Best of Forum (Albumy - WRZUTKI)

Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 10 cze 2024 11:10

Nine Horses – Snow Borne Sorrow

Czas jakiś po tym, jak uraczyłem was Librarianinem, pora poszerzyć horyzonty. Nine Horses to współpraca Sylviana, jego brata Steve’a Jansena (z którym grali razem w Japan) oraz Burnta Friedmana. Bracia pracowali z Friedmanem głównie zdalnie (bo ten mieszka w Niemczech) i wyglądało to głównie na przerabianiu przez Sylviana, kompozycji napisanych osobno przez Jansena i Friedmana. Owocem było wyjątkowo spójne dzieło jakim jest „Snow Borne Sorrow”. W/w współpraca zaczęła się od feata Sylvka na wspólnym albumie Friedmana i Jakkiego Liebezeita. Efekty był owocne więc pociągnięto to dalej, acz w wersji hybrydowej. Wydaje mi się, że za istnienia zespołu, trio spotkało się osobiście, w komplecie, jedynie na sesji zdjęciowej do wkładki.
Nie jest to jednak istotne. Istotne jest to, że wyszła z tego płyta wybitna. Wspominałem już o tamtej nocy, kiedy wracałem z wakacji i słuchałem płyty pierwszy raz, patrząc na rozgwieżdżone, nocne niebo (co dla mieszkańca dużego miasta, nadal jest towarem atrakcyjnym i egzotycznym). Każdy kolejny kawałek wydawał się lepszy, czekałem na jakiś moment zastoju, ale ten nigdy nie nastąpił, a finałowy „The Librarian” tak bardzo mnie rozłożył i wbił w fotel, że nie byłem w stanie słuchać już czegokolwiek innego do końca podróży. Miałem też przez jakiś czas zasadę, aby nie słuchać tego albumu inaczej niż w nocy, ale w jakiś czas później, mój ojciec odpalił to przy jakieś okazji w aucie (bo mu oczywiście tę płytę z sukcesem sprzedałem), oczywiście w dzień, i od tamtej pory położyłem już lachę na to o jakiej porze dnia leci „Snow Borne Sorrow”. W każdym razie, z czasem ukształtowało się w mojej głowie (i uszach) żelazne trio tego albumu: „The Librarian”, „The Banality of Evil” i „A History of Holes”. To są dla mnie naprawdę rzeczy 13/10, odhaczające praktycznie wszystkie ptaszki na liście munluplubi i błogo szarpiąc odpowiednie sznurki emocjonalne. Reszta płyty to jest 12/10. Nie ma tu słabych rzeczy, nawet obiektywnie nie słyszę tu niczego, co by jakoś zwisało poniżej poprzeczki zawieszonej przez resztę.

Nie będę się rozpisywał na temat stylistyki, bo jest tu na bogato. Słyszeliście jeden numer i myślę, że dosyć dobrze oddaje on to, czego można się spodziewać po reszcie. Rzadko się zdarza, że takie nagromadzenie instrumentów dla mnie (i na mnie) działa z większa mocą, ale tutaj to po prostu wszystko ma sens. Nie czuję żadnego przesycenia mnogością i ilością brzmień, jest akurat. Jeżeli zeszłoroczne „Dead Bees On a Cake” Sylviana było jedną stroną letniego-sentymentalnego medalu, to „Snow Borne Sorrow” jest drugą (pomimo, że tytuł co innego sugeruje, ale to już kwestia indywidualna). Słuchajcie!

https://www.youtube.com/watch?v=fEGcX3S ... sJiU183s1Y
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 14 cze 2024 03:07

Van Der Graaf Generator - Pawn Hearts (1971)

Lepszego momentu nie będzie. Do gry wkracza finałowy boss rocka progresywnego. Serio. Obok Islands KC to jedyna przedstawicielka tego gatunku, która do dziś wzbudza we mnie większe emocje, wzrusza, przestrasza. Jak się szybko jednak zorientujecie, w tym przypadku będzie znacznie więcej eksperymentów, totalnych wariacji i absolutnego szaleństwa. Nic dziwnego, że po takim artystycznym wystrzale niezbędna była przerwa. W połowie 1972 roku nie było co zbierać z Van Der Graaf Generator.

Trzy kompozycje. Około czterdzieści pięć minut. Ile emocji, gwałtownych zwrotów akcji, rewelacyjnych melodii, harmonii, pasaży. VDGG poznałem po wielkim zachwycie nad King Crimson. Poprzeczka była postawiona wysoko, ale po H To He nabrałem ciekawości i rumieńców. Jeden krok w tył, kilkadziesiąt do przodu, choć najważniejszy był ten pojedynczy naprzód właśnie. Pod koniec liceum nie mogłem uwierzyć. Słuchając wieczorem przed ostatecznym sporządzeniem notki wciąż nie mogłem ogarnąć do końca całej masy piękności dziejących się na Pawn Hearts. Pozycja obowiązkowa do zakupienia, jeden z poważniejszych braków w mojej skromnej kolekcji.

Nie będę szczegółowo opisywał tych utworów. Gęsto skomponowane przypominają wręcz coś w rodzaju muzycznych spektakli. Lemmings i Man-Erg trwają każdy lekko ponad dziesięć minut. Najpiękniejsza kobyła progrocka, A Plague of Lighthouse Keepers, ma ponad 23 minuty długości. Zasłuchiwałem się tak często, że dzisiaj nie miałem problemu z przywołaniem sporej ilości motywów. Gorzej z wokalem Hammilla. Wspina się tutaj na absolutne wyżyny - nie tylko na poziomie interpretacji i ekspresji, ale również pod względem głębi samych tekstów. Nie wydumane pierdy fantastyczne o skrzatach czy historyczne nudy tylko trzy poważniejsze poetyckie poematy nt. kondycji człowieka, jego walce z samotnością, nieprzystosowaniem, wątpliwościami, chęcią podjęcia działań zmierzających do zmiany stanu rzeczy. Ileż tu jest pięknych linijek...

Progrock z całą lawiną zaskakujących inspiracji. Między jazzowymi piruetami, atonalnymi fragmentami godnymi twórczości Oliviera Messiaena czy pierwszych krautów od Tangerine Dream (Alpha Centauri, ten sam rocznik!) a ostrym łojeniem w duecie... saksofonu i organów Hammonda. Mimo wszystko gitara jest na drugim planie - nic dziwnego, bo jednak w zespole nie było pełnoprawnego gitarzysty, pomógł im pewien sprawny technik, Szanowny Pan Robert piepshony Fripp. W Lemmings najbardziej lubię subtelną partię saksofonową przed ewolucją w i poważną zmianą klimatu w środku. Man-Erg to przede wszystkim świetna melodia i kontrast z doskonałą techniczną rąbaniną na saksofon i organy. To 1971 rok, a jak plastycznie ten numer zwalnia, przyspiesza, zero chamskich przejść, cudo. Lepszej płyty z tym instrumentalnym duetem na pierwszym planie nie znam, ale też nie jestem koneserem jazzu. Wolę być koneserem VDGG. A trzeci akt to już w ogóle emocjonalny rollercoaster. Nic dziwnego, skoro składa się z dziesięciu naprawdę charakternych i rozbudowanych części. Od zawsze największą słabość i najpoważniejszy meltdown osiągam przy tym, co oni tam odwalili z melotronem, za każdym razem CIARY. Nie muszę dodawać, że wobec takiej, a nie innej tematyki tekstów charakter płyty jest refleksyjny, a jednocześnie mocno pesymistyczny, introwertyczny, psychodeliczny. Na końcu czeka pozorne światełko w tunelu, choć... no dobra, więcej nie zdradzam.

Dla nieobytych pierwszy raz może być wręcz przytłaczający. Zrozumiem marudy, choć wiadomo - wyjdzie na to, że się nie znacie. Przynajmniej pomogłem wam rozpocząć tę znajomość. Bez pełnego wejścia w tę muzykę, wczucia się w klimat, próby odczytania tekstów będą ciężary. Nie proponuję niczego prostego, ale też... nie trzeba sięgać tylko po łatwe rzeczy. Mocne wyzwania dobra rzecz, ta bestka już wielokrotnie udowadniała, że można z nich wyjść zwycięsko.

Naprawdę zazdroszczę niektórym pierwszego kontaktu. Powodzenia! Ja do tej pory jaram się jak dziecko. Zapraszam do świata moralnego niepokoju i to tak na serio, bez wspomagania.

https://www.youtube.com/playlist?list=P ... QtU07DXoHA
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 14 cze 2024 17:51

Cher - Believe (1998)

Nie będę się rozpisywał, bo chyba nie ma o czym. To tak, jakbym próbował Wam, PT Osoby Forumowe, reklamować chleb. Względnie truskawki. Znacie kogoś, kto nie zna i nie lubi truskawek? No właśnie. Powiem tylko, że Cher ma ormiańskie korzenie, co czyni ją trzecią najbardziej znaną osobą z takimi korzeniami w świecie muzycznym na, well, świecie, zaraz obok Charlesa Aznavoura i Serja Tankiana z System of a Down. Na scenie jest chyba od zawsze, utrzymanie jej przy życiu (i na rzeczonej scenie) kosztuje już chyba tyle samo, co utrzymanie we względnym stanie mumii Towarzysza Lenina na Placu Czerwonym. Trochę żarcik, ale z drugiej strony, z takiej Maryli wszyscy toczą bekę z tych samych powodów (czy zasadnie, nie wiem, choć się domyślam).

Believe usłyszałem pierwszy raz w roku premiery, i musiało to być jakoś latem. Tzn. mogło być wcześniej, bo sam singiel o tym samym tytule latał po wszystkich stacjach radiowych, strach było zresztą lodówkę otworzyć. Moja mama się tak bardzo zakochała w tym krążku, że błyskiem go kupiła (ale w wersji spiraconej, bez choćby okładki) i puszczała przy każdej możliwej okazji z domowego boomboxa. Zapamiętałem zwłaszcza jedną taką scenę, siedzę w jednym z pokoi zwanym biblioteką przed świeżo co zmontowanym swoim pierwszym pecetem, na korytarzu mama sprząta zawartość wielkiej szafy, a obok niej stoi ów boombox i z niego leci cała płyta. Na repeacie, dosłownie. Śmiesznie, bo w ogóle na samym samym początku myślałem, że tytułowy numer (i wszystkie kolejne też w sumie) śpiewa... facet. Cóż, Cher chyba miała swoją androgeniczną fazę... Tak mi się przynajmniej wydaje. Tytułowy to tam tytułowy, jakie cuda tutaj są. I wszystkie single, All or Nothing, Strong Enough, Dov'e l'amore, ale też trochę deep cuty, jak Runaway, The Power (to akurat cover, ale co z tego), Taking Back My Heart czy We All Sleep Alone, to są dopiero numery. Złoto wśród złota.

Coś więcej? Nie wiem, kocham ten album też. Muszę go posłuchać przynajmniej raz w roku, i tak staram się robić. Kojarzy mi się z najlepszym momentem najntisów, kiedy wszystko było takie spokojne i beztroskie, a w ogóle to w maju bodaj tamtego roku (1998) pierwszy raz zobaczyłem Warszawę, do której przylazłem 14 lat później. A to było... prawie 14 lat temu ;_; Czas ucieka, coś tam coś tam. Tak czy inaczej, raz, że beztroska, a dwa, że to jest po prostu dobry krążek i tyle. Warto dodać, że pierwszy raz soczyście użyto tutaj efektu auto-tune, który przez chwilę nazywany był nawet, jakże oryginalnie, "Cher effect". Najlepsze jest w tym to, że został zmiażdżony przez krytykę lol. Ale nie słuchajcie krytyki. Słuchajcie sami (i się cieszcie).

https://youtu.be/oOGxKLUMbbc?si=kdQ9RRur0G67iXhM
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 14 cze 2024 18:26

o matko
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 14 cze 2024 19:58

Zajebiście
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 15 cze 2024 00:13

Suzanne Vega - Solitude Standing

Tak, tak, to musiało się kiedyś wydarzyć i ta wiekopomna chwila w końcu nadeszła. Wrzucam do bestki albumowej Suzanne Vega z domu Peck. Co prawda etap najintensywniejszej fascynacji w stylu niegdysiejszej zajawki kolegi Jakuba na Fishmans mam już za sobą, ale to chyba nawet dobrze się składa. Bowiem mam już stuprocentową pewność, że p. Suzanne to przedstawiciel mojego panteonu, zaś wzmiankowany album to jedna z płyt, które faktycznie mogę uznać za soundtrack mojego życia, a jednocześnie od etapu mojej największej podjary minęło na tyle niewiele czasu, że MOGĘ NADAL PAMIĘTAĆ, ŻE KIEDYŚ PODRZUCIŁEM MUNLUPOWI JEDEN JEJ ALBUM, A ON GO DO TEJ PORY NIE OBADAŁ!!!!!

W każdym razie teraz nadrobi tę zaległość. Dobrze, nie teraz, a za kilka miesięcy, czy kiedy tam do mnie ostatecznie dojdziecie. Tak czy siak uzbrajam się w cierpliwość.

Kandydatów było... no prawie tyle co albumów, bo tak prawdę powiedziawszy jestem fanbojem i na praktycznie każdym słyszę coś dla siebie, włącznie z tymi późniejszymi i słabiej ocenianymi. Aczkolwiek trzeba oddać pani Vedze (NIE MYLIĆ Z PATRYKIEM - od razu to tu piszę, by uprz3dzić potencjalne żarciki tego typu), że to jedna z tych osób, które wydają albumy względnie rzadko i nagraniem chały się nigdy nie shańbiły. Bywały rzeczy mniej dobre, może i czasem średnie, ale słabych - nigdy.

Nie cierpię określania najsłynniejszych albumów w dyskografii Violatorami, a utworów - Enjoy'ami, ale nic na to jednocześnie nie poradzę, że w tym przypadku nie mogę się wyzbyć myśli, że album ten to faktycznie Vegański (:P) odpowiednik Violatora. Nie dość, że zawiera dwa jej największe (i jedyne znane masowej publiczności) przeboje, to jeszcze w powszechnym przekonaniu uchodzi za jej klasyczne i jeśli nie najważniejsze, to jedno z ważniejszych dzieł oraz kwintensencję stylu.

Ja się tam nie znam, i szczerze mówiąc to nie jestem do końca przekonany jeśli chodzi o to ostatnie, bo na żadnej jej innej płycie nie było tylu typowo ejtisowych synthów co tutaj chociażby, ale jak już rzuciłem sobie kretyńską analogią, to się będę jej trzymał.

Ponieważ te notki traktuję bardziej jako teaser niż recenzję, to klasycznie nie będę opisywać płyty od A do Z, tylko rzucę garstką propozycji, które mam ochotę wyszczególnić.

No i zacznę od wiadomo czego - tak, tak. Luka to nie jest kawałek o tym serbskim koszykarzu ani pomocniku Realu Madryt, ale odpowiednik Enjoy'a z wcześniejszej analogii. Szczerze mówiąc, przez lata był to dla mnie utwór maksymalnie obojętny, zawsze traktowałem go jako typową piosenkę smutnej baby o śpiewającej o rozstaniu i toksycznym byłym gachu, bo jakoś tak nawet nie chciało mi się sprawdzać tekstu. Może powinienem czuć się jak kretyn wiedząc o czym o naprawdę jest, ale czuję się jednak głupiej z faktem, że dopiero teraz udało mi się szczerze pokochać i samemu z siebie włączyć ponad szabanaście pierdyliardów razy przebój, który radiostacje to chyba z 15 kwazyliardów razy połknęły, przemieliły i zwróciły. To zabawne, ale bywa i tak.

Jest tu też drugi z wielkich przeboi, ale - no właśnie. Jest w dwóch wersjach, z czego jedna jest a' capella (btw jest ciekawa teoria o tym, że istnieje zaginiony alternatywny teledysk do tejże wersji, który pamięta całkiem dużo ludzi na reddicie, ale po którym nie ma praktycznie śladu w internecie), a druga to instrumentalny motyw, który pewnie się wam skojarzy z czymś totalnie od czapy i jestem osobiście bardzo ciekaw niby z czym. Potrzebowałem trochę czasu, by się z tymi wersjami polubić, ale na ten moment uważam, iż są w pytkę.

No mimo wszystko nie mogę nie poświęcić słowa tytułowemu (nie będę szukać analogii między nim a utworami z Violatora, forgetti), który ma mocno przebojowy charakter. I choć nie zdobył należytego mu rozgłosu, to jednak warto docenić to, że to całkiem solidny BANGER, taki z fajnymi gitarkami i spoko synthami - może normalna sprawa w tej epoce, ale w twórczości tej pani jednak rzecz niecodzienna.

No ale wiadomo, że nie mógłbym się tytułować fanbojem, gdybym nie znalazł tu paru tzw. DEEP CUTÓW. Ironbound / Fancy Poultry (o widzicie, znalazłem już dwa hehe) ma ładny, melancholijny klimat napedzący wspaniałą linią basu. Language ma ładny refren - na tyle ładny, że wam o tym piszę. Wooden Horse (Casper Hauser's Song) jest chyba moim ulubionym tego typu odkryciem, którym zaszczycę was tu, a nie w żadnej depeszwizji czy bestce za sto lat. I znowu czuję się taki mały i taki krótki próbując odpowiednio adekwatnie opisać to dzieło, ale liczę na to, że wystarczy wam jeśli napiszę, że tak oniryczny i gęsty klimat to słyszałem najwyżej na The Dreaming Kate Bush.

Jeśli któryś z was rękę podniesie na któryś z tych kawałków, to możecie być pewni, że będę w najgorszym razie pasywno-agresywny czy coś. Ale są to rzeczy piękne, śliczne, słuszne i zbawienne i będę ich bronić tak jak Lepper blokował drogi w latach 90, jeśli wiecie co mam na myśli.

Jeśli nie, to trudno. Liczę na ciekawe opinie, spostrzeżenia, dyskusje. Bierzcie i słuchajcie tego.

https://www.youtube.com/playlist?list=P ... 3EV_3ymQAo
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 15 cze 2024 02:03

No kurka wodna nareszcie!
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 16 cze 2024 02:04

Robbie Williams - Escapology

Długo myślałem nad obecną kolejką. A to wydawało mi się za bardzo jesienne, a to za bardzo zimowe. W końcu zadecydowałem, że tego gościa nie mogło tutaj zabraknąć. Wielka postać muzyki, wielka gwiazda. Kiedyś Robbie był członkiem boys bandu pod tytułem Take That. Zawsze się dziwiłem, dlaczego gość o takim głosie jest tylko jednym z wielu. W zespole brylował jakiś Barlow, gdy tymczasem Robbie bił go na każdym kroku. W pewnym momencie Williams odszedł z zespołu i zaczął solową karierę. W pewnym okresie to był absolutny dominator. Potem oczywiście popadł raczej w zapomnienie. Tak to już niestety jest, że nawet największa gwiazda wcześniej czy później idzie w odstawkę. Można być wciąż aktywnym, a jednak czas mija, sława mija. Pojawiają się młodsze gwiazdy muzyki. Stare gwiazdy idą w zapomnienie. Ja jednak jestem z generacji tych, co wielkość Robbiego pamiętają. To był mega gość. Nagrał mnóstwo wielkich hitów i kilka dobrych albumów. Zawsze lubiłem Escapology. To był szczyt popularności Robbiego. Na Escaapology jest kilka genialnych hitów z jednym z absolutnie najlepszych utworów wszechczasów, czyli Feel.
Feel jest wielkie, genialne, absolutnie wyjątkowe. Ale ja mam tu jeszcze jednego cichego faworyta. „My and my monkey”. Utwór na meksykańską modłę. Cudeńko.
Generalnie Robbie to jest gość. Jeden z największych wokalistów w historii.

https://www.youtube.com/watch?v=fX-Ugj7 ... 8WhB69omQi
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 16 cze 2024 11:52

O, jak szanuję.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 16 cze 2024 14:05

Dobry zestawik poszedł
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 05 lip 2024 09:41

Best of Albumy

Kolejka 1.

1. Nas - Stillmatic (Murzyn)
2. Leighton Meester - Heartstrings (munlup)
3. Karl Hyde - Edgeland (dev)
4. Recoil - subHuman (Dragon)
5. Depeche Mode - Violator (Czezu)
6. King Crimson - Discipline (mentos)
7. Sting - The Soul Cages (Wujas)

Kolejka 2.

8. Papa Dance - Poniżej Krytyki (mentos)
9. Pezet/Noon - Muzyka Poważna (Murzyn)
10. Kraftwerk - Computer World (Czezu)
11. John Carpenter/Alan Howarth - Escape From New York (munlup)
12. Tangerine Dream - Rubycon (Dragon)
13. no-man - Schoolyard Ghosts (Wujas)
14. Stan Ridgway - Black Diamond (dev)

Kolejka 3.

15. Philip Glass - Koyaanisqatsi (Murzyn)
16. Blondie - Eat to the Beat (Melki)
17. The Advisory Circle - Other Channels (dev)
18. The Bravery - The Bravery (munlup)
19. Katie Melua - In Winter (Wujas)
20. GAS - Pop (Dragon)
21. Grimes - Visions (mentos)

Kolejka 4.

22. The Cure - Seventeen Seconds (Murzyn)
23. XTC - Nonsuch (munlup)
24. Robert Wyatt - Rock Bottom (mentos)
25. Jean-Michel Jarre - Oxygene 7-13 (Dragon)
26. Pet Shop Boys - Actually (Wujas)
27. John Foxx and the Maths - Interplay (dev)
28. Porcupine Tree - The Sky Moves Sideways (Melki)

Kolejka 5.

29. The Disposable Heroes of Hiphoprisy - Hypocrisy Is The Greatest Luxury (munlup)
30. Esprit 空想 - virtua.zip (Dragon)
31. Gang Starr - Moment of Truth (Murzyn)
32. Poets of the Fall - Signs of Life (dev)
33. Susanne Sundfør - Music For People In Trouble (Wujas)
34. Sandra - Paintings in Yellow (Melki)
35. Kate Bush - Never For Ever (mentos)

Kolejka 6.

36. Honeyroot - The Sun Will Come (Murzyn)
37. Fishmans - Uchū Nippon Setagaya (munlup)
38. Long Fin Killie - Houdini (Dragon)
39. Birdy - Young Heart (Wujas)
40. Moev - Yeah Whatever (dev)
41. Pink Floyd - Dark Side of The Moon (mentos)

Kolejka 7.

42. Pink Floyd - Wish You Were Here (Murzyn)
43. Alicia Keys - HERE (Wujas)
44. Wild Nothing - Nocturne (dev)
45. Justin Timberlake – FutureSex/LoveSounds (munlup)
46. Arca - Arca (Dragon)
47. My Bloody Valentine - Loveless (mentos)

Kolejka 8.

48. Boards of Canada - The Campfire Headphase (Dragon)
49. Frank Sinatra – Only The Lonely (munlup)
50. Electric Light Orchestra - Discovery (dev)
51. Fever Ray - Fever Ray (Murzyn)
52. Taylor Swift – folklore (Wujas)
53. David Bowie - Heroes (mentos)

Kolejka 9.

54. Lilu - LA (Murzyn)
55. DJ Spooky - Songs of a Dead Dreamer (Dragon)
56. Simple Minds - Black and White 050505 (dev)
57. New Order – Technique (Wujas)
58. Nick Drake – Pink Moon (munlup)
59. Sparks - No. 1 in Heaven (mentos)

Kolejka 10.

60. Banco da Gaia - Maya (dev)
61. Kraftwerk - Electric Cafe (Murzyn)
62. Jean-Michel Jarre - Metamorphoses (munlup)
63. Massacre - Killing Time (Dragon)
64.Recoil – Liquid (Wujas)
65. Kult - Tata Kazika (mentos)

Kolejka 11.

66. Tears for Fears – The Tipping Point (munlup)
67. A Tribe Called Quest - The Low End Theory (Murzyn)
68.Blacklist - Midnight of the Century (dev)
69. Auscultation - L'étreinte imaginaire (Dragon)
70. Ozric Tentacles - Erpland (Melki)
71. Billie Eilish - Happier Than Ever (Wujas)
72. Big Black - Songs About Fucking
(mentos)

Kolejka 12.

73. Alphaville - Afternoons in Utopia (dev)
74. Jessie Ware - Glasshouse (Murzyn)
75. no-man – ((speak)) (munlup)
76. Kraftwerk - Tour de France Soundtracks (Dragon)
77. a-ha - East of the Sun, West of the Moon (Wujas)
78. Television - Marquee Moon (mentos)
79. Jethro Tull - Songs from the Wood (Melki)

Kolejka 13.

80. Junior Boys - Last Exit (Dragon)
81. The Notorious B.I.G. - Life After Death (Murzyn)
82. David Sylvian – Dead Bees on a Cake
(munlup)
83. Bomb the Bass - Clear (dev)
84. The Orb - Orbvs Terrarvm (Melki)
85. U2 – Achtung Baby (Wujas)
86. Coil - The Ape of Naples (mentos)

Kolejka 14.

87. China Crisis - Diary of a Hollow Horse (dev)
88. King Crimson - Islands (Dragon)
89. Common - Be (Murzyn)
90. London Grammar - Californian Soil (Wujas)
91. Peter Gabriel - Melt (mentos)
92. Arianna Savall - Peiwoh (Melki)
93. Mansun - Attack of the Grey Lantern (munlup)

Kolejka 15.

94. Röyksopp - Melody A.M. (Murzyn)
95. Peter Gabriel - Up (munlup)
96. Klaus Schulze - Body Love (Dragon)
97. Massive Attack - 100th Window (Wujas)
98. Black - Blind Faith (dev)
99. France Gall - Babacar (mentos)

Kolejka 16.

100. Katy B - Little Red (Murzyn)
101. Talk Talk - Laughing Stock (munlup)
102. Andy Stott - Too Many Voices (Dragon)
103. Pixies - Doolittle (mentos)
104. Sin Cos Tan - Afterlife (dev)
105. Ariana Grande - Dangerous Woman (Wujas)

Kolejka 17.

106. Reno - 50/50 (Murzyn)
107. Nine Horses - Snow Borne Sorrow (munlup)
108. Van Der Graaf Generator - Pawn Hearts (Dragon)
109. Cher - Believe (dev)
110. Suzanne Vega - Solitude Standing (mentos)
111. Robbie Williams - Escapology (Wujas)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 11 sie 2024 20:12

dawno nie byłem pierwszy

Jeśli TO nie pomoże się zaktywizować... to przyjmę wolniejsze tempo w albumówce z honorem i pokorą.

Kury P.O.L.O.V.I.R.U.S. (1998)

U Kurach powiedziano wsz... a gówno prawda, gdyby powiedziano, to byłoby już dawno po rundce z POLOVIRUSEM na forum hehhe

O Tymonie wspomniałem już przy okazji Czana, no ale powtórzmy. Tymon Tymański. Ekscentryk, popierniczeniec, biseksualista, człowiek, Polak. Geniusz basu i yassu, wybitny twórca zlewu. Polskie społeczeństwo absolutnie na niego zasłużyło, lepszego nie dostało i nie dostanie. Sclavusa wciąż nie przeczytałem. Uniwersum artystycznie Tymańskiego obfituje w tak wiele wydarzeń, zjawisk oraz tworów, że pewnie jeszcze trochę zajmie ogarnięcie tego wszystkiego w sposób satysfakcjonujący. Czekamy na scenicznego Gombrowicza w jego reżyserii. Od połowy lat 80' sprawny wsadzacz kija w pośladki wielu wrażliwych rodaków oraz ich uczucia abstrakcyjne. Może współcześnie coraz bliżej mu do KODersa, ale wciąż zdarzy mu się przyłożenie w starym, bardziej uniwersalnym stylu i manierze. Do takiego TT wracam ze szczerą przyjemnością, ciągle odkrywam coś nowego, ciekawego. Kulminacją jego artystycznego zbazowania był POLOVIRUS.

Choć POLOVIRUS to przecież dzieło wielu ludzi. W skład Kur wchodził m.in. świetny bębniarz Jacek Olter, który niedługo później niestety zawinął się za tęczowy most. Do tego ciekawe gościnki, m.im. Możdżer sprzed ery szurania, Deriglasoff jako kolejny współproducent czy Mazzoll na klarnecie. Mimo wszystko Tymon był szefem całego tego zbiegowiska. Jego wpływ widać, słychać i czuć. Tak, ten specyficzny język czy skłonność do osobliwego dżezowania w zaskakujących momentach w tym otoczeniu kojarzy się jednoznacznie. W momencie wjazdu POLOVIRUSA do gry z nieukrywaną przyjemnością podrzucę jeszcze kilka ciekawych materiałów źródłowych... bo czemu by nie, psubraty.

Tymański jako osobowość medialna przyciągnął moją uwagę pewnie na początku liceum. Początkowo odbierałem go z dystansem. Wreszcie wgryzłem się w rzeczy historyczne, muzykę, teksty, sposób bycia, poglądy jakie dawniej miewał, środowisko w którym się obracał... może i działali na niewielką skalę, ale robili rzeczy wielkie. Czasem niesamowicie debilne, ale wielkie. POLOVIRUS mógłby dla mnie funkcjonować po prostu swoją artystyczną wielkością, smakiem w niesmaku i diagnozie społecznej, która absolutnie nie traci na wartości. Ma w kieszeni jeszcze aspekt osobisty. Na początku studiów zapisałem się na fakultet o humorze. Trochę przypadkowo, trochę z ciekawości. Mimo starań prowadzącej odbiłem się zarówno od tematu (podejmowanego z przesadną wrażliwością i generalnie poczuciem humoru, które mnie żenuje) jak i ludzi uczestniczących na zajęciach (m.in. słuchacze nocnego kochanka). Później na Nankiera bywało i wciąż bywa ciekawiej. Przed pandemią bywały jednak ciężary. Postanowiłem jakoś zareagować. Na zaliczenie była do zrobienia prezentacja pewnego samodzielnie wybranego zjawiska i analizy go pod kątem badań nad humorem. No to wybrałem Kury ze szczególnym wyróżnieniem POLOVIRUSA. Ostatnia akcja w starym stylu.

Ja dobrze wiem, co jest na tej płycie, dlatego to Wam wolę dać szansę dłuższej wypowiedzi na jej temat. Myślę, że i tak wszyscy uczestnicy kojarzą temat całkiem nieźle, ale to taki wdzięczny materiał do odpłynięcia. Muzycznie? Między disco polo, reggae, yassem (Kury potrafią żartować same z siebie, czyli grać jazzowe hałasy z kolejną warstwą ironii) a heavy metalem, tak z GRUBSZA i NIE TYLKO. Lirycznie? Między rozliczeniem PRLu, piętnowaniem przywar narodowych, środowiskowych a yebaniem nazioli. Ile cytatów potrafię rzucić z pamięci, ile wciąż zdarzy mi się wypuścić w rozmowach. Ta płyta trochę pozwoliła ukształtować poglądy i spojrzenie na otaczający świat. Tak, pod warstwą tekstów o seksie, kupie, dupsku i jajach kryje się tam sporo złota.

Chyba, że ktoś bardzo chce ode mnie po 2 zdania na temat każdego kawałka, nie będzie problemu.

Nie, ta płyta nie psuje życia. Mimo upływu lat mój szacunek do niej nie maleje.

Myślę, że wszyscy czuli w kościach nadejście Kur do bestki. Pozwalam sobie wyjść przed szereg i wreszcie zapodać to, na co Diwotisy czekały.

https://www.youtube.com/playlist?list=P ... eHDzzZdRT1
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 11 sie 2024 20:40

Mmmm... WTF?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 11 sie 2024 21:00

Hmm?
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 11 sie 2024 21:07

Przyznaję że trochę jakby przed szereg kolega wyskoczył no ale jeśli takie ciśnienie jest już na wrzucanie...

Zwykle puszczałem wrzuty gdy wszyscy zrecenzowali przedostatnią płytę lub dla tych którzy zrecenzowali już ostatnią. Mi to tito bo nie wrzucam i tak ale ot precedens troszku.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 11 sie 2024 21:09

Panieee, ale tak to się nie robi.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 11 sie 2024 21:25

E tam precedens, szczególnie gdy się nie uczestniczy heh już tak wcześniej raz zrobiłem

Odbębniłem przedostatnią - wrzucam. No i sobie czeka, nikomu nie bronię słuchać i też wrzucić
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 11 sie 2024 21:29

Kiedy my mniej więcej zaczniemy następną kolejkę?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 11 sie 2024 21:49

no tak patrząc pi razy drzwi po tempie ostatnich kolejek to jakoś we wrześniu
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 14 sie 2024 12:31

Dragon wszystko popsuł, więc wbiegam na scenę, nim będzie dla mnie za późno.

Ladytron - Gravity the Seducer (2011)

Ladytron Wam już, PT Osoby Forumowe, przedstawiałem. Jakoś niecały rok temu to chyba było... Destroy Everything You Touch, pamiętamy? To chyba ich najbardziej znany singiel. Ciekawe, że właściwie od tego numeru rozpoczęła się moja fascynacja tymże zespołem, o którym do tamtego momentu wiedziałem tylko jedną rzecz - nazwę wzięli od utworu Roxy Music. A, i jedna z wokalistek i parapeciara przy okazji, Mira Aroyo (Bułgarka z pochodzenia), miała ficzer w jednym z numerów na Interplay Johna Foxxa i The Maths. Trochę później dowiedziałem się, że ich macierzysta wytwórnia - tj. Nettwerk - została założona przez ludzi z Moev. No, ale wtedy już Ladytron słuchałem.

Sprzedała mi ich kumpela, która później była jedną z moich współlokatorek na początku mej warszawskiej przygody (już 12 lat temu lol...). Choć Ladytron odkrywałem od bestki i debiutu (późną jesienią 2011), to już wówczas był ukazał się ich najświeższy wtedy krążek, czyli właśnie Gravity the Seducer (swoją drogą świetny tytuł). Zlewałem go jednakowoż z jakichś bliżej niewyjaśnionych powodów aż do późniejszego lata 2012, które dziś potwornie mitologizuję i romantyzuję. Jazda po Łodzi na rowerze, wycieczka do lasu pod Bełchatów, niekończące się spacery przy akompaniamencie powoli (i bardzo majestatycznie) umierającego lata nigdy nie wylecą mi z pamięci. A był to także czas Matthew Deara, Blouse, Wild Nothing... Nocturne chyba też pamiętacie hehe. Gravity the Seducer dołączyło zaraz później.

Co ja mogę napisać... ten krążek daje mi feelsy. Zwłaszcza, że moje z nim zapoznawanie się miało początek na odsłuchu singla Mirage, do którego uwielbiam wracać właśnie o tej porze roku. Przeżywałem wówczas - ain't this a surprise - rozstanie z pewnym dziewczęciem z Krakowa, które to rozstanie miało miejsce w listopadzie roku poprzedniego. Ktoś powie "kurde, minęło trochę czasu". No, tak, ale i dziewczę było dość wyjątkowe (przynajmniej wtedy tak uważałem, dziś jestem cokolwiek odmiennego zdania), także okres smuteczków się rozciągał na przestrzeni miesięcy (zwłaszcza, że znaliśmy się wiele lat wcześniej i parę razy okoliczności spinały nas ze sobą).

Co więc tutaj mamy? Synthpop, trochę alternatywny, trochę w ogóle, trochę hipsterski, trochę ani trochę. Specyficzne akcentowanie i "wymowa" śpiewającej głównej wokalistki - Helen Marnie - może wielu denerwować (mnie czasem denerwuje na pewno, zwłaszcza to obrzydliwie miękkie "r"), ale barwę głosu ma naprawdę świetną. Tu i ówdzie śpiewa jeszcze wyżej wspomniana Mira, 4 numery w ogóle są instrumentalne. Powiedzieć, że mam słabość do tego krążka, to nie powiedzieć wiele. Numery takie jak White Elephant, wymienione już przeze mnie Mirage, Ace of Hz, Moon Palace czy Ninety Degrees są dla mnie prawdziwą bramą do jesieni. Płyta jest ciepła, przyjemna, dosyć czilowa. Mam nadzieję, że chwyci Was tak samo, jak chwyta mnie, rok do roku. Już od 12 lat.

https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... 8K042C5cKY

PS., YouTube z jakiegoś powodu po wejściu w udostępnienie playlisty zamienia 3 utwory na wideoklipy, które do nich powstały. Ale po wpisaniu w wyszukiwarkę YT po prostu "ladytron gravity the seducer", wywala normalnie album bez klipów. Nie umiem tego odwrócić, niestety.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl