Best of Forum (Edycja albumowa)

Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 11 wrz 2022 21:32

IMO ładnie wychodzą różnice w oczekiwaniach od muzyki
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 11 wrz 2022 21:44

IMO ani Esprit to nie był najlepszy możliwy vapor ani Wild Nothing najciekawszy gitarowy indie pop
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 11 wrz 2022 23:59

No tak, tutaj wrzucamy najlepszych przedstawicieli danego gatunku, coś poniżej topki należy tylko i wyłącznie zjebać
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 12 wrz 2022 00:11

Nie sądziłem, że ktoś będzie kiedyś tak bronił wrzutki Deva i to poza recenzją xD najs

Ja w sumie rozumiem o co Dragonowi chodzi. Słowa recenzja używam raczej jako skrótu myślowego, staram się nie masakrować albumów, bo nie są najlepszym możliwym czymś w swojej kategorii. To nie porcys.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 12 wrz 2022 05:08

Jprdl sorry ale to Dragon przeważnie wychodzi z założenia "no to nie jest najlepsze na świecie w swoim gatunku więc meh".

Nie przypominam sobie bym faktycznie zrąbał Esprit czy Wild Nothing, co najwyżej napisałem że są średnie lub rzetelne.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 12 wrz 2022 08:14

Obaj jesteście siebie warci xd
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 12 wrz 2022 14:31

Czysto hipotetycznie p e w n i e tak jest, ale akurat do tego typu linijek się nie przywiązuję najbardziej, wystarczy dokładnie zerknąć w te wpisy, swoją drogą pewnie już też nie najświeższe.
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 12 wrz 2022 14:40

Wild Nothing – Nocturne

Dev dwa razy z rzędu mocno przysłodził moim albumom i chętnie bym się mu chciał zrewanżować tym samym. Ale jeszcze chyba nie w tej kolejce. Na początku dev wrzucał naprawdę dobre rzeczy. Potem obniżył loty z mojego punktu widzenia. Tutaj jest co prawda lepiej niż w przypadku Poets of the Fall, ale gorzej niż choćby Moev. Jednocześnie nie mówię, że jest jakoś źle. Po prostu przeciętnie.
Pierwsze dwa przesłuchy to było takie odbijanie się jak od ściany. Niby mamy lekkie i przyjazne brzmienie ala New Order, ale tym utworom brakuje jakości. A dokładniej kompozycjom brakuje jakości. Melodie są w większości przypadków zupełnie nie zapamiętywalne. Wokale też nie robią żadnego wrażenia.
Jeżeli mam wyróżnić jakieś utwory, to na pewno Paradise, który jak się okazuje znałem. Niezły jest też otwierający płytę Shadow. A najbardziej podoba mi się Nocturne, który ma kapitalną wręcz gitarową końcówkę. Midnight Song, The Blue Dress czy Rheya też są w miarę ok. Nic wielkiego, ale posłuchać się da. Pozostałe utwory dosyć nijakie. Tu i ówdzie przewijają się fajne dźwięki czy zagrywki, ale to wszystko jak na album dla mnie trochę za mało. Choć muszę przyznać, że każdy kolejny odsłuch działał chociaż trochę na korzyść płyty. Człowiek się jednak osłuchuje.
Podsumowując – nieinwazyjne i nawet dosyć przyjemne brzmienie ma ten album, ale same kompozycje są dosyć średnie, a czasami wręcz nijakie. Nie hejtuję na pewno tej płyty, ale czy będę już z własnej woli chciał do niej wracać, to nie jestem przekonany. Nie potrafi mnie ta muzyka jakoś przekonać do siebie. Zdecydowanie za mało posiada atutów.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 12 wrz 2022 14:49

No to teraz będziesz się Dragonowi tłumaczył z takiej recenzji :8
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 12 wrz 2022 15:08

:lol:
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 12 wrz 2022 23:41

Wild Nothing - Nocturne

Od Advisory Circle minęło trochę czasu i jak do tej pory Dev nie chciał afiszować się z czymś dobrym, aż tu nagle... Tylko czemu przy pewnej niechęci, tego nie rozumiem. Nasz forumowy drendonator w zapowiedzi próbuje się zabezpieczyć na wypadek niewypału. Z jednej strony kastrat, z drugiej specyficzna niespecyficzność muzyki i zainteresowanie nią pomimo tego, że nie powinno go być xD Na takie słowa zasługiwaliby Poeci czy Moev, ale nie trzeba, bo te projekty raczej są skazane już na zapomnienie i odkopywanie przez gorliwych poszukiwaczy. W przypadku kawałków z Nocturne widzę miliony odsłuchów, tutaj szykuje się happy end.

Często w przypadku naszej zabawy jest tak, że pogoda czy otaczająca aura potrafi wyraźnie wpłynąć na opinię. Słuchałem płyty w różnych sytuacjach, ale bardzo dobrze podpasowała podczas małej wycieczki po mieście - ze względu na swoją energię, która ciągnie się przez całą płytę (poza jednym momentem, o czym jeszcze wspomnę). Od tamtej pory już moje dobre zdanie się nie zmienia. Najlepiej służy jej wrześniowe zawieszenie, niby jeszcze lato, ale już bez 30 stopni w ciągu dnia. Idzie wyjść w dość luźnym stroju, ale już z założeniem, żeby nie zmarznąć w przypadku późniejszego niż planowany powrotu. Już zaczyna wjeżdżać melancholia, w głowie kłębi się coraz więcej przemyśleń i rozliczeń. Jeszcze bez zamrażarki i totalnego doomerstwa.

Na dłużej zostawiam sobie ponad połowę płyty, będzie mi służyć w podobny sposób jak Migawka Meli Koteluk, Currents Tame Impala, itp.. Jest tutaj dużo interesujących melodii. Bywa bardziej gitarowo, ale zawsze w jakimś dwugłosie z syntezatorami. Bas nie wyróżnia się specjalnie, ale nie wyobrażam sobie, żeby miało go tutaj zabraknąć. Through the Grass to był pierwszy moment pozytywnego zaskoczenia, tak jakby już Shadow ze swoim przyjemnie narastającym, skromnym wprowadzeniem nie zwiastowało WRESZCIE czegoś, co może się dla mnie sprawdzić. Wbrew temu, że tutaj jest najwięcej gitary akustycznej, która nie zawsze jest moim sprzymierzeńcem, to jeden z moich ulubionych utworów. Dobre synthy, ale przede wszystkim znakomity refren z wijącym się między perkusyjnymi kleszczami wokalem. Wracając do Shadow... niby nic takiego, a jednak ta obecna aura została odwzorowana rewelacyjnie. Jest żywiołowy rytm, ale bez radykalnego tempa, przestrzenne brzmienie gitar, przyjemne harmonie i znowu wokal. Nie mam żadnych oporów przed chwaleniem tego gościa, z lekkością korzysta ze swojego wysokiego głosu i wyróżnia te teksty, przebiegi jeszcze bardziej. Podobnie w Nocturne, one już będą dla mnie funkcjonować obok siebie. Przyjemne chórki i bijąca z aranżu melancholia, przez te gitary idzie do głowy skojarzenie z wiejącym wiatrem. Przestrzeń, dużo oddechu, wytchnienia, czego chcieć więcej dla gościa, który w tym roku przesłuchał już setki godzin ambientu? We wspomnianym Through the Grass dużo znajomych klawiszowych brzmień, na przykład syntezator wytwarzający coś niby wokal, niby anielskie chóry. Od razu mam w głowie Tangerine Dream z drugiej połowy ejtisów albo masę twórców z nurtu new age. Tutaj niby tylko w tle, ale są momenty, gdzie z klawiszowym basem robią robotę, dobrze uzupełniają to wszystko, o czym wspominam wcześniej. Niby te ejtisy są oczywiste, ale czasem ujawniają się w brzmieniowych skojarzeniach, ale też jest numer przypominający coś z repertuaru The Cure. Albo This Chain Won't Break, tutaj tak na siłę widzę związki z zespołem o nazwie Felt. Tu wyróżnia się konkretna perkusja i przyjemnie poprowadzone chórki w momencie śpiewania tytułowej linijki. Jakiejś wielkiej partii na klawiszach tutaj nie znalazłem. Cała płyta zawdzięcza powodzenie rewelacyjnemu środkowi. Disappear Always to był ten drugi największy moment, tutaj też przez energiczny start puka do drzwi The Cure właśnie. Znowu refren, znowu strzał w dziesiątkę i właściwie nie wiem, czy udałoby się tak bardzo mnie skusić, gdyby gość śpiewał choćby odrobinę inaczej. Nie ma co dzielić włosa na czworo i tak drobiazgowo rozbierać każdy z tych udanych utworów. Trzecie WOW zrobiło na mnie Counting Days, najpierw klawiszowa melodia, potem rozanielone przejścia do kolejnego refrenu w punkt. W mostku do ostatniego najbardziej rozbujana perka, noga aż sama chodzi, a do tego naturalny uśmiech na twarzy.

Już wiem, czemu tak dobrze weszło. Bluszcz gra trochę podobnie, choć u nich nie jest aż tak przestrzennie (i jednocześnie tak bogato), wokalista dysponuje trochę innym głosem, ale wrocławska ekipa ma przewagę w postaci jeszcze lepszych tekstów, gdzie konkretnych nawiązań do ejtisów nie brakuje. Żeby nie było zbyt kolorowo to dodam, że Paradise wonieje fillerem. Klimat jest lekko rozbity, wchodzi tu Sylvian, niższe śpiewanie, aranż przeciągnięty zupełnie niepotrzebnie. Końcówka mnie aż tak nie zachwyciła, ale to sensowne zakończenie, na które aż tak się nie krzywię. Poza tym mam przecież do czego wracać. Towarzysz Adrian (uhuhu) wrócił do formy i to w sposób, który wziął totalnie z zaskoczenia, bo przed odsłuchem byłem nastawiony totalnie neutralnie. Gratulacje hihi
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 13 wrz 2022 09:55

Wild Nothing - Nocturne

Kiedy Dev wrzucił ten album i z nim pisałem, to stwierdziłem, że pamiętam jak mi puszczał ten zespół i mi się nie podobało. Na to, Musiał stwierdził, że chyba mi się pojebaIo z innym zespołem dream, w którym śpiewa babka. Wyszło na to, że trochę mi się faktycznie pojebaIo, a trochę nie.

Odpalam ten album z lekkimi oporami, zdążyłem już wcześniej nawet Arke (Noego) przerobić.
I tak to wyglądało:

„Shadow” ma w sobie wystarczająco dużo neworderowej radości połączonej z kjurową melancholią, że nie potrafię tego nie kupić. Początek dobrze się zapowiada, nic mnie tu jeszcze nie wkurza jakoś bardzo, poza wokalem, który jest jaki jest.

„Midnight Song” w zasadzie powiela ten schemat większą ilością książkowego dreamu z jakimiś naleciałościami Slowdive, gdyby ten zespół grał pop. Na szczęście z biegiem zaczyna się robić ciekawie, są nawet momenty które mi się miło kojarzą z The War on Drugs, co już samo w sobie wynosi ten kawałek znacznie wyżej niż powinien się znajdować. Ogólnie bardzo fajny vibe, patrze sobie za okno na tę wczesną jesień i myślę sobie „zajebiście”. Szkoda, że numer tak się urywa i to w dodatku teksturową perkusją. Pod koniec lat zerowych, takie rzeczy jak ten kawałek robili u nas Muchy na „Terroromansie” i tamten album wspominam bardzo miło.

Tytułowy utwór zaczyna się wokalnie jak jakiś pastisz Sex Shop Boys, co w sumie nie jest jeszcze takie złe. Mam też wrażenie, że przebijają się echa Fiction Factory, ale w ogóle to lejcie mnie po łapach, jak popadam w zbyt dużą ilość takich porównań, bo sam tego u ludzi nie lubię lol. W każdym z nas jest mały hipokryta. Kawałek jest spoko. Na tym etapie novelty (o ile jakieś było) tej muzyki zaczyna wygasać i powoli zaczynają drażnić powtarzalności. Na razie jeszcze bez wielkiego skrzywienia, kawałek nie jest zły. Znowu odczuwam tu vibe The War on Drugs, tylko bardziej w aurze jesiennej.

„Through The Grass” zaczyna mnie męczyć reverbem na wszystkim co się da. Ja wiem, że to jest dream i to trochę tak jakby w metalu nie dawać przesteru na gitary, ale chyba z tego powodu nigdy do końca nie wkręciłem się w żadne dream granie. Z tego, ale też z uwagi na to jaki ten nurt jest wąski w swoim wyrazie. Nie pamiętam przy jakim albumie, ale pisałem kiedyś, że pojedyncze utwory potrafią się bronić doskonale, w momencie gdy w gąszczu podobnych, na płycie, zaczynają się rozpływać (to chyba przy letniej wrzucie Murzyna było). Tutaj podobnie. Gdyby ten kawałek otwierał album, to podejrzewam, że bym reagował lepiej, ale zakolejkowany jako czwarty podobny numer, nie robi już takiego wrażenia. A to nie jest nawet połowa płyty. No, ale! Chociaż wokalnie dzieje się trochę coś innego, zwłaszcza pod koniec.

Startuje „Only Heather” i znowu baaardzo mocny vibe The War on Drugs, wręcz jakby zaczął się „Red Eyes”. Potem to przechodzi w klimaty ala The Smiths i tylko ten wokal ala Ariel Pink zaczyna mnie już naprawdę mocno męczyć. Myślę, że w tym momencie albumu mogę już powiedzieć, że to największa wada, ale jeśli mam być szczery, to jest zarzut, który mam do większości zespołów dream. Te wokale są takie majaczące, rozciągnięte, przez co nie ma w nich prawie żadnej melodii. Mdłe by design.

„This Chain Won’t Break” to chyba pierwszy kawałek, na który z początku ostro mehnąłem, ale z czasem zaczął się przegryzać.

W „Disappear Always” znowu wracamy do krainy The Smiths. Niby fajnie, ale szczerze mówiąc wolałbym włączyć sobie oryginalne The Smiths. Jest fajnie, ale na tym etapie zaczynam rozumieć sendo tej płyty. Tu jest vibe i ten vibe na jakiś czas starcza, ale tylko na jakiś czas, bo potem wyłażą z tego miałkie kompozycje, do których nie chce się wracać, chyba że ma się ochotę na chwilę… wajbu.

„Paradise” i już rozwiązała się moja zagwozdka, o której pisałem na początku. To jest ten numer, który mi Musiał puszczał i szczerze? Wybrał najgorszy z płyty. Ja wiem, że dla niego to był pewnie najlepszy, ale w moim przypadku nie trafił kompletnie. Nudny, mdły wokal, muzyka która bazuje tylko na padach, kompozycja, która zmierza donikąd, chociaż akurat ten instrumentalny break to najlepsze co ma do zaoferowania. Szkoda, że na tym się nie kończy, bo ten powracający bit sprowadza mnie na ziemię, gdzie jest to słaby numer. Ten drugi kawałek, innego bandu z laską, faktycznie był jeszcze gorszy, ale ten tez nie urywa dupy.

„Counting Days” kojarzy mi się z tym co się działo na jakiejś pseudo-hipsterskiej scenie pod koniec lat zerowych. Te klawisze są straszne, gitary mielą (dosłownie) te same zagrywki co od początku płyty. Niestety, gość miał pomysł na parę numerów, ale zrobił z tego album. Jestem niemal pewny, że na raty by mi to wchodziło lepiej, ale zebrane w kupę i odsłuchane naraz, robi po prostu złe wrażenie.

„The Blue Dress” w końcu wprowadza trochę inny klimat. Inny o jakieś minimalne zabiegi, bo w sumie to jest wciąż ta sama muzyka. Gitara kipi Marrem. Te ciągłe porównania do The Smiths działają bardzo na niekorzyść Wild Nothing, bo obnażają to co mieli Morrissey i Marr, czyli talent do pisania wspaniałych, unikalnych piosenek z doskonałymi melodiami i żelazną kompozycją. Oni mogli wydać cały album z identyczną paletą dźwięków w każdym kawałku i to się broniło gołymi utworami. Jack Tatum nie ma takiego talentu, ale nie jest jakaś wielka obelga, jeszcze by tego brakowało gdyby Morrisseye rodziły się w co drugiej rodzinie. Nie potrafię się jednak zachwycić tym Wild Nothing w pełni. Brakuje mi jakiegoś osobistego przeżycia z ta muzą w tle żeby vibe wystarczył mi za cały, satysfakcjonujący experience.

„Rheya” ładnie kończy album, nie ma tu jakiejś niespodzianki na finał, jak zaczęli, tak kończą.
Bardzo wajbowo kiedy się patrzy przez okno. I to kazało mi się zastanowić. Może ja powinien trochę tej płycie pomóc, wyciągnąć pomocną dłoń?

Ja uznałem, tak uczyniłem i wyszedłem z „Nocturne” na spacer do parku. No i tutaj dopiero zrozumiałem czemu ta muzyka w ogóle powstała. Doświadczenie to było wyjątkowo przyjemne i oświecające. Doszedłem też do wniosku, że to nie tylko jesienne klimaty tutaj się przewijają, ale ze to by była naprawdę dobra płyta na lato. Tym samym, uznałem że za rok powinienem zabrać jakiś album Wild Nothing na urlop, a to w moim świecie jest jednym z najwyższych muzycznych wyróżnień. Z tym albumem jest tak, że większość jego ewidentnych wad wychodzi i uderza podczas pierwszych przesłuchań i jeżeli jakoś się je przegryzie, to potem jest już tylko lepiej.

To jest jeden z rzadkich przykładów tego, jak vibe potrafi unieść mizerność i powtarzalność kompozycji oraz bylejaki wokal. To jest spore osiągnięcie, bo ja nie lubię za bardzo dream popu, a obecnie typowo 4AD brzmiące rzeczy odrzucają mnie na kilometr. Nie pomaga też to, że Dev przez te wszystkie lata, wyrobił sobie u mnie opinię człowieka kochającego tandetę, i z takim nastawieniem zazwyczaj biorę się za jego propozycje. Na szczęście „Nocturne” to nie jest taki oporowy dream, a i nie jest to też oporowa tandeta (przy czym trochę jest).

Większa część tego tekstu, to odzwierciedlenie mojego pierwszego przesłuchania płyty i większość zarzutów się utrzymała w mocy. Co się zmieniło, to to, że te zarzuty po prostu przestały mnie aż tak boleć. Zamiast rozmyślać na temat tego, co tutaj wyszło źle, udało mi się skupić na tym co wyszło dobrze, a pomogło w tym zabranie muzyki na dwór. To nie ma być jakiś miażdżący argument, który ma wszystkich przekonać żeby z tym łazili po parkach i lasach, bo ja w sumie mam w dupie, że się Shodan z Murzynem nie poznali na muzie xD Mnie to ten album trochę odczarowało i mogę go słuchać z przyjemnością. Nie ma płyt bez wad, nawet jeśli ich nie widzimy. To samo tyczy się zalet.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 13 wrz 2022 10:03

...i tak Papa Hien pojednawczym tonem pogodził zwaśnioną rodzinę, wszyscy wstali i zaczęli się ściskać, bić brawo i po chwili nikt już nie pamiętał o co były te spory. Nawet zaczęto obracać to w żart i śmiechom nie było końca.

The End.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 13 wrz 2022 10:04

No właśnie. The End. Wszyscy się wyrobiliśmy elegancko z Wild Nothing, a Mentos dalej zalega z Alicją. Ja mam już nawet Arce względnie opisaną. WTF? Mentos is a new Czez?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 13 wrz 2022 10:07

To jest już trochę sztuka zalegać w bestce utworowej a w bestce albumowej nawet podwójnie (!). Mentos is a new dev I guess.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 13 wrz 2022 10:08

O właśnie, Dev jest tutaj lepszym przykładem. Ale Dev się ogarnął.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 13 wrz 2022 10:13

Patrząc po lascie, to Mentos robi teraz zmasowane przesłuchanie na szybko xD Wyczuwam recenzje w stylu "no ja nie wiem co napisać", "co ja tu będę pisał", "no to taka muza, że nie umiem się wysłowić", "NIE WIEM" xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 13 wrz 2022 10:33

nie wiem

dziś nadrobię obie pyty, jak bonie dydy
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 13 wrz 2022 10:34

Szanuję Mentos za odpowiednie wprowadzenie (La Strada)
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 13 wrz 2022 10:35

fajny film
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA