Best of Forum (Edycja albumowa)
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Oprócz Mentosa wszystkie albumy przesłuchałem wielokrotnie.
Jutro biorę się już zresztą za mentosowy.
Jutro biorę się już zresztą za mentosowy.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ja to się aż tak nie rozpędzam, wolę być bardziej na świeżo w razie jakiejś bieżącej dyskusji. No, ale czas się powoli zabrać za kolejny album.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Ale ja jestem na świeżo zawsze. Bo zawsze przed wypowiedzeniem się słucham albumu po raz kolejny. Zazwyczaj pisząc reckę słucham jeszcze na bieżąco, żeby nic nie przeoczyć.
Już Wam chyba pisałem, że albumy jadę po kilka razy. A jak się spodoba, to i więcej. W moich ocenach nie ma nic przypadkowego. Każdy album ma wystarczająco czasu, żeby zaistnieć, o ile jest mu to dane.
Już Wam chyba pisałem, że albumy jadę po kilka razy. A jak się spodoba, to i więcej. W moich ocenach nie ma nic przypadkowego. Każdy album ma wystarczająco czasu, żeby zaistnieć, o ile jest mu to dane.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Ja właśnie specjalnie czekam na odpowiedni moment, żeby cały czas było na bieżąco xd zbyt wiele razy nie potrzebuję słuchać, raczej obawiam się przeładowania
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
ja srednio mam teraz czas na pisanie recek, ale wieczorem postaram sie cos skrobnac, jak nie to, mozecie leciec beze mnie czy co
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Ja zapodaję.
Pink Floyd - Wish You Were Here
Kurde, podobnie jak kol. Hien nie byłem gotów na Floydów dwa razy z rzędu, a jest to dla mnie bardzo - co już nadmieniłem - specyficzny w pewnym sensie zespół. Nie chciałbym potraktować tego albumu po macoszemu, a zapewne właśnie tak go potraktuję. To jest floydowa płyta na... jesień xD i poczułem to w momencie jej odsłuchu teraz. Ale taka wczesnojesienna. Zabawne, że choć słuchałem jej po raz pierwszy właśnie jesienią 2008 nie wytworzyłem sobie w głowie takich skojarzeń. Ot, ciekawy przypadek, choć to może dlatego, że wówczas był listopad. Teraz, przy tej pogodzie, czuję się jakbym słuchał po raz pierwszy China Crisis we wrześniu 2015, albo pierwszego Oxygene w tym samym czasie. Nic tylko ubierać lekką kurtkę i iść na długi spacer po parku. Niestety, nie mam na to dziś czasu, a szkoda. Bo już pierwsze dźwięki Shine On You Crazy Diamond (które zresztą traktuję jako całość), które mają charakter bardzo eno-frippowy, wciskają mnie w odpowiedni muzyczno-przeżyciowy setting. O ile sam nie miałem za bardzo nic przeciwko długim, rozbudowanym introm (tutaj jeszcze opartych o Gilmourowe solówki), to w tym przypadku wręcz je propsuję. Świetne podejście pod całą resztę, gdy wchodzą bębny robi się znów bluesowo, zaś wokal... właściwie mogłoby go tu nie być i numer byłby jeszcze lepszy xD nie oznacza to dla mnie w żadnym razie, że jest zły w tej formie, po prostu jakoś bardzo chce mi się słuchać i słuchać i słuchać tej muzyki. Cały czas. Welcome to the Machine z kolei zapamiętałem jako swój ulubiony numer z płyty i jego przypomnienie sobie po bardzo wielu latach utwierdziło mnie w tym przekonaniu. To jest tak dobre na tak wielu poziomach - niepokojące synthowe intro (choć to się na dobrą sprawę ciągnie przez cały numer), obłożone dźwiękami, które mogły wyjść spod ręki Martyna Ware'a z The Human League (co za przeskok stylistyczny) albo chociaż Johna Leckiego, który podobnymi zabiegami zmienił punkujące Simple Minds w zespół nowofalowo-eksperymentalny na ich drugim krążku. Zaraz po wpadają gitary i klawisze, które robią z Gilmoura, Watersa i spółki niemal czystej krwi space rock. Wokalne wycie? Znakomicie. Czysta przyjemność, 14 lat później stwierdzam, że zdecydowanie popełniłem błąd odkładając ten album na półkę na tak długo. Have a Cigar to w ogóle jest kapitalny kawałek jak się dodatkowo zna background, ma taki elegancki bekowy sznyt (ale wciąż z klasą, zresztą ładnie zwrócił na to uwagę również Kuba). Ciekawe, że słyszałem ten fragment tekstu właściwie w taki sam sposób xD na marginesie dodam, że dokładnie 10 lat temu Foxx i The Maths wrzucili cover tego kawałka na swój trzeci album, Evidence, i muszę przyznać, że brzmi on naprawdę nieźle. Bardzo w stylu ówczesnego grania Foxxa, ale się elegancko broni, dodatkowo fajnym kontrastem do oryginału Harpera jest niski - i nieco zmodyfikowany - wokal Foxxa (jego śmiech na samym początku z kolei dokłada własnej beki). Zapodaję tutaj dla chętnych - https://www.youtube.com/watch?v=Zoi5p60 ... el=NuSynth. No i nadchodzi tytułowy, numer przeruchany na wszystkie sposoby we wszystkie otwory tak bardzo, że producentem całości mógłby być Johnny Sinns. Musiałem zrzucić ciężki płaszcz uprzedzeń, żeby podejść do tego konkretnego kawałka w miarę neutralnie (nie było to łatwe), bowiem o ile te 14 lat temu byłem pod jego wpływem wzmocnionym przez - a jakże - Trójkę, oraz naczelnych trójkowiczów w mojej rodzinie, tj. ojca i wuja, to później zacząłem patrzeć (trochę mi wstyd) na te tzw. klasyki przez pryzmat dziaderstwa. Na szczęście okres błędów i wypaczeń za nami, dzięki czemu mogłem się nieco rozpłynąć. Ale tylko nieco, bo to nie tylko nie jest najlepszy kawałek Floydów ale nie jest to nawet najlepszy numer na tym krążku. Wciąż, replikowałbym jedynie słowa wypowiedziane już przez innych, więc podpiszę się pod tymi wypowiedzianymi przez Hiena, a i trochę przez Dragona. Uprzedzeń może już nie mam, ale nie jest to moje brzmienie tutaj zupełnie. Jednak technicznie i aranżacyjnie wspaniale. Ale nie moje. Jednak wspaniałe. Jednak nie moje, etc. Wciąż dobrze było wrócić po takim czasie xD no i dochodzimy do klamry, a więc kolejnych części Shine On, gdzie wraca nieco bluesa, momentami przebija się aż nieco funku, długie kompozycje i pasaże świetnie domykają całość, choć początek trafiał do mnie nieco bardziej. Innymi słowy - naprawdę dobra płyta, już tam bez pieprzenia o klasykach, to jest po prostu kawał świetnie zrealizowanej rockowej roboty i odsłuch był przyjemnością. Aż musiałem 3 razy, żeby sobie przypomnieć, jak byłem młody. Ściągam!
Pink Floyd - Wish You Were Here
Kurde, podobnie jak kol. Hien nie byłem gotów na Floydów dwa razy z rzędu, a jest to dla mnie bardzo - co już nadmieniłem - specyficzny w pewnym sensie zespół. Nie chciałbym potraktować tego albumu po macoszemu, a zapewne właśnie tak go potraktuję. To jest floydowa płyta na... jesień xD i poczułem to w momencie jej odsłuchu teraz. Ale taka wczesnojesienna. Zabawne, że choć słuchałem jej po raz pierwszy właśnie jesienią 2008 nie wytworzyłem sobie w głowie takich skojarzeń. Ot, ciekawy przypadek, choć to może dlatego, że wówczas był listopad. Teraz, przy tej pogodzie, czuję się jakbym słuchał po raz pierwszy China Crisis we wrześniu 2015, albo pierwszego Oxygene w tym samym czasie. Nic tylko ubierać lekką kurtkę i iść na długi spacer po parku. Niestety, nie mam na to dziś czasu, a szkoda. Bo już pierwsze dźwięki Shine On You Crazy Diamond (które zresztą traktuję jako całość), które mają charakter bardzo eno-frippowy, wciskają mnie w odpowiedni muzyczno-przeżyciowy setting. O ile sam nie miałem za bardzo nic przeciwko długim, rozbudowanym introm (tutaj jeszcze opartych o Gilmourowe solówki), to w tym przypadku wręcz je propsuję. Świetne podejście pod całą resztę, gdy wchodzą bębny robi się znów bluesowo, zaś wokal... właściwie mogłoby go tu nie być i numer byłby jeszcze lepszy xD nie oznacza to dla mnie w żadnym razie, że jest zły w tej formie, po prostu jakoś bardzo chce mi się słuchać i słuchać i słuchać tej muzyki. Cały czas. Welcome to the Machine z kolei zapamiętałem jako swój ulubiony numer z płyty i jego przypomnienie sobie po bardzo wielu latach utwierdziło mnie w tym przekonaniu. To jest tak dobre na tak wielu poziomach - niepokojące synthowe intro (choć to się na dobrą sprawę ciągnie przez cały numer), obłożone dźwiękami, które mogły wyjść spod ręki Martyna Ware'a z The Human League (co za przeskok stylistyczny) albo chociaż Johna Leckiego, który podobnymi zabiegami zmienił punkujące Simple Minds w zespół nowofalowo-eksperymentalny na ich drugim krążku. Zaraz po wpadają gitary i klawisze, które robią z Gilmoura, Watersa i spółki niemal czystej krwi space rock. Wokalne wycie? Znakomicie. Czysta przyjemność, 14 lat później stwierdzam, że zdecydowanie popełniłem błąd odkładając ten album na półkę na tak długo. Have a Cigar to w ogóle jest kapitalny kawałek jak się dodatkowo zna background, ma taki elegancki bekowy sznyt (ale wciąż z klasą, zresztą ładnie zwrócił na to uwagę również Kuba). Ciekawe, że słyszałem ten fragment tekstu właściwie w taki sam sposób xD na marginesie dodam, że dokładnie 10 lat temu Foxx i The Maths wrzucili cover tego kawałka na swój trzeci album, Evidence, i muszę przyznać, że brzmi on naprawdę nieźle. Bardzo w stylu ówczesnego grania Foxxa, ale się elegancko broni, dodatkowo fajnym kontrastem do oryginału Harpera jest niski - i nieco zmodyfikowany - wokal Foxxa (jego śmiech na samym początku z kolei dokłada własnej beki). Zapodaję tutaj dla chętnych - https://www.youtube.com/watch?v=Zoi5p60 ... el=NuSynth. No i nadchodzi tytułowy, numer przeruchany na wszystkie sposoby we wszystkie otwory tak bardzo, że producentem całości mógłby być Johnny Sinns. Musiałem zrzucić ciężki płaszcz uprzedzeń, żeby podejść do tego konkretnego kawałka w miarę neutralnie (nie było to łatwe), bowiem o ile te 14 lat temu byłem pod jego wpływem wzmocnionym przez - a jakże - Trójkę, oraz naczelnych trójkowiczów w mojej rodzinie, tj. ojca i wuja, to później zacząłem patrzeć (trochę mi wstyd) na te tzw. klasyki przez pryzmat dziaderstwa. Na szczęście okres błędów i wypaczeń za nami, dzięki czemu mogłem się nieco rozpłynąć. Ale tylko nieco, bo to nie tylko nie jest najlepszy kawałek Floydów ale nie jest to nawet najlepszy numer na tym krążku. Wciąż, replikowałbym jedynie słowa wypowiedziane już przez innych, więc podpiszę się pod tymi wypowiedzianymi przez Hiena, a i trochę przez Dragona. Uprzedzeń może już nie mam, ale nie jest to moje brzmienie tutaj zupełnie. Jednak technicznie i aranżacyjnie wspaniale. Ale nie moje. Jednak wspaniałe. Jednak nie moje, etc. Wciąż dobrze było wrócić po takim czasie xD no i dochodzimy do klamry, a więc kolejnych części Shine On, gdzie wraca nieco bluesa, momentami przebija się aż nieco funku, długie kompozycje i pasaże świetnie domykają całość, choć początek trafiał do mnie nieco bardziej. Innymi słowy - naprawdę dobra płyta, już tam bez pieprzenia o klasykach, to jest po prostu kawał świetnie zrealizowanej rockowej roboty i odsłuch był przyjemnością. Aż musiałem 3 razy, żeby sobie przypomnieć, jak byłem młody. Ściągam!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Współczuję wam tego przeruchania. Trójkowy świat jest dla mnie praktycznie obcy
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Mnie Trójka nie zniechęciła chyba ostatecznie do niczego, mogę się śmiać z niektórych numerów, ale stacja sama w sobie jakoś nie wpłynęła na mój stosunek do nich. Ogólnie, intensywne czasy słuchania Trójki (2001 - 2004) wspominam miło, poznałem wtedy bardzo dużo bardzo dobrej muzyki i to, między innymi, takiej którą defaultowo się jakoś bardzo z Trójką nie kojarzy np. Placebo, Radiohead, czy blur. To radio słusznie stało się memem, ale swego czasu, dla nastoletniego pierda jaki, byłem, ramówka stanowiła całkiem ładne korepetycje z muzyki i klasyki kabaretu.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Dobra, nie będziemy stać w miejscu, mentos wisi mi reckę Floydów a my lecimy z HERE od Alicii Keys.
shodan pisze:23 sie 2022 19:54Alicia Keys – HERE (2016)
Już Wam kiedyś opisywałem, jak to od zawsze olewałem takich wykonawców jak Alicia Keys. Aż przyszedł ni z gruszki, ni z pietruszki moment, kiedy po prostu zapragnąłem posłuchać Alicii. Tak po prostu. Było to równo rok temu. Pamiętam tylko, ze zaczęła mnie wtedy interesować muzyka R&B i soul. Pewnie dlatego pomyślałem o Keys. No bo o kim innym mógłbym pomyśleć w kontekście tych gatunków?
Pierwszą ściągniętą płytą było akurat jej najnowsze wydawnictwo zatytułowane Alicia. I mocno się wahałem na początku, czy właśnie tego albumu nie wrzucić. Jednak zdecydowałem, że HERE pociąga mnie bardziej klimatem.
Płyta jest mocno „czarna”, to takie oldskulowe R&B/soul z domieszką bluesa, a nawet hip-hopu.
Pierwsze co mnie urzekło już na wstępie, to okładka. Alicia w tej rozczochranej burzy włosów wygląda po prostu szałowo i efektownie.
Album ma niby aż 18 utworów, ale spokojnie – aż 5 z nich to krótkie interludy.
Moje ulubione utwory to bluesowy, zapierający dech w piersiach Illusion Of Bliss i akustyczne Kill Your Mama – dwa numery, gdzie Alicia pokazuje po prostu wszystko, co ma najlepszego w głosie. A ma się naprawdę czym pochwalić.
Dalej The Gospel, Pawn It All, She Don't Really Care 1 Luv, Work On It, More Than We Know, piękna ballada Where Do We Begin Now, Hallelujah, In Common. W sumie widzę, że wymieniłem prawie cały album. Ale tutaj po prostu nie ma słabego utworu. Wszystkie piosenki są ulubione. Naprawdę uwielbiam płyty, kiedy nie ma na nich choćby słabszego momentu, bo co numer, to serce szybciej bije.
Kompozycje na HERE są naprawdę bardzo dobre, świetnie zaaranżowane i wspaniale zaśpiewane. Wrzucałem już tutaj różne panie, ale chyba żadna nie miała w sobie tyle charyzmy i tak genialnego wokalu. Na HERE jest tyle cudownego „brudu” w jej głosie!
Nie ma co więcej się tutaj rozwodzić, bo nie umiem opisywać kwieciście i fachowo muzyki. Brakuje mi na to wiedzy. Wolę raczej jej słuchać i Wam też to radzę.
https://www.youtube.com/watch?v=c6ERlCt ... JZ&index=1
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Na zachętę lecę już z recenzją.
Alicia Keys - Here
Doszliśmy w końcu do jednej z tych śpiewających pań które znam i lubię więc odsłuch tego albumu był dla mnie raczej przyjemnością niż obowiązkiem. Album Here z 2016 roku pamiętam, lubiłem dość mocno poprzedni album Alicii czyli Girl On Fire a na Here wróciła ona ku bardziej korzennym czarnym brzmieniom, zmianie brzmienia towarzyszyła też zmiana wizerunku kiedy artystka stała się jedną z twarzy trendu ukazywania naturalnego piękna bez makijażu, doczepianych włosów itp., co widać po okładce tego wydawnictwa (możliwe że to najlepsza okładka w jej karierze). Alicia nigdy nie była w sumie artystką której słuchałbym całymi albumami, nie jestem aż takim fanem r&b, zwykle wracam do pojedynczych jej numerów, po dawnym słuchaniu Here stanęło na tym że lubiłem bardzo singlowe In Common (które jednak trochę odstawało od późniejszego brzmienia reszty albumu), ceniłem też Blended Family i Hallelujah, reszty albumu nie pamiętałem.
Płytę otwiera charakterystyczne dla jej albumów intro, pamiętam że lubiłem je z dwóch pierwszych albumów w jej karierze, dalszych nie kojarzę już dziś, to z Here jest bardzo fajne i ładnie wprowadza w klimat płyty. Po nim wchodzi duet dwóch utworów z naleciałościami gospelowymi - The Gospel oraz Pawn It All. W tym pierwszym mamy bardzo fajne perkusyjne werble niczym z jakiejś wojskowej orkiestry i ładnie wydzierającą się Alicię. Ten drugi jest nieco bardziej stonowany i bardziej gospelowy nawet. Po pierwszym interludium nadchodzi Kill Your Mama zachwalane przez shodana ale niestety mnie rozczarowuje, nie pasuje mi Alicia w takim aranżu i taka rapująca niejako. Na szczęście wraz z She Don't Really Care_1 Luv wracamy na właściwe tory i mamy esencję tego czarnego nowojorskiego brzmienia z dobrym podkładem, fajnym klimatem i kiedy wydaje się że lepiej być nie może słyszymy piękny wibrafon i wokal grającego na nim Roya Ayersa! Mało tego, na koniec przechodzimy do tej drugiej części utworu czyli 1 Luv i tu otrzymujemy niejako muzyczne odegranie podkładu z One Love samego Nasa, hah. Tenże Nas z kolei za chwilę pojawia się w przerywniku Elevate opowiadając w nim właśnie o swoim zamyśle przy tworzeniu owego One Love z jego debiutanckiego albumu. Po nim wchodzi bluesowe Illusion of Bliss ze swoimi organami i emocjonalnym wokalem Alicii, ten środek płyty to najlepszy jej moment zdecydowanie. Blended Family jest dość lekkie i chwytliwe, wpadło w ucho przed laty i nadal lubię. Work On It to przyjemnie zaskakująca produkcja Pharella Williamsa, nietypowa walczykowata ballada ale fajnie świeżo brzmiąca w jego aranżacji. Ten numer jak dla mnie kończy szczęśliwą passę na albumie trwająca od 4 utworów. Girl Can't Be Herself w swym aranżu to czysta zrzynka z La Vie En Rose w wykonaniu Grace Jones, tematycznie numer w sumie porusza może i sprawy ważne ale jakoś w wykonaniu Alicii brzmi to dla mnie jakoś banalnie. Z końcówką płyty miałem w sumie najwiekszy problem, chyba na tym etapie już pojawiało się zwykle zmęczenie materiału. More Than We Know i Holy War nie przekonują mnie, znowu mam wrażenie że im bardziej natchnione teksty Alicia próbuje sprzedać tym bardziej przynudza i słabo to wychodzi. Where Do We Begin Now za to z czasem uratował się w moich uszach a nawet mocno się zapętlił w mojej głowie, bardzo spodobała mi się ostatecznie produkcja tego kawałka. Świetny oszczędny bit, elegancko brzmi fortepian i dochodzący wraz z nim syntezator. Szkoda że album nie kończy się tym utworem, zostawiałby lepsze wrażenie po sobie moim zdaniem. To prawdopodobnie ten kawałek do którego mógłbym osobno wracać po czasie, jak będzie z albumem - nie wiem. Nie słucham takiej muzyki na codzień w sumie, r&b u mnie sprowadza się przeważnie do singli, może brak mi odpowiedniej wrażliwości by spędzać godzinę nad taką płytą. Na dobrą sprawę na ten moment 4 numery mi nie podchodzą co i tak jest lepszym wynikiem niż sądziłem, może przy odrobinie samozaparcia wchłonąłbym całość. Mimo wszystko jestem zadowolony że shodan postawił na HERE które ma w sobie trochę więcej czarnego klimatu niż niektóre bardziej popowe albumy Alicii. Płyta jest naprawdę niezła, ale na dobrą sprawę nie wiem czy na tle jej dyskografii się wyróżnia, wydaje mi się że chyba wszystkie jej albumy stoją na podobnym poziomie, są solidne i już.
Alicia Keys - Here
Doszliśmy w końcu do jednej z tych śpiewających pań które znam i lubię więc odsłuch tego albumu był dla mnie raczej przyjemnością niż obowiązkiem. Album Here z 2016 roku pamiętam, lubiłem dość mocno poprzedni album Alicii czyli Girl On Fire a na Here wróciła ona ku bardziej korzennym czarnym brzmieniom, zmianie brzmienia towarzyszyła też zmiana wizerunku kiedy artystka stała się jedną z twarzy trendu ukazywania naturalnego piękna bez makijażu, doczepianych włosów itp., co widać po okładce tego wydawnictwa (możliwe że to najlepsza okładka w jej karierze). Alicia nigdy nie była w sumie artystką której słuchałbym całymi albumami, nie jestem aż takim fanem r&b, zwykle wracam do pojedynczych jej numerów, po dawnym słuchaniu Here stanęło na tym że lubiłem bardzo singlowe In Common (które jednak trochę odstawało od późniejszego brzmienia reszty albumu), ceniłem też Blended Family i Hallelujah, reszty albumu nie pamiętałem.
Płytę otwiera charakterystyczne dla jej albumów intro, pamiętam że lubiłem je z dwóch pierwszych albumów w jej karierze, dalszych nie kojarzę już dziś, to z Here jest bardzo fajne i ładnie wprowadza w klimat płyty. Po nim wchodzi duet dwóch utworów z naleciałościami gospelowymi - The Gospel oraz Pawn It All. W tym pierwszym mamy bardzo fajne perkusyjne werble niczym z jakiejś wojskowej orkiestry i ładnie wydzierającą się Alicię. Ten drugi jest nieco bardziej stonowany i bardziej gospelowy nawet. Po pierwszym interludium nadchodzi Kill Your Mama zachwalane przez shodana ale niestety mnie rozczarowuje, nie pasuje mi Alicia w takim aranżu i taka rapująca niejako. Na szczęście wraz z She Don't Really Care_1 Luv wracamy na właściwe tory i mamy esencję tego czarnego nowojorskiego brzmienia z dobrym podkładem, fajnym klimatem i kiedy wydaje się że lepiej być nie może słyszymy piękny wibrafon i wokal grającego na nim Roya Ayersa! Mało tego, na koniec przechodzimy do tej drugiej części utworu czyli 1 Luv i tu otrzymujemy niejako muzyczne odegranie podkładu z One Love samego Nasa, hah. Tenże Nas z kolei za chwilę pojawia się w przerywniku Elevate opowiadając w nim właśnie o swoim zamyśle przy tworzeniu owego One Love z jego debiutanckiego albumu. Po nim wchodzi bluesowe Illusion of Bliss ze swoimi organami i emocjonalnym wokalem Alicii, ten środek płyty to najlepszy jej moment zdecydowanie. Blended Family jest dość lekkie i chwytliwe, wpadło w ucho przed laty i nadal lubię. Work On It to przyjemnie zaskakująca produkcja Pharella Williamsa, nietypowa walczykowata ballada ale fajnie świeżo brzmiąca w jego aranżacji. Ten numer jak dla mnie kończy szczęśliwą passę na albumie trwająca od 4 utworów. Girl Can't Be Herself w swym aranżu to czysta zrzynka z La Vie En Rose w wykonaniu Grace Jones, tematycznie numer w sumie porusza może i sprawy ważne ale jakoś w wykonaniu Alicii brzmi to dla mnie jakoś banalnie. Z końcówką płyty miałem w sumie najwiekszy problem, chyba na tym etapie już pojawiało się zwykle zmęczenie materiału. More Than We Know i Holy War nie przekonują mnie, znowu mam wrażenie że im bardziej natchnione teksty Alicia próbuje sprzedać tym bardziej przynudza i słabo to wychodzi. Where Do We Begin Now za to z czasem uratował się w moich uszach a nawet mocno się zapętlił w mojej głowie, bardzo spodobała mi się ostatecznie produkcja tego kawałka. Świetny oszczędny bit, elegancko brzmi fortepian i dochodzący wraz z nim syntezator. Szkoda że album nie kończy się tym utworem, zostawiałby lepsze wrażenie po sobie moim zdaniem. To prawdopodobnie ten kawałek do którego mógłbym osobno wracać po czasie, jak będzie z albumem - nie wiem. Nie słucham takiej muzyki na codzień w sumie, r&b u mnie sprowadza się przeważnie do singli, może brak mi odpowiedniej wrażliwości by spędzać godzinę nad taką płytą. Na dobrą sprawę na ten moment 4 numery mi nie podchodzą co i tak jest lepszym wynikiem niż sądziłem, może przy odrobinie samozaparcia wchłonąłbym całość. Mimo wszystko jestem zadowolony że shodan postawił na HERE które ma w sobie trochę więcej czarnego klimatu niż niektóre bardziej popowe albumy Alicii. Płyta jest naprawdę niezła, ale na dobrą sprawę nie wiem czy na tle jej dyskografii się wyróżnia, wydaje mi się że chyba wszystkie jej albumy stoją na podobnym poziomie, są solidne i już.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Na jutro będę gotowy.
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Ja tymczasem wbijam z wódką po zakąskę
Pink Floyd - Wish You Were Here
Za każdym razem.
Za każdym cholernym razem, gdy widzę, że ktoś tu wrzuca płytę, którą znam wydaje mi się, że nie powinno być problemu - odsłucham se ją raz ponownie pro forma, napiszę parę pochlebnych zdań i będzie po krzyku. Liczyłem, że tak będzie tutaj, bo WYWH to płyta, której byłem w stanie stawiać pomniki tak jakoś w 2011 roku. Tym razem w sumie to się okazało, że AŻ TAK kolorowo nie jest, że jednak nie jest AŻ TAK wybitna, jak mi się wydawało wtedy. Jest - tylko i aż - bardzo dobra. I pisanie o takiej muzyce jest cholernie ciężkie, bo jednak mimo wszystko mam świadomość tego, że obcuję z czymś świetnym, absolutnie nie żałuję żadnej sekundy, ale jednocześnie jestem trochę zawiedzony, bo jednak nie doznałem, tak jak się to zdarzało kiedyś. Trochę tak jakby zamiast willi w cichym i spokojnym miejscu dostać apartament w Warszawie - niby też spoko opcja, ale jednak to nie jest do końca to.
I kurczę no... ciężko mi tu pisać o poszczególnych kawałkach w kontekście tego co wcześniej. Suita Shine... jest tylko i aż świetna. Jakieś tam lekkie ciarki wróciły, słuchało się jej bardzo dobrze, ale tak z dzień-dwa po odsluchu ledwo co ją pamiętam. xD Trochę też ponarzekam na tytułowy, bo tbh nigdy nie byłem jego wielkim fanem - ładna balladka, urzekająca, ale trochę szybko się osłuchuje, trochę mi ją obrzydziły rockowe stacje (heh) i generalnie nie do końca ją czuję. Z lata temu bym napisał, że jest banalna, ale bez przesady, no ludzie. Nic nie zarzucę Welcome to the machine, które faktycznie ma KLIMAT oraz mojemu faworytowi - Have a Cigar. No ale czapki z głów przed Roy'em Harperem jak to śpiewali Zeppelini.
Generalnie świetna płyta, a Pink Floyd wielkim poetą był. To nadal kciuk w górę, ale jednak niepodniesiony z takim impetem, z jakim bym go uniósł dekadę temu. Dobra, kretyńskie porównanie, ale wiecie o co mi cho xD
Pink Floyd - Wish You Were Here
Za każdym razem.
Za każdym cholernym razem, gdy widzę, że ktoś tu wrzuca płytę, którą znam wydaje mi się, że nie powinno być problemu - odsłucham se ją raz ponownie pro forma, napiszę parę pochlebnych zdań i będzie po krzyku. Liczyłem, że tak będzie tutaj, bo WYWH to płyta, której byłem w stanie stawiać pomniki tak jakoś w 2011 roku. Tym razem w sumie to się okazało, że AŻ TAK kolorowo nie jest, że jednak nie jest AŻ TAK wybitna, jak mi się wydawało wtedy. Jest - tylko i aż - bardzo dobra. I pisanie o takiej muzyce jest cholernie ciężkie, bo jednak mimo wszystko mam świadomość tego, że obcuję z czymś świetnym, absolutnie nie żałuję żadnej sekundy, ale jednocześnie jestem trochę zawiedzony, bo jednak nie doznałem, tak jak się to zdarzało kiedyś. Trochę tak jakby zamiast willi w cichym i spokojnym miejscu dostać apartament w Warszawie - niby też spoko opcja, ale jednak to nie jest do końca to.
I kurczę no... ciężko mi tu pisać o poszczególnych kawałkach w kontekście tego co wcześniej. Suita Shine... jest tylko i aż świetna. Jakieś tam lekkie ciarki wróciły, słuchało się jej bardzo dobrze, ale tak z dzień-dwa po odsluchu ledwo co ją pamiętam. xD Trochę też ponarzekam na tytułowy, bo tbh nigdy nie byłem jego wielkim fanem - ładna balladka, urzekająca, ale trochę szybko się osłuchuje, trochę mi ją obrzydziły rockowe stacje (heh) i generalnie nie do końca ją czuję. Z lata temu bym napisał, że jest banalna, ale bez przesady, no ludzie. Nic nie zarzucę Welcome to the machine, które faktycznie ma KLIMAT oraz mojemu faworytowi - Have a Cigar. No ale czapki z głów przed Roy'em Harperem jak to śpiewali Zeppelini.
Generalnie świetna płyta, a Pink Floyd wielkim poetą był. To nadal kciuk w górę, ale jednak niepodniesiony z takim impetem, z jakim bym go uniósł dekadę temu. Dobra, kretyńskie porównanie, ale wiecie o co mi cho xD
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
No i elo, czyli wychodzi na to że na Floydach to w sumie tylko mentos się nie zna, oh well xD spoko luz, fajne studium floydowego momentum zrobiliśmy, czekamy teraz na Animals 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Mentos ma ból dupy, że ludzie wolą WYWH od Dark Side.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
W dodatku wrzucone przez jakiegoś Mudżaja xD te płyty są IMO równorzędne ale mają odwrotną konstrukcję, Dark Side bardziej podziabane z krótkim wstępem i zakończeniem i treściwym środkiem a WYWH odwrotnie obudowane długimi klamrami, brzmienie podobne bo i ta sama era Floydów, myślę że spoko że obie się pojawiły i czekam na więcej.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Alicia Keys - HERE
Niby podobało mi się Is It Insane, ale w wersji mniej wygładzonej. Poza tym doświadczeniem z Alicją Kluczyńską kojarzę tylko ten numer z Jay-Z z Nowym Jorkiem w tle. To tyle. Nie liczyłem na jakieś wielkie odkrycie, nie byłem specjalnie nastawiony na cokolwiek. Shodan na początku płytowej przygody jeszcze świecił nam po oczach czymś zupełnie innym, ale od jakiegoś czasu skrupulatnie i metodycznie przerzuca jedną płytę ze śpiewającą panią po drugiej. Pomimo oczywistych różnic stylistycznych warto zwrócić uwagę, że wszystkie one są utrzymane w podobnym brzmieniu. Na HERE mamy R&B, soul, te śmieszne interludy i ewidentnie hip-hopowe fragmenty, ale wszystko to opakowane jest w fortepianowe pasaże, a całość ma prędzej nas rzucić na kolana przez wokal Alicji. No nie wiem, Pawn It All jest pierwszym przystankiem, na którym zatrzymuję się z pewnym zadowoleniem, bo tam idzie w miarę konkretny bit.
Nie kupuję intencji dzielenia tego materiału na drobne przez te interludy. Nie uważam siebie za zimnokrwistego, ale poszczególne części nie pobudzają moich wnętrzności na tyle, bym potrzebował się zatrzymać na moment i odetchnąć od zaproponowanego klimatu, emocjonalnego napięcia. Lekki numer z pianinkiem, przerwa, lekki numer z gitarową zagrywką (Kill Your Mama). Shodan zaraz osiągnie moment krytyczny przez wrzucanie takich propozycji xD Osłuchujemy się z brzmieniem, czasami bardziej doceniamy wokale, ale gdy mierzymy się enty raz z dość podobną historią muzyczną, to ona musi jakoś zwrócić na siebie uwagę. Dobra melodia, ciekawa produkcja, wokal, który poza wrażeniem solidnego wykonania ma w sobie to coś, co sprawia, że chce się do tej muzyki wrócić. Świetnie zaczyna się She Don't Really Care, ale zmierza w dobrze znany nam świat muzyki po prostu ładnej, a razem z tym męskim głosem ostatecznie zmierza nigdzie. 1 Luv jest z kolei tak nieznośnie bezpieczne. Coś tam pracuje w niskich tonach, ale ten bicior jest strasznie generyczny. Mój podstawowy problem z tą płytą polega na tym, że jest po prostu zbyt bezpieczna. Niech będzie, że jest subtelna, ale nie podoba mi się, że taki wokal ginie w nijakich partiach fortepianowych i średnich bitach. Coś zdąży mnie zainteresować to zaraz niesatysfakcjonująco się (nie) rozwija. Z Blended Family należałoby wywalić to taniutkie pianinko i byłoby wszystko po bożemu, nawet w takim brzmieniu. Najbardziej mi szkoda Work On It, świetne drumsy, te wokale w tle trochę kojarzyły mi się z tym, co robi Kanye, ale poza tym dzieje się totalnie zwyczajna, nijaka balladka.
Tak już będzie do końca. Dobre (albo po prostu przyzwoite) bity dostają klawiszowe byle co i gitarowe nudy. Drobiazgowy początek napotyka byle jaką końcówkę, tę płytę mógłby kończyć dowolny utwór. HERE nie trwa długo, a ja już się najadłem wystarczająco. Teksty lekko zaangażowane, ale w takim otoczeniu mam problem z ich autentycznością. Połowę materiału trzeba by wywalić. Najlepiej całość wyprodukować inaczej. Happy endu nie będzie.
Zapisuję sobie na przyszłą okoliczność Blended Family i In Common, reszta bardziej w formie "przesłuchać, poznać, zapomnieć". Do ewentualnych dalszych poszukiwań się zraziłem, sorry
Niby podobało mi się Is It Insane, ale w wersji mniej wygładzonej. Poza tym doświadczeniem z Alicją Kluczyńską kojarzę tylko ten numer z Jay-Z z Nowym Jorkiem w tle. To tyle. Nie liczyłem na jakieś wielkie odkrycie, nie byłem specjalnie nastawiony na cokolwiek. Shodan na początku płytowej przygody jeszcze świecił nam po oczach czymś zupełnie innym, ale od jakiegoś czasu skrupulatnie i metodycznie przerzuca jedną płytę ze śpiewającą panią po drugiej. Pomimo oczywistych różnic stylistycznych warto zwrócić uwagę, że wszystkie one są utrzymane w podobnym brzmieniu. Na HERE mamy R&B, soul, te śmieszne interludy i ewidentnie hip-hopowe fragmenty, ale wszystko to opakowane jest w fortepianowe pasaże, a całość ma prędzej nas rzucić na kolana przez wokal Alicji. No nie wiem, Pawn It All jest pierwszym przystankiem, na którym zatrzymuję się z pewnym zadowoleniem, bo tam idzie w miarę konkretny bit.
Nie kupuję intencji dzielenia tego materiału na drobne przez te interludy. Nie uważam siebie za zimnokrwistego, ale poszczególne części nie pobudzają moich wnętrzności na tyle, bym potrzebował się zatrzymać na moment i odetchnąć od zaproponowanego klimatu, emocjonalnego napięcia. Lekki numer z pianinkiem, przerwa, lekki numer z gitarową zagrywką (Kill Your Mama). Shodan zaraz osiągnie moment krytyczny przez wrzucanie takich propozycji xD Osłuchujemy się z brzmieniem, czasami bardziej doceniamy wokale, ale gdy mierzymy się enty raz z dość podobną historią muzyczną, to ona musi jakoś zwrócić na siebie uwagę. Dobra melodia, ciekawa produkcja, wokal, który poza wrażeniem solidnego wykonania ma w sobie to coś, co sprawia, że chce się do tej muzyki wrócić. Świetnie zaczyna się She Don't Really Care, ale zmierza w dobrze znany nam świat muzyki po prostu ładnej, a razem z tym męskim głosem ostatecznie zmierza nigdzie. 1 Luv jest z kolei tak nieznośnie bezpieczne. Coś tam pracuje w niskich tonach, ale ten bicior jest strasznie generyczny. Mój podstawowy problem z tą płytą polega na tym, że jest po prostu zbyt bezpieczna. Niech będzie, że jest subtelna, ale nie podoba mi się, że taki wokal ginie w nijakich partiach fortepianowych i średnich bitach. Coś zdąży mnie zainteresować to zaraz niesatysfakcjonująco się (nie) rozwija. Z Blended Family należałoby wywalić to taniutkie pianinko i byłoby wszystko po bożemu, nawet w takim brzmieniu. Najbardziej mi szkoda Work On It, świetne drumsy, te wokale w tle trochę kojarzyły mi się z tym, co robi Kanye, ale poza tym dzieje się totalnie zwyczajna, nijaka balladka.
Tak już będzie do końca. Dobre (albo po prostu przyzwoite) bity dostają klawiszowe byle co i gitarowe nudy. Drobiazgowy początek napotyka byle jaką końcówkę, tę płytę mógłby kończyć dowolny utwór. HERE nie trwa długo, a ja już się najadłem wystarczająco. Teksty lekko zaangażowane, ale w takim otoczeniu mam problem z ich autentycznością. Połowę materiału trzeba by wywalić. Najlepiej całość wyprodukować inaczej. Happy endu nie będzie.
Zapisuję sobie na przyszłą okoliczność Blended Family i In Common, reszta bardziej w formie "przesłuchać, poznać, zapomnieć". Do ewentualnych dalszych poszukiwań się zraziłem, sorry
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Alicia Keys - Here
Czekałem, aż Shodan wrzuci Alicie Keys, bo się odgrażał, no i się doczekałem. Miałem nadzieję, że to będzie coś czego nie słuchałem i się udało. Do odsłuchu zasiadłem ciekawy i nastawiony pozytywnie.
„The Beginning” mogłoby być instrumentalne, ta mówiona wstawka jest cringowa. Muzycznie jest to fajny wstęp do „The Gospel”, który jako otwieracz, sugeruje trochę inny album niż ostatecznie dostajemy. Twardy bit, wieczorowe tło, jazzowy vibe. Powinno mi się na papierze podobać bardziej niż mi się to podoba, jednocześnie doceniam agresywną nawijkę Keys. Bardziej doceniam niż lubię, ale to tez jest jakaś forma prejzu xD Zwięzły numer, pokazuje, że ten WAJB, będzie tu najważniejszy. „Pawn It All”. Przed oczami mam jakiś bardzo stary klub muzyczny, do którego wstęp mają tylko czarni. Alicia Keys przenosi się tam z przyszłości, ale towarzyszy jej lokalny, gospelowy chór, który miesza się z kilkoma chórzystami z przyszłości. Jezu, ale namieszałem. Ale taki jest ten kawałek. Naleciałości współczesne mieszają się z bardzo konserwatywnym brzmieniem czarnego jazzu. Jest fajnie, ale jednocześnie mam wrażenie, że już to słyszałem.
„Kill Your Mama” to bardzo fajna, korzenna piosenka (korzenno-brzmiąca przynajmniej), ale mam wrażenie, że trochę tu ginie, zwłaszcza, że ponownie wydaje mi się, że to już znam.
Z „She Don't Really Care_1 Luv” płyta naprawdę się zaczyna. To trochę tak jak na koncercie, gra support, a potem gwiazda wieczoru. Tutaj wchodzi gwiazda wieczoru. Nadal pozostajemy w rejonach podobnych wpływów, ale brzmieniowo następuje drastyczna stylistyczna i aranżacyjna zmiana.
Pojawia się w końcu „stara” Alicia Keys. To jest fenomenalny kawałek, niesamowicie bujający, a jednocześnie klimatyczny. Wibrafon, ten „ambient” w tle i Ayers. Ja naprawdę więcej nie potrzebuję, a i tak dostaję więcej.
„Illusion Of Bliss” ma vibe Portishead, co mi się oczywiście z miejsca spodobało. Mega minimalistyczna perkusja, kontrabas robiący robotę, jakieś hammondy, pianino, itd., w niemal ambientowym ujęciu. Podobnie jak Murzyn, uważam że w tym miejscu płyty dzieją się najlepsze rzeczy.
„Blenden Family” to taki fajny, wakacyjny numer. Bardzo mi się udziela, brzmi świeżo i ma taką uniwersalną dawkę pozytywnej energii. W kontekście albumu, to jest kompletnie z dupy numer, jakby mi przez przypadek coś w playlistę wpadło. Nie wiem co Alicia miała na myśli, czemu akurat to i tu? Nie mam pojęcia.
„Work on it” zapadł mi w pamięć głównie samplem z „The Robots” Kraftwerk xD To pewnie nie jest z Kraftwerk, ale to brzmienie jest tak charakterystyczne, że moje skojarzenia nie mogą być inne. Poza tym ten utwór to potworny wręcz recykling. Gdyby mi ktoś powiedział, że to cover, to bym zapytał czyjego coveru, coveru, plagiatu, cover to jest. Alicia wraca do czarnego-only klubu.
„Girl Can’t Be Herself” z takim lekkim reggae’owaniem, weszłoby fajnie kiedy byłem na wakacjach. Teraz siedzę trochę zziębnięty, mamy wrzesień i trolololo. Ale od czego jest wyobraźnia. Krótki i ulotny, jak… wakacje xD
„More Than We Know” i zaczynam rozumieć z czym mam tutaj problem. Kolejne utwory zaczynają coraz bardziej przypominać pastisz klasyków, lub powielanych wielokrotnie motywów (jak w bluesie). Odnoszę wrażenie, że jest jakaś zbiórka obligatoryjnych rzeczy, które inspirowana gospelowym graniem płyta musi mieć, wręcz na zasadzie checklisty. Alicia Keys miała chyba taką checklistę, bo odhacza co chwila kolejny komunał. Co broni ten utwór, to wykonanie, bo wokal Keys jest tutaj naprawdę czarujący i jakoś niesie sobą całą tę karykaturalność kompozycji i aranżacji. Mimo wtórności i wymiętoszeniu takich piosenek, mogę tego słuchać z uznaniem i przyjemnością, chociaż nie można tu mówić o jakimś wielkim zachwycie.
„Where Do We Begin Now” i „Holy War” to naprawdę solidne zakończenie. Pierwszy urzeka wajbem, a drugi łechta długo oczekiwaną świeżością brzmienia.
Bonusy, których Shodan nakazał słuchać, są ok. „Hallelujah” to kolejny pastisz, fajnie wykonany, solidna sprawa, ale to na momenty kiedy bardzo bym potrzebował takiej muzyki. „In Common” to już inna parafia i bardzo odświeżająca sprawa. Słychać, że to by na albumie, razem z tamtymi utworami, nie przeszło, ale osobno? Świetna sprawa. Daję bardzo mocną okejkę.
Moje główne problemy z tym albumem to, po pierwsze – produkcja. Toporna, zloudnessowana, kwadratowa. Wszystko tu traci, instrumentarium, vibe i wokal Keys. Ktokolwiek montował tę płytę, pozbawił ją całkowicie przestrzeni, którą przecież te piosenki krzyczą. To jak zamknięcie lwa w klatce. Druga sprawa, to pierdolnik stylistyczny. Trudno mi traktować ten album jako album. Próbowałem znaleźć jakieś info na temat tego, czy taką formę należy traktować jako koncept, jakiekolwiek umyślne działanie. Nie znalazłem. Z drugiej strony, jest to jakoś poukładane, bo są interludia… ale te interludia to jest problem nr 3. Na szczęście jest ich mało, ale głównie są irytujące. W tych skitach z rozmowami, słychać że Keys próbuje przemycić jakieś głębsze treści, ale IMO to się kompletnie nie udaje i brzmi sztucznie. Może nie bardziej niż Pezet udający, że nie wiedział jak Noon nagrywał jego wypowiedź o tym jak by to jeszcze bardziej się starał gdyby go krytykowano, ale jednak xD Będę szczery, przy kolejnych odsłuchach powywalałem te interludia z playlisty. Ostatni problem, to wspomniana wcześniej karykaturalność niektórych utworów, ale po namyśle, nie użyję tego argumentu, mimo że jest to chyba najbardziej obiektywny mój przytyk. Zauważyłem, że w zależności od chwili, trochę inaczej odbieram ten efekt przerysowania, czasami wystarczy mi to, że Alicia bardzo fajnie to wykonała, a czasami irytuje mnie, że to brzmi jak jakiś Songbook. Muszę nauczyć się z tym żyć, bo do albumu mam zamiar wracać wielokrotnie. Wiem, że to wygląda inaczej, bo głównie punktowałem zarzuty, ale to dlatego, że łatwiej mi było opisać je słowami. Rzeczy które mi się podobają jest znacznie więcej, ale po prostu są to sprawy mocno związane z wajbem i tym jak te dźwięki tłumaczy moja głowa na emocje. Nie potrafię o tym pisać z sensem. TLDR – pomimo pewnych wad, bardzo mi się ta płyta podoba i kolejne przesłuchania tylko mnie utwierdzają.
Nie znałem go wcześniej i w ogóle cieszę się niesamowicie, że dostajemy takie rzeczy od Shodana, który kiedyś miał tutaj opinię betona DM i ejtisów, a teraz stał się autorytetem od śpiewających pań i to niezależnie od tego z jaką muzyką w tle one śpiewają. Te bestki to kopalnie złota i prawdziwa szkoła muzyki.
Czekałem, aż Shodan wrzuci Alicie Keys, bo się odgrażał, no i się doczekałem. Miałem nadzieję, że to będzie coś czego nie słuchałem i się udało. Do odsłuchu zasiadłem ciekawy i nastawiony pozytywnie.
„The Beginning” mogłoby być instrumentalne, ta mówiona wstawka jest cringowa. Muzycznie jest to fajny wstęp do „The Gospel”, który jako otwieracz, sugeruje trochę inny album niż ostatecznie dostajemy. Twardy bit, wieczorowe tło, jazzowy vibe. Powinno mi się na papierze podobać bardziej niż mi się to podoba, jednocześnie doceniam agresywną nawijkę Keys. Bardziej doceniam niż lubię, ale to tez jest jakaś forma prejzu xD Zwięzły numer, pokazuje, że ten WAJB, będzie tu najważniejszy. „Pawn It All”. Przed oczami mam jakiś bardzo stary klub muzyczny, do którego wstęp mają tylko czarni. Alicia Keys przenosi się tam z przyszłości, ale towarzyszy jej lokalny, gospelowy chór, który miesza się z kilkoma chórzystami z przyszłości. Jezu, ale namieszałem. Ale taki jest ten kawałek. Naleciałości współczesne mieszają się z bardzo konserwatywnym brzmieniem czarnego jazzu. Jest fajnie, ale jednocześnie mam wrażenie, że już to słyszałem.
„Kill Your Mama” to bardzo fajna, korzenna piosenka (korzenno-brzmiąca przynajmniej), ale mam wrażenie, że trochę tu ginie, zwłaszcza, że ponownie wydaje mi się, że to już znam.
Z „She Don't Really Care_1 Luv” płyta naprawdę się zaczyna. To trochę tak jak na koncercie, gra support, a potem gwiazda wieczoru. Tutaj wchodzi gwiazda wieczoru. Nadal pozostajemy w rejonach podobnych wpływów, ale brzmieniowo następuje drastyczna stylistyczna i aranżacyjna zmiana.
Pojawia się w końcu „stara” Alicia Keys. To jest fenomenalny kawałek, niesamowicie bujający, a jednocześnie klimatyczny. Wibrafon, ten „ambient” w tle i Ayers. Ja naprawdę więcej nie potrzebuję, a i tak dostaję więcej.
„Illusion Of Bliss” ma vibe Portishead, co mi się oczywiście z miejsca spodobało. Mega minimalistyczna perkusja, kontrabas robiący robotę, jakieś hammondy, pianino, itd., w niemal ambientowym ujęciu. Podobnie jak Murzyn, uważam że w tym miejscu płyty dzieją się najlepsze rzeczy.
„Blenden Family” to taki fajny, wakacyjny numer. Bardzo mi się udziela, brzmi świeżo i ma taką uniwersalną dawkę pozytywnej energii. W kontekście albumu, to jest kompletnie z dupy numer, jakby mi przez przypadek coś w playlistę wpadło. Nie wiem co Alicia miała na myśli, czemu akurat to i tu? Nie mam pojęcia.
„Work on it” zapadł mi w pamięć głównie samplem z „The Robots” Kraftwerk xD To pewnie nie jest z Kraftwerk, ale to brzmienie jest tak charakterystyczne, że moje skojarzenia nie mogą być inne. Poza tym ten utwór to potworny wręcz recykling. Gdyby mi ktoś powiedział, że to cover, to bym zapytał czyjego coveru, coveru, plagiatu, cover to jest. Alicia wraca do czarnego-only klubu.
„Girl Can’t Be Herself” z takim lekkim reggae’owaniem, weszłoby fajnie kiedy byłem na wakacjach. Teraz siedzę trochę zziębnięty, mamy wrzesień i trolololo. Ale od czego jest wyobraźnia. Krótki i ulotny, jak… wakacje xD
„More Than We Know” i zaczynam rozumieć z czym mam tutaj problem. Kolejne utwory zaczynają coraz bardziej przypominać pastisz klasyków, lub powielanych wielokrotnie motywów (jak w bluesie). Odnoszę wrażenie, że jest jakaś zbiórka obligatoryjnych rzeczy, które inspirowana gospelowym graniem płyta musi mieć, wręcz na zasadzie checklisty. Alicia Keys miała chyba taką checklistę, bo odhacza co chwila kolejny komunał. Co broni ten utwór, to wykonanie, bo wokal Keys jest tutaj naprawdę czarujący i jakoś niesie sobą całą tę karykaturalność kompozycji i aranżacji. Mimo wtórności i wymiętoszeniu takich piosenek, mogę tego słuchać z uznaniem i przyjemnością, chociaż nie można tu mówić o jakimś wielkim zachwycie.
„Where Do We Begin Now” i „Holy War” to naprawdę solidne zakończenie. Pierwszy urzeka wajbem, a drugi łechta długo oczekiwaną świeżością brzmienia.
Bonusy, których Shodan nakazał słuchać, są ok. „Hallelujah” to kolejny pastisz, fajnie wykonany, solidna sprawa, ale to na momenty kiedy bardzo bym potrzebował takiej muzyki. „In Common” to już inna parafia i bardzo odświeżająca sprawa. Słychać, że to by na albumie, razem z tamtymi utworami, nie przeszło, ale osobno? Świetna sprawa. Daję bardzo mocną okejkę.
Moje główne problemy z tym albumem to, po pierwsze – produkcja. Toporna, zloudnessowana, kwadratowa. Wszystko tu traci, instrumentarium, vibe i wokal Keys. Ktokolwiek montował tę płytę, pozbawił ją całkowicie przestrzeni, którą przecież te piosenki krzyczą. To jak zamknięcie lwa w klatce. Druga sprawa, to pierdolnik stylistyczny. Trudno mi traktować ten album jako album. Próbowałem znaleźć jakieś info na temat tego, czy taką formę należy traktować jako koncept, jakiekolwiek umyślne działanie. Nie znalazłem. Z drugiej strony, jest to jakoś poukładane, bo są interludia… ale te interludia to jest problem nr 3. Na szczęście jest ich mało, ale głównie są irytujące. W tych skitach z rozmowami, słychać że Keys próbuje przemycić jakieś głębsze treści, ale IMO to się kompletnie nie udaje i brzmi sztucznie. Może nie bardziej niż Pezet udający, że nie wiedział jak Noon nagrywał jego wypowiedź o tym jak by to jeszcze bardziej się starał gdyby go krytykowano, ale jednak xD Będę szczery, przy kolejnych odsłuchach powywalałem te interludia z playlisty. Ostatni problem, to wspomniana wcześniej karykaturalność niektórych utworów, ale po namyśle, nie użyję tego argumentu, mimo że jest to chyba najbardziej obiektywny mój przytyk. Zauważyłem, że w zależności od chwili, trochę inaczej odbieram ten efekt przerysowania, czasami wystarczy mi to, że Alicia bardzo fajnie to wykonała, a czasami irytuje mnie, że to brzmi jak jakiś Songbook. Muszę nauczyć się z tym żyć, bo do albumu mam zamiar wracać wielokrotnie. Wiem, że to wygląda inaczej, bo głównie punktowałem zarzuty, ale to dlatego, że łatwiej mi było opisać je słowami. Rzeczy które mi się podobają jest znacznie więcej, ale po prostu są to sprawy mocno związane z wajbem i tym jak te dźwięki tłumaczy moja głowa na emocje. Nie potrafię o tym pisać z sensem. TLDR – pomimo pewnych wad, bardzo mi się ta płyta podoba i kolejne przesłuchania tylko mnie utwierdzają.
Nie znałem go wcześniej i w ogóle cieszę się niesamowicie, że dostajemy takie rzeczy od Shodana, który kiedyś miał tutaj opinię betona DM i ejtisów, a teraz stał się autorytetem od śpiewających pań i to niezależnie od tego z jaką muzyką w tle one śpiewają. Te bestki to kopalnie złota i prawdziwa szkoła muzyki.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
A wiesz Hien czemu Ci się wydaje, że wiele rzeczy już gdzieś słyszałeś? Bo gdzieś czytałem, że Alicia celowo dokonywała na tym albumie różnych zapożyczeń od starych gwiazd soulu i r'n'b z wcześniejszych dekad.
A to, że byłem DM-betonem, to święta prawda. W dużej mierze to forum otworzyło mi oczy na inną muzykę, choć sam z siebie też się do tego w ostatnich latach przyczyniłem.
A to, że byłem DM-betonem, to święta prawda. W dużej mierze to forum otworzyło mi oczy na inną muzykę, choć sam z siebie też się do tego w ostatnich latach przyczyniłem.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Ja w sumie P.S. dorzucę od siebie że przeważnie moja znajomość z płytami Alicii kończy się na tym że lubię 4-5 numerów z danej płyty, do całości nie wracam, na półce w sumie mam dwa i któryś mógłbym pewnie wrzucić jako rekomendację za jakieś 30 kolejek ale trochę po co, chyba że teraz się przeproszę i wrócę do nich RZETELNIEJ i odkryję na nowo coś. Także shodan i tak lepiej wypadł tym HERE niż przypuszczałem i może jeszcze czoła Alicii będę chylił. Na pewno najfajniejsza wrzuta od wuja od czasów Polskich Składów Budowlanych i życzyłbym sobie takich płyt (na takim poziomie i łatwiejszych dla mnie) więcej.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup