Best of Forum
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Melki, na wstępie, dzięki że napisałeś, że wrzucisz i faktycznie tak zrobiłeś. Szanuję.
Ty ostatnio sobie ciągle kasujesz te recenzje, nie lepiej pisać w Wordzie, który ma autosave? Zaoszczędzisz sobie nerwów.
Jeśli chodzi o Twoje zajęcia, to nikt nie oczekuje, że będziesz z czegoś rezygnował na rzecz gry z forum, ale może po prostu, nie wiem, zrób sobie przerwę. Inna sprawa, że gdybyś poświęcił te 15 minut dziennie na przesłuchanie trzech kawałów i kolejnego dnia o tym napisał, to w trzy dni byś miał to załatwione i byś nawet nie poczuł, że ktoś Cie od czegoś odrywa (chyba, że 15 minut czegoś innego niż szachy i ogródek, rujnuje Ci atmosferę). Inna sprawa, że jak zaczniemy druga kolejkę, to mogę trochę bardziej poluzować, ale teraz się spieszę.
Tak, czy inaczej, od jutra rana (albo nawet od północy, jeśli ktoś chce) startujemy z kolejną kolejką, więc wrzucajcie numery, a Dev w tym czasie może wkleić swoje recenzje, ale nikt go na kolanach nie będzie błagał.
PS. 2. and if you want to be super awesome, zróbcie sobie już teraz wrzutki żeby jutro wleciały wszystkie numery. Może byśmy się do piątku ze wszystkim wyrobili i zaczeli następna kolejkę. Na te cztery kawałki chyba jesteśmy w stanie się zorganizować.
Ty ostatnio sobie ciągle kasujesz te recenzje, nie lepiej pisać w Wordzie, który ma autosave? Zaoszczędzisz sobie nerwów.
Jeśli chodzi o Twoje zajęcia, to nikt nie oczekuje, że będziesz z czegoś rezygnował na rzecz gry z forum, ale może po prostu, nie wiem, zrób sobie przerwę. Inna sprawa, że gdybyś poświęcił te 15 minut dziennie na przesłuchanie trzech kawałów i kolejnego dnia o tym napisał, to w trzy dni byś miał to załatwione i byś nawet nie poczuł, że ktoś Cie od czegoś odrywa (chyba, że 15 minut czegoś innego niż szachy i ogródek, rujnuje Ci atmosferę). Inna sprawa, że jak zaczniemy druga kolejkę, to mogę trochę bardziej poluzować, ale teraz się spieszę.
Tak, czy inaczej, od jutra rana (albo nawet od północy, jeśli ktoś chce) startujemy z kolejną kolejką, więc wrzucajcie numery, a Dev w tym czasie może wkleić swoje recenzje, ale nikt go na kolanach nie będzie błagał.
PS. 2. and if you want to be super awesome, zróbcie sobie już teraz wrzutki żeby jutro wleciały wszystkie numery. Może byśmy się do piątku ze wszystkim wyrobili i zaczeli następna kolejkę. Na te cztery kawałki chyba jesteśmy w stanie się zorganizować.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Ja wszystko mam w jednym pliku TXT - swoją listę utworów, spisane wasze listy, tam też pisze recenzje i co jakiś czas po prostu ctrl+s. Jeszcze żadne mi nie wyparowały w trakcie
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ja mam listę w zeszycie, ale recenzje pisze na kompie i składuje w dedykowanym folderze na syncu, żeby mieć do niego dostęp na każdym kompie. Nie mam wszystkich opisów gotowych, bo lubię pisać jak najbliżej wrzutki (czasami na ostatnią chwilę coś do głowy przychodzi), ale i tak jestem zawsze gotowy jako jeden z pierwszych. Po tej grze trochę widać, kto jest jak w życiu zorganizowany xd
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Brett Anderson - Pretty Widows
Generalnie jak napisał kol. Hien, nostalgia za niesprecyzowanym aż bije z tego numeru. Jednocześnie całość się troszkę za bardzo ciągnie jak dla mnie i to... w również niesprecyzowanym, ale kierunku. Całe użyte instrumentarium mi jak najbardziej pasuje, ale mam wrażenie, że czegoś w tym numerze brak, a ja nie potrafię dobrze tego nazwać. Nie słuchało mi się źle, ale nie poczułem tego w pełni. Trochę tak, jakbym stojąc na plaży mógł słuchać Cate Brooks a Thallasing, i wybieram to drugie, a to drugie jest oczywiście dobre, ale nie aż tak, nie pozwala się w pełni wczuć i brakuje pewnego... pazura? Mniej więcej tak to wygląda. Dodam na marginesie, że o Suede wiedziałem tylko tyle, że istnieją, a kim jest Brett Anderson dowiedziałem się odpalając ten kawałek xD Nie jest źle, ale jednak nie ja. Albo nie ja dzisiaj. Może kiedy indziej. Ale za morze brąz się należy.
Slowdive - When the Sun Hits
Slowdive to jeden z tych zespołów, na które latami miałem totalnie wyrąbane, bowiem był tak potwornie przehajpowany na różnych krajowych i zagranicznych "muzbawkach", że aż mnie to bolało, zwłaszcza, kiedy ogarniałem któż taki (konkretny typ człowieka) ten zespół propsuje. Nie chciało mi się niczego więcej poznawać, wszak jestem Musiałem i mam wszystko gdzieś etc., a zwłaszcza poznawanie twórczości zespołów, które kojarzą mi się z pretensjonalną młodzieżą i studenciakami łażącymi na - UWAGA - OFF Festival (niewiele brakowało, a w tym roku sam bym tam wylądował lol, na drodze stanęły pieniądze, a raczej ich brak). No i oczywiście jak to w powyższych bywa, byłem w błędzie. Numer to nie jest po prostu zacny, jest świetny. To jest całkowity wygryw tej kolejki, Miętaj wrzucił złoto, nie, wrzucił platynę. Od dawna miałem ciągoty w stronę takiego dreamowego grania o konkretnym, mocno melancholijnym zabarwieniu. I właśnie to dostałem, w doskonałej postaci. Odpalałem kilkakrotnie. Chyba wreszcie zassam ten album z greckim żarciem. Szanuję 2022, kapitalna rzecz. Totalne podium <3
50 Cent - PIMP
Słuchając tego numeru mam przed oczami rok 2003, czy tego chcę czy nie. On po prostu tam jest, a ta muzyka jest tam ze mną. Z tamtymi czasami mam tak konkretne i głównie nieprzyjemnie wspomnienia, że aż nie jestem w stanie tego kawałka odseparować od reszty. Godziny spędzone przed VIVĄ, MTV (w pasmach nadawania muzy), Countdown TV i tym podobnymi wepchnęły mi do gardła mnóstwo takiej muzyki, niektórzy zaś znajomi wpychali mi wypalone na tanich TDKach albumy w/w i mocno stręczyli ich słuchanie. Nawet próbowałem, moja kuzynka próbowała zrobić ze mnie skejta, no nie działało to za dobrze. Moje serce już wtedy należało do ejtisów. Traktuję ten utwór w stricte nostalgicznych kategoriach, ale jest to trochę wymuszona nostalgia, która nie ma za specjalnie umiejscowienia we mnie, jest już wyłącznie własnością swoich czasów, dawnych i słusznie zapomnianych. Przez 4 minuty z kawałkiem miałem znów 14 lat, nigdy więcej.
Kiddy Smile - Teardrops in the Box
Stripped dowalił i to dowalił przepięknie. Z kilku powodów - primo, ten numer jest świetny. Lubię house, zwłaszcza ten staroszkolny i brzmieniowo zahaczający o ejtisty, swego czasu coś takiego nagrywał mój ulubiony wykonawca gatunku, czyli fiński DJ Jori Hulkkonen (wspomnę go tutaj jeszcze kilkakrotnie, zresztą już wspominałem). Utwór się wkręca swoją prostotą brzmienia, świetnie pulsuje basik, klawisze w tle podkreślają lekkość numeru, który jednocześnie ma dokładnie taką dawkę energii, jaka jest potrzebna, żeby uderzyć na parkiet i zacząć się wyginać jak - nomen omen - Murzyn (czy ten z wideo czy ten z Bełchatowa). Secundo, tak się składa, że z różnych powodów ostatnio mam dużo wspólnego (jako obserwator ofc) z opisaną przez Golasa kulturą balową. Zupełnie przypadkiem od kilku miesięcy często bywam na takich eventach (niektóre z nich są rozbudowane af i potrafią trwać po kilka ładnych godzin), występują tam moi znajomi, którzy jednocześnie srogo naku*wiają voguing (na żywo robi to niesamowite wrażenie) przy akompaniamencie... zupełnie innej muzyki i gigantycznym hałasie euforii generowanym przez tłum. Ekspresji, również - czy może zwłaszcza - tej seksualnej tam nie brakuje w żadnym calu. Aż nie wiedziałem, że scena balowa w Polsce w ogóle funkcjonuje. Najwyraźniej ma się dobrze i być może najlepsze czasy dopiero przed nią, kilka tzw. house'ów będzie nawet jechało na platformach na nadchodzącej Paradzie Równości w mieście stołecznym. Tak czy inaczej - dzięki temu kawałek dostaje dla mnie jeszcze bardziej hmm "osobistego" wydźwięku i jakoś wpasowuje się vibe, w którym się znajduję w tej chwili. Jest naprawdę super, i gdyby nie Mentas byłoby złoto. Jest srebro, senk ju wery macz.
Arca - Desafio
Ten kawałek tak bardzo przeleciał przez moje uszy nie zostawiając żadnego śladu, że mógłbym go pomylić z wiatrem gdyby nie to, że miałem wciśnięte w małżowiny słuchawki, plus siedziałem w mieszkaniu przy zamkniętych oknach. Meh, meh, trzy razy meh. Zupełnie nic interesującego, i aż szkoda, bo background zapodany przez Dragona był bardzo fajny (ciekawszy od samego numeru lol) - jedyne co, to zachęca mnie do poznania czegoś innego od tej osoby, tylko na, że tak to ujmę, własnych warunkach. Niestety, wybór samego utworu słaby, albo mnie brakuje pewnych związanych z nim doświadczeń. Dam więc szanse osobie wykonującej poprzez samodzielną eksplorację zwłaszcza, że im coś jest dziwniejszego w wykonawcach i ich muzyce tym ciekawiej dla mnie. Ale nie z tą konkretną wrzutką, sorry Dragon
nawiązując do klimatu zapodanego przez Murzyna - IT'S A CHOP!
Czerwone Gitary - Anna Maria
Jeśli PIMP cofał mnie do roku 2003, ten numer cofa mnie do lat 90. i siedzenia u prababki w mieszkaniu (a raczej jego fragmencie, takie warunki lokalowe w kamienicy na łódzkim Polesiu) i słuchania przebijającego się przez ścianę u sąsiada (sąsiadki?) radioodbiornika Unitry z kanałem nastawionym na Program Pierwszy Polskiego Radia. Stary głośnik trzeszczy, odbiornik źle stroi, wszystko brzmi jak wyciągnięte żywcem z lat 70. i tak właśnie jest (Twój stary pies), nie mam żadnych odczuć poza jakąś taką sympatią z dupy do tego typu grania dla starych ludzi (nawet nie wiem, czemu to napisałem). Nie do końca to czuję, to po prostu jakaś tam wycieczka w przeszłość, w której nigdy nie funkcjonowałem i mnie tam w ogóle nie ciągnie. Jednocześnie wśród wielu moich znajomych, młodszych ode mnie jest ostatnio ciągota do takiej starej polskiej muzyki... what do you make of that? Tym razem - podziękuję.
Tymczasem w następnym poście zapodam...
Generalnie jak napisał kol. Hien, nostalgia za niesprecyzowanym aż bije z tego numeru. Jednocześnie całość się troszkę za bardzo ciągnie jak dla mnie i to... w również niesprecyzowanym, ale kierunku. Całe użyte instrumentarium mi jak najbardziej pasuje, ale mam wrażenie, że czegoś w tym numerze brak, a ja nie potrafię dobrze tego nazwać. Nie słuchało mi się źle, ale nie poczułem tego w pełni. Trochę tak, jakbym stojąc na plaży mógł słuchać Cate Brooks a Thallasing, i wybieram to drugie, a to drugie jest oczywiście dobre, ale nie aż tak, nie pozwala się w pełni wczuć i brakuje pewnego... pazura? Mniej więcej tak to wygląda. Dodam na marginesie, że o Suede wiedziałem tylko tyle, że istnieją, a kim jest Brett Anderson dowiedziałem się odpalając ten kawałek xD Nie jest źle, ale jednak nie ja. Albo nie ja dzisiaj. Może kiedy indziej. Ale za morze brąz się należy.
Slowdive - When the Sun Hits
Slowdive to jeden z tych zespołów, na które latami miałem totalnie wyrąbane, bowiem był tak potwornie przehajpowany na różnych krajowych i zagranicznych "muzbawkach", że aż mnie to bolało, zwłaszcza, kiedy ogarniałem któż taki (konkretny typ człowieka) ten zespół propsuje. Nie chciało mi się niczego więcej poznawać, wszak jestem Musiałem i mam wszystko gdzieś etc., a zwłaszcza poznawanie twórczości zespołów, które kojarzą mi się z pretensjonalną młodzieżą i studenciakami łażącymi na - UWAGA - OFF Festival (niewiele brakowało, a w tym roku sam bym tam wylądował lol, na drodze stanęły pieniądze, a raczej ich brak). No i oczywiście jak to w powyższych bywa, byłem w błędzie. Numer to nie jest po prostu zacny, jest świetny. To jest całkowity wygryw tej kolejki, Miętaj wrzucił złoto, nie, wrzucił platynę. Od dawna miałem ciągoty w stronę takiego dreamowego grania o konkretnym, mocno melancholijnym zabarwieniu. I właśnie to dostałem, w doskonałej postaci. Odpalałem kilkakrotnie. Chyba wreszcie zassam ten album z greckim żarciem. Szanuję 2022, kapitalna rzecz. Totalne podium <3
50 Cent - PIMP
Słuchając tego numeru mam przed oczami rok 2003, czy tego chcę czy nie. On po prostu tam jest, a ta muzyka jest tam ze mną. Z tamtymi czasami mam tak konkretne i głównie nieprzyjemnie wspomnienia, że aż nie jestem w stanie tego kawałka odseparować od reszty. Godziny spędzone przed VIVĄ, MTV (w pasmach nadawania muzy), Countdown TV i tym podobnymi wepchnęły mi do gardła mnóstwo takiej muzyki, niektórzy zaś znajomi wpychali mi wypalone na tanich TDKach albumy w/w i mocno stręczyli ich słuchanie. Nawet próbowałem, moja kuzynka próbowała zrobić ze mnie skejta, no nie działało to za dobrze. Moje serce już wtedy należało do ejtisów. Traktuję ten utwór w stricte nostalgicznych kategoriach, ale jest to trochę wymuszona nostalgia, która nie ma za specjalnie umiejscowienia we mnie, jest już wyłącznie własnością swoich czasów, dawnych i słusznie zapomnianych. Przez 4 minuty z kawałkiem miałem znów 14 lat, nigdy więcej.
Kiddy Smile - Teardrops in the Box
Stripped dowalił i to dowalił przepięknie. Z kilku powodów - primo, ten numer jest świetny. Lubię house, zwłaszcza ten staroszkolny i brzmieniowo zahaczający o ejtisty, swego czasu coś takiego nagrywał mój ulubiony wykonawca gatunku, czyli fiński DJ Jori Hulkkonen (wspomnę go tutaj jeszcze kilkakrotnie, zresztą już wspominałem). Utwór się wkręca swoją prostotą brzmienia, świetnie pulsuje basik, klawisze w tle podkreślają lekkość numeru, który jednocześnie ma dokładnie taką dawkę energii, jaka jest potrzebna, żeby uderzyć na parkiet i zacząć się wyginać jak - nomen omen - Murzyn (czy ten z wideo czy ten z Bełchatowa). Secundo, tak się składa, że z różnych powodów ostatnio mam dużo wspólnego (jako obserwator ofc) z opisaną przez Golasa kulturą balową. Zupełnie przypadkiem od kilku miesięcy często bywam na takich eventach (niektóre z nich są rozbudowane af i potrafią trwać po kilka ładnych godzin), występują tam moi znajomi, którzy jednocześnie srogo naku*wiają voguing (na żywo robi to niesamowite wrażenie) przy akompaniamencie... zupełnie innej muzyki i gigantycznym hałasie euforii generowanym przez tłum. Ekspresji, również - czy może zwłaszcza - tej seksualnej tam nie brakuje w żadnym calu. Aż nie wiedziałem, że scena balowa w Polsce w ogóle funkcjonuje. Najwyraźniej ma się dobrze i być może najlepsze czasy dopiero przed nią, kilka tzw. house'ów będzie nawet jechało na platformach na nadchodzącej Paradzie Równości w mieście stołecznym. Tak czy inaczej - dzięki temu kawałek dostaje dla mnie jeszcze bardziej hmm "osobistego" wydźwięku i jakoś wpasowuje się vibe, w którym się znajduję w tej chwili. Jest naprawdę super, i gdyby nie Mentas byłoby złoto. Jest srebro, senk ju wery macz.
Arca - Desafio
Ten kawałek tak bardzo przeleciał przez moje uszy nie zostawiając żadnego śladu, że mógłbym go pomylić z wiatrem gdyby nie to, że miałem wciśnięte w małżowiny słuchawki, plus siedziałem w mieszkaniu przy zamkniętych oknach. Meh, meh, trzy razy meh. Zupełnie nic interesującego, i aż szkoda, bo background zapodany przez Dragona był bardzo fajny (ciekawszy od samego numeru lol) - jedyne co, to zachęca mnie do poznania czegoś innego od tej osoby, tylko na, że tak to ujmę, własnych warunkach. Niestety, wybór samego utworu słaby, albo mnie brakuje pewnych związanych z nim doświadczeń. Dam więc szanse osobie wykonującej poprzez samodzielną eksplorację zwłaszcza, że im coś jest dziwniejszego w wykonawcach i ich muzyce tym ciekawiej dla mnie. Ale nie z tą konkretną wrzutką, sorry Dragon
Czerwone Gitary - Anna Maria
Jeśli PIMP cofał mnie do roku 2003, ten numer cofa mnie do lat 90. i siedzenia u prababki w mieszkaniu (a raczej jego fragmencie, takie warunki lokalowe w kamienicy na łódzkim Polesiu) i słuchania przebijającego się przez ścianę u sąsiada (sąsiadki?) radioodbiornika Unitry z kanałem nastawionym na Program Pierwszy Polskiego Radia. Stary głośnik trzeszczy, odbiornik źle stroi, wszystko brzmi jak wyciągnięte żywcem z lat 70. i tak właśnie jest (Twój stary pies), nie mam żadnych odczuć poza jakąś taką sympatią z dupy do tego typu grania dla starych ludzi (nawet nie wiem, czemu to napisałem). Nie do końca to czuję, to po prostu jakaś tam wycieczka w przeszłość, w której nigdy nie funkcjonowałem i mnie tam w ogóle nie ciągnie. Jednocześnie wśród wielu moich znajomych, młodszych ode mnie jest ostatnio ciągota do takiej starej polskiej muzyki... what do you make of that? Tym razem - podziękuję.
Tymczasem w następnym poście zapodam...
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Otwieram kolejkę proszę państwa!
Spoons - Arias & Symphonies (rok wydania 1982, rok pierwszego odsłuchu 2005)
https://www.youtube.com/watch?v=Eyc5cQdLsQI
Wracam do ejtisów, ale kogo i dlaczego miałoby to zaskakiwać? xD Te ejtisy są dość specyficzne, bo z gatunku tych mało znanych, zwłaszcza, że mamy do czynienia ze sceną kanadyjską, która mam wrażenie zawsze miała pod górkę, jeśli akurat nie miała gigantycznego farta (na marginesie, Pilate też byli z Kanady i też nie mieli tego farta, wydając się w Stanach musieli nawet nazwę zmienić). Dość wspomnieć choćby taki zespół, jak Moev... Spoons byli mniej wiecej po środku. Pykło im na pewno z nagrywaniem dość luźnej, popowej muzyki która oczywiście pozostawała w klimacie nowej fali, ale jednocześnie nie dowalała swoim ciężarem (gdzie Kanadyjczycy generalnie mieli do tego pewien talent, dość wspomnieć Grapes of Wrath czy Skinny Puppy), przez co zwrócili na siebie uwagę wykonawców zza oceanu, w tym wypadku oczywiście chodzi o UK. W efekcie zaczęli robić za support Culture Club i Simple Minds na kontynencie północnoamerykańskim. Ich albumy odnosiły sukcesy na listach i w sprzedaży, choć imho w przeciwieństwie do takiego Moev oni mieli dobre głównie pojedyncze numery, może poza pierwszymi dwiema płytami, które są naprawdę fajne. Reszta to tak, no, mogła być pewnie dużo lepsza, albo ja jestem jednak już zbyt mało 80s-popowy jak na taką muzykę. Dodam na marginesie, że grupę współzakładała para Gordon Deppe (gitara i wokal) i Sandy Thorne (bas), którzy stanowią trzon zespołu do dziś i dalej grają, nawet jakieś nowe płyty się chyba ukazały, ale no, nie zainteresowałem się (przynajmniej jak dotąd, może mi - już standardowo - przejdzie). W każdym razie.
Zapodany przeze mnie kawałek pochodzi z ich drugiej płyty i nosi dokładnie taki sam tytuł, jak album. Jest dla mnie - obok ich hit singla z tejże płyty, jakim było Nova Heart, swoją drogą, uwielbiam ten kawałek - największym highlightem wydawnictwa. Szybki, energiczny, gitary dobrze współpracują z tłukącymi po głośnikach syntezatorami. Tempo podbija odpowiednio skrojona perkusja, i o ile Deppe nie jest jakimś nie-wiadomo-jak utalentowanym wokalistą, przyjemnie się słucha jego głosu. Zwłaszcza, że - pozostając w pewnym klimacie, który przebijał się w poprzednim zestawieniu - śpiewany tekst traktuje o dość istotnej tematyce spełniania oczekiwań innych, zwłaszcza swoich rodziców i życiu pod ułożoną przez nich linijkę, "bo tak wypada", czy też "tak będzie najlepiej". Także utwór emancypacyjny, zdecydowanie o wyłamywaniu się z pewnych schematów, który ową narrację ubiera w naprawdę fajne wersy i silny, dominujący refren. Kawałek ten poznałem jesienią 2005 (zero zaskoczenia) dzięki forum80s.pl. Prócz niego ściągnąłem jeszcze kilka kawałków, ale ponieważ wówczas dostęp miałem głównie do aplikacji z misiem, nie stanęło na całych albumach (nie byłem w stanie ich zlokalizować). Te przyszły dużo później, bo niemal dekadę, fazę na Spoons dostałem ponownie (albo wręcz po raz pierwszy z takim nasileniem) późną jesienią 2014, kiedy to akurat dostałem nową i wreszcie normalną robotę, miałem nową dziewczynę (niektórzy nawet ją znają lol), dużo nowych i interesujących doświadczeń i późnymi wieczorami łaziłem po warszawskim Targówku albo Bielanach tłukąc właśnie debiut i następcę na swoim również wówczas nowym smartfonie w nieskończoność. Głównie Nova Heart co prawda (które też polecam, tak na marginesie), ale i wrzucany tu przeze mnie kawałek często się kręcił. Dobre brzmienie, fajne ejtisy z gatunku tych bardziej nieoczywistych i dzięki temu interesujących, bo i nie brzmi (dla mnie przynajmniej) jak nie wiem, China Crisis a ma w sobie dokładnie tyle CC, ile trzeba.
Spoons - Arias & Symphonies (rok wydania 1982, rok pierwszego odsłuchu 2005)
https://www.youtube.com/watch?v=Eyc5cQdLsQI
Wracam do ejtisów, ale kogo i dlaczego miałoby to zaskakiwać? xD Te ejtisy są dość specyficzne, bo z gatunku tych mało znanych, zwłaszcza, że mamy do czynienia ze sceną kanadyjską, która mam wrażenie zawsze miała pod górkę, jeśli akurat nie miała gigantycznego farta (na marginesie, Pilate też byli z Kanady i też nie mieli tego farta, wydając się w Stanach musieli nawet nazwę zmienić). Dość wspomnieć choćby taki zespół, jak Moev... Spoons byli mniej wiecej po środku. Pykło im na pewno z nagrywaniem dość luźnej, popowej muzyki która oczywiście pozostawała w klimacie nowej fali, ale jednocześnie nie dowalała swoim ciężarem (gdzie Kanadyjczycy generalnie mieli do tego pewien talent, dość wspomnieć Grapes of Wrath czy Skinny Puppy), przez co zwrócili na siebie uwagę wykonawców zza oceanu, w tym wypadku oczywiście chodzi o UK. W efekcie zaczęli robić za support Culture Club i Simple Minds na kontynencie północnoamerykańskim. Ich albumy odnosiły sukcesy na listach i w sprzedaży, choć imho w przeciwieństwie do takiego Moev oni mieli dobre głównie pojedyncze numery, może poza pierwszymi dwiema płytami, które są naprawdę fajne. Reszta to tak, no, mogła być pewnie dużo lepsza, albo ja jestem jednak już zbyt mało 80s-popowy jak na taką muzykę. Dodam na marginesie, że grupę współzakładała para Gordon Deppe (gitara i wokal) i Sandy Thorne (bas), którzy stanowią trzon zespołu do dziś i dalej grają, nawet jakieś nowe płyty się chyba ukazały, ale no, nie zainteresowałem się (przynajmniej jak dotąd, może mi - już standardowo - przejdzie). W każdym razie.
Zapodany przeze mnie kawałek pochodzi z ich drugiej płyty i nosi dokładnie taki sam tytuł, jak album. Jest dla mnie - obok ich hit singla z tejże płyty, jakim było Nova Heart, swoją drogą, uwielbiam ten kawałek - największym highlightem wydawnictwa. Szybki, energiczny, gitary dobrze współpracują z tłukącymi po głośnikach syntezatorami. Tempo podbija odpowiednio skrojona perkusja, i o ile Deppe nie jest jakimś nie-wiadomo-jak utalentowanym wokalistą, przyjemnie się słucha jego głosu. Zwłaszcza, że - pozostając w pewnym klimacie, który przebijał się w poprzednim zestawieniu - śpiewany tekst traktuje o dość istotnej tematyce spełniania oczekiwań innych, zwłaszcza swoich rodziców i życiu pod ułożoną przez nich linijkę, "bo tak wypada", czy też "tak będzie najlepiej". Także utwór emancypacyjny, zdecydowanie o wyłamywaniu się z pewnych schematów, który ową narrację ubiera w naprawdę fajne wersy i silny, dominujący refren. Kawałek ten poznałem jesienią 2005 (zero zaskoczenia) dzięki forum80s.pl. Prócz niego ściągnąłem jeszcze kilka kawałków, ale ponieważ wówczas dostęp miałem głównie do aplikacji z misiem, nie stanęło na całych albumach (nie byłem w stanie ich zlokalizować). Te przyszły dużo później, bo niemal dekadę, fazę na Spoons dostałem ponownie (albo wręcz po raz pierwszy z takim nasileniem) późną jesienią 2014, kiedy to akurat dostałem nową i wreszcie normalną robotę, miałem nową dziewczynę (niektórzy nawet ją znają lol), dużo nowych i interesujących doświadczeń i późnymi wieczorami łaziłem po warszawskim Targówku albo Bielanach tłukąc właśnie debiut i następcę na swoim również wówczas nowym smartfonie w nieskończoność. Głównie Nova Heart co prawda (które też polecam, tak na marginesie), ale i wrzucany tu przeze mnie kawałek często się kręcił. Dobre brzmienie, fajne ejtisy z gatunku tych bardziej nieoczywistych i dzięki temu interesujących, bo i nie brzmi (dla mnie przynajmniej) jak nie wiem, China Crisis a ma w sobie dokładnie tyle CC, ile trzeba.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
No-man - Angel Gets Caught In The Beauty Trap
Steven Wilson powraca w naszych bestkach jak bumerang pod różną postacią. Tym razem w duecie z Timem Bownessem jako No-man. Ten zespół ma tyle świetnych utworów, że mógłbym obdzielić nimi ze 20 bestek. I ciężko wybrać ten jeden, najlepszy. Ale do ścisłej czołówki u mnie na pewno przynależy Angel Gets Caught In The Beauty Trap.
Już od pierwszych sekund trwania utwór porywa mnie swoim niesamowitym klimatem. Ta klawiszowa zapętlona zagrywka jest po prostu piękna. A potem jest tylko lepiej. Dołącza pianino, cudne smyki, bas i świetny wokal Tima. Utwór trwa ponad 10 minut, ale nie sposób się nudzić choćby przez chwilę. Bo przez te 10 minut dzieje się naprawdę sporo. Pojawia się jeszcze dużo innych instrumentów, jak choćby trąbka czy saksofon. Budowa utworu nie jest wcale taka standardowa i oczywista. Są długie instrumentalne fragmenty jak to u Wilsona. I ja to bardzo lubię. Ale najważniejszy jest tutaj ten przepiękny i nieuchwytny klimat. Wilson i Bowness naprawdę mają dar do tworzenia takich wyjątkowych rzeczy. Angel Gets Caught In The Beauty Trap szczególnie ostro zajeżdżałem podczas moich licznych wędrówek po lasach. Bo do takich właśnie miejsc nadaje się najbardziej. Gęsty, dziki, odludny las i No-man w słuchawkach. To jest to. Mógłbym usiąść sobie w środku lasu na leżaczku, zapętlić ten utwór i siedzieć tak w nieskończoność gapiąc się na przyrodę.
https://www.youtube.com/watch?v=19F3o3y4ciw
Steven Wilson powraca w naszych bestkach jak bumerang pod różną postacią. Tym razem w duecie z Timem Bownessem jako No-man. Ten zespół ma tyle świetnych utworów, że mógłbym obdzielić nimi ze 20 bestek. I ciężko wybrać ten jeden, najlepszy. Ale do ścisłej czołówki u mnie na pewno przynależy Angel Gets Caught In The Beauty Trap.
Już od pierwszych sekund trwania utwór porywa mnie swoim niesamowitym klimatem. Ta klawiszowa zapętlona zagrywka jest po prostu piękna. A potem jest tylko lepiej. Dołącza pianino, cudne smyki, bas i świetny wokal Tima. Utwór trwa ponad 10 minut, ale nie sposób się nudzić choćby przez chwilę. Bo przez te 10 minut dzieje się naprawdę sporo. Pojawia się jeszcze dużo innych instrumentów, jak choćby trąbka czy saksofon. Budowa utworu nie jest wcale taka standardowa i oczywista. Są długie instrumentalne fragmenty jak to u Wilsona. I ja to bardzo lubię. Ale najważniejszy jest tutaj ten przepiękny i nieuchwytny klimat. Wilson i Bowness naprawdę mają dar do tworzenia takich wyjątkowych rzeczy. Angel Gets Caught In The Beauty Trap szczególnie ostro zajeżdżałem podczas moich licznych wędrówek po lasach. Bo do takich właśnie miejsc nadaje się najbardziej. Gęsty, dziki, odludny las i No-man w słuchawkach. To jest to. Mógłbym usiąść sobie w środku lasu na leżaczku, zapętlić ten utwór i siedzieć tak w nieskończoność gapiąc się na przyrodę.
https://www.youtube.com/watch?v=19F3o3y4ciw
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Przed propozycją małe podsumowanie.
Dev rzutem na taśmę zepsuł moje plany o totalnym pozytywnym zaskoczeniu, ale i tak cieszy mnie ogólne przyjęcie. Za dużo dobrego się wokół Oli dzieje, żebym jej temat zakończył na jednej wrzutce. Nie wiem czy będzie jakaś cała płyta od razu... temat jeszcze do przemyślenia. Na pewno koniec z latino elektroniką w tej części, teraz nadchodzi dragoncore kolekcja klasyki, ale powinno być jeszcze ciekawie.
Dev rzutem na taśmę zepsuł moje plany o totalnym pozytywnym zaskoczeniu, ale i tak cieszy mnie ogólne przyjęcie. Za dużo dobrego się wokół Oli dzieje, żebym jej temat zakończył na jednej wrzutce. Nie wiem czy będzie jakaś cała płyta od razu... temat jeszcze do przemyślenia. Na pewno koniec z latino elektroniką w tej części, teraz nadchodzi dragoncore kolekcja klasyki, ale powinno być jeszcze ciekawie.
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Właśnie się zorientowałem, że Dragon trzeci raz z rzędu wygrał u mnie kolejkę. Bo jednak Arce muszę przyznać palmę pierwszeństwa.
Ale cała kolejka była super. Oby tak dalej.
Ale cała kolejka była super. Oby tak dalej.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Fajnie, fajnie, ale trochę jak zwykle, muszę się wkoorwić, żeby się komplet graczy pojawił. Panowie, na wrzutki czas jest do jutra wieczorem, jeżeli Dev zaczął, to naprawdę nie ma ŻADNYCH wymówek. Do piątku zaś chcę widzieć wszystkie recki. Jeżeli dopchniemy całość do drugiego tygodnia lipca, to nadal będzie dla mnie dobrze, więc liczę na Wasze zaangażowanie.
She Drew The Gun – Be Mine
To nie jest koniec morze-themed wrzutek ode mnie, ale żeby nikogo nie zemdliło, zmieniam trochę klimat, tym razem na jesienny. Historia zaczyna się, zupełnie przypadkowo, jesienią xD Listopad 2015, mroźny i chmurny dzień, a ja jadę do Katowic żeby zobaczyć Finka. Na tym etapie byłem już zdrowo nakręcony jego muzyką i uważałem się za turbo fana, więc nie przeszkadzało mi ani miasto, ani obsrany Mega Club, w którym wydarzenie się odbywało. Zdarza mi się olewać supporty kiedy naprawdę nie mam na nie ochoty, ale pół roku wcześniej, na koncercie Finka w Łodzi, mogłem zobaczyć Douglasa Dare’a i to było bardzo pozytywne doświadczenie. W Katowicach, wieczór otwierała She Drew The Gun z zespołem. Koncert zrobił na mnie spore wrażenie. Dobre piosenki, charyzmatyczna liderka, przy czym z bardzo przyjazną atmosferą na scenie. Pamiętam laskę grającą na basie i kombo drum boksie ze stopą naraz. Fink to oczywiście przyćmił tego wieczora, ale wracałem do domu z chęcią zapoznania się bardziej z SDTG. Trochę czasu minęło zanim załapałem prawdziwą fazę i „Be Mine” był tego początkiem.
Kawałek wkręcił mi się jesienią 2017 r., kiedy budowałem sobie playlistę halloweenową (a taką playlistę posiadam i regularnie uzupełniam, bo jestem fanem halloween). „Be Mine” towarzyszyło mi wtedy regularnie podczas wieczornych wycieczek do lokalnego A-Donga na zupę pikantno-kwaśną. Spacer przewidywał czas na jeden, góra dwa utwory, a ja zapętlałem sobie właśnie ten jeden kawałek, co perfekcyjnie dopełniało jesienny, miejski krajobraz po zmroku. Tradycja długo się nie utrzymała, bo dostałbym wrzodów od nadmiaru tej zupy, ale kawałek został w playliście i wracałem do niego nawet po jesieni.
Nie będę się rozdrabniał w opisie utworu, bo urzeka mnie w nim przede wszystkim klimat. Tu jest wszystko naprawdę super, przejmujący wokal, gitara, te zlatujące melotronem klawisze, ponura perkusja i sama piosenka, ale sumą tego wszystkiego jest to, co najważniejsze czyli wyjątkowa atmosfera, przywołująca na myśl opustoszałe miasto w nocy. Podobne skojarzenia budzie we mnie „Decades” Joy Division.
Od tego momentu stałem się naprawdę konkretnym fanem She Drew The Gun, nawet próbowałem ją Wam sprzedać w Plebiscycie II, ale bez echa. Devotional, i cieszę się, że mogę go wspomnieć wiedząc, że być morze to przeczyta xD, chwalił swego czasu kawałek „Resistor” z drugiej płyty, kiedy usłyszał go przy pewnej okazji w radiu, o której to będę pisał przy okazji zupełnie innej wrzutki. W ubiegłym roku wyszedł trzeci album, również baaardzo dobry.
O ile nie mogę powiedzieć, że kontynuuję narrację queer zaczętą przez Murzaja i Dragonsa, to do jakiegoś stopnia ciągnę LGBT, bo Louisa Roach jest zadeklarowaną lesbijką. Powiem szczerze, że z lirycznego punktu widzenia, ciekawią mnie piosenki miłosne pisane w kontekście homo. Typowe lovesongi pisane od mężczyzn do kobiet oraz kobiet do mężczyzn, mają pewien zasób wrażeń i zalezności, które raczej nie ulegają zmianom. Tymczasem zupełnie inaczej to wygląda kiedy kobieta pisze do kobiety (lub facet do faceta, vide John Grant), wydaje się to po prostu dla mnie (hetero faceta) na ten moment bardziej intrygujące przez egzotyczność. W podobnym tonie, Louisa oparła utwór „Hallow’s Eve”, który rozważałem do wrzutki, ale ostatecznie wygrało „Be Mine”.
https://www.youtube.com/watch?v=G811MCfKQFo
She Drew The Gun – Be Mine
To nie jest koniec morze-themed wrzutek ode mnie, ale żeby nikogo nie zemdliło, zmieniam trochę klimat, tym razem na jesienny. Historia zaczyna się, zupełnie przypadkowo, jesienią xD Listopad 2015, mroźny i chmurny dzień, a ja jadę do Katowic żeby zobaczyć Finka. Na tym etapie byłem już zdrowo nakręcony jego muzyką i uważałem się za turbo fana, więc nie przeszkadzało mi ani miasto, ani obsrany Mega Club, w którym wydarzenie się odbywało. Zdarza mi się olewać supporty kiedy naprawdę nie mam na nie ochoty, ale pół roku wcześniej, na koncercie Finka w Łodzi, mogłem zobaczyć Douglasa Dare’a i to było bardzo pozytywne doświadczenie. W Katowicach, wieczór otwierała She Drew The Gun z zespołem. Koncert zrobił na mnie spore wrażenie. Dobre piosenki, charyzmatyczna liderka, przy czym z bardzo przyjazną atmosferą na scenie. Pamiętam laskę grającą na basie i kombo drum boksie ze stopą naraz. Fink to oczywiście przyćmił tego wieczora, ale wracałem do domu z chęcią zapoznania się bardziej z SDTG. Trochę czasu minęło zanim załapałem prawdziwą fazę i „Be Mine” był tego początkiem.
Kawałek wkręcił mi się jesienią 2017 r., kiedy budowałem sobie playlistę halloweenową (a taką playlistę posiadam i regularnie uzupełniam, bo jestem fanem halloween). „Be Mine” towarzyszyło mi wtedy regularnie podczas wieczornych wycieczek do lokalnego A-Donga na zupę pikantno-kwaśną. Spacer przewidywał czas na jeden, góra dwa utwory, a ja zapętlałem sobie właśnie ten jeden kawałek, co perfekcyjnie dopełniało jesienny, miejski krajobraz po zmroku. Tradycja długo się nie utrzymała, bo dostałbym wrzodów od nadmiaru tej zupy, ale kawałek został w playliście i wracałem do niego nawet po jesieni.
Nie będę się rozdrabniał w opisie utworu, bo urzeka mnie w nim przede wszystkim klimat. Tu jest wszystko naprawdę super, przejmujący wokal, gitara, te zlatujące melotronem klawisze, ponura perkusja i sama piosenka, ale sumą tego wszystkiego jest to, co najważniejsze czyli wyjątkowa atmosfera, przywołująca na myśl opustoszałe miasto w nocy. Podobne skojarzenia budzie we mnie „Decades” Joy Division.
Od tego momentu stałem się naprawdę konkretnym fanem She Drew The Gun, nawet próbowałem ją Wam sprzedać w Plebiscycie II, ale bez echa. Devotional, i cieszę się, że mogę go wspomnieć wiedząc, że być morze to przeczyta xD, chwalił swego czasu kawałek „Resistor” z drugiej płyty, kiedy usłyszał go przy pewnej okazji w radiu, o której to będę pisał przy okazji zupełnie innej wrzutki. W ubiegłym roku wyszedł trzeci album, również baaardzo dobry.
O ile nie mogę powiedzieć, że kontynuuję narrację queer zaczętą przez Murzaja i Dragonsa, to do jakiegoś stopnia ciągnę LGBT, bo Louisa Roach jest zadeklarowaną lesbijką. Powiem szczerze, że z lirycznego punktu widzenia, ciekawią mnie piosenki miłosne pisane w kontekście homo. Typowe lovesongi pisane od mężczyzn do kobiet oraz kobiet do mężczyzn, mają pewien zasób wrażeń i zalezności, które raczej nie ulegają zmianom. Tymczasem zupełnie inaczej to wygląda kiedy kobieta pisze do kobiety (lub facet do faceta, vide John Grant), wydaje się to po prostu dla mnie (hetero faceta) na ten moment bardziej intrygujące przez egzotyczność. W podobnym tonie, Louisa oparła utwór „Hallow’s Eve”, który rozważałem do wrzutki, ale ostatecznie wygrało „Be Mine”.
https://www.youtube.com/watch?v=G811MCfKQFo
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Andrzej Zaucha - Sprzedaj mnie wiatrowi
(1981)
No dobra, niech będzie to. Powoli dochodzimy do etapu kiedy poziom utworów zaczyna się wyrównywać i lekko opadać (teoretycznie mógłbym zarzucić jakimś ulubionym rapsem ale już obiecywałem trochę zmienić klimat więc dam gadaczom odpocząć). Dam zatem jeszcze wykazać się polskim muzykom bo głównie rapsy z ojczyzny szły i Maria którą lekką ręką zeszrotowaliście
postawię więc na klasykę, Andrzej Zaucha i zespół Dżamble, rok 1981 i wykonanie coveru "Sprzedaj mnie wiatrowi" - w oryginale śpiewane przez Czesława Niemena, później coverowane jeszcze przez zespół Bemibek.
Ale cofnijmy się nieco w czasie i doczytajmy jak to moja historia z poznawaniem polskiej muzyki przebiegała. Tak naprawdę przez długie, długie lata na rodzimą muzykę - zwłaszcza tą starszą (ogólnie czasy PRL) miałem dość mocno wywalone. Stare polskie przeboje kojarzyły mi się z muzyką moich starych, jakieś właśnie Czerwone Gitary czy Breakout, muza której nie czułem i nie kupowałem za nic w świecie (w sumie wiele starszej muzyki zagranicznej też z góry była skreślana jeśli tylko kojarzyłem że jest to coś czym byłem katowany za dzieciaka z kaseciaka). Będąc na studiach już i mając własnego peceta wreszcie (mega stary ale jary, grunt że muzykę szło odtwarzać kiedy wieża już padła) miałem na swoim dysku zewnętrznym sporawą kolekcję muzyki, ale że z komputera korzystała również moja mama to by umilić jej czas spędzany nad różnego rodzaju pasjansami ściągałem również nieco muzyki dla niej, do osobnego folderu. Wtedy już przy okazji będąc dorosłym zacząłem ponownie nieco chłonąć starszą muzykę, w tym również polską - Niemena czy np. Zauchę. Z folderu Niemenowego wówczas przypadł mi do gustu utwór "Sprzedaj mnie wiatrowi", podobał mi się tekst tego utworu i ekspresja wokalna Niemena czy aranżacja. To był po prostu kawałek świetnej PIOSENKI dla mnie. Poznałem wtedy też wersję tego utworu w wykonaniu grupy Bemibek (wówczas mi nie podchodziła). Do Zauchy też się nieco przekonałem i kilka jego przebojów polubiłem, i doceniłem jego wokal. To były dość ważne zalążki do dalszego zgłębiania polskiej muzyki.
Przenieśmy się w czasie do przodu o kilka dobrych lat, w roku 2019 kiedy już na dobre spędzałem godziny na YouTube w poszukiwaniu muzyki natrafiłem na cover "Sprzedaj mnie wiatrowi" w wykonaniu Zauchy i grupy Dżamble w roku 1981 (czyli dwa lata przed solowym debiutem Zauchy), cover wrzucony na jego kanał na YouTube (trudno stwierdzić czy można nazwać go oficjalnym tak naprawdę, wygląda jak fanowska robota ale to świetne źródło muzyki Zauchy i jego występów i wideoklipów). Cover ten odbiega jednak brzmieniem od oryginału a zamiast bardziej dramatycznego soulowego aranżu Niemena pojawia się tu fantastyczne funkowe brzmienie. Sam Zaucha również z dużo większym luzem śpiewa tę smutnawą pieśń o rozejściu się dróg z ukochaną kobietą. Koniec końców otrzymujemy odmienne wykonanie które jednak cudownie odświeża ten kawałek.
Co przykre z moich poszukiwań wynika że ten cover nie ukazał się nigdy na żadnym fizycznym nośniku i chyba jedynym śladem po nim jest ten telewizyjny występ... z playbacku, hy (zatem taśma jakaś musi tego istnieć!).
Tak naprawdę rozważałem tu nawet wrzucenie oryginału tego utworu ale byłaby to przegapiona okazja by jednak poczęstować Was naszym polskim funkiem (wygrzebanym/natrafionym bez udziału składanek typu Polish Funk), dla mnie ten cover to perła i kilka takich rarytasów mam dla Was uszykowane na dalsze bestki. A, no i jest to moje pierwsze bestkowe "oszustwo" że tak to ujmę bo wrzucając ten cover zostawiam zawsze sobie pole do wrzucenia innego numeru Niemena jeśli najdzie mnie ochota... i nie tylko. Są jeszcze inne utwory na tyle dobre że i w odmiennej aranżacji znakomicie się bronią
https://youtu.be/lyWoy0OhMRg
(1981)
No dobra, niech będzie to. Powoli dochodzimy do etapu kiedy poziom utworów zaczyna się wyrównywać i lekko opadać (teoretycznie mógłbym zarzucić jakimś ulubionym rapsem ale już obiecywałem trochę zmienić klimat więc dam gadaczom odpocząć). Dam zatem jeszcze wykazać się polskim muzykom bo głównie rapsy z ojczyzny szły i Maria którą lekką ręką zeszrotowaliście
Ale cofnijmy się nieco w czasie i doczytajmy jak to moja historia z poznawaniem polskiej muzyki przebiegała. Tak naprawdę przez długie, długie lata na rodzimą muzykę - zwłaszcza tą starszą (ogólnie czasy PRL) miałem dość mocno wywalone. Stare polskie przeboje kojarzyły mi się z muzyką moich starych, jakieś właśnie Czerwone Gitary czy Breakout, muza której nie czułem i nie kupowałem za nic w świecie (w sumie wiele starszej muzyki zagranicznej też z góry była skreślana jeśli tylko kojarzyłem że jest to coś czym byłem katowany za dzieciaka z kaseciaka). Będąc na studiach już i mając własnego peceta wreszcie (mega stary ale jary, grunt że muzykę szło odtwarzać kiedy wieża już padła) miałem na swoim dysku zewnętrznym sporawą kolekcję muzyki, ale że z komputera korzystała również moja mama to by umilić jej czas spędzany nad różnego rodzaju pasjansami ściągałem również nieco muzyki dla niej, do osobnego folderu. Wtedy już przy okazji będąc dorosłym zacząłem ponownie nieco chłonąć starszą muzykę, w tym również polską - Niemena czy np. Zauchę. Z folderu Niemenowego wówczas przypadł mi do gustu utwór "Sprzedaj mnie wiatrowi", podobał mi się tekst tego utworu i ekspresja wokalna Niemena czy aranżacja. To był po prostu kawałek świetnej PIOSENKI dla mnie. Poznałem wtedy też wersję tego utworu w wykonaniu grupy Bemibek (wówczas mi nie podchodziła). Do Zauchy też się nieco przekonałem i kilka jego przebojów polubiłem, i doceniłem jego wokal. To były dość ważne zalążki do dalszego zgłębiania polskiej muzyki.
Przenieśmy się w czasie do przodu o kilka dobrych lat, w roku 2019 kiedy już na dobre spędzałem godziny na YouTube w poszukiwaniu muzyki natrafiłem na cover "Sprzedaj mnie wiatrowi" w wykonaniu Zauchy i grupy Dżamble w roku 1981 (czyli dwa lata przed solowym debiutem Zauchy), cover wrzucony na jego kanał na YouTube (trudno stwierdzić czy można nazwać go oficjalnym tak naprawdę, wygląda jak fanowska robota ale to świetne źródło muzyki Zauchy i jego występów i wideoklipów). Cover ten odbiega jednak brzmieniem od oryginału a zamiast bardziej dramatycznego soulowego aranżu Niemena pojawia się tu fantastyczne funkowe brzmienie. Sam Zaucha również z dużo większym luzem śpiewa tę smutnawą pieśń o rozejściu się dróg z ukochaną kobietą. Koniec końców otrzymujemy odmienne wykonanie które jednak cudownie odświeża ten kawałek.
Co przykre z moich poszukiwań wynika że ten cover nie ukazał się nigdy na żadnym fizycznym nośniku i chyba jedynym śladem po nim jest ten telewizyjny występ... z playbacku, hy (zatem taśma jakaś musi tego istnieć!).
Tak naprawdę rozważałem tu nawet wrzucenie oryginału tego utworu ale byłaby to przegapiona okazja by jednak poczęstować Was naszym polskim funkiem (wygrzebanym/natrafionym bez udziału składanek typu Polish Funk), dla mnie ten cover to perła i kilka takich rarytasów mam dla Was uszykowane na dalsze bestki. A, no i jest to moje pierwsze bestkowe "oszustwo" że tak to ujmę bo wrzucając ten cover zostawiam zawsze sobie pole do wrzucenia innego numeru Niemena jeśli najdzie mnie ochota... i nie tylko. Są jeszcze inne utwory na tyle dobre że i w odmiennej aranżacji znakomicie się bronią
https://youtu.be/lyWoy0OhMRg
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Na mnie można liczyć, dajcie dzisiaj wszystko to jutro recki lecą. Dłuższe pobyty w Wałbrzychu sprzyjają poznawaniu muzyczki
Autechre - Piezo [1994]
Teraz już będzie grubo do samego końca, ale tak to sobie ułożyłem, że jak zaczynam od końca swojej rozpiski, to na końcu idą wykonawcy naprawdę ważni dla mnie. W przypadku Autechre doświadczyłem chyba najlepszej sytuacji związanej z poznawaniem jakiegoś twórcy od zera. Gdzie tam czternastolatek z dość prowincjonalnego środowiska mógłby trafić na przedstawiciela stajni Warp z lat 90.? Musiałem na początku gimnazjum bardzo dużo czytać, zapisywać i zapamiętywać, bo do dziś mam w głowie swój własny, bardzo ogólny podział elektroniki, w którym "nowa elektronika" i zjawiska z lat 90. stanowi osobną kategorię. W tym przypadku pieszczenie się z nazwami podgatunków to tylko szczegół, liczy się raczej ogólne wrażenie dekady i większości zjawisk muzycznych z danego okresu. Panowie z ae jawili się jako totalni kosmici, którzy w pewnym momencie totalnie odlecieli i zaczęli tworzyć rzeczy zupełnie nieprzyswajalne. Tak można się siłować z ich muzyką, kiedy nie ma się do niej odpowiedniego podejścia, a przede wszystkim czasu. Ten pierwszy raz wzięło mnie na sumienne poznawanie twórczości Autechre CHRONOLOGICZNIE. Darowałem sobie tylko pierwsze, trudniej dostępne EPki. Zacząłem od pierwszego długograja, Incunabula i byłem pozytywnie zaskoczony. Już tam jest dość surowo, ale jednocześnie bardzo melodyjnie, jeśli sobie myślę o takim modelowym IDM, to on tam znajduje się jego kanoniczny model. W trochę innych stylu niż u Aphexa, bo jednak u niego wyraźniej słychać techno ciągoty, u Bootha i Browa (bo Autechre to duet) jest bardziej funky, momentami słychać inspiracje hip-hopem. Od samego początku ich znakiem rozpoznawczym są gęste pętle perkusyjne, ta drobiazgowa robota z czasem będzie jeszcze bardziej skomplikowana, a po osiągnięciu pewnego ekstremum ulegnie pozornemu rozproszeniu i przeobrażeniu się w bardzo specyficzny minimal.
Incunabula była świetna, więc nie miałem oporów, żeby iść dalej. Potem była EPka Anti, która ma swoją drogą ciekawy okołopolityczny wątek wokół, ale tutaj szkoda miejsca na omawianie, zresztą to tylko kolejny przystanek przed właściwym celem. Na Anti słychać było już spore zmiany w brzmieniu, delikatnie zaczęło się wyostrzać. Potem jest Amber, z którego właśnie pochodzi moja wrzutka. Czasami zastanawiam się, co tak naprawdę kręci mnie w muzyce Brytyjczyków i na pewno jedną z takich cech jest ciągła ewolucja. Oni się nigdy nie zatrzymali w pewnym momencie, nie zaczęli tworzyć rzeczy rzeczywiście podobnych do tego, co wydali wcześniej. Tutaj i klimat robi się gęstszy, i brzmienie staje się bardziej mechaniczne, ale przez pierwsze lata szło u nich jakieś oznaki człowieczeństwa, ludzkich emocji. Są głosy, dość wyraźne melodie, "symfoniczne" fragmenty też wydają się dość oczywistym środkiem i skojarzeniem. Rytmicznie też nie jest jeszcze tak trudno do uporządkowania w głowie, to dalej bardzo ułożona muzyka. Dla mnie Amber była pierwszym sygnałem, że tutaj dzieją się rzeczy wybitne. Przed Piezo jest wiele przyjemnych utworów, ale to, co usłyszałem tutaj... po latach słuchania wiem, że struktura Piezo jest dla nich dość charakterystyczna. Spod rytmicznej figury wyłania się stopniowo dość rozbudowana i przejmująca melodia, która w finale ostatecznie przejmuje scenę w pełni i wygrywa już do końca. To, co jednak tam ostatecznie wychodzi na wierzch zrobiło na mnie tak ogromne wrażenie, że ja właściwie od tamtej pory uważam się za wielkiego fana tego projektu i jest tak do dzisiaj. Jest mrocznie i to w tamtym czasie było dla mnie idealnym odbiciem pewnych wewnętrznych przeżyć, ale dzisiaj symboliczny odsłuch i znowu ciary. Ciary tego typu, że rzadko ma się z nimi do czynienia, ale są absolutnie uzasadnione. Potem takich momentów było mnóstwo, ale Piezo było pierwsze i zawsze będzie przed wszystkimi, przynajmniej symbolicznie.
Wkręciłem się tak bardzo, że potrafiłem parę osób do Ae przekonać. Pod koniec gimnazjum zdecydowaną większość dyskografii miałem już mocno osłuchaną i robiłem koledze z klasy coś w rodzaju wprowadzenia do ich muzyki, proponując mu po prostu słuchanie ich w ten sam sposób co ja. Pierwsze, bardziej melodyjne płyty polubił. Nazywaliśmy to "lekcjami z Autechre" xD To było urocze
Idealnym zwieńczeniem byłoby zobaczyć ich na żywo, ale ich najnowsze oblicze to muzyka, którą traktuję już z pewnym dystansem. Tylko momentami potrafią jeszcze zachwycić. Bez wątpienia to i tak byłoby wielkie wydarzenie, jak w przypadku Depeche Mode byłoby podsumowaniem pewnego etapu. Żeby nie było, ich ostatnie produkcje są solidne, ale kiedy odbieram je po przesłuchaniu tysięcy godzin innej elektroniki... nie mają szans zrobić na mnie takiego wrażenia jak klasyki. Z drugiej strony wciąż potrafią miło zaskoczyć, jak w przypadku remiksu numeru SOPHIE.
https://www.youtube.com/watch?v=5Amux8FK-gs
Autechre - Piezo [1994]
Teraz już będzie grubo do samego końca, ale tak to sobie ułożyłem, że jak zaczynam od końca swojej rozpiski, to na końcu idą wykonawcy naprawdę ważni dla mnie. W przypadku Autechre doświadczyłem chyba najlepszej sytuacji związanej z poznawaniem jakiegoś twórcy od zera. Gdzie tam czternastolatek z dość prowincjonalnego środowiska mógłby trafić na przedstawiciela stajni Warp z lat 90.? Musiałem na początku gimnazjum bardzo dużo czytać, zapisywać i zapamiętywać, bo do dziś mam w głowie swój własny, bardzo ogólny podział elektroniki, w którym "nowa elektronika" i zjawiska z lat 90. stanowi osobną kategorię. W tym przypadku pieszczenie się z nazwami podgatunków to tylko szczegół, liczy się raczej ogólne wrażenie dekady i większości zjawisk muzycznych z danego okresu. Panowie z ae jawili się jako totalni kosmici, którzy w pewnym momencie totalnie odlecieli i zaczęli tworzyć rzeczy zupełnie nieprzyswajalne. Tak można się siłować z ich muzyką, kiedy nie ma się do niej odpowiedniego podejścia, a przede wszystkim czasu. Ten pierwszy raz wzięło mnie na sumienne poznawanie twórczości Autechre CHRONOLOGICZNIE. Darowałem sobie tylko pierwsze, trudniej dostępne EPki. Zacząłem od pierwszego długograja, Incunabula i byłem pozytywnie zaskoczony. Już tam jest dość surowo, ale jednocześnie bardzo melodyjnie, jeśli sobie myślę o takim modelowym IDM, to on tam znajduje się jego kanoniczny model. W trochę innych stylu niż u Aphexa, bo jednak u niego wyraźniej słychać techno ciągoty, u Bootha i Browa (bo Autechre to duet) jest bardziej funky, momentami słychać inspiracje hip-hopem. Od samego początku ich znakiem rozpoznawczym są gęste pętle perkusyjne, ta drobiazgowa robota z czasem będzie jeszcze bardziej skomplikowana, a po osiągnięciu pewnego ekstremum ulegnie pozornemu rozproszeniu i przeobrażeniu się w bardzo specyficzny minimal.
Incunabula była świetna, więc nie miałem oporów, żeby iść dalej. Potem była EPka Anti, która ma swoją drogą ciekawy okołopolityczny wątek wokół, ale tutaj szkoda miejsca na omawianie, zresztą to tylko kolejny przystanek przed właściwym celem. Na Anti słychać było już spore zmiany w brzmieniu, delikatnie zaczęło się wyostrzać. Potem jest Amber, z którego właśnie pochodzi moja wrzutka. Czasami zastanawiam się, co tak naprawdę kręci mnie w muzyce Brytyjczyków i na pewno jedną z takich cech jest ciągła ewolucja. Oni się nigdy nie zatrzymali w pewnym momencie, nie zaczęli tworzyć rzeczy rzeczywiście podobnych do tego, co wydali wcześniej. Tutaj i klimat robi się gęstszy, i brzmienie staje się bardziej mechaniczne, ale przez pierwsze lata szło u nich jakieś oznaki człowieczeństwa, ludzkich emocji. Są głosy, dość wyraźne melodie, "symfoniczne" fragmenty też wydają się dość oczywistym środkiem i skojarzeniem. Rytmicznie też nie jest jeszcze tak trudno do uporządkowania w głowie, to dalej bardzo ułożona muzyka. Dla mnie Amber była pierwszym sygnałem, że tutaj dzieją się rzeczy wybitne. Przed Piezo jest wiele przyjemnych utworów, ale to, co usłyszałem tutaj... po latach słuchania wiem, że struktura Piezo jest dla nich dość charakterystyczna. Spod rytmicznej figury wyłania się stopniowo dość rozbudowana i przejmująca melodia, która w finale ostatecznie przejmuje scenę w pełni i wygrywa już do końca. To, co jednak tam ostatecznie wychodzi na wierzch zrobiło na mnie tak ogromne wrażenie, że ja właściwie od tamtej pory uważam się za wielkiego fana tego projektu i jest tak do dzisiaj. Jest mrocznie i to w tamtym czasie było dla mnie idealnym odbiciem pewnych wewnętrznych przeżyć, ale dzisiaj symboliczny odsłuch i znowu ciary. Ciary tego typu, że rzadko ma się z nimi do czynienia, ale są absolutnie uzasadnione. Potem takich momentów było mnóstwo, ale Piezo było pierwsze i zawsze będzie przed wszystkimi, przynajmniej symbolicznie.
Wkręciłem się tak bardzo, że potrafiłem parę osób do Ae przekonać. Pod koniec gimnazjum zdecydowaną większość dyskografii miałem już mocno osłuchaną i robiłem koledze z klasy coś w rodzaju wprowadzenia do ich muzyki, proponując mu po prostu słuchanie ich w ten sam sposób co ja. Pierwsze, bardziej melodyjne płyty polubił. Nazywaliśmy to "lekcjami z Autechre" xD To było urocze
Idealnym zwieńczeniem byłoby zobaczyć ich na żywo, ale ich najnowsze oblicze to muzyka, którą traktuję już z pewnym dystansem. Tylko momentami potrafią jeszcze zachwycić. Bez wątpienia to i tak byłoby wielkie wydarzenie, jak w przypadku Depeche Mode byłoby podsumowaniem pewnego etapu. Żeby nie było, ich ostatnie produkcje są solidne, ale kiedy odbieram je po przesłuchaniu tysięcy godzin innej elektroniki... nie mają szans zrobić na mnie takiego wrażenia jak klasyki. Z drugiej strony wciąż potrafią miło zaskoczyć, jak w przypadku remiksu numeru SOPHIE.
https://www.youtube.com/watch?v=5Amux8FK-gs
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Sosnowski - Deszcz
Zastanawiałem się, czy nie wrzucić tu dynamicznego Dalej, ale uznałem, że to już było w innym temacie, więc trzeba dać coś innego, też ciekawego. Niemal równo rok temu przebywałem we wsi Krzywogoniec w Borach Tucholskich, w której jedną z atrakcji lokalnej imprezy był występ nieznanego mi zupełnie warszawskiego muzyka bluesowego. Jak zaczynał grać na gitarze (wystąpił jako jednoosobowy zespół, rytm sam sobie wybijał uderzeniami o gitarę lub o podłogę sceny), było jeszcze jasno. Na początku byłem przerażony: ten zachrypnięty głos, niemal dziki, przez chwilę nie wiedziałem, co myśleć. Ale potem, kiedy zachęcił do zabawy, wydał mi się bardzo sympatycznym człowiekiem i ostatecznie zdarłem sobie gardło tamtego wieczoru. Po koncercie porozmawiałem z nim i jego żoną-menedżerką, rozmowa toczyła się w przyjaznym, zachęcającym tonie. To był skromny człowiek, mniej więcej taki, jak jego piosenki. Takie wrażenie na mnie sprawił. Widziałem, że inni ludzie też się zachwycili. Po powrocie do domu zacząłem samodzielne odsłuchy i szybko wsiąkłem w ten klimat: zachrypnięty, potężny głos, proste zagrywki gitarowe, teksty, fantastyczny klimat. Myślałem wówczas, że to będzie przygoda na lata.
Życie, niestety, dopisało smutny epilog do tej historii. Pamiętam, jak pewnego wrześniowego popołudnia wsiadłem do autobusu powrotnego z Katowic i włączyłem interię, żeby zobaczyć, cóż tam się w świecie zdarzyło. I pierwsza właściwie wiadomość niemal zwaliła mnie z nóg: Bart Sosnowski nie żyje! Nie miał nawet 40 lat. A już myślałem o tym, że jak tylko gość zawita w moją okolicę (a on jeździł po całej Polsce), to chętnie pójdę posłuchać starych i nowych piosenek. Cóż, człowiek robi plany, Bóg się tylko z nich śmieje...
https://www.youtube.com/watch?v=wcKjP0L_B9k
To będzie chyba jedyna wrzutka czegoś tak bardzo osobistego z mojej strony, ale ten człowiek jest tego wart.
Zastanawiałem się, czy nie wrzucić tu dynamicznego Dalej, ale uznałem, że to już było w innym temacie, więc trzeba dać coś innego, też ciekawego. Niemal równo rok temu przebywałem we wsi Krzywogoniec w Borach Tucholskich, w której jedną z atrakcji lokalnej imprezy był występ nieznanego mi zupełnie warszawskiego muzyka bluesowego. Jak zaczynał grać na gitarze (wystąpił jako jednoosobowy zespół, rytm sam sobie wybijał uderzeniami o gitarę lub o podłogę sceny), było jeszcze jasno. Na początku byłem przerażony: ten zachrypnięty głos, niemal dziki, przez chwilę nie wiedziałem, co myśleć. Ale potem, kiedy zachęcił do zabawy, wydał mi się bardzo sympatycznym człowiekiem i ostatecznie zdarłem sobie gardło tamtego wieczoru. Po koncercie porozmawiałem z nim i jego żoną-menedżerką, rozmowa toczyła się w przyjaznym, zachęcającym tonie. To był skromny człowiek, mniej więcej taki, jak jego piosenki. Takie wrażenie na mnie sprawił. Widziałem, że inni ludzie też się zachwycili. Po powrocie do domu zacząłem samodzielne odsłuchy i szybko wsiąkłem w ten klimat: zachrypnięty, potężny głos, proste zagrywki gitarowe, teksty, fantastyczny klimat. Myślałem wówczas, że to będzie przygoda na lata.
Życie, niestety, dopisało smutny epilog do tej historii. Pamiętam, jak pewnego wrześniowego popołudnia wsiadłem do autobusu powrotnego z Katowic i włączyłem interię, żeby zobaczyć, cóż tam się w świecie zdarzyło. I pierwsza właściwie wiadomość niemal zwaliła mnie z nóg: Bart Sosnowski nie żyje! Nie miał nawet 40 lat. A już myślałem o tym, że jak tylko gość zawita w moją okolicę (a on jeździł po całej Polsce), to chętnie pójdę posłuchać starych i nowych piosenek. Cóż, człowiek robi plany, Bóg się tylko z nich śmieje...
https://www.youtube.com/watch?v=wcKjP0L_B9k
To będzie chyba jedyna wrzutka czegoś tak bardzo osobistego z mojej strony, ale ten człowiek jest tego wart.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Ale jaja, znowu mintaj w tyle xD
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Mentosowi wreszcie udało się konkretnie zaskoczyć
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
To łobuz jeden!
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Ten temat jest trollololo
White Town - Your Woman
I kontynuujemy moją niby opowieść. Lato 2014 minęło szybko i chujowo, zwieńczył je wyjazd w góry wraz z rodziną ze Śląska, który był też jednym z nielicznych jasnych punktów mojej wegetacji. We wrześniu podjąłem pozornie kretyńską decyzję o zmianie kierunku studiów z mało perspektywistycznego na równie mało perspektywiczny, tj. zapisałem się na to słynne kulturoznawstwo. xD I jak to często w życiu bywa, taka podjęta trochę spontanicznie, trochę z braku laku i innych perspektyw decyzja okazała się w skutkach całkiem słuszną decyzją. Zajęcia mnie w miarę interesowały, ludzie mniej, ale mimo to udało się poznać parę ciekawych osób i w ogóle tak jakoś szwędajac się po krakowskich fancy miejscach typu św. Music Corner czy kino ARS, jakoś tak wychodziłem z marazmu. Generalnie tak jakby trochę odżyłem i może nawet, jakoś i na swój sposób, odnalazłem
Piosenkę którą wrzucam poznałem gdzieś na początku 2015 roku, a może to nawet był jeszcze schyłek 2014, nie wiem, nie pamiętam, zimno było w każdym razie. Z bratem, matką i siostrą jechaliśmy wysłużonym Volskwagenem Golfem 2 do naszej rodziny. Jednym z kluczowych elementów wyposażenia tego samochodu był pendrive z empetrójkami podłączony do radia PIONIEER. Tutaj tylko nadmienię, że mój brat ma baardzo losowy gust muzyczno-filmowy i czasem sam się zastanawiam jak on niektóre rzeczy wynajdywał, bo rzadko mu cokolwiek podrzucałem. xd Tak się złożyło, że miał wówczas zajawkę na 90sy, tam chyba jakąś składankę sobie ściągnął czy coś, no i na tejże znalazł się - szok i niedowierzanie - utwór, który wrzucam. Chyba nawet w tej zabawie postowałem utwór, którego usłyszenie aktywowało jakieś zapomniane przez lata wspomnienia - tu było tak samo, ale za cholerę nie wiem, kiedy ja to wcześniej słyszałem; przypuszczam, że często to musiało lecieć w radio w okolicach 98 roku, ew. jestem podróżnikiem w czasie.
No i może słów parę o samej piosence: napisał ją Jyoti Mishra (byłem w niezłym szoku, gdy się dowiedziałem, że White Town to solowy projekt xd), kolo będący zadeklarowanym straight edge'owcem i marksistą (ja to umiem rekomendować ludzi hehe). Charakterystyczny hook pochodzi z utworu My Woman wydanego pierwotnie w 1932 roku. W jakiś sposób mogę zaryzykować stwierdzenie, że tekst tego utworu jakoś niby koresponduje z tekstem utworu wrzuconego przez Munlupa, bo tu mamy dośc intrygujący zabieg polegający na odwróceniu ról, tj. tekst pisany ewidentnie z perspektywy kobiety jest wyśpiewywany przez mężczyzne, ale tak naprawdę to wspominam o tym tylko dlatego, że przypałowo byloby tego nie robić. xD A i wersja duy lipy sux
https://www.youtube.com/watch?v=3NoIusrv9OA
White Town - Your Woman
I kontynuujemy moją niby opowieść. Lato 2014 minęło szybko i chujowo, zwieńczył je wyjazd w góry wraz z rodziną ze Śląska, który był też jednym z nielicznych jasnych punktów mojej wegetacji. We wrześniu podjąłem pozornie kretyńską decyzję o zmianie kierunku studiów z mało perspektywistycznego na równie mało perspektywiczny, tj. zapisałem się na to słynne kulturoznawstwo. xD I jak to często w życiu bywa, taka podjęta trochę spontanicznie, trochę z braku laku i innych perspektyw decyzja okazała się w skutkach całkiem słuszną decyzją. Zajęcia mnie w miarę interesowały, ludzie mniej, ale mimo to udało się poznać parę ciekawych osób i w ogóle tak jakoś szwędajac się po krakowskich fancy miejscach typu św. Music Corner czy kino ARS, jakoś tak wychodziłem z marazmu. Generalnie tak jakby trochę odżyłem i może nawet, jakoś i na swój sposób, odnalazłem
Piosenkę którą wrzucam poznałem gdzieś na początku 2015 roku, a może to nawet był jeszcze schyłek 2014, nie wiem, nie pamiętam, zimno było w każdym razie. Z bratem, matką i siostrą jechaliśmy wysłużonym Volskwagenem Golfem 2 do naszej rodziny. Jednym z kluczowych elementów wyposażenia tego samochodu był pendrive z empetrójkami podłączony do radia PIONIEER. Tutaj tylko nadmienię, że mój brat ma baardzo losowy gust muzyczno-filmowy i czasem sam się zastanawiam jak on niektóre rzeczy wynajdywał, bo rzadko mu cokolwiek podrzucałem. xd Tak się złożyło, że miał wówczas zajawkę na 90sy, tam chyba jakąś składankę sobie ściągnął czy coś, no i na tejże znalazł się - szok i niedowierzanie - utwór, który wrzucam. Chyba nawet w tej zabawie postowałem utwór, którego usłyszenie aktywowało jakieś zapomniane przez lata wspomnienia - tu było tak samo, ale za cholerę nie wiem, kiedy ja to wcześniej słyszałem; przypuszczam, że często to musiało lecieć w radio w okolicach 98 roku, ew. jestem podróżnikiem w czasie.
No i może słów parę o samej piosence: napisał ją Jyoti Mishra (byłem w niezłym szoku, gdy się dowiedziałem, że White Town to solowy projekt xd), kolo będący zadeklarowanym straight edge'owcem i marksistą (ja to umiem rekomendować ludzi hehe). Charakterystyczny hook pochodzi z utworu My Woman wydanego pierwotnie w 1932 roku. W jakiś sposób mogę zaryzykować stwierdzenie, że tekst tego utworu jakoś niby koresponduje z tekstem utworu wrzuconego przez Munlupa, bo tu mamy dośc intrygujący zabieg polegający na odwróceniu ról, tj. tekst pisany ewidentnie z perspektywy kobiety jest wyśpiewywany przez mężczyzne, ale tak naprawdę to wspominam o tym tylko dlatego, że przypałowo byloby tego nie robić. xD A i wersja duy lipy sux
https://www.youtube.com/watch?v=3NoIusrv9OA
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
NIE MOŻNA BYŁO TAK OD RAZU?!1!!1
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Kulturoznawstwo jest super, w Warszawie dobry zestaw prowadzących
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Kolejka 22:
https://youtube.com/playlist?list=PL9wm ... TowX0m1hWY
Total:
https://youtube.com/playlist?list=PL9wm ... DSpe0mCviP
https://youtube.com/playlist?list=PL9wm ... TowX0m1hWY
Total:
https://youtube.com/playlist?list=PL9wm ... DSpe0mCviP
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Ale numer, Miętus nie tylko już wygrał tę kolejkę ale jeszcze podpieprzył mi numer z kolejnej bestki xD
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl