Best of Forum VII
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Wow, doceniam numer, który naprawdę mi się spodobał, ale widzę, że nie można było się nie zesrać...mintaj pisze: Jak widzę takie tejki, to wici opadają i nie tylko w zabawach nie chce się brać udziału...
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
No oczywiście że nie
Nie byłoby tego dziwnego stwierdzenia o kijach w d-moll, to nie byłoby mojej reakcji
Nie byłoby tego dziwnego stwierdzenia o kijach w d-moll, to nie byłoby mojej reakcji
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
ej nie każda odpowiedź to jest zesranie, proszę nie robić tu Hiena kolejnego
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Flume & Chet Faker What About Us
Całkiem niezłe, tylko przez większość czasu nic się nie dzieje. Podobnie zblazowany klimacik jak w poprzedniej wrzutce. Może nawet trochę bardziej surowy, a jednocześnie wyraźniej dubowy. Ten specyficzny chłód bijący z bitu nie pasuje mi pod fragmentaryczne wczuty w stylu feelsy rozmaite. Najlepszy jest instrumental, choć naprawdę połowa numeru to czekanie (chuć wie na co). Przyjemny rozbujany początek, potem fragmenty z ciężko wchodzącym fortepianowym dźwiękiem miodzio, robi się przewiew. Solówka pod koniec nie robi też nic, generalnie trochę za bardzo przespany. Rytm nawet prędzej usypiający niż wprowadzający w trans. Flume się dopiero rozkręcał. Śpiewający ziomek również. Może i w jego repertuarze warto pogrzebać przy czymś świeższym?
Twice A Man Simple Patterns
Ostatnio jakoś nie mam serca do własnych korków i zaklepanych rekomendacji na potem, ale wciąż mam kontakt ze swoimi wieloletnimi znajomymi od rekomendacji. Co innego np. z moim dawnym przyjacielem A., który wielokrotnie zresztą pojawiał się jako zakamuflowany bohater moich wpisów. W pewnym momencie żywota tez był zafiksowany na punkcie EBM, pochodnych czy electronic new wave w tym stylu. Mnie takim numerom brakuje lekkości i wyrazistości. Trochę bardziej artystyczne, przekombinowane, tutaj nakładane brzmienia, jakieś mostki - kompletnie zbędna nadbudowa nieciekawej melodii, ni to industrial, ni coldwave, ni prog sekwencyjne nakładki. Za długie, urywa się też od czapy. Podobne wrażenia jak przy okazji słuchania kopistów TD z tej epoki, tyle że przekładamy do skojarzenie na klasykę synthpopu, pierwszoligowy new wave czy p r o g r e s y w n y pop bogato aranżowany i rozbudowany zgrabniej. Groch z kapuchą, ja nie lubię.
Unconditional Russian Groove
Przedstawiciel gatunku chamskiego densu, którego słuchania do dzisiaj się wstydzę, choć najczęściej robiłem to nieświadomie, będąc szczylem te 17-20 lat temu. Fajne są tylko saw basowe wwiercenia (które potem np. wykorzystywali Alchemist Projekt i scena densowa w PL kilka lat później), cała reszta to jest klisza na kliszy, jakieś takie romansowanie Wschodu, brr, aż mnie mierzi. Te wszystkie Kanikuły, Ruskie Hardbassy, tego typu propozycje... że ten Daddy DJ tam się uchował, wypada jak wysokojakościowy produkt w porównaniu do. Śpiewy o bałałajce, hmm... brakuje tylko wódeczka git, katiusza, śmiesznego tańca kucanego jako klip zrobiony w Movie Makerze i foteczek z pijanym Jelcynem. Nu pagadi, do dupy z takim graniem! Dodam, że Radio Deejay to jest włoska stacja radiowa... więc może tym tropem warto prześledzić archiwa? Trudno wymyślić jakiś punkt zaczepienia, szczególnie jeśli C h o m i k nie wypluwa żadnych wyników, ale tam też zawsze warto sprawdzić.
Krzysztof Komeda Astigmatic
Muzyka, co do której opisu albo należy uciekać w osobiste nieczytelne impresje emocji albo polegać na sile intuicji, improwizacji i odkodowania wątków, tematów, atmosfery. Twórczość Komedy znam w skromnym stopniu, ale na pełne Astigmatic zdecydowałem się już dobre kilka lat temu. RYM podpowiada, że ten utwór najmniej przypadł mi do gustu... no i w sumie wciąż może tak być. Z drugiej strony wystarczyły mi dwa odsłuchy tytułowego grania, by spokojnie na kolejne lata nie słuchać, więc nawet nie próbuję wciskać kitu, że w najbliższym czasie i przy kolejnej podróży. Zresztą, słuchając za pierwszym razem w pociągu pod koniec zacząłem dostawać pełnoprawnej kurwicy. To trudna muzyka. Jest w pewnym stopniu uporządkowana, a jednocześnie sprawia wrażenie bardzo luźno spiętego materiału. Ekspresyjne solówki, daleki dystans między konkretnymi motywami, wreszcie ich charakter - albo taki surowy mroczny muł albo depresja albo trudna do zidentyfikowania energia. W przeciwieństwie do całej reszty kolejki lepiej słuchać w pełnym skupieniu, najlepiej w ogóle tylko raz. Wraz z wjazdem solowej perkusji już kompletnie gubię uwagę i emocjonalną więź, potem na szczęście znów jest punkt zaczepienia. Wolę czytelniejsze historie wielowymiarowe niż techniczne demonstracje, dlatego bezpieczne uznanie z małym 'ale' zamiast pokłonów.
Halou Arrhytmia
Niezdecydowana Bjórk w domu. Political nie pamiętam - widzę po swojej notce, że lekko nie było. Tutaj przyjemne skojarzenie z Homogenic. Poważniejsze tło za elektronicznym efekciarstwem, punktowym bitem jak z modulara. Pianinko jak u Roberta Milesa i może to budzi we mnie taki dysonans poznawczy. Budżetowe rozwiązania, próba budowania melodramatu, koniec końców całość brzmi okej, ale przez te ćwierkania i powtarzane 'too much, too much' idzie jak po grudzie. W tym nie do końca dokładnie wyartykułowanym śpiewaniu jest coś z Bjork, serio. Niejednoznaczna wrzutka. Nadmiar świstów trochę irytuje, lepiej pasowałoby do IDM/ambientów niż popu w takiej ilości. Ty, no nie wiem/10
Wyjątkowo ciężkostrawna kolejka. Do brzegu
Całkiem niezłe, tylko przez większość czasu nic się nie dzieje. Podobnie zblazowany klimacik jak w poprzedniej wrzutce. Może nawet trochę bardziej surowy, a jednocześnie wyraźniej dubowy. Ten specyficzny chłód bijący z bitu nie pasuje mi pod fragmentaryczne wczuty w stylu feelsy rozmaite. Najlepszy jest instrumental, choć naprawdę połowa numeru to czekanie (chuć wie na co). Przyjemny rozbujany początek, potem fragmenty z ciężko wchodzącym fortepianowym dźwiękiem miodzio, robi się przewiew. Solówka pod koniec nie robi też nic, generalnie trochę za bardzo przespany. Rytm nawet prędzej usypiający niż wprowadzający w trans. Flume się dopiero rozkręcał. Śpiewający ziomek również. Może i w jego repertuarze warto pogrzebać przy czymś świeższym?
Twice A Man Simple Patterns
Ostatnio jakoś nie mam serca do własnych korków i zaklepanych rekomendacji na potem, ale wciąż mam kontakt ze swoimi wieloletnimi znajomymi od rekomendacji. Co innego np. z moim dawnym przyjacielem A., który wielokrotnie zresztą pojawiał się jako zakamuflowany bohater moich wpisów. W pewnym momencie żywota tez był zafiksowany na punkcie EBM, pochodnych czy electronic new wave w tym stylu. Mnie takim numerom brakuje lekkości i wyrazistości. Trochę bardziej artystyczne, przekombinowane, tutaj nakładane brzmienia, jakieś mostki - kompletnie zbędna nadbudowa nieciekawej melodii, ni to industrial, ni coldwave, ni prog sekwencyjne nakładki. Za długie, urywa się też od czapy. Podobne wrażenia jak przy okazji słuchania kopistów TD z tej epoki, tyle że przekładamy do skojarzenie na klasykę synthpopu, pierwszoligowy new wave czy p r o g r e s y w n y pop bogato aranżowany i rozbudowany zgrabniej. Groch z kapuchą, ja nie lubię.
Unconditional Russian Groove
Przedstawiciel gatunku chamskiego densu, którego słuchania do dzisiaj się wstydzę, choć najczęściej robiłem to nieświadomie, będąc szczylem te 17-20 lat temu. Fajne są tylko saw basowe wwiercenia (które potem np. wykorzystywali Alchemist Projekt i scena densowa w PL kilka lat później), cała reszta to jest klisza na kliszy, jakieś takie romansowanie Wschodu, brr, aż mnie mierzi. Te wszystkie Kanikuły, Ruskie Hardbassy, tego typu propozycje... że ten Daddy DJ tam się uchował, wypada jak wysokojakościowy produkt w porównaniu do. Śpiewy o bałałajce, hmm... brakuje tylko wódeczka git, katiusza, śmiesznego tańca kucanego jako klip zrobiony w Movie Makerze i foteczek z pijanym Jelcynem. Nu pagadi, do dupy z takim graniem! Dodam, że Radio Deejay to jest włoska stacja radiowa... więc może tym tropem warto prześledzić archiwa? Trudno wymyślić jakiś punkt zaczepienia, szczególnie jeśli C h o m i k nie wypluwa żadnych wyników, ale tam też zawsze warto sprawdzić.
Krzysztof Komeda Astigmatic
Muzyka, co do której opisu albo należy uciekać w osobiste nieczytelne impresje emocji albo polegać na sile intuicji, improwizacji i odkodowania wątków, tematów, atmosfery. Twórczość Komedy znam w skromnym stopniu, ale na pełne Astigmatic zdecydowałem się już dobre kilka lat temu. RYM podpowiada, że ten utwór najmniej przypadł mi do gustu... no i w sumie wciąż może tak być. Z drugiej strony wystarczyły mi dwa odsłuchy tytułowego grania, by spokojnie na kolejne lata nie słuchać, więc nawet nie próbuję wciskać kitu, że w najbliższym czasie i przy kolejnej podróży. Zresztą, słuchając za pierwszym razem w pociągu pod koniec zacząłem dostawać pełnoprawnej kurwicy. To trudna muzyka. Jest w pewnym stopniu uporządkowana, a jednocześnie sprawia wrażenie bardzo luźno spiętego materiału. Ekspresyjne solówki, daleki dystans między konkretnymi motywami, wreszcie ich charakter - albo taki surowy mroczny muł albo depresja albo trudna do zidentyfikowania energia. W przeciwieństwie do całej reszty kolejki lepiej słuchać w pełnym skupieniu, najlepiej w ogóle tylko raz. Wraz z wjazdem solowej perkusji już kompletnie gubię uwagę i emocjonalną więź, potem na szczęście znów jest punkt zaczepienia. Wolę czytelniejsze historie wielowymiarowe niż techniczne demonstracje, dlatego bezpieczne uznanie z małym 'ale' zamiast pokłonów.
Halou Arrhytmia
Niezdecydowana Bjórk w domu. Political nie pamiętam - widzę po swojej notce, że lekko nie było. Tutaj przyjemne skojarzenie z Homogenic. Poważniejsze tło za elektronicznym efekciarstwem, punktowym bitem jak z modulara. Pianinko jak u Roberta Milesa i może to budzi we mnie taki dysonans poznawczy. Budżetowe rozwiązania, próba budowania melodramatu, koniec końców całość brzmi okej, ale przez te ćwierkania i powtarzane 'too much, too much' idzie jak po grudzie. W tym nie do końca dokładnie wyartykułowanym śpiewaniu jest coś z Bjork, serio. Niejednoznaczna wrzutka. Nadmiar świstów trochę irytuje, lepiej pasowałoby do IDM/ambientów niż popu w takiej ilości. Ty, no nie wiem/10
Wyjątkowo ciężkostrawna kolejka. Do brzegu
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Flume & Chet Faker - What About Us
Zacznę od minusów, żeby było z bani. Średnio mi siedzi ten miauczący wokal. Dopiero w mostku, wchodzi coś normalnego i tu już jest lepiej. Poza tym, szkieletem jest dosyć taka sobie piosenka, czy po prostu mnie nie podchodzi jakoś szczególnie, ale też nie jest aż tak źle. Retro produkcja powinna mnie odrzucić, ale nie odrzuca, wręcz mi się podoba to, jak to zrealizowano. Aranżacja, syntezatory, itd., też mi się podobają, więc ostatecznie, jako całość, numer się u mnie broni, bo po prostu plusy przesłaniają minusy w sposób decydujący. Fajna rzecz.
Kasia Kowalska - Straciłam swój rozsądek
Lubie Kowalską, może nie tak na poziomie fanowskim, bo chyba nie przesłuchałem żadnej jej płyty w całości (i chyba zrobiłem błąd), ale po prostu ona zawsze była gdzieś w tle, zwłaszcza kiedy dorastałem w latach 90. Tacy wykonawcy jak Kowalska byli wtedy u nas ważni, bo cały czas ścigaliśmy się z zachodem, musieliśmy mieć polskie odpowiedniki każdego zachodniego trendu, a Kowalska odhaczała zdecydowanie więcej boksów, niż musiała, bo była nie tylko skuteczną wersją czegoś „w domu”, ale po prostu była dobra i była jakaś, podobnie jak Lipnicka, Bartosiewicz, czy kolejne wokalistki Varius Manx. Koniec lat 90, to był też w polskim popie/rock-popie, czas na trochę mroczniejsze rzeczy. Nawet De Mono inspirowało się „Ultrą” na „Paparazzi”, a Kowalska znana jest z tego, że jest fanką DM, więc i ona popuściła trochę mroku, czego ten kawałek, między innymi, jest świadectwem. Bardzo spoko utwór, bardzo fajnie zrealizowany i brzmiący, z naprawdę zajebistym wokalem Kowalskiej.
Unconditional - Russian Groove
O prostytutka, Musiał xD Pamiętam, jak około 2003 r., na chwilę przed premierę, mój dobry ziom, ogarnął na rynku „Meteorę” Linkin Park. Dzwoni do mnie i mówi „stary, ale gówno, to jest oszukane, posłuchaj” i puszcza mi to
https://youtu.be/MSeCpKKa7-M?list=RDMSeCpKKa7-M
Obaj określiliśmy numer jako „ruskie gówno”, więc w zasadzie od razu miałem to skojarzenie kiedy włączyłem numer od Musiała. No i jest to ruskie gówno, mimo że z Włoch. Niemniej, mam sentyment do takich shitów, bo było tego wtedy pełno, to był white noise tamtych czasów. Gdybym miał to na sucho oceniać, to oczywiście jest to gówno, a do tego kolejna rusko-brzmiąca wrzuta w czasach, kiedy miałoby się ochotę zrzucić na ten kraj bombę. Na morko, to nawet się uśmiechnąłem. To zdecydowanie jest coś, co by mogło lecieć podczas samochodowych tripów, obok Daddy DJ, Kubik – Kubiko, czy David On Liquid. I fajnie.
Krzysztof Komeda - Astigmatic
No i teraz rozmawiamy. Nie czytałem recenzji innych, więc nie wiem o co dokładnie poszedł wysryw, i mnie to nie za bardzo interesuje. Jako osoba lubująca się w jazzie, cieszę się za każdym razem kiedy ktoś wrzuca do tej zabawy jazz. Pisząc ktoś, mam oczywiście na myśli Sebę, człowieka kultury. Aktualnie mam raczej tematyczną 25tkę, która wyklucza jazz, ale jesienią spuszczę to ciśnienie i wszyscy z Was, którzy nie trawią jazzu, będą go słuchać przez jakiś miesiąc non stop. Wychodzę na typa zbiasowanego i łykającego wszystko jazzowe, nie mam z tym problemu. No kurde, to jest Komeda, a skład muzyków budzi szacunek nawet u tych, którzy mają średnie pojęcia na temat grajdoła. Jest to żywy jazz, co stanowi fajną odmianę dla dark jazzu, którego ostatnio słucham. Perkusja chodzi. Mój dobry ziom, który średnio lubi jazz, mówi, że to brzmi jakby „małpy grały” (ale gość jest muzykiem, więc to nie jest komentarz ala Czez). I w sumie w jakimś stopniu, oczywiście serdecznym, przyznaję, że można to tak określić. Zakładając oczywiście, że małpa miałaby idealne poczucie rytmu, i to rytmu nietuzinkowego. „Astigmatic”, to taki numer od jazzmanów dla jazzmanów/fanów jazzu. Ogarniam, czemu ludzie mogą mieć z tym problem, bo de facto, brakuje tu kompozycji (pomimo, że formalnie są to kompozycje, a ich autorem jest Komeda), a całość brzmi jak pierwszy lepszy jam i onanizm na instrumentach. Niemniej, ja tu słysze wyczucie muzyków, jakieś porozumienie między nimi. Momenty kiedy każdy w idealnym momencie ustępuje kolejnemu, żeby mógł rozpocząć partię solową. Wtedy przynajmniej jeden lub dwa inne cichną kompletnie. Nikt tego nie umawia, doświadczeni jazzmani po prostu czują kiedy co powinno umilknąć, żeby reflektor skierować na kolegę. Choćby z tego względu, tego typu kawałki traktuję trochę jak audiobooka, bo to jednak jest przygoda, niemal taka sama jak wycieczka na pocztę, gdzie okazuje się, że ilość kolorowych książek dla dzieci, literatury pieknej, pocztówek, magnesów, sprzętu AGD/RTV, kosmetyków, artykułów papierniczych, militariów, dewocjonaliów, pamiątek, restauracji, usług towarzyskich, itd., znacznie przekracza możliwości niewielkiej powierzchni, której daleko do metrażu Selgrosa, a jednak to działa. „Astigmatic” opowiada historię, która nie ma utartego schematu, Tu nie ma żadnego schematu… poza tym, że oni wiedza dokładnie co robią. Dobra, brzmię jak nawiedzony, ale jeżeli o czymś trudno się pisze, jak tańczy o tej architekturze, to między innymi właśnie o jazzie. Nie jestem z tych, którzy lubią intelektualizować jazz, analizować do upadłego i przypisywać jakieś nadnaturalne cechy. Ja po prostu lubuję się w tych brzmieniach i szkoda, że poza Sebą, nikt nie ma jaj żeby coś zarzucić w tym stylu. Najlepsza wrzuta kolejki, długo nic, i długo nic.
Halou - Arrhythmia
Fajnie, że Wujek zatacza koło z Halou. Jedyne czego szkoda, to to, że nie miał za bardzo odwagi sprawdzić innych albumów, poza jakimś jednym. Ostatnio nawet o tym rozmawiałem z Murzynem, że dziwi mnie kiedy ktoś się jara jakimś jednym albumem wykonawcy, ale z jakiegoś powodu, ma opory żeby sprawdzić cokolwiek innego (tylko akurat przykład Murzyna okazał się być nieadekwatny). Ja wiem, że czas nie jest z gumy, ale akurat Wuja poświęca naprawdę bardzo dużo czasu na słuchanie muzyki, więc chyba by zmieścił, coś poza „Wiser”. No, ale znowu wyjdzie, że się czepiam, a to nie moja sprawa w końcu. Lubię cały ten album, wrzute Wuja też. Może akurat nie jest to mój top albumu, ale żadnego kawałka nie uznaję za słabego. Podoba mi się minimalizm, który jest na całym albumie konsekwentnie utrzymywany (i jak się dowiedziałem lata po tym, jak pierwszy raz go przesłuchałem, bezpośrednią inspiracją było „Odsyłanie Jezusa”). Ta elektronika tutaj wydaje mi się momentami trochę zbyt intensywna, ale poza tym doskonały kawałek i fajne odświeżenie w gąszczu nowych brzmień, które Artur wsysa nosem jak odkurzacz. Warto tymczasem się zatrzymać i zerknąć za siebie, bo czekają tam fascynujące rzeczy.
Zacznę od minusów, żeby było z bani. Średnio mi siedzi ten miauczący wokal. Dopiero w mostku, wchodzi coś normalnego i tu już jest lepiej. Poza tym, szkieletem jest dosyć taka sobie piosenka, czy po prostu mnie nie podchodzi jakoś szczególnie, ale też nie jest aż tak źle. Retro produkcja powinna mnie odrzucić, ale nie odrzuca, wręcz mi się podoba to, jak to zrealizowano. Aranżacja, syntezatory, itd., też mi się podobają, więc ostatecznie, jako całość, numer się u mnie broni, bo po prostu plusy przesłaniają minusy w sposób decydujący. Fajna rzecz.
Kasia Kowalska - Straciłam swój rozsądek
Lubie Kowalską, może nie tak na poziomie fanowskim, bo chyba nie przesłuchałem żadnej jej płyty w całości (i chyba zrobiłem błąd), ale po prostu ona zawsze była gdzieś w tle, zwłaszcza kiedy dorastałem w latach 90. Tacy wykonawcy jak Kowalska byli wtedy u nas ważni, bo cały czas ścigaliśmy się z zachodem, musieliśmy mieć polskie odpowiedniki każdego zachodniego trendu, a Kowalska odhaczała zdecydowanie więcej boksów, niż musiała, bo była nie tylko skuteczną wersją czegoś „w domu”, ale po prostu była dobra i była jakaś, podobnie jak Lipnicka, Bartosiewicz, czy kolejne wokalistki Varius Manx. Koniec lat 90, to był też w polskim popie/rock-popie, czas na trochę mroczniejsze rzeczy. Nawet De Mono inspirowało się „Ultrą” na „Paparazzi”, a Kowalska znana jest z tego, że jest fanką DM, więc i ona popuściła trochę mroku, czego ten kawałek, między innymi, jest świadectwem. Bardzo spoko utwór, bardzo fajnie zrealizowany i brzmiący, z naprawdę zajebistym wokalem Kowalskiej.
Unconditional - Russian Groove
O prostytutka, Musiał xD Pamiętam, jak około 2003 r., na chwilę przed premierę, mój dobry ziom, ogarnął na rynku „Meteorę” Linkin Park. Dzwoni do mnie i mówi „stary, ale gówno, to jest oszukane, posłuchaj” i puszcza mi to
https://youtu.be/MSeCpKKa7-M?list=RDMSeCpKKa7-M
Obaj określiliśmy numer jako „ruskie gówno”, więc w zasadzie od razu miałem to skojarzenie kiedy włączyłem numer od Musiała. No i jest to ruskie gówno, mimo że z Włoch. Niemniej, mam sentyment do takich shitów, bo było tego wtedy pełno, to był white noise tamtych czasów. Gdybym miał to na sucho oceniać, to oczywiście jest to gówno, a do tego kolejna rusko-brzmiąca wrzuta w czasach, kiedy miałoby się ochotę zrzucić na ten kraj bombę. Na morko, to nawet się uśmiechnąłem. To zdecydowanie jest coś, co by mogło lecieć podczas samochodowych tripów, obok Daddy DJ, Kubik – Kubiko, czy David On Liquid. I fajnie.
Krzysztof Komeda - Astigmatic
No i teraz rozmawiamy. Nie czytałem recenzji innych, więc nie wiem o co dokładnie poszedł wysryw, i mnie to nie za bardzo interesuje. Jako osoba lubująca się w jazzie, cieszę się za każdym razem kiedy ktoś wrzuca do tej zabawy jazz. Pisząc ktoś, mam oczywiście na myśli Sebę, człowieka kultury. Aktualnie mam raczej tematyczną 25tkę, która wyklucza jazz, ale jesienią spuszczę to ciśnienie i wszyscy z Was, którzy nie trawią jazzu, będą go słuchać przez jakiś miesiąc non stop. Wychodzę na typa zbiasowanego i łykającego wszystko jazzowe, nie mam z tym problemu. No kurde, to jest Komeda, a skład muzyków budzi szacunek nawet u tych, którzy mają średnie pojęcia na temat grajdoła. Jest to żywy jazz, co stanowi fajną odmianę dla dark jazzu, którego ostatnio słucham. Perkusja chodzi. Mój dobry ziom, który średnio lubi jazz, mówi, że to brzmi jakby „małpy grały” (ale gość jest muzykiem, więc to nie jest komentarz ala Czez). I w sumie w jakimś stopniu, oczywiście serdecznym, przyznaję, że można to tak określić. Zakładając oczywiście, że małpa miałaby idealne poczucie rytmu, i to rytmu nietuzinkowego. „Astigmatic”, to taki numer od jazzmanów dla jazzmanów/fanów jazzu. Ogarniam, czemu ludzie mogą mieć z tym problem, bo de facto, brakuje tu kompozycji (pomimo, że formalnie są to kompozycje, a ich autorem jest Komeda), a całość brzmi jak pierwszy lepszy jam i onanizm na instrumentach. Niemniej, ja tu słysze wyczucie muzyków, jakieś porozumienie między nimi. Momenty kiedy każdy w idealnym momencie ustępuje kolejnemu, żeby mógł rozpocząć partię solową. Wtedy przynajmniej jeden lub dwa inne cichną kompletnie. Nikt tego nie umawia, doświadczeni jazzmani po prostu czują kiedy co powinno umilknąć, żeby reflektor skierować na kolegę. Choćby z tego względu, tego typu kawałki traktuję trochę jak audiobooka, bo to jednak jest przygoda, niemal taka sama jak wycieczka na pocztę, gdzie okazuje się, że ilość kolorowych książek dla dzieci, literatury pieknej, pocztówek, magnesów, sprzętu AGD/RTV, kosmetyków, artykułów papierniczych, militariów, dewocjonaliów, pamiątek, restauracji, usług towarzyskich, itd., znacznie przekracza możliwości niewielkiej powierzchni, której daleko do metrażu Selgrosa, a jednak to działa. „Astigmatic” opowiada historię, która nie ma utartego schematu, Tu nie ma żadnego schematu… poza tym, że oni wiedza dokładnie co robią. Dobra, brzmię jak nawiedzony, ale jeżeli o czymś trudno się pisze, jak tańczy o tej architekturze, to między innymi właśnie o jazzie. Nie jestem z tych, którzy lubią intelektualizować jazz, analizować do upadłego i przypisywać jakieś nadnaturalne cechy. Ja po prostu lubuję się w tych brzmieniach i szkoda, że poza Sebą, nikt nie ma jaj żeby coś zarzucić w tym stylu. Najlepsza wrzuta kolejki, długo nic, i długo nic.
Halou - Arrhythmia
Fajnie, że Wujek zatacza koło z Halou. Jedyne czego szkoda, to to, że nie miał za bardzo odwagi sprawdzić innych albumów, poza jakimś jednym. Ostatnio nawet o tym rozmawiałem z Murzynem, że dziwi mnie kiedy ktoś się jara jakimś jednym albumem wykonawcy, ale z jakiegoś powodu, ma opory żeby sprawdzić cokolwiek innego (tylko akurat przykład Murzyna okazał się być nieadekwatny). Ja wiem, że czas nie jest z gumy, ale akurat Wuja poświęca naprawdę bardzo dużo czasu na słuchanie muzyki, więc chyba by zmieścił, coś poza „Wiser”. No, ale znowu wyjdzie, że się czepiam, a to nie moja sprawa w końcu. Lubię cały ten album, wrzute Wuja też. Może akurat nie jest to mój top albumu, ale żadnego kawałka nie uznaję za słabego. Podoba mi się minimalizm, który jest na całym albumie konsekwentnie utrzymywany (i jak się dowiedziałem lata po tym, jak pierwszy raz go przesłuchałem, bezpośrednią inspiracją było „Odsyłanie Jezusa”). Ta elektronika tutaj wydaje mi się momentami trochę zbyt intensywna, ale poza tym doskonały kawałek i fajne odświeżenie w gąszczu nowych brzmień, które Artur wsysa nosem jak odkurzacz. Warto tymczasem się zatrzymać i zerknąć za siebie, bo czekają tam fascynujące rzeczy.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Sprawdzałem jeszcze album Wholeness & Separation, ale już na mnie takiego wrażenia nie zrobił jak Wiser. Ale fakt, że są jeszcze inne płyty, szczególnie te nowsze, których nie słuchałem.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Włącz We Only Love You. A najlepiej jeszcze napisz recenzje.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Flume feat Chet Faker - What About Us
Poprzednim razem trochę mehałem na Flume, ale jak to zazwyczaj tutaj - bez szczególnego przekonania i z taką pewną nieśmiałością, bo to była klasyczna wrzuta, która w moim osobistym odczuciu nie była zła, ale zupełnie mnie nie grzała, ani mnie nie ruszała. I cieszę się, że mogę z nim obcować kolejny raz tak szybko dzięki tej zabawie, bo pewnie jakby nie ona to by to pewnie miało miejsce w okolicach świętego Nigdy. I generalnie to jestem całkiem ukontentowany, bo chyba po prostu jestem prostym człowiekiem i wolę jak jest popowo, zwłaszcza gdy jest przy tym więcej niż przyzwoicie. Fajny, trochę funky basik, przyjemne synthy, równie przyjemny saksofonik, który tu wjeżdza jak baca kijem w szambo. Łykam to.
Kasia Kowalska - Straciłam swój rozsądek
Tak samo jak Robert, też kojarzę Roberta Janowskiego, bo jest taki typ, który przewija się w moich bańkach od jakiegoś 2018 roku (nie mieszkam w Warszawie, ale czasem mam wrażenie jakbym jednak mieszkał, bo mam wrażenie, że wszyscy tam znają wszystkich i ja też ich wszystkich znam xd). Kasię Kowalską znam i lubię. Teraz to już nie chce mi się sprawdzać, czy 3 lata temu pisałem, że Coś Optymistycznego było moją pierwszą ulubioną piosenką w połowie 90sów, ale jak coś to tak było. Nie jestem pewien czy to nostalgia/bycie millenialsem/jakiś rodzaj charyzmy tudzież chemii, ale w jakoś tak się składa, że jej muzyka mi wchodzi, nawet jeśli czasem mam wrażenie, że wchodzi w klimaty, które…. uhm, no których na co dzień unikam.
By nie było - nie wchodzi w nie w tym kawałku. Ten kawałek to po prostu rzetelny, przyzwoity i dobrze wykonany poprock, który puntkuje u mnie z przyczyn, o których pisalem wyżej. Na te kilka minut mój laptop zmienił się w komputer stacjonarny z monitorem "z dupą", zamiast na forum jestem na pl.rec.devotees a w telewiorze obok leci jakiś Kabaret Olgi Lipińskiej, a w rogu jest to stare logo jedynki. I jest fajnie.
Twice a Man – Simple Patterns
A tutaj to tak… no nie będę kręcić nosem ZNOWU, ale chyba się zatrzymam i ulokuję to na półce rzetelno-poprawnej. Bo ten, wszystko tu brzmi poprawnie, ale mam wrażenie, że jakby trochę ciut zbyt poprawnie? Instrumentale są okej, ale mam wrażenie, jakby ktoś tam se puścił standardową sekcję rytmiczną #4, co jakiś czas okraszał ją gotyckimi i orientalnymi motywami i niby nie jest to jakieś złe, ale też mam wrażenie, że takich kawałków powstało w muzyce więcej niż 7. Lokuję na półce POPRAWNEJ.
Unconditional - Russian Groove
O prostytutka stary xD Niby w swoim osobistym mniemaniu jestem otwarty na różne rzeczy itp. itd., ale są jednak rzeczy, których raczej nigdy nie kupię i to jest jedna z nich. Złe tu w sumie jest… uhm, wszystko. Wkurwiający rytm, wkurwiające brzmienie, wkurwaiające WSZYSTKO, a jak słyszę tego ziutka, co niby ma robić za czołowego gopnika, to chcę coś rozpierdolić. Mentalnie ten kawałek przenosi mnie w miejsca, jakich szczerze nienawidzę jak wiejska potupaja czy okolice 2004 roku, gdzie mój gust muzyczny ograniczał się do tego, co mi sebki z wiochy przegrały na płytach. Nie widzę osobiście kontekstu, w którym mógłbym się do tego przekonać - może najwyżej jakbym wypił pół litra i się zerzygał czy coś. Sorry, no bonus.
Halou - Arrhytmia
Szanuję Wuja za to, że chciało mu się sięgać po Halou, bo ja niby też pamiętam tę wrzutę jako fajną, ale no wiecie jak to ze mną i moim odkrywaniem muzyki jest. Cóż, na pewno powiem, że jest lepiej niż w przypadku poprzedniego kawałka, ale ciężko byłoby go przebić negatywnie. xD Po cichu liczyłem na kolejną ładną piosenkę o onirycznym brzmieniu, dostałem… niezłą piosenkę, która trochę chce brzmieć jak Bjork, ale na 20%, bo bardziej się boi. Jest tu potencjał, ale trochę nie do końca mnie przekonują te "świszczące" synthy, których jest za dużo i trochę jakby mnie przytłaczają. Gdyby było tego mniej, to imo byłoby fajniej. Aale już np. te przetworzone gitary czy co to tam jest pod koniec już są bardzo spoko. Generalnie fajne to. Może sięgnę po więcej KIEDYŚ? A może ktoś łaskawie do bestki wrzuci hmmm?
No dobra, bywało lepiej, bo jednak Musiał trochę przeszarżował, ale poza tym - nawet okej. Chociaż i tak kolejkę wygrałem ja 8)
Poprzednim razem trochę mehałem na Flume, ale jak to zazwyczaj tutaj - bez szczególnego przekonania i z taką pewną nieśmiałością, bo to była klasyczna wrzuta, która w moim osobistym odczuciu nie była zła, ale zupełnie mnie nie grzała, ani mnie nie ruszała. I cieszę się, że mogę z nim obcować kolejny raz tak szybko dzięki tej zabawie, bo pewnie jakby nie ona to by to pewnie miało miejsce w okolicach świętego Nigdy. I generalnie to jestem całkiem ukontentowany, bo chyba po prostu jestem prostym człowiekiem i wolę jak jest popowo, zwłaszcza gdy jest przy tym więcej niż przyzwoicie. Fajny, trochę funky basik, przyjemne synthy, równie przyjemny saksofonik, który tu wjeżdza jak baca kijem w szambo. Łykam to.
Kasia Kowalska - Straciłam swój rozsądek
Tak samo jak Robert, też kojarzę Roberta Janowskiego, bo jest taki typ, który przewija się w moich bańkach od jakiegoś 2018 roku (nie mieszkam w Warszawie, ale czasem mam wrażenie jakbym jednak mieszkał, bo mam wrażenie, że wszyscy tam znają wszystkich i ja też ich wszystkich znam xd). Kasię Kowalską znam i lubię. Teraz to już nie chce mi się sprawdzać, czy 3 lata temu pisałem, że Coś Optymistycznego było moją pierwszą ulubioną piosenką w połowie 90sów, ale jak coś to tak było. Nie jestem pewien czy to nostalgia/bycie millenialsem/jakiś rodzaj charyzmy tudzież chemii, ale w jakoś tak się składa, że jej muzyka mi wchodzi, nawet jeśli czasem mam wrażenie, że wchodzi w klimaty, które…. uhm, no których na co dzień unikam.
By nie było - nie wchodzi w nie w tym kawałku. Ten kawałek to po prostu rzetelny, przyzwoity i dobrze wykonany poprock, który puntkuje u mnie z przyczyn, o których pisalem wyżej. Na te kilka minut mój laptop zmienił się w komputer stacjonarny z monitorem "z dupą", zamiast na forum jestem na pl.rec.devotees a w telewiorze obok leci jakiś Kabaret Olgi Lipińskiej, a w rogu jest to stare logo jedynki. I jest fajnie.
Twice a Man – Simple Patterns
A tutaj to tak… no nie będę kręcić nosem ZNOWU, ale chyba się zatrzymam i ulokuję to na półce rzetelno-poprawnej. Bo ten, wszystko tu brzmi poprawnie, ale mam wrażenie, że jakby trochę ciut zbyt poprawnie? Instrumentale są okej, ale mam wrażenie, jakby ktoś tam se puścił standardową sekcję rytmiczną #4, co jakiś czas okraszał ją gotyckimi i orientalnymi motywami i niby nie jest to jakieś złe, ale też mam wrażenie, że takich kawałków powstało w muzyce więcej niż 7. Lokuję na półce POPRAWNEJ.
Unconditional - Russian Groove
O prostytutka stary xD Niby w swoim osobistym mniemaniu jestem otwarty na różne rzeczy itp. itd., ale są jednak rzeczy, których raczej nigdy nie kupię i to jest jedna z nich. Złe tu w sumie jest… uhm, wszystko. Wkurwiający rytm, wkurwiające brzmienie, wkurwaiające WSZYSTKO, a jak słyszę tego ziutka, co niby ma robić za czołowego gopnika, to chcę coś rozpierdolić. Mentalnie ten kawałek przenosi mnie w miejsca, jakich szczerze nienawidzę jak wiejska potupaja czy okolice 2004 roku, gdzie mój gust muzyczny ograniczał się do tego, co mi sebki z wiochy przegrały na płytach. Nie widzę osobiście kontekstu, w którym mógłbym się do tego przekonać - może najwyżej jakbym wypił pół litra i się zerzygał czy coś. Sorry, no bonus.
Halou - Arrhytmia
Szanuję Wuja za to, że chciało mu się sięgać po Halou, bo ja niby też pamiętam tę wrzutę jako fajną, ale no wiecie jak to ze mną i moim odkrywaniem muzyki jest. Cóż, na pewno powiem, że jest lepiej niż w przypadku poprzedniego kawałka, ale ciężko byłoby go przebić negatywnie. xD Po cichu liczyłem na kolejną ładną piosenkę o onirycznym brzmieniu, dostałem… niezłą piosenkę, która trochę chce brzmieć jak Bjork, ale na 20%, bo bardziej się boi. Jest tu potencjał, ale trochę nie do końca mnie przekonują te "świszczące" synthy, których jest za dużo i trochę jakby mnie przytłaczają. Gdyby było tego mniej, to imo byłoby fajniej. Aale już np. te przetworzone gitary czy co to tam jest pod koniec już są bardzo spoko. Generalnie fajne to. Może sięgnę po więcej KIEDYŚ? A może ktoś łaskawie do bestki wrzuci hmmm?
No dobra, bywało lepiej, bo jednak Musiał trochę przeszarżował, ale poza tym - nawet okej. Chociaż i tak kolejkę wygrałem ja 8)
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Flume & Chet Faker - What About Us
Chciałem ostatnio więcej takiej muzyki i mam. Ten utwór z poprzedniej kolejki był znakomity, ale What About Us niewiele mu ustępuje o ile w ogóle. Świetny aranż. Ktoś napisał, że zblazowany – może i tak jest, ale mi to pasuje. Duża w tym zasługa naprawdę znakomitego wokalu. Świetne synthy, bas i klawisze. Fajne tempo utworu. No mocno mi to podchodzi pod moje obecne upodobania. Smoku narzeka na to, że nic tu się nie dzieje. To samo było przy Haelos. Nie wiem, czego więcej miałbym tutaj oczekiwać, bo jest idealnie. Może jedynie do tego elektronicznego brzmienia ten saksik mi tu średnio pasuje. Ale to tam szczegół. Muszę się tym panom jednak bliżej przyjrzeć.
Kasia Kowalska - Straciłam Swój Rozsądek
W latach 90’ lubiłem słuchać Kowalskiej. I słuchałem naprawdę sporo. Minęło wiele lat, sporo się zmieniło u mnie. Jest wiele zespołów, wykonawców, które kiedyś lubiłem, a teraz nie lubię. Niektórych wykonawców wtedy olewanych teraz słucham. Takie to wszystko przewrotne. Ale do Kowalskiej nadal mam sympatię. Może już nie taką jak kiedyś. Może jej już na co dzień nie słucham. Ale wciąż doceniam. Straciłam Swój Rozsądek to dobry utwór. Spokojne zwrotki z tą gitarą mają klimat trochę bajkowy. Refren z kolei to mocniejsze rockowe uderzenie. Wokal Kowalskiej w każdej odsłonie wypada bardzo dobrze. Nie jara mnie już taka nuta jak kiedyś, to pewne, ale wciąż doceniam.
Twice A Man - Simple Patterns
Gdyby to poleciało w depeszwizji, to bym dał sobie rękę uciąć, że to utwór Deva. I teraz nie miałbym ręki. Eitisy pełną gębą krótko mówiąc. Tylko że te eitisy coraz rzadziej mnie ruszają. Wokalista bardzo średni. Piosenka sama w sobie też średnia. A aranż? Niby jest jakiś mrok, ale to nie zawsze jest gwarantem sukcesu. Gitary miejscami fajne. Perka też. No nie jest to złe. Może w jakiejś sytuacji, gdy szedłbym sobie np. nocą przez las, by to na mnie zadziałało. Teraz tego nie czuję do końca. Więc może półka z napisem RZETELNE/POPRAWNE rzeczywiście będzie najodpowiedniejsza?
Unconditional - Russian Groove
Jezu i co ja mam tutaj napisać. Zawsze staram się wypowiadać w sposób dyplomatyczny, żeby nikogo nie urazić. Tym bardziej, że i tak wszyscy już po tym się przejechali jak walec. Ale to jest tak złe, że aż mnie skręca. Nigdy, w żadnym momencie mojego życia nie żywiłem choćby odrobiny sympatii do tego typu muzyki. A już ruskie klimaty to w ogóle omijałem szerokim łukiem. Już sama konstrukcja utworu stylizowanego na jakieś ruskie manieczki z dj-skim komentarzem mnie potężnie odrzuca. No nie do przełknięcia dla mnie kompletnie.
Krzysztof Komeda - Astigmatic
To bardzo nietaktowne ze strony Mentosa, że do utworowej wrzuca mały jazzowy album. Tylko o 4 minuty krótszy od albumu Jacka z albumowej.
Nie jestem fanem jazzu i każdy to już wie. I nigdy nim nie będę. Nie będę nawet udawał, że w jakimkolwiek stopniu mnie ta muzyka interesuje. Chociaż były już rzeczy, które wydawały się przystępniejsze i akceptowalne jak choćby album Mingusa. Astigmatic mnie od początku bardzo odrzucał. W swoich najlepszych momentach „zaledwie nudził”. Wciąż uważam, że to dobra muzyka tła do windy czy poczekalni lekarskiej. Ale nie do innych zastosowań dla mnie. Bo ja owszem, często lubię utwory w jazzowych aranżacjach, klimatach. Ale takiego czystego jazzu już nie. Szczególnie w takim wydaniu jak tu.
Chciałem ostatnio więcej takiej muzyki i mam. Ten utwór z poprzedniej kolejki był znakomity, ale What About Us niewiele mu ustępuje o ile w ogóle. Świetny aranż. Ktoś napisał, że zblazowany – może i tak jest, ale mi to pasuje. Duża w tym zasługa naprawdę znakomitego wokalu. Świetne synthy, bas i klawisze. Fajne tempo utworu. No mocno mi to podchodzi pod moje obecne upodobania. Smoku narzeka na to, że nic tu się nie dzieje. To samo było przy Haelos. Nie wiem, czego więcej miałbym tutaj oczekiwać, bo jest idealnie. Może jedynie do tego elektronicznego brzmienia ten saksik mi tu średnio pasuje. Ale to tam szczegół. Muszę się tym panom jednak bliżej przyjrzeć.
Kasia Kowalska - Straciłam Swój Rozsądek
W latach 90’ lubiłem słuchać Kowalskiej. I słuchałem naprawdę sporo. Minęło wiele lat, sporo się zmieniło u mnie. Jest wiele zespołów, wykonawców, które kiedyś lubiłem, a teraz nie lubię. Niektórych wykonawców wtedy olewanych teraz słucham. Takie to wszystko przewrotne. Ale do Kowalskiej nadal mam sympatię. Może już nie taką jak kiedyś. Może jej już na co dzień nie słucham. Ale wciąż doceniam. Straciłam Swój Rozsądek to dobry utwór. Spokojne zwrotki z tą gitarą mają klimat trochę bajkowy. Refren z kolei to mocniejsze rockowe uderzenie. Wokal Kowalskiej w każdej odsłonie wypada bardzo dobrze. Nie jara mnie już taka nuta jak kiedyś, to pewne, ale wciąż doceniam.
Twice A Man - Simple Patterns
Gdyby to poleciało w depeszwizji, to bym dał sobie rękę uciąć, że to utwór Deva. I teraz nie miałbym ręki. Eitisy pełną gębą krótko mówiąc. Tylko że te eitisy coraz rzadziej mnie ruszają. Wokalista bardzo średni. Piosenka sama w sobie też średnia. A aranż? Niby jest jakiś mrok, ale to nie zawsze jest gwarantem sukcesu. Gitary miejscami fajne. Perka też. No nie jest to złe. Może w jakiejś sytuacji, gdy szedłbym sobie np. nocą przez las, by to na mnie zadziałało. Teraz tego nie czuję do końca. Więc może półka z napisem RZETELNE/POPRAWNE rzeczywiście będzie najodpowiedniejsza?
Unconditional - Russian Groove
Jezu i co ja mam tutaj napisać. Zawsze staram się wypowiadać w sposób dyplomatyczny, żeby nikogo nie urazić. Tym bardziej, że i tak wszyscy już po tym się przejechali jak walec. Ale to jest tak złe, że aż mnie skręca. Nigdy, w żadnym momencie mojego życia nie żywiłem choćby odrobiny sympatii do tego typu muzyki. A już ruskie klimaty to w ogóle omijałem szerokim łukiem. Już sama konstrukcja utworu stylizowanego na jakieś ruskie manieczki z dj-skim komentarzem mnie potężnie odrzuca. No nie do przełknięcia dla mnie kompletnie.
Krzysztof Komeda - Astigmatic
To bardzo nietaktowne ze strony Mentosa, że do utworowej wrzuca mały jazzowy album. Tylko o 4 minuty krótszy od albumu Jacka z albumowej.
Nie jestem fanem jazzu i każdy to już wie. I nigdy nim nie będę. Nie będę nawet udawał, że w jakimkolwiek stopniu mnie ta muzyka interesuje. Chociaż były już rzeczy, które wydawały się przystępniejsze i akceptowalne jak choćby album Mingusa. Astigmatic mnie od początku bardzo odrzucał. W swoich najlepszych momentach „zaledwie nudził”. Wciąż uważam, że to dobra muzyka tła do windy czy poczekalni lekarskiej. Ale nie do innych zastosowań dla mnie. Bo ja owszem, często lubię utwory w jazzowych aranżacjach, klimatach. Ale takiego czystego jazzu już nie. Szczególnie w takim wydaniu jak tu.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Dziękujemy że Pan dołączył do nas.
Jest niby taka teoria że zwycięskiego składu się nie zmienia a hejtów większych w sumie nie uświadczyłem także no co by tu teraz wrzucić...
Może to.
Chet Faker feat. Kilo Kish - Melt
(2014)
Jedziemy dalej pozostając nadal w wąskim kręgu australijskich wykonawców. Trzecia wrzuta z serii i Chet Faker po raz trzeci na wokalu - to chyba pierwszy taki hat-trick w historii bestki?
Anyway, jak wspominałem po połknięciu bakcyla na ten kierunek w muzyce jesienią 2013 roku żywo obserwowałem poczynania kolejnych artystów z wytwórni Future Classic i na wiosnę 2014 roku ukazał się debiutancki krążek długogrający Cheta Fakera. Był to idealny moment gdyż niedługo potem zakochałem się po uszy a ta muzyka była soundtrackiem dla tamtych wydarzeń. Z tamtej płyty szczególnie bliski był mi utwór Melt z wokalnym udziałem niejakiej Kilo Kish (której przyznaję twórczości nie sprawdziłem do dziś, ale zerkając okiem na Wiki widzę że miała szeroki wachlarz kolaboracji - Childish Gambino, The Internet, SBTRKT, Earl Sweatshirt czy Gorillaz). Numer ten wpisuje się w ten stream moich ostatnich bestkowych wrzutek z udziałem Fakera na wokalu gdzie lirycznie cały czas obracamy się w tym klimacie zakochania wymieszanego z jakimiś domyślnymi komplikacjami wokół całej sytuacji ("some kind of fucked up mess") co sprawia że całe wokalne "delivery" Fakera wybrzmiewa taką mizernością i totalnym rozbiciem. Podoba mi się jak to zaślepienie uczuciem podkreślane jest takimi prostymi linijkami w stylu "when you smile at me you've got the whitest teeth" albo "everything you say is on fire". Ten featuring Kilo Kish akurat trochę bez znaczenia dla mnie osobiście bo to taka od niechcenia zaśpiewana zwrota w stylu "oh Ty jesteś super cool hipster kolesiem z gitarą, jaram się Tobą chłopcze" xD. Muzycznie obracamy się w podobnym klimacie co w poprzedniej wrzutce, luźny bit, basowy syntezator, jakieś fleciki ozdobniki itepe, za produkcję jak na całym albumie odpowiada tym razem już sam Chet Faker.
Cóż więcej mogę napisać, mogę obiecać jedynie że w następnej wrzutce stery na wokalu przejmie kto inny już ale Chet Faker jeszcze tu wróci (ale to za rok jakoś dopiero).
https://youtu.be/kd8u347Ypx4?si=6MFL_Ml-oPxSgIWz
Jest niby taka teoria że zwycięskiego składu się nie zmienia a hejtów większych w sumie nie uświadczyłem także no co by tu teraz wrzucić...
Może to.
Chet Faker feat. Kilo Kish - Melt
(2014)
Jedziemy dalej pozostając nadal w wąskim kręgu australijskich wykonawców. Trzecia wrzuta z serii i Chet Faker po raz trzeci na wokalu - to chyba pierwszy taki hat-trick w historii bestki?
Anyway, jak wspominałem po połknięciu bakcyla na ten kierunek w muzyce jesienią 2013 roku żywo obserwowałem poczynania kolejnych artystów z wytwórni Future Classic i na wiosnę 2014 roku ukazał się debiutancki krążek długogrający Cheta Fakera. Był to idealny moment gdyż niedługo potem zakochałem się po uszy a ta muzyka była soundtrackiem dla tamtych wydarzeń. Z tamtej płyty szczególnie bliski był mi utwór Melt z wokalnym udziałem niejakiej Kilo Kish (której przyznaję twórczości nie sprawdziłem do dziś, ale zerkając okiem na Wiki widzę że miała szeroki wachlarz kolaboracji - Childish Gambino, The Internet, SBTRKT, Earl Sweatshirt czy Gorillaz). Numer ten wpisuje się w ten stream moich ostatnich bestkowych wrzutek z udziałem Fakera na wokalu gdzie lirycznie cały czas obracamy się w tym klimacie zakochania wymieszanego z jakimiś domyślnymi komplikacjami wokół całej sytuacji ("some kind of fucked up mess") co sprawia że całe wokalne "delivery" Fakera wybrzmiewa taką mizernością i totalnym rozbiciem. Podoba mi się jak to zaślepienie uczuciem podkreślane jest takimi prostymi linijkami w stylu "when you smile at me you've got the whitest teeth" albo "everything you say is on fire". Ten featuring Kilo Kish akurat trochę bez znaczenia dla mnie osobiście bo to taka od niechcenia zaśpiewana zwrota w stylu "oh Ty jesteś super cool hipster kolesiem z gitarą, jaram się Tobą chłopcze" xD. Muzycznie obracamy się w podobnym klimacie co w poprzedniej wrzutce, luźny bit, basowy syntezator, jakieś fleciki ozdobniki itepe, za produkcję jak na całym albumie odpowiada tym razem już sam Chet Faker.
Cóż więcej mogę napisać, mogę obiecać jedynie że w następnej wrzutce stery na wokalu przejmie kto inny już ale Chet Faker jeszcze tu wróci (ale to za rok jakoś dopiero).
https://youtu.be/kd8u347Ypx4?si=6MFL_Ml-oPxSgIWz
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Gorillaz – Clint Eastwood
Do niedawna znałem bardzo niewiele muzyki zespołu Gorillaz. Za to od pierwszego usłyszenia uwielbiałem zawsze Clinta Eastwooda. Ten utwór był na mojej liście właściwie od samego początku. No i niedawno pomyślałem, ze czas go już wreszcie wrzucić. Przy okazji coś mnie popchnęło do posłuchania czegoś więcej. Ja czasami tak mam, że bez wyraźnego powodu postanawiam posłuchać wykonawcy, którego dotychczas nie ruszałem pomimo, że on sobie istniał i funkcjonował od wielu lat. No i mocno się zdziwiłem, jak ta nuta bardzo mi pasuje. Nie spodziewałem się zupełnie. Zawsze myślałem, że to taki zespół jednego konkretnego przeboju i tyle. Przynajmniej dla mnie. Może nie miał mnie kto popchnąć w tym kierunku, a może po prostu nie byłem wcześniej gotowy na muzykę Gorillaz. No nic, ważne, że do nich wreszcie dotarłem. Bo jest czego słuchać. Ale póki co niech będzie ten Clint, skoro wisi na mojej liście od ponad 3 lat. Na ewentualnie inne utwory jeszcze przyjdzie czas.
Bardzo podoba mi się raper na feacie, czyli niejaki Del The Funky Homosapien. Fantastyczny głos.
https://www.youtube.com/watch?v=I7yqFVEvdY0
Do niedawna znałem bardzo niewiele muzyki zespołu Gorillaz. Za to od pierwszego usłyszenia uwielbiałem zawsze Clinta Eastwooda. Ten utwór był na mojej liście właściwie od samego początku. No i niedawno pomyślałem, ze czas go już wreszcie wrzucić. Przy okazji coś mnie popchnęło do posłuchania czegoś więcej. Ja czasami tak mam, że bez wyraźnego powodu postanawiam posłuchać wykonawcy, którego dotychczas nie ruszałem pomimo, że on sobie istniał i funkcjonował od wielu lat. No i mocno się zdziwiłem, jak ta nuta bardzo mi pasuje. Nie spodziewałem się zupełnie. Zawsze myślałem, że to taki zespół jednego konkretnego przeboju i tyle. Przynajmniej dla mnie. Może nie miał mnie kto popchnąć w tym kierunku, a może po prostu nie byłem wcześniej gotowy na muzykę Gorillaz. No nic, ważne, że do nich wreszcie dotarłem. Bo jest czego słuchać. Ale póki co niech będzie ten Clint, skoro wisi na mojej liście od ponad 3 lat. Na ewentualnie inne utwory jeszcze przyjdzie czas.
Bardzo podoba mi się raper na feacie, czyli niejaki Del The Funky Homosapien. Fantastyczny głos.
https://www.youtube.com/watch?v=I7yqFVEvdY0
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Centrozoon – Pop Killer
Centrozoon to niemiecka grupa elektroniczna, w której skład wchodzą Markus Reuter, Bernhard Wöstheinrich i Tobias Reber. Ten pierwszy może być znany fanom King Crimson, ponieważ jest chyba najbardziej znanym uczniem Roberta Frippa, z czasów ‘Guitar Craft’. Poza nagrywaniem swojej muzki oraz koncertowaniu w ramach swoich zespołów, pełnił również ‘funkcję’ Frippa w ramach „Crimson ProjeKct”. Ostatnio, Markus dostarcza mi też mocno w formie serii podcastów na temat płyt Mike’a Oldfielda, oferując naprawdę ciekawe spojrzenie na jego muzykę, z perspektywy instrumentalisty, kompozytora, ale też fanboja. O Centrozoon dowiedziałem się kiedy zacząłem grzebać w pobocznych projektach, w których udzielał się Tim Bowness. Okazało się, że między 2003, a 2007 rokiem, Tim nagrał z Niemcami kilka albumów, i to takich bardziej o charakterze popowym. Strasznie mi się te płyty spodobały, teksty Tima były bardziej śmiałe, a muzyka stanowiła fajne odświeżenie względem tego co standardowo oferowało no-man.
„Pop Killer” od początku spodobał mi się najbardziej, do tego stopnia, że kiedy z Musiałem zaczynaliśmy NAOP, jeszcze jako coś do zrobienia na szybko, w przerwie pracy nad zupełnie inną muzyką, z planowanych czterech kawałków, jeden miał być coverem „Pop Killer” (ale ostatecznie nigdy nie zacząłem nad nim siedzieć, bo za bardzo pojaraliśmy się własnymi kawałkami). Ten tytuł nabrał nowego znacznienia, kiedy w końcu zmusiłem Musiała, żeby sobie właśnie pop killera kupił, bo miałem już dosyć ręcznego usuwania piernięć w ścieżkach wokalu.
W każdym razie, w tym roku na święta proponuję coś żywszego i bardziej elektronicznego, ale dzięki udziałowi Tymoteusza, znajomego i budzącego automatyczne skojarzenia z Munlupem.
https://youtu.be/MeakE_pGky8?list=RDMeakE_pGky8
Centrozoon to niemiecka grupa elektroniczna, w której skład wchodzą Markus Reuter, Bernhard Wöstheinrich i Tobias Reber. Ten pierwszy może być znany fanom King Crimson, ponieważ jest chyba najbardziej znanym uczniem Roberta Frippa, z czasów ‘Guitar Craft’. Poza nagrywaniem swojej muzki oraz koncertowaniu w ramach swoich zespołów, pełnił również ‘funkcję’ Frippa w ramach „Crimson ProjeKct”. Ostatnio, Markus dostarcza mi też mocno w formie serii podcastów na temat płyt Mike’a Oldfielda, oferując naprawdę ciekawe spojrzenie na jego muzykę, z perspektywy instrumentalisty, kompozytora, ale też fanboja. O Centrozoon dowiedziałem się kiedy zacząłem grzebać w pobocznych projektach, w których udzielał się Tim Bowness. Okazało się, że między 2003, a 2007 rokiem, Tim nagrał z Niemcami kilka albumów, i to takich bardziej o charakterze popowym. Strasznie mi się te płyty spodobały, teksty Tima były bardziej śmiałe, a muzyka stanowiła fajne odświeżenie względem tego co standardowo oferowało no-man.
„Pop Killer” od początku spodobał mi się najbardziej, do tego stopnia, że kiedy z Musiałem zaczynaliśmy NAOP, jeszcze jako coś do zrobienia na szybko, w przerwie pracy nad zupełnie inną muzyką, z planowanych czterech kawałków, jeden miał być coverem „Pop Killer” (ale ostatecznie nigdy nie zacząłem nad nim siedzieć, bo za bardzo pojaraliśmy się własnymi kawałkami). Ten tytuł nabrał nowego znacznienia, kiedy w końcu zmusiłem Musiała, żeby sobie właśnie pop killera kupił, bo miałem już dosyć ręcznego usuwania piernięć w ścieżkach wokalu.
W każdym razie, w tym roku na święta proponuję coś żywszego i bardziej elektronicznego, ale dzięki udziałowi Tymoteusza, znajomego i budzącego automatyczne skojarzenia z Munlupem.
https://youtu.be/MeakE_pGky8?list=RDMeakE_pGky8
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Bardzo mi się podoba, jak właściwie wszyscy gremialnie zjechali Russian Groove <3 nie czuję żalu, albowiem sam uważam ten numer za straszny paździerz - jednocześnie przez sam tylko moment, w którym go poznałem, Unconditional z tym jedenm kawałkiem stali się dla mnie jednym z kamieni milowych. Trochę ponad rok później już było DM ^^
Eno/Hyde - To Us All (2014)
Był Brian Eno, wcześniej był Karl Hyde (było też Underworld, Roxy Music też co prawda, ale już bez Eno), teraz będą Eno i Hyde razem. Słuchaliście Edgeland, niektórzy się nawet z tym albumem polubili (świetnie wchodzi na początku kwietnia podczas spacerów po obrzeżach Warszawy, ale na tokijskiej Akihabarze też wchodził jak złoto, zwłaszcza otwieracz <3), co mnie - rzecz jasna - cieszyło. Być może pamiętacie, że jednym z bonus tracków na krążku było Slummin' It For the Weekend zmiksowane przez Eno. Eno miał w ogóle podobno zająć się całym Edgeland, ale coś nie pykło, więc na sam koniec zrobił Hyde'owi jeden utwór (który obiektywnie uznał za najlepszy). Doszło do spotkania obu gości i okazało się, że mają sobie tyle do powiedzenia muzycznie, iż najlepiej będzie połączyć siły.
Efektem tego łączenia sił były dwa albumy - Someday World oraz High Life. Obydwa ukazały się w 2014 roku w odstępie paru miesięcy, obywa są świetne (choć Someday World lepsze). Nie pamiętam już, czy jako pierwsze odkryłem Edgeland solo, czy właśnie duet Eno/Hyde, w tej chwili ginie to w mrokach mojego mózgu. Nie ma to znaczenia o tyle, że wszystkie te dzieła to czysta przyjemność słuchania, a i są pod paroma względami do siebie podobne (choć Eno wraz z Hydem ma vibe Eno z Byrnem z Everything That Happens Will Happen Today). Jednak jeden konkretny utwór zawsze mocno przykuwał moją uwagę - To Us All właśnie. Jest na płycie najkrótszy, najbardziej... popowy w takim, powiedzmy, klasycznym sensie (reszta jest bardziej eksperymentalna), no i oparty jest o prawdziwą orkiestrę.
Orkiestrę gitar oczywiście, albowiem tam jest chyba (wliczając bas) z siedem wioseł grających na raz (no, wiadomo, że nikt nie grał tego na raz, tak po prostu wyszła produkcja). Jednocześnie nie ma tu żadnej kakofonii, wyłącznie harmonie, no i wspólny wokal obu gości. Piosenka ta wprost rzyga jakimś optymizmem, rzyga wiosną, a ja zawsze do Someday World siadam w kwietniu, więc okazja wprost idealna. Nie uwierzę jak mi powiecie, że nie słyszycie w tym numerze wiosny.
Na marginesie dodam, że niemal 10 lat temu kupiłem sobie Someday World na winylu, albowiem była to chyba jedyna rzecz dostępna na winylu z merchu Eno podczas spotkania z nim w łódzkiej Wytwórni w Heloim 2016. I to Munlup jeszcze płacił
((
https://youtu.be/JXtXxI5xd4I?si=CDTpuguxuiEqOR36
Eno/Hyde - To Us All (2014)
Był Brian Eno, wcześniej był Karl Hyde (było też Underworld, Roxy Music też co prawda, ale już bez Eno), teraz będą Eno i Hyde razem. Słuchaliście Edgeland, niektórzy się nawet z tym albumem polubili (świetnie wchodzi na początku kwietnia podczas spacerów po obrzeżach Warszawy, ale na tokijskiej Akihabarze też wchodził jak złoto, zwłaszcza otwieracz <3), co mnie - rzecz jasna - cieszyło. Być może pamiętacie, że jednym z bonus tracków na krążku było Slummin' It For the Weekend zmiksowane przez Eno. Eno miał w ogóle podobno zająć się całym Edgeland, ale coś nie pykło, więc na sam koniec zrobił Hyde'owi jeden utwór (który obiektywnie uznał za najlepszy). Doszło do spotkania obu gości i okazało się, że mają sobie tyle do powiedzenia muzycznie, iż najlepiej będzie połączyć siły.
Efektem tego łączenia sił były dwa albumy - Someday World oraz High Life. Obydwa ukazały się w 2014 roku w odstępie paru miesięcy, obywa są świetne (choć Someday World lepsze). Nie pamiętam już, czy jako pierwsze odkryłem Edgeland solo, czy właśnie duet Eno/Hyde, w tej chwili ginie to w mrokach mojego mózgu. Nie ma to znaczenia o tyle, że wszystkie te dzieła to czysta przyjemność słuchania, a i są pod paroma względami do siebie podobne (choć Eno wraz z Hydem ma vibe Eno z Byrnem z Everything That Happens Will Happen Today). Jednak jeden konkretny utwór zawsze mocno przykuwał moją uwagę - To Us All właśnie. Jest na płycie najkrótszy, najbardziej... popowy w takim, powiedzmy, klasycznym sensie (reszta jest bardziej eksperymentalna), no i oparty jest o prawdziwą orkiestrę.
Orkiestrę gitar oczywiście, albowiem tam jest chyba (wliczając bas) z siedem wioseł grających na raz (no, wiadomo, że nikt nie grał tego na raz, tak po prostu wyszła produkcja). Jednocześnie nie ma tu żadnej kakofonii, wyłącznie harmonie, no i wspólny wokal obu gości. Piosenka ta wprost rzyga jakimś optymizmem, rzyga wiosną, a ja zawsze do Someday World siadam w kwietniu, więc okazja wprost idealna. Nie uwierzę jak mi powiecie, że nie słyszycie w tym numerze wiosny.
Na marginesie dodam, że niemal 10 lat temu kupiłem sobie Someday World na winylu, albowiem była to chyba jedyna rzecz dostępna na winylu z merchu Eno podczas spotkania z nim w łódzkiej Wytwórni w Heloim 2016. I to Munlup jeszcze płacił
https://youtu.be/JXtXxI5xd4I?si=CDTpuguxuiEqOR36
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Lady Gaga - Paparazzi (2008)
Chyba jedna z najpiękniejszych Delulu: The Song. Gagę pamiętam od najmłodszych lat. W czasach przywiązania do resoraków i RMF MAXXX jej kariera wystrzeliła i w zasadzie do dziś blask nie osłabnął. Od początku do końca przemyślana droga artystyczna. W przeciwieństwie do wielu Kolegów mych nie jestem chorobliwie zaangażowanym fanem. Po latach wreszcie zrozumiałem, przestałem odczuwać irracjonalny dystans. W międzyczasie znaczyła więcej przez wzgląd na moje zamknięte bliskie relacje, ale chyba kolejny raz wszystko wróciło do normy i słucham bez negatywnych emocjonalnych zobowiązań.
Mayhem jest całkiem udane. Dawn of Chromatica stawiam nawet wyżej, bo to potężna mieszanka sław i przegiętych bangerów, a przedpandemicznie, hmm... raczej pojedyncze utwory, ale za to chwytane pełnymi garściami przy okazji kolejnych płyt. Płyty z Bennettem czy akustyczne ekspresje to nie dla mnie, bo ja nie z tych od zachwytów nad samymi popisami wokalnymi. Seba przypomniał Eh Eh i to w sumie był pierwszy zaczyn do powrotu tak na dobre, ale miłość do Paparazzi ma rodowód porównywalny stażem z Fastlove. W głębszym dzieciństwie wolałem zdecydowanie częściej sięgać po rzeczy bardziej konstrastujące z kulturą popularną. Jako dzieciak raczej nie zauważyłem pewnej przewrotności w stylówce Laga Dygi, a teraz mogę słuchać i tego i berlińskich sekwencji czy stylowego piwnicznego techno grania bez przypału czy też kwasów wewnętrznych.
I'm your biggest fan, I'll follow you until you love me... jakbym po latach czytał skondensowany opis większości swoich "romantycznych" uniesień z czasów, gdy jeszcze nie wiedziałem jak powinien to robić w najlepszy dla siebie sposób. Do kogo kierować te umizgi, gdzie przekracza się granice bycia toksycznym. Nie mam jakichś bardzo pozytywnych wspomnień, ale z czasem przychodzi jeszcze więcej akceptacji w momencie powrotów myślami do minionego. Dramatu nie było, o romkomach ze szczęśliwym zakończeniem nie mogło być mowy. Piękna melodia, łapię się na te robotyczne efekty tutaj - kolejny znak czasów. Tekstowo z lekką głupotką; mam to bliżej serduszka niż wypolerowane ględzenie o niczym... znaczy jak o niczym, to chociaż w konwencji, z konkretnym pomysłem wyróżniającym całość ponad szarzyznę czy nieuchwytnym CZYMŚ do zapamiętania. Tu tego czegoś jest mnóstwo. Jak bohater piosenki sam numer pozytywnie prześladował mnie przez lata, a dziś jest jednym z ulubionym utworów tamtej epoki.
https://youtu.be/28jp-30w8Lg?si=txaojDPNKSRN_qqo
Chyba jedna z najpiękniejszych Delulu: The Song. Gagę pamiętam od najmłodszych lat. W czasach przywiązania do resoraków i RMF MAXXX jej kariera wystrzeliła i w zasadzie do dziś blask nie osłabnął. Od początku do końca przemyślana droga artystyczna. W przeciwieństwie do wielu Kolegów mych nie jestem chorobliwie zaangażowanym fanem. Po latach wreszcie zrozumiałem, przestałem odczuwać irracjonalny dystans. W międzyczasie znaczyła więcej przez wzgląd na moje zamknięte bliskie relacje, ale chyba kolejny raz wszystko wróciło do normy i słucham bez negatywnych emocjonalnych zobowiązań.
Mayhem jest całkiem udane. Dawn of Chromatica stawiam nawet wyżej, bo to potężna mieszanka sław i przegiętych bangerów, a przedpandemicznie, hmm... raczej pojedyncze utwory, ale za to chwytane pełnymi garściami przy okazji kolejnych płyt. Płyty z Bennettem czy akustyczne ekspresje to nie dla mnie, bo ja nie z tych od zachwytów nad samymi popisami wokalnymi. Seba przypomniał Eh Eh i to w sumie był pierwszy zaczyn do powrotu tak na dobre, ale miłość do Paparazzi ma rodowód porównywalny stażem z Fastlove. W głębszym dzieciństwie wolałem zdecydowanie częściej sięgać po rzeczy bardziej konstrastujące z kulturą popularną. Jako dzieciak raczej nie zauważyłem pewnej przewrotności w stylówce Laga Dygi, a teraz mogę słuchać i tego i berlińskich sekwencji czy stylowego piwnicznego techno grania bez przypału czy też kwasów wewnętrznych.
I'm your biggest fan, I'll follow you until you love me... jakbym po latach czytał skondensowany opis większości swoich "romantycznych" uniesień z czasów, gdy jeszcze nie wiedziałem jak powinien to robić w najlepszy dla siebie sposób. Do kogo kierować te umizgi, gdzie przekracza się granice bycia toksycznym. Nie mam jakichś bardzo pozytywnych wspomnień, ale z czasem przychodzi jeszcze więcej akceptacji w momencie powrotów myślami do minionego. Dramatu nie było, o romkomach ze szczęśliwym zakończeniem nie mogło być mowy. Piękna melodia, łapię się na te robotyczne efekty tutaj - kolejny znak czasów. Tekstowo z lekką głupotką; mam to bliżej serduszka niż wypolerowane ględzenie o niczym... znaczy jak o niczym, to chociaż w konwencji, z konkretnym pomysłem wyróżniającym całość ponad szarzyznę czy nieuchwytnym CZYMŚ do zapamiętania. Tu tego czegoś jest mnóstwo. Jak bohater piosenki sam numer pozytywnie prześladował mnie przez lata, a dziś jest jednym z ulubionym utworów tamtej epoki.
https://youtu.be/28jp-30w8Lg?si=txaojDPNKSRN_qqo
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Fajnie, że część z was kupiła Komedę, dla takich not jak ta Munlupa wrzucam te kawałki i takie tam. Wiadomo, że niektórych jazz nigdy nie poruszy, choćby skały srały, ale trudno. Nie wykluczam, że kiedyś spróbuję.
Primus - Scissor Man
Na chwilę znowu cofniemy się do roku 2010 i tego wielokrotnie opisywanego przeze mnie okresu, w którym zacząłem śmielej i odważniej interesować się muzyką, ale jednocześnie jeszcze jakiś czas przed tym, zanim odkryłem jako-tako sensowne źródła i miejsca, które pozwalają na jej odkrywanie i poznawanie. Celowo dopisałem jako-tako, by nie było, że takiego RYMa traktuje jako biblię; po prostu uważam, że to całkiem solidne źródło do sprawdzania najpopularniejszych płyt danych wykonawców i odkrywania nowości.
I niby wiadomo, takie zabezpieczenie sprawia, że rzadziej tonę w gąszczu przeciętności tudzież się odbijam, ale z drugiej strony jakoś tak człowiek trochę tęskni za tym, że w swoim czasie był w stanie ogarnąć praktycznie całą dyskografię Bowiego, część dyskografii AC/DC (od tego się odbiłem, zwłaszcza, że z jakichś przyczyn pobrałem jakiś megabox zawierający pierdyliard ich albumów w nieznacznie się różniących) czy po prostu wpisać czyjąś nazwę zespołu w wyszukiwarce na stronie z nie do końca legalnymi plikami i sięgnąć po totalnie randomowy album, o którym nawet fani nie pamiętają.
Tak było dokładnie w tym przypadku. Nazwę zespołu znałem od pewnego czasu, dzięki pewnemu bardzo popularnemu, wulgarnemu serialowi animowanemu, którego byłem fanbojem i do którego czołówki ten zespół nagrał piosenkę. Z jakichś przyczyn nastawiałem się, że jak pobiorę ich pierwszą płytę z brzegu będę miał to samo tylko razy 15 i w ogóle będzie bujać tak samo. Cóż, powiedzmy, że do końca tak nie było, ale też nie odbiłem się w stu procentach, bo jednak ten cover XTC był mniej-więcej tym, czego szukałem i ze mną został, o czym się właśnie przekonujecie w tej zabawie.
Bierzcie i słuchajcie tego, a prymus posysa.
https://www.youtube.com/watch?v=AZIX-KCww2U
Primus - Scissor Man
Na chwilę znowu cofniemy się do roku 2010 i tego wielokrotnie opisywanego przeze mnie okresu, w którym zacząłem śmielej i odważniej interesować się muzyką, ale jednocześnie jeszcze jakiś czas przed tym, zanim odkryłem jako-tako sensowne źródła i miejsca, które pozwalają na jej odkrywanie i poznawanie. Celowo dopisałem jako-tako, by nie było, że takiego RYMa traktuje jako biblię; po prostu uważam, że to całkiem solidne źródło do sprawdzania najpopularniejszych płyt danych wykonawców i odkrywania nowości.
I niby wiadomo, takie zabezpieczenie sprawia, że rzadziej tonę w gąszczu przeciętności tudzież się odbijam, ale z drugiej strony jakoś tak człowiek trochę tęskni za tym, że w swoim czasie był w stanie ogarnąć praktycznie całą dyskografię Bowiego, część dyskografii AC/DC (od tego się odbiłem, zwłaszcza, że z jakichś przyczyn pobrałem jakiś megabox zawierający pierdyliard ich albumów w nieznacznie się różniących) czy po prostu wpisać czyjąś nazwę zespołu w wyszukiwarce na stronie z nie do końca legalnymi plikami i sięgnąć po totalnie randomowy album, o którym nawet fani nie pamiętają.
Tak było dokładnie w tym przypadku. Nazwę zespołu znałem od pewnego czasu, dzięki pewnemu bardzo popularnemu, wulgarnemu serialowi animowanemu, którego byłem fanbojem i do którego czołówki ten zespół nagrał piosenkę. Z jakichś przyczyn nastawiałem się, że jak pobiorę ich pierwszą płytę z brzegu będę miał to samo tylko razy 15 i w ogóle będzie bujać tak samo. Cóż, powiedzmy, że do końca tak nie było, ale też nie odbiłem się w stu procentach, bo jednak ten cover XTC był mniej-więcej tym, czego szukałem i ze mną został, o czym się właśnie przekonujecie w tej zabawie.
Bierzcie i słuchajcie tego, a prymus posysa.
https://www.youtube.com/watch?v=AZIX-KCww2U
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Kolejka 8. (158.)
38. Chet Faker feat. Kilo Kish - Melt (stripped)
39. Gorillaz - Clint Eastwood (shodan)
40. Centrozoon - Pop Killer (Hien)
41. Eno/Hyde - To Us All (devotional)
42. Lady Gaga - Paparazzi (Dragon)
43. Primus - Scissor Man (mintaj)
38. Chet Faker feat. Kilo Kish - Melt (stripped)
39. Gorillaz - Clint Eastwood (shodan)
40. Centrozoon - Pop Killer (Hien)
41. Eno/Hyde - To Us All (devotional)
42. Lady Gaga - Paparazzi (Dragon)
43. Primus - Scissor Man (mintaj)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Chet Faker feat. Kilo Kish - Melt
Pomyślałem, że Murzyn trochę przegina pałę, ale ostatecznie, po przesłuchaniu, uważam, że wykalibrował to dobrze (na skraju, ale bezpiecznie). Kawałek jest całkiem spoko, chociaż niebezpiecznie włazi w hipsta warszawskie rejony zajęte w tej wersji Cywilizacji II przez incela Musiała. Fajny, chamski mellotron i minimalistyczna sekcja rytmiczna. Wokale genericowe, ale mi to nie przeszkadza za bardzo. Ogólnie fajny klimat, ale tylko w małych ilościach (więc w sam raz na tę bestkę, o ile Jacek nie będzie tej nitki męczył w nieskończoność), nic do czego bym chciał wracać, ale też nic, co bym uważał za słabe. Zresztą, jest to kolejny element układanki pt. „Zakochany Murzyn” (jeżeli ktoś nie zrobi z tego telenoweli, to skusi), ja cały czas czekam na tę playlistę Spotify, czy cokolwiek, z TYMI numerami.
Gorillaz – Clint Eastwood
Heh, Wujas xD A ja się zastanawiam, czy jest sens wrzucać „Dummy”, skoro wszyscy to i tak znają xD Do rzeczy – Gorillaz poznałem zanim zacząłem świadomie wsiąkać w Blur (znałem tylko „łuuhuuu”, bo miałem Fife, ale nawet nie wiedziałem kto to, co to), więc obecność Damona Albarna nie miała dla mnie znaczenia, zresztą nawet nie wiedziałem kto w tym siedzi, tylko to, że w klipach są małpy i to ma jakiś taki hipsta vibe (zanim słowo „hipsta” w ogóle istniało w polskiej nowomowie) i trochę hip-hopu. To był rok 2000, czyli wczesne czasy deski, Tonego Hołka, gimnazjum i plątania się z kumplem bez celu przez całe wakacje. Któregoś słonecznego dnia, wyszedłem umówiony z rzeczonym kumplem, mieliśmy coś fajnego w planach, nie pamiętam co, miałem dobry humor, czekałem na niego na przystanku i wtedy pojawił mi się w głowie „Clint Eastwood”, jako jakiś symbol fajnego wakacyjnego luzu. 25 lat mija, a dla mnie to jest nadal top wspomnienie związane z tym kawałkiem. Nigdy się do końca w Goryli nie wkręciłem, mam trochę ulubionych kawałków, nawet jeden obskjur planuje na bestkę, ale chyba więcej z tego nie wyciągnę. Niemniej, „Clin Eastwood” żelazna klasyka. W ogóle rozwala mnie jak bardzo melodica stała się elementem automatycznie budzącym skojarzenia z Gorillaz, kiedy ten instrument jest stary jak świat.
Eno/Hyde - To Us All
Nie takiego grania się spodziewałem kiedy zobaczyłem wykonawców, ale w sumie nie wiem, czego się spodziewałem. Jest tu w istocie solidne rzyganko wiosną, pogoda w końcu współgra zarówno z tym czego byśmy chcieli, co wypada żeby było na Wielkanoc jak i życzeniowymi wrzutami niektórych uczestników. Pamiętam, że Musiałowi kupowałem jakiegoś winyla na stoisku w 2016 r., ale oczywiście wyleciało mi z głowy, że to było to kolabo, fajnie zatoczyć pewne koło, bo nie słuchałem tego albumu. Układam listę do słuchania na święta i coś czuję, że Ino/Hajd dołączą do honorowej ekipy. Jest super.
Lady Gaga - Paparazzi
Dragon ma trochę farta, bo „Paparazii” to moje top Lady Gagi. Rok 2009 r., pamiętam, że ten numer był wszędzie i to było spoko. Ja wtedy wsiąkłem w Gagę, Fame i Fame Monster leciały regularnie. W kręgu znajomych, zwłaszcza kobiet, Gaga była oczywiście na porządku dziennym, tu ktoś mówił, że użyje „Paparazzi” pod układ taneczny, tam ktoś szykował playliste urodzinową, itd.
Kiedy kręciłem w Warszawie film na zaliczenie, to wiedziałem dokładnie, do czego użyję w podkładzie „Paparazzi”, przy czym akurat te sceny kręcone były w Łodzi w klubie billardowym. Ale to były fajne czasy, wspominam je z uśmiechem. Aż dziwnie się czyta, jak ktoś kojarzy je z zabawą rysorakami i ssaniem kciuka, ale czas leci. Gaga jest już naprawdę stara, ale nadal daje radę („Abracadabra” jest zajebiste). „Paparazzi” ma wszystko co trzeba, fajną piosenkę, melodie, zajebisty refren, który chodzi za człowiekiem non-stop oraz fajne brzmienie i produkcję (ta perkusja ala Timbaland). Powtórzę, dziwnie się myśli o Lady Gadze, jako wykonawcy, który jest już na scenie od ponad 17 lat, a nie świeżej gwieździe, która może nie przetrwać próby czasu. No, ale tbh już wtedy było wiadomo, że samo „Poker Face” będzie hitem na wieki, i to się sprawdziło. Ave Gaga.
Primus - Scissor Man
Zadziwiająco wierny cover, zachowane wszystkie żelazne i rozpoznawalne elementy stylu Partridge’a, ale z takich rzeczy jak „Scissor Man”, chyba nie da się zrobić czegokolwiek indywidualnego, co tylko pokazuje jak wielkim i unikatowym zespołem jest XTC. Nie znałem tej wersji. Przez to mam trochę wrażenie jakbym nie słuchał Primusa, nawet Les Claypol nie brzmi do końca jak on. Z drugiej strony, słucha się tego dobrze, więc uj tam. Oryginału u mnie nie przebije, ale bardzo solidny cover, no i mam wrażenie, że Andy i Les musieli łykać to samo, albo przynajmniej mieć podobne poczucie humoru. W ogóle, to rzuciłem okiem co na tym ep z coverami jeszcze jest i od razu wyrąbało mi w gały „The Family and the Fishing Net”, JP, to musi być srogie. Będzie słuchane.
Pomyślałem, że Murzyn trochę przegina pałę, ale ostatecznie, po przesłuchaniu, uważam, że wykalibrował to dobrze (na skraju, ale bezpiecznie). Kawałek jest całkiem spoko, chociaż niebezpiecznie włazi w hipsta warszawskie rejony zajęte w tej wersji Cywilizacji II przez incela Musiała. Fajny, chamski mellotron i minimalistyczna sekcja rytmiczna. Wokale genericowe, ale mi to nie przeszkadza za bardzo. Ogólnie fajny klimat, ale tylko w małych ilościach (więc w sam raz na tę bestkę, o ile Jacek nie będzie tej nitki męczył w nieskończoność), nic do czego bym chciał wracać, ale też nic, co bym uważał za słabe. Zresztą, jest to kolejny element układanki pt. „Zakochany Murzyn” (jeżeli ktoś nie zrobi z tego telenoweli, to skusi), ja cały czas czekam na tę playlistę Spotify, czy cokolwiek, z TYMI numerami.
Gorillaz – Clint Eastwood
Heh, Wujas xD A ja się zastanawiam, czy jest sens wrzucać „Dummy”, skoro wszyscy to i tak znają xD Do rzeczy – Gorillaz poznałem zanim zacząłem świadomie wsiąkać w Blur (znałem tylko „łuuhuuu”, bo miałem Fife, ale nawet nie wiedziałem kto to, co to), więc obecność Damona Albarna nie miała dla mnie znaczenia, zresztą nawet nie wiedziałem kto w tym siedzi, tylko to, że w klipach są małpy i to ma jakiś taki hipsta vibe (zanim słowo „hipsta” w ogóle istniało w polskiej nowomowie) i trochę hip-hopu. To był rok 2000, czyli wczesne czasy deski, Tonego Hołka, gimnazjum i plątania się z kumplem bez celu przez całe wakacje. Któregoś słonecznego dnia, wyszedłem umówiony z rzeczonym kumplem, mieliśmy coś fajnego w planach, nie pamiętam co, miałem dobry humor, czekałem na niego na przystanku i wtedy pojawił mi się w głowie „Clint Eastwood”, jako jakiś symbol fajnego wakacyjnego luzu. 25 lat mija, a dla mnie to jest nadal top wspomnienie związane z tym kawałkiem. Nigdy się do końca w Goryli nie wkręciłem, mam trochę ulubionych kawałków, nawet jeden obskjur planuje na bestkę, ale chyba więcej z tego nie wyciągnę. Niemniej, „Clin Eastwood” żelazna klasyka. W ogóle rozwala mnie jak bardzo melodica stała się elementem automatycznie budzącym skojarzenia z Gorillaz, kiedy ten instrument jest stary jak świat.
Eno/Hyde - To Us All
Nie takiego grania się spodziewałem kiedy zobaczyłem wykonawców, ale w sumie nie wiem, czego się spodziewałem. Jest tu w istocie solidne rzyganko wiosną, pogoda w końcu współgra zarówno z tym czego byśmy chcieli, co wypada żeby było na Wielkanoc jak i życzeniowymi wrzutami niektórych uczestników. Pamiętam, że Musiałowi kupowałem jakiegoś winyla na stoisku w 2016 r., ale oczywiście wyleciało mi z głowy, że to było to kolabo, fajnie zatoczyć pewne koło, bo nie słuchałem tego albumu. Układam listę do słuchania na święta i coś czuję, że Ino/Hajd dołączą do honorowej ekipy. Jest super.
Lady Gaga - Paparazzi
Dragon ma trochę farta, bo „Paparazii” to moje top Lady Gagi. Rok 2009 r., pamiętam, że ten numer był wszędzie i to było spoko. Ja wtedy wsiąkłem w Gagę, Fame i Fame Monster leciały regularnie. W kręgu znajomych, zwłaszcza kobiet, Gaga była oczywiście na porządku dziennym, tu ktoś mówił, że użyje „Paparazzi” pod układ taneczny, tam ktoś szykował playliste urodzinową, itd.
Kiedy kręciłem w Warszawie film na zaliczenie, to wiedziałem dokładnie, do czego użyję w podkładzie „Paparazzi”, przy czym akurat te sceny kręcone były w Łodzi w klubie billardowym. Ale to były fajne czasy, wspominam je z uśmiechem. Aż dziwnie się czyta, jak ktoś kojarzy je z zabawą rysorakami i ssaniem kciuka, ale czas leci. Gaga jest już naprawdę stara, ale nadal daje radę („Abracadabra” jest zajebiste). „Paparazzi” ma wszystko co trzeba, fajną piosenkę, melodie, zajebisty refren, który chodzi za człowiekiem non-stop oraz fajne brzmienie i produkcję (ta perkusja ala Timbaland). Powtórzę, dziwnie się myśli o Lady Gadze, jako wykonawcy, który jest już na scenie od ponad 17 lat, a nie świeżej gwieździe, która może nie przetrwać próby czasu. No, ale tbh już wtedy było wiadomo, że samo „Poker Face” będzie hitem na wieki, i to się sprawdziło. Ave Gaga.
Primus - Scissor Man
Zadziwiająco wierny cover, zachowane wszystkie żelazne i rozpoznawalne elementy stylu Partridge’a, ale z takich rzeczy jak „Scissor Man”, chyba nie da się zrobić czegokolwiek indywidualnego, co tylko pokazuje jak wielkim i unikatowym zespołem jest XTC. Nie znałem tej wersji. Przez to mam trochę wrażenie jakbym nie słuchał Primusa, nawet Les Claypol nie brzmi do końca jak on. Z drugiej strony, słucha się tego dobrze, więc uj tam. Oryginału u mnie nie przebije, ale bardzo solidny cover, no i mam wrażenie, że Andy i Les musieli łykać to samo, albo przynajmniej mieć podobne poczucie humoru. W ogóle, to rzuciłem okiem co na tym ep z coverami jeszcze jest i od razu wyrąbało mi w gały „The Family and the Fishing Net”, JP, to musi być srogie. Będzie słuchane.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Ale to jest bestka i wrzucasz ulubione utwory bez względu na to, czy wszyscy znają czy nie. Ja tak to przynajmniej pojmuję.Hien pisze:16 kwie 2025 13:35Heh, Wujas xD A ja się zastanawiam, czy jest sens wrzucać „Dummy”, skoro wszyscy to i tak znają xD
Co innego depeszwizja. Tam wrzucanie znanych enjoyów jest w sumie bezcelowe.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Gorillaz - Clint Eastwood
Kurczę, przyznam że biorąc pod uwagę to niedawne zachłyśnięcie się Wujasa tym projektem to może jest to nieco zmarnowana szansa by jednak uraczyć nas czymś innym niż największy przebój, no ale nic. Najważniejsze że choć późno to jednak lepiej niż wcale Wuja otwiera oczy na kolejnych wykonawców i nie są to ani śpiewające panie ani nic z uniwersum Wilsona, to już kurde dużo. Polubiłem Gorillaz od pierwszego momentu gdy usłyszałem ten numer, drugie skojarzenie z nimi to chyba remiks 19-2000 który zdaje się był w grze FIFA 2000. Clint Eastwood to doskonały przykład szczęśliwego przypadku w muzyce bo numer oparty o prosty preset Casio - WRÓĆ - SUZUKI Omnichord uzupełniony o wokale śpiewane i rapowane, trochę synthów czy kurde MELODICĘ robiąca z kolei westernowy klimat a mimo wszystko całość się znakomicie klei. Nie wiedziałem jeszcze wtedy że za projektem stoi Damon Albarn, pokochałem zblazowanego 2D jako tą kreskówkową postać, jako nastolatek relowałem z takim stylem bycia powiedzmy xD To jeden z tych numerów popowych gdzie geniusz tkwi w prostocie. Dla mnie ten numer to obecnie jedna z pewnych pozycji na mojej halloweenowej playliście.
Centrozoon - Pop Killer
Przyznaję że nie wyłapałem o co Kubie chodziło z tym Tymoteuszem i nawet mnie ten Bowness na wokalu zaskoczył xd znów dostajemy kawałek takiej cheap elektroniki, widzę Hien ma słabość do takich klimatów, ja tak średnio raczej. Lekko surowe to brzmienie, może jakimś industrialem podjeżdża nawet i z tego względu przyznam że nie pasuje mi tutaj wokal Tima, jego maniera ani to o czym śpiewa jakoś nie klei mi się z tym podkładem. Kuba uparł się by uraczyć nas stricte elektroniczną serią w tej 25., mam lekkie obawy jak to dalej pójdzie, powiedzmy że Kuba akurat nie jest dilerem elektroniki pode mnie.
Eno/Hyde - To Us All
Duet Panów spoza mojego uniwersum, Hyde bardziej chyba jednak nie siadł niż siadł, Eno dotychczas najlepiej ten od Dragona zaskoczył. Lekkie dreamowe granie, czy jest w tym wiosna? Być może, ja np. takich sennych klimatów bardziej słucham latem więc to utożsamianie muzyki z daną porą roku to zawsze rzecz względna. Słuchałem wielokrotnie tego numeru i nadal przechodzę jakoś obojętnie obok niego, jeśli już to wolę fragmenty bez wokalów niż z nimi, nie są to moje klimaty jakoś chyba po prostu.
Lady Gaga - Paparazzi
Zaszalał kolega. Nie przepadam ogólnie za popem tych późnych lat zerowych, w mojej opinii produkcja w tamtym czasie zrobiła się mocno płaska i plastikowa i Paparazzi jest tego najlepszym przykładem. Nie jest to też dla mnie jakaś zapadająca w pamięć kompozycja, po prostu radiowy produkt jakich wiele, dla mnie żaden klasyk. Zdecydowanie wolę już tą Gagę w żywym aranżu niż oblaną plastikiem, tu jest zbyt nijaka.
Primus - Scissor Man
Miałem pisać że znowu King Crimson a to przecież Primus xd ale mi się echa Discipline przypomniały trochę. Jednocześnie jest tu taka dziwność kompozycji, nie wiem jak brzmi oryginał ale czuć tu chyba tego ducha XTC skoro skojarzenia z Nonsuch też mam. Mentos jest mocno w żywiole ostatnio, serwuje różne swoje trudniejsze wrzutki chyba (poza ejsofspejds). Kolejna wrzutka która zostawia mnie ze znakiem zapytania nad głową, końcówka instrumentalna najciekawsza, wkurzające to NIANIANIANIAAAUUU, całość raczej bez powrotów będzie.
Ponarzekam sobie w nadziei że poprawicie notowania - kolejna ciężkostrawna kolejka dla mnie, Goryle klasyk, potem długo nic.
Kurczę, przyznam że biorąc pod uwagę to niedawne zachłyśnięcie się Wujasa tym projektem to może jest to nieco zmarnowana szansa by jednak uraczyć nas czymś innym niż największy przebój, no ale nic. Najważniejsze że choć późno to jednak lepiej niż wcale Wuja otwiera oczy na kolejnych wykonawców i nie są to ani śpiewające panie ani nic z uniwersum Wilsona, to już kurde dużo. Polubiłem Gorillaz od pierwszego momentu gdy usłyszałem ten numer, drugie skojarzenie z nimi to chyba remiks 19-2000 który zdaje się był w grze FIFA 2000. Clint Eastwood to doskonały przykład szczęśliwego przypadku w muzyce bo numer oparty o prosty preset Casio - WRÓĆ - SUZUKI Omnichord uzupełniony o wokale śpiewane i rapowane, trochę synthów czy kurde MELODICĘ robiąca z kolei westernowy klimat a mimo wszystko całość się znakomicie klei. Nie wiedziałem jeszcze wtedy że za projektem stoi Damon Albarn, pokochałem zblazowanego 2D jako tą kreskówkową postać, jako nastolatek relowałem z takim stylem bycia powiedzmy xD To jeden z tych numerów popowych gdzie geniusz tkwi w prostocie. Dla mnie ten numer to obecnie jedna z pewnych pozycji na mojej halloweenowej playliście.
Centrozoon - Pop Killer
Przyznaję że nie wyłapałem o co Kubie chodziło z tym Tymoteuszem i nawet mnie ten Bowness na wokalu zaskoczył xd znów dostajemy kawałek takiej cheap elektroniki, widzę Hien ma słabość do takich klimatów, ja tak średnio raczej. Lekko surowe to brzmienie, może jakimś industrialem podjeżdża nawet i z tego względu przyznam że nie pasuje mi tutaj wokal Tima, jego maniera ani to o czym śpiewa jakoś nie klei mi się z tym podkładem. Kuba uparł się by uraczyć nas stricte elektroniczną serią w tej 25., mam lekkie obawy jak to dalej pójdzie, powiedzmy że Kuba akurat nie jest dilerem elektroniki pode mnie.
Eno/Hyde - To Us All
Duet Panów spoza mojego uniwersum, Hyde bardziej chyba jednak nie siadł niż siadł, Eno dotychczas najlepiej ten od Dragona zaskoczył. Lekkie dreamowe granie, czy jest w tym wiosna? Być może, ja np. takich sennych klimatów bardziej słucham latem więc to utożsamianie muzyki z daną porą roku to zawsze rzecz względna. Słuchałem wielokrotnie tego numeru i nadal przechodzę jakoś obojętnie obok niego, jeśli już to wolę fragmenty bez wokalów niż z nimi, nie są to moje klimaty jakoś chyba po prostu.
Lady Gaga - Paparazzi
Zaszalał kolega. Nie przepadam ogólnie za popem tych późnych lat zerowych, w mojej opinii produkcja w tamtym czasie zrobiła się mocno płaska i plastikowa i Paparazzi jest tego najlepszym przykładem. Nie jest to też dla mnie jakaś zapadająca w pamięć kompozycja, po prostu radiowy produkt jakich wiele, dla mnie żaden klasyk. Zdecydowanie wolę już tą Gagę w żywym aranżu niż oblaną plastikiem, tu jest zbyt nijaka.
Primus - Scissor Man
Miałem pisać że znowu King Crimson a to przecież Primus xd ale mi się echa Discipline przypomniały trochę. Jednocześnie jest tu taka dziwność kompozycji, nie wiem jak brzmi oryginał ale czuć tu chyba tego ducha XTC skoro skojarzenia z Nonsuch też mam. Mentos jest mocno w żywiole ostatnio, serwuje różne swoje trudniejsze wrzutki chyba (poza ejsofspejds). Kolejna wrzutka która zostawia mnie ze znakiem zapytania nad głową, końcówka instrumentalna najciekawsza, wkurzające to NIANIANIANIAAAUUU, całość raczej bez powrotów będzie.
Ponarzekam sobie w nadziei że poprawicie notowania - kolejna ciężkostrawna kolejka dla mnie, Goryle klasyk, potem długo nic.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup