Best of Forum (Albumy) vol. 2

Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 15 mar 2025 11:28

Colin Vearncombe - The Accused

Dla mnie ta płyta to taki trochę dubel nie-dubel, prawie jakbym ja próbował cisnąć Makaveliego i udawał że to całkiem coś innego niż wcześniejsza twórczość Tupaka. Spodziewałem sie dostać z grubsza to samo spokojne melancholijne granko co na albumie Blacka i w gruncie rzeczy połowicznie tak było, ale znalazły się też rzeczy które chwilami mnie zaskoczyły, może nawet pozytywnie? Odpowiedzi udzielam poniżej.

Sleeper brzmi trochę jak wzór 90sowego pop rocka. Nothing is wrong - everything's fine, lekka i pozytywna nuta na otwarcie płyty, faktycznie jakby zwiastującej nową energię niczym wiosna przychodząca po zimie. Będące przesłaniem tego numeru "You better wake up soon" to zaproszenie do rozpoczęcia nowego rozdziału w życiu. Solidny początek albumu, kupił mnie ten kawałek. Z miejsca mamy już zatem lepszy start niż na płycie pod szyldem Black. W końcówce dziwne ale fajnie brzmiące dźwięki. Number One sprowadza mnie na ziemię tzn. ku takim klimatom z jakimi kojarzyłem właśnie płytę pod szyldem Black. To jest to snujące się melancholijne granie z jakim mam przeważnie problem, tu już Black, tfu, Colin już wokalnie zajeżdża klasycznym Blackiem a ja z jego wokalem tak średnio się lubię (przez lata odbijałem się od Wonderful Life by ostatecznie osiąść na dość neutralnym stosunku do tego hitu). Generalnie nie jest to złe ale mi też nie robi powiem dyplomatycznie. Yves Klein Blue leży brzmieniowo w rozkroku między żywszym otwieraczem a tą melancholią, też niestety nie działa na mnie. The Way She Was Before minimalistyczne w aranżu trochę lepiej już, ładne brzmienie naprawdę, jest klimat taki ale bardziej może nawet na ciepły letni wieczór jak dla mnie? Podoba mi się jak rzęzi/mruczy ta gitara chwilami. Ok, odpalam kolejny raz, dobre to serio, dołączam do polubionych, Colin-Black już 2:0. Ghosts jako drugi po otwierającym przykuł moją uwagę bo się wyróżniał aranżem, zaczyna się ładn...ym flugelhornem czyżby? (patrzcie go, nasłuchał się raz kiedyś Nonsuch i specjalistę od dęciaków bedzie zgrywał!). No i jest pianino, coś innego zawsze. Dla mnie tu jest taki liryczny klimat który kojarzy mi się z Turnauem. Cholera jakie to krótkie, nie zdążyłem się namyślić nad tym porządniej. Smutaśne ale ładne w sumie, za ten klimat dam okejkę ale na lajkowanie może jeszcze nie ten poziom.

Lecimy z drugą połówką, Better Letting Go. Lżej znowu trochę ale tempo niespieszne. Te chórki fajne w sumie, końcówka ze smyczkami też niezła. No tu też jak wyżej - może bez serducha na laście ale jest SPOKO. Podobają mi się akcenty gitarowe w ostatnich sekundach. Storm Cloud Katherine zawiera ostrzejsze gitarowe zagrywki a mimo to ląduje bardziej na półce z napisem NIE WIEM. Coś tam tak rzęzi pod spodem fajnie, organy jakieś czy co. Kurde jest tam niezłe ostrzejsze przyłożenie pod koniec jednak takie że ląduje to w orbicie 90sowego alt rocka niemalże, chociaż kojarzy mi się bardziej z jakimś kobiecym rockiem lol, w stylu jakieś 4 Non Blondes czy Meredith Brooks? Niesamowite że to już jakiś 3, 4 czy 5 odsłuch a ja dopiero zaczynam łapać jakieś wyróżniki tych kawałków, wcześniej strasznie mi się to zlewało (nie pytajcie jak). No dobra, to przenoszę Katarynę z półeczki NIE WIEM na tą SPOKO. Jedziemy dalej, St. Cecilia, tu numer otwiera interesująco gra na talerzach, ale ogólnie numer rozpływa się w tym takim spokojnym lounge'owym graniu trochę może bez wyrazu? Poziom fillera jak na ten album.
Blue Sky również szybko zauważyłem na tej płycie bo trąci energią Sleepera, chociaż co zabawne gdyby ktoś puścił mi w ciemno sam ten wstęp mógłbym się nawet nabrać że to jakiś kawałek Linkin Park xD Cieszy mnie że chociaż momentami Colin wrzuca czwarty bieg na tej płycie i mogę go usłyszeć w trochę innym wydaniu niż to jakiego się spodziewałem. Naprawdę zaskakujące w zestawieniu z nim te ostrzejsze fragmenty są czasem a ta melodia ze wstępu i refrenu naprawdę niezła, myślę że to mógłby być zamykacz do tej płyty, byłaby ładna klamra. Lajkuję, a co! Ale kurde, chwila moment, no tak, Surrender też musiało zwrócić moją uwagę ale zdążyło mi już wylecieć z głowy jak to brzmi! Te synthy takie trochę jak Moments In Love od Art of Noise zalatują, fajnie, ciekawe to to. Ale bas gruby ajjjj. No dobra, faktycznie to pasuje jako takie posłowie, epilog do albumu bo gdzie indziej, jedna z lepszych kompozycji, mocno wyróżniający się aranż, no no, nie jest źle, mamy zatem 4 lajka na płycie, to i tak o jakieś 3 więcej niż myślałem że tu zostawię :)

Podsumowując muszę powiedzieć że nie było tak źle jak się spodziewałem a chwilami nawet było naprawdę dobrze. Najlepsze wrażenie robią na mnie Sleeper i The Way She Was Before, ale ostatnie dwa na płycie są niewiele niżej no i są tu ze dwa-trzy numeru które mają potencjał growera. Nie sądzę żebym polubił się na tyle by odpalać ten album w całości w przyszłości ale biorąc pod uwagę że nie oczekiwałem niczego po nim to i tak dostałem więcej niż zakładałem. Colin czy też Black raczej nie dołączą do grona artystów których dyskografię miałbym chęć wertować na własną rękę ale znając Musiała jeszcze o nim usłyszymy tu nieraz.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 15 mar 2025 11:37

Dziękuję za dotychczasowe recki, serce roście (kmwtw) <3 O tym, że Munlup się zajara to wiedziałem niemal defaultowo, swoją drogą jestem nieco zaskoczony sam sobą, że nie próbowałem mu sprzedać tej płyty wcześniej (a cisnąłem ją ostro w marcu 2012 kiedy widywaliśmy się z Kubą niemal codziennie). Tym, którzy poprzestali na moich wrzutkach po prostu polecam wszystko inne, ale przede wszystkim całe Water on Snow i album poprzedzający The Accused, czyli Are We Having Fun Yet wydane jeszcze pod szyldem Black. Co do moich przyszłych wrzutek... na razie unikam dubli, więc się zobaczy.

Colin, why are you gone ;___;
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 15 mar 2025 14:22

Ale nie odpowiedziałeś na moje pytanie Ziom
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 18 mar 2025 07:33

Pozwolę sobie jedynie zaznaczyć że wczoraj minęły już dwa tygodnie omawiania obecnej płyty a w piątek zaczyna się kalendarzowa wiosna :)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 21 mar 2025 08:33

Panowie bez kitu, kończymy ten temat z tym weekendem, wystarczy
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 21 mar 2025 10:19

To jest aż tak trudny album? xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 21 mar 2025 11:09

A myślałem że to ja będę zamulał z tą płytą. A tu po prostu trzeba usiąść i to kurde napisać
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 21 mar 2025 11:37

Hien pisze:
21 mar 2025 10:19
To jest aż tak trudny album? xD
ni siusiaka, jestem leniwy
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 21 mar 2025 19:46

Colin Vearncombe - The Accused

Od razu na wstępie napiszę jedną rzecz, żeby była jasność – piękna jest ta płyta. Hien pisze, że to munlupizmy idealnie pod niego. Ja w sumie mogę napisać dokładnie to samo. Kto mnie zna to wie, że strasznie lubię melancholijne smęty.
Pierwszy odsłuch albumu zrobiłem już 3-go lutego. Czyli jeszcze raczej wciąż w bardziej zimowej scenerii. Przekonałem się przy okazji, że to na pewno nie jest zimowy album. Pierwszy odsłuch był spoko. Typowo zapoznawczy. Mniej więcej wiedziałem czego się mogę spodziewać. Znałem już przecież album Blind Faith oraz zbadany już na własną rękę Water On Snow. The Accused podobnie jak albumy wymienione przed chwilą absolutnie mnie nie zawiódł. Colin po raz kolejny udowodnił, że był bardzo utalentowanym kompozytorem oraz fantastycznym wokalistą. Osobiście uwielbiam jego głos. Mamy więc dobre kompozycje, chwytliwe melodie, świetny wokal. Potrzeba do tego jedynie jeszcze dobrych aranżacji. Ale i tutaj Colin doskonale wie jak to się robi. Niby nie ma tu nic odkrywczego, rewolucyjnego, ale w sumie co z tego? Słuchacz dostaje dokładnie to, czego oczekiwał i to się tylko liczy.
Sleeper od razu szturmem zdobył moją sympatię. Bardzo przebojowy numer, chwytliwa melodia, fajnie brzmiące gitary. Nóżka sama chodzi pod stołem. Super otwarcie.
Number One zdecydowanie zwalnia. Fajne country gitary od początku. Colin po raz pierwszy czaruje przyjemnym, intymnym klimatem. Lubię takie granie bardzo. Tego typu utwory najbardziej doceniłem w ostatnich dniach. Nie dość, że już mocno byłem osłuchany z albumem, to jeszcze ostatnio za oknem naprawdę piękna, iście wiosenna pogoda. A ja lubię takiej nuty słuchać właśnie wiosną lub latem. W każdym razie wtedy, gdy jest ciepło i słonecznie. Może dlatego się tak z tym albumem nie spieszyłem, żeby przed wypowiedzeniem się posłuchać w optymalnych warunkach.
Yves Klin Blue znowu nieco żywsze. Bardzo ładna melodia wokalu. Ładne gitary, przyjemny bas. Potem jeszcze fajne smyki. No jest dobrze.
The Way She Was Before to dla odmiany kolejne spowolnienie. Akustyczna girara piękna. Dalej ciekawie brzmiące choć skromne klawisze. Melodia niezwykle przyjemna. No klimat jaki lubię. Aranżacja jaką lubię. W to mi graj.
Ghosts zaskakuje dęciakami, które mocno mi się z czymś kojarzą, ale nie mogę sobie przypomnieć z czym. Potem pianino. W odróżnieniu od Hiena nie mam skojarzeń z no-man tylko z Susanne Sundfor. Takie pianino jest dla niej bardzo charakterystyczne. Colin pięknie smuci kojąc moje zmysły. Ładne pisze te melodie naprawdę. Na początku nie sądziłem, że po kilku przesłuchaniach będą aż tak przyswajalne. Utwór kończy się również trąbkami. Ładne to w cholerę.
Better Letting Go to kolejny klimatyczny rozpieszczacz. Jaki ten refren jest piękny to historia. Te chórki rozbrajają mnie. Cudne klawisze, delikatna gitara. I filmowe smyki w drugiej części utworu. No przepiękna to piosenka – chyba moja ulubiona na albumie.
Storm Cloud Katherine kontynuuje klimat poprzedników. Ładne połączenie gitary akustycznej i elektrycznej. W refrenie brzmienie nieco wzmocnione. Jest lekkie uderzenie po garach. W drugiej zwrotce fajnie rzęzi gitara. Ponownie smyki, które tak bardzo lubię w muzyce.
St Cecilia to kolejny numer, przy którym można się rozmarzyć na full. Co za piękne gitary w zwrotkach. One mi się autentycznie kojarzą dosyć mocno z no-man i Curtain Dream. Nostalgicznym doznaniom nie ma końca.
Blue Sky to bodaj drugi przypadek na albumie, kiedy Colin przyspiesza. I w sumie dobra taka odmiana. Nadal jest ładnie i klimatycznie. Fajne zagrywki gitarowe pomiędzy wokalnymi segmentami. Perka ładnie cyka. Bardzo dobra końcóweczka. Jest super.
No i na koniec jeszcze jedna ballada w postaci Surrender. Ładny utwór z klawiszami w roli głównej. Te klawisze też mi coś przypominają. Bardzo udane zakończenie świetnego albumu.
Water on Snow mi się podobał, Blind Faith nawet bardziej. Ale The Accused chyba to wszystko i tak przebija. 10 utworów i ani jednego zapychacza. 42 minuty niezwykle pięknej i nastrojowej muzyki. No taką nutą u mnie ciężko jest przestrzelić. Tym bardziej z tak fantastycznym gościem na wokalu. Spodziewałem się dobrej płyty. Ale na pewno nie aż tak dobrej. Album wrzucam na playlistę w Spotify i bankowo będę nie raz do niego wracał. Szczególnie w letnie ciepłe popołudnia/wieczory.
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 22 mar 2025 16:35

Colin Vearncombe - The Accused


Będę się streszczać, bo dobrze wiem, że deklarowałem Murzynowi wyrobienie się na przed weekendem, a właśnie go już mamy i w ogóle. Jeśli chodzi o Black to sprawa jest prosta - kocham Wonderful Life, bo to świetna piosenka i jeden z moich ulubionych ejtisowych przebojów i pamiętam, że słuchaliśmy w ramach tej zabawy płyty z 2015. Tak po prawdzie to nie pamiętam zbyt wiele więcej, włącznie z tym co o niej pisałem i autentycznie musiałem to ponownie sprawdzić.

Według własnych słów z tamtego czasu uznałem tamtą płytę za poprawną i rzetelną, a skoro tak napisałem to nie widzę podstaw, by się samemu ze sobą nie zgodzić. Niestety, jestem jednak misiem o małym rozumku, toteż nie jestem w stanie zapamiętać wszystkich tego typu płyt, które usłyszałem, a poza tym widzę też, że tę recenzję pisałem w dość traumatycznym okresie dla mnie i chyba poniekąd przez to trochę ją wyparłem, jak dużo rzeczy z tamtego czasu.

Czytając Musiała piszącego o arcydziele spodziewałem się tego co zawsze - trochę rzeczy poprawnych, trochę nudnych, trochę tamtego. Efekt końcowy nie różni się RAŻĄCO od oczekiwanego, ale summa summarum i będąc szczerym było i tak lepiej się spodziewałem, bo dostałem porcję faktycznie niezłych piosenek, w tym nawet takie, które zapamiętałem po kilku odsłuchach i takie o których mógłbym napisać, że są dobre.

Do grona tych, które tylko zapamiętałem mógłbym zaliczyć chociażby otwierające SLEEPER (patrzcie jak płynnie przeszedłem do omawiania utworów, co). Piosenkę może i chwytliwą, może i z przebojowym refrenem, ale męczy mnie to, bo niebezpiecznie blisko mi to trąci jakimś country, albo raczej tego poprocka, który w stanach sprzedaje się pod tą nazwą. A z country to zdecydowanie nie jestem za pan brat, a już na pewno nie w tym wykonaniu, bo wokal Colina ni do niego nie pasuje.

Ale na szczęście im dalej w las, tym mniej ciągot do taniego pop rocka, a więcej rzeczy dobrych. Owszem, jest parę filerów jak YVES KLEIN BLUE, które jest na mój gust zbyt czadersko-rockerskie, GHOSTS którego totalnie to a totalnie nie czuję,THE WAY SHE WAS BEFORE którego nawet nie pamiętam, ale generalne to przeważają tu rzeczy niezłe, a w porywach dobre.

Na przykład takie NUMBER ONE nie wycisnęło ze mnie łez wzruszenia, ale rozumiem, że może tak na kogoś działa. Może jest ciut zbyt ckliwie na mój gust, ale rozumiem że taki Musiał może mieć mokro i ten, no, głupio mi o rzetelnym rzemiośle w kontekście balladki, ale tak tu jest.

Generalnie to mimo wszystko cieplej myślę o drugiej połowie płyty, bo gdzieś od BETTER LETTING GO zaczyna się najciekawsze. To jest dokładnie to, czego szukałem, czyli poprawny, rzetelny i dobrze zrealizowany pop rock, taki z KLIMATEM, tak samo jak następne dwa kawałki. Wyróżnię też BLUE SKY, które jest o wiele lepszym "rockerem" niż pozostałe przykłady takowych na tej płycie.

No i ten, zostawię sobie na koniec perełkę jaką jest niewątpliwie najlepsza rzecz na płycie, czyli zamykające ją SURRENDER. To jest jedna z tych rzeczy, które faktycznie mogą i być może zostaną ze mną na dłużej. "Miarowy" synth faktycznie trąci nieco Art. of Noise (dzięki Murzyn za skojarzenie), wokale w refrenie to miód i w ogóle cudownie to jest nagrane i zaaranżowane. Perła z lamusa, wybona piosenka, znak jakości Mentosa i co se tam napiszecie.

Reasumując konkluzje aspektów może nie wszystko mi tu zagrało, ale ostatecznie mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że to niezła płyta i zasługuje na większy prejz. Szanuję i doceniam.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 22 mar 2025 20:25

Git majonez. Musli-san dostaje całą niedzielę na słowo podsumowania (choć nie wiem czy znajdzie czas) a w poniedziałek z nowym tygodniem hucznie (chłodzę szampana) wystartujemy kolejną - 20(!) kolejkę naszej zabawy Best of Albums :tak:
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 22 mar 2025 21:37

ja to bym jednak bardziej japoniował niż podsumowywał, lecymy z sikstisami
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 22 mar 2025 22:14

Dajmy czas koledze, zobaczymy. Na razie to u niego słonko wstaje a my możemy odsapnąć jeden dzień.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 22 mar 2025 22:21

Kolega to zazwyczaj zasysa sobie czas bez pytania, więc lećmy.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 24 mar 2025 05:29

Ja nic nie zasysam! Jestem bezwzględnie zadowolony z Waszego odbioru Colina, każdy jak widzę znalazł sobie coś dla siebie muzycznie - i dobrze. Ja jestem z tym albumem już tak osłuchany, że przestałem widzieć na nim fillery (czy raczej słyszeć), ale też chyba nawet najsłabszy dla niektórych tutaj numer (w zależności od osoby) aż tak słaby nie był. Bardzo się cieszę! I niezmiennie polecam odkrywać świat Colina dalej :)
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 24 mar 2025 07:49

Dziękujemy za słowo podsumowanka.

Otwieram WIOSENNĄ - a zarazem jubileuszową - 20. KOLEJKĘ zabawy albumowej, woohoo!
stripped pisze:
03 mar 2025 10:38

David Axelrod - Song of Innocence
(1968)

Bardzo długo namyślałem się czym mógłbym Was uraczyć na wiosnę roku Pańskiego 2025 i miałem z tym zgryz zasadniczo z dwóch powodów: po pierwsze jeśli chodzi o kategorię albumów naprawdę WAŻNYCH dla mnie to został mi chyba do wrzucenia taki tylko jeden już i to na dodatek rapowy, a od rapu chciałem dać Wam troszkę odsapnąć i drugi - nie mam też zbytnio w zanadrzu muzy która mi osobiście jakoś mocno kojarzyłaby się z wiosną. Nie mam takich muzycznych tradycji jak niektórzy z Was i niekoniecznie wracam regularnie do pewnych płyt o danej porze roku. Nie mając zatem zasadniczo jakiegoś pewnego faworyta do tej obecnej - dwudziestej już kolejki naszej zabawy albumowej postanowiłem miast sięgać po jakiś mój utarty kanon pomyśleć trochę out of the box i możliwie nieco zaskoczyć Was jakimś nieco bardziej obskjurowym materiałem, ok, może w sumie uznanym przez fanów gatunku ale podejrzewam że zapewne nieznanym nikomu z Was, no ewentualnie tym wszystkim którzy nie zetknęli się nigdy poważniej z muzyką z 4 odsłony gier GTA.

Tak właśnie, z muzyką Davida Axelroda po raz pierwszy zetknąłem się właśnie dzięki Grand Theft Auto IV, dwa jego utwory znalazły się tam w radiu grającym muzykę w stylu jazz fusion, w większości numery jazz-funkowe ale Davis Axelrod się wyróżniał nieco bo jego muza bardziej wpada w szufladkę jazz-rocka raczej. Utwór Holy Thursday z Song of Innocence to była kolejna już (po Expansions) z moich cegiełek zatapiania się w muzyce fusion. Mając już dostęp do internetu oczywiście sięgnąłem po cały album i mogę przyznać że zrobił na mnie naprawdę dobre wrażenie. Być może na korzyść działa tu fakt że dystans tej płyty to zaledwie 27 MINUT, tym samym myślę że ani na moment nie następuje jakieś rozwodnienie materiału a słuchacz ma okazję spędzić pół godzinki w towarzystwie esencji MUZYKI kurde.

Czego możecie się spodziewać po tej płycie? Całość jest całkowicie instrumentalna i jest to mieszanka jazzu, barokowego popu i psychodelicznego rocka. Sam David Axelrod co prawda nie gra na tej płycie ale sam wszystko napisał i zaaranżował na ponad 30-osobową orkiestrę, dostajemy zatem dużo dobrej perkusji okraszonej instrumentami dętymi i smyczkowymi, solówki na gitarze elektrycznej i melodie grane na klawesynie. Całość rzekomo zainspirowana książką Williama Blake'a o tytule Songs of Innocence and of Experience (swoją drogą muszę dodać że Axelrod nagrał też album Songs of Experience). Odrobinę ma to po prostu vibe starego kina akcji dla mnie, swego czasu wrzuciłem ten album sobie od odtwarzacza do gry i wożąc się po mieście jakiś klasycznym "muscle car" bardzo dobrze to mi wchodziło. To będzie króciutka płyta, liczę że omawianie jej nie zajmie Wam dużo czasu choć pewnie dużo ciężej będzie o niej pisać niż jej słuchać.

https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... XlTrVMnZTF
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 28 mar 2025 19:49

David Axelrod Song of Innocence 1968

Trochę słuchałem tej płyty, a wciąż nie mam żadnego punktu zaczepienia. Dostaliśmy muzyczny wehikuł czasu trochę na jazzowo, trochę na orkiestrę symfoniczną. Niespełna pół godziny ze świata późnych lat 60tych. Tytuł sugeruje inspiracje poezją Blake'a, recenzenci w wielu miejscach sieci też to odkodowują - dla mnie ślepy zaułek. Najlepiej będzie powiedzieć, że to po prostu całkiem sympatyczny muzyczny obraz. Dobrze wypada w tle, przy okazji sytuacji odsłuchu odmalowanego przez Jacka. Trochę przewózki w fikcyjnym świecie gangsterki z ducha amerykańskiej. Klimacik zachodzącego słońca, promyki słońca przebijające się przez wieżowce, wielkomiejska aura. Aranżacyjny rozmach płyty wzbudza we mnie takie skojarzenia. Niby całkiem krótko, a jednak z wieloma mankamentami.

Na pewno znacznie lepiej słucha się całości bez bardzo dokładnej analizy i pełno skupienia na rzeczach. Podobieństwo orkiestralnych motywów na pełnym dystansie, solówki gitarowe od czapy, w ogóle instrumentalne przerywniki... nie wiem po co, skoro to tak krótki materiał. Dobre na początku i na końcu. Tytułowy fragment kulminacją wszystkich problemów. Aż dziwne, że brzmi jak zapychacz. Przy bliższym poznaniu trochę drażni szybkie urywanie wątków, ciągłe powroty tych pompatycznych akcentów... Po kilku odsłuchach jestem w stanie szczególnie wyróżnić Holy Thursday i dwa ostatnie utwory. Reszta niby też w porządku, ale nie znajduję szczególnego powodu do powrotów. Zero przestoju, zero faktycznej przerwy w trochę innym klimacie. Ani do filharmonii, ani na scenę. Kameralna sala też nie za bardzo, a pub zbyt niska przestrzeń, bo jednak chodzi tu o coś więcej.

Ciekawsze momenty? Jazz funk oddech na dzień dobry, początkowy motyw w Holy Thursday zanim nie wjedzie nudzenie. Klawesynowe partie dodają kolorytu, ale przez te muzyczne mole w tle rodem z orkiestry nie odbieram ich lepiej jako trochę wyższe jakościowo tło. Chciałem opisać każdy utwór. Po czwartym już się poddałem, bo głupio się powtarzać. Tu dochodzą organy, tam jest bardziej spójnie bez całej gamy ozdobników wytracających uwagę lub dobre wrażenie wzbudzane przez inne elementy. Jest tylko w porządku. Zbyt drobne na nie wiadomo jak długie elaboraty. Zbyt kompleksowo zbudowane, by nie spróbować tego dokładniej opisać. Zbyt niezobowiązujące do wzbudzania większych emocji. Możliwe, że poświęciłem jej najwięcej odsłuchów spośród wszystkich dotychczas zapodanych, a nie mam nic więcej do pokazania poza delikatnie wyciągniętym kciukiem w górę. Wdzięczny materiał dla diggerów, koneserów wiedzy nt. pochodzenia sampli. Drażni pewne niezdecydowanie, powtarzalność, jednostajność. Ostatni utwór jak gdyby bardziej tajemniczy, mistyczny... tyle że przez jakieś 30 sekund może.

Najgorzej, że ja w GTA4 nie przegrałem nawet 5 godzin. Holy Thursday buja, reszta niby okej, ale w sumie na dłuższy czas wystarczy. Po czasie będę myślał o tym tylko lepiej, bo ciekawostki wciąż delikatnie chodzą po głowie.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 01 kwie 2025 07:00

Tydzień zleciał. Może naiwnie ale liczę że w ciągu następnego tygodnia ogarniecie tak krótką płytę...
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 01 kwie 2025 10:47

David Axelrod - Song of Innocence

Murzyn na dzień dobry odhaczył u mnie kilka fajnych checkboxów, zanim zdążyłem posłuchać muzyki. Po pierwsze, rok 1968, a to u nas nie zdarza się często. O ile się nie mylę, jest to najstarsza wrzuta od czasu mojego Sinatry. Po drugie, 26 minut muzyki. Czyste sedno tego, co artysta ma do zaproponowania. Jeżeli ktoś ma godzinę wybitnej muzyki, to super, ale IMO lepiej mieć niedosyt, niż przesyt. Lubię krótkie dystanse. Po trzecie, sprzyjająca gatunkowość. „Urizen” brzmi jak theme do zaginionego serialu spy-fi i bardzo blisko orbituje moim ulubionym gatunkom takim, jak crime jazz. Jak wchodzi wibrafon, to już w ogóle się rozpływam nad tym. Orkiestracja trąci amerykańską paradą, ale to amerykańska płyta. „Holy Thursday” od razu morduje partią perkusji, która musiała być miliony razy samplowana, nie wierzę, że nie była, bo brzmi jak książkowy przykład hip-hopowego bitu z przełomu lat 80/90. Groove wymiata, ale reszta też dostarcza. Nadal dominuje filmowy, nieco złowieszczy klimat, który przełamywany jest lśniącymi, podniosłymi fragmentami orkiestry, używanej wyjątkowo oszczędnie, tylko w momentach kiedy należy. Wyczucie Axelroda w aranżacji jest porażające. Gitarowe solo zaskakuje, bo w ogóle się go nie spodziewałem. Trochę jakby Jimi Hendrix zabłądził i wszedł na podium ruchomej parady na 4 lipca. Pod koniec może robi się odrobinę zbyt gęsto, ale też nie nie psuje to całości. Zakończenie pianino/wibrafon/bas – doskonałe. „The Smile” ma wyjątkowo przestrzenna orkiestrę i klimat oglądania gór. Jest w tym coś takiego. Bardziej „Janosik” niż spy-fi. Znowu fajny groove, fajne solowanie na gitarach, piekne tło na wibrafonie. Patrzę na listę płac i widzę, że 60% nazwisk podpisana jest jako „musician”, nie wiem czy wynika to z niechlujstwa, czy z tego, że tylu multiinstrumentalistów brało udział w nagraniach tej płyty. Ta muza wskazuje mi skąd u np. DM, wziął się pomysł na zrobienie wolnoobrotowej wersji tego typu brzmień w postaci „Slowblow” (myślę, że to głównie zasługa Tima i jego kolekcji winyli). Krótko i klasą, a tu zaraz wchodzi „A Dream”, które jest jeszcze krótsze. Dla mnie to są jesienne brzmienia, ale wynika to z tego, że po prostu częściej wtedy sięgam po takie płyty, a nie, że aura jakoś wybitnie to dyktuje. Miniaturka, która zawiera wszystko to, co na tym albumie podoba mi się najbardziej. Super outro z moim ulubionym fade out’em. Miks na tej płycie jest zajebisty. „Song of Innocence„ znowu czaruje potencjałem samplerskim, zarówno perkusja, jak i całe motywy. Bardzo jedwabiście się tu robi, wszystko tu płynie niczym hollywoodzki, wysokobudżetowy film. Zajebisty fragment od 1:50, w którym wracają klimaty spy-fi, ale w formie mniej przybrudzonej niż zwykle. Flow robi ten kawałek. Motyw w 3:13 miło przywołuje soundtrack z polskich „Muminków”. Końcówka przypomina mi wręcz luźniejsze rzeczy Radiohead. Fade out, czyli co? Istnieją jakieś full sessions nagrania? Chętnie bym obadał.
„Merlin’s Prophecy” – bekowy tytuł, ale muzyka pokazuje, że nie jest z dupy. Robi się trochę magicznie i… przygodowo? Jednocześnie też odrobinę panowie zahaczają o muzykę dawną, co budzi skojarzenia z tego typu miksem u Genesis, np. we wrzucanym przez Sebę „Dancing With the Moonlit Knight”. Organy wychodzą trochę na bliższy plan, czego wcześniej chyba nie było. „The Mental Traveler” zaczyna się, jak motyw z bardziej horrorowego odcinka „Avengers” (tego z 1962 r. Ciekawa zmiana nastroju na sam koniec płyty. Kiedy wchodzi klasyczny już dla tego albumu skład muzyków, nadal jest trochę inaczej, chociaż wraca spy-fi na pełnej. Gitara totalnie w konwencji. Zakończenie ekscytujące, motyw orkiestry stanowi piękne pożegnanie z tym albumem. Naprawdę konkretny debiut.

„Song of Innocence” to zajebiste połączenie wajbu, warsztatu muzyków i warsztatu samego Axelroda, jako aranżera. Niby kolekcja theme’ów do filmów szpiegowskich, czy akcji, ale też doskonała muzyka do słuchania jakotakiego. Spędziłem czas z tym albumem w przyjemnej atmosferze bujania się, feelsowania, kiwania z uznaniem po świetnych partiach solowych i generalnym poczuciem dobrze spożytkowanego czasu przy dobrej muzyce. Jest to też płyta tak niezobowiązująca, zarówno emocjonalnie, jak i czasowo, że zdecydowanie będę do niej wracał częściej. Murzyn potrafi zapodać coś, co ładnie wietrzy nam skostniałe już trochę korytarze albumowej bestki. Salut.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 06 kwie 2025 17:06

David Axelrod to nazwisko, które przed wrzutą Murzyna nie mówiło mi zbyt wiele, ale w sumie… mogło. Jak zapewne ktoś z was pamięta, w czasach dawnych i mrocznych tj. latach 2011-14 równolegle do tego forum wraz z niejakim Melkim siedziałem na innym forumie, które miało w nazwie ROCK i METAL, i które to tej muzyce było poświęcone. W 2014 roku na tym forum ktoś postanowił przeprowadzić tyleż ciekawy, co karkołomny konkurs na najlepszy album z każdego rocznika, począwszys od 1967.

Czemu karkołomny? Ano temu, że zasady polegały na tym, że każdy z partycypantów miał wybrać 30 najlepszych płyt, którym miałby przyznawać punkty, mniej więcej jak w naszej kochanej depeszwizji. Z racji dość dużej liczby wymaganego materiału do zaznajomienia się, finały miały miejsce co jakiś kwartał, a z racji tego, że byłem wtedy jeszcze bardziej leniwy niż teraz - mój zapał wygasł gdzieś w połowie drugiej edycji, przez co nie udało mi się dotrzeć do Axelroda.

I tak sobie myślę, że na swój sposób dobrze by się stało. Gdybym przesłuchiwał tę płytę w tamtym czasie i w tamtych okolicznościach, pewnie by w mojej pamięci utkwiła jako jedna z wielu i przepadła w pomroce dziejów. Teraz jestem starszy, mądrzejszy i w sumie to nie słucham fusion, więc podchodzę do niej z zupełnie innej perpsektywy.

I mam wrażenie, że dzięki temu ta płyta dała mi całkiem dużo satysfakcji, jakkolwiek to śmiesznie zabrzmi. Bo ten no, to faktycznie taki typowy EASY LISTENING, esensja lekkiego, przyjemnego i bezpretensjonalnego grania z tamtej epoki i też siłą rzeczy nasuwały mi się oczywiste skojarzenia z bujaniem się lowriderem czy czymś podobnym. To brzmienie jest bowiem dość charakterystyczne i nasuwa oczywiste skojarzenie.

I myślę, że jakbym miał wybrać swojego "faworyta" na tej płycie, to bym zdecydowanie postawił na nie, bo przez ten ciepły, klimatyczny i gęsty SOUND słucha mi się tej płyty bardzo fajnie. I mam wrażenie, że tak dawno nie słuchałem typowej, po prostu fajnej płyty z tamtych czasów, że już trochę o takowym brzmieniu zapomniałem, przez co jestem totalnie świadom tego, że mogę na tę płytę patrzeć cieplejszym wzrokiem (słuchać cieplejszym uchem?) niż w innych okolicznościach.

Ale co mnie to w sumie. xD Obowiązek redakcyjny kazałby wymienić mi swoich faworytów. Niechaj tak się stanie. Na pewno wyróżnię "A DREAM" ze śliczną, partią klawiszową, którą na swoje potrzeby określam mianem "sentymentalno-onirycznej". THE MENTAL TRAVELLER to fajne fusion, które faktycznie mogłoby polecieć na soundtracku do jakiegoś akcyjniaka i ten, no BUJA. Doceniam jeszcze TYTUŁOWY i HOLY THURSDAY.

A, i totalnie nie kojarzę żadnego z tych kawałków z GTA, ale gdy je ogrywałem, to akurat stację z jazzem uruchamiałem dość rzadko.

Dobra, nie ma co się rozpisywać - fajna płytka. Po prostu.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA