Best of Forum (Albumy - WRZUTKI)
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Pavement - Brighten the Corners
Zastanawiałem się, czy czasem nie wrzucić „Terror Twilight”, bo to album, który mógłby tutaj zostać lepiej przyjęty, ale sram to, wrzucam album, który subiektywnie uważam za najlepszy, mój ulubiony i generalnie taki, który trzymał mnie w pionie, kiedy o pion nie było łatwo. Bo to już chyba tak zawsze będzie z Pavement, że to zespół który mnie ratuje w trudnych chwilach. Tak było dwa lata temu, tak było rok temu, mam nadzieję, że w tym roku nie będzie mnie musiał od niczego ratować, ale gdyby jakieś gówno wyskoczyło, to wiem, że mogę na tych pięciu chłopa liczyć, jak na nikogo innego. Inna sprawa to to, że „TT” jest chyba zbyt przesiąknięty Nigelem G., co odznacza się graniem pod linijkę, wielokrotnymi tejkami, jakimś dopracowaniem-sraniem, itd., czyli rzeczami, którymi rasowy zespół indie się brzydzi.
Z indie rockiem w Polsce jest tak, że kojarzy się z jakimiś porcysami i innym Off Festiwalem, a dla polaków z internetem międzynarodowym, istnieje jeszcze Pitchfork i obraz niedomytych traperów, albo dzieciaków chlejących w lasach chłodniejszych rejonów Stanów Zjednoczonych, czasami wysrywających jakąś piosenkę na akustyku. To ostatnie tyczy się jednak raczej takich zespołów jak Grizzly Bear, czy Modest Mouse, zaś Pavement byli wcześniej i de facto zdefiniowali pewien subgenre indie rocka, czyli slacker rocka. Zwrotu tego nie da się sensownie przetłumaczyć na nasze, ale gdybym miał wybrać jedno słowo, które by jakoś określało mindset przedstawicieli tego nurtu, to było by to ‘wyiebane’. Slackerzy mieli wyrąbane, czy mają nastrojone gitary, czy perfekcyjnie odegrali swoje, czy fałszują, itd. Wszystko to miało uwypuklić ich nieskazitelną szczerość. Od punków na przykład, różnili się tym, że punk, poza wyjebaniem na to, czy muzycy potrafią grać, zawierał też wiele rzeczy, na które punki wyiebane nie mieli, choćby angst i światopogląd, którym ozdabiali swoje piosenki. Slackerzy mieli wyiebane na wszystko. Ich piosenki były o wszystkim i o niczym, najczęściej pozbawione osobistego pierwiastka lub tak go maskujące pełnymi dwuznaczności, metafor i innych rzeczy tekstami, że nikt nie wiedział o co chodzi.
Za co zawsze ceniłem te slackerowe zespoły, to właśnie, jak to zresztą sam Nigel ujął, „piękna niechlujność”. Pavement grają jakby dopiero wstali z łóżka. Akord źle zabrzmi? Nie szkodzi. Ręka się ześliznęła, wkradł się fałsz? Nie szkodzi. Perkusista upuścił pałeczkę w trakcie numeru? Nie szkodzi, nawet lepiej. Wokalista zafałszował? Kogo to obchodzi, jesteśmy indie. O ile takie podejście wydaje się być wyjątkowo aroganckie, za tym wszystkim stoją niesamowicie utalentowani ludzie, zwłaszcza lider, autor piosenek, wokalista i gitarzysta – Stephen Malkmus. Facet umiał więcej niż chciał, był bardzo dobry, ale się wstydził. W wielu kawałkach, intencjonalnie śpiewał jakby dla beki, bo wstydził się swojego głosu (który jest bardzo dobry), np. w „Type Slowly”. O reszcie Pavement, można powiedzieć to samo. Jaki zespół pisze dla swojego, bardzo dobrego, perkusisty, numer pod tytułem „Westie Can’t Drum”, w którym on sam gra.
Żeby nie było nieporozumień, niechlujność to vibe, ale nikt tu nie gra jakby był pijany i nie wiedział, co ma robić z instrumentem, zresztą nie ma sensu tego wyjaśniać, będziecie słuchać płyty.
Są na tym albumie rzeczy genialne, pomysły nietuzinkowe i wykonania powodujące opad szczęki, a do tego naprawdę dobra produkcja (autorstwa samego zespołu) i przede wszystkim doskonałe piosenki Malkmusa. „Brighten the Corners” jest takie jakby, zgodnie z duchem indie, geniusz jego zawartości wychodził zespołowi przez przypadek, ale przypadków tutaj nie ma. Jest genialny zespół, ze swoją flagową płytą.
Wrzucam „Brighten the Corners„ nie dlatego, że Munlup dla funu znowu wrzuca płytę, za którą ciągnie się jakaś śmierdząca opinia, ale po prostu zabrakłoby wabika, ponieważ z zamiaru wrzucenia „Blue Hawaiian” do utworowej zrezygnowałem, gdy podjąłem decyzję o wrzuceniu całego albumu. Generalnie, Pavement nie mają takiej płyty w dyskografii, która stanowiła by jakąś plamę, a nawet pół-plamę według fanów, jak i krytyków. Można ich łykać w całości, ale na razie pierwsza dawka, która, mam nadzieję, zaowocuję chęcią poznania reszty.
https://www.youtube.com/watch?v=d1WGMY5 ... YzkV-DvqVk
Zastanawiałem się, czy czasem nie wrzucić „Terror Twilight”, bo to album, który mógłby tutaj zostać lepiej przyjęty, ale sram to, wrzucam album, który subiektywnie uważam za najlepszy, mój ulubiony i generalnie taki, który trzymał mnie w pionie, kiedy o pion nie było łatwo. Bo to już chyba tak zawsze będzie z Pavement, że to zespół który mnie ratuje w trudnych chwilach. Tak było dwa lata temu, tak było rok temu, mam nadzieję, że w tym roku nie będzie mnie musiał od niczego ratować, ale gdyby jakieś gówno wyskoczyło, to wiem, że mogę na tych pięciu chłopa liczyć, jak na nikogo innego. Inna sprawa to to, że „TT” jest chyba zbyt przesiąknięty Nigelem G., co odznacza się graniem pod linijkę, wielokrotnymi tejkami, jakimś dopracowaniem-sraniem, itd., czyli rzeczami, którymi rasowy zespół indie się brzydzi.
Z indie rockiem w Polsce jest tak, że kojarzy się z jakimiś porcysami i innym Off Festiwalem, a dla polaków z internetem międzynarodowym, istnieje jeszcze Pitchfork i obraz niedomytych traperów, albo dzieciaków chlejących w lasach chłodniejszych rejonów Stanów Zjednoczonych, czasami wysrywających jakąś piosenkę na akustyku. To ostatnie tyczy się jednak raczej takich zespołów jak Grizzly Bear, czy Modest Mouse, zaś Pavement byli wcześniej i de facto zdefiniowali pewien subgenre indie rocka, czyli slacker rocka. Zwrotu tego nie da się sensownie przetłumaczyć na nasze, ale gdybym miał wybrać jedno słowo, które by jakoś określało mindset przedstawicieli tego nurtu, to było by to ‘wyiebane’. Slackerzy mieli wyrąbane, czy mają nastrojone gitary, czy perfekcyjnie odegrali swoje, czy fałszują, itd. Wszystko to miało uwypuklić ich nieskazitelną szczerość. Od punków na przykład, różnili się tym, że punk, poza wyjebaniem na to, czy muzycy potrafią grać, zawierał też wiele rzeczy, na które punki wyiebane nie mieli, choćby angst i światopogląd, którym ozdabiali swoje piosenki. Slackerzy mieli wyiebane na wszystko. Ich piosenki były o wszystkim i o niczym, najczęściej pozbawione osobistego pierwiastka lub tak go maskujące pełnymi dwuznaczności, metafor i innych rzeczy tekstami, że nikt nie wiedział o co chodzi.
Za co zawsze ceniłem te slackerowe zespoły, to właśnie, jak to zresztą sam Nigel ujął, „piękna niechlujność”. Pavement grają jakby dopiero wstali z łóżka. Akord źle zabrzmi? Nie szkodzi. Ręka się ześliznęła, wkradł się fałsz? Nie szkodzi. Perkusista upuścił pałeczkę w trakcie numeru? Nie szkodzi, nawet lepiej. Wokalista zafałszował? Kogo to obchodzi, jesteśmy indie. O ile takie podejście wydaje się być wyjątkowo aroganckie, za tym wszystkim stoją niesamowicie utalentowani ludzie, zwłaszcza lider, autor piosenek, wokalista i gitarzysta – Stephen Malkmus. Facet umiał więcej niż chciał, był bardzo dobry, ale się wstydził. W wielu kawałkach, intencjonalnie śpiewał jakby dla beki, bo wstydził się swojego głosu (który jest bardzo dobry), np. w „Type Slowly”. O reszcie Pavement, można powiedzieć to samo. Jaki zespół pisze dla swojego, bardzo dobrego, perkusisty, numer pod tytułem „Westie Can’t Drum”, w którym on sam gra.
Żeby nie było nieporozumień, niechlujność to vibe, ale nikt tu nie gra jakby był pijany i nie wiedział, co ma robić z instrumentem, zresztą nie ma sensu tego wyjaśniać, będziecie słuchać płyty.
Są na tym albumie rzeczy genialne, pomysły nietuzinkowe i wykonania powodujące opad szczęki, a do tego naprawdę dobra produkcja (autorstwa samego zespołu) i przede wszystkim doskonałe piosenki Malkmusa. „Brighten the Corners” jest takie jakby, zgodnie z duchem indie, geniusz jego zawartości wychodził zespołowi przez przypadek, ale przypadków tutaj nie ma. Jest genialny zespół, ze swoją flagową płytą.
Wrzucam „Brighten the Corners„ nie dlatego, że Munlup dla funu znowu wrzuca płytę, za którą ciągnie się jakaś śmierdząca opinia, ale po prostu zabrakłoby wabika, ponieważ z zamiaru wrzucenia „Blue Hawaiian” do utworowej zrezygnowałem, gdy podjąłem decyzję o wrzuceniu całego albumu. Generalnie, Pavement nie mają takiej płyty w dyskografii, która stanowiła by jakąś plamę, a nawet pół-plamę według fanów, jak i krytyków. Można ich łykać w całości, ale na razie pierwsza dawka, która, mam nadzieję, zaowocuję chęcią poznania reszty.
https://www.youtube.com/watch?v=d1WGMY5 ... YzkV-DvqVk
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Mentos i Wujek proszeni o dostarczenie płyt do następnej kolejeczki ;-)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Steven Wilson – The Harmony Codex (2023)
Czas na album naszego forumowego ulubieńca. Wszak Stevena Wilsona nikomu przedstawiać nie trzeba. Pierwotnie miał tu wlecieć album Grace for Drowning, no ale od kiedy usłyszałem The Harmony Codex to wiedziałem, że tamto jest już nieaktualne.
The Harmony Codex ukazał się w 2023r. A Steven Wilson ukazał się w nim z zupełnie innej strony niż dotychczas. THC to album intrygujący i wielowarstwowy. Ciężko podciągnąć go pod jakiś konkretny gatunek muzyczny. Wilson prezentuje w nim zarówno swoje stare oblicze muzyczne jak i zupełnie nowe elementy. Wilson dużo eksperymentuje z elektroniką i mnie to zdecydowanie odpowiada. Znacznie mniej tu typowych dla Wilsona gitar, a w to miejsce więcej klawiszy i elektroniki właśnie. Brzmienie albumu jest bogate i potężne. Steven na potrzeby nagrania albumu zaangażował podobno ok. 20 muzyków, którzy z niejednego pieca chleb jedli.
Dwa utwory (What Life Brings oraz Time is Running Out) to taki typowy Wilson core. Wilson jakiego doskonale znamy choćby z Porcupine Tree. Impossible Tightrope to z kolei jedyny właściwie progowy ukłon w stronę starych ortodoksyjnych fanów artysty. Mamy jeszcze ładną balladę zaśpiewaną w duecie z izraelską wokalistką Ninet Tayeb. Reszta utworów to już mniej lub bardziej eksperymentalne rzeczy. Wilson bawi się elektroniką, maluje piękne soundscape’y. Jak choćby w tytułowym The Harmony Codex. Z technicznego punktu widzenia może niewiele się w min dzieje, ot klawiszowe arpy wzbogacone wyrazistym basem i momentami recytującym tekst głosem żony Wilsona. Ale jaki to ma ładny klimat! W Actual Brutal Facts Wilson z kolei wręcz rapuje. W ogóle ciekawa rzecz – na początku mojej przygody z twórczością Wilsona uważałem go za dosyć przeciętnego wokalistę. Teraz jestem wielkim fanem jego głosu.
Album kończy genialny Staircase, który pozwolił mi wygrać jedną z edycji Depeszwizji. W ogóle druga część albumu to już dla mnie maksymalna podjarka – począwszy od Beautiful Scarecrow, utworu, którym nie wiem jakim cudem z kolei Hien nie wygrał.
Oddaję Wam do dyspozycji znakomicie wyprodukowany album, w którym każdy powinien coś znaleźć dla siebie. No chyba, że znowu ktoś zdecyduje się wydawać osądy po jednym odsłuchu. A to zdecydowanie nie jest album na jeden odsłuch.
https://www.youtube.com/watch?v=O-XR-C_ ... e9gJIMOYqE
Czas na album naszego forumowego ulubieńca. Wszak Stevena Wilsona nikomu przedstawiać nie trzeba. Pierwotnie miał tu wlecieć album Grace for Drowning, no ale od kiedy usłyszałem The Harmony Codex to wiedziałem, że tamto jest już nieaktualne.
The Harmony Codex ukazał się w 2023r. A Steven Wilson ukazał się w nim z zupełnie innej strony niż dotychczas. THC to album intrygujący i wielowarstwowy. Ciężko podciągnąć go pod jakiś konkretny gatunek muzyczny. Wilson prezentuje w nim zarówno swoje stare oblicze muzyczne jak i zupełnie nowe elementy. Wilson dużo eksperymentuje z elektroniką i mnie to zdecydowanie odpowiada. Znacznie mniej tu typowych dla Wilsona gitar, a w to miejsce więcej klawiszy i elektroniki właśnie. Brzmienie albumu jest bogate i potężne. Steven na potrzeby nagrania albumu zaangażował podobno ok. 20 muzyków, którzy z niejednego pieca chleb jedli.
Dwa utwory (What Life Brings oraz Time is Running Out) to taki typowy Wilson core. Wilson jakiego doskonale znamy choćby z Porcupine Tree. Impossible Tightrope to z kolei jedyny właściwie progowy ukłon w stronę starych ortodoksyjnych fanów artysty. Mamy jeszcze ładną balladę zaśpiewaną w duecie z izraelską wokalistką Ninet Tayeb. Reszta utworów to już mniej lub bardziej eksperymentalne rzeczy. Wilson bawi się elektroniką, maluje piękne soundscape’y. Jak choćby w tytułowym The Harmony Codex. Z technicznego punktu widzenia może niewiele się w min dzieje, ot klawiszowe arpy wzbogacone wyrazistym basem i momentami recytującym tekst głosem żony Wilsona. Ale jaki to ma ładny klimat! W Actual Brutal Facts Wilson z kolei wręcz rapuje. W ogóle ciekawa rzecz – na początku mojej przygody z twórczością Wilsona uważałem go za dosyć przeciętnego wokalistę. Teraz jestem wielkim fanem jego głosu.
Album kończy genialny Staircase, który pozwolił mi wygrać jedną z edycji Depeszwizji. W ogóle druga część albumu to już dla mnie maksymalna podjarka – począwszy od Beautiful Scarecrow, utworu, którym nie wiem jakim cudem z kolei Hien nie wygrał.
Oddaję Wam do dyspozycji znakomicie wyprodukowany album, w którym każdy powinien coś znaleźć dla siebie. No chyba, że znowu ktoś zdecyduje się wydawać osądy po jednym odsłuchu. A to zdecydowanie nie jest album na jeden odsłuch.
https://www.youtube.com/watch?v=O-XR-C_ ... e9gJIMOYqE
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Z ciekawości Wujas zapytam, ile Ty w końcu solowych płyt Wilsona słuchałeś?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Właściwie wszystkie słyszałem, choć nie powiem, żebym wszystkie doskonale znał. A co?
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
A tak pytam.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Charles Mingus – The Black Saint And The Sinner Lady
Jakiś czas temu rozmawiałem z niejakim Hienem na temat mojej klątwy Depeszwizyjnej - jak pewnie pamiętacie, przez długi czas nie byłem w stanie tej zabawy wygrać, choćbym nie wiadomo jak się starał i co wrzucał (raz to nawet sam sobie kij w szprychy włożyłem). Wpadłem wtedy na szatański pomysł wyciągniecia swojego wora z post-punkami, których to w swoim czasie często słuchałem.
PT nieliczni czytający me słowa mogą się spytać pewnie co, do cięzkiej cholery, post-punk ma wspólnego z tą propozycją? Ano, muzycznie nic a nic. Powiedzmy za to, że post-punkowa jest idea stojąca za tą propozycją.
Bowiem tak, jestem już trochę zmęczony popowymi albumami, których w tej zabawie było od groma i jeszcze parę i o których nawet nie mogę napisać, że są złe, bo są właśnie tak do bólu poprawne, że nawet nie mogę się ich czepić. No i ile razy można pisać praktycznie to samo, podmieniając głównie tytuły?
Dlatego uznajcie tę wrzutę jako specyficzny wyraz buntu. Specyficzny, bo też nie chodzi mi o to, by katować was dla zasady jakimś free jazzowym jazgotem, tylko sprzedając ARCYDZIEŁO.
Ja nie będę ukrywać, że mimo tego, że miałem okres, w którym słuchałem często i gęsto czarnuchów na trąbkach, nie znam się na tej muzyce prawie wcale, ale nawet taki ktoś jak ja jest w stanie docenić rzecz wybitną. A z taką mamy do czynienia w tym wypadku. Rzadko stwierdzam po pierwszym odsłuchu, że mam do czynienia z czymś wielkim, ale tutaj właśnie tak było.
Rzecz jasna, zdania nie zmieniłem. Piękno, dobro, ład i harmonia skondensowane w 40 minutach. To nie jest muzyka, której geniusz można łatwo opisać, może nawet i się nie da (ja na pewno nie umiem), ale można łatwo go poczuć.
Zobaczymy czy uda się to wam. W końcu ta zabawa miała służyć poszerzaniu muzycznych horyzontów, a z tego co pamiętam jazzu w takiej dawce tu jeszcze nie było. No, bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/playlist?list=O ... SJUDtSAoAQ
Jakiś czas temu rozmawiałem z niejakim Hienem na temat mojej klątwy Depeszwizyjnej - jak pewnie pamiętacie, przez długi czas nie byłem w stanie tej zabawy wygrać, choćbym nie wiadomo jak się starał i co wrzucał (raz to nawet sam sobie kij w szprychy włożyłem). Wpadłem wtedy na szatański pomysł wyciągniecia swojego wora z post-punkami, których to w swoim czasie często słuchałem.
PT nieliczni czytający me słowa mogą się spytać pewnie co, do cięzkiej cholery, post-punk ma wspólnego z tą propozycją? Ano, muzycznie nic a nic. Powiedzmy za to, że post-punkowa jest idea stojąca za tą propozycją.
Bowiem tak, jestem już trochę zmęczony popowymi albumami, których w tej zabawie było od groma i jeszcze parę i o których nawet nie mogę napisać, że są złe, bo są właśnie tak do bólu poprawne, że nawet nie mogę się ich czepić. No i ile razy można pisać praktycznie to samo, podmieniając głównie tytuły?
Dlatego uznajcie tę wrzutę jako specyficzny wyraz buntu. Specyficzny, bo też nie chodzi mi o to, by katować was dla zasady jakimś free jazzowym jazgotem, tylko sprzedając ARCYDZIEŁO.
Ja nie będę ukrywać, że mimo tego, że miałem okres, w którym słuchałem często i gęsto czarnuchów na trąbkach, nie znam się na tej muzyce prawie wcale, ale nawet taki ktoś jak ja jest w stanie docenić rzecz wybitną. A z taką mamy do czynienia w tym wypadku. Rzadko stwierdzam po pierwszym odsłuchu, że mam do czynienia z czymś wielkim, ale tutaj właśnie tak było.
Rzecz jasna, zdania nie zmieniłem. Piękno, dobro, ład i harmonia skondensowane w 40 minutach. To nie jest muzyka, której geniusz można łatwo opisać, może nawet i się nie da (ja na pewno nie umiem), ale można łatwo go poczuć.
Zobaczymy czy uda się to wam. W końcu ta zabawa miała służyć poszerzaniu muzycznych horyzontów, a z tego co pamiętam jazzu w takiej dawce tu jeszcze nie było. No, bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/playlist?list=O ... SJUDtSAoAQ
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Kurcze, nie chce mi się sprawdzać, ale tych popowych albumów serio było tak dużo w tej bestce?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Nie wiem czy statystyki to tak ładnie oddadzą w liczbach, ale wrażenie mam podobne do Seby - szczególnie dodając bestkę i depeszwizję
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
No tam to chociaż tyle, że mam pojedyncze utwory. Nie wiem, może statystycznie to nie wygląda jakoś źle, ale jak mam przed sobą perspektywę przesłuchania całej płyty, gdzie na godzinę muzyki mam jakieś 2-3 spoko kawałki i jakieś zapychacze, to mi się po prostu odechciewa, bo ani mi to jakoś gustu nie rozwija, ani nie stymuluje intelektualnie, bo mam wrazenie, że kolejny raz piszę to samo
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Git majonez.
To skoro mamy już komplet to pozwolę sobie dorzucić tu jedną moją propozycję z racji tego że wrzutę tę napisałem już yyy dobre 2,5 roku temu i miała wjechać w 3. kolejce tej zabawy a potem jak rzuciłem Kjurami to już wyszło tak że nie wyszło.
To co, umówmy się tak że jak uda mi się wytrwać w tej następnej kolejce do końca to ją omówimy, a jak nie to trudno, zostanie Wam bonus ode mnie najwyżej któremu nie będziemy poświęcać czasu na recki.
To jak coś to napisałem przed laty tak oto:
To skoro mamy już komplet to pozwolę sobie dorzucić tu jedną moją propozycję z racji tego że wrzutę tę napisałem już yyy dobre 2,5 roku temu i miała wjechać w 3. kolejce tej zabawy a potem jak rzuciłem Kjurami to już wyszło tak że nie wyszło.
To co, umówmy się tak że jak uda mi się wytrwać w tej następnej kolejce do końca to ją omówimy, a jak nie to trudno, zostanie Wam bonus ode mnie najwyżej któremu nie będziemy poświęcać czasu na recki.
To jak coś to napisałem przed laty tak oto:
"Never stop the action, keep it up..."
Grace Jones - Slave To The Rhythm (1985)
Moja przygoda z Grace Jones zaczęła się jakoś w 2005 roku chyba od jednego z jej najbardziej znanych przebojów a mianowicie paranoicznego "I've Seen That Face Before" opartego o melodię utworu "Libertango" Astora Piazzolli z charakterystyczną melodią akordeonu (niektórzy może kojarzą ale wykonaniem tego utworu akordeonista Marcin Wyrostek wygrał w naszym kraju drugą edycję telewizyjnego show Mam Talent! w 2009 roku). Numer ten leżał sobie na dysku na kompie mojego brata w folderze o nazwie "soul disco funk" z różnymi starymi kawałkami których używał do samplowania. Spodobał mi się wtedy ale co było dalej, trudno powiedzieć, nie mam już tak fotograficznej pamięci jak nasz kolega dev i trudno mi składać różne fakty do kupy po takim czasie. Później możliwe że wyczaiłem coś jej na VH1 czyli oprócz klipu do I've Seen That Face Before zapewne następny był Pull Up To The Bumper a potem to ściągnąłem chyba w pierwszej kolejności sobie album Nightclubbing z którego pochodziły oba single. Ten album też byłby równie dobrą wrzutką do tej bestki ale z drugiej strony wcale nie gorszą od pozostałych dwóch jej reggae/new wave albumów nagranych z duetem Sly & Robbie czyli Warm Leatherette i Living My Life. Ogólnie można powiedzieć że do 1982 roku jej dyskografia w dużej mierze opierała się na coverach utworów różnych wykonawców (m. in. Roxy Music, Iggy Pop, Joy Division czy The Normal, pseudonim Daniela Millera) i do tego coverach znakomitych muszę powiedzieć bo Jones czyniła te numery jej własnymi w różnych przypadkach, nadając im poprzez swój taki bezosobowy, robotyczny śpiew wyjątkowy sznyt. Na pewno z biegiem czasu jakiś jej cover się pewnie pojawi w utworach jak już uda mi się zdecydować na jeden z nich.
W każdym razie prawdopodobnie w którymś momencie w tv chyba natrafiłem na teledysk do Slave To The Rhythm i ten numer też mi się spodobał a gdy obadałem album przeżyłem niemałe zaskoczenie. Album ten wyprodukowany był przez Trevora Horna znanego z takich projektów jak The Buggles czy Art of Noise czy ze współpracy z grupami Yes czy Frankie Goes To Hollywood. Dość powiedzieć że w latach 80. był to jeden z czołowych producentów w muzyce pop i rock. Album Slave To The Rhythm (który co ciekawe w pierwszej kolejności miał być projektem dla Frankie Goes To Hollywood) jest zaś concept albumem bo w warstwie lirycznej właściwie składa się tylko z jednego tytułowego utworu na bazie którego stworzono inne kompozycje na albumie. Całość uzupełniają fragmenty wywiadów z Grace Jones oraz cytaty z biografii jej partnera, fotografa i projektanta grafiki Jean-Paula Goude czytane przez aktora Iana McShane'a. Jean-Paul Goude zaprojektował m.in. okładkę tego albumu i reżyserował też klip do tytułowego utworu, poza tym przez lata czuwał nad jej wizerunkiem i jest autorem jej kilku najsłynniejszych zdjęć. W sumie to zapomniałem też dodać - jeśli ktoś nie wie - że Grace zaczynała karierę jako modelka w Paryżu, pozowała m. in. dla Elle czy Vogue'a, później grała też w różnych filmach jak "Conan Barbarzyńca" czy "Zabójczy widok" z cyklu filmów o Jamesie Bondzie, przez swój androgeniczny wygląd jest też jedną z ikon kultury LGBT (pamiętacie jak wrzucałem klip kawałka Kiddy Smile? Na jednym z plakatów wiszących na ścianie jego pokoju jest jedna ze znanych fotografii Grace Jones). Ale przejdźmy do serwowanego przeze mnie albumu.
Tekst przewodniego utworu Slave To The Rhythm na albumie pojawia się zasadniczo w 3 utworach, otwierającym żwawym Jones The Rhythm (dęciaki na wstępie nadają tu mocny filmowy vibe, mi się jakoś właśnie bondowsko kojarzy, a może po prostu ze starym filmem sensacyjnym, a może jednak z takim kostiumowym jak Conan?), Slave To The Rhythm oraz ostatnim Ladies and Gentlemen: Miss Grace Jones, który to był wydany jako singiel Slave To The Rhythm (później często mylony z albumowym utworem o tym tytule). Poza tym mamy na płycie eksperymentalne wokalne Operattack (brzmiące jakby ktoś bawił się samplerem), ambientowe The Crossing i parę downbeatowych numerów, w tym Don't Cry - It's Only The Rhythm będące fantastycznym wstępem do finałowego utworu z płyty. Płyta ma fajne spójne brzmienie, to taki gładki, wypolerowany, może koktajlowy pop, ja określam to mianem art-popu, swoją drogą są jeszcze dwa inne albumy z połowy lat 80. którym przyklejam tę łatkę i może z czasem któryś pojawi się w bestce, kto wie? Album w oryginalnym wydaniu trwa raptem 43 minuty, ja podsyłam Wam posiadane przeze mnie wydanie CD skrócone o te fragmenty różnych wywiadów które doklejone były we wstępach utworów, to skrócone wydanie trwa niecałe 38 minut a moim zdaniem te przerywniki są zbędne.
Jeszcze parę słów o tym jak wszedłem w posiadanie tego albumu bo to fajna historia. Płytę zawdzięczam pewnemu nieistniejącemu już portalowi o nazwie CDRoller który służyć miał nie tylko sprzedaży ale też wymianie płyt kompaktowych. W serwisie (istniejącym jakoś 2010-2011/12 może) można było wymieniać się płytami za płyty lub za kredyty ktore można było nabyć. Kredyt (dający możliwość nabycia jednej płyty jeśli wystawiający daną płytę udostępnił tą opcję) był też przyznawany w przypadku gdybyśmy zostali oszukani przez wysyłającego i płyta nie dotarła a sprawa została rozwiązana na naszą korzyść. Więcej info nt. serwisu tutaj jak coś:
https://e-biznes.pl/cdroller
Wracając do Grace to płytę wygrałem niejako w konkursie bo z biegiem czasu pojawiła się w serwisie opcja by za poszerzanie kolekcji, dużą liczbę wymian i pisanie recenzji zdobywać tytuł Rollera tygodnia lub miesiąca co wiązało się z wygraną płyt CD. Moja kolekcja była dość skromna ale pomogła mi ją powiększyć znajomą której płyty wystawiłem na swoim koncie i wymieniłem jej na coś innego, skrobnąłem wtedy ze 2-3 recenzje płyt (w tym SOFADa) i wygrałem. W nagrodę mogłem wybrać sobie 3 płyty CD z mojej listy życzeń na tym portalu. Wówczas w podzięce za jej wkład wziąłem mojej znajomej album "Loud" Rihanny, a dla siebie poprosiłem o jeden dowolny polski rap z mojej listy i jeszcze jeden zupełnie losowy album z niej - otrzymałem wówczas Muzykę Poważną duetu Pezet Noon i właśnie Slave To The Rhythm. Pezeta w pewnym momencie opchnąłem z braku hajsu co nadrobiłem niedawno po latach a tamten kompakt Grace Jones jest ze mną do dzisiaj. Niemniej bardzo żałuję że portal CDRoller już nie istnieje, projekt padł jakoś niedługo po tym jak wygrałem te płyty
Na koniec drobna uwaga do tracklisty bo jest nieco błędnie opisana w podanym linku - płyta nie posiada tak naprawdę wydzielonego intro, ten wstęp jest częścią pierwszego utworu Jones The Rhythm a drugi nazywa się The Fashion Show a nie The Fashion.
https://youtu.be/KY8-oTpGiJ8?t=0
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Trochę beka, i może źle pamiętam, ale ostatni popowy album jaki pamiętam przed Robbiem, to była Twoja Ela Ela.mintaj pisze:04 wrz 2024 21:57No tam to chociaż tyle, że mam pojedyncze utwory. Nie wiem, może statystycznie to nie wygląda jakoś źle, ale jak mam przed sobą perspektywę przesłuchania całej płyty, gdzie na godzinę muzyki mam jakieś 2-3 spoko kawałki i jakieś zapychacze, to mi się po prostu odechciewa, bo ani mi to jakoś gustu nie rozwija, ani nie stymuluje intelektualnie, bo mam wrazenie, że kolejny raz piszę to samo
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Raczej Suzanne Vega xD
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Vega nie była popowa, tylko nudna.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Nie tak jak Nine Horses.
No przecie w tej edycji była choćby Cher, wcześniej była Ariana Grande... Ass I Said, statystycznie może i nie jakoś dużo, ale mam wrażenie, że usłyszałem te płyty jakieś pierdzielnaście razy za dużo
No przecie w tej edycji była choćby Cher, wcześniej była Ariana Grande... Ass I Said, statystycznie może i nie jakoś dużo, ale mam wrażenie, że usłyszałem te płyty jakieś pierdzielnaście razy za dużo
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No spoko, nie wiem, czy te ilości są faktycznie tak mordercze, żeby nad tym stękać, ale to nie ja czuję się intelektualnie skrzywdzony xD
Śmiesznie w sumie, że póki co prawdziwe ofiary w tej zabawie nie zebrał bezpieczny pop, tylko chyjowy prog. Ciekawy co będzie w przyszłości.
Śmiesznie w sumie, że póki co prawdziwe ofiary w tej zabawie nie zebrał bezpieczny pop, tylko chyjowy prog. Ciekawy co będzie w przyszłości.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Ale ja nie stękam, ja się BUNTUJE i czekam z wypiekami na waszą walkę z jazzem 8)
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ja nie będę walczył z jazzem, człowieku, co ty...
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Gdyby faktycznie było mordercze to nie byłoby pisania tylko po prostu koniec zabawy xD Ale przychylam się do stękania, co oczywiście raczej nas zbliża do naturalnej ewolucji albumówki. Po pewnym czasie samo z siebie siadanie, słuchanie itd itp pisanie o kolejnej zbliżonej do czegoś wcześniej płycie mija się z celem. No albo cegłówka, z której podoba się 5 minut.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Z tym zbliżeniem, to też bym nie wojował, bo jednak ani Cher, ani Robbie, ani tym bardziej Ariana Grande, nie mają ze sobą wiele wspólnego.
Ja jestem otwarty na wszystko i lubię w tej zabawie wyzwania. Po niektóre albumy nie sięgnął bym nigdy. Zawsze się coś z tego wynosi, może nie koniecznie płytę do kolekcji, ale nowe doświadczenie, to nadal nowe doświadczenie. Zresztą nie było chyba póki co takiego albumu, który by się zgodnie wszystkim nie podobał. Musiał był blisko z Poetami, ale mu to zjebałem.
Ja jestem otwarty na wszystko i lubię w tej zabawie wyzwania. Po niektóre albumy nie sięgnął bym nigdy. Zawsze się coś z tego wynosi, może nie koniecznie płytę do kolekcji, ale nowe doświadczenie, to nadal nowe doświadczenie. Zresztą nie było chyba póki co takiego albumu, który by się zgodnie wszystkim nie podobał. Musiał był blisko z Poetami, ale mu to zjebałem.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn