Best of Forum (Albumy) vol. 2

Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Re: Best of Forum (Albumy) vol. 2

Post 28 lut 2025 07:09

Bardzo fajna recenzja Hien, nawet dużo lepsza niż się spodziewałem (podobnie jak u mentosa), ale nie do końca się zgadzam z samym początkiem tekstu.
Hien pisze:
27 lut 2025 14:07
Zawsze kiedy próbowałem w bestkach przeforsować trochę minimalizmu, największy opór stawiał zawsze Wuja, który zawsze preferował rozmach i przepych.
Muzyka to w sumie taki temat, że człowiek sobie sam w wielu momentach zaprzecza. Trudno się w sumie dyskutuje o muzyce. Ale nie sądzę, żebym zawsze stawiał okoniem wobec minimalizmu. Jasne, że nie kupiłem np. Nicka Drake'a czy może czegoś tam jeszcze. Że lubię Liquid, SOFAD i w ogóle przeładowane dźwiękami dzieła Wildera. Ale to nie znaczy, że odrzucam minimalizm. Wręcz przeciwnie. Nie ma z resztą na to żadnej reguły.
Hien pisze:
27 lut 2025 14:07
Tym bardziej zaskoczony byłem po przesłuchaniu „Biophilii”, bo to jest dokładnie ten typ albumu, który Shodan z miejsca zjeżdża za nudę, słabe kompozycje, itd.
No właśnie o to chodzi, że to są czysto subiektywne odczucia słuchacza. U Bjork może i te melodie są bardzo niewyraźne, czasami się zdaje wręcz, jakby ich wcale nie było. Ale i tak to na Biophilii na mnie działa. Inne elementy powodują, ze jest ten klimat, o którym pisałeś. Jest interesujące mnie brzmienie. Że to wszystko i tak wciąga.
Próbowałem zaprzyjaźnić się z ostatnimi albumami Islandki, ale tam w przeciwieństwie do Biophilii to już nie działa jak należy. Przynajmniej na mnie. Tam rzeczywiście zawiewa nudą. Chociaż może jeszcze kiedyś zmienię zdanie. Nigdy nie wiadomo.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 01 mar 2025 20:08

Wiem że czekamy już tylko na deva który uprzedzał mnie że przed weekendem nie da rady wlecieć ale jako ciekawostkę tylko napiszę że dziś mijają 3 tygodnie odkąd zaczęliśmy omawiać Biophilię i jeśli się nie mylę to jest to chyba rekord w tej zabawie (dotąd kojarzyłem że Islands się wlokło i rozwlokło wówczas przez tego samego uczestnika bo trwało 17 dni - od 7 do 24 października 2023 roku - nadmienię że Musiał wleciał wtedy 5 dni po wszystkich...)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 01 mar 2025 20:24

A dwupłytowy Biggie poleciał chyba w tydzień. Ale, co to była za płyta.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 01 mar 2025 20:26

Jakieś 10 dni z tego co pamiętam. To były inne czasy trochę heh.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 01 mar 2025 20:29

Zamuliłem z Biophilią, więc planuję teraz zasuwać porządnie. Przy Blacku to będzie proste.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 01 mar 2025 20:29

No mam nadzieję, że ten cały Colin zleci szybko, bo już wiem czym was poszczuję na wiosnę hihih
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 01 mar 2025 20:32

Jak tylko dev puści Biophilię to puszczam zielone światło na wrzuty na wiosnę więc możecie już tam skrobać. Ja jestem przygotowany hehe
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 01 mar 2025 22:01

Biophilia leci jutro wieczorem, faktycznie miałem tydzień rzeźni zawodowej i pomagałem sobie głównie znaną comfort music. Pomaga mi to, że ten album od BJURK znam, więc odświeżę sobie jeszcze ze dwa razy (jak zrobiłem dwa tygodnie temu) i będzie git.

Też już mam coś dobrego na wiosnę :mrgreen:
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 01 mar 2025 23:44

Znałeś album, ale cztery tygodnie (bo chyba tyle minęło od recki BTB), to było mało? XD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 02 mar 2025 22:27

Björk - Biophilia

Mam problem z Björk (z czym ja zresztą nie mam problemu...). Niemal wszystko, co nagrywała tak mniej więcej do okolic Medúlli uważam za złoto, z kolei wszystko, co nagrała po 2004 uważam za pretensjonalne gówno. No dobra, niemal wszystko. Inna sprawa, że przebitki tak dziwacznej twórczości, jaką serwuje już ponad dwie dekady, pojawiały się wcześniej. Po prostu było ich mało. Gdzie Venus as a Boy, gdzie All Is Full Of Love, gdzie wyśmienitość krążka Post... Nie ma i nie będzie (~Magdalena Okraska).

Björk, jak już powiedziałem wyżej, tonie w pretensjonalnym gównie, ale nie jest to wina muzyki. Powiem wręcz inaczej - muzyka wciąż potrafi się bronić, problemem jest wokal (choć też nie zawsze). Kiedy słyszę te wszystkie jękozaśpiewy, to autentycznie robi mi się niedobrze, zwłaszcza, iż kobieta od dłuższego czasu brzmi, jakby w trakcie pracy wokalem się zwyczajnie dusiła. Nie jestem w stanie kupić tej formy już od dawna, to po prostu bardzo źle brzmi, kojarzy mi się z wyjątkowo kiepskim teatrem, przesyconym formą a niemal pozbawionym treści, jednocześnie wszyscy Ważni Krytycy<TM> się spuszczają, a jeśli Ty, Droga Osobo, nie podzielasz tych zachwytów, to jesteś po prostu wieśniakiem, wracaj lepiej na pole doglądać swojej brukwi (KMWTW). Dobrze, a więc już powiedziałem to najważniejsze w swojej recenzji - Björk to gówno.

A teraz powiem drugie najważniejsze - ta płyta mi się... podoba. Ale ale ale - składają się na to przede wszystkim dwie rzeczy. Pierwszą jest, a jakże, nostalgia, albowiem koło jesieni 2011 zacząłem do Björk powracać, aby skoncentrować się mocniej na jej twórczości post-Vespertine. Samą Islandkę poznałem "świadomie" dokładnie latem 2007 po tym, gdy na VH1 zobaczyłem klip do Human Behaviour. Numer mnie kupił od razu, zassałem bestkę i się zachwycałem, a potem dowiedziałem się, że kilka miesięcy wcześniej wypuściła nowy krążek. Zassałem, posłuchałem, odbiłem się. Probówałem potem jeszcze w 2009, też się odbiłem, ale nieco mniej (wtedy akurat zaciągnąłem jej całą dotychczasową dyskografię i doszedłem do wniosku, że najlepsze rzeczy robiła zanim jej twórczo odbiło). No a potem przyszedł rok 2011, który był jakimś streakiem powrotów-rozczarowań, vide The King of Limbs od Radiogłowych. Biophilia mimo wszystko zaczęła mi... siadać. Dlaczego?

I tu przechodzimy do drugiej rzeczy - muzyka na Biophilii jest świetna. Ba! to jest mało powiedziane. Ona jest doskonała. Dla mnie ten krążek wziął to, co było najlepsze w Volcie i nawet Medúlli, uwypuklił to poprzez... minimalizację, poddał obróbce termicznej dobrej produkcji i wcisnął mi wprost do uszu w momencie, w którym zacząłem mocniej szukać eksperymentów (co zaprowadziło mnie do cuchnącej stajni hipsterstwa). Nawet sama Björk nie masakruje wszystkiego tak bardzo swoim wokalem. Co więcej - czasami ten wokal brzmi po prostu... no właśnie, nie tyle dobrze sam przez siebie, ale brzmi na dobrze dopasowany do tej muzy. Nie mogło się obejść bez fakapów (np. nudne Cosmogony), to oczywiste, ale utwory takie jak Thunderbolt, Hollow, Virus czy Solstice to samo gęste.

Dobra, może jakieś omówienie czy coś, bo się ściemnia. Lubię Moon, choć nie jest to ani trochę oczywiste dla mnie i nie było takie od samego początku. Oparcie utworu o właściwie jeden instrument (choć w rękach kilku osób na raz) dało mu cudowny, minimalistyczny nastrój (wiem, powtarzam to słowo, ale mam to w dupie). Pamiętam, że od pierwszego odsłuchu wokal Córki Gudmunda mnie rozłożył na łopatki, ale poprzez wbicie szpilek w uszy. No, nie polubiliśmy się. Do teraz uważam, że najlepsze rzeczy to ona tutaj robi w mniej więcej drugiej połowie numeru, kiedy wchodzą harmonie i chórek (zrobiony, zdaje się, z harmonii). Harfy dają wtedy to idealne, delikatne podbicie i wszystko jest na swoim miejscu. Thunderbolt to z kolei taka piosenka, której od samego początku miałem szybko dosyć i jednocześnie... nie miałem. Nie wiem, drodzy PT Forumowicze czy wiecie, o co mi chodzi. To sytuacja, w której coś jest tak paskudne, że aż fascynujące, coś jest tak denerwujące, że aż nie pozwala, by to odrzucić w zupełności, każe się zaangażować i słuchać. Poza tym, jak ten bas ma nie hipnotyzować? "Bas" bardziej, zagrany na... cewce Tesli, peak eksperymentatorstwa na tamten czas jak dla mnie. Plus znów dobre harmonie. O tak, Björk potrafi, kiedy robi harmonie. Refren jej tutaj co prawda nawet wyszedł solo (jeżeli pragnienie cudów możemy refrenem w ogóle nazwać, no ale powiedzmy), ale pamiętajmy, to nie reguła (przynajmniej ja to pamiętam).

Crystalline, o ile dobrze kojarzę, było pierwszym singlem z krążka i zdziwił mnie ten wybór na początku, Virus byłby lepszy (a ukazał się chyba jako ostatni). Żadnej takiej singlowo-radiowej lekkości (zresztą, co na Biophilii W OGÓLE takie jest), jedynie plumkające przeszkadzajki. Tyle tylko, że Musiał AD 2011, poza byciem wkurwiającym i podejrzanie ubranym pseudo-hipsterem, wsiąkał już mocno w takie rozwiązania. Także no, spodobał mi się ten kawałek. Nawet, jeśli wiele by zyskał, gdyby został instrumentalem lol. Ale trzeba oddać cesarzowej co cesarskie, harmonie znów sprawiają, że da się tego słuchać. A co do reszty, kaman, jak może się NIE podobać ten bit? Zwłaszcza, gdy na sam koniec wjeżdża dziwaczna wariacja nt. drum and bass w miejscu, w którym by się nie szło takowej spodziewać. Crystalline jest piękne <3 Cosmogony z kolei przynudza. Rozumiem zamysł wsadzenia spokojniejszego, wręcz usypiającego kawałka zaraz po czymś, co było islandzką wersją Walkera od no-man (w swojej końcówce), ale to jest akurat ta Björk, za którą średnio przepadam. Aż do... zgadliście, CHÓRKÓW. Co ja poradzę, jej głos wyizolowany brzmi fatalnie (tyle tylko, że nie przez samo jego brzmienie, a przez fatalną moim zdaniem manierę śpiewu), zaś w towarzystwie innych głosów jest zaskakująco dobry WCIĄŻ (pomijam ten aspekt, że kobieta się po prostu starzeje i wbrew opinii wielu osób idzie to wyczuć, a raczej usłyszeć).

Dark Matter... Mógł to być w ogóle pierwszy utwór z tego krążka, jaki sobie puściłem. Zapewne kupił mnie tytułem, ale też tytuł wyjątkowo dopasował się do ogólnego nastroju piosenki. Tę uważam za bardzo dobrą, choć nie rezonuje ze mną tak mocno jak wtedy, kiedy pierwszy raz ją usłyszałem (a było to niedługo przed tzw. incydentem katowickim, który już mniej lub bardziej swoimi wrzutkami opisywałem). Wtedy była już jesień, nadchodził mrok i niepokój, zapowiadały się nieprzyjemne wydarzenia, jakie miały wkrótce mnie nawiedzić (nawet, jeśli za dnia zwykle ostro świeciło jeszcze słońce). Teraz, kiedy jesteśmy u progu wiosny, nie czuję "tego czegoś" aż tak bardzo. Bardziej trafia do mnie Hollow, zwłaszcza po latach. Aranż muzyczny tego kawałka jest fenomenalny, przywodzi na myśl jakąś oprawę do opery, albo przynajmniej dobrej sztuki z orkiestrą na żywo (i żadni bufonowaci krytycy nie są mi w stanie tego spier*olić). To głośniej, to ciszej, nieco ostrzej, a potem spokojniej, nawet nie do końca wiem, co to za instrumentarium poza organami tam jest grane, a wyszło złoto. Teatralne to do bólu, mimo to świetne. O chórkach i harmoniach już mówiłem? A jeszcze ten drop na koniec...

Virus to paradoksalnie chyba najbliższy jakieś bardziej normalnej piosenkowej strukturze numer na tej płycie. W dodatku muzycznie najbardziej też chyba przystępny. Ale to nie wszystko - to również numer, w którym wokal Björk solo nie męczy (tzn. mnie nie męczy), wręcz brzmi... dobrze. Wróć - on brzmi BARDZO dobrze. A to, jak śpiewa to delikatne "uhuhuuhuuuuu" to już w ogóle jest po prostu piękne. Islandka potrafi, nie zawsze może jej wyjdzie (ostatnio przynajmniej), ale tutaj wychodzi to fantastycznie. Może to natura love songu, może jeszcze coś innego, nie wiem. Ale czilowość tej piosenki zawsze mnie pacyfikowała, nie inaczej jest tym razem. Sacrifice z kolei wraca do rzędu tych numerów na Biophilii (czy od Björk tak w ogóle), które mogłyby być instrumentalami i ludzkość by wcale nie ucierpiała. Ponownie też jednak, sprawy głosowe ratują harmonie. Muzyka ma cudowny metaliczny feeling, taka nastrojowa ambientowo-industrialowa otoczka o nieco orientalnym charakterze. Dopóki na ficzer nie wbija Skrillex i robi się... dalej ciekawie. No ale beat robił koleś z Current Value, a nawet ja wiem kto to jest (a to chyba o czymś świadczy, albo nie świadczy nic o niczym). Chyba pod wpływem tego numeru (lub szerzej niektórych rozwiązań na całym krążku) tak bardzo siadło mi Nedry.

Mutual Core próbuje mnie uspokoić w bardzo świątynny (bo na pewno nie uświęcony) sposób, Munlup ładnie określił to mianem kościół-core (ale to kościół, w którym Matthew Herbert robi za wikarego), choć określenie to nie wyczerpuje niczego. W ogóle nic tu niczego nie wyczerpuje, utwór jest tak rozenergetyzowany, że mógłby się znaleźć na soundtracku do któregoś Matrixa gdydy nie to, że wyszedł przed premierą tylko jednego, gdzie elementem soundtracku mogłoby z powodzeniem być House of Fun od Madness. Tak, MC może nie jest najostrzejszym ołówkiem w piórniku ani najlepszą produkcją, jaka trafiła na Biophilię, ale miło mi się wraca. Solstice to taka klamra w odniesieniu do Moon, tylko lepsza od swojej towarzyszki z początku krążka. Jest jeszcze oszczędniej, jeszcze bardziej minimalistycznie, delikatnie niepokojąco, ale jednak neutralnie, a jednak niepokojąco. Bardzo lubię taką muzykę, nawet, jeśli brzmi to jak dowolny utwór grany na dowolnym LARPie w klimacie płaszcza i szpady. Z tym, że średniowieczne śpiewaczki aż tak nie zawodziły (chyba). Mówiłem już, że głos Björk to gówno?

Ale nie zawsze i nie wszędzie. Nie chodzi też o sam głos, co już wcześniej nadmieniłem wyżej (a potem musiałem to podsumować tekstem "jej głos to gówno", właśnie takie emocje wywołuje we mnie ta płyta lub jej twórczość od 2004 roku tak w ogóle), tylko tę fatalną manierę, to teatralne jęczenie, przy którym Diamanda Galas zaczyna brzmieć niby Beata Kozidrak. Nie polubię się z nim ani trochę, chyba, że nadchodzi odpowiednie sosiwo. Po prostu nie da się wpieprzać pulpetów bez porządnej oprawy śmietanowo-chrzanowej, a tutaj takową są harmonie. Harmonie robią robotę, chórki robią robotę, kiedy Björk ma tło, to wszystko (albo przynajmniej prawie wszystko) jest git. Biophilia właśnie czymś takim mnie raczy. Powrotem do eksperymentatorstwa sprzed bardzo wielu lat, takiego, które mogło się w moich uszach paskudnie zestarzeć, a zestarzało się wybornie, niczym dobre gruzińskie wino. Biophilia to świetny album, dzięki Wuja za jego przypomnienie. Sama przyjemność w powrocie doń się znalazła, choć do napisania tej recki zbierałem się ostatnie dwa tygodnie xD

Czy wspominałem już, że Björk to gówno? Taki żarcik (chociaż nie do końca...)...
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 02 mar 2025 23:14

Dziękuję panowie za recki. Było dużo lepiej, niż się spodziewałem. A spodziewałem się kompletu mehów pomimo zapewnień lata temu, że Bjork każdy zna i ceni. Już się przyzwyczaiłem do tego, że ludzie zgrywają znawców i entuzjastów, a potem jak co do czego, to wiadomo. Niemniej było spoko.

ps 1. Znając możliwości Dragona - jego recka to i tak wręcz laurka.
ps 2. Tyle czasu jestem na tym forum, a wciąż nie rozumiem terminu "pretensjonalna muzyka".
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 02 mar 2025 23:28

Już się przyzwyczaiłem do tego, że ludzie zgrywają znawców i entuzjastów, a potem jak co do czego, to wiadomo
Wypraszam sobie, ja zgrywam tylko debila
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 03 mar 2025 00:48

Akurat przy takim wykonawcy jak Bjork, to akurat normalne, że pewnych płyt można nie trawić, a inne tak.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 03 mar 2025 10:35

Dziękujemy za domknięcie tej płyty, przechodzimy do ostatniego albumu kolejki zimowej.

Colin Vearncombe - The Accused
devotional pisze:
18 lis 2024 12:54

To będzie krótki opis, albowiem postać Colina Vearncombe opisywałem już przynajmniej trzykrotnie w naszych zabawach. Colin to nikt inny, jak Black (Jack Black lol). Ale to Black, który postanowił przestać być Blackiem, albowiem srogo męczyło go odium swego nieszczęsnego hitu w postaci Wonderful Life, któremu to hitowi - przede wszystkim we własnej głowie, jak sam mówił - nie był w stanie dorównać niczym innym, co tworzył później. W związku z tym porzucił ksywę Black (która to ksywa, przypominam, najpierw była po prostu nazwą jego zespołu) i postanowił zacząć nagrywać pod swoim imieniem i nazwiskiem oraz kompletnie olewając oczekiwania wytwórni (to zrobił już właściwie z ostatnim krążkiem wydanym jako Black do tamtego czasu, tj. Are We Having Fun Yet? z 1993 roku) oraz szerokiej publiki. Daleko nie uciekł, albowiem media dalej przedstawiały go jako "tego gościa od Wonderful Life", choć chyba najważniejsze dla Colina było to, że uwolnił się z kajdan założonych sobie przez samego siebie. A przynajmniej tak o tym mówił.

The Accused to pierwszy z czterech albumów, jakie Vearncombe wydał jako on sam (następne było Water on Snow z 2000 roku, które już znacie z tytułowego utworu, potem Smoke Up Close z roku 2002 i na koniec The Given z 2009) i choć wciąż czuć na nim pewną popową lekkość i melodyjność, to nie sposób nie zauważyć, iż jest to jednak do pewnego stopnia zwrot w stosunku do tego, z czym zaczynał jako Black. Jest oszczędniej (choć nie w każdym numerze), co niemal zwiastuje nadchodzącą już na Water on Snow dominację grania stricte akustycznego, spokojniej (też nie w każdym numerze), w ogóle inaczej. Ale absolutnie nie gorzej, osobiście uważam ten krążek za absolutne arcydzieło (no dobra, jestem biased, wszystko od Colina uważam za arcydzieło), gość potrafił niesamowicie w nienachalną melancholię, miał niesamowity talent do pisania fajnych i chwytliwych piosenek, tyle tylko, że wszystko to już wiecie choćby z mojej ubiegłorocznej wrzutki, czyli Blind Faith (tym razem jako Black).

Na całym The Accused jest może jedna piosenka, którą w kontekście całości (którą to całość znam od 2010 roku) określiłbym jako filler (choć wciąż nie jakiś zły), poza tym to kopalnia kontentu. Radiowe Sleeper, cudowne Number One (nota bene, obydwa te kawałki były singlami, Number One nawet dostało teledysk, ale znalezienie go w całości w necie graniczy z cudem), Ghosts, Better Letting Go, Blue Sky czy Surrender (tutaj ciekawy kejs auto-coveru, albowiem ten numer pierwotnie w nieco innej wersji stanowił stronę B jednego z singli Blacka z 1991 roku) to są mieszanki złota i platyny. Number One w ogóle zawsze wyciska ze mnie feelsy na pełnej, zresztą, sami się przekonacie. Personel albumu to - prócz Colina ma się rozumieć - zestaw jego stałych współpracowników, a więc Martin Ditcham na bębnach (Nik Kershaw, Sade, Talk Talk), Martin Green, odpowiedzialny także za produkcję (Patricia Kaas, Stina Nordenstam, China Crisis), no i Calum McColl na gitarach. Zanurzajcie się w końcu zimy (mam nadzieję), wpuśćcie słońce!

https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... SB3zFjmLGV
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 03 mar 2025 19:06

Shodan nie ma pasa na komentowanie po rzucaniu aluzji bez wyjaśniania ich później. Trudno nie marudzić z zaskakaującą regularnością, gdy z niejasnych przyczyn nie można poznać uzasadnienia niektórych wniosków.
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 03 mar 2025 19:33

Ja tylko mówię, że i tak spodziewałem się większego najazdu z twojej strony.
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 03 mar 2025 19:38

Odnoszę się do tego, co wyżej, bo pewnie i do mnie pośrednio się odnosi, ale jak to poniżej też wzięte z sufitu, bo nie mam nic do Bjerk - poza oględnym nudzeniem po Vespertine to wciąż godny poziom
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 12 mar 2025 21:30

Wjadę tu w piątek, dzisiaj byłbym gotowy, ale przeziębienie chyba nadchodzi = spisanie niewykonalne
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 13 mar 2025 11:30

Colin Vearncombe – The Accused

Czym się różni Colin Vearncombe od Blacka? Wychodzi na to, że niczym. Ja wiem, że Black to jest formalnie zespół, ale ostatecznie mam wrażenie, że muzycznie dostajemy to samo i generalnie to dobrze, ale też było kilka skrętów w inną stronę. „Sleeper” z początku trochę mnie zaniepokoił, bo to taki słoneczny, bardzo easy i jednocześnie bardzo generic pop rock. To jest w sumie niezły paradoks, że te z pozoru najłatwiejsze kawałki, potrzebowały u mnie najwięcej czasu żeby się z nimi osłuchać. Bo kiedy to pierwsze wrażenie „Springsteena w domu” zeszło, to odkryłem zajebisty refren i generalnie doskonały utwór pod spodem tej bombastycznej ‘samochód bez dachu w słoneczny dzień’ aranżacji. Ostatecznie okazuje się, że ta płyta wcale taka nie jest, o czym świadczy już następny numer „Number One”. Wracają klimaty wcześniejszej albumowej wrzuty Musiała z Blackiem, którą bardzo chwaliłem. Colin znowu przymula, dziaduje i za to go kocham najbardziej. Jest sentymentalnie, wręcz rzewnie, wszystko sobie wolno płynie niczym ciepły, wiosenny wieczór.
Dawać mi więcej takiego wychillowanego Colina. Póki co dostaję więcej full band power Colina w „Yves Klein Blue”. Jest trochę mroczniej niż w openerze, mocno rockowo. Aranżacja refrenu przypomina mi trochę „Everybody's Got To Learn Sometime” w wersji Red Box i ogólnie ten kawałek trochę mi trąci Simonem T-C. Oczywiście wkradł się mishead lyrics przy „you light me up, you put me down”, gdzie naturalnie słyszę you fuck me down. Zajebista orkiestra w drugiej części kawałka, generalnie robi się lepiej z czasem. Na początku trochę meh, ale z każdą minutą wrażenie się zmienia.

Chciałem więcej sentymentalnego, chillującego Blacka, to mam – „The Way She Was Before”. Medal imienia smęcącego Munlupa przyznany, proszę go polerować. To jest Colin V. jakiego lubię najbardziej. O ile tekst wyraźnie bez happy endu, to muzyka daje jakąś nadzieję, czy po prostu daje vibe pogodzenia się z tym, że tak zwane rzeczy i ludzie się zmieniają. „Ghosts” nie spuszcza z nostalgicznego tonu. Wszystko startuje dęciakami, a potem wchodzi samotne pianino i czuję trochę zapach no-man z „Returning Jesus”. Raj dla munlupów. Utwór rozwija się powoli, a jako, że jest relatywnie krótki, to kończy się dosyć prędko. Trąbki wracają na koniec żeby podkreślić, że mamy do czynienia ze wspaniałym artystką i piosenkopisarzem, ale też aranżerem. Ehh, Colin. Czemu rozjebałeś się tym samochodem…

„Better Letting Go”, kolejny munlupizm, nieco bogatszy aranżacyjnie, ale nadal mega sentymentalny i uderzający mnie tekstem. Niby banały, ale takie nas w życiu spotykają najczęściej, Reluję z ta piosenką, może nie w tak dramatyczny sposób, jak to Black opisuje, ale był czas kiedy musiałem też przyznać przed sobą tytułową frazę, no i to nigdy nie jest proste, ani fajne, ani budujące nadzieję, że w życiu może się coś udać. Druga połowa trochę seruje tym disneyowskim rozmachem, ale nic mi nie może tego już zepsuć. Colin znowu dostarcza. Swoją drogą, jest kilka bardzo ładnych, akustycznych wersji tego kawałka na live albumach Blacka, więc jest wyjście kiedy człowiek nie ma momentu na full band wrażenia. „Storm Cloud Katherine” to taki Black, który zaczyna w punkcie A, a potem po drodze do puntu Z, skręca gdzieś w zupełnie inny alfabet. Początek sugeruje kolejną skromną balladę, a potem nagle wchodzą power chordy i klimat się zmienia. Colin, po raz pierwszy na płycie, śpiewa na prawdziwym emocjonalnym wkurwie, ale tak na maksa, pełnym gardłem. Mimo, że kawałek jest wolny, to napięcie tutaj ma rozpiętość nieprzeciętną. Black skacze między spokojnym, ale mocnym, i robi to po mistrzowsku. Niby utwór nic, a jednak tak bardzo coś.

„St. Cecilia” to bardzo ładny numer. Piękne klawisze, klimatyczne gitary w zwrotkach. Mostek przypomina mi nieco wrzucany przeze mnie kiedyś do dwizji „Funeral in Berlin” Dead Sea Navigators (i generalnie uważam, że zarówno oni, jak i Black, orbitują wokół podobnej planety). Zajebiste outro w tym utworze. Pod koniec płyty, Colin przypomina sobie, że trzeba jeszcze dać trochę czadu, więc zaprasza zespół do lekkiego przydziadrockowania. Perkusja tutaj brzmi momentami niemal industrialnie (przynajmniej w kontekście Blacka), jest lekka gonitwa, ale z wyraźnym naciskiem na wokal. Muzyka sobie płynie w tle. Jest to spoko utwór, ale jeżeli do któregoś miałbym wracać rzadziej od innych, to chyba właśnie do „Blue Sky”, chociaż jest to jak najbardziej fajny kawałek. Na szczęście na zakończenie albumu, Black wraca do tego w czym jest IMO najlepszy – do smęcenia. Klawiszowe tło w „Surrender” robi fajny klimat, takich brzmień na tej płycie nie było. Bardzo fajny, jak dla mnie, typowy Black na zakończenie.

Nie pisałem za dużo o wokalu Colina, bo w każdym kawałku facet jest bezbłędny. Jak się ten głos polubi, to naprawdę trudno znaleźć momenty, w których Black nie dostarcza na przynajmniej wysokim poziomie. „The Accused” to dziwna płyta pod tym względem, że odnosi się wrażenie mocno niezdecydowanego Blacka, który miota się trochę między brzmieniami, środkami wyrazu i tonem swoich kawałków. Bywa z kopem, bywa podniośle, bywa kompletnie minimalistycznie i sentymentalnie. Niby to wszystko nie są nowe rzeczy u Colina V., ale te przeskoki są czasami dosyć raptowne. To był jednak dla mnie problem tylko przy pierwszym odsłuchu, potem już krawędzie się odpowiednio obiły. To był pierwszy album nagrany jak Colin Vearncombe, ale nie chcę czytać na wikipedii skąd taka decyzja, wolę żeby mi Musiał to wyjaśnił na forum.

Podsumuję krótko – Colin Vearncombe jest zajebisty. Dla kogoś takiego jak ja, jest to piosenkopisarz idealny, ponieważ sypie munlupizmami aż miło. Z początku trochę kręciłem nosem na te bardziej dad rockowe rzeczy, ale i one w końcu znalazły drogę do serca, więc ostatecznie nie mam na co narzekać. RIP Colin.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 15 mar 2025 01:01

Colin Vearncombe The Accused

Umiem cieszyć się z małych rzeczy, dlatego za jedno z najlepszych doświadczeń albumówki uważam tych kilka sesji z Blind Faith. Pan Black nie jest już panem Blackiem. Ejtisowa estetyka i ograny szlagier ustąpiły miejsca skojarzeniom lirycznym, obrazowi artysty o dużej wrażliwości, ale też naturalnej skłonności do pisania rzeczy melodyjnych, zapamiętywalnych w zupełnie nienachalny sposób. Kolejna odsłona jego twórczości, czyli naprawdę przyjemna podróż. Do tego czasowo trafiona, choć mówiąc szczerze to tylko dodatek, bo pora porą, ale sama muzyka powinna się bronić. Panująca dookoła pogoda to tylko część otaczającego świata, który może mieć wpływ na konkretny odbiór. Za dużo można sobie dośpiewać samemu, by tak łatwo zrzucać to na garb cyklicznych ruchów planety.

Rok wydania 1999. Przypominam sobie o poprzedniej słuchanej płycie z uniwersum Colina i w sumie jestem zaskoczony. Obydwie nie różnią się aż tak bardzo, a dzieli je tak wiele. Prędzej czuć rękę do pisania w konkretny sposób niż wpadanie w wir zupełnie wykręconych inspiracji gatunkowych. Nie wiem, czy to dobrze czy źle. W jego przypadku kieruję wyrazy uznania. Wiadomo, jest trochę inaczej. Na pewno nie aż tak kameralnie, przyjemnie oszczędnie, ale to nigdy nie jest zauważalny mankament. Najczęściej nie chwytały może poszczególne teksty, jakieś bardziej kliszowe realizacje czy fillery, a tak to luz blues.

Sleeper jest przyjemnym openerem. Gitara zajeżdża trochę country. Po Blind Faith nastawiam się jednak prędzej na charakterne wokale i przyjemne melodie. Tutaj wystarcza mi ładnie ograny refren. Na całym dystansie bujamy się w oparach melancholii, jakichś uniwersaliów emocjonalnych, uczuciowych. Nie ma szczególnej publicystyki, fajno. W Number One ten liczbowy patent tekstowy budzi uśmiech na twarzy. Rozumiem przyczynę napisania tego tak, a nie inaczej. Nie będę marudził, pan Colin ładnie wycina w zwrotkach piruety. Podoba mi się ten bardziej intymny klimacik, a przy tym też więcej dramatyzmu. Bije z tego taka nie do ścisłego opisania dojrzałość, lubię to uczucie. Proste rzeczy pozbawione pretensji. keep on counting. Yves Klein Blue w takiej bardziej kliszowej rockowej stylistyce... mnie w to graj. Całość jest dość płaczliwa, tytuł dość zagadkowy [nie wiedziałem że to po prostu szczególna odmiana koloru]. Znowu krótki, a tak efektywny refren, tak bogato rozpisany - tu smętny początek, potem te wyższe zaśpiewy, noo bardzo podpasowało. Jeden z faworytów z marszu. The Way She Was Before bliżej formatu z gatunku muzyka do słuchania wieczorem przy kominku (tylko pozornie jak się tak wsłuchać), ale ten człowiek ma charyzmę, ja mu wierzę nawet w takich miniaturkach. Płyta ma dobry rytm, takie patenty wchodzą zupełnie bezboleśnie. Szczególnie, gdy kryje się za nimi coś więcej. W tym miejscu klimat bardziej talktalkowy, sporo oddechu. Ghosts też wysoko w hierarchii. Do pociągu przemierzającego szlak wokół wioseczek przy zachodzącym słońcu to już w ogóle takie satysfakcjonujące dobicie. Specjalista od pouczających, oczyszających melodramatów. Aranż trochę z innej parafii w tym miejscu wywołuje to większe Coś. Wokalnie też wije się z gracją, taktem, wszystkie rozwiązania w punkt.

Better Letting Go trochę jak taka nauka wobec poprzednich nierozliczonych historii. Trza zrobić krok do przodu i czysto muzycznie też jest inaczej niż wcześniej. Wielu pop rockowych artystów mogłoby brać lekcje na podstawie takiej realizacji pomysłów. Dla mnie to może nawet zbyt rozbuchany nastrój, w drugiej części płyty stacje są trochę dłuższe i to może jedyny minus? Outro smykowe to nie moja bajka, sorry. Ta trójka po sobie trochę rozrzedza wrażenie z początku. Przynajmniej rozbudzi apetyty na koniec. Storm Cloud Katherine... no ja nie czuję tego do końca. Trochę powielanka, dużo smyków znowu, dużo porozciąganych elementów. Wyjątkowe miauczenie w tym miejscu to trochę za mało. St Cecilia, znowu obraz osobliwej wrażliwości i lirycznych ciekawostek. Najmniej wyróżniająca, ale ja wolę niepozorne tete-a-tete bardziej niż rozmach, który się nie udziela. Koniec końców na plus. Tu jedyny tak wyraźny akcent synthowy. Blue Sky wraca z tym niepozornym pazurem. Bardziej wdzięczna przestrzeń dla wybrzmiewania tego typu wokalnych melodii. Niby ostrzej, a i tak dla spójności całość zduszona. Podoba mi się. Wolę takie gitarowe pasaże w tle niż symfonie na kiju. Surrender na koniec... warto było czekać. Klimat wręcz nokturalny. Te syntezatorowe gaduły, dodatkowe partie klawiszowe lodzio miodzio. Wbrew pozorom można przegapić naprawdę szereg ciekawych rozwiązań brzmieniowych. Od początku do końca temat ugryziony inaczej. Prosty ping-pong wokalny robiący za refren, ładnie rozbija budowane wcześniej napięcie. W trójce największych pięknostek bez wątpienia, nawet smyki pasują. Z każdym kolejnym odsłuchem byłem odrobinę bardziej wystrzelony.

Pan Colin musiał kochać niebieski, bo jest tu go na pęczki. Estetycznie tip top, obrazek pasuje do zawartości dźwiękowej. Mały przypiernicz dla przedawkowania patosu w środku płyty, zbyt dużej ilości smyków. Poza tym kolejna płyta, którą zachowuję przy sobie w razie potrzeby ze szczególnym wyróżnieniem tego, co wyróżniłem powyżej. Blind Faith delikatnie wyżej, tam jest jeszcze bardziej pastelowo i rozczulająco, ale tu tez były Tego Typu Momenty. Piękna płyta, znakomity pełnoprawny obskjur, który zasługuje na więcej rozgłosu. Macie mój miecz, chyba że odlecę, wpatrując się w umykający krajobraz za oknem.