Best of Forum (Edycja albumowa)

Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 13 paź 2022 11:33

Zabawna sprawa, Swing When You're Winning leży u mnie na półce w folii... ponieważ kupiłem je w prezencie dla znajomej, tylko człowiek nie ma kiedy się spotkać ;( swoją drogą kupiłem omyłkowo nieco, nieco wcześniej w rozmowie wyjawiła że jara się albumem Sing When You're Winning od Williamsa a ja już na tą jedną literkę nie zwróciłem uwagi, choć myślę że się spodoba bo lubi takie klimaty też.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 13 paź 2022 13:11

No grubo Murzyn xD Dobrze, że nie ma na tej płycie Violent Hill
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 15 paź 2022 00:25

Dzisiaj kolejny odsłuch Sinatry, jutro ostatni i wysyłam potem od razu reckę.
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 15 paź 2022 13:00

Frank Sinatra - Only The Lonely

Pierwsze poważne zderzenie z muzyką Sinatry. Gościa, którego kojarzę z teleturniejami, hasłami słownikowymi, historią dawno minioną. Miałem planszowy "Miliard w rozumie" i tam było o niego pytanie. Trudno było sensownie zabrać się za to. Dystans czasowy będzie tylko coraz większy, a zapewne dla dobrego odbioru trzeba by się zanurzyć w kontekst epoki, pewnego standardu wykonywania utworów, funkcjonowania na rynku muzycznym czy szerzej artystycznym. To dziś wręcz jak cywilizacyjna konfrontacja.

Pierwszy odsłuch w charakterze totalnie zapoznawczym. Nic nie daje się wyróżnić. Emocje od początku do końca właściwie te same. Aranże z jazzowym odciskiem. Potężny, głęboki wokal Sinatry. Dwanaście małych scen o rozterkach, zranieniu, samotności. Bardzo ilustracyjne, sugestywne aranżacje. Już sam sposób śpiewania sprawia, że nie mamy żadnych wątpliwości, w jakim klimacie się obracamy. Trudno wejść w przeczucia odbiorcy z 1958 roku, dla mnie jest tu o parę warstw za dużo. Metodyczne przechodzenie przez kolejne rzewne ballady przypomina doświadczenie musicalowe. Rodem z zajęć uniwersyteckich. Hollywood krzyżuje się z teatrem muzycznym. Tam to wszystko jeszcze się rozkłada poprzez obraz, a tu polegamy na własnych przemyśleniach, wyobrażeniach, odczuciach. Daje się wyczuć pewną grę, czasami sytuacja prezentowana jest w inny sposób. Konkluzja zawsze identyczna. Jeśli to płyta do topienia smutków, to ja po dziesięciu minutach jestem przesycony tymi emocjami. Wolałbym zaraz sięgnąć po coś innego. Jednowymiarowość tej muzyki ją dobija, technicznie trudno jej coś zarzucić. Ulegam różnym nastrojom i wiele rzeczy potrafi naruszyć moją wrażliwość, ale w pewnym momencie znieczulam się na ten schemat. Słuchany w pełnym skupieniu nudzi. Przy okazji ostatniego utworu pojawia się światełko w tunelu. Wybitnie barowy klimat, gdzie naprawdę wystarczyłoby samo pianino, bo robi się dużo oddechu i wystarcza sam wokal. Pod koniec nieśmiało wraca ten wymowny, ciężki schemat. Zobaczymy co będzie kolejnym razem.

Odpalam drugi raz, tym razem wersja stereo. Aranże wyraźniej z przodu. Po trzech numerach zaczyna się znana już przypadłość. Bierze na mdłości, ale jednocześnie pewne fragmenty zaczynają się podobać. Najmniej nudy wywołują te najbardziej minimalistyczne utwory. Zamaszyste, bogate kompozycje sprawiają, że Sinatra swoje, a muzyka często swoje. Charakterny wokal rzadko prezentuje się trochę inaczej, od początku do końca ten sam lament świętokrzyski i to dość monotonny. Być może autentyczne emocje Franka walczą z disneyowskim wręcz tłem. Przechodzę przez płytę i pamiętam w zasadzie tylko początek It's a Lonesome Old Town, zmyślny rym się tam objawia. Ładny jest też moment w środku Gone With The Wind z małym kontrastem, ale to właściwie tylko kilka sekund. One For My Baby dalej najciekawszym wyróżnikiem, choć w wersji stereo mam więcej wątpliwości, bo smyki dają o sobie znać wyraźniej i jest źle. Chodzi mi po głowie myśl, że wyróżniam niektóre numery, bo są już tak sztuczne, że udzielający się w trakcie słuchania dystans pozwala je odróżnić od reszty bardziej nadętej, jednowymiarowo gorzkiej. Tej na serio serio, gdzie nie wsadzisz ani szpilki w powietrze, bo jest tak gęsto.

Na ostatni raz jestem już dość dobrze oswojony z całością i nie mam żadnych oczekiwań. Wybór pada na wersję mono, jest bardziej subtelna. Nic się nie wkrada na poziom wokalu, tło jest tłem, a bas odpowiednio je punktuje. Stereo za bardzo uwypukla to, co do uwypuklenia się kompletnie nie nadaje. Całość przez to jest tylko bardziej cukierkowa, źle teatralna. W mono jest więcej oddechu i lepiej, gdy faktycznie coś tam bywa ledwo słyszalne. Nie ma tego problemu co wcześniej, że Sinatra się wyraźnie rozchodzi z muzyką. Podoba mi się końcówka Angel Eyes. Może faktycznie całość niepozornie zaczyna przekonywać, kiedy leci jako niegroźny muzak w tle... ale w ten sposób można przekonać się do wszystkiego mimo woli. Nie rozpijałbym się do tego, dalej prędzej porozdzielałbym poszczególne kawałki do wybranych filmów czy spektakli niż faktycznie oddawał się samej muzyce. It's a Lonesome Old Town, najbardziej zwarty ze wszystkich, ląduje na playliście spotifajowej będącej czymś w rodzaju muzycznego pamiętnika. Zamiast orkiestrowego patosu bardzo dobrze rozwija się melodia wykonywana przez Sinatrę i głupstwem byłoby ją psuć jakimś lukrem. Good-Bye to pierwsze formalne zakończenie. Bardzo wymowne barowe One For My Baby po czasie jakoś się skiepściło. Równie dobrze może potem polecieć dziesięć, dwadzieścia utworów. Albo żaden. Wcześniej zresztą tak samo. Taka to muzyka. Jej przeznaczenie i struktura sprawiają, że ilość nie ma większego znaczenia. Tyle słów, żeby ostatecznie podsumować to tym, że odczucia mam zupełnie neutralne z małym kciukiem w górę dla It's a Lonesome Old Town. Ciekawe doświadczenie. Faktycznie nie moja muzyka.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 15 paź 2022 14:33

Ło Panie, ale ściana. Podoba mi się to sprawozdanie z kolejnych odsłuchów, bo faktycznie widać wtedy, że te kolejne próby są inne.
Inna sprawa, że mocno próbujesz ten album analizować, może w poszukiwaniu czegoś co Cie bardziej przekona, ale imo jeżeli to nie wchodzi na podłożu czysto emocjonalnym, podstawowym, bez jakiegoś rycia w icebergu, to raczej nie ma co drążyć. Jedyne co mogę zaproponować, to ewentualnie zmiana settingu, jak u Murzyna. Jakiś spacer jesienny, jakąś podróż pociągiem, może nawet nawet, w konwencji płyty, po jakimś alkoholu? Kto wie.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 16 paź 2022 00:53

Chyba tylko to może pomóc. Jeśli w innym stanie nie uderzy po prostu od razu, to sprawa może być zamknięta na długo. Po poście widać to najlepiej, na pewno próbowałem :D
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 17 paź 2022 13:35

O ile dystans czasowy jak wspomniał Dragon tylko będzie rósł wiadomo, to może być jeszcze tak że do tej muzy musimy się troszkę zestarzeć heh.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 17 paź 2022 13:41

Możliwe, chociaż ja zacząłem się zagłębiać w Sinatrę (z własnej woli) jak miałem jakieś 25 lat, więc to kwestia indywidualna. A dystans czasowy to argument, którego nie kupuję.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 17 paź 2022 13:51

No dokładnie, wydaje mi się że z racji samego dystansu odbiór gorszy nie będzie, to poniekąd miałem na myśli.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 18 paź 2022 06:54

Pany tydzień już Sinatrę jedziemy, proszę dać znać jak gotowość w kwestii płyty ELO (ja sam jeszcze nawet 1 dobrego odsłuchu nie zaliczyłem).

EDIT 8:11 (no ok, już ten jeden raz odsłuchałem jakoś :) )
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 18 paź 2022 08:15

Dev mi kiedyś pisał recenzje Sinatry na fejsie, mogę to przekleić
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 18 paź 2022 10:50

Frank Sinatra - Only The Lonely

Frank Sinatra to jest jedna z tych ikon popkultury, które odkąd pamiętam gdzieś tam krążą w powszechnej świadomości, ale nie jako muzycy, nie jako ludzie, tylko jako WIELKIE NAZWISKA. Z takimi to zawsze miałem kłopot, bo mam jakąś tendencję do omijania takich zjawisk w kulturze, chyba już aż do tego stopnia nie lubię rozczarowań, że wolę nie ryzykować potencjalnego zawodu, a może to ta wewnętrzna przekora każe mi wprost proporcjonalnie ignorować takowe w stosunku do natężenia do hype'u, nie wiem, nie znam się. Przed odsłuchem nazwisko znałem tylko ponieważ je znałem, gdzieś mi się tam obiły o uszy te słynne bangery, no i swego czasu nawet lubiłem tę piosenkę z czołówki serialu, który zerznął nazwę i pomysł od Kiepskich, ale nie wiem czy słyszałem ją kiedykolwiek w całości, więc raczej się nie liczy.
Słuchałem albumu ze 4 razy, w stereo i w mono, w warunkach domowych jak i spacerowych, w tle i w tzw. skupieniu i generalnie było to całkiem przyjemne doświadczenie. Ja tam nie mam awersji do muzyki z innej epoki, w sumie to sam rozważam w której bestce kieeedyś tam podrzucić coś z lat 50 (i jednocześnie też z katalogu 1000 płyt które warto poznać przed śmiercią xd) i chyba właśnie ten dziwny okres, w którym słuchałem czarnuchów na trąbkach oraz takich różnych mógł mi ułatwić wsiąknięcie w ten klimat. Nie mam jakiegoś problemu z tym brzmieniem, wiem, że jest archaiczne i specyficzne, ale może gdzieś tam podświadomie tęsknie za czasami ogólnodostępnej amfetaminy i systemowego rasizmu, bo słucha mi się takich rzeczy po prostu dobrze.
Chociaż tradycyjnie nie wyróżnię tu żadnej konkretnej kompozycji (może najwyżej uwzględnie tytułowy oraz It's A Lonesome Old Town), to jednak dołączę tę płytę do zbioru tych SPOX. Po opisie Kuby spodziewałem się jakichś rozdzierających serce smutów i cholera wie czego, może nie powiem, że się od razu zawiodłem, bo to nie o to tu chodzi, ale nie wiem, wydaje mi się, że gdybym miał tworzyć playlistę muzyki do upijania sie na smutno, to bym raczej niczego z tej płyty tam nie zawarł. Ale zgodzę się z tym, że to faktycznie całkiem przyjemna muzyka do słuchania w tle, może nie na codzień, ale od czasu do czasu - no spoko, zwłaszcza o tej porze roku. No jest klimacik, można sobie kontemplować przy szklaneczce szkockiej albo soczku, zadumać nad losem, albo zrobić parę memów - jako tło do tych faktycznie jest gicik, i ja wiem, że zdaję sobie sprawę, że taka muza leży niebezpiecznie blisko szeroko pojętego MUZAKU, ale jednak gdzie rzym, a gdzie krym.
No więc propsuję generalnie i daje okejkę, taką rzetelną, solidną, a nie że na miarę naszych możliwości czy coś.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 18 paź 2022 10:56

Może trochę trochę przesadziłem z tym smutkiem, a może nie. W sumie w latach 50 mniej było trzeba żeby się smucić, inaczej się przeżywało i wyrażało ten smutek (zwłaszcza w muzyce), inaczej ludzie byli wychowani, w innym alkoholu topili żale, itd. Wiadomo, że dziś wchodzi się do pubu, kupuje tanie piwo, ale w dzbanie, rzuca się prostytutka mi na barmana, a potem wyprowadza cię policja. Ale taki średni by z tego był album, tbh.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 18 paź 2022 13:25

Frank Sinatra Sings for... Only the Lonely

Ajjj, ten album mnie trochę zabił odsłuchiwany w tym okresie. Kiedy Hien podrzucił mi go po raz pierwszy, bodaj jesienią 2019, byłem mniej zbiasowany, bowiem siedziałem sobie wesoło w nowym mieszkaniu ze stałą panną i podchodziłem do tego dzieła bardziej hmm mechanicznie? Nie wiem, czy to dobre słowo, zwłaszcza, że i tak za serce chwyciło, no bo to w końcu Sinatra... Zanim zatopię się w osobistych wynurzeniach (zatapianie się w wynurzeniach brzmi cokolwiek interesująco) wspomnę, iż ja o Sinatrze wiedziałem głównie tyle, że istnieje. Owszem, znałem jego najsłynniejsze dokonania, coś się słyszało w filmie, coś się słyszało w radio (tak, na którejś komercyjnej stacji jeszcze ponad dekadę temu potrafił polecieć Sinatra xD), albo zwyczajnie słyszało się o nim. Że Hien Sinatrę zna i lubi to nawet coś wiedziałem, ale podchodziłem do tego na zasadzie pewnego dziwactwa (LOL), bo sam nie byłem w stanie się do tego typu muzyki przekonać (powiedział to gość, który za gówniarza lubił Neila Sedakę, yay...). Nadszedł czas tho, wymiana vol. 3 i Hienałcze wrzuca na dropa Sinatrę i mówi "słuchaj, Musiał, porządnej muzyki". Więc odpaliłem, kurde, porządną muzykę. Poczułem się trochę tak, jakbym otwierał butelkę 50-letniej whisky, single malt, wziętą z piwnic jakiegoś zamku nad jeziorem Morar (z tym, że to jednak amerykański burbon z Oregonu). Pomieszczenie, w którym odsłuchiwałem płytę nagle zostało obłożone tą nieśmiertelną, ciemnobrązową boazerią dębową, żyrandol zastąpiła pomarańczowa lampa z pomarańczowym abażurem, powietrze wypełnił zapach taniego cygara. Zrobiło się classy. A że wcześniej takie odczucia miałem słuchając Ferry'ego solo (po 1980 tho), wiedziałem, że nadchodzi naprawdę dobry seans, będzie fajnie, będzie przyjemnie, będę się bawił.

Tylko co to za zabawa była, jeśli odejmując aranżacje i charakter tej muzyki nagrywanej w czasach świata przedstawionego w Moście Szpiegów, album ten jest mocno dołujący. Prawdę mówiąć mój mózg aż wymazał pierwszy odsłuch sprzed 3 lat, jakby czekał na lepsze doń warunki, a te, chcąc nie chcąc nadeszły teraz, kiedy dopiero co dostałem kolejnego już w tym roku kosza xD nie sprowadzając jednak sprawy do tak prostego rachunku, a jednocześnie właśnie to robiąc, miałem trochę vibes The Siths. Mówię poważnie - na poziomie muzycznym to jest coś, co można spokojnie puścić na imprezie zorganizowanej w eleganckim dworku na przedmieściach Chicago, bądź w nowoczesnej willi w stylu art deco zbudowanej niedaleko Colorado Springs. Goście przyjdą, chętnie napiją się zaproponowanego alkoholu, zapalą czerwone Marlboro i posłuchają Sinatry. Nie sprawi to jednak, że spróbują wyskoczyć przez okno w połowie seansu powodowani narastającą rozpaczą, co z pewnością miałoby miejsce, gdybym w zbliżonych okolicznościach odpalił na domówce The Soft Moon xD Więc jak z Morrisseyem i ekipą, podszyte melancholią teksty (czasem aż nazbyt oczywistą) do całkiem "normalnej" muzyki. Lata temu pocisnąłbym tej płycie (a raczej w ogóle temu hmm gatunkowi), że jest... mało dzisiejsza. Ergo wyszedłbym na idiotę, bo to jest jednak rzecz całkowicie ponadczasowa (i już walić to, że to po prostu Sinatra i wielkim nazwiskom należy się wielkie uznanie) i okręcanie się tymi brzmieniami stanowi dla mnie wyjątkową przyjemność. Całość ma charakter barowo-przyjęciowo-piciodolustrowy, przez co można znaleźć tutaj coś dla siebie w każdych okolicznościach. Nie jestem w stanie w tym momencie pisać o pojedynczych utworach (nadmieniając może jednak, że Blues in the Night, Angel Eyes i One for My Baby to w tej chwili moi absolutni faworyci), bo traktuję tę całość jako, well, całość, ale rzecz, która mnie absolutnie urzeka do szpiku kości to głos Franka. Gość brzmi kapitalnie, jest to taka specyficzna maniera śpiewu, właściwie crooning (bardzo wzorował się na nim Louie Austen, dla którego Sinatra do dziś pozostaje wzorem, tylko że Austen władował crooning w muzykę taneczną), który ma w sobie naturalny pogłos, wyjątkową siłę, niesie każdy bodaj ładunek emocjonalny i wgryza się gdzieś w moją głowę. Nie daje o sobie zapomnieć, ale też po co o nim zapominać? To w końcu Sinatra.

Podsumowując, album uważam za złoto i bardzo dziękuję Kubie, że wtedy, na jesieni 2019 nieco otworzył mi oczy, że tak to koturnowo ujmę, na tego rodzaju muzykę. Zabawnym jest, że przecież zmiany były tuż za rogiem, chwilę później wypłynęli Beatlesi, jeszcze tylko nieco dłuższą chwilę później Stonesi i Fleetwood Mac (ci przeszli kosmiczną drogę od Moneymakera do Seven Wonders), zaraz potem Bowie, Roxy Music, etc. etc. Nie wiem, czy istnieje jakiś mocno zarysowany revival croonerskich ballad, w ogóle tej strony sceny nie śledzę, ale czasem aż mam na to ochotę. Nawet nagrywana współcześnie to byłaby muzyka z innego, zapomnianego już świata, gdzie jakkolwiek nie wyglądałaby jakakolwiek randka, na której znalazłbym się w przyszłości, nawet, jeśli byłoby to tankowanie szotów na warszawskich Pawilonach, natychmiast po ich opuszczeniu zaczyna padać deszcz, żółte światło lamp (niestety sodowych) odbija się od mokrego bruku, ja w długim, beżowym prochowcu z kapeluszem, ona w nieco krótszym futrze z wyraźnie przerośniętym kołnierzem i toczkiem na głowie, w pobliżu parkuje przynajmniej Pobieda. Taka tęsknota za tym, co naprawdę odeszło i już nie wróci. Nawet okładka ciągnie latami 50. jak się da, z artystą wystylizowanym na arlekina. Świetna rzecz, świetny odsłuch, legendarny artysta i legendarna muzyka.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 18 paź 2022 13:33

devotional pisze:
18 paź 2022 13:25
(i już walić to, że to po prostu Sinatra i wielkim nazwiskom należy się wielkie uznanie)
dupa tam się należy
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 18 paź 2022 13:42

Dragon młody gniewny "no jak to czcić jakiegoś starego dziada za nazwisko, sokoro randomy od elektroniki klepią biedę" xDDD
Ale wielkie nazwiska w muzyce rzadko stają się wielkie za byle co. Może Dev użył tu grubego skrótu, ale ostatecznie zgadzam się. Może miłość niekoniecznie, ale szacunek się należy.

Jeśli chodzi o revival croonerskich ballad, to jest coś co trudno wyłapać. Niby Williams nagrał ten album z klasykami (głównie Sinatry) dwadzieścia lat temu i to był olbrzymi przebój, ale jego wokalu nie podciągnął bym pod crooning, choćbym bardzo chciał (za lekki). Lady Gaga z sukcesem nagrywała standardy z Bennetem, The Puppini Sisters miały moment, wiadomo, Michael Buble (też za lekki wokal), ale to wszystko takie odniesienia do muzy z lat 40/50 tylko. Jeśli chodzi o prawdziwych croonerów w starym stylu, to Dev mi otworzył uszy na Austena, tzn ja typa po prostu nie znałem, ale zrozumiałem, że w takim charyzmatycznym croonerstwie nie chodzi o to żeby to zawsze było z orkiestrą, czy jazzem w tle. To bardziej chodzi o charakter i LA ten szorstki charakter w głosie ma. I generalnie to co ten facet robi, jest wyjątkowe, bo nie jest retro kopiowaniem. To ma sens. Myślę, że małpowanie Sinatry z lat 50, mija się z celem w 2022 r. Nie chodzi o to, że ta muzyka się zestarzała, ale w jakim świecie my żyjemy? Kto obecnie wyciąga brudy z taką uprzejmością i gentelmeństwem, jak Frank? To trochę jakby na siłę robić premierę kopii "Casablanki", kiedy obok na afiszu jest jakieś gówno Vegi.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 18 paź 2022 13:45

Dragon pisze:
18 paź 2022 13:33
devotional pisze:
18 paź 2022 13:25
(i już walić to, że to po prostu Sinatra i wielkim nazwiskom należy się wielkie uznanie)
dupa tam się należy
Ładnie podsumowane, to nie Urban przecież.

Zostawiam czas na wszelkie dopiwiedzenia w kwestii Sinatry i najdalej jutro startujemy z ELO.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 18 paź 2022 13:59

Dragon pisze:
18 paź 2022 13:33
devotional pisze:
18 paź 2022 13:25
(i już walić to, że to po prostu Sinatra i wielkim nazwiskom należy się wielkie uznanie)
dupa tam się należy
Ale on jest po prostu dobry xDDD

Właśnie, Hien mi przypomniał przecież stylówę wokalną Michaela Buble, choć on dla mnie jest takim bardziej ucroonerowanym Ronanem Keatingiem. Nie ma w tym nic złego, ale to jeszcze nie jest to xD jednakowoż zgadzam się z tym, co napisał później, że pewnych rzeczy nie tylko nie da się odtworzyć, lepiej ich po prostu nie odtwarzać, bo będą brzmiały cokolwiek średnio. Można unowocześniać tho, posłuchacie Austena to załapiecie ocb.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 19 paź 2022 01:09

Może i dobry, ale nie lubię wielkich słów xD zasługuje tak samo na uznanie i zignorowanie, jego statusu w historii już nic nie podważy
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 19 paź 2022 07:48

Dzień dobry.

Zapraszam do omawiania albumu Discovery grupy Electric Light Orchestra :)
devotional pisze:
29 wrz 2022 10:36
Hien pisze:
29 wrz 2022 09:44
Czy w którejkolwiek recenzji Musiała nie pojawiło się jakieś odniesienie do Ghost Boxa?
NIE.

Electric Light Orchestra - Discovery

https://www.youtube.com/watch?v=22nXyKz ... el=ELOVEVO

Dla odmiany ani hipsterski dream pop, ani ejtisy, a rok 1979 i bodaj najważniejsza dla mnie płyta w życiu (drugiej najważniejszej nie wrzucę, nie zrobię Wam tego, dostaniecie coś innego tej samej grupy, której nazwy teraz nie wymienię). Dlaczego najważniejsza? Bo to pierwszy album, który w pełni świadomie usłyszałem w swoim życiu w całości wiedząc, że to album, że tak się je muzykę i tak dalej i tak dalej. Rok 1995, może 1996? Panel kasetowy w wieży Sanyo, o której już kiedyś wspomniałem i taśma z Discovery. Czyja była? Mojej kochanej matuli, która fanką zespołu była od zawsze (w kontrze do Beatlesów, których nie trawiła i co z całym dobrodziejstwem inwentarza przekazała mnie - Jeff Lynne, frontman, wokalista i jedyny stały członek ELO powiedział kiedyś, że ELO startuje z miejsca, w którym Beatlesi skończyli i moim zdaniem są od nich lepsi o długości świetlne) i jest nią do dzisiaj. Jednocześnie Discovery było jedynym albumem, jaki posiadała w całości na własność, kasetę zakupiwszy jeszcze w jakimś 1986 za pierwszą w życiu pensję nauczycielki przedszkolnej na Rudzie Pabianickiej (nota bene mamy tę kasetę do dziś xD), więc nie mogłem zacząć od niczego innego. Dla mnie to jest album kompletny, nie dość, że świetny w odbiorze (produkt swojej epoki z soczystym rock'n'rollem, balladami i elementami disco), to jeszcze nie za długi (bez dwóch wbitych do playlisty króciutkich bonusów trwa niecałe 40 minut), dynamiczny, melodyjny, bez jednego choćby zapychacza, nie ma tutaj złych piosenek. Są gitary, pianino, klawisze, używane wówczas wyłącznie w studio żywe instrumenty smyczkowe, duet wokalny Lynne - Kelly Groucutt (basista, który później stał się frontmanem ELO MkII i nieszczęśliwie zmarł na atak serca jakieś 12 lat temu), koniec z syntezatorowym słodkopierdzeniem (przynajmniej na chwilę).

Miałem darować sobie notki biograficzne, ale ten zespół aż się o takową prosi, bo historię też mają pokręconą. Ich pierwsze płyty bardziej przypominały rocka progresywnego niż "gdziekolwiek nie zostawili swoją twórczość Beatlesi" (a pierwszy album ELO ukazał się dokładnie rok po Let It Be), potem dopiero dołożyli "roll" do reszty. No i po prostu dobry, chwytliwy pop. Fanbase wygenerowali błyskawicznie, mieli świetne dzieła w latach 70. (A New World Record, dwukrążkowe, monumentalne Out of the Blue czy wrzucone tu przeze mnie Discovery), świetne wejście w ejtisy płytą Time i nagle okazało się, że reszta grupy ma dość dyktatorskiego podejścia Lynne'a do... wszystkiego (gość poza właściwie jedynym kompozytorem i wokalistą był też producentem całego ich materiału, taki Smith z późniejszych czasów Kjurów). Odszedł Groucutt, odeszli smykowcy, odszedł aranżer i drugi gitarzysta. Oryginalne trio w składzie Lynne-Richard Tandy (klawisze)-Bev Bevan (pałker) wydało jeszcze dwie płyty - Secret Messages (mniej rocka, więcej ejtisowego popu) i Balance of Power (głównie... prawie synthpop; tu chyba nawet Bevana już nie było), po czym Lynne stwierdził, że ma dość. Z tym, że Groucutt i reszta renegatów dość nie mieli i chcieli dalej grać jako ELO. Groucutt miał jednak tego pecha, że dołączył do grupy trochę po jej założeniu i nie miał praw do nazwy. Miał je Bevan, który wrócił jako pałker. Grupa dorwała nowego klawisz-wokalistę Erica Troyera (który wygląda i brzmi jak biedawersja Hogartha z Marillion) i przyjęła nazwę... Electric Light Orchestra Part II. Wydali dwie płyty - po prostu ELO Part II i Moment of Truth w latach 90., ruszyli w trasę po świecie (chyba nawet 2), które wyprzedały się na pniu. Nowe piosenki śpiewał Troyer (który był głównym dostarczycielem nowego materiału) a stare Groucutt. Z tym, że po drugiej płycie i drugiej trasie Bevan stwierdził, że ma dość występów i odszedł... zabierając prawa do nazwy. Sądowa szarpanina skończyła się kolejną zmianą nazwy zespołu, tym razem na The Orchestra. W pewnym momencie z oryginalnego składu zostały już tylko 3 osoby - Groucutt, skrzypek Mik Kaminski i aranżer Louis Clark (który wreszcie miał co robić poza studio, bowiem to ELO Part II dopiero wprowadziło pełnoskalową orkiestrę na scenę przy występach na żywo - Clark robił za ich dyrygenta). Przyjęto nowych ludzi i w 2005 ukazał się ostatni album studyjny zespołu, No Answer. Ale wszyscy przyznawali, że był zrobiony trochę na odpiernicz, bowiem najważniejsze były występy na żywo. I dobrze, bo robili je fenomenalnie, moim skromnym zdaniem.

W 2008 roku zagrali w Polsce (jako Electric Light Orchestra - Former Members) w Sali Kongresowej jeszcze z Groucuttem jako głównym frontmanem, i był to jeden z najlepszych koncertów jakie widziałem. Było mnóstwo energii, zagrali masę hiciorów (niestety, nic z albumów Part II, które nie były bardzo złe, powiem więcej, Moment of Truth jest lepsze dziesięciokrotnie od Balance of Power), był hałas i chaos, ale było naprawdę świetnie. Kiedy byłem dzieciakiem i słuchałem Discovery po raz pierwszy w życiu miałem w sobie przekonanie, że muzycy to ludzie nie tylko doskonale utalentowani i wręcz wybitni, ale też rekrutują się jedynie spośród kierunkowo wykształconych (Lynne był totalnym samoukiem), to jakby inny świat, do którego nie ma się żadnego dostępu. O koncertach wiedziałem tylko tyle, że się odbywają, ale wydawało mi się, że bilety na nie są okrutnie drogie i pewnie nigdy się na takim nie znajdę, w ogóle muzyka to rzecz dla wybranych, skoro kaseta magnetofonowa kosztowała wówczas moją mamę 1/4 pensji. Było to więc dla mnie swego rodzaju spełnienie marzenia z czasów gówniarskich (w 1995 roku miałem 6 lat), nawet nie DM ponad 2 lata wcześniej, czy Simple Minds, czy nawet free koncert Alphaville (na którym przypadkiem byliśmy razem z Hienem, ale on wtedy nie wiedział o moim istnieniu), ale WŁAŚNIE ELO. Było to dla mnie okrutnie symboliczne, bowiem kilka miesięcy przed tymże koncertem sam oficjalnie "dołączyłem do grona muzyków", kiedy z Bartinim nagraliśmy Burzę Nad Miastem jako Azbest. I nagle wszystko było na wyciągnięcie ręki. Była to też jedyna sposobność na zobaczenie Groucutta żywego, bowiem rok później nagle zmarł. Zespół kontynuował działalność i w 2009 roku byłem jeszcze na dwóch ich koncertach (w tym na jednym w Atlas Arenie w Łodzi), ale hype train trochę wyhamował. To nic, w końcu to ELO. Grali jeszcze albo do niedawna albo wciąż grają, trochę się już pogubiłem w używanym przez nich obecnie nazewnictwie.

Z perspektywy hardcore fanów ważniejsze było, że - po one-off albumie Zoom z 2001 - Lynne na pełnej reaktywował ELO (teraz pod nazwą Jeff Lynne's ELO) i w 2015 oraz 2019 wydał kolejne albumy. Do Polski się nie wybierał, ale miał być koncert w Berlinie w czasie pandemii (odwołany, nieprzełożony), na który mój brat zaprosił moją mamę (mnie też proponował, ale koszt biletu to jakiś odjazd), żeby sama mogła zobaczyć tę legendę na żywo. Bo Lynne to jest legenda, człowiek-instytucja, zadufany w sobie buc, który jednocześnie stworzył potężny kawał brytyjskiej sceny muzycznej, pisał hity, występował chyba wszędzie, robił soundtracki do musicali (Xanadu <3), wymyślił supergrupę Travelling Wilburys z Orbisonem, Harrisonem i Pettym, dostarczył mi masę muzycznych przeżyć i wspomnień. Nie napiszę Wam, który utwór na Discovery jest moim ulubionym, bo... każdy jest moim ulubionym. Confusion, Need Her Love, fenomenalne Last Train to London, Wishing, trochę bekowe Diary of Horace Wimp, wdeptujące w ziemię Don't Bring Me Down. No i oczywiście mój ulubiony z czasów dzieciaka - Shine a Little Love, które było zresztą piosenką na pierwszy taniec mojego brata i jego żony na ich ślubie (tutaj nadmienię, że nie znam większego psychofana ELO niż mój brat, zna absolutnie wszystko od nich, jest też zafascynowany Part II do tego stopnia, że ściągał z RPA i Brazylii ostatnie kopie jakichś bootlegów video - wliczając w to taśmy VHS, a mówię o roku 2011 xD - z ich występów WSZĘDZIE), co dało nieco kliszowy, ale mimo wszystko sympatyczny obraz przechodzenia pokoleniowego odbioru dzieł kultury. Do Discovery wracam często. Żadna inna ich płyta nie ma dla mnie takiego charakteru i żadna nie jest tak dobra od początku do końca. Mogę siedzieć w synthpopie, fascynować się ejtisami, hipsterskim pierdograniem, TAC i tym podobnymi, ale Discovery for life kurde. To jest... music complete (LOL), zapraszam do odtrutki na Musiał-core (poprzez obcowanie z Musiał-hardcore).
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup