Best of Forum IV
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Śniło mi się, że Dragon mnie opier*alał, iż nie wrzucam recenzji numerów bo jestem zajęty słuchaniem jednego kawałka od Mentosa na zapętleniu. Tak się przejąłem, że postanowiłem tu wejść.
Sistars - Nie Zatrzymasz
Kurde, fajnie jest sobie przypomnieć Sistars. Będąc gnojem, który nie wiedział jeszcze czego i jak chce słuchać, lubiłem tę ich garstkę numerów, które latały po stacjach muzycznych (video do Synu np.), albo na Esce czy gdzie tam indziej. Jednocześnie podświadomie nie czułem się odbiorcą takiej muzyki xD I nadal trochę tak nie jest. Zastanawiam się, kim byli tacy ludzie wtedy. Mam przed oczami trochę bardziej bananową młodzież z większych miast AD 2003-2004, z Nokiami Ngage w rękach i z oryginalnymi butami Adidasa na nogach. Jest na pewno jeden numer od sióstr Przybysz, który lubię po dziś dzień i do niego czasem wracam, to jest Listen to Your Heart, który ukazał się na ich drugiej płycie a ja poznałem go przez... Sygnowano Fabryka Trzciny Część Pierwsza trololo. Co mogę powiedzieć o tym... brzmi jak rok 2003, ale równie dobrze mógłby to być 2013, uwierzyłbym. Trochę popu, trochę r'n'b, trochę, well sióstr Przybysz, fajny bit, tekst dla mnie nieco o niczym, lekko denerwujący męski wokal, takie lekkie radiowe granie ale z fajniejszej niż Zetka stacji. Moi rodzice nie lubili takiej muzyki, to na pewno. Ja... posłuchałem i spoko, nie czuję się z tym źle xD Raczej nie jest to coś, co wysłałbym lasce w ramach wspomnianej przez Murzyna "muzycznej komunikacji", ale rozumiem jego setting. Jest czilowo, aż za bardzo. Mam robotę, a chce mi się spać teraz
The Postal Service - This Place Is a Prison
Numer ten poznałem dosłownie na kilka dni przed jego wrzuceniem (świadomie) lub kilka dni i rok przed jego wrzuceniem (nieświadomie). Kol. Hien odpalał go u mnie w aucie podczas dwóch naszych standardowych późnosierpniowych tripów po Łodzi w dość interesującej lokalizacji - na tyłach pewnego cmentarza jest mocno niedoświetlony parking, który po zmroku wygląda jeszcze mroczniej, niż to brzmi. Siedzenie tam w kompletnych ciemnościach robi robotę, jeszcze bardziej robota robi się sama, gdy ktoś podjeżdża na ten sam parking i też siedzi w aucie nie wiadomo po co. Podobno numer ten leciał już rok temu, ale wtedy się niespecjalnie wkręciłem, nie to, co teraz. Teraz w ogóle zauważyłem, że leci xD Muszę przyznać, że to dobry numer jest, choć moooże w nieco nazbyt oczywisty sposób "mhoczny". I mówi to osoba, która takie oczywistości w muzyce bardzo lubi xD No cóż, ja zawsze byłem konsekwentny. Jedyne, co mnie tutaj na dłuższą metę denerwuje troszkę (ale tylko troszkę), to wokal, który w tym swoim pół-szepcie ma taką manierę, która po prostu wyprowadza mnie z równowagi. No ale ok, nie zrażam się, kiedy nadchodzi zamknięcie robi się jeszcze bardziej klimatycznie, i elektronika, i perkusja, i motyw, który jest wówczas wygrywany... Dobra rzecz, faktycznie łódzka, faktycznie lekko przygnębiająca i... pasująca klimatem do wszystkiego, tylko nie lata w takiej postaci xD No ale co poradzić... może jesienią wejdzie sprawniej, a dodam jeszcze, że z ciekawości sprawdziłem na Discogs coś więcej i okazuje się, że to nie jest ich jedyna płyta - wydali kolejną po, bagatela, 17 latach xD W pandemicznym roku. Chyba rzucę okiem, bo dobre to było kurde, Hien się zna (nie po raz pierwszy i nie ostatni).
Kangding Ray - nn/Peaks
Ewidentnie Dragon lubuje się w takich muzycznych nieco-dziwactwach, glitch music etc., które - podobnie do Melczetowego The Orb - mogłoby robić za podkłady do jakichś encyklopedii multimedialnych sprzed 20 lat (albo z przedwczoraj, nigdy nie wiadomo). Jest to jednocześnie denerwujące i fajne. Denerwujące, bo wszystko brzmi tak samo, jest do siebie strasznie podobne i na dłuższą metę te cyfrowe pops'n'clicks zaczynają wnerwiać, ale te fajne bo ciche, powtarzalne, nieinwazyjne i w ogóle wszystko co najlepsze w ambiencie. Sto razy bardziej wolałbym, żeby takie rzeczy grali po galeriach handlowych niż Sanah i jakieś inne badziewie (i tak najlepszy jest w tej kategorii McDonald's, gdzie walą po mordzie srogimi obskjurami wziętymi cholera wie skąd; jednocześnie mój swojego czasu ulubiony salon fryzjerski w Łodzi puścił kiedyś Pretty Genius od no-man, what do you make of that). Zero tu odkrywczości, za to delikatna pretensjonalność, zwłaszcza w tej okładce. Ale wciąż się fajnie tego słucha, taki wypełniacz przestrzeni, żeby nie wpadł żaden earworm do głowy. Podobne "biciki" kleiłem swego czasu we Fruity Loops i Hien się z nich śmiał, a widzę, że spokojnie mogłem tu robić karierę (tylko nie wiem jak). Wciąż jest spoko, podoba mi się, będę sobie puszczał, może nawet zassam album, jak to zrobiłem z Jelinkiem czy Gasem. Kto to może wiedzieć?
Katie Melua - Sailing Ships From Heaven
O samej Ketevan (dopiero po napisaniu tej wrzutki ogarnąłem, że tak też nazwała ten album lol) już mówiłem to i owo, przepadam za nią, choć In Winter to jak dotąd jedyny jej album, który znam w całości lol (dzięki temu forum). Głos ma piękny, aranżacje są super, ten numer ma je wprost doskonałe (jeszcze z tym cudnym użyciem reverbu na wszystkim w odpowiednich ilościach i momentach). Trochę bekuję, albowiem w kilku momentach aranżacja wokalna przypomina Mariana Golda na przynajmniej kilku numerach Alphaville (np. z The Breathtaking Blue). Raczej bezwiednie, ale to moje osobiste skojarzenie. Jeśli o całą resztę chodzi to jest, no cóż, ekstremalnie wprost nostalgiczno-melancholijnie, Wuja faktycznie wstrzelił się z doskonałą propozycją na koniec lata. Nic bardziej późnosierpniowego w tej kolejce nie usłyszę, nie ma szans. Jest jednocześnie bardzo przyjemnie, miło dla uszu, czilowo i spokojnie, może paaarę rzeczy bym nieco zmienił, ale bez ciśnienia - podoba mi się. Imienniczka matki Stalina dobrze się odnajduje w takich balladach. Nie potrafię się odnieść do stwierdzenia powtórzonego przez Shodana, że Katie trochę zjada własny ogon. No, może i tak, Black też grał trochę w kółko to samo, a i tak wychodziło mu to fantasycznie. Więc nic mi tutaj nie przeszkadza, ale też jako miłośnik końca lata jak inaczej mógłbym zareagować?
Moussa T - Horny '98
Lol, nie słyszałem tego numeru bardzo długo. Tak naprawdę bardzo, bardzo długo. Ostatni raz chyba podczas jedynego w moim życiu podejścia do pierwszej odsłony serialu Skins, a to było bardzo, bardzo dawno temu. Co mogę powiedzieć... fajniejsze od samego numeru jest opisywanie przez Miętusa jak wpadł na ten numer w tej właśnie wersji, jak się jarał South Parkiem (nigdy nie sięgnąłem po ten serial tak na poważnie, a obiecuję sobie od lat, że to zrobię, jak ogarniał sobie te płyty etc., takie historie zawsze brzmią ciekawie. Sam numer... no, znam oczywiście, i to jeszcze z najntisów, choć ni cholery nie wiedziałem, o czym jest ani nawet jaki jest tytuł (dopóki wieeele lat później sam tego nie sprawdziłem). Czym tu się podniecać... (mógłbym powiedzieć, bo jestem Musiałem ale nie ma mnie teraz w Warszawie). Bit jest fajny, no i ta już dośc kultowa zagrywka dęta w refrenie. Cała reszta to takie Would You...? w nieco innej formie podane i z nieco innymi dodatkami (np. South Park Record). Nostalgia wave hits, jeszcze taka wtórna, bo South Park gdzieś tam trochę oglądałem dawno temu, ale mało, czuję się w tym momencie i staro i młodo. Dobre zamknięcie końca wakacji i końca lata i w ogóle wszystkiego. Propsuję.
Sistars - Nie Zatrzymasz
Kurde, fajnie jest sobie przypomnieć Sistars. Będąc gnojem, który nie wiedział jeszcze czego i jak chce słuchać, lubiłem tę ich garstkę numerów, które latały po stacjach muzycznych (video do Synu np.), albo na Esce czy gdzie tam indziej. Jednocześnie podświadomie nie czułem się odbiorcą takiej muzyki xD I nadal trochę tak nie jest. Zastanawiam się, kim byli tacy ludzie wtedy. Mam przed oczami trochę bardziej bananową młodzież z większych miast AD 2003-2004, z Nokiami Ngage w rękach i z oryginalnymi butami Adidasa na nogach. Jest na pewno jeden numer od sióstr Przybysz, który lubię po dziś dzień i do niego czasem wracam, to jest Listen to Your Heart, który ukazał się na ich drugiej płycie a ja poznałem go przez... Sygnowano Fabryka Trzciny Część Pierwsza trololo. Co mogę powiedzieć o tym... brzmi jak rok 2003, ale równie dobrze mógłby to być 2013, uwierzyłbym. Trochę popu, trochę r'n'b, trochę, well sióstr Przybysz, fajny bit, tekst dla mnie nieco o niczym, lekko denerwujący męski wokal, takie lekkie radiowe granie ale z fajniejszej niż Zetka stacji. Moi rodzice nie lubili takiej muzyki, to na pewno. Ja... posłuchałem i spoko, nie czuję się z tym źle xD Raczej nie jest to coś, co wysłałbym lasce w ramach wspomnianej przez Murzyna "muzycznej komunikacji", ale rozumiem jego setting. Jest czilowo, aż za bardzo. Mam robotę, a chce mi się spać teraz
The Postal Service - This Place Is a Prison
Numer ten poznałem dosłownie na kilka dni przed jego wrzuceniem (świadomie) lub kilka dni i rok przed jego wrzuceniem (nieświadomie). Kol. Hien odpalał go u mnie w aucie podczas dwóch naszych standardowych późnosierpniowych tripów po Łodzi w dość interesującej lokalizacji - na tyłach pewnego cmentarza jest mocno niedoświetlony parking, który po zmroku wygląda jeszcze mroczniej, niż to brzmi. Siedzenie tam w kompletnych ciemnościach robi robotę, jeszcze bardziej robota robi się sama, gdy ktoś podjeżdża na ten sam parking i też siedzi w aucie nie wiadomo po co. Podobno numer ten leciał już rok temu, ale wtedy się niespecjalnie wkręciłem, nie to, co teraz. Teraz w ogóle zauważyłem, że leci xD Muszę przyznać, że to dobry numer jest, choć moooże w nieco nazbyt oczywisty sposób "mhoczny". I mówi to osoba, która takie oczywistości w muzyce bardzo lubi xD No cóż, ja zawsze byłem konsekwentny. Jedyne, co mnie tutaj na dłuższą metę denerwuje troszkę (ale tylko troszkę), to wokal, który w tym swoim pół-szepcie ma taką manierę, która po prostu wyprowadza mnie z równowagi. No ale ok, nie zrażam się, kiedy nadchodzi zamknięcie robi się jeszcze bardziej klimatycznie, i elektronika, i perkusja, i motyw, który jest wówczas wygrywany... Dobra rzecz, faktycznie łódzka, faktycznie lekko przygnębiająca i... pasująca klimatem do wszystkiego, tylko nie lata w takiej postaci xD No ale co poradzić... może jesienią wejdzie sprawniej, a dodam jeszcze, że z ciekawości sprawdziłem na Discogs coś więcej i okazuje się, że to nie jest ich jedyna płyta - wydali kolejną po, bagatela, 17 latach xD W pandemicznym roku. Chyba rzucę okiem, bo dobre to było kurde, Hien się zna (nie po raz pierwszy i nie ostatni).
Kangding Ray - nn/Peaks
Ewidentnie Dragon lubuje się w takich muzycznych nieco-dziwactwach, glitch music etc., które - podobnie do Melczetowego The Orb - mogłoby robić za podkłady do jakichś encyklopedii multimedialnych sprzed 20 lat (albo z przedwczoraj, nigdy nie wiadomo). Jest to jednocześnie denerwujące i fajne. Denerwujące, bo wszystko brzmi tak samo, jest do siebie strasznie podobne i na dłuższą metę te cyfrowe pops'n'clicks zaczynają wnerwiać, ale te fajne bo ciche, powtarzalne, nieinwazyjne i w ogóle wszystko co najlepsze w ambiencie. Sto razy bardziej wolałbym, żeby takie rzeczy grali po galeriach handlowych niż Sanah i jakieś inne badziewie (i tak najlepszy jest w tej kategorii McDonald's, gdzie walą po mordzie srogimi obskjurami wziętymi cholera wie skąd; jednocześnie mój swojego czasu ulubiony salon fryzjerski w Łodzi puścił kiedyś Pretty Genius od no-man, what do you make of that). Zero tu odkrywczości, za to delikatna pretensjonalność, zwłaszcza w tej okładce. Ale wciąż się fajnie tego słucha, taki wypełniacz przestrzeni, żeby nie wpadł żaden earworm do głowy. Podobne "biciki" kleiłem swego czasu we Fruity Loops i Hien się z nich śmiał, a widzę, że spokojnie mogłem tu robić karierę (tylko nie wiem jak). Wciąż jest spoko, podoba mi się, będę sobie puszczał, może nawet zassam album, jak to zrobiłem z Jelinkiem czy Gasem. Kto to może wiedzieć?
Katie Melua - Sailing Ships From Heaven
O samej Ketevan (dopiero po napisaniu tej wrzutki ogarnąłem, że tak też nazwała ten album lol) już mówiłem to i owo, przepadam za nią, choć In Winter to jak dotąd jedyny jej album, który znam w całości lol (dzięki temu forum). Głos ma piękny, aranżacje są super, ten numer ma je wprost doskonałe (jeszcze z tym cudnym użyciem reverbu na wszystkim w odpowiednich ilościach i momentach). Trochę bekuję, albowiem w kilku momentach aranżacja wokalna przypomina Mariana Golda na przynajmniej kilku numerach Alphaville (np. z The Breathtaking Blue). Raczej bezwiednie, ale to moje osobiste skojarzenie. Jeśli o całą resztę chodzi to jest, no cóż, ekstremalnie wprost nostalgiczno-melancholijnie, Wuja faktycznie wstrzelił się z doskonałą propozycją na koniec lata. Nic bardziej późnosierpniowego w tej kolejce nie usłyszę, nie ma szans. Jest jednocześnie bardzo przyjemnie, miło dla uszu, czilowo i spokojnie, może paaarę rzeczy bym nieco zmienił, ale bez ciśnienia - podoba mi się. Imienniczka matki Stalina dobrze się odnajduje w takich balladach. Nie potrafię się odnieść do stwierdzenia powtórzonego przez Shodana, że Katie trochę zjada własny ogon. No, może i tak, Black też grał trochę w kółko to samo, a i tak wychodziło mu to fantasycznie. Więc nic mi tutaj nie przeszkadza, ale też jako miłośnik końca lata jak inaczej mógłbym zareagować?
Moussa T - Horny '98
Lol, nie słyszałem tego numeru bardzo długo. Tak naprawdę bardzo, bardzo długo. Ostatni raz chyba podczas jedynego w moim życiu podejścia do pierwszej odsłony serialu Skins, a to było bardzo, bardzo dawno temu. Co mogę powiedzieć... fajniejsze od samego numeru jest opisywanie przez Miętusa jak wpadł na ten numer w tej właśnie wersji, jak się jarał South Parkiem (nigdy nie sięgnąłem po ten serial tak na poważnie, a obiecuję sobie od lat, że to zrobię, jak ogarniał sobie te płyty etc., takie historie zawsze brzmią ciekawie. Sam numer... no, znam oczywiście, i to jeszcze z najntisów, choć ni cholery nie wiedziałem, o czym jest ani nawet jaki jest tytuł (dopóki wieeele lat później sam tego nie sprawdziłem). Czym tu się podniecać... (mógłbym powiedzieć, bo jestem Musiałem ale nie ma mnie teraz w Warszawie). Bit jest fajny, no i ta już dośc kultowa zagrywka dęta w refrenie. Cała reszta to takie Would You...? w nieco innej formie podane i z nieco innymi dodatkami (np. South Park Record). Nostalgia wave hits, jeszcze taka wtórna, bo South Park gdzieś tam trochę oglądałem dawno temu, ale mało, czuję się w tym momencie i staro i młodo. Dobre zamknięcie końca wakacji i końca lata i w ogóle wszystkiego. Propsuję.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
to jest live album geniuszudevotional pisze:28 sie 2023 13:19okazuje się, że to nie jest ich jedyna płyta - wydali kolejną po, bagatela, 17 latach xD W pandemicznym roku.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Aż tyle to nie sprawdziłem, ale i tak szanuję, że po takim czasie coś wyszło (i to jeszcze live trololo).
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Nic dziwnego, to było po trasie na 10-lecie, z której pochodzi ten live. W tym roku grają trasę na 20-lecie, podejrzewam, że już tylko takie aktywności wchodza w grę w przypadku TPS.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Pierwszy raz w historii spisywanie podzielone na dwa dni, nie chciało mi się ślęczeć do rana...
Sistars Nie zatrzymasz
Będę zaskoczony, jeśli ktoś ze zgromadzonych nigdy nie słyszał Sutry. Więcej zrozumienia okażę dla tych, którzy tak jak ja trochę nie do końca ogarniali, że Siostrami były Panie Przybysz. Po latach i pewnym osłuchaniu to dość oczywiste, ale nie umiałem powiązać tego projektu np. z solową robótką Natalii. Wydawała mi się poważniejsza i trudna do pogodzenia z luźniejszym rnb czy czymś na pograniczu hip-hopu. Poza tym pamiętam jak przez mgłę o publicznym zwierzeniu na temat aborcji parę lat temu, to wszystko. Szykowałem się do bardziej pesymistycznej notki. Parę dni temu czuwałem wieczorem przy telewizorze, a tam ostatnio pokazywali Sopot Festiwal, na którym grała właśnie Natalia Przybysz. Występ niespecjalnie mi podpasował, ale to raczej zasługa średniego aranżu na żywo, bo pamiętałem o jakimś kawałku słyszanym w RAMie. Nie chciałem wierzyć, że to było tak smętne pitu pitu. Wróciłem do niego i działa na mnie potężny efekt wow. Nie będę szukał średnio zgrabnych aluzji do Badacha, kolejnego nagiętego wyobrażenia związanego z Agorą i TVNem. Spróbuję wykorzystać pozytywne wrażenie. Numer w warstwie instrumentalnej całkiem przyjazny. Idą pościelowe zagrywki klawiszowe, przyjemny bas, perka też lekko bujająca. Tu wszystko gra. Pierwszy zgrzyt to męskie wokale. Za którymś razem można się z nimi oswoić, no bo może nie zachwycają, ale na pewno nie drażnią. Potem jednak uderza fala śpiewanych andronów. Nie wiem, refren jest przyciężkawy, dużo rozwodnionych banałów idzie. Zwrotki z kolei takie jakby od niechcenia. Normalnie bym nie zwrócił uwagi, ale czuję sprzeczność. Dodatkowe żeńskie wokalizy jeszcze to podbijają. Tu lekko, a tam ledwo mieszczą się w rytmie. Niby kumam, tylko czemu w ten sposób? Gdzieś ucieka sedno. Koniec końców neutralne odczucia, tu powrotów nie będzie.
The Postal Service This Place is a Prison
Death Cab for Cutie. Trochę jak znak jakości, bo bez przypominania sobie muzyki mam dobre skojarzenia i wspomnienia. Nie ma się nad czym rozwodzić. Brzmi trochę jak Radiohead. Alternatywny rock czerpiący solidnymi garściami z inspiracji, które sprawią, że będzie to strawne i ciekawe dla poszukiwaczy rzeczy charakternych, nie za dobrych do chamskiego zaszufladkowania. Hail to the Thief działa w podobny sposób, choć po czasie przekonałem się też do tych rzeczy z gitarowymi ostrzejszymi zagrywkami. Podoba mi się tutaj narastający poważny nerw, choć poza ostrzejszą perkusją jest dziwnie spokojnie. Wokal nie porywa, ale znowu nie wyróżnia się aż tak na minus, by zrujnować klimacik. Początkowo przeszkadzały mi różne pierdoły, teraz nie mam zarzutów wartych upublicznienia. Dużo się dzieje za garami, ale to bardzo dobrze pasuje. Taa, rock introwertyczny. Nie musi być poważnego finału z pompą, żeby zostało ze mną większe wrażenie. Dobrze słyszeć, że Hien wraca w takie rejony, bo to moje ulubiene z jego repertuaru. Płyta nie straszy długością. Warto ją sprawdzić pewnego jesiennego popołudnia.
Katie Melua Sailing Ships From Heaven
Na początku musiałem sprawdzić, czy przypadkiem shodan już jej tutaj nie wrzucił. Na dystansie całej bestki trochę się o niej mówiło (albo to już kolejny objaw problemów z pamięcią), no ale nie, to pierwszy raz solo. Do In Winter nie wracałem, ale pod niektórymi względami ta ballada przypomina materiał z tej płyty. Specyficznie brzmiące pianinko z lekkim pogłosem, dość chłodne tło, generalnie filmowa konstrukcja kawałka. Kiedyś już byłem w tych okolicach. Ketevan to bezpośrednia poprzedniczka In Winter, może dlatego. Nie wiem, czy jej kariera stoi w miejscu, ale biorąc pod uwagę to co do tej pory poznałem, to rozumiem jaki format jej najbardziej odpowiada. Jest tu coś ni to z baśni, ni z filmu przyrodniczego podkreślającego walory Kaukazu czy innych Kordylierów. Całkiem uniwersalne, posłuchałbym czegoś od niej tylko na tych chłodnych padach i elektronice z tyłu, bo już samym wokalem buduje bardzo dużo atmosfery. Po którymś razie byłbym gotowy na lodowaty ambient pop pozbawiony większych ozdobników, oczywiście gdyby nie zabrakło instrumentalnych fragmentów. Tor Lundvall? Fajny gość. A Sailing Ships to zdecydowanie najlepsza rzecz, jaką do tej pory słyszałem od Katie. Przyjemne kołysanie.
Georges Vert Jovan Freak
Miło, że Pan Jaca szybko się rehabilituje. Soczysty staroszkolny elektro funk. Kosmiczna dyskoteka pełną gębą. Taka nie za szybka, bardziej klimatyczna, ale można bezwstydnie iść w swodobne ruchy na parkiecie. W trakcie elektronicznych poszukiwań staroci trafiłem na parę podobnych skarbów. Mogłoby leżeć godnie obok Space Art czy nagrań Briana Bennetta, starszych o przynajmniej 30 lat od proponowanej wrzutki. Trochę dziwne, że dev niczego nie wrzucił, ale czasem tak się zdarza, jest to całkowicie zrozum... a nie czekaj, przecież w sumie dograł się do tego kawałka, a w opisie jest coś o Cate Brooks, to nie Mudżyn, eh. W ogóle bym nie powiązał z czymś bardziej duchologicznym. Soczyście brzmiące synthy podane w trochę innym sosie zawsze zaskoczą. Kawałek inaczej zbudowany, służący innym celom. Trudno tutaj o naprawdę charakterystyczne patenty, by z pełnym przekonaniem powiedzieć, że to jest właśnie X, a nie Y. Efekt psują właśnie szeptane wokale, trochę jakby nagrano je 5 minut przed zakończeniem prac. Po co wchodzą dopiero po trzech minutach? Po co to jest w zasadzie tylko jedna linijka? Głupi zabieg, poza tym sympatyczna wrzutka. Cool jest groove, analogi grzeją aż miło, trudno odrzucić.
Teledysk i okładka płyty sprowadzają na ziemię, wehikuły czasu jednak nie istnieją. Obrazek dość psychodeliczny, uwielbiam użytą paletę barw, ale te efekty paradoksalnie... psują efekt. Może surowy materiał nagrany na zużytą kasetę VHS, a potem reuploadowany na JuTuba miałby to coś więcej. Jak już to wolę zostać przy samej muzyce!
Hornny H & Hor N'y Horny Horni
Szanuję, że specjalnie dla uniwersum South Parku przygotowano trochę inną wersję tego kawałka. Dawno go nie słyszałem. Sprawdziłem sobie jeszcze oficjalkę, nie ma specyficznego "koncertowego" intro i mostka w środku z dodatkowym "I'm horni". Na początku miałem uciec w stronę muzyczny mem odnośników, ostatecznie nie są wcale potrzebne. Przyjemny numer niby o popędach i chuci, ale z dystansem, lekkim przegięciem. Z katalogu rzeczy wydanych przez kompletnych anonimów, którym ten jeden singiel wyszedł nieprzeciętnie. House'owy groove, fajnie brzmiące trąbki, charakterny wokal, który nie irytuje. Wszystko gra. Sam South Park kojarzy mi się bardzo dobrze. Pamiętam seanse późnym wieczorem z MTV Polska, tak do powrotu rodziców z pracy, bo trochę głupio było nie spać i oglądać animację z przekleństwami w wieku 10 lat. Parę razy nie udało się uciec sprzed telewizora. Blok z Pięścią mistrza Zen, Włatcami móch, South Parkiem, Pimp My Ride... jest sentymencik. Do SP nie wracałem bardzo długo, to jest ta produkcja, której należy się otrzymywana atencja. Lubię ten absurd, właściwą przeginkę i brak hamulców w odpowiednich momentach. Do tego przyciągający do ekranu bohaterowie. Po zmianie UPC na Cyfrowy Polsat przeszedłem do oglądania Simpsonów na FOXie z polskimi napisami, a potem już nie szukałem niczego podobnego. Myślę, że warto tu wrócić. Już nigdy nie będę fanatykiem animacji, ale na szczęście nie jest też tak, że niczego nie znam.
Sistars Nie zatrzymasz
Będę zaskoczony, jeśli ktoś ze zgromadzonych nigdy nie słyszał Sutry. Więcej zrozumienia okażę dla tych, którzy tak jak ja trochę nie do końca ogarniali, że Siostrami były Panie Przybysz. Po latach i pewnym osłuchaniu to dość oczywiste, ale nie umiałem powiązać tego projektu np. z solową robótką Natalii. Wydawała mi się poważniejsza i trudna do pogodzenia z luźniejszym rnb czy czymś na pograniczu hip-hopu. Poza tym pamiętam jak przez mgłę o publicznym zwierzeniu na temat aborcji parę lat temu, to wszystko. Szykowałem się do bardziej pesymistycznej notki. Parę dni temu czuwałem wieczorem przy telewizorze, a tam ostatnio pokazywali Sopot Festiwal, na którym grała właśnie Natalia Przybysz. Występ niespecjalnie mi podpasował, ale to raczej zasługa średniego aranżu na żywo, bo pamiętałem o jakimś kawałku słyszanym w RAMie. Nie chciałem wierzyć, że to było tak smętne pitu pitu. Wróciłem do niego i działa na mnie potężny efekt wow. Nie będę szukał średnio zgrabnych aluzji do Badacha, kolejnego nagiętego wyobrażenia związanego z Agorą i TVNem. Spróbuję wykorzystać pozytywne wrażenie. Numer w warstwie instrumentalnej całkiem przyjazny. Idą pościelowe zagrywki klawiszowe, przyjemny bas, perka też lekko bujająca. Tu wszystko gra. Pierwszy zgrzyt to męskie wokale. Za którymś razem można się z nimi oswoić, no bo może nie zachwycają, ale na pewno nie drażnią. Potem jednak uderza fala śpiewanych andronów. Nie wiem, refren jest przyciężkawy, dużo rozwodnionych banałów idzie. Zwrotki z kolei takie jakby od niechcenia. Normalnie bym nie zwrócił uwagi, ale czuję sprzeczność. Dodatkowe żeńskie wokalizy jeszcze to podbijają. Tu lekko, a tam ledwo mieszczą się w rytmie. Niby kumam, tylko czemu w ten sposób? Gdzieś ucieka sedno. Koniec końców neutralne odczucia, tu powrotów nie będzie.
The Postal Service This Place is a Prison
Death Cab for Cutie. Trochę jak znak jakości, bo bez przypominania sobie muzyki mam dobre skojarzenia i wspomnienia. Nie ma się nad czym rozwodzić. Brzmi trochę jak Radiohead. Alternatywny rock czerpiący solidnymi garściami z inspiracji, które sprawią, że będzie to strawne i ciekawe dla poszukiwaczy rzeczy charakternych, nie za dobrych do chamskiego zaszufladkowania. Hail to the Thief działa w podobny sposób, choć po czasie przekonałem się też do tych rzeczy z gitarowymi ostrzejszymi zagrywkami. Podoba mi się tutaj narastający poważny nerw, choć poza ostrzejszą perkusją jest dziwnie spokojnie. Wokal nie porywa, ale znowu nie wyróżnia się aż tak na minus, by zrujnować klimacik. Początkowo przeszkadzały mi różne pierdoły, teraz nie mam zarzutów wartych upublicznienia. Dużo się dzieje za garami, ale to bardzo dobrze pasuje. Taa, rock introwertyczny. Nie musi być poważnego finału z pompą, żeby zostało ze mną większe wrażenie. Dobrze słyszeć, że Hien wraca w takie rejony, bo to moje ulubiene z jego repertuaru. Płyta nie straszy długością. Warto ją sprawdzić pewnego jesiennego popołudnia.
Katie Melua Sailing Ships From Heaven
Na początku musiałem sprawdzić, czy przypadkiem shodan już jej tutaj nie wrzucił. Na dystansie całej bestki trochę się o niej mówiło (albo to już kolejny objaw problemów z pamięcią), no ale nie, to pierwszy raz solo. Do In Winter nie wracałem, ale pod niektórymi względami ta ballada przypomina materiał z tej płyty. Specyficznie brzmiące pianinko z lekkim pogłosem, dość chłodne tło, generalnie filmowa konstrukcja kawałka. Kiedyś już byłem w tych okolicach. Ketevan to bezpośrednia poprzedniczka In Winter, może dlatego. Nie wiem, czy jej kariera stoi w miejscu, ale biorąc pod uwagę to co do tej pory poznałem, to rozumiem jaki format jej najbardziej odpowiada. Jest tu coś ni to z baśni, ni z filmu przyrodniczego podkreślającego walory Kaukazu czy innych Kordylierów. Całkiem uniwersalne, posłuchałbym czegoś od niej tylko na tych chłodnych padach i elektronice z tyłu, bo już samym wokalem buduje bardzo dużo atmosfery. Po którymś razie byłbym gotowy na lodowaty ambient pop pozbawiony większych ozdobników, oczywiście gdyby nie zabrakło instrumentalnych fragmentów. Tor Lundvall? Fajny gość. A Sailing Ships to zdecydowanie najlepsza rzecz, jaką do tej pory słyszałem od Katie. Przyjemne kołysanie.
Georges Vert Jovan Freak
Miło, że Pan Jaca szybko się rehabilituje. Soczysty staroszkolny elektro funk. Kosmiczna dyskoteka pełną gębą. Taka nie za szybka, bardziej klimatyczna, ale można bezwstydnie iść w swodobne ruchy na parkiecie. W trakcie elektronicznych poszukiwań staroci trafiłem na parę podobnych skarbów. Mogłoby leżeć godnie obok Space Art czy nagrań Briana Bennetta, starszych o przynajmniej 30 lat od proponowanej wrzutki. Trochę dziwne, że dev niczego nie wrzucił, ale czasem tak się zdarza, jest to całkowicie zrozum... a nie czekaj, przecież w sumie dograł się do tego kawałka, a w opisie jest coś o Cate Brooks, to nie Mudżyn, eh. W ogóle bym nie powiązał z czymś bardziej duchologicznym. Soczyście brzmiące synthy podane w trochę innym sosie zawsze zaskoczą. Kawałek inaczej zbudowany, służący innym celom. Trudno tutaj o naprawdę charakterystyczne patenty, by z pełnym przekonaniem powiedzieć, że to jest właśnie X, a nie Y. Efekt psują właśnie szeptane wokale, trochę jakby nagrano je 5 minut przed zakończeniem prac. Po co wchodzą dopiero po trzech minutach? Po co to jest w zasadzie tylko jedna linijka? Głupi zabieg, poza tym sympatyczna wrzutka. Cool jest groove, analogi grzeją aż miło, trudno odrzucić.
Teledysk i okładka płyty sprowadzają na ziemię, wehikuły czasu jednak nie istnieją. Obrazek dość psychodeliczny, uwielbiam użytą paletę barw, ale te efekty paradoksalnie... psują efekt. Może surowy materiał nagrany na zużytą kasetę VHS, a potem reuploadowany na JuTuba miałby to coś więcej. Jak już to wolę zostać przy samej muzyce!
Hornny H & Hor N'y Horny Horni
Szanuję, że specjalnie dla uniwersum South Parku przygotowano trochę inną wersję tego kawałka. Dawno go nie słyszałem. Sprawdziłem sobie jeszcze oficjalkę, nie ma specyficznego "koncertowego" intro i mostka w środku z dodatkowym "I'm horni". Na początku miałem uciec w stronę muzyczny mem odnośników, ostatecznie nie są wcale potrzebne. Przyjemny numer niby o popędach i chuci, ale z dystansem, lekkim przegięciem. Z katalogu rzeczy wydanych przez kompletnych anonimów, którym ten jeden singiel wyszedł nieprzeciętnie. House'owy groove, fajnie brzmiące trąbki, charakterny wokal, który nie irytuje. Wszystko gra. Sam South Park kojarzy mi się bardzo dobrze. Pamiętam seanse późnym wieczorem z MTV Polska, tak do powrotu rodziców z pracy, bo trochę głupio było nie spać i oglądać animację z przekleństwami w wieku 10 lat. Parę razy nie udało się uciec sprzed telewizora. Blok z Pięścią mistrza Zen, Włatcami móch, South Parkiem, Pimp My Ride... jest sentymencik. Do SP nie wracałem bardzo długo, to jest ta produkcja, której należy się otrzymywana atencja. Lubię ten absurd, właściwą przeginkę i brak hamulców w odpowiednich momentach. Do tego przyciągający do ekranu bohaterowie. Po zmianie UPC na Cyfrowy Polsat przeszedłem do oglądania Simpsonów na FOXie z polskimi napisami, a potem już nie szukałem niczego podobnego. Myślę, że warto tu wrócić. Już nigdy nie będę fanatykiem animacji, ale na szczęście nie jest też tak, że niczego nie znam.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Czy tylko ja mam problem ze zrozumieniem Dragonowych recenzji?
The Postal Service - This Place Is A Prison
Kuba wspomina w opisie o glitchtronice ale prawdę mówiąc elektronika to wcale nie jest to co się tu dla mnie najbardziej wybija kiedy tego słucham. Tu przede wszystkim bije po twarzy srogo munlupowy vibe, smutna muzyka dla smutnych łodzian faktycznie xD bardziej kojarzyło mi się to z Bark Psychosis, potem gdy weszła perka przypomniało mi się Long Fin Killie i w sumie wtedy pomyślałem że to bardziej post-rockowe chyba niż elektroniczne. Specyficzna budowa utworu, lecą zwrotki a na końcu jakby refren, który ogólnie z tą perką jest najciekawszym fragmentem utworu. Numer w sumie jest ok, ale tylko ok, mam poczucie dokładnie tego o czym pisał sam munlup w opisie, też czuję że jest tu sporo vibe'u a za mało piosenki. W określonych - smutnych - okolicznościach mogłoby ugryźć, NO ALE - polecę klasykiem - ja to se teraz siedzę na urlopie i gdzie mi tam w głowie smutanie w smutnych łódzkich lokalach, heh.
Kangding Ray - Nn/Peaks
Zabrzmię jak munlup z minionej kolejki ale faktycznie Dragon zjadający własny ogon we wrzutkach też mi jakoś nie przeszkadza. Bo - primo - jesteśmy na tym etapie że każdy już zjada własny ogon we wrzutkach i tak a - secundo - elektroniki, zwłaszcza tej "nowszej" jest tu i tak niewiele więc zawsze miło urozmaica kolejkę. Smoku wrzucał już jakieś takie trzeszczące glitche swego czasu, było ok i tu też jest po prostu ok. Ten numer to trochę glitchowa wersja Glory Box dla mnie heh, myślę że trudno byłoby spieprzyć numer oparty na tych czterech akordach. O ile mamy zatem chociaż ładną melodię basu tak nadal więcej tu vibe'u niż piosenki, klimat tym razem nie smuteczkowy ale do wyciszenia czy zadumy takiej na poważnie bardziej. Numer jest dobry, setting chwilowo nie ten, kiedyś może chwycić.
Katie Melua - Sailing Ships From Heaven
Wujas za to niestety jak zaczął skakać po tv i radio z hitami tak nagle mu się maszynka do hitów popsuła i wpadł w jakaś koleinę w której zapodaje już słabe resztki z tego co już wrzucał (poprzednio wymęczone italo, teraz Katie Melua z... niczym nowym). Jeśli w czymś się z wujem zgodzę to ze stwierdzeniem że ta pani od lat stoi w miejscu i opierdziela własny ogon bez znudzenia. Niestety nie potrafię znaleźć się w tym klimacie i nie podoba mi się jak Katie operuje wokalem w tym utworze, skręcając nagle jakby pod prąd, czasem mam wrażenie jakby robiła krok do przodu by zaraz zrobić dwa w tył, te zmiany tonacji mnie wkurzają. Z braku laku wolałbym posłuchać dwóch innych jej utworów które szczerze lubię niż tego ale one mogłyby się tu znaleźć za sto lat gdybyśmy zrobili kolejkę z ulubionymi utworami Katie Melua (swoją drogą pomyślałem że ciekawie jakby tak zrobić kiedyś kolejkę z ulubionymi utworami jednego wykonawcy którego każdy tu zna i coś lubi). Nie, dziękuję niestety wuju, obawiam się że tak jak Katie i Ty zaliczasz regres a piękną serię miałeś swego czasu.
Georges Vert - Jovan Freak
Tu od pierwszego rzutu okiem pomyślałem sobie że będzie dobrze ledwie widząc tą winylową etykietę, obrazki tego typu najczęściej opatrywały liczne undergroundowe klubowe numery poznawane przez lata przez na kilku ulubionych kanałach YouTube z taką muzą. Pierwszy rzut ucha również czynił me nadzieje wielkimi, tożto disco house z pięknym sznytem z lat 70., fajne bongosy i kosmicznie brzmiące synthy faktycznie nawiązujące do porządnego disco z podziemii Nowego Jorku. Na dłuższą metę jednak numer za bardzo skupia się na utrzymaniu tego klimatu zamiast bycia porządnym didżejskim narzędziem, jest trochę zbyt gęsto od tych bongosów i brak odpowiedniego nacisku na zwykłe 4/4 powoduje że kawałek upada do rangi fillera i zapychacza playlisty bardziej. Nasłuchałem się sporo muzy tego typu w swoim czasie i sporo z niej jednak stała kapkę wyżej.
Mousse T. feat. Hot N' Juicy - Horny (South Park Version)
Spojrzawszy co wrzucił mentos przekonany byłem że szybko rzucę mehem, numer wszak doskonale znam ale nigdy zbytnio go nie prejzowałem. Szczęściem (raz kolejny) mentos zdecydował się przedstawić nam southparkową wersję tego przeboju która brzmi ciut inaczej - może niewiele ale jednak dość by zmienić moje spojrzenie na ten numer. Podstawowa różnica to istnienie tego fragmentu "i'm horny all night long" służącego za intro oraz potem za mostek. Druga sprawa to brak tego kiczowatego efektu "kropli wody" wszechobecnego w singlowej wersji. Rzecz trzecia to rzecz jasna komentarz, ten telefoniczny dialog który jest zwyczajnie zabawny i mocno brzmi jak didżejski komentarz rodem z jakiegoś GTA, ten wstęp z okrzykiem "woo!", i "you can't tell me that your ain't feet moving" i inne, to jest w punkt po prostu i bardzo siedzi mi ta nieco komediowa wersja tego numeru, zatem mam poczucie że jednak otrzymałem coś wyjątkowego skoro odkryłem ten kawałek na nowo. Strzał w dziesiątkę, drugi raz z rzędu (i trzecia wygrana w ciągu 5 kolejek, nieźle!).
The Postal Service - This Place Is A Prison
Kuba wspomina w opisie o glitchtronice ale prawdę mówiąc elektronika to wcale nie jest to co się tu dla mnie najbardziej wybija kiedy tego słucham. Tu przede wszystkim bije po twarzy srogo munlupowy vibe, smutna muzyka dla smutnych łodzian faktycznie xD bardziej kojarzyło mi się to z Bark Psychosis, potem gdy weszła perka przypomniało mi się Long Fin Killie i w sumie wtedy pomyślałem że to bardziej post-rockowe chyba niż elektroniczne. Specyficzna budowa utworu, lecą zwrotki a na końcu jakby refren, który ogólnie z tą perką jest najciekawszym fragmentem utworu. Numer w sumie jest ok, ale tylko ok, mam poczucie dokładnie tego o czym pisał sam munlup w opisie, też czuję że jest tu sporo vibe'u a za mało piosenki. W określonych - smutnych - okolicznościach mogłoby ugryźć, NO ALE - polecę klasykiem - ja to se teraz siedzę na urlopie i gdzie mi tam w głowie smutanie w smutnych łódzkich lokalach, heh.
Kangding Ray - Nn/Peaks
Zabrzmię jak munlup z minionej kolejki ale faktycznie Dragon zjadający własny ogon we wrzutkach też mi jakoś nie przeszkadza. Bo - primo - jesteśmy na tym etapie że każdy już zjada własny ogon we wrzutkach i tak a - secundo - elektroniki, zwłaszcza tej "nowszej" jest tu i tak niewiele więc zawsze miło urozmaica kolejkę. Smoku wrzucał już jakieś takie trzeszczące glitche swego czasu, było ok i tu też jest po prostu ok. Ten numer to trochę glitchowa wersja Glory Box dla mnie heh, myślę że trudno byłoby spieprzyć numer oparty na tych czterech akordach. O ile mamy zatem chociaż ładną melodię basu tak nadal więcej tu vibe'u niż piosenki, klimat tym razem nie smuteczkowy ale do wyciszenia czy zadumy takiej na poważnie bardziej. Numer jest dobry, setting chwilowo nie ten, kiedyś może chwycić.
Katie Melua - Sailing Ships From Heaven
Wujas za to niestety jak zaczął skakać po tv i radio z hitami tak nagle mu się maszynka do hitów popsuła i wpadł w jakaś koleinę w której zapodaje już słabe resztki z tego co już wrzucał (poprzednio wymęczone italo, teraz Katie Melua z... niczym nowym). Jeśli w czymś się z wujem zgodzę to ze stwierdzeniem że ta pani od lat stoi w miejscu i opierdziela własny ogon bez znudzenia. Niestety nie potrafię znaleźć się w tym klimacie i nie podoba mi się jak Katie operuje wokalem w tym utworze, skręcając nagle jakby pod prąd, czasem mam wrażenie jakby robiła krok do przodu by zaraz zrobić dwa w tył, te zmiany tonacji mnie wkurzają. Z braku laku wolałbym posłuchać dwóch innych jej utworów które szczerze lubię niż tego ale one mogłyby się tu znaleźć za sto lat gdybyśmy zrobili kolejkę z ulubionymi utworami Katie Melua (swoją drogą pomyślałem że ciekawie jakby tak zrobić kiedyś kolejkę z ulubionymi utworami jednego wykonawcy którego każdy tu zna i coś lubi). Nie, dziękuję niestety wuju, obawiam się że tak jak Katie i Ty zaliczasz regres a piękną serię miałeś swego czasu.
Georges Vert - Jovan Freak
Tu od pierwszego rzutu okiem pomyślałem sobie że będzie dobrze ledwie widząc tą winylową etykietę, obrazki tego typu najczęściej opatrywały liczne undergroundowe klubowe numery poznawane przez lata przez na kilku ulubionych kanałach YouTube z taką muzą. Pierwszy rzut ucha również czynił me nadzieje wielkimi, tożto disco house z pięknym sznytem z lat 70., fajne bongosy i kosmicznie brzmiące synthy faktycznie nawiązujące do porządnego disco z podziemii Nowego Jorku. Na dłuższą metę jednak numer za bardzo skupia się na utrzymaniu tego klimatu zamiast bycia porządnym didżejskim narzędziem, jest trochę zbyt gęsto od tych bongosów i brak odpowiedniego nacisku na zwykłe 4/4 powoduje że kawałek upada do rangi fillera i zapychacza playlisty bardziej. Nasłuchałem się sporo muzy tego typu w swoim czasie i sporo z niej jednak stała kapkę wyżej.
Mousse T. feat. Hot N' Juicy - Horny (South Park Version)
Spojrzawszy co wrzucił mentos przekonany byłem że szybko rzucę mehem, numer wszak doskonale znam ale nigdy zbytnio go nie prejzowałem. Szczęściem (raz kolejny) mentos zdecydował się przedstawić nam southparkową wersję tego przeboju która brzmi ciut inaczej - może niewiele ale jednak dość by zmienić moje spojrzenie na ten numer. Podstawowa różnica to istnienie tego fragmentu "i'm horny all night long" służącego za intro oraz potem za mostek. Druga sprawa to brak tego kiczowatego efektu "kropli wody" wszechobecnego w singlowej wersji. Rzecz trzecia to rzecz jasna komentarz, ten telefoniczny dialog który jest zwyczajnie zabawny i mocno brzmi jak didżejski komentarz rodem z jakiegoś GTA, ten wstęp z okrzykiem "woo!", i "you can't tell me that your ain't feet moving" i inne, to jest w punkt po prostu i bardzo siedzi mi ta nieco komediowa wersja tego numeru, zatem mam poczucie że jednak otrzymałem coś wyjątkowego skoro odkryłem ten kawałek na nowo. Strzał w dziesiątkę, drugi raz z rzędu (i trzecia wygrana w ciągu 5 kolejek, nieźle!).
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Czekam aż na wikipedii, discogs, RYM, itd, pojawi się genre: munlup vibes.
Sistars - Nie zatrzymasz
Lubię Sistars, chociaż kiedy pojawiły się na rynku , to toczyłem z nich trochę bekę, bo wydawało się, że to takie amerykańskie rnb „w domu”. Potem zorientowałem się, że to wcale tak nie jest, ale to było już lata później. Ten duet Królik-Piotrowski znam przede wszystkim z tego, że założyli Łąki Łan, ich najciekawszy i najfajniejszy projekt muzyczny do dziś. Sistars znam głównie z hitów oraz przypadkowych kawałków, które mi się gdzieś i jakoś nasunęły (Sutra, Na dwa, itd.). Numer wrzucony przez Murzyna budzi we mnie skojarzenia ala szybsze „Until the End of Time” Timberlejka. Kawałek zaczyna się jak jakieś odkrycie nowej komnaty w Zeldzie, a potem wchodzi bardzo przyjemny bit, który mi się kojarzy z czymś jeszcze, nie wiem z czym, nie przypomnę sobie i będzie mnie to męczyć, ale trudno, po prostu ten lajtowy, nieco folkujący podkład budzi silne skojarzenia. Ogólnie utwór jest ok, ale ten vibe „w domu” unosi się nad nim baaardzo silnie. Męski wokal jest cringowy, zakładam, że to Bartek Królik. Bardzo mi to przypomina starego Piaska, tylko Piaseczny miał lepsze numery i był lepszym wokalistą, u niego to wszystko przechodziło z doskonałym efektem, a tutaj mam wrażenie jakbym słuchał jakiegoś wykonawcy z „Idola”, który śpiewa przygotowaną dla niego, polską wersję jakiegoś mid-hitu rnb ze Stanów. Siostry Przybysz oczywiście są bezbłędne (chociaż trudno powiedzieć ile śpiewa jedna, a ile obie) i żałuję, że to one nie grają tu pierwszych skrzypiec (a z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu tak jest), bo od razu odbiór kawałka byłby lepszy. Tekst jest mocno cringowy, ale ok, to jest piosenka napisana po polsku, nie jest to łatwa sztuka, zresztą teksty zachodniego rnb wcale nie są dużo lepsze. Kontekst miłosny/koszowy, poprawia nieco notowanie tego utworu, bo z takim tłem to wchodzi jednak trochę inaczej. Niemniej, muszę powiedzieć, że jestem rozczarowany. Kiedy zobaczyłem, że Murzyn wrzuca Sistars, to się pojarałem, bo ja szczerze Przybyszowe lubię, ale jak widać, nie wszystko złoto co się przybyszuje. A może właśnie w tym rzecz, że przybyszuje się za mało, bo ten męski wokal jest IMO w całości do wyjebania z tego kawałka, bez oglądania się za siebie. Podkład, o ile przyjemny, po kilku przesłuchaniach zaczyna nużyć. Swoją drogą, mocno kojarzy mi się on z zimą, ze śnieżnym krajobrazem, itd., może to przez te przejazdy na tej pseudo-harfie, które też mi się trochę kojarzą z Heroes of Might and Magic 3. Dużo fajnych skojarzeń, ale werdykt bliższy mehnięciu, niż nie. Może wejdzie z czasem, będę dawał szansę.
Kangding Ray - nn/peaks
Oho, glitche. Smoku wraca do otwartej już, ale na jakiś czas porzuconej swojej puszki. Bas, który wchodzi w 1:37 trochę mnie zszokował, bo kiedyś sam zrobiłem kawałek, który miał identycznie brzmiący ten fragment i grał te samą melodię (i to był sampl kontrabasu lol, więc mamy podobne skojarzenia). Kojarzy mi się też z paroma innymi piosenkami, ale ten motyw jest raczej dosyć popularny (tak samo idzie chyba „Glory Box”, a raczej sampl z Hayesa, którego użyli). Trudno mi wiele więcej napisać o numerze. Bardzo przyjemny minimal i, o dziwo, pomimo tego jaki prosty i oszczędny jest, w ogóle nie budzi we mnie skojarzeń z background music. To takie typowe dla tego nurtu pierdzenie, to coś czego w dużych ilościach nie potrafię słuchać, to jest jakieś natręctwo, ale po prostu zaczyna mnie irytować, tak jakby ktoś mnie cały czas dźgał w żebro. W małych ilościach jednak, jak najbardziej spoko. Nie będę tego rozbierał na czynniki pierwsze, bo to przecież bez sensu. Podoba mi się to zastopowanie wszystkiego w środku, pozostawienie bitu i potem powrót muzy, ale już trochę inaczej zagranej. Ogólnie bardzo fajny elektroniczny kawałek. Nie rzucił mnie na kolana, ale to mu w żaden sposób nie powinno umniejszać. Może zdecyduję się kiedyś sięgnąć po więcej, ale w kolejce jest jeszcze poprzednia wrzuta Dragona i generalnie byłoby łatwiej gdyby to po prostu weszło do best albumowej (ale nie chcę być taki roszczeniowy, więc sam sobie to zassam z slsk).
Katie Melua - Sailing ships from heaven
Wuja przeciera nowe szlaki, bo zdissował wykonawcę we własnej wrzucie. W temacie wtórności/niewtórności KM, ja wychodzę z założenia, że artysta powinien nagrywać co chce. Jeśli laska ma swoją strefę komfortu, nie chce eksperymentować, nie czuje się w innych brzmieniach, to jej sprawa. Nie znam płyt Melui więc nie wiem w jakim stopniu zjada własny ogon (TM), ale podejrzewam, że fani nadal się znajdą. „In Winter” bardzo lubię, to jest płyta, która kojarzy mi się trochę ze „Speak”, bardzo oszczędna, bardzo rdzenna w korzeniach, o ponadczasowym brzmieniu. Ten kawałek wrzucony przez Shodana, to już niestety nie to. Brzmienie piosenki, jak i okładka płyty, sugerują konotacje nie tyle nawet z morzem, co z jakimś pirackim, szantowym wajbem i to z czasów kiedy zatopiono herbatę w Bostonie. Wokal Katie ma trochę teatralnego podszycia tutaj, nie kręci mnie to. Całość kojarzy mi się z jakimś musicalem wystawianym na Brodwayu, gdzie KM siedzi sobie na jakieś łajbie, która jest częścią dosyć taniej scenografii (trochę jak na okładce), i śpiewa, a pod nią jacyś marynarze, ładują towar na statek, pokazują sobie mapy, udają piratów, rzucają się rybami, itd. Może jest w tym faktycznie coś baśniowego i to ratuje u mnie ten utwór przez kompletnym potępieniem, bo generalnie Melua przynudza ostro tutaj, a jej wokal mi się nie podoba. Te pirackie/żeglarskie/chujtowie klimaty tez nie pomagają. Próbowałem się dowiedzieć czegoś więcej na temat albumu, bo może to jakiś koncept-album, albo faktycznie musical? Nie dowiedziałem się wiele, poza tym, że Ketevan to gruzińskie imię Melui, a sam utwór napisał dla niej jej mentor, Mike Batt. Niewiele to niestety zmienia w moim odbiorze.
Georges Vert - Jovan Freak
Mój problem z duchologią jest, między innymi, taki że zawsze czuć w tym prędzej czy później jakaś ściemę. W muzyce boli mnie to chyba najbardziej. Lubie klimaty disco i analogowej elektroniki, lubię też Cate Brooks, ale to połączenie wydaje mi się z dupy. Nic ciekawego nie jest tu wniesione do tematu, więc najlepiej skupię się na najbardziej wierzchnich wartościach, czyli np. naszym ulubionym - wajbie. Ten jest ok, kawałek buja, a z drugiej strony nudzi, bo niczym nie wyróżnia się z gęstwiny tego typu kawałków. Jon/Cate Brooks ma wydanych tyle zajebistych płyt, z naprawdę zajebistą muzyką, że to wydaje mi się jakimś na szybko wycmokanym projektem zrobionym po kilku głębszych. Pierwsze skojarzenia, to intro do jakiegoś serialu (nawet porno) z lat 70/80, nocne ujęcia miasta, ew. ścigające się w słońcu łodzie na zatoce, itd. Takie trochę Miami Vice, z tą różnicą, że wszystko opatrzone tanim filtrem VHS, wszyscy aktorzy urodzili się po 90 roku, a sama czołówka roi się od błędów, bo tu komuś wystaje smartfon z kieszeni, a tam ktoś ma tatuaż Radiohead, a jeszcze ktoś inny pali e-peta, itd. Próbuję się w ten klimat wkręcić, ale nie potrafię. Wrzuty Murzyna to jest inny świat przy tym. Jestem po tym numerze zniechęcony i trochę zrezygnowany, a przecież to mnie miało rozbujać. Sorry Cate but my princess is in another castle.
Moussa T - Horny 98
Wieki tego nie słuchałem, powiem nawet, że nie pamiętałem kto to wykonywał i gdybym miał sobie tego szukać w necie, to bym musiał się posiłkować googlami. Ten numer nosi w sobie wiele wakacyjnych wspomnień dla mnie, wciśnięty między „Mambo no 5”, a słuchane przez nas niedawno „I’ll Be Missing You”. To jest wersja usouthparkowana, a do tego procederu też mam pewien sentyment. Kiedy South Park wyszedł, to było jednak coś wow. Pamiętam, że to oglądałem, oczywiście ukradkiem, żeby rodzice nie widzieli, i się bardzo jarałem. Podjary starczyło mi może na pierwsze dwa, może trzy sezony, powiem szczerze, że ogarnia mnie przerażenie kiedy raz na jakiś czas sprawdzam i dowiaduję się, że ten serial nadal powstaje. Nie wiem co by się musiało stać żebym się tymi nowymi sezonami zainteresował, ale te pierwsze kilka darzę sentymentem i kompilację „Chef Aid” pamiętam dobrze, bo było o niej głośno. Sam jej nie miałem, potem chyba gdzieś ktoś mi zgrał w mp3, ale już to miałem w dupie. Wcześniej jednak, kiedy w domu pojawił się pierwszy internet (początek 2000 roku), ściągnąłem sobie kilka tego typu przeróbek z neta (np. Prodigy „SMACK MY BITCH UP IN THE KITCHEN”, albo Jeniffer Lopez). Widzę, że na „Chef Aid” ich nie ma, więc to musiało być jakieś fanowskie, czy coś, nie wiem. Dzięki temu jednak, nie odrzucają mnie te southparkowe wstawki, chociaż powinny. Nie jest to oczywiście coś, co traktuję do końca poważnie, kaman, nie jest to ani muzyczne odkrycie, ani jakiś quality powrót, bo jednak wolę oryginał, ale powiedzmy, że jako wrzuta memiczno-sentymentalna, jest to ok.
Kurde, Panowie, niesamowicie mnie zmęczyła ta kolejka. Rzadko mi się zdarzają „momenty Murzyna” na taką skalę, ale niestety. Idę sobie zrobić jakiś detox z moim comfort zone, bo tutaj nie za bardzo mam czego szukać. Najlepiej wypada Smoku, z solidną wrzutką, ale też żadne best of best. Przybyszki zakrzyczane przez jakiegoś fejkowego Piaska, Katie Melua w wydaniu pirackim nie dla mnie, a podrabiane disco w wykonaniu Cate Brooks nudzi. Wrzuta Mentosa to trochę osobny byt, który podlega innym zasadom.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
I czemu tak miło się patrzy jak to nie ja rozrzucam mehy wokół xD
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Złoty medal za odkrycie Ameryki.
No ja akurat jej dyskografię znam na wylot, więc mogę to stwierdzić. A czy Ty paniczu znasz coś więcej niż In Winter i owe dwa utwory, które bardziej lubisz?stripped pisze:28 sie 2023 20:13Jeśli w czymś się z wujem zgodzę to ze stwierdzeniem że ta pani od lat stoi w miejscu i opierdziela własny ogon bez znudzenia.
Co do zjadania własnego ogona - to nie jest nic w sumie złego. Ale jednak lubię, jak wykonawca coś zmienia, poszukuje, eksperymentuje.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Twoja wrzuta udowodniła że nie xd
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Wuja jakie trafne strzały 
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Ale że co że nie?
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Mudżyn wpada w tę samą pułapkę co Wuja przy okazji Roba i Faba, biorę popcorn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Sistars - Nie zatrzymasz
Sistars kojarzę, chociaż nie mogłem sobie przypomnieć żadnego utworu. Dla przypomnienia puściłem sobie Sutra i już byłem w domu. Nigdy nie słuchałem Sistars, bo przez całe życie po prostu nie słuchałem rnb. Ale od jakiegoś czasu lubię ten gatunek. I utwór nie jest zły. A nawet powiem, że jest całkiem dobry. Fajny bit w dobrym tempie. Podoba mi się bas, te zagrywki na czymś, co przypomina harfę, delikatne gitary, nawet smyki. Rytm całkiem dobrze buja. Brzmienie zatem jest w porządku. Kompozycja sama w sobie nienajgorsza. Bez szału może, ale jest ok. Trudno przejść natomiast obojętnie obok męskiego wokalu, który jest beznadziejny. Po co gość męczy nasze uszy swoim śpiewem, skoro nie ma za krzty głosu? Lepiej było oddać śpiewanie w całości siostrom Przybysz, a byłoby dużo lepiej.
The Postal Service – This Place Is a Prison
No ładny klimacik nam się zrobił. Jest mrocznie i ponuro, a ja to lubię. Nie przeszkadza mi mało piosenkowy format utworu, bo niektóre produkcje bronią się samym brzmieniem i kreowanym klimatem. Tutaj nawet wokalista świetnie się dostosował swoim głosem do aury. Słuchanie tego nocą na tyłach cmentarza rzeczywiście mogłoby być ciekawym doświadczeniem. Wolę słuchać muzyki w dzień, ale tutaj doskonale wyobrażam sobie słuchanie tego w warunkach nocnych. Brudne brzmienie od samego początku mnie rusza. Ten syntezator jest w pytę i rzeczywiście może przywodzić na myśl Radiohead, bo oni używają podobnych brzmień, co mi się szalenie podoba. Melodica robi robotę. Te cymbałkowate zagrywki mocno kojarzą mi się z albumem Brothel od Sundfor. Potem wchodzi bardzo dobra perkusja. Dobrze, że dopiero po jakimś czasie, bo ja lubię takie konstrukcje. Wszystko tutaj brzmi perfekcyjnie.
Rzuciłem uchem z ciekawości na inny utwór TPS i też mi się podobało, więc album koniecznie do sprawdzenia.
Kangding Ray - nn/peaks
Dopóki Dragon wrzuca swoje instrumentalne, elektroniczne rzeczy, to mogę być spokojny. Dla laika jak ja to może wydawać się podobne do czegoś innego, mogę za powiedzmy miesiąc po tytule już nie pamiętać, co tu było grane. Ale nie zmienia to faktu, że jest to bardzo dobra muzyka. I postaram się nie dopuścić do tego, żeby przez miesiąc nie wracać. Szalenie podoba mi się przede wszystkim bas, który schodzi bardzo nisko do samego piekła. Pięknie wybija się na pierwszy plan ok. 2’25, gdy inne dźwięki ustępują mu pola. Lubię glitche, te wszystkie trzeszczące i rwane dźwięki. Natomiast te klawiszowe melodyjki pogrywające przez cały utwór mocno charakterem i brzmieniem kojarzą mi się z soundtrackiem do Alien Covenant, co od razu nadaje utworowi bardzo niepokojącego charakteru. Wygaszana stopniowo końcówka perfekcyjna. Tutaj też zapisuję sobie ten album w kolejce do sprawdzenia.
Georges Vert - Jovan Freak
No tutaj nie za wiele będę miał do powiedzenia. W sumie mógłbym się podpisać pod tym, co powiedział Hien. Utwór buja i nudzi jednocześnie. Nie nadaje się dla mnie do zasłuchiwania się wieczorami. Jednocześnie jak leci to przywodzi na myśl fajne skojarzenia. Utwór brzmi rzeczywiście jak czołówka jakiegoś amerykańskiego filmu/serialu. Coś podobnego do Flight Facilities - Foreign Language z bestki clipowej (podobnego w sensie filmu/serialu). Film koniecznie z akcją dziejącą się właśnie nad jakąś morską zatoką. W ogóle to jest to wrzutka stylistycznie bardzo podobna do wielu wrzutek Murzyna. Pod względem ogólnie pojętego vajbu. Gdybym kiedyś wreszcie stworzył murzynową playlistę do słuchania letnimi wieczorami na tarasie, to ten utwór mógłby się tam niepostrzeżenie wkręcić.
Moussa T - Horny 98
Utwór oczywiście znam, bo słyszałem tu i ówdzie wielokrotnie. Ale na pewno nie w South Parku, którego nigdy nie oglądałem. Widocznie to nie były moje czasy. Utwór w sumie mógłbym wrzucić do jednego worka z propozycją deva, czyli spoko sobie posłuchać jak leci, ale bez szans na głębszą przyjaźń. Wokalnie spoko, dobry bit, trąbki, zapamiętywalna melodia, ale to wszystko za mało, żeby mnie konkretnie zainteresować.
Po pierwszym przesłuchaniu myślałem, że to będzie kolejka na straty. Czasami tak mam i wtedy zostawiam to dajmy na to na dwa dni. Potem wracam i nagle to i owo zaskakuje, a nawet się dziwię, czemu nie zaskoczyło od pierwszego razu. W każdym razie propozycje Hiena i Dragona mocno mnie zaintrygowały, Sistars lekko zainteresowało, a utwory deva i Mentosa pozostawiły raczej niewzruszonym.
Sistars kojarzę, chociaż nie mogłem sobie przypomnieć żadnego utworu. Dla przypomnienia puściłem sobie Sutra i już byłem w domu. Nigdy nie słuchałem Sistars, bo przez całe życie po prostu nie słuchałem rnb. Ale od jakiegoś czasu lubię ten gatunek. I utwór nie jest zły. A nawet powiem, że jest całkiem dobry. Fajny bit w dobrym tempie. Podoba mi się bas, te zagrywki na czymś, co przypomina harfę, delikatne gitary, nawet smyki. Rytm całkiem dobrze buja. Brzmienie zatem jest w porządku. Kompozycja sama w sobie nienajgorsza. Bez szału może, ale jest ok. Trudno przejść natomiast obojętnie obok męskiego wokalu, który jest beznadziejny. Po co gość męczy nasze uszy swoim śpiewem, skoro nie ma za krzty głosu? Lepiej było oddać śpiewanie w całości siostrom Przybysz, a byłoby dużo lepiej.
The Postal Service – This Place Is a Prison
No ładny klimacik nam się zrobił. Jest mrocznie i ponuro, a ja to lubię. Nie przeszkadza mi mało piosenkowy format utworu, bo niektóre produkcje bronią się samym brzmieniem i kreowanym klimatem. Tutaj nawet wokalista świetnie się dostosował swoim głosem do aury. Słuchanie tego nocą na tyłach cmentarza rzeczywiście mogłoby być ciekawym doświadczeniem. Wolę słuchać muzyki w dzień, ale tutaj doskonale wyobrażam sobie słuchanie tego w warunkach nocnych. Brudne brzmienie od samego początku mnie rusza. Ten syntezator jest w pytę i rzeczywiście może przywodzić na myśl Radiohead, bo oni używają podobnych brzmień, co mi się szalenie podoba. Melodica robi robotę. Te cymbałkowate zagrywki mocno kojarzą mi się z albumem Brothel od Sundfor. Potem wchodzi bardzo dobra perkusja. Dobrze, że dopiero po jakimś czasie, bo ja lubię takie konstrukcje. Wszystko tutaj brzmi perfekcyjnie.
Rzuciłem uchem z ciekawości na inny utwór TPS i też mi się podobało, więc album koniecznie do sprawdzenia.
Kangding Ray - nn/peaks
Dopóki Dragon wrzuca swoje instrumentalne, elektroniczne rzeczy, to mogę być spokojny. Dla laika jak ja to może wydawać się podobne do czegoś innego, mogę za powiedzmy miesiąc po tytule już nie pamiętać, co tu było grane. Ale nie zmienia to faktu, że jest to bardzo dobra muzyka. I postaram się nie dopuścić do tego, żeby przez miesiąc nie wracać. Szalenie podoba mi się przede wszystkim bas, który schodzi bardzo nisko do samego piekła. Pięknie wybija się na pierwszy plan ok. 2’25, gdy inne dźwięki ustępują mu pola. Lubię glitche, te wszystkie trzeszczące i rwane dźwięki. Natomiast te klawiszowe melodyjki pogrywające przez cały utwór mocno charakterem i brzmieniem kojarzą mi się z soundtrackiem do Alien Covenant, co od razu nadaje utworowi bardzo niepokojącego charakteru. Wygaszana stopniowo końcówka perfekcyjna. Tutaj też zapisuję sobie ten album w kolejce do sprawdzenia.
Georges Vert - Jovan Freak
No tutaj nie za wiele będę miał do powiedzenia. W sumie mógłbym się podpisać pod tym, co powiedział Hien. Utwór buja i nudzi jednocześnie. Nie nadaje się dla mnie do zasłuchiwania się wieczorami. Jednocześnie jak leci to przywodzi na myśl fajne skojarzenia. Utwór brzmi rzeczywiście jak czołówka jakiegoś amerykańskiego filmu/serialu. Coś podobnego do Flight Facilities - Foreign Language z bestki clipowej (podobnego w sensie filmu/serialu). Film koniecznie z akcją dziejącą się właśnie nad jakąś morską zatoką. W ogóle to jest to wrzutka stylistycznie bardzo podobna do wielu wrzutek Murzyna. Pod względem ogólnie pojętego vajbu. Gdybym kiedyś wreszcie stworzył murzynową playlistę do słuchania letnimi wieczorami na tarasie, to ten utwór mógłby się tam niepostrzeżenie wkręcić.
Moussa T - Horny 98
Utwór oczywiście znam, bo słyszałem tu i ówdzie wielokrotnie. Ale na pewno nie w South Parku, którego nigdy nie oglądałem. Widocznie to nie były moje czasy. Utwór w sumie mógłbym wrzucić do jednego worka z propozycją deva, czyli spoko sobie posłuchać jak leci, ale bez szans na głębszą przyjaźń. Wokalnie spoko, dobry bit, trąbki, zapamiętywalna melodia, ale to wszystko za mało, żeby mnie konkretnie zainteresować.
Po pierwszym przesłuchaniu myślałem, że to będzie kolejka na straty. Czasami tak mam i wtedy zostawiam to dajmy na to na dwa dni. Potem wracam i nagle to i owo zaskakuje, a nawet się dziwię, czemu nie zaskoczyło od pierwszego razu. W każdym razie propozycje Hiena i Dragona mocno mnie zaintrygowały, Sistars lekko zainteresowało, a utwory deva i Mentosa pozostawiły raczej niewzruszonym.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Jutro rano raczej lecimy dalej
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
No dzień dobry
Goya - Niespodzianka 2002
(2002)
Tak jak wspominałem w mojej poprzedniej wrzutce moja muzyczna dedykacja spotkała się z czasem ze swego rodzaju odpowiedzią ale nie stało się to tak od razu. O ile mnie pamięć nie myli numer ten poznałem rok później a więc jesienią roku 2008 kiedy to już byłem po uszy zakochany w mojej przyjaciółce i zdaje się już po tym jak wyłożyłem karty na stół i przedstawiłem swoje nadzieje wobec tej relacji. Po odkryciu się ze swoimi uczuciami wobec niej nadszedł moment takiego zawieszenia w czasie i oczekiwania na ruch drugiej strony i zdaje się jakoś wtedy ten numer wypłynął od niej i - prawdę mówiąc - niczego mi nie ułatwił. Wszystko zrozumiecie jak już posłuchacie utworu i tekstu który pada w refrenie (w sumie to bardziej w pre-chorusie) a który wówczas pozwalał mi mieć nadzieję że ta relacja przerodzi się jednak w coś głębszego. Ostatecznie tak się nie stało, być może ten numer to był nieprzemyślany ruch z jej strony i ogólnikowo chciała dać mi do zrozumienia że jestem jej bliski i dlatego ten utwór jej się tak kojarzył no ale moim zdaniem w utworze mowa chyba o bliższej relacji.
Czy coś mogę o samym utworze opowiedzieć poza tym tłem? No chyba to że w sumie kiedyś bym może nie przypuszczał że znajdzie się jakiś numer zespołu Goya który zagości w mojej pamięci i trafi do bestki życia ale tak jednak jest, lubię go i mam sentyment. Podsyłam Wam Niespodziankę w wersji 2002 tak jak ją poznałem (numer oryginalnie jest bodajże z 1998 roku i był wtedy zaaranżowany akustycznie na gitarę jedynie). Jest to trochę taki przytulny, kominkowy pop, nieco w stylu niektórych produkcji Smolika bym powiedział. Mamy lekki bicik, dźwięczne klawisze, gitarę akustyczną i smyczki. Osobiście najbardziej lubię gdy w refrenie te klawisze brzmią coś jakby tło pod plansze z prognozą pogody na TVN Meteo czy coś xD przyjemny polski pop wczesnych lat zerowych, numer ten nie był singlem ale myślę że spokojnie mógłby nim być. Mam jak widać sentyment do takich deep cutów i kilka z nich nadal w zanadrzu.
https://youtu.be/6PqlJdqsi-I?si=qe6eN3rUlC3tRmKh
Goya - Niespodzianka 2002
(2002)
Tak jak wspominałem w mojej poprzedniej wrzutce moja muzyczna dedykacja spotkała się z czasem ze swego rodzaju odpowiedzią ale nie stało się to tak od razu. O ile mnie pamięć nie myli numer ten poznałem rok później a więc jesienią roku 2008 kiedy to już byłem po uszy zakochany w mojej przyjaciółce i zdaje się już po tym jak wyłożyłem karty na stół i przedstawiłem swoje nadzieje wobec tej relacji. Po odkryciu się ze swoimi uczuciami wobec niej nadszedł moment takiego zawieszenia w czasie i oczekiwania na ruch drugiej strony i zdaje się jakoś wtedy ten numer wypłynął od niej i - prawdę mówiąc - niczego mi nie ułatwił. Wszystko zrozumiecie jak już posłuchacie utworu i tekstu który pada w refrenie (w sumie to bardziej w pre-chorusie) a który wówczas pozwalał mi mieć nadzieję że ta relacja przerodzi się jednak w coś głębszego. Ostatecznie tak się nie stało, być może ten numer to był nieprzemyślany ruch z jej strony i ogólnikowo chciała dać mi do zrozumienia że jestem jej bliski i dlatego ten utwór jej się tak kojarzył no ale moim zdaniem w utworze mowa chyba o bliższej relacji.
Czy coś mogę o samym utworze opowiedzieć poza tym tłem? No chyba to że w sumie kiedyś bym może nie przypuszczał że znajdzie się jakiś numer zespołu Goya który zagości w mojej pamięci i trafi do bestki życia ale tak jednak jest, lubię go i mam sentyment. Podsyłam Wam Niespodziankę w wersji 2002 tak jak ją poznałem (numer oryginalnie jest bodajże z 1998 roku i był wtedy zaaranżowany akustycznie na gitarę jedynie). Jest to trochę taki przytulny, kominkowy pop, nieco w stylu niektórych produkcji Smolika bym powiedział. Mamy lekki bicik, dźwięczne klawisze, gitarę akustyczną i smyczki. Osobiście najbardziej lubię gdy w refrenie te klawisze brzmią coś jakby tło pod plansze z prognozą pogody na TVN Meteo czy coś xD przyjemny polski pop wczesnych lat zerowych, numer ten nie był singlem ale myślę że spokojnie mógłby nim być. Mam jak widać sentyment do takich deep cutów i kilka z nich nadal w zanadrzu.
https://youtu.be/6PqlJdqsi-I?si=qe6eN3rUlC3tRmKh
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
No witam.
The Smashing Pumpkins - Eye (1997)
A więc... Porzucam disco klimat Cate Brooks, który widzę przyjął się pół na pół (bardziej nawet nie, a bardziej po prostu meh), no ale to moja bestka, mnie ten numer buja. Podobnie jak i ten, który wrzucam w tej chwili. The Smashing Pumpkins jest w powszechnym odbiorze raczej mało kojarzone z muzyką inną niż gitarową (a warto moim zdaniem poznać ich mniej "oczywistą" stronę, kilka takich numerów było...), więc jeśli ktoś, kto z reguły piłuje wiosła nagrywa numer, który brzmi wręcz jak chillowy trip-hop, no to chyba oczywiste, że ja taki właśnie numer zapodam.
The Smashing Pumpkins znałem ze słyszenia od przynajmniej 2004 roku (moje wielkie oglądanie stacji muzycznych, zawsze jakieś wideo poleciało), głos Billy'ego Corgana przypominający nieco wykastrowanego Sumnera (trivia, na Get Ready od New Order jest piosenka, gdzie Corgan użycza swojego wokalu) szybko stał się dla mnie czymś łatwo rozpoznawalnym, więc często wyłapywałem Dynie z przestrzeni np. radiowej (nieodżałowana Eska Rock) stosunkowo szybko. Z tym, że niespecjalnie mnie one grzały. Kiedy w 2006 roku pierwszy raz obejrzałem Zagubioną Autostradę, a więc film, który uchodzi za lynchowe opus magnum (osobiście uważam, że Mulholland Drive jest lepsze), kawałek ten kompletnie przeleciał mi koło ucha. Film zresztą przeleciał mi koło oka, myślę, że było dla mnie na niego trochę za wcześnie. I podobnie z The Smashing Pumpkins - pomogło wspominane często zwłaszcza przez Murzyńskiego... GTAIV. Otóż tam, na stacji radiowej Liberty Rock Radio leciał utwór 1979 w wykonaniu Corgana i spółki. Ja się w GTAIV zakochałem niemal od pierwszego wejrzenia, podobnie zresztą w tej stacji, która jako jedyna była dla mnie słuchalna od początku do końca (poza talk showami, które w uniwersum GTA wprost uwielbiam). 1979 szybko stało się jednym z moich ulubionych kawałków. A jak się jeszcze do tego doda fakt, iż w IV odsłonę rozjeżdżania przechodniów grałem ostro latem 2009, gdzie jesieni tego samego roku odświeżyłem sobie Lost Highway wraz z soundtrackiem... Szybko zassałem bestkę Dyń i przynajmniej do lata 2011 często ją kręciłem w odtwarzaczu. Pomagał fakt, że kilkoro moich znajomych z uczelni było ich srogimi fanami, więc sprzedawali mi kolejne utwory i całe albumy. Przyznam szczerze, że AŻ TAK mnie nie wessało, ale mam kilka swoich all-time-favourites nawet, jeśli pokrywają się one z ich najbardziej znanymi kawałkami (no, ale kto nie lubi Bullet With Butterfly Wings?). W ogóle czemu wspomniałem szczególnie o OST do owego filmu Lyncha? No bo Eye zostało nagrane ekskluzywnie na soundtrack do tegoż filmu (utwór leci zresztą w fajnej scenie, ale nie będę spoilował). Był czas, że słuchałem na zapętleniu tylko jego i mi się w ogóle nie nudził, zwłaszcza outro z doskonałym wprost klawiszem i tym coraz bardziej agresywnym głosem Corgana (choć Corgan nie potrafi brzmieć agresywnie w przekonujący sposób z tym głosem, bardziej jak... Corgi). I tak się składa, że TSP najczęściej wjeżdża na mój odtwarzacz w okolicach końca sierpnia. Więc chyba trafiłem?
Zdaję sobie sprawę, że parę osób tutaj może stwierdzić "eee meh, mógł wrzucić coś innego", tak, wiem, mają inne numery, które też są dobre (może nawet lepsze, nie przeczę), choćby wspomniane przeze mnie 1979, od którego jeszcze bije taka skrajna późnoletnia melancholia, i w ogóle kawałek mi się nostalgicznie kojarzy, no ale jeśli dev może zapodać coś z elektroniką, to bez wątpienia to zrobi. W ogóle polecam sam film, i oczywiście jego OST - wyprodukowany przez Trenta Reznora kipi od fantastycznej muzyki. Dynie się wliczają.
https://www.youtube.com/watch?v=kmqS01NMips
The Smashing Pumpkins - Eye (1997)
A więc... Porzucam disco klimat Cate Brooks, który widzę przyjął się pół na pół (bardziej nawet nie, a bardziej po prostu meh), no ale to moja bestka, mnie ten numer buja. Podobnie jak i ten, który wrzucam w tej chwili. The Smashing Pumpkins jest w powszechnym odbiorze raczej mało kojarzone z muzyką inną niż gitarową (a warto moim zdaniem poznać ich mniej "oczywistą" stronę, kilka takich numerów było...), więc jeśli ktoś, kto z reguły piłuje wiosła nagrywa numer, który brzmi wręcz jak chillowy trip-hop, no to chyba oczywiste, że ja taki właśnie numer zapodam.
The Smashing Pumpkins znałem ze słyszenia od przynajmniej 2004 roku (moje wielkie oglądanie stacji muzycznych, zawsze jakieś wideo poleciało), głos Billy'ego Corgana przypominający nieco wykastrowanego Sumnera (trivia, na Get Ready od New Order jest piosenka, gdzie Corgan użycza swojego wokalu) szybko stał się dla mnie czymś łatwo rozpoznawalnym, więc często wyłapywałem Dynie z przestrzeni np. radiowej (nieodżałowana Eska Rock) stosunkowo szybko. Z tym, że niespecjalnie mnie one grzały. Kiedy w 2006 roku pierwszy raz obejrzałem Zagubioną Autostradę, a więc film, który uchodzi za lynchowe opus magnum (osobiście uważam, że Mulholland Drive jest lepsze), kawałek ten kompletnie przeleciał mi koło ucha. Film zresztą przeleciał mi koło oka, myślę, że było dla mnie na niego trochę za wcześnie. I podobnie z The Smashing Pumpkins - pomogło wspominane często zwłaszcza przez Murzyńskiego... GTAIV. Otóż tam, na stacji radiowej Liberty Rock Radio leciał utwór 1979 w wykonaniu Corgana i spółki. Ja się w GTAIV zakochałem niemal od pierwszego wejrzenia, podobnie zresztą w tej stacji, która jako jedyna była dla mnie słuchalna od początku do końca (poza talk showami, które w uniwersum GTA wprost uwielbiam). 1979 szybko stało się jednym z moich ulubionych kawałków. A jak się jeszcze do tego doda fakt, iż w IV odsłonę rozjeżdżania przechodniów grałem ostro latem 2009, gdzie jesieni tego samego roku odświeżyłem sobie Lost Highway wraz z soundtrackiem... Szybko zassałem bestkę Dyń i przynajmniej do lata 2011 często ją kręciłem w odtwarzaczu. Pomagał fakt, że kilkoro moich znajomych z uczelni było ich srogimi fanami, więc sprzedawali mi kolejne utwory i całe albumy. Przyznam szczerze, że AŻ TAK mnie nie wessało, ale mam kilka swoich all-time-favourites nawet, jeśli pokrywają się one z ich najbardziej znanymi kawałkami (no, ale kto nie lubi Bullet With Butterfly Wings?). W ogóle czemu wspomniałem szczególnie o OST do owego filmu Lyncha? No bo Eye zostało nagrane ekskluzywnie na soundtrack do tegoż filmu (utwór leci zresztą w fajnej scenie, ale nie będę spoilował). Był czas, że słuchałem na zapętleniu tylko jego i mi się w ogóle nie nudził, zwłaszcza outro z doskonałym wprost klawiszem i tym coraz bardziej agresywnym głosem Corgana (choć Corgan nie potrafi brzmieć agresywnie w przekonujący sposób z tym głosem, bardziej jak... Corgi). I tak się składa, że TSP najczęściej wjeżdża na mój odtwarzacz w okolicach końca sierpnia. Więc chyba trafiłem?
Zdaję sobie sprawę, że parę osób tutaj może stwierdzić "eee meh, mógł wrzucić coś innego", tak, wiem, mają inne numery, które też są dobre (może nawet lepsze, nie przeczę), choćby wspomniane przeze mnie 1979, od którego jeszcze bije taka skrajna późnoletnia melancholia, i w ogóle kawałek mi się nostalgicznie kojarzy, no ale jeśli dev może zapodać coś z elektroniką, to bez wątpienia to zrobi. W ogóle polecam sam film, i oczywiście jego OST - wyprodukowany przez Trenta Reznora kipi od fantastycznej muzyki. Dynie się wliczają.
https://www.youtube.com/watch?v=kmqS01NMips
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
no cze
Czerwone Świnie - Parafiańszczyzna (2019)
Czerwone Świnie, czyli teatr w zderzeniu z punkową energią. Na pokładzie przedstawiciele różnych środowisk, ale mnie najbardziej interesują dwa oczywiste nazwiska związane ze sceną - Monika Strzępka i Paweł Demirski. Ona reżyseruje, on odpowiada za dramaturgię. Dzisiaj można powiedzieć, że już po wszystkim. Duet się rozszedł, ale przez wiele lat stanowili jeden z najpotężniejszych tandemów w polskim teatrze. Obecnie Demirski realizuje się jako scenarzysta w branży filmowej. Strzępka mogła się niektórym uważniej czytającym kulturalne rubryki w ogólnopolskich bulwarówkach obić o oczy i uszy jakiś czas temu. Trwa na stanowisku dyrektorki warszawskiego Teatru Dramatycznego, który za jej rządów wyraźnie skręcił w stronę miejsca inkluzywnego, podprządkowanego tematyce problemów współczeności i feminizmu. Teoretycznie zarządza w pojedynkę, ale porządku pilnuje tak naprawdę Dramatyczny Kolektyw, w którego skład wchodzi wiele fantastycznych pedagożek teatru. Artystycznie sztos, tylko te ceny biletów... Władza centralna miała problem, ale Moniki nie da się wykurzyć na podstawie prawicowego widzimisię. Za jakiś czas szykuje się premiera spektaklu opartego na dość specyficznej książce Szpili właśnie pod reżyserką opieką Strzępki. Parę lat wcześniej razem ze swoim towarzyszem i pozostałymi zaproszonymi muzykami ruszyła w krótką podróż po muzycznym świecie.
Zaczęli jeszcze przed właściwym startem. Czerwone Świnie objawiły się światu przy okazji serialu TVP Artyści (2016), za który odpowiadali Strzępka i Demirski. Potem ruszyła skromna maszyna koncertowa, pojawili się na Openerze. W 2019 roku wyszła debiutancka płyta Basta dziwko, do października grali koncerty, a potem temat ucichł. Być może kiedyś wrócą do tego projektu, choć nie widzę na to zbyt dużych szans. Teraz funkcjonują w równoległych rzeczywistościach artystycznych. Nie ukrywam, że serial mocno pomógł w przyjrzeniu się bliżej Czerwonym Świniom. Oglądałem go razem z przyjaciółką za pośrednictwem pewnej witryny. Do muzyki siadłem już w pojedynkę. Wiedziałem z opisów, że to muzyka o wyrazistym punkowym charakterze, ale obawiałem się jakiegoś udawania i przerysowania. Nic bardziej mylnego. Cała płyta trwa lekko ponad pół godzinki. Zawiera to, czego można się spodziewać. Mnie wzięły przede wszystkim teksty - jednocześnie szczere, prostolinijne, a przy tym ujmujące wiele zagadnień z bliskiej mi lewicowej perspektywy. Pierwszy był Debil chyba jeszcze jako polecajka od znajomych. Do dzisiaj całość odbieram ze sporą sympatią, choć najchętniej wracam do trzech strzałów. Dobre są Zaleszany z bardzo mocnym tekstem idącym na dwóch planach - współczesnego obrazu nacjolstwa i relacji z miejsca zbrodni popełnionej przez zbrojne podziemie na Białorusinach w Zaleszanach. Jest też Słowo o Jakubie Szeli, zbudowane na dialogu Szeli z Jezusem i refleksjach ogólnych nt. powodów rabacji galicyjskiej, tak myślę. Wybieram jednak Parafiańszczyznę, czyli krótką rozprawę z zaściankiem i kościółkową hipokryzją ludożerki. Może być dobrym wprowadzeniem dla tych, u których zaskoczy. Lubię spokojnie narastające zwrotki z dość chwytliwymi linjkami prowadzące do manifestowego refrenu. Nie jest aż tak ostro jak w innych miejscach płyty, przyjemne są te riffy. Niby na wokalu jest Strzępka, ale coś mi podpowiada, że jej głos uległ lekkim modyfikacjom albo ja czegoś po prostu nie wiem. Mniejsza, to naprawdę dobry kawałek.
Chodźcie ze mną wyznać pewien kłopot związany z naszym krajem.
https://www.youtube.com/watch?v=mTh8EVmv7M0
Czerwone Świnie - Parafiańszczyzna (2019)
Czerwone Świnie, czyli teatr w zderzeniu z punkową energią. Na pokładzie przedstawiciele różnych środowisk, ale mnie najbardziej interesują dwa oczywiste nazwiska związane ze sceną - Monika Strzępka i Paweł Demirski. Ona reżyseruje, on odpowiada za dramaturgię. Dzisiaj można powiedzieć, że już po wszystkim. Duet się rozszedł, ale przez wiele lat stanowili jeden z najpotężniejszych tandemów w polskim teatrze. Obecnie Demirski realizuje się jako scenarzysta w branży filmowej. Strzępka mogła się niektórym uważniej czytającym kulturalne rubryki w ogólnopolskich bulwarówkach obić o oczy i uszy jakiś czas temu. Trwa na stanowisku dyrektorki warszawskiego Teatru Dramatycznego, który za jej rządów wyraźnie skręcił w stronę miejsca inkluzywnego, podprządkowanego tematyce problemów współczeności i feminizmu. Teoretycznie zarządza w pojedynkę, ale porządku pilnuje tak naprawdę Dramatyczny Kolektyw, w którego skład wchodzi wiele fantastycznych pedagożek teatru. Artystycznie sztos, tylko te ceny biletów... Władza centralna miała problem, ale Moniki nie da się wykurzyć na podstawie prawicowego widzimisię. Za jakiś czas szykuje się premiera spektaklu opartego na dość specyficznej książce Szpili właśnie pod reżyserką opieką Strzępki. Parę lat wcześniej razem ze swoim towarzyszem i pozostałymi zaproszonymi muzykami ruszyła w krótką podróż po muzycznym świecie.
Zaczęli jeszcze przed właściwym startem. Czerwone Świnie objawiły się światu przy okazji serialu TVP Artyści (2016), za który odpowiadali Strzępka i Demirski. Potem ruszyła skromna maszyna koncertowa, pojawili się na Openerze. W 2019 roku wyszła debiutancka płyta Basta dziwko, do października grali koncerty, a potem temat ucichł. Być może kiedyś wrócą do tego projektu, choć nie widzę na to zbyt dużych szans. Teraz funkcjonują w równoległych rzeczywistościach artystycznych. Nie ukrywam, że serial mocno pomógł w przyjrzeniu się bliżej Czerwonym Świniom. Oglądałem go razem z przyjaciółką za pośrednictwem pewnej witryny. Do muzyki siadłem już w pojedynkę. Wiedziałem z opisów, że to muzyka o wyrazistym punkowym charakterze, ale obawiałem się jakiegoś udawania i przerysowania. Nic bardziej mylnego. Cała płyta trwa lekko ponad pół godzinki. Zawiera to, czego można się spodziewać. Mnie wzięły przede wszystkim teksty - jednocześnie szczere, prostolinijne, a przy tym ujmujące wiele zagadnień z bliskiej mi lewicowej perspektywy. Pierwszy był Debil chyba jeszcze jako polecajka od znajomych. Do dzisiaj całość odbieram ze sporą sympatią, choć najchętniej wracam do trzech strzałów. Dobre są Zaleszany z bardzo mocnym tekstem idącym na dwóch planach - współczesnego obrazu nacjolstwa i relacji z miejsca zbrodni popełnionej przez zbrojne podziemie na Białorusinach w Zaleszanach. Jest też Słowo o Jakubie Szeli, zbudowane na dialogu Szeli z Jezusem i refleksjach ogólnych nt. powodów rabacji galicyjskiej, tak myślę. Wybieram jednak Parafiańszczyznę, czyli krótką rozprawę z zaściankiem i kościółkową hipokryzją ludożerki. Może być dobrym wprowadzeniem dla tych, u których zaskoczy. Lubię spokojnie narastające zwrotki z dość chwytliwymi linjkami prowadzące do manifestowego refrenu. Nie jest aż tak ostro jak w innych miejscach płyty, przyjemne są te riffy. Niby na wokalu jest Strzępka, ale coś mi podpowiada, że jej głos uległ lekkim modyfikacjom albo ja czegoś po prostu nie wiem. Mniejsza, to naprawdę dobry kawałek.
Chodźcie ze mną wyznać pewien kłopot związany z naszym krajem.
https://www.youtube.com/watch?v=mTh8EVmv7M0