Best of Forum IV
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Nie będę elaboratu pisał tutaj, ale po prostu mi nie leży. Jej persona ma dosyć pretensjonalny vibe (ja wiem, że Cave też, a jego uwielbiam, ale nie pozjadałem wszystkich rozumów, żeby to wytłumaczyć logicznie), a jej muzyka kompletnie nie jest w stanie mnie przyciągnąć, wylatuje mi drugim uchem od razu. Biorę pod uwagę, że mogłem słyszeć niewłaściwe kawałki, ale nie da się lubić i dawać szansy wszystkiemu. Możliwe też, że po prostu jestem zbiasowany, więc zapraszam do czejndżowania mojego majndu w ramach bestki.
Ty Mentos się lepiej za recenzję bierz, bo znowu jesteś na szarym końcu i jutro lecimy dalej.
Ty Mentos się lepiej za recenzję bierz, bo znowu jesteś na szarym końcu i jutro lecimy dalej.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Nawet ostatnimi czasy trochę słuchałem PJ Harvey.
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
W moim przypadku może być problem, bo ja jej pierdyliard lat nie słuchałem i raczej aż tak nie lubię, może bym naciągnął jeden kawałek w przypadku gdybyśmy mieli robić top 500, ale to tak mocno-mocno na siłę.
Wlatuję jutro.
Wlatuję jutro.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
To może Dev, nie wiem, ale to by było dosyć dziwne gdyby to miał w best życia, a dopiero zaczyna się przekonywać. Mam kilku znajomych, którzy lubią PiDżej i oni się bardzo dziwią, że będąc fanem Nicka C., można hejtować PJH. A ja się dziwię, z jakiej paki jedno musi wynikać z drugiego. Ja bym się nawet cieszył gdyby jej muza mi się podobała, ale NIE WIEM.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
To ciekawe, bo ja mam w sumie znajomych, którzy lubią Kejwa i nie lubią Pidżej, albo na odwrót (pewien autor poczytnych ostatnio na kawiorowej lewicy książek, który dawno temu proponował mi współpracę, ale wolałem laskę, która nie wolała mnie), ale faktycznie przeważają jednak ludzie, którzy lubią i jego i ją (vide mój brat, dla którego trudno powiedzieć, kto z tej dwójki jest lepszy). Ja swego czasu wsiąknąłem w Let England Shake i zamierzam w najbliższym czasie sobie ten krążek odświeżyć. No i dosłownie parę tygodni temu premierę miał nowy album, jak dotąd przesłuchałem całe 3 kawałki ale mi się podobały bardzo, staram się na tę jej pretensjonalność nie zwracać bardzo uwagi. Na tym etapie nie mam pojęcia, czy kiedykolwiek mi wpadnie do bestki, ale tbh nie jestem co do tego przekonany. Btw, post nr 6000, woohoo!!!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
WOOHOO. Murzyn ostatnio przekroczył 10k, ale zapomniał szampana otworzyć.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Takie one sąpewien autor poczytnych ostatnio na kawiorowej lewicy książek, który dawno temu proponował mi współpracę, ale wolałem laskę, która nie wolała mnie)
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Impreza na Twoje 20k niebawem?Hien pisze:23 sie 2023 14:17WOOHOO. Murzyn ostatnio przekroczył 10k, ale zapomniał szampana otworzyć.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
W Bełchatowie?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Zapraszam na Mazury na moje 15k. 
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Stawiam kebsa i godzinę czekania xd
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Kuba Kurek - Byłaś Serca Biciem
Swego czasu czytałem wywiad z mordercą Andrzeja Zauchy, typ z parę dobrych lat temu wyszedł za dobre sprawowanie, w którym opowiadał, że kiedyś był na weselu, gdzie usłyszał tę piosenkę i poczuł się z tym dziwnie. W sumie to normalne, też bym nie wiedział co z oczami czy czymkolwiek zrobić na jego miejscu i trochę tak miałem z tym wykonem. Smooth jazz to jednak nie jest muzyka dla mnie, dla mnie takie covery to taki se muzak do słuchania w jakiejś restauracji na rynku czy jakimś snobistycznym miejscem dla przedstawicieli klasy wyższej średniej. No totalnie widzę oczyma wyobraźni białasa, który siedzi w swoim domku na przedmieściach i słucha tego z WYSOKIEJ KLASY SPRZĘTU, wykonując przy tym te takie śmieszne pstryknięcia palcami. Niby końcówka jest tym zabiegiem, który jest banalny, oczywisty i mnie bierze, ale w ogólnym rozrachunku - meham. Trochę niemniej mnie bawi, że akurat najbardziej BIAŁASOWY kawałek w tej kolejce wrzucił ktoś, na kogo prawie wszyscy tutaj wołamy Murzyn.
A Canal Plus polecam, fajna usługa. <mam nadzieję, że zapłacą mi za lokowanie produktu>
Pulp – This Is Hardcore
Jedną z miar zjebania jednego z moich mniej chlubnych epizodów mojego życia, jest niewątpliwie fakt, że poświęcałem wtedy dużo czasu na wkurwianie randomowych ludzi w internecie, co gorsza - dorabiając do tego jakąś ideologię bycia prowokatorem, kontestatorem i w sumie siusiak wie co tam jeszcze. Niby daleko mi do mojego serdecznego znajomego (będacego przyjacielem znajomej mnie i Musiała - nie jestem pewien, czy chcecie wchodzić w to uniwersum), który potrafił ciągnać kałsztormy godzinami, a tak szczerze mówiąc to gdzieś tam w głębi duszy wiedziałem, że to marnowanie czasu i zawsze po jakimś czasie dążyłem do ugody, ale niesmak pozostaje. Teraz jestem duży, leniwy i nie chce mi się z nikim o nic żreć, gdy nie muszę, a jak muszę, to też mi się nie chcę, ale jednak muszę, acz nie ukrywam, że czasem chciałbym krzyknąć WY WSZYSCY JESTEŚCIE POJEBANI czy coś w ten deseń.
Ok, muzyka. Moja przygoda z Pulp sięga czasów pradawnych, 2011-12 rok, jakoś tak i odsłuch Different Class, które mnie totalnie zmuliło, zmęczyło i znudziło - dałem dwie gwiazdki na rym i powiedziałem cześć, spadaj, nigdy nie wrócę. Nie założyłem, że wrócę kilkanaście lat później za pośrednictwem forum Depeche Mode, ale trudno. Rozumiem czemu kolega Jakub słucha tego w takich okolicznościach, bo faktycznie jest w tym kawałku coś oczyszczającego, taka ulga po wyrzuceniu z siebie wkurwu, gniewu i wszelkich negatywnych emocji. I dzieje się tu bardzo dużo, a ja lubię jak się tak dzieje. A że jeszcze jest fajna okładka z gołą babą, to ja się jaram (nie wiem co myśleć o tym, że modelka z tejże kandydowała w wyborach prezydenckich w R*sji). Mocarna rzecz, mam na liście do kiedyś tam lepszego ogarnięcia.
Arcanum - Philae
Tangerine Dream spotyka Mandarynkowy Sen i popija sokiem pomarańczowym. Hehe, ale ten opis zjada własny ogon. No z jednej strony bardzo fajne, z drugiej strony - ja cały czas mam wrażenie, że brzmi to znajomo. Tu miała być taka refleksja poświęcona temu jak to jest, że takie odtwórstwo razu jednego wchodzi mi jak złe, a innego - wcale. I nie dotarłem do żadnych wniosków innych niż oczywiste. Po prostu uwielbiam Tangerine Dream z lat 70 i dostałem coś, co brzmi jak ono, nie odstaje od niego stylistycznie i jednocześnie coś, czego nie znałem. Tak z grubsza, bo było parę momentów, które nieco wybijały z tej iluzji, jak np. perka w okolicach 5 minuty, ale to detale, które i tak nie zmieniają odbioru całości. No fajne to, w sumie szanuję lore typa i projektu też, bo lubię takie rzeczy stylizowane na lost media.
Francesco Napoli - Balla Balla
Jakiś czas myślałem, że Francesco Napoli to jakaś postać fikcyjna, ale coś mnie jednak podkusiło, by sprawdzić i się okazało, że to jednak nie do końca prawda. Teraz w sumie to nawet mi coś świta, że mogłem być na jego koncercie, bo w okolicach mojej daty rejestracji na tym forum był na dniach mojego miasta - co ciekawe drugą gwiazdą tej imprezy był KULT, którego wówczas dużo i często słuchałem, więc sam już w zasadzie nie wiem co sprawiło, ze nie uczestniczyłem w tej imprezie. Nie ukrywam nadal, że mimo to moim pierwszym skojarzeniem ze słowem NAPOLI jest drużyna piłkarska z Włoch, która zdobyla mistrza i w której gra Piotr Zieliński, którego bardzo to lubię. Nie jestem jakimś ich kibicem, jak mój kolega z Łodzi, co to miał audycję w Żaku, ale w tamtym sezonie udało im się zebrać fajną pakę i cieszyłem się gdy zdobyli mistrzostwo, bo to fajna sprawa i w ogóle. Piszę o tym, bo ten mix italo disco zupełnie mi nie siadł - daleko mi do uprzedzeń, wiem, że ta muzyka potrafi zaskoczyć i nawet mam paru potencjalnych przedstawicieli do zapodania kiedyś tam, rozumiem to uczucie, gdy takie coś wchodzi po latach niesłyszenia. Na mnie po prostu to nie zrobiło większego wrażenia i tyle, więc po prostu SZANUJĘ, ale bez szans na powroty.
Andru Donalds feat. Evgenia Vlasova - Wind of siusiak
Czytając wrzuty Musiała odnoszę wrażenie, że w latach zerowych nie robił nic innego poza poznawaniem muzyki z forum80s i jeżdzeniem na obozy językowe. Generalnie to pierwsze uczucie po odpaleniu to takie WTF, skąd ja to znam, bo nawet ja to dobrze kojarzę, ofc bez świadomości kto to wykonuje. Nie skojarzyłem tego z tym konkretnym okresem w dziejach, bardziej z tym, że to w jakiejś reklamie było czy gdzieś tam. Moje lato 2006 było raczej nieciekawe - w sumie jedyne co z niego pamiętam to granie w gierki i łuskanie bobu u wujasa za parę złotych na dzień oraz to, że byłem dwa tyygodnie u swojego wujka z Lubelszczyzny, które też dla odmiany spędziłem na graniu w gierki, ale nie łupałem bobu. Chujowe czasy i nie ma o czym pisać, mimo wszystko myślałem, że to rzecz z zupełnie innego przedziału czasowego - słuchając "w ciemno" zakładałem albo najtisy, albo okolice 2012 roku, więc trafiłem jak baba z zezem po weselu. xD W sumie też mi się to podoba, jednak to ŁOJ DANANAN DEJ wkręca się w łeb jak melodyjka z sygnalizacji świetlnej. Propsuję, bo coś tu, do cholery, jest, a teraz sobie powiązałem te wrzutę z fotą Musiała z grupki i w ogóle mi wjechała nostalgia za tamtym okresem max (bez cukru).
No na moje to munlup wygrał tę kolejkę, bo całkiem prawdopdoobne, że odczarował mi PULP, potem Dragon ze swoim zagubionym albumem Tangerine Dream znalezionym na poddaszu i Musiał wrzucający 2006 rok w pigułce. Smooth jazz i italo disco ciekawe, ale nie dla mnie jednak. Kolejka typu spoko.
Swego czasu czytałem wywiad z mordercą Andrzeja Zauchy, typ z parę dobrych lat temu wyszedł za dobre sprawowanie, w którym opowiadał, że kiedyś był na weselu, gdzie usłyszał tę piosenkę i poczuł się z tym dziwnie. W sumie to normalne, też bym nie wiedział co z oczami czy czymkolwiek zrobić na jego miejscu i trochę tak miałem z tym wykonem. Smooth jazz to jednak nie jest muzyka dla mnie, dla mnie takie covery to taki se muzak do słuchania w jakiejś restauracji na rynku czy jakimś snobistycznym miejscem dla przedstawicieli klasy wyższej średniej. No totalnie widzę oczyma wyobraźni białasa, który siedzi w swoim domku na przedmieściach i słucha tego z WYSOKIEJ KLASY SPRZĘTU, wykonując przy tym te takie śmieszne pstryknięcia palcami. Niby końcówka jest tym zabiegiem, który jest banalny, oczywisty i mnie bierze, ale w ogólnym rozrachunku - meham. Trochę niemniej mnie bawi, że akurat najbardziej BIAŁASOWY kawałek w tej kolejce wrzucił ktoś, na kogo prawie wszyscy tutaj wołamy Murzyn.
A Canal Plus polecam, fajna usługa. <mam nadzieję, że zapłacą mi za lokowanie produktu>
Pulp – This Is Hardcore
Jedną z miar zjebania jednego z moich mniej chlubnych epizodów mojego życia, jest niewątpliwie fakt, że poświęcałem wtedy dużo czasu na wkurwianie randomowych ludzi w internecie, co gorsza - dorabiając do tego jakąś ideologię bycia prowokatorem, kontestatorem i w sumie siusiak wie co tam jeszcze. Niby daleko mi do mojego serdecznego znajomego (będacego przyjacielem znajomej mnie i Musiała - nie jestem pewien, czy chcecie wchodzić w to uniwersum), który potrafił ciągnać kałsztormy godzinami, a tak szczerze mówiąc to gdzieś tam w głębi duszy wiedziałem, że to marnowanie czasu i zawsze po jakimś czasie dążyłem do ugody, ale niesmak pozostaje. Teraz jestem duży, leniwy i nie chce mi się z nikim o nic żreć, gdy nie muszę, a jak muszę, to też mi się nie chcę, ale jednak muszę, acz nie ukrywam, że czasem chciałbym krzyknąć WY WSZYSCY JESTEŚCIE POJEBANI czy coś w ten deseń.
Ok, muzyka. Moja przygoda z Pulp sięga czasów pradawnych, 2011-12 rok, jakoś tak i odsłuch Different Class, które mnie totalnie zmuliło, zmęczyło i znudziło - dałem dwie gwiazdki na rym i powiedziałem cześć, spadaj, nigdy nie wrócę. Nie założyłem, że wrócę kilkanaście lat później za pośrednictwem forum Depeche Mode, ale trudno. Rozumiem czemu kolega Jakub słucha tego w takich okolicznościach, bo faktycznie jest w tym kawałku coś oczyszczającego, taka ulga po wyrzuceniu z siebie wkurwu, gniewu i wszelkich negatywnych emocji. I dzieje się tu bardzo dużo, a ja lubię jak się tak dzieje. A że jeszcze jest fajna okładka z gołą babą, to ja się jaram (nie wiem co myśleć o tym, że modelka z tejże kandydowała w wyborach prezydenckich w R*sji). Mocarna rzecz, mam na liście do kiedyś tam lepszego ogarnięcia.
Arcanum - Philae
Tangerine Dream spotyka Mandarynkowy Sen i popija sokiem pomarańczowym. Hehe, ale ten opis zjada własny ogon. No z jednej strony bardzo fajne, z drugiej strony - ja cały czas mam wrażenie, że brzmi to znajomo. Tu miała być taka refleksja poświęcona temu jak to jest, że takie odtwórstwo razu jednego wchodzi mi jak złe, a innego - wcale. I nie dotarłem do żadnych wniosków innych niż oczywiste. Po prostu uwielbiam Tangerine Dream z lat 70 i dostałem coś, co brzmi jak ono, nie odstaje od niego stylistycznie i jednocześnie coś, czego nie znałem. Tak z grubsza, bo było parę momentów, które nieco wybijały z tej iluzji, jak np. perka w okolicach 5 minuty, ale to detale, które i tak nie zmieniają odbioru całości. No fajne to, w sumie szanuję lore typa i projektu też, bo lubię takie rzeczy stylizowane na lost media.
Francesco Napoli - Balla Balla
Jakiś czas myślałem, że Francesco Napoli to jakaś postać fikcyjna, ale coś mnie jednak podkusiło, by sprawdzić i się okazało, że to jednak nie do końca prawda. Teraz w sumie to nawet mi coś świta, że mogłem być na jego koncercie, bo w okolicach mojej daty rejestracji na tym forum był na dniach mojego miasta - co ciekawe drugą gwiazdą tej imprezy był KULT, którego wówczas dużo i często słuchałem, więc sam już w zasadzie nie wiem co sprawiło, ze nie uczestniczyłem w tej imprezie. Nie ukrywam nadal, że mimo to moim pierwszym skojarzeniem ze słowem NAPOLI jest drużyna piłkarska z Włoch, która zdobyla mistrza i w której gra Piotr Zieliński, którego bardzo to lubię. Nie jestem jakimś ich kibicem, jak mój kolega z Łodzi, co to miał audycję w Żaku, ale w tamtym sezonie udało im się zebrać fajną pakę i cieszyłem się gdy zdobyli mistrzostwo, bo to fajna sprawa i w ogóle. Piszę o tym, bo ten mix italo disco zupełnie mi nie siadł - daleko mi do uprzedzeń, wiem, że ta muzyka potrafi zaskoczyć i nawet mam paru potencjalnych przedstawicieli do zapodania kiedyś tam, rozumiem to uczucie, gdy takie coś wchodzi po latach niesłyszenia. Na mnie po prostu to nie zrobiło większego wrażenia i tyle, więc po prostu SZANUJĘ, ale bez szans na powroty.
Andru Donalds feat. Evgenia Vlasova - Wind of siusiak
Czytając wrzuty Musiała odnoszę wrażenie, że w latach zerowych nie robił nic innego poza poznawaniem muzyki z forum80s i jeżdzeniem na obozy językowe. Generalnie to pierwsze uczucie po odpaleniu to takie WTF, skąd ja to znam, bo nawet ja to dobrze kojarzę, ofc bez świadomości kto to wykonuje. Nie skojarzyłem tego z tym konkretnym okresem w dziejach, bardziej z tym, że to w jakiejś reklamie było czy gdzieś tam. Moje lato 2006 było raczej nieciekawe - w sumie jedyne co z niego pamiętam to granie w gierki i łuskanie bobu u wujasa za parę złotych na dzień oraz to, że byłem dwa tyygodnie u swojego wujka z Lubelszczyzny, które też dla odmiany spędziłem na graniu w gierki, ale nie łupałem bobu. Chujowe czasy i nie ma o czym pisać, mimo wszystko myślałem, że to rzecz z zupełnie innego przedziału czasowego - słuchając "w ciemno" zakładałem albo najtisy, albo okolice 2012 roku, więc trafiłem jak baba z zezem po weselu. xD W sumie też mi się to podoba, jednak to ŁOJ DANANAN DEJ wkręca się w łeb jak melodyjka z sygnalizacji świetlnej. Propsuję, bo coś tu, do cholery, jest, a teraz sobie powiązałem te wrzutę z fotą Musiała z grupki i w ogóle mi wjechała nostalgia za tamtym okresem max (bez cukru).
No na moje to munlup wygrał tę kolejkę, bo całkiem prawdopdoobne, że odczarował mi PULP, potem Dragon ze swoim zagubionym albumem Tangerine Dream znalezionym na poddaszu i Musiał wrzucający 2006 rok w pigułce. Smooth jazz i italo disco ciekawe, ale nie dla mnie jednak. Kolejka typu spoko.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
I wish coś takiego, a nie tylko zawilgocona fantastyka i inne książkowe horrory.
Jak kiedyś chochliki Wam to wypuszczą to chętnie sprawdzędevotional pisze:23 sie 2023 12:52z rozrzewnieniem wspominam tę wspomnianą już przez Hiena próbę, podczas której urodziło się sporo fajnego materiału (który, a jakże, wylądował w szufladzie a wydany będzie na Święty Nigdy)
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
To brzmi jakbyśmy za wszelką cenę chcieli żeby ktoś się o to zapytał lol w sumie to jest słabe xD może kiedyś, ale wtedy wyjdzie na jaw prawda, że to wszystko wcale nie było takie dobre, jak nam się wydawało.
Mentos, odpal sobie album "This is Hardcore", ale aż takich szaleństw jak tytułowy, to tez nie obiecuję. No, ale jest to też zupełnie inny album od tego, co wydali wcześniej (od czego się odbiłeś), więc wuj chie, może czary zadziałają
Mentos, odpal sobie album "This is Hardcore", ale aż takich szaleństw jak tytułowy, to tez nie obiecuję. No, ale jest to też zupełnie inny album od tego, co wydali wcześniej (od czego się odbiłeś), więc wuj chie, może czary zadziałają
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Z rana wyjeżdżam się urlopować więc zawczasu pozwolę sobie otworzyć następną koleję.
Przez najbliższy czas będzie trochę sentymentalnie, będą wrzutki bardziej osobiste leciały do których będę po wsze czasy zbiasowany więc biorę poprawkę na r ó ż n y odbiór z Waszej strony, he. Niemniej dla mnie to są i tak spoko numery, nawet jeśli zawartość lukru może odstraszać miejscami.
Sistars - Nie zatrzymasz
(2003)
Wracam w czasie do roku... 2007 bodajże, do historii relacji z moją kumpelą która ewoluowała w pierwsze poważne zakochanie i pierwsze złamane serducho. Najważniejsze wrzuty z tym związane już wlatywały ale jest tu jeszcze całe multum pobocznych numerów które będą się kojarzyć już zawsze z tą osobą. Zaczynam od Sistars i ich debiutanckiej płyty która była jedną z rzeczy słuchanych wspólnie podczas licznych wizyt u niej, ona miała swoich faworytów z tej płyty a przy okazji ja nadrabiałem ten album którego poza singlami nie znałem i wyłowiłem dla siebie parę deep cutów, a w sumie to dosłownie parę bo bardzo upodobałem sobie dwa utwory z końcówki płyty czyli duet Nie zatrzymasz/Hangin' Around.
Oba wspomniane numery mają (jak zresztą większość numerów Sistars) bardzo przyjemną produkcję w stylu r&b za którą odpowiadał przede wszystkim duet producencki Bartek Królik-Marek Piotrowski (znani też jako Sisquad lub później Plan B - to Ci goście którzy robili muzę dla Chylińskiej na Modern Rocking, w tym wrzucaną tu przeze mnie Zimę).
W kawałku mamy ciepłe brzmienie elektrycznego pianina, gitary akustyczne, funky bas no i damsko-męskie harmonie wokalne i śpiewy z podziałem na głosy (niektórzy mogą być zaskoczeni i tego nie pamiętać ale panowie udzielali się również wokalnie w utworach Sistars). Numer ten zawsze będzie mi się kojarzył z tą moją kumpelą bo to była taka dedykacja ode mnie dla niej, w utworze tym padają słowa kierowane od mężczyzny do kobiety z prośbą by nie zamykała przed nim serca i dała mu szansę. Były to więc początki takiej naszej muzycznej komunikacji, kiedy łatwiej pewne rzeczy wyrazić w ten sposób niż bezpośrednio w rozmowie, pozostaje pytanie na ile te intencje były czytelne, jednakże wrzutka ta miała odpowiedź i ona pojawi się tu też niebawem. Póki co powspominajmy czasy kiedy mieliśmy w kraju wykonawców r&b z prawdziwego zdarzenia.
https://youtu.be/7UrWp5d3Htw?si=vIZlmWZF8bgyrEsZ
Przez najbliższy czas będzie trochę sentymentalnie, będą wrzutki bardziej osobiste leciały do których będę po wsze czasy zbiasowany więc biorę poprawkę na r ó ż n y odbiór z Waszej strony, he. Niemniej dla mnie to są i tak spoko numery, nawet jeśli zawartość lukru może odstraszać miejscami.
Sistars - Nie zatrzymasz
(2003)
Wracam w czasie do roku... 2007 bodajże, do historii relacji z moją kumpelą która ewoluowała w pierwsze poważne zakochanie i pierwsze złamane serducho. Najważniejsze wrzuty z tym związane już wlatywały ale jest tu jeszcze całe multum pobocznych numerów które będą się kojarzyć już zawsze z tą osobą. Zaczynam od Sistars i ich debiutanckiej płyty która była jedną z rzeczy słuchanych wspólnie podczas licznych wizyt u niej, ona miała swoich faworytów z tej płyty a przy okazji ja nadrabiałem ten album którego poza singlami nie znałem i wyłowiłem dla siebie parę deep cutów, a w sumie to dosłownie parę bo bardzo upodobałem sobie dwa utwory z końcówki płyty czyli duet Nie zatrzymasz/Hangin' Around.
Oba wspomniane numery mają (jak zresztą większość numerów Sistars) bardzo przyjemną produkcję w stylu r&b za którą odpowiadał przede wszystkim duet producencki Bartek Królik-Marek Piotrowski (znani też jako Sisquad lub później Plan B - to Ci goście którzy robili muzę dla Chylińskiej na Modern Rocking, w tym wrzucaną tu przeze mnie Zimę).
W kawałku mamy ciepłe brzmienie elektrycznego pianina, gitary akustyczne, funky bas no i damsko-męskie harmonie wokalne i śpiewy z podziałem na głosy (niektórzy mogą być zaskoczeni i tego nie pamiętać ale panowie udzielali się również wokalnie w utworach Sistars). Numer ten zawsze będzie mi się kojarzył z tą moją kumpelą bo to była taka dedykacja ode mnie dla niej, w utworze tym padają słowa kierowane od mężczyzny do kobiety z prośbą by nie zamykała przed nim serca i dała mu szansę. Były to więc początki takiej naszej muzycznej komunikacji, kiedy łatwiej pewne rzeczy wyrazić w ten sposób niż bezpośrednio w rozmowie, pozostaje pytanie na ile te intencje były czytelne, jednakże wrzutka ta miała odpowiedź i ona pojawi się tu też niebawem. Póki co powspominajmy czasy kiedy mieliśmy w kraju wykonawców r&b z prawdziwego zdarzenia.
https://youtu.be/7UrWp5d3Htw?si=vIZlmWZF8bgyrEsZ
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
The Postal Service – This Place Is a Prison
The Postal Service, to trio, które tworzą Ben Gibbard (z Death Cab for Cutie), Jimmy Tamborello i Jenny Lewis, i zainteresowałem się nim ze względu na to, że jestem fanem DCfC oraz to, że ich jedyna płyta - „Give Up” - otoczona jest niesamowitym kultem. To często, o ile nie zazwyczaj, tworzy idiotyczne oczekiwania. Nie wiem, czy w moim wypadku stworzyło aż takie, ale jakkolwiek nie było, płyta wydała mi się średnia. Nie siedzę i nigdy nie siedziałem za bardzo w glitchtronice, która była novum w tamtym czasie (2003), ale największym problemem było dla mnie chyba to, że kompozycje mi nie siadły. Czasami album zdecydowanie za bardzo stał brzmieniem i dźwiękami, a za mało piosenkami. Od tamtej pory, bardzo powoli docieram się z tym albumem, wiem że z każdym przesłuchaniem jest lepiej. Ta płyta towarzyszy mi często podczas podróży pociągiem. Jedynym utworem z „Give Up”, który zrobił na mnie naprawdę duże wrażenie po pierwszym razie, był „This Place Is a Prison”. Jest to mroczy, ponury i wyciszony (do czasu) kawał elektroniki, którego to, mówiąc szczerze, kompletnie nie spodziewałem się na tym albumie znaleźć, i którego nawet na nim nie szukałem i nie liczyłem na takie brzmienia. Jest kilka takich momentów w tym utworze, które szczególnie rzucają mnie na kolana, np. porażające wejście Jimmy’ego Tamborello na melodice w 1:30 (kto by pomyślał, że ten instrument może brzmieć tak mrocznie), czy partia na akustycznej perkusji, na której zagrał Ben Gibbard. Jest w tym kawałku coś, co kojarzy mi się z klimatem, który w czasach „Johnnego” próbowaliśmy uzyskać z Azbestem w niektórych demach post-Komunikacyjnych, ale te utwory pozostały w szufladzie (tej słynnej szufladzie, która jest lepsza od wszystkiego). No, ale żarty na bok. Aura tego kawałka kojarzy mi się też z czasami kiedy zaczynałem w Żaku i sporo tego typu muzyki krążyło w odtwarzaczach ludzi z towarzystwa ‘alternatywnego’ (specjalnie nie chce mówić ‘hipsterskiego’, bo wbrew pozorom, to nie było to samo). Pamiętam jak siedziałem w 2009 r. zgierskim mini-klubie Agrafka, na koncercie znajomych, siedząc przy stole i rozmawiając z nowopoznanymi ich znajomymi, o zajebistości pierwszej solówki Thoma Yorka (fun fact: miał też tam być Musiał, ale mnie wystawił). Te klimaty. Tego wtedy słuchali offowi studenci z moich okolic, jakieś lo-fi, trochę elektroniki, ew. rocka, itd. No, w każdym razie, słuchajcie tego i poczujcie się jak smutni Łodzianie, na smutnych salach, dla smutnych zespołów grających smutną muzykę.
https://youtu.be/NMgoQBHx12g
The Postal Service, to trio, które tworzą Ben Gibbard (z Death Cab for Cutie), Jimmy Tamborello i Jenny Lewis, i zainteresowałem się nim ze względu na to, że jestem fanem DCfC oraz to, że ich jedyna płyta - „Give Up” - otoczona jest niesamowitym kultem. To często, o ile nie zazwyczaj, tworzy idiotyczne oczekiwania. Nie wiem, czy w moim wypadku stworzyło aż takie, ale jakkolwiek nie było, płyta wydała mi się średnia. Nie siedzę i nigdy nie siedziałem za bardzo w glitchtronice, która była novum w tamtym czasie (2003), ale największym problemem było dla mnie chyba to, że kompozycje mi nie siadły. Czasami album zdecydowanie za bardzo stał brzmieniem i dźwiękami, a za mało piosenkami. Od tamtej pory, bardzo powoli docieram się z tym albumem, wiem że z każdym przesłuchaniem jest lepiej. Ta płyta towarzyszy mi często podczas podróży pociągiem. Jedynym utworem z „Give Up”, który zrobił na mnie naprawdę duże wrażenie po pierwszym razie, był „This Place Is a Prison”. Jest to mroczy, ponury i wyciszony (do czasu) kawał elektroniki, którego to, mówiąc szczerze, kompletnie nie spodziewałem się na tym albumie znaleźć, i którego nawet na nim nie szukałem i nie liczyłem na takie brzmienia. Jest kilka takich momentów w tym utworze, które szczególnie rzucają mnie na kolana, np. porażające wejście Jimmy’ego Tamborello na melodice w 1:30 (kto by pomyślał, że ten instrument może brzmieć tak mrocznie), czy partia na akustycznej perkusji, na której zagrał Ben Gibbard. Jest w tym kawałku coś, co kojarzy mi się z klimatem, który w czasach „Johnnego” próbowaliśmy uzyskać z Azbestem w niektórych demach post-Komunikacyjnych, ale te utwory pozostały w szufladzie (tej słynnej szufladzie, która jest lepsza od wszystkiego). No, ale żarty na bok. Aura tego kawałka kojarzy mi się też z czasami kiedy zaczynałem w Żaku i sporo tego typu muzyki krążyło w odtwarzaczach ludzi z towarzystwa ‘alternatywnego’ (specjalnie nie chce mówić ‘hipsterskiego’, bo wbrew pozorom, to nie było to samo). Pamiętam jak siedziałem w 2009 r. zgierskim mini-klubie Agrafka, na koncercie znajomych, siedząc przy stole i rozmawiając z nowopoznanymi ich znajomymi, o zajebistości pierwszej solówki Thoma Yorka (fun fact: miał też tam być Musiał, ale mnie wystawił). Te klimaty. Tego wtedy słuchali offowi studenci z moich okolic, jakieś lo-fi, trochę elektroniki, ew. rocka, itd. No, w każdym razie, słuchajcie tego i poczujcie się jak smutni Łodzianie, na smutnych salach, dla smutnych zespołów grających smutną muzykę.
https://youtu.be/NMgoQBHx12g
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Jadym dalej
Kangding Ray - nn/peaks (2006)
Pewnie zdarzyła się Wam taka sytuacja. Któregoś dnia odkrywacie coś ścinającego z nóg, potem grzebiecie głębiej i głębiej, ale już nigdy nie odczuliście niczego tak bardzo jak za pierwszym razem. Z ręką na sercu przyznaję, że najmocniej tego doświadczyłem przy okazji muzyki Kangding Ray. W ten sposób wracamy do gliczy. Gliczy działających na człowieka w najróżniejszy sposób, choć najwięcej satysfakcji sprawia mi szukanie w tej muzyce ludzkich pierwiastków, prostych emocji skrytych pod warstwą pozornie nieprzystępnych strzępów, zgrzytów, pisków. Ta zabawa raczej szybko nie zdechnie, więc jeszcze parokrotnie wrócę do tej krainy, zawsze trochę inaczej. Kolejna dość długa znajomość muzyczna o niezbyt wyszukanej historii. Zwykła ciekawość, chęć zetknięcia się z czymś nieoczywistym dla słuchacza klasyki i starych hitów radiowych. Pod pewnymi względami można było świrować pawiana, udawać większego eksperta niż się jest. Z drugiej strony wtedy jeszcze regularnie odkrywałem totalnie wciągające rzeczy, gwałtowne wrażenia jedno po drugim w krótkich odstępach czasu, a do tego mnóstwo czasu do przepalenia na tępe poszukiwania. Jeśli początek liceum to przebłyski starej przyjaźni z gimnazjum i ciekawe uniwersum nowej szkoły, choć nie zawsze było przyjemnie. Nie pamiętam zbyt wiele, bo zbyt długo to przypominało gimnazjalny epizod. Coraz bardziej podobał mi się wir wpadania w nowe otoczenie, poznawanie ludzi, doświadczanie zadań i czynności kompletnie nieznanych, ale dalej miałem w sobie całkiem sporo dawnego oporu, niepewności, toksycznej konieczności zbierania propsów w najbliższym środowisku. Chciałem pozwalać sobie na rzeczy, lecz nie te, które miała na myśli przeważająca większość znajomych. Lubię muzykę za możliwość ucieczki, pozytywnej odcinki od świata. Za to, że stwarza niewidzialną, ale czasami niezbędną barierę. Idzie wytrzymać w starciu z za bardzo udzielającą się szarością rzeczywistości. Po latach dostrzegam, że szczególnie wtedy działała w ten sposób najlepiej. Możliwe, że dzieliłem się tym z ziomkami "od muzyki". Na pewno towarzyszyła mi w momentach trudniejszych, choć nie zawsze, bo nie lubię zarzynać rzeczy dziesiątki, setki razy przez pewien czas.
nn/peaks otwiera debiutancką płytę, Stabil. raster-noton to kopalnia rzeczy przypominających dźwiękowe laboratorium. Łatwo określić charakter wydawanej przez nich muzyki, ale w zależności od wykonawcy potrafi się różnić dość znacząco. Kangding Ray jak mało kto łączy subtelne melodie z ostrym charakterem gliczy... tylko na tej płycie. Pierwszą polecam szczerze, każda kolejna była gorsza. Mimo tego, że jest dobra to i tak dla mnie liczy się przede wszystkim opener. Im poważniejszy sprzęt, tym lepiej. Głębokie basy, w pełni wykorzystana przestrzeń. Jelinek był trochę bardziej klubowy, wyraźnie skręcał w stronę techno. Tutaj mamy coś bardziej kameralnego, stłumionego, ale nie powiedziałbym, że to materiał żywcem wybrany z galerii sztuki. Budzi we mnie różne wspomnienia. Zawiera energię ciepłego popołudnia, leżanki pod kocem w opustoszałym domu. Przyjemnie bezpieczne, ale też z lekkim nerwem, że zaraz błoga atmosfera uleci z jakiegoś głupiego powodu. Te melodie-miniaturki pobudzają coś więcej pod czaszką i w serduchu. Po latach ten basowy dźwięk bardzo przypomina kontrabas, na swój sposób dałoby się to zaaranżować na jazzową modłę. Pozornie chłodna, surowa elektronika - mam nadzieję, że się poważnie zaskoczycie tym, jak wiele w niej drzemie.
https://www.youtube.com/watch?v=SkKnV5xaU3k
Kangding Ray - nn/peaks (2006)
Pewnie zdarzyła się Wam taka sytuacja. Któregoś dnia odkrywacie coś ścinającego z nóg, potem grzebiecie głębiej i głębiej, ale już nigdy nie odczuliście niczego tak bardzo jak za pierwszym razem. Z ręką na sercu przyznaję, że najmocniej tego doświadczyłem przy okazji muzyki Kangding Ray. W ten sposób wracamy do gliczy. Gliczy działających na człowieka w najróżniejszy sposób, choć najwięcej satysfakcji sprawia mi szukanie w tej muzyce ludzkich pierwiastków, prostych emocji skrytych pod warstwą pozornie nieprzystępnych strzępów, zgrzytów, pisków. Ta zabawa raczej szybko nie zdechnie, więc jeszcze parokrotnie wrócę do tej krainy, zawsze trochę inaczej. Kolejna dość długa znajomość muzyczna o niezbyt wyszukanej historii. Zwykła ciekawość, chęć zetknięcia się z czymś nieoczywistym dla słuchacza klasyki i starych hitów radiowych. Pod pewnymi względami można było świrować pawiana, udawać większego eksperta niż się jest. Z drugiej strony wtedy jeszcze regularnie odkrywałem totalnie wciągające rzeczy, gwałtowne wrażenia jedno po drugim w krótkich odstępach czasu, a do tego mnóstwo czasu do przepalenia na tępe poszukiwania. Jeśli początek liceum to przebłyski starej przyjaźni z gimnazjum i ciekawe uniwersum nowej szkoły, choć nie zawsze było przyjemnie. Nie pamiętam zbyt wiele, bo zbyt długo to przypominało gimnazjalny epizod. Coraz bardziej podobał mi się wir wpadania w nowe otoczenie, poznawanie ludzi, doświadczanie zadań i czynności kompletnie nieznanych, ale dalej miałem w sobie całkiem sporo dawnego oporu, niepewności, toksycznej konieczności zbierania propsów w najbliższym środowisku. Chciałem pozwalać sobie na rzeczy, lecz nie te, które miała na myśli przeważająca większość znajomych. Lubię muzykę za możliwość ucieczki, pozytywnej odcinki od świata. Za to, że stwarza niewidzialną, ale czasami niezbędną barierę. Idzie wytrzymać w starciu z za bardzo udzielającą się szarością rzeczywistości. Po latach dostrzegam, że szczególnie wtedy działała w ten sposób najlepiej. Możliwe, że dzieliłem się tym z ziomkami "od muzyki". Na pewno towarzyszyła mi w momentach trudniejszych, choć nie zawsze, bo nie lubię zarzynać rzeczy dziesiątki, setki razy przez pewien czas.
nn/peaks otwiera debiutancką płytę, Stabil. raster-noton to kopalnia rzeczy przypominających dźwiękowe laboratorium. Łatwo określić charakter wydawanej przez nich muzyki, ale w zależności od wykonawcy potrafi się różnić dość znacząco. Kangding Ray jak mało kto łączy subtelne melodie z ostrym charakterem gliczy... tylko na tej płycie. Pierwszą polecam szczerze, każda kolejna była gorsza. Mimo tego, że jest dobra to i tak dla mnie liczy się przede wszystkim opener. Im poważniejszy sprzęt, tym lepiej. Głębokie basy, w pełni wykorzystana przestrzeń. Jelinek był trochę bardziej klubowy, wyraźnie skręcał w stronę techno. Tutaj mamy coś bardziej kameralnego, stłumionego, ale nie powiedziałbym, że to materiał żywcem wybrany z galerii sztuki. Budzi we mnie różne wspomnienia. Zawiera energię ciepłego popołudnia, leżanki pod kocem w opustoszałym domu. Przyjemnie bezpieczne, ale też z lekkim nerwem, że zaraz błoga atmosfera uleci z jakiegoś głupiego powodu. Te melodie-miniaturki pobudzają coś więcej pod czaszką i w serduchu. Po latach ten basowy dźwięk bardzo przypomina kontrabas, na swój sposób dałoby się to zaaranżować na jazzową modłę. Pozornie chłodna, surowa elektronika - mam nadzieję, że się poważnie zaskoczycie tym, jak wiele w niej drzemie.
https://www.youtube.com/watch?v=SkKnV5xaU3k
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Katie Melua - Sailing ships from heaven
Myślę, że schyłek lata to idealna pora żeby zaproponować ten utwór. Jak to w ogóle jest z tą Katie? Żywię do niej sporą dozę sympatii, chociaż to nie jest ten stopień fascynacji co w przypadku kilku innych wokalistek. Katie to piękna kobieta pochodząca z Gruzji. A ja bardzo lubię Gruzinów, bo to mili i przyjaźni ludzie. Jedno z gruzińskich miast jest miastem partnerskim Orzysza i moja żona z racji sprawowania funkcji często ma kontakt z ludźmi z Gruzji. Zawsze zajmuje się przyjeżdżającymi delegacjami. Sama też była trzykrotnie w tym kraju. Ma kilku przyjaciół, z którymi utrzymuje kontakt. Szczególnie trzyma się z jedną dziewczyną, która biegle zna język polski z racji studiowania w Polsce. Ja też ją poznałem jak i kilkoro innych Gruzinów. Tak więc Katie już na wstępie swoim pochodzeniem budzi moją sympatię. A co z muzyką? To nie jest tak, że lubię całą jej dyskografię. Bardzo cenię sobie jej album Piece by Piece oraz wrzucane już przeze mnie w bestce albumowej In Winter. Z innych albumów lubię wybrane utwory podczas gdy inne mnie za bardzo nie ruszają. Ostatnich dwóch albumów właściwie nie toleruję w ogóle. Czytałem kiedyś artykuł o Katie w kontekście jej koncertu w Polsce, gdzie jakiś redaktor muzyczny zarzucał Melui wtórność. I właściwie się z nim zgadzam. Jej głos i talent predysponują ją do osiągnięcia znacznie więcej. Tymczasem ona od początku kariery tkwi w tym samym właściwie miejscu nie robiąc postępów. Nie podejmuje ryzyka żeby pójść naprzód ze swoją muzyką. Żadnych ryzykownych eksperymentów. Ostatnio mam wrażenie cofa się wręcz w tył. Ów redaktor jednocześnie zwracał uwagę, że mimo wszystko Katie potrafi stworzyć niepowtarzalny nastrój. Że człowiek słuchając jej piosenek lub uczestnicząc w koncercie potrafi się w tym zatracić. I to też jest prawda. Słuchałem trochę jej występów na żywo i rzeczywiście klimat potrafi być niepowtarzalny. Tak więc od czasu do czasu lubię coś posłuchać od Melui w rozsądnych ilościach.
Utwór Sailing ships from heaven z albumu Ketevan największe wrażenie zrobił na mnie na początku, kiedy go słyszałem pierwsze parę razy. Pamiętam jak leżałem sobie późnym popołudniem na leżaku w ogrodzie, słońce już chyliło się coraz niżej, a ja włączyłem po raz pierwszy Ketevan. I poleciało Sailing ships from heaven. Piękny klimat tej ballady całkowicie mnie urzekł. Wydawał mi się po prostu tak bardzo baśniowy, wręcz nierealny. W sumie wciąż tak to odbieram. Wyjątkowa melodia w pięknej aranżacji. Piękny klimat letniego wieczoru o zachodzie słońca. Katie ma trochę utworów, które lubię i mógłbym tutaj zaproponować, ale do Sailing ships from heaven żywię największy sentyment i sympatię.
https://www.youtube.com/watch?v=aFyXOchE6xA
Myślę, że schyłek lata to idealna pora żeby zaproponować ten utwór. Jak to w ogóle jest z tą Katie? Żywię do niej sporą dozę sympatii, chociaż to nie jest ten stopień fascynacji co w przypadku kilku innych wokalistek. Katie to piękna kobieta pochodząca z Gruzji. A ja bardzo lubię Gruzinów, bo to mili i przyjaźni ludzie. Jedno z gruzińskich miast jest miastem partnerskim Orzysza i moja żona z racji sprawowania funkcji często ma kontakt z ludźmi z Gruzji. Zawsze zajmuje się przyjeżdżającymi delegacjami. Sama też była trzykrotnie w tym kraju. Ma kilku przyjaciół, z którymi utrzymuje kontakt. Szczególnie trzyma się z jedną dziewczyną, która biegle zna język polski z racji studiowania w Polsce. Ja też ją poznałem jak i kilkoro innych Gruzinów. Tak więc Katie już na wstępie swoim pochodzeniem budzi moją sympatię. A co z muzyką? To nie jest tak, że lubię całą jej dyskografię. Bardzo cenię sobie jej album Piece by Piece oraz wrzucane już przeze mnie w bestce albumowej In Winter. Z innych albumów lubię wybrane utwory podczas gdy inne mnie za bardzo nie ruszają. Ostatnich dwóch albumów właściwie nie toleruję w ogóle. Czytałem kiedyś artykuł o Katie w kontekście jej koncertu w Polsce, gdzie jakiś redaktor muzyczny zarzucał Melui wtórność. I właściwie się z nim zgadzam. Jej głos i talent predysponują ją do osiągnięcia znacznie więcej. Tymczasem ona od początku kariery tkwi w tym samym właściwie miejscu nie robiąc postępów. Nie podejmuje ryzyka żeby pójść naprzód ze swoją muzyką. Żadnych ryzykownych eksperymentów. Ostatnio mam wrażenie cofa się wręcz w tył. Ów redaktor jednocześnie zwracał uwagę, że mimo wszystko Katie potrafi stworzyć niepowtarzalny nastrój. Że człowiek słuchając jej piosenek lub uczestnicząc w koncercie potrafi się w tym zatracić. I to też jest prawda. Słuchałem trochę jej występów na żywo i rzeczywiście klimat potrafi być niepowtarzalny. Tak więc od czasu do czasu lubię coś posłuchać od Melui w rozsądnych ilościach.
Utwór Sailing ships from heaven z albumu Ketevan największe wrażenie zrobił na mnie na początku, kiedy go słyszałem pierwsze parę razy. Pamiętam jak leżałem sobie późnym popołudniem na leżaku w ogrodzie, słońce już chyliło się coraz niżej, a ja włączyłem po raz pierwszy Ketevan. I poleciało Sailing ships from heaven. Piękny klimat tej ballady całkowicie mnie urzekł. Wydawał mi się po prostu tak bardzo baśniowy, wręcz nierealny. W sumie wciąż tak to odbieram. Wyjątkowa melodia w pięknej aranżacji. Piękny klimat letniego wieczoru o zachodzie słońca. Katie ma trochę utworów, które lubię i mógłbym tutaj zaproponować, ale do Sailing ships from heaven żywię największy sentyment i sympatię.
https://www.youtube.com/watch?v=aFyXOchE6xA
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Georges Vert - Jovan Freak (2012)
Jest jeszcze lato, ostatnio bardzo upalne, więc walnę Was po główkach czymś letnim, ale wybitnie obskjurowym (choć aż tak stare to to nie jest, c'mon, ja wiem, 11 lat, ale nie 31, nie mogę być aż tak stary, to nieprawda jest...). Szanse, że kiedykolwiek to słyszeliście, są właściwie bliskie zeru. Choćby z tego prostego powodu, że album, z którego pochodzi ów numer (z podtytułem Version Originale, albowiem remiks w wykonaniu Rune Lindbaeka ukazał się na EP Georgesa Verta jeszcze w 2009) to dzieło... Cate Brooks. Jak najbardziej, za pseudonimem Georges Vert chowa się osoba za King of Woolworths, The Advisory Circle, The Pattern Forms, Hintermass, Clesse i paroma innymi. Brooks postanowiła wówczas - w przerwie między jednym krążkiem TAC a jakimś swoim wydawnictwem "solowym" (czyli po prostu pod własnym nazwiskiem) - wydać coś, co brzmiałoby mocno w stylu... italo disco (ale jednocześnie wciąż z tym jej jakże specyficznym sznytem). No i co, moim zdaniem się udało.
Cała płyta, An Electric Mind, jest utrzymana w takim stylu i osobiście uważam, że jest naprawdę bardzo dobra. Przyznam, nierówna, ale dobra i pachnie troszeczkę duchologią. Jovan Freak kojarzy mi się mocno z obrazkiem gościa, który w mocno snappy garniturze (coś a la moja słynna turkusowa marynarka, Hien wie, o czym piszę) tańczy samotnie na parkiecie jakiegoś disco zorganizowanego na sali apelowej starego ośrodka wypoczynkowego gdzieś nad Bałtykiem, wiecie, FWP Bandera vibes (zanim ta nazwa zaczęła się źle kojarzyć lol), stare kolorofony, kula podwieszona pod lekko już spracowanym sufitem, na podłodze parkiet niecyklinowany od upadku Gomułki i nieśmiertelna BOAZERIA na ścianach. I jednocześnie... nikt z tym typem nie tańczy, ba! nawet nikt za specjalnie nie chce, a bo typ jakiś dziwny, dziwne miny robi, dziwne kroki stawia, może jest po amfie albo siusiak wie co, ale on jest po prostu... w swoim świecie, w świecie, gdzie wokół niego tylko ta muzyka, a on jest zwyczajnie Freak, może akurat ma na imię Jovan (czyli z serbsko-bośniacko-chorwackiego, chorwacko-bośniacko-serbskiego i serbsko-chorwacko-bośniackiego po prostu Jan), to taki wypisz-wymaluj ja sprzed tych 17-16 lat, dziwny gość ubierający się dziwnie i słuchający muzyki z lat 80. I do tego dziwnie tańczy!
Także, no, mamy tutaj fajny amalgamat elektroniki pachnącej analogiem, disco rytmów w stylu lat 70. wręcz, ale także sporo poukrywanej zręcznie duchologii, w której Brooks się lubuje i na której się zna. Poznałem ten krążek w roku 2015, kiedy to dostałem wielkiej fazy na Brooks i wszystko, co kiedykolwiek (do tamtej pory, ma się rozumieć) stworzyła. Historię poznania The Advisory Circle już opisywałem, więc sobie daruję, ale chyba mniej więcej kojarzycie. Ciekawym jest, że formalnie Brooks była wtedy na rynku od 11 lat, a była to już jej piąta inkarnacja (wliczając katalog opisany na Discogs wciąż jako "Jon Brooks"). Trochę się namęczyłem, żeby zassać ten album z Soulseeka (na YT figuruje od trochę ponad roku dopiero, nie widziałem go też na Bandcampie artystki), zajęło to nieco ponad 2 tygodnie (długo czekałem w kolejkach), ale mam poczucie, że się opłaciło. W pewnym sensie... znów wracam do roku 2015, teraz sierpień, chwilę przed płodną muzycznie (dla mnie) jesienią, plus ten Rembertów, siedzenie pod lasem niemal w samotności (ale wówczas mi to nie przeszkadzało, z pewnych względów), ew. w towarzystwie książek (bo i nikt nie chciał do mnie na to zadupie jeździć). Od tamtej pory co sierpień wracam do An Electric Mind. A jak nie mam ochoty na całość, to przynajmniej Jovan Freak się kręci. Jest to zresztą bodaj jedyny znany mi numer Brooks z jakimkolwiek teledyskiem (który jest dość... zabawny), umieszczam go tutaj jako drugi link, dla chętnych. I okładka płyty jest odjechana. Dlaczego nie idzie jej znaleźć w wysokiej rozdzielczości!
Numer:
https://www.youtube.com/watch?v=4rywELQmZxg
Klip:
https://www.youtube.com/watch?v=QaCt5SsLSVE
Jest jeszcze lato, ostatnio bardzo upalne, więc walnę Was po główkach czymś letnim, ale wybitnie obskjurowym (choć aż tak stare to to nie jest, c'mon, ja wiem, 11 lat, ale nie 31, nie mogę być aż tak stary, to nieprawda jest...). Szanse, że kiedykolwiek to słyszeliście, są właściwie bliskie zeru. Choćby z tego prostego powodu, że album, z którego pochodzi ów numer (z podtytułem Version Originale, albowiem remiks w wykonaniu Rune Lindbaeka ukazał się na EP Georgesa Verta jeszcze w 2009) to dzieło... Cate Brooks. Jak najbardziej, za pseudonimem Georges Vert chowa się osoba za King of Woolworths, The Advisory Circle, The Pattern Forms, Hintermass, Clesse i paroma innymi. Brooks postanowiła wówczas - w przerwie między jednym krążkiem TAC a jakimś swoim wydawnictwem "solowym" (czyli po prostu pod własnym nazwiskiem) - wydać coś, co brzmiałoby mocno w stylu... italo disco (ale jednocześnie wciąż z tym jej jakże specyficznym sznytem). No i co, moim zdaniem się udało.
Cała płyta, An Electric Mind, jest utrzymana w takim stylu i osobiście uważam, że jest naprawdę bardzo dobra. Przyznam, nierówna, ale dobra i pachnie troszeczkę duchologią. Jovan Freak kojarzy mi się mocno z obrazkiem gościa, który w mocno snappy garniturze (coś a la moja słynna turkusowa marynarka, Hien wie, o czym piszę) tańczy samotnie na parkiecie jakiegoś disco zorganizowanego na sali apelowej starego ośrodka wypoczynkowego gdzieś nad Bałtykiem, wiecie, FWP Bandera vibes (zanim ta nazwa zaczęła się źle kojarzyć lol), stare kolorofony, kula podwieszona pod lekko już spracowanym sufitem, na podłodze parkiet niecyklinowany od upadku Gomułki i nieśmiertelna BOAZERIA na ścianach. I jednocześnie... nikt z tym typem nie tańczy, ba! nawet nikt za specjalnie nie chce, a bo typ jakiś dziwny, dziwne miny robi, dziwne kroki stawia, może jest po amfie albo siusiak wie co, ale on jest po prostu... w swoim świecie, w świecie, gdzie wokół niego tylko ta muzyka, a on jest zwyczajnie Freak, może akurat ma na imię Jovan (czyli z serbsko-bośniacko-chorwackiego, chorwacko-bośniacko-serbskiego i serbsko-chorwacko-bośniackiego po prostu Jan), to taki wypisz-wymaluj ja sprzed tych 17-16 lat, dziwny gość ubierający się dziwnie i słuchający muzyki z lat 80. I do tego dziwnie tańczy!
Także, no, mamy tutaj fajny amalgamat elektroniki pachnącej analogiem, disco rytmów w stylu lat 70. wręcz, ale także sporo poukrywanej zręcznie duchologii, w której Brooks się lubuje i na której się zna. Poznałem ten krążek w roku 2015, kiedy to dostałem wielkiej fazy na Brooks i wszystko, co kiedykolwiek (do tamtej pory, ma się rozumieć) stworzyła. Historię poznania The Advisory Circle już opisywałem, więc sobie daruję, ale chyba mniej więcej kojarzycie. Ciekawym jest, że formalnie Brooks była wtedy na rynku od 11 lat, a była to już jej piąta inkarnacja (wliczając katalog opisany na Discogs wciąż jako "Jon Brooks"). Trochę się namęczyłem, żeby zassać ten album z Soulseeka (na YT figuruje od trochę ponad roku dopiero, nie widziałem go też na Bandcampie artystki), zajęło to nieco ponad 2 tygodnie (długo czekałem w kolejkach), ale mam poczucie, że się opłaciło. W pewnym sensie... znów wracam do roku 2015, teraz sierpień, chwilę przed płodną muzycznie (dla mnie) jesienią, plus ten Rembertów, siedzenie pod lasem niemal w samotności (ale wówczas mi to nie przeszkadzało, z pewnych względów), ew. w towarzystwie książek (bo i nikt nie chciał do mnie na to zadupie jeździć). Od tamtej pory co sierpień wracam do An Electric Mind. A jak nie mam ochoty na całość, to przynajmniej Jovan Freak się kręci. Jest to zresztą bodaj jedyny znany mi numer Brooks z jakimkolwiek teledyskiem (który jest dość... zabawny), umieszczam go tutaj jako drugi link, dla chętnych. I okładka płyty jest odjechana. Dlaczego nie idzie jej znaleźć w wysokiej rozdzielczości!
Numer:
https://www.youtube.com/watch?v=4rywELQmZxg
Klip:
https://www.youtube.com/watch?v=QaCt5SsLSVE
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Ok, widzę, że moja poprzednia wrzuta nie została zjedzona, a nawet została kupiona i w ogóle zaakceptowana. Zgodnie z logiką tej edycji bestki, czas na coś, co zostanie masowo zroastowane hyhyh.
Moussa T - Horny 98
Ponieważ jestem skłonny podpisać się pod tezą, że muzyka jest nośnikiem emocji, bardzo często moje niektóre wrzutki wiązały się z różnorakimi stanami emocjonalnymi. Często to był GNIEW, czasem smutek, zdarzała się nostalgia, a czasem zblatowanie, bo - wbrew opinii niektórych - do aspergerowca mi daleko i emocje odczuwam, często nawet zbyt intensywnie.
W dzisiejszym odcinku s o podnietach, ale od razu powiem, że nie będę tu pisać o żadnych perwersjach, fetyszach ani innych podbojach seksualno-erotycznych i to z kilku powodów. Po pierwsze bo nie jestem Musiałem, po drugiej nie jesteśmy w Warszawie, po trzecie to mi się nie chce, a po czwarte to mnie jeszcze nie popierniczyło. Ja jestem generalnie tym człowiekiem, który podniet stara się unikać, bo jakoś tak zawsze się kończyło, że jak się człowiek na coś nakręcił, czymś podjarał, to się to kończyło rozczarowaniem, bólem siekaczy oraz zawodem - to ostatnie odpada w przypadku, gdy się szuka pracy HYHY (jestem dziś w silly-goofy nastroju, wybaczcie). Pewnie każdy z was miał takie sytuacje, ja np. mam znajomą, która bardzo mocno w ostatnim czasie nakręciła się na premierę filmu Barbie, forsowała go intensywnie jak munlup Stefana Wilsona 12 lat temu, by wyjśc z premiery rozczarowaną i dać filmowi 6/10, mam też osoby, które nie znam, które zainwestowały swoje pieniądze w akcje Cyberpunka ulegając przedpremierowej gorączce. Sytuacji, w której ja osobiście uległem nadmiernej podniecie, nie wymienię, bo nie jestem w Warszawie i nie jestem Musiałem, no i mi się nie chce, w każdym razie jakoś tak zauważyłem, że im mniej się napinam i na coś podniecam, tym lepiej wygląda efekt końcowy, więc trzymam się tego, że jakaś tam korelacja istnieje.
Piosenka, którą nawijam wam na uszy (poza swoim pierdolamentem ofc), to mocno 90sowy, house'owy hicior, na pewno słyszeliście go gdzieś tam i kiedyś tam. Ja go poznałem w trochę niekonwencjonalny sposób, bo przez serial animowany South Park. W czasach licealnych, tj. w 2009 roku byłem megafanem tego serialu animowanego, najpierw oglądałem go na płytach DVD zgrywanych z kafejki internetowej, potem ściągając go na własną rękę (tak po prostu wyszło, że SENSOWNY internet w moim domu rodzinnym pojawił się gdzieś dopiero w 2009 roku). Teraz może daleko mi do ówczesnego fanatyka, ale jakoś tak się składa, że co jakiś czas wracam do tego serialu i zaskakująco dobrze się bawię, co ciekawe nierzadko przy tych nowych odcinkach i paradoksalnie to nawet uważam, że często są lepsze niż te niegdysiejsze, bo to serial mocno osadzony w bieżących wydarzeniach z USA i momentami człowiek kręci oczami widząc niektóre tejki na pewne tematy sprzed kilkunastu lat.
No z racji bycia FANATYKIEM pewnego razu ściągnąłem też płytę Chef Aid, która została wydana gdzieś w okolicach drugiej czy trzeciej serii tego serialu i nawiązywała w dużej mierze do fabuły odcinka o tym samym tytule, a fabuła ta to wyglądała z grubsza tak, że Chef podpadł szefowi wielkiej wytwórni płytowej, przez co trafia do mamra, więc w celu jego wyciągnięcia z kicia główni bohaterzy organizują koncert, na którym pojawiają się różni artyści i celebryci, którym to Chef w pewnym momencie życia pomógł. No i ten no, album ten jest stylizowany na zapis tego koncertu i jest to jedna z tych rzeczy, do których mam prawdopodobnie tak mocny sentyment, że wracam regularnie i szanuję, chociaż jak tego słucham, to mi się wydaje, że gdyby to było złe, to bym tak nie robił. W każdym razie piszę o tym nie bez przyczyny, bo wersja tego kawałka, którą tu zapodaje to pochodzi z tej płyty i zawiera przewijającą się przez cały utwór konwersację między jakimś randomowym producentem czy kimś tam ważnym a twórcami serialu, którzy nie chcą umieszczenia tej piosenki na albumie. Potraktujcie to jako swoisty trigger warning, bo w sumie to przeszło mi przez łeb wrzucenie "zwykłej" wersji, ale uznałem, że pierwsze primo to jest to mój top, a ja zdecydowanie jak już to mam jakiekolwiek wspomnienia z tą, secundo - wolę ją muzyczne, tertio - jestem w sumie ciekaw waszej opinii.
No to ten, bierzcie i jedźcie z tym
https://www.youtube.com/watch?v=1DJQnq-o0oY
Moussa T - Horny 98
Ponieważ jestem skłonny podpisać się pod tezą, że muzyka jest nośnikiem emocji, bardzo często moje niektóre wrzutki wiązały się z różnorakimi stanami emocjonalnymi. Często to był GNIEW, czasem smutek, zdarzała się nostalgia, a czasem zblatowanie, bo - wbrew opinii niektórych - do aspergerowca mi daleko i emocje odczuwam, często nawet zbyt intensywnie.
W dzisiejszym odcinku s o podnietach, ale od razu powiem, że nie będę tu pisać o żadnych perwersjach, fetyszach ani innych podbojach seksualno-erotycznych i to z kilku powodów. Po pierwsze bo nie jestem Musiałem, po drugiej nie jesteśmy w Warszawie, po trzecie to mi się nie chce, a po czwarte to mnie jeszcze nie popierniczyło. Ja jestem generalnie tym człowiekiem, który podniet stara się unikać, bo jakoś tak zawsze się kończyło, że jak się człowiek na coś nakręcił, czymś podjarał, to się to kończyło rozczarowaniem, bólem siekaczy oraz zawodem - to ostatnie odpada w przypadku, gdy się szuka pracy HYHY (jestem dziś w silly-goofy nastroju, wybaczcie). Pewnie każdy z was miał takie sytuacje, ja np. mam znajomą, która bardzo mocno w ostatnim czasie nakręciła się na premierę filmu Barbie, forsowała go intensywnie jak munlup Stefana Wilsona 12 lat temu, by wyjśc z premiery rozczarowaną i dać filmowi 6/10, mam też osoby, które nie znam, które zainwestowały swoje pieniądze w akcje Cyberpunka ulegając przedpremierowej gorączce. Sytuacji, w której ja osobiście uległem nadmiernej podniecie, nie wymienię, bo nie jestem w Warszawie i nie jestem Musiałem, no i mi się nie chce, w każdym razie jakoś tak zauważyłem, że im mniej się napinam i na coś podniecam, tym lepiej wygląda efekt końcowy, więc trzymam się tego, że jakaś tam korelacja istnieje.
Piosenka, którą nawijam wam na uszy (poza swoim pierdolamentem ofc), to mocno 90sowy, house'owy hicior, na pewno słyszeliście go gdzieś tam i kiedyś tam. Ja go poznałem w trochę niekonwencjonalny sposób, bo przez serial animowany South Park. W czasach licealnych, tj. w 2009 roku byłem megafanem tego serialu animowanego, najpierw oglądałem go na płytach DVD zgrywanych z kafejki internetowej, potem ściągając go na własną rękę (tak po prostu wyszło, że SENSOWNY internet w moim domu rodzinnym pojawił się gdzieś dopiero w 2009 roku). Teraz może daleko mi do ówczesnego fanatyka, ale jakoś tak się składa, że co jakiś czas wracam do tego serialu i zaskakująco dobrze się bawię, co ciekawe nierzadko przy tych nowych odcinkach i paradoksalnie to nawet uważam, że często są lepsze niż te niegdysiejsze, bo to serial mocno osadzony w bieżących wydarzeniach z USA i momentami człowiek kręci oczami widząc niektóre tejki na pewne tematy sprzed kilkunastu lat.
No z racji bycia FANATYKIEM pewnego razu ściągnąłem też płytę Chef Aid, która została wydana gdzieś w okolicach drugiej czy trzeciej serii tego serialu i nawiązywała w dużej mierze do fabuły odcinka o tym samym tytule, a fabuła ta to wyglądała z grubsza tak, że Chef podpadł szefowi wielkiej wytwórni płytowej, przez co trafia do mamra, więc w celu jego wyciągnięcia z kicia główni bohaterzy organizują koncert, na którym pojawiają się różni artyści i celebryci, którym to Chef w pewnym momencie życia pomógł. No i ten no, album ten jest stylizowany na zapis tego koncertu i jest to jedna z tych rzeczy, do których mam prawdopodobnie tak mocny sentyment, że wracam regularnie i szanuję, chociaż jak tego słucham, to mi się wydaje, że gdyby to było złe, to bym tak nie robił. W każdym razie piszę o tym nie bez przyczyny, bo wersja tego kawałka, którą tu zapodaje to pochodzi z tej płyty i zawiera przewijającą się przez cały utwór konwersację między jakimś randomowym producentem czy kimś tam ważnym a twórcami serialu, którzy nie chcą umieszczenia tej piosenki na albumie. Potraktujcie to jako swoisty trigger warning, bo w sumie to przeszło mi przez łeb wrzucenie "zwykłej" wersji, ale uznałem, że pierwsze primo to jest to mój top, a ja zdecydowanie jak już to mam jakiekolwiek wspomnienia z tą, secundo - wolę ją muzyczne, tertio - jestem w sumie ciekaw waszej opinii.
No to ten, bierzcie i jedźcie z tym
https://www.youtube.com/watch?v=1DJQnq-o0oY
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA