj lepiej na pole doglądać swojej brukwi (KMWTW). Dobrze, a więc już powiedziałem to najważniejsze w swojej recenzji - Björk to gówno.
A teraz powiem drugie najważniejsze - ta płyta mi się... podoba. Ale ale ale - składają się na to przede wszystkim dwie rzeczy. Pierwszą jest, a jakże, nostalgia, albowiem koło jesieni 2011 zacząłem do Björk powracać, aby skoncentrować się mocniej na jej twórczości post-Vespertine. Samą Islandkę poznałem "świadomie" dokładnie latem 2007 po tym, gdy na VH1 zobaczyłem klip do Human Behaviour. Numer mnie kupił od razu, zassałem bestkę i się zachwycałem, a potem dowiedziałem się, że kilka miesięcy wcześniej wypuściła nowy krążek. Zassałem, posłuchałem, odbiłem się. Probówałem potem jeszcze w 2009, też się odbiłem, ale nieco mniej (wtedy akurat zaciągnąłem jej całą dotychczasową dyskografię i doszedłem do wniosku, że najlepsze rzeczy robiła zanim jej twórczo odbiło). No a potem przyszedł rok 2011, który był jakimś streakiem powrotów-rozczarowań, vide The King of Limbs od Radiogłowych. Biophilia mimo wszystko zaczęła mi... siadać. Dlaczego?
I tu przechodzimy do drugiej rzeczy - muzyka na Biophilii jest świetna. Ba! to jest mało powiedziane. Ona jest doskonała. Dla mnie ten krążek wziął to, co było najlepsze w Volcie i nawet Medúlli, uwypuklił to poprzez... minimalizację, poddał obróbce termicznej dobrej produkcji i wcisnął mi wprost do uszu w momencie, w którym zacząłem mocniej szukać eksperymentów (co zaprowadziło mnie do cuchnącej stajni hipsterstwa). Nawet sama Björk nie masakruje wszystkiego tak bardzo swoim wokalem. Co więcej - czasami ten wokal brzmi po prostu... no właśnie, nie tyle dobrze sam przez siebie, ale brzmi na dobrze dopasowany do tej muzy. Nie mogło się obejść bez fakapów (np. nudne Cosmogony), to oczywiste, ale utwory takie jak Thunderbolt, Hollow, Virus czy Solstice to samo gęste.
Dobra, może jakieś omówienie czy coś, bo się ściemnia. Lubię Moon, choć nie jest to ani trochę oczywiste dla mnie i nie było takie od samego początku. Oparcie utworu o właściwie jeden instrument (choć w rękach kilku osób na raz) dało mu cudowny, minimalistyczny nastrój (wiem, powtarzam to słowo, ale mam to w dupie). Pamiętam, że od pierwszego odsłuchu wokal Córki Gudmunda mnie rozłożył na łopatki, ale poprzez wbicie szpilek w uszy. No, nie polubiliśmy się. Do teraz uważam, że najlepsze rzeczy to ona tutaj robi w mniej więcej drugiej połowie numeru, kiedy wchodzą harmonie i chórek (zrobiony, zdaje się, z harmonii). Harfy dają wtedy to idealne, delikatne podbicie i wszystko jest na swoim miejscu. Thunderbolt to z kolei taka piosenka, której od samego początku miałem szybko dosyć i jednocześnie... nie miałem. Nie wiem, drodzy PT Forumowicze czy wiecie, o co mi chodzi. To sytuacja, w której coś jest tak paskudne, że aż fascynujące, coś jest tak denerwujące, że aż nie pozwala, by to odrzucić w zupełności, każe się zaangażować i słuchać. Poza tym, jak ten bas ma nie hipnotyzować? "Bas" bardziej, zagrany na... cewce Tesli, peak eksperymentatorstwa na tamten czas jak dla mnie. Plus znów dobre harmonie. O tak, Björk potrafi, kiedy robi harmonie. Refren jej tutaj co prawda nawet wyszedł solo (jeżeli pragnienie cudów możemy refrenem w ogóle nazwać, no ale powiedzmy), ale pamiętajmy, to nie reguła (przynajmniej ja to pamiętam).
Crystalline, o ile dobrze kojarzę, było pierwszym singlem z krążka i zdziwił mnie ten wybór na początku, Virus byłby lepszy (a ukazał się chyba jako ostatni). Żadnej takiej singlowo-radiowej lekkości (zresztą, co na Biophilii W OGÓLE takie jest), jedynie plumkające przeszkadzajki. Tyle tylko, że Musiał AD 2011, poza byciem wkurwiającym i podejrzanie ubranym pseudo-hipsterem, wsiąkał już mocno w takie rozwiązania. Także no, spodobał mi się ten kawałek. Nawet, jeśli wiele by zyskał, gdyby został instrumentalem lol. Ale trzeba oddać cesarzowej co cesarskie, harmonie znów sprawiają, że da się tego słuchać. A co do reszty, kaman, jak może się NIE podobać ten bit? Zwłaszcza, gdy na sam koniec wjeżdża dziwaczna wariacja nt. drum and bass w miejscu, w którym by się nie szło takowej spodziewać. Crystalline jest piękne <3 Cosmogony z kolei przynudza. Rozumiem zamysł wsadzenia spokojniejszego, wręcz usypiającego kawałka zaraz po czymś, co było islandzką wersją Walkera od no-man (w swojej końcówce), ale to jest akurat ta Björk, za którą średnio przepadam. Aż do... zgadliście, CHÓRKÓW. Co ja poradzę, jej głos wyizolowany brzmi fatalnie (tyle tylko, że nie przez samo jego brzmienie, a przez fatalną moim zdaniem manierę śpiewu), zaś w towarzystwie innych głosów jest zaskakująco dobry WCIĄŻ (pomijam ten aspekt, że kobieta się po prostu starzeje i wbrew opinii wielu osób idzie to wyczuć, a raczej usłyszeć).
Dark Matter... Mógł to być w ogóle pierwszy utwór z tego krążka, jaki sobie puściłem. Zapewne kupił mnie tytułem, ale też tytuł wyjątkowo dopasował się do ogólnego nastroju piosenki. Tę uważam za bardzo dobrą, choć nie rezonuje ze mną tak mocno jak wtedy, kiedy pierwszy raz ją usłyszałem (a było to niedługo przed tzw. incydentem katowickim, który już mniej lub bardziej swoimi wrzutkami opisywałem). Wtedy była już jesień, nadchodził mrok i niepokój, zapowiadały się nieprzyjemne wydarzenia, jakie miały wkrótce mnie nawiedzić (nawet, jeśli za dnia zwykle ostro świeciło jeszcze słońce). Teraz, kiedy jesteśmy u progu wiosny, nie czuję "tego czegoś" aż tak bardzo. Bardziej trafia do mnie Hollow, zwłaszcza po latach. Aranż muzyczny tego kawałka jest fenomenalny, przywodzi na myśl jakąś oprawę do opery, albo przynajmniej dobrej sztuki z orkiestrą na żywo (i żadni bufonowaci krytycy nie są mi w stanie tego spier*olić). To głośniej, to ciszej, nieco ostrzej, a potem spokojniej, nawet nie do końca wiem, co to za instrumentarium poza organami tam jest grane, a wyszło złoto. Teatralne to do bólu, mimo to świetne. O chórkach i harmoniach już mówiłem? A jeszcze ten drop na koniec...
Virus to paradoksalnie chyba najbliższy jakieś bardziej normalnej piosenkowej strukturze numer na tej płycie. W dodatku muzycznie najbardziej też chyba przystępny. Ale to nie wszystko - to również numer, w którym wokal Björk solo nie męczy (tzn. mnie nie męczy), wręcz brzmi... dobrze. Wróć - on brzmi BARDZO dobrze. A to, jak śpiewa to delikatne "uhuhuuhuuuuu" to już w ogóle jest po prostu piękne. Islandka potrafi, nie zawsze może jej wyjdzie (ostatnio przynajmniej), ale tutaj wychodzi to fantastycznie. Może to natura love songu, może jeszcze coś innego, nie wiem. Ale czilowość tej piosenki zawsze mnie pacyfikowała, nie inaczej jest tym razem. Sacrifice z kolei wraca do rzędu tych numerów na Biophilii (czy od Björk tak w ogóle), które mogłyby być instrumentalami i ludzkość by wcale nie ucierpiała. Ponownie też jednak, sprawy głosowe ratują harmonie. Muzyka ma cudowny metaliczny feeling, taka nastrojowa ambientowo-industrialowa otoczka o nieco orientalnym charakterze. Dopóki na ficzer nie wbija Skrillex i robi się... dalej ciekawie. No ale beat robił koleś z Current Value, a nawet ja wiem kto to jest (a to chyba o czymś świadczy, albo nie świadczy nic o niczym). Chyba pod wpływem tego numeru (lub szerzej niektórych rozwiązań na całym krążku) tak bardzo siadło mi Nedry.
Mutual Core próbuje mnie uspokoić w bardzo świątynny (bo na pewno nie uświęcony) sposób, Munlup ładnie określił to mianem kościół-core (ale to kościół, w którym Matthew Herbert robi za wikarego), choć określenie to nie wyczerpuje niczego. W ogóle nic tu niczego nie wyczerpuje, utwór jest tak rozenergetyzowany, że mógłby się znaleźć na soundtracku do któregoś Matrixa gdydy nie to, że wyszedł przed premierą tylko jednego, gdzie elementem soundtracku mogłoby z powodzeniem być House of Fun od Madness. Tak, MC może nie jest najostrzejszym ołówkiem w piórniku ani najlepszą produkcją, jaka trafiła na Biophilię, ale miło mi się wraca. Solstice to taka klamra w odniesieniu do Moon, tylko lepsza od swojej towarzyszki z początku krążka. Jest jeszcze oszczędniej, jeszcze bardziej minimalistycznie, delikatnie niepokojąco, ale jednak neutralnie, a jednak niepokojąco. Bardzo lubię taką muzykę, nawet, jeśli brzmi to jak dowolny utwór grany na dowolnym LARPie w klimacie płaszcza i szpady. Z tym, że średniowieczne śpiewaczki aż tak nie zawodziły (chyba). Mówiłem już, że głos Björk to gówno?
Ale nie zawsze i nie wszędzie. Nie chodzi też o sam głos, co już wcześniej nadmieniłem wyżej (a potem musiałem to podsumować tekstem "jej głos to gówno", właśnie takie emocje wywołuje we mnie ta płyta lub jej twórczość od 2004 roku tak w ogóle), tylko tę fatalną manierę, to teatralne jęczenie, przy którym Diamanda Galas zaczyna brzmieć niby Beata Kozidrak. Nie polubię się z nim ani trochę, chyba, że nadchodzi odpowiednie sosiwo. Po prostu nie da się wpieprzać pulpetów bez porządnej oprawy śmietanowo-chrzanowej, a tutaj takową są harmonie. Harmonie robią robotę, chórki robią robotę, kiedy Björk ma tło, to wszystko (albo przynajmniej prawie wszystko) jest git. Biophilia właśnie czymś takim mnie raczy. Powrotem do eksperymentatorstwa sprzed bardzo wielu lat, takiego, które mogło się w moich uszach paskudnie zestarzeć, a zestarzało się wybornie, niczym dobre gruzińskie wino. Biophilia to świetny album, dzięki Wuja za jego przypomnienie. Sama przyjemność w powrocie doń się znalazła, choć do napisania tej recki zbierałem się ostatnie dwa tygodnie xD
Czy wspominałem już, że Björk to gówno? Taki żarcik (chociaż nie do końca...)...
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl