Post
08 lip 2025 11:13
Haelos – Full Cricle
Haelos, pamiętam tak, że nie pamiętam w ogóle. Rzuciłem okiem na to co pisałem o wrzucie z utworów – „Another Universe” – no i tam bardzo chwalę. Piszę to, kiedy już mam napisaną całą recenzję „Full Circle” i w sumie smutek mnie bierze, że to nie inny album wrzucił Wuja. No, ale.
Najpierw Intro, kurde, kto jeszcze wrzuca intra na płyty? XD To by spokojnie mogło być częścią „Pray” i to by o wiele lepiej brzmiało i wyglądało. W każdym razie, samo „Pray” robi niezłe wrażenie jako wprowadzenie do albumu, ale ten kij ma dwa końce. Rzecz w tym, że o ile na tym etapie, przy pierwszym przesłuchaniu, jeszcze się tego nie wie, tak ten otwieracz odkrywa w zasadzie wszystkie karty jakie ta płyta ma do odkrycia. Niemniej, fajny numer to fajny numer. Na pewno na jego rzecz działa, że jest wcześnie na albumie, kiedy jeszcze to brzmienie nie zaczyna nudzić. Fajne efekty, spoko wokale (trochę ala Arcade Fire) i atmosfera.
„Dust” generalnie też jest spoko, ale już tutaj słychać, że zespół lubi grać jeden kawałek pod różnymi tytułami. Za pierwszym razem, trudno nie ulec wrażeniu, że wciąż jesteśmy w trakcie pierwszego utworu. Paleta brzmień identyczna, klimat kawałka identyczny, wokale wydają się być identyczne. Na tym etapie, to jest jeszcze do przyjęcia, ale wychodzi też już poza próby utrzymania stylistycznej spójności na albumie.
„Full Circle” zaczyna się fajnie, niemal jak „Reckoner” Radiohead. Ale już słyszę te organy i mam wrażenie, że to te same akordy co w kawałku wcześniej i jeszcze wcześniej. Wokale brzmią fajnie, zdecydowanie łatwiej jest przez nie zapamiętać ten kawałek. Mam wrażenie, że facet robi tu lepszą robotę niż babka. Kawałek jest naprawdę dobry, jego główne wady to po prostu wtórność względem materiału na płycie.
„Earth Not Above” się zaczyna, a co to wchodzi w 30 sekundzie? „Funky Drummer”? Jeden z najsłynniejszych breakbeatów, użyty między innymi w „Days In the Trees” no-mana? Ok, może za oryginalność loopów Haelos dostają lachę, ale co z tego skoro ten loop nadal robi robotę. Robi się trip-hopowo i nawet już nie będę marudził, że piosenka jest taka sama, jak poprzednie. Nawet na płycie Grace Jones wrzucanej przez Murzyna, na której było kilka wariacji jednego pomysłu, było milion razy bardziej różnorodnie, niż na „Full Cricle”. Niemniej, znowu przymykam oko, bo po prostu ten breakbeat mnie kupuje za każdym razem.
„Oracle” miałem po pierwszym przesłuchaniu, w notatkach, opisane jako „niby to samo, ale jakieś fajniejsze”. No i niewiele więcej mogę dodać xD Haelos już nie tyle wchodzą do tej samej rzeki, co po prostu na stałe w niej zamieszkali, niemniej dorzucają jakieś drobiazgi, które tę formułę w drobny sposób zmieniają i tutaj, przynajmniej pod kątem brzmienia, robi się trochę inaczej. Bardziej motoryczny i żywy bit, te fajne „chórki”, wszystko tutaj jakby klei się bardziej, nawet wokal, który nie mógłby już chyba bardziej pożerać ogona. Fajne są te syntezatory, które są połączone ze smykami lub je udają. Kawałek numer 6, a ja dopiero mam wrażenie jakby naprawdę zaczął się drugi. No, ale lepiej późno niż wcale. Jest to naprawdę dobre.
„Alone” zaczyna się jak jakaś podróba Timbalanda. Wokale znowu podobne. Zawsze szanowałem jak dużą wagę przykładał np. Morrissey, do melodii wokalu, żeby zawsze były inne, żeby były dobre, żeby się odznaczały. Haelos mają chyba odwrotną ideologię, albo po prostu w to nie potrafią. Po czterech przesłuchaniach, nie potrafię zanucić wokalu z żadnego kawałka, dosłownie niczego nie pamiętam. Inna sprawa, to to, że Haelos to jeden z tych zespołów, które grają całe kawałki od początku do końca tak samo, nie za bardzo można odnaleźć tu mostki czy refreny, po prostu numer isę zaczyna i leci tak samo aż do końca. To nie musi być złe, ale w wypadku Haeolos zdecydowania pogłębia brak pomysłów na albumie. W każdym razie „Alone” jest ok, jak większość na płycie, ale to takie bardzo zmęczone ok.
„Separate Lives”… prostytutka, powiedzcie mi, czy mnie powaliło, czy oni naprawdę używają tych samych akordów w każdym kawałku? I tych samych wokaliz? Słucham i słucham i naprawdę zaczynam się zastanawiać, czy to ze mną jest coś nie tak, czy z nimi? Mam wrażenie, że wiele płyt serwowanych przez Wuja, ma ten sam problem. Gdyby „Separate Lives” otwierało „Full Circle”, to pewnie bym się dużo cieplej wypowiadał, nawet bym bardziej chwalił ten numer niż „Pray”, ale po prostu kilka „Prayów” później, nie potrafię za bardzo wykrzesać z siebie więcej entuzjazmu. Numer ratują fajne pętle w tle, ale to kurde no jest trochę mało.
Kiedy już naprawdę czuję zmęczony, wchodzi „Sacred” i trochę ratuje sytuację. Fajny bit, ładne tło. Śpiewają praaay i robią mi wodę z mózgu, ale o dziwo, te wokale w końcu się odrobinę wyróżniają. Ok, to pianie w czymś co chyba jest refrenem, jest irytujące, ale i tak uważam, że to jeden z ciekawszych i po prostu fajniejszych momentów płyty.
„Cloud Nine”, znowu loop, który kojarzę, ale nie mogę sobie przypomnieć z czego to jest. Kolejny kawałek, który na początku płyty by zrobił dużo lepsze wrażenie niż po koniec, kiedy jestem znudzony. Niemniej dam propsa, mimo wszystko, bo jest to dobre. Wtórne na przestrzeni płyty, ale dobre.
„Pale” wjeżdża padami i wokalem coverującym Haelos. Myślałem, że będzie tu trochę inaczej, ale znowu weszła perkusja i dostałem kotleta tak bardzo styranego, że bułka tarta już z niego opadła.
No niestety, głównym zarzutem jaki mam, to to, że to jest tak naprawdę singiel z różnymi wersjami tego samego. Nie znam innych płyt Haelos, ale tutaj naprawdę dokonali sztuki wielokrotnego pożarcia ogona. Tak jakby kompletnie nie mieli pomysłu, więc wracają do jednego kawałka, który im się udał i po prostu przerabiają go jak mogą, żeby zebrało się te 11 utworów. Cenię użycie breakbeatów w tych kilku kawałkach, ale też no kurde, poza tym, że łechta moją nostalgię, to też nie można powiedzieć, że to jakiś rzucający na kolana zabieg. Nie wiem, może to po prostu płyta typowo dla fanów, którzy już wcześniej mocno się wkręcili w ten zespół i potrafią łykać od nich autoplagiaty (też mam takie ulubione zespoły), ale dla mnie to było doświadczenie trudne. Myślałem, że to tylko wrażenie, które zejdzie przy drugim czy trzecim przesłuchaniu, ale nie. Gdyby zebrać z tego połowę i wydać jako EP, to by zdecydowanie lepiej żarło. I niestety mama wrażenie, że to samo pisałem o London Grammar.
Rozumiem, że my tu wrzucamy płyty dla nas best, a nie żeby sprzedać je za wszelką cenę innym, ale Wuja sam pisze, że do ostatniej chwili nie był zdecydowany, a to oznacza, że ta płyta nie jest chyba jednak aż tak „best of życia”, zresztą wrzuta weszła pod wpływem nagłej pojary, a jednak decyzji się nie powinno podejmować na gorąco, bo kończymy jak Murzyn xD Nie powiem, że płyta jest zła, bo generalnie utwory nie są tragiczne. Zdecydowanie lepiej by wypadały słuchane losowo, pojedynczo, raz na jakiś czas, niż zebrane w formie albumu (i to akurat na pewno pisałem o London Grammar). Nie będę jednak ściemniał, że mam ochotę wracać do „Full Circle” dziś, czy jutro, czy w ogóle. Chyba zatoczyłem już z nimi te pełne koło.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn