Best of Forum III
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Na wstępie uwaga: cieszę się, że znowu tu jestem i mogę znowu poznawać z Wami ciekawą muzykę o bardzo różnych korzeniach. Jeszcze wczoraj zdawało mi się, że nawet dziś tego nie wrzucę, kto wymyślił, do jasnej cholery, taką organizację dnia, że nie da się nic zrobić, nic zaplanować i się tylko pada na twarz? Ale nieważne, chwila się znalazła, można jechać z nową kolejką!
The Rosebuds – Give Me a Reason
Hien wrzucił kolejny kawałek z klimatem, który określiłbym jako taką "melancholię z północy". Mocny, wyrazisty rytm, wokalista brzmi, jakbym wielokrotnie już go słyszał, ma fajny, przyjemny głos. Przyjemna muzyka, w sam raz na chwilę posiedzenia w spokoju przy muzyce, chwilę, której tak bardzo ostatnio mi brakuje i może dlatego właśnie tak dobrze mi to wchodzi. Tekst całkiem ok, ten wielogłos dodaje piosence większej głębi. Fajne są te gitarowe ozdobniki w tle. Rzecz lekka, dobra i bez zobowiązań. Na tyle solidna, że z czasem może tylko zyskiwać, szczególnie w porównaniu z wieloma krzykliwymi (na różne sposoby) kawałkami.
Paktofonika - Priorytety (2000)
I mamy pierwszego przedstawiciela rapu na liście. Przyznać muszę, że dla mnie w pewnym sensie wiele utworów w tej estetyce jest bardzo podobnych pod względem jakimś tam rytmicznym czy sposobem deklamacji. No, ale to mój problem. Nigdy nie słuchałem Paktofoniki, kiedy trwała ich kariera, ja dopiero zaczynałem poznawać muzykę pop. Samo słowo "priorytety" kojarzy mi się z postem na szachowym discordzie, kiedy kolega napisał "najważniejsze są priorytety: ukulele>szachy
". Dosyć mocno wbija się ten refren w głowę, zwłaszcza fragment "Hierarchia wartości, obowiązki, przyjemności" (i to "niestety" w pierwszej linijce; ja nie wiem, czy to "niestety", czy tak po prostu jest).
Ten z kolei moment "Bujanie konika Magika, to nie filatelistyka czy numizmatyka. Nie mam też ochoty na zabawy w żołnierzyka" razi infantylizmem, no, nie wyszło to najlepiej. Po kolejnym odsłuchu zauważyłem, że znów mi podkład umknął, a on jest całkiem chłodny, mało takiego klasycznego naparzania. Tekst w sumie całkiem zgrabny i nawet fragmentami już zdążył do mnie trafić. Nie mam ostatnio za bardzo czasu na poznawanie czegoś nowego (bo mi w tle bardzo przeszkadzać zaczęły jakiekolwiek dźwięki, chyba za dużo ich było), a z drugiej strony mam chęć poznawania czegoś, co wzbogaci moje postrzeganie świata. Rap to jedna z ostatnich rzeczy, po których się tego spodziewam, ale... dobre to jest, nie zdziwię się, jeśli wróci do mnie za jakiś czas, jak będzie większy chill (czyli na razie średnio się zapowiada).
Austra - Beyond a Mortal (2017)
Tu znowu mamy taką przyjemną, północną melancholię, tylko bardziej minimalistyczną. Mało dźwięków, delikatniejszy niż u Hiena i też fajny rytm, przyjemne, żeńskie wokalizy, miły dla ucha wokal jakby nie z tego świata, można się zanurzyć, jak się ma chwilę
Tekst bardzo prosty, ale raczej nie dla tekstów słucham takiej muzyki, jak mam na nią nastrój. To może trafić w odpowiednim momencie, generalnie jestem za, trzeba tylko wyczekać odpowiedniego momentu. Chyba jedna z trudniejszych pozycji w tym zestawie, słyszałem kiedyś nazwę Austra, ale słuchałem wtedy czegoś innego. Trzeba wypróbować w większej dawce, jutro będę miał taki zgon, że to będzie się świetnie nadawało 
Gnarls Barkley - Who Cares?
Od pierwszych dźwięków, chórków w tle przypomina mi to jakiś stary przebój, ale jestem tak tępy w tej chwili, że nie pamiętam tytułu, który słyszałem pewnie dziesiątki lub setki razy. Dość ciężki tekst przy pogodnej, bujającej muzyce, to się często dobrze sprawdza. I tu też tak jest. Podoba mi się sposób wkomponowania tytułowego Who Cares? w całość tekstu, bo to generalnie prosta fraza, łatwo wejść na niebezpieczny teren, a temu gościowi się to zgrabnie udało. Słychać, że to muzyka amerykańska, sama piosenka pogodna, krótka, a treściwa, fajne są partie klawiszowe w tle przy wyrazistym rytmie. Dobra rzecz! Chętnie wrócę.
52 Dębiec feat. Narciarze - Kto
W życiu nie spodziewałbym się, że Shodan wrzuci wulgarnego rapera. A tym bardziej nie sądziłem, że to będzie tak złe. Kwiatki z tekstu tego utworu można by długo wyliczać, już początkowe "ktoooooo kłamie tu jak z nuuut" jest mocno krindżowe (a, niech będzie, że tak pojadę), ten śmiech w stylu agresywnych, osiedlowych dresów, wzmianka o polskim orle, ogólnie odniesienia do narodu to jest monkaS, słów o "komercji" nawet nie chce mi się komentować, jak ktoś się chce skompromitować, to zazwyczaj właśnie o tym gada. Całość jest tak "pozerska" (nie lubię tego słowa), tak bardzo nadymająca się i "słuszna ideologicznie", ten śmiech (brrr!), jeszcze to "puszczą ci zwieracze", "zrób se dziecko" i "jak bardzo s***wisz się, by sprzedać swą muzykę", coś, co kompletnie do mnie nie trafia, nawet jeśli ludzie robią bardzo dużo, żeby się wybić i niekoniecznie dobrze to wygląda... Łatwo się wygłupić robiąc potem to, co się wcześniej krytykowało. Podkład rytmiczny, całkiem chwytliwy, ale pewnie się zapomni całkiem szybko. Nie no, sorry, Shodan, ale to jest mocny kandydat do najgorszego tytułu tej zabawy.
Lepiej wróć do skandynawskich wokalistek i ich bogatej ornamentyki
Saint Etienne - Only Love Can Break Your Heart
Pierwsze, co rzuca się w uszy, to nieco taneczny (bardziej do podskoków) podkład rytmiczny. Pani ma głos całkiem ok, musi się jeszcze przegryźć. Fajne są te zagrywki klawiszowe w tle, kiedy pani śpiewa I was always thinking... Tekst ok, chyba nie trzeba się w niego wgłębiać zbytnio, chociaż, kto wie... Mnie się już zdarzało wgłębiać w teksty piosenek różnych takich pań i ciekawe to było doświadczenie. Ten bit chyba mógłby być bardziej zwichrowany, pasowałoby to bardziej do melodii i do ogólnego wydźwięku. A tak jest trochę za bardzo przyziemnie. Święty Stefan generalnie daje radę, jest dobrze i fajnie byłoby tego posłuchać w bardziej sprzyjających warunkach niż w drodze do i z pracy.
Fajnie wrócić do naszych bestek i słuchać czegoś nowego, może się trafi kolejny Candido, Sparks czy inny Zaucha?
Myślę, że to całkiem udana kolejka poza jedną ewidentną wtopą.
The Rosebuds – Give Me a Reason
Hien wrzucił kolejny kawałek z klimatem, który określiłbym jako taką "melancholię z północy". Mocny, wyrazisty rytm, wokalista brzmi, jakbym wielokrotnie już go słyszał, ma fajny, przyjemny głos. Przyjemna muzyka, w sam raz na chwilę posiedzenia w spokoju przy muzyce, chwilę, której tak bardzo ostatnio mi brakuje i może dlatego właśnie tak dobrze mi to wchodzi. Tekst całkiem ok, ten wielogłos dodaje piosence większej głębi. Fajne są te gitarowe ozdobniki w tle. Rzecz lekka, dobra i bez zobowiązań. Na tyle solidna, że z czasem może tylko zyskiwać, szczególnie w porównaniu z wieloma krzykliwymi (na różne sposoby) kawałkami.
Paktofonika - Priorytety (2000)
I mamy pierwszego przedstawiciela rapu na liście. Przyznać muszę, że dla mnie w pewnym sensie wiele utworów w tej estetyce jest bardzo podobnych pod względem jakimś tam rytmicznym czy sposobem deklamacji. No, ale to mój problem. Nigdy nie słuchałem Paktofoniki, kiedy trwała ich kariera, ja dopiero zaczynałem poznawać muzykę pop. Samo słowo "priorytety" kojarzy mi się z postem na szachowym discordzie, kiedy kolega napisał "najważniejsze są priorytety: ukulele>szachy
Ten z kolei moment "Bujanie konika Magika, to nie filatelistyka czy numizmatyka. Nie mam też ochoty na zabawy w żołnierzyka" razi infantylizmem, no, nie wyszło to najlepiej. Po kolejnym odsłuchu zauważyłem, że znów mi podkład umknął, a on jest całkiem chłodny, mało takiego klasycznego naparzania. Tekst w sumie całkiem zgrabny i nawet fragmentami już zdążył do mnie trafić. Nie mam ostatnio za bardzo czasu na poznawanie czegoś nowego (bo mi w tle bardzo przeszkadzać zaczęły jakiekolwiek dźwięki, chyba za dużo ich było), a z drugiej strony mam chęć poznawania czegoś, co wzbogaci moje postrzeganie świata. Rap to jedna z ostatnich rzeczy, po których się tego spodziewam, ale... dobre to jest, nie zdziwię się, jeśli wróci do mnie za jakiś czas, jak będzie większy chill (czyli na razie średnio się zapowiada).
Austra - Beyond a Mortal (2017)
Tu znowu mamy taką przyjemną, północną melancholię, tylko bardziej minimalistyczną. Mało dźwięków, delikatniejszy niż u Hiena i też fajny rytm, przyjemne, żeńskie wokalizy, miły dla ucha wokal jakby nie z tego świata, można się zanurzyć, jak się ma chwilę
Gnarls Barkley - Who Cares?
Od pierwszych dźwięków, chórków w tle przypomina mi to jakiś stary przebój, ale jestem tak tępy w tej chwili, że nie pamiętam tytułu, który słyszałem pewnie dziesiątki lub setki razy. Dość ciężki tekst przy pogodnej, bujającej muzyce, to się często dobrze sprawdza. I tu też tak jest. Podoba mi się sposób wkomponowania tytułowego Who Cares? w całość tekstu, bo to generalnie prosta fraza, łatwo wejść na niebezpieczny teren, a temu gościowi się to zgrabnie udało. Słychać, że to muzyka amerykańska, sama piosenka pogodna, krótka, a treściwa, fajne są partie klawiszowe w tle przy wyrazistym rytmie. Dobra rzecz! Chętnie wrócę.
52 Dębiec feat. Narciarze - Kto
W życiu nie spodziewałbym się, że Shodan wrzuci wulgarnego rapera. A tym bardziej nie sądziłem, że to będzie tak złe. Kwiatki z tekstu tego utworu można by długo wyliczać, już początkowe "ktoooooo kłamie tu jak z nuuut" jest mocno krindżowe (a, niech będzie, że tak pojadę), ten śmiech w stylu agresywnych, osiedlowych dresów, wzmianka o polskim orle, ogólnie odniesienia do narodu to jest monkaS, słów o "komercji" nawet nie chce mi się komentować, jak ktoś się chce skompromitować, to zazwyczaj właśnie o tym gada. Całość jest tak "pozerska" (nie lubię tego słowa), tak bardzo nadymająca się i "słuszna ideologicznie", ten śmiech (brrr!), jeszcze to "puszczą ci zwieracze", "zrób se dziecko" i "jak bardzo s***wisz się, by sprzedać swą muzykę", coś, co kompletnie do mnie nie trafia, nawet jeśli ludzie robią bardzo dużo, żeby się wybić i niekoniecznie dobrze to wygląda... Łatwo się wygłupić robiąc potem to, co się wcześniej krytykowało. Podkład rytmiczny, całkiem chwytliwy, ale pewnie się zapomni całkiem szybko. Nie no, sorry, Shodan, ale to jest mocny kandydat do najgorszego tytułu tej zabawy.
Lepiej wróć do skandynawskich wokalistek i ich bogatej ornamentyki
Saint Etienne - Only Love Can Break Your Heart
Pierwsze, co rzuca się w uszy, to nieco taneczny (bardziej do podskoków) podkład rytmiczny. Pani ma głos całkiem ok, musi się jeszcze przegryźć. Fajne są te zagrywki klawiszowe w tle, kiedy pani śpiewa I was always thinking... Tekst ok, chyba nie trzeba się w niego wgłębiać zbytnio, chociaż, kto wie... Mnie się już zdarzało wgłębiać w teksty piosenek różnych takich pań i ciekawe to było doświadczenie. Ten bit chyba mógłby być bardziej zwichrowany, pasowałoby to bardziej do melodii i do ogólnego wydźwięku. A tak jest trochę za bardzo przyziemnie. Święty Stefan generalnie daje radę, jest dobrze i fajnie byłoby tego posłuchać w bardziej sprzyjających warunkach niż w drodze do i z pracy.
Fajnie wrócić do naszych bestek i słuchać czegoś nowego, może się trafi kolejny Candido, Sparks czy inny Zaucha?
Myślę, że to całkiem udana kolejka poza jedną ewidentną wtopą.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Nooo, Melki, ja mogę powiedzieć też, że dobrze Cię mieć z powrotem, brakowało Twoich wrzutek i unikalnych spostrzeżeń. Fajnie, że ekipa (prawie) w komplecie.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
The Rosebuds - Give me a reason
Kolegę JAKUBA rzadko tutaj dissuję, tak się składa, że jego wrzuty nawet jak mi do końca nie wchodzą to mają w sobie coś fajnego, taki urok, vibe, melancholię, może nawet zaryzykowałbym tezę, że ten jedyny w swoim rodzaju sznyt, który sprawia, że nawet jeśli wiem, że do nich po tych kilku odsłuchach nie wrócę, to i tak nie uznam tych kilku minut poświęconych na ich przesłuchanie za stracone. I mam mały problem z tym kawałkiem, bo niby jednocześnie to co o nim napisałem do niego mi pasuje, a zarazem totalnie mi on nie wchodzi - ani on mnie grzeje, ani on mnie ziębi, jest dla mnie maksymalnie obojętny. Jak są takie rzeczy, które wchodzą mimo iż nie powinno, to to jest dokładnie antyteza tego typu rzeczy. W sumie faktycznie pasuje jako soundtrack do Netflixowego serialu, bo jest równie miałkie i nijakie, co większość ich "produkcji" HEHE ;]. Daję znak przeciętności tym razem, bo sory no, nie o take wrzute munlupa nic nie robiłem.
Paktofonika - Priorytety
Jedną z nielicznych rzeczy za którymi tęsknie z lat zerowych są właśnie takie nerdowskie posiadówy przed komputerem z jakimiś kuzynami, wujami tudzież innymi kolegami kolegów, które i u mnie wyglądały z grubsza podobnie jak u kolegi Roberta. Ja odnoszę wrażenie, że to chyba jakieś uniwersalne doświadczenie łączące pokolenie gromadzące roczniki urodzone w okresie reformy oświaty Handkego, dzięki którym mamy miłe wspomnienia z grą Gothic, gierkami przeglądarkowymi oraz sokiem Caprio (daily remainder: twoja stara płaci za jego drugi litr). U mnie akurat Paktofoniki się na takowych nie puszczało, ale hip-hop na pewno się przewijał i generalnie to pamiętam, że w swoich czasach Magik miał status papieża w polskim rapie, co w sumie musiało się skończyć tym, czym się skończyło.
Mam dość ambiwalentny stosunek do Kinematografii, który jest wynikiem m.in. tego wspomnianego kultu papieża magika jak i faktu, że długo byłem w obozie ludzi sugerujących, że polski hh to tylko Kaliber 44, a reszta to jakieś dresiarskie gówno i chyba przez to jakoś tak wychodziłem z założenia, że bardziej "konwencjonalna" PFK jest już nie dla mnie, aczkolwiek było tam parę spoko kawałków, które uważam za spoko. Ten jest jednym z nich - fajny bit, przyjemny tekst, a summa summarum Magik niezłym poetom był. Spoko było sobie se to nawet odświeżyć. Daje uśmieszek oraz przyklejam serduszko WOŚPu na czoło.
Ozric Tentacles - Mysticum Arabicola
Ozric Tentacles to kolejna z tych nazw, co to ich nie słyszałem WIEKI i odkurzam dzięki tej zabawie. Nie pamiętam, bym ich kiedykolwiek słuchał, ale odnoszę wrażenie, że przewijali się tutaj w czasach, gdy to forum było bardziej forum poświęconym Porcupine Tree i neoprogowi niż Depeche Mode. To i tak nie był najgorszy okres w dziejach tego miejsca, bo pamiętam krótki okres, w którym banici z "konkurencyjnego" forum znaleźli tutaj swoje małe, prywatne Srajdaho i srali jakimiś wypocinami Korwina w temacie o polityce. xD
Jest to zarazem trochę i muzyka, którą mogliby się przerzucać Rajca z Hienem w temacie "Porcupine Tree" 11 lat temu, jak i zarazem coś, co się może człowiekowi podobać. A w zasadzie to nawet bardzo mi się to, cholera, podoba. Fajna jest ta FIGURA RYTMICZNA o której pisze melki, fajnie ten kawałek odpływa, dryfuje w jakieś różne dziwne, abstrakcyjne miejsca, po to by do niej se ot tak wrócić i generalnie teraz zacząłem się zastanawiać czemu ja tego typu muzyki nie słucham jakoś często, bo taki Hawkwind mi się bardzo podobał, a prawie w ogóle go nie słuchałem. xD Cholera, kupuję to. Gdyby tylko był jakiś pretekst do zapoznania się z całością w najbliższym czasie...
Austra - Beyond A Mortal
Znowu wracamy do miejsc, w których dawno mnie nie było. Austrę znam i pamiętam z czasów, gdy starałem się trzymać rękę na pulsie na bieżących nowościach, czyli sprzed dekady - pamiętam, że bardzo mi się podobał debiut i ta płyta z 2015 roku też mi się generalnie podobała. Późniejszych nie słuchałem, bo to już nie był okres, w którym byłem na bieżąco z muzyką, no i docierały do mnie echa, że są takie se, a nie byłem Bóg wie jak wielkim fanem. Nawet już nie pamiętam czy poszedłem na ich koncert na OFFie w '13 czy nie, bo chyba o tej samej porze grało coś innego, co też chciałem obadać (dziżas, znowu piszę o tamtym OFFIe jakbym nie był na żadnym innym koncercie w życiu poza tym PR0BL3Mu, na którym Oskar spóźnił się 3 godziny).
Lubię sentymentalne powroty, a jeszcze bardziej lubię powroty do miejsc, w których mnie nie było oraz do rzeczy, których nie znałem. Takim jest ten kawałek, który brzmi cholernie znajomo, ale przecież go cholera nie znam, bo skąd. xD Gdybym był marketingowcem, to bym pewnie pisał jakieś egzaltowane pierdy o popowej melancholii połączonej z głębokim brzmieniem w sosie LGBT, ale jednak nim nie jestem, więc się cieszcie. Kocham wokal Stelmanis i w ogóle kocham to brzmienie. Fajna piosenka, daję tym razem Musiałowi okejkę.
Gnarls Barkley - Who Cares?
Gnarls Barkley to projekt, który bym pewnie lepiej poznał, gdybym się urodził z pięć lat wcześniej, ale go nie znam. No i WHO CARES hehe pora na csa ;ppp. Nie no, murzyn mimowolnie mi przypomniał o takim jednym kawałku jednego z członków tego projektu, który leciał wszędzie tak z 12 lat temu i może u mnie kiedyś się pojawi, who knows (and cares). Jest w tej muzie coś lekkiego, zwiewnego, chciałem tu napisać SLACKERSKIEGO, ale jednak powiedzmy, że po ciut bardziej niż pobieżnym zapoznaniu się z tekstem uznałem, że jednak to słowo mi tu do końca nie pasuje. Uznajmy więc, że zamiast tego użyję słowa BEZPRETESJONALNOŚĆ. Prosty, dobry kawałek - ponieważ jestem dziś w dobrym humorku i w ogóle, to sprawdzę, czy mi przypasi w momencie jakiegoś doła tudzież innej chandry, bo myślę, że wtedy miałby potencjał na to, by urosnąć w moich oczach. Na razie solidna okejka.
Pięć Dwa feat. Ski Skład - Kto
Lubię jeden kawałek Pięć Dwa Dębiec, nie wiem czy aż tak, by tutaj trafić, ale wcale tego nie wykluczam. Dobrze wiecie który konkretnie, a jak nie wiecie to wam podpowiem, że 19 lat temu wychodził z co trzeciej lodówki. Tradycyjnie - nie polubiłem go na tyle, by poznawać cokolwiek innego.
Też odnajduję ciut zabawnym fakt, że shodan znowu wrzuca hip-hop tak polski, że powinien być puszczany podczas serwowania schabowego z ziemniaczkami oraz surówką w trakcie procedury przyznawania obywatelstwa tego kraju - sami wiecie wszyscy dlaczego. Moi poprzednicy zroastowali mocno ten kawałek, ja raczej do tego chóru nie dołączam, co też nie znaczy, że będę go jakoś bronić. Jest w tym jakiś duch tamtej epoki i tamtego okresu w polskim rapie, którego echa docierały do mnie już w tamtym czasie. Z opóźnieniem i szczątkowej formie, ale jednak. No i wiem, że to bardziej mem niż prawdziwy track, maniera Rycha jest nadal dla mnie ciężka do przeskoczenia, nie umiem tego kawałka traktować poważnie, ale bywały w tej zabawie rzeczy gorsze. W sumie shodan od pewnego momentu zmienił kierunek z czołowego wrzucacza śpiewających pań na człowieka od intrygujących muzycznych ciekawostek - w sam raz na zastępstwo Czeza, który w tej zabawie jest, ale go ni ma. Jestem ciekaw kolejnych propozycji. Nie daję znaku jakości, ale daje Pei uczciwie zarobić
Suma węgorzum kolejeczka słabsza niż parę ostatnich, ale też znowu nie jakaś tragiczna. Były rzeczy średnie, były fajne powroty, gdybym miał wybierać najlepszą rzecz - w zależności od dyspozycji dnia albo Ozyrycy albo Austra. DOBRA, JUŻ WAS NIE BLOKUJĘ
Kolegę JAKUBA rzadko tutaj dissuję, tak się składa, że jego wrzuty nawet jak mi do końca nie wchodzą to mają w sobie coś fajnego, taki urok, vibe, melancholię, może nawet zaryzykowałbym tezę, że ten jedyny w swoim rodzaju sznyt, który sprawia, że nawet jeśli wiem, że do nich po tych kilku odsłuchach nie wrócę, to i tak nie uznam tych kilku minut poświęconych na ich przesłuchanie za stracone. I mam mały problem z tym kawałkiem, bo niby jednocześnie to co o nim napisałem do niego mi pasuje, a zarazem totalnie mi on nie wchodzi - ani on mnie grzeje, ani on mnie ziębi, jest dla mnie maksymalnie obojętny. Jak są takie rzeczy, które wchodzą mimo iż nie powinno, to to jest dokładnie antyteza tego typu rzeczy. W sumie faktycznie pasuje jako soundtrack do Netflixowego serialu, bo jest równie miałkie i nijakie, co większość ich "produkcji" HEHE ;]. Daję znak przeciętności tym razem, bo sory no, nie o take wrzute munlupa nic nie robiłem.
Paktofonika - Priorytety
Jedną z nielicznych rzeczy za którymi tęsknie z lat zerowych są właśnie takie nerdowskie posiadówy przed komputerem z jakimiś kuzynami, wujami tudzież innymi kolegami kolegów, które i u mnie wyglądały z grubsza podobnie jak u kolegi Roberta. Ja odnoszę wrażenie, że to chyba jakieś uniwersalne doświadczenie łączące pokolenie gromadzące roczniki urodzone w okresie reformy oświaty Handkego, dzięki którym mamy miłe wspomnienia z grą Gothic, gierkami przeglądarkowymi oraz sokiem Caprio (daily remainder: twoja stara płaci za jego drugi litr). U mnie akurat Paktofoniki się na takowych nie puszczało, ale hip-hop na pewno się przewijał i generalnie to pamiętam, że w swoich czasach Magik miał status papieża w polskim rapie, co w sumie musiało się skończyć tym, czym się skończyło.
Mam dość ambiwalentny stosunek do Kinematografii, który jest wynikiem m.in. tego wspomnianego kultu papieża magika jak i faktu, że długo byłem w obozie ludzi sugerujących, że polski hh to tylko Kaliber 44, a reszta to jakieś dresiarskie gówno i chyba przez to jakoś tak wychodziłem z założenia, że bardziej "konwencjonalna" PFK jest już nie dla mnie, aczkolwiek było tam parę spoko kawałków, które uważam za spoko. Ten jest jednym z nich - fajny bit, przyjemny tekst, a summa summarum Magik niezłym poetom był. Spoko było sobie se to nawet odświeżyć. Daje uśmieszek oraz przyklejam serduszko WOŚPu na czoło.
Ozric Tentacles - Mysticum Arabicola
Ozric Tentacles to kolejna z tych nazw, co to ich nie słyszałem WIEKI i odkurzam dzięki tej zabawie. Nie pamiętam, bym ich kiedykolwiek słuchał, ale odnoszę wrażenie, że przewijali się tutaj w czasach, gdy to forum było bardziej forum poświęconym Porcupine Tree i neoprogowi niż Depeche Mode. To i tak nie był najgorszy okres w dziejach tego miejsca, bo pamiętam krótki okres, w którym banici z "konkurencyjnego" forum znaleźli tutaj swoje małe, prywatne Srajdaho i srali jakimiś wypocinami Korwina w temacie o polityce. xD
Jest to zarazem trochę i muzyka, którą mogliby się przerzucać Rajca z Hienem w temacie "Porcupine Tree" 11 lat temu, jak i zarazem coś, co się może człowiekowi podobać. A w zasadzie to nawet bardzo mi się to, cholera, podoba. Fajna jest ta FIGURA RYTMICZNA o której pisze melki, fajnie ten kawałek odpływa, dryfuje w jakieś różne dziwne, abstrakcyjne miejsca, po to by do niej se ot tak wrócić i generalnie teraz zacząłem się zastanawiać czemu ja tego typu muzyki nie słucham jakoś często, bo taki Hawkwind mi się bardzo podobał, a prawie w ogóle go nie słuchałem. xD Cholera, kupuję to. Gdyby tylko był jakiś pretekst do zapoznania się z całością w najbliższym czasie...
Austra - Beyond A Mortal
Znowu wracamy do miejsc, w których dawno mnie nie było. Austrę znam i pamiętam z czasów, gdy starałem się trzymać rękę na pulsie na bieżących nowościach, czyli sprzed dekady - pamiętam, że bardzo mi się podobał debiut i ta płyta z 2015 roku też mi się generalnie podobała. Późniejszych nie słuchałem, bo to już nie był okres, w którym byłem na bieżąco z muzyką, no i docierały do mnie echa, że są takie se, a nie byłem Bóg wie jak wielkim fanem. Nawet już nie pamiętam czy poszedłem na ich koncert na OFFie w '13 czy nie, bo chyba o tej samej porze grało coś innego, co też chciałem obadać (dziżas, znowu piszę o tamtym OFFIe jakbym nie był na żadnym innym koncercie w życiu poza tym PR0BL3Mu, na którym Oskar spóźnił się 3 godziny).
Lubię sentymentalne powroty, a jeszcze bardziej lubię powroty do miejsc, w których mnie nie było oraz do rzeczy, których nie znałem. Takim jest ten kawałek, który brzmi cholernie znajomo, ale przecież go cholera nie znam, bo skąd. xD Gdybym był marketingowcem, to bym pewnie pisał jakieś egzaltowane pierdy o popowej melancholii połączonej z głębokim brzmieniem w sosie LGBT, ale jednak nim nie jestem, więc się cieszcie. Kocham wokal Stelmanis i w ogóle kocham to brzmienie. Fajna piosenka, daję tym razem Musiałowi okejkę.
Gnarls Barkley - Who Cares?
Gnarls Barkley to projekt, który bym pewnie lepiej poznał, gdybym się urodził z pięć lat wcześniej, ale go nie znam. No i WHO CARES hehe pora na csa ;ppp. Nie no, murzyn mimowolnie mi przypomniał o takim jednym kawałku jednego z członków tego projektu, który leciał wszędzie tak z 12 lat temu i może u mnie kiedyś się pojawi, who knows (and cares). Jest w tej muzie coś lekkiego, zwiewnego, chciałem tu napisać SLACKERSKIEGO, ale jednak powiedzmy, że po ciut bardziej niż pobieżnym zapoznaniu się z tekstem uznałem, że jednak to słowo mi tu do końca nie pasuje. Uznajmy więc, że zamiast tego użyję słowa BEZPRETESJONALNOŚĆ. Prosty, dobry kawałek - ponieważ jestem dziś w dobrym humorku i w ogóle, to sprawdzę, czy mi przypasi w momencie jakiegoś doła tudzież innej chandry, bo myślę, że wtedy miałby potencjał na to, by urosnąć w moich oczach. Na razie solidna okejka.
Pięć Dwa feat. Ski Skład - Kto
Lubię jeden kawałek Pięć Dwa Dębiec, nie wiem czy aż tak, by tutaj trafić, ale wcale tego nie wykluczam. Dobrze wiecie który konkretnie, a jak nie wiecie to wam podpowiem, że 19 lat temu wychodził z co trzeciej lodówki. Tradycyjnie - nie polubiłem go na tyle, by poznawać cokolwiek innego.
Też odnajduję ciut zabawnym fakt, że shodan znowu wrzuca hip-hop tak polski, że powinien być puszczany podczas serwowania schabowego z ziemniaczkami oraz surówką w trakcie procedury przyznawania obywatelstwa tego kraju - sami wiecie wszyscy dlaczego. Moi poprzednicy zroastowali mocno ten kawałek, ja raczej do tego chóru nie dołączam, co też nie znaczy, że będę go jakoś bronić. Jest w tym jakiś duch tamtej epoki i tamtego okresu w polskim rapie, którego echa docierały do mnie już w tamtym czasie. Z opóźnieniem i szczątkowej formie, ale jednak. No i wiem, że to bardziej mem niż prawdziwy track, maniera Rycha jest nadal dla mnie ciężka do przeskoczenia, nie umiem tego kawałka traktować poważnie, ale bywały w tej zabawie rzeczy gorsze. W sumie shodan od pewnego momentu zmienił kierunek z czołowego wrzucacza śpiewających pań na człowieka od intrygujących muzycznych ciekawostek - w sam raz na zastępstwo Czeza, który w tej zabawie jest, ale go ni ma. Jestem ciekaw kolejnych propozycji. Nie daję znaku jakości, ale daje Pei uczciwie zarobić
Suma węgorzum kolejeczka słabsza niż parę ostatnich, ale też znowu nie jakaś tragiczna. Były rzeczy średnie, były fajne powroty, gdybym miał wybierać najlepszą rzecz - w zależności od dyspozycji dnia albo Ozyrycy albo Austra. DOBRA, JUŻ WAS NIE BLOKUJĘ
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
prostytutka, wreszcie. Podsumowanko kto chce i lecimy dalej.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
No ja jedynie powiem, że jestem zaskoczony pozytywnie odbiorem Austry, tzn. spodziewałem się, kto może powiedzieć JEST SPOKO, a kto może powiedzieć MEH. Prawdę mówiąc, miałem bardzo ambiwalentne odczucia względem potencjalnej (nim ją opublikował) oceny Hiena, gdyż gdzieś trochę myślałem o tym, że może mu się jednak spodobać xD No i bingo. Endorsement ze strony Shodana i Mintaja też na propsie, zresztą, spodziewałem się, że z duetu Robert-Seba, Seba Austrę zna raczej na pewno. Również się nie pomyliłem xD Cieszę się, że podeszło, będzie tylko lepiej.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Ja się cieszę że choć munlup trochę machnął ręką - a na niego chyba akurat liczyłem - to reszta w miarę pozytywnie odebrała moją wrzutkę.
Chyba możemy lecieć dalej
Chyba możemy lecieć dalej
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Louie Austen - Hear My Song (1999)
Drodzy Państwo, oto Mistrz. Louie Austen jest gościem, który stanowi żywy dowód na to, iż życie zaczyna się po 40-stce, właściwie to nawet po 50-tce. Typ... trochę znikąd, trochę nie. Austriak (naprawdę nazywa się Alois Luef) z Wiednia, młodość spędził w Stanach, gdzie występował jako crooner w hotelach w San Francisco i Las Vegas. Jego idolem był Sinatra, miał zresztą ponoć okazję go poznać. Śpiewał głównie klasyki, pisał jakieś tam swoje piosenki, ale nie odnosił specjalnych sukcesów. Dorobił się jednak, poznał żonę i na starość postanowił wrócić do miasta nad Dunajem. Tam poznał dwóch gości (których nazwisk nigdy nie mogę spamiętać), producentów elektroniki i DJów, którzy - słuchając jego występów w wiedeńskim Hiltonie - postanowili zaproponować mu współpracę. Jej efektem stał się album Consequences, który... no, powiedzieć, że jest on mocno eksperymentalny, to nie powiedzieć wiele xD Zwłaszcza numery takie jak U're an Alien, My Life in 3'40'' albo 11 Years Gone for Shit. Dragonowi mogłoby się spodobać, dużo elektronicznego plumkania, dużo przeszkadzajek, eksperymentów dźwiękowych, etc., wokalu mało jednakowoż. Znalazło się na płycie kilka utworów, gdzie Austen jednak śpiewa, lub też "croonuje". I robi to wyjątkowo dobrze. Debiut (Austen miał 50-kilka lat, kiedy Consequences miało premierę) może sugerować inne kierunki rozwoju kariery muzycznej gościa, jeśli się zacznie dokładnie od niego, ale on poszedł dalej - zaczął robić (z tymi samymi gościami) croonerski electropop, który jest... genialny xD Nie ma w nim nic odkrywczego, bity proste jak świński ogon, teksty Austena są proste do bólu (właściwie wszystkie o miłości, podrywaniu kobiet, bzykaniu kobiet, piciu dobrych i drogich alkoholi, lataniu po świecie, imprezowaniu w dobrych i drogich miejscach, generalnie jedno wielkie uwielbienie dla życia), rymy w nich też, ale kogóż to obchodzi? Facet tryska energią, wyrzuca jej z siebie tyle, że jego muzyka mogłaby robić za narzędzie terapeutyczne. Tym zabawniejszym wydaje się to wszystko być, kiedy uświadomimy sobie, że typ jest już chyba pod 80, a wciąż nagrywa i koncertuje. Wypuścił kilka płyt (niestety, ostatnie LP jest z 2012, potem już tylko EPki i single), bestkę (jej okładka jest w podlinkowanym "wideo"), na koncie ma kilka ciekawych featów (np. Peaches), ubiera się wyjątkowo doskonale. Skąd ja go znam?
Z RAM cafe xD Przed już prawie 15-ma laty byłem z ówczesną dziewuchą na "wczasach" (tuż przed rozpoczęciem studiów) w Szklarskiej Porębie. Pewnie coś kiedyś o tym pisałem (ale już nie pamiętam), że upatrzyliśmy sobie pizzerię, w której podawali wyjątkowo smaczne żarcie, a na zapętleniu latała tam druga część składanki radia RAM. Wiadomo, zajaraliśmy się, jakiś czas później kupiłem jej pierwsze 3 boksy. Na pierwszym znalazł się numer Austena, ale w wersji zremiksowanej, o tytule More (polecam btw, świetny utwór, a raczej ta jego wersja, zresztą, w robieniu tejże brał udział Christian Eigner). Kawałek o piciu, i to raczej takim przesadzonym (by nie powiedzieć, że właściwie o alkoholizmie) w mocno barowym klimacie, wyraźnie jazzującym. Lubiłem ten numer, ale musiało minąć... prawie 5 lat, zanim zdecydowałem się zajrzeć do jego dyskografii. I kiedy już to zrobiłem w lutym 2015, to, no, spodziewałem się więcej takiego barowego jazzu, a dostałem wyżej wymieniony wręcz dance. Na początku byłem lekko rozczarowany, ale jak już wsiąknąłem... Uwielbiam tego typa xD Pociągnąłem wszystko, co wydał od swojego debiutu do niemal dziś (niemal wszystko, niektórych rzeczy nie sposób dostać nawet legalnie, choć są niby dostępne w dystrybucji cyfrowej), gość totalnie zaczarował mnie swoim głosem, bardzo charakterystycznym sposobem śpiewu, tak trochę na wyjebce, właśnie swoją liryką, ale też świetnie zrobioną pod niego muzyką. Wymieszanie electropopu z białymi garniturami i emerytem było strzałem w dziesiątkę, Austen zdobył popularność (choć nie jest to stadionowy ani nawet typowo klubowy artysta), zaczął podróżować z muzą po świecie (był też w Polsce parę razy, ale o tym za chwilę), i mimo tego, iż w sporej mierze wciąż występował do przysłowiowego kotleta, to robił z tego genialny show. Hear My Song to utwór otwierający Consequences, które ściągnąłem wtedy w 2015 jako drugą rzecz. Choć doceniłem całość albumu za eksperymentatorskie podejście (musiałem się z nim przegryźć najsampierw), to ten konkretny numer potwornie utknął mi w głowie. Nie dzieje się w nim nic nie wiadomo jak szczególnego, ten sam motyw leci cały czas, do niego pianino, głos Austena śpiewający w kółko to samo, a jednak urzeka mocno. Nieskomplikowany pozytywny przekaz podsumowany w ostatnim zdaniu tekstu "never stop your love from yearning", myślę, że więcej dodawać nie trzeba. Dla mnie to jest po prostu świetne, jeden z lepszych numerów, jakie znam (choć zastanawiałem się, czy nie wrzucić jeszcze czegoś innego od niego, bo Austen jest kopalnią dobrych kawałków), bez zbędnego kombinowania, bez udziwnień produkcyjnych, bez cudów, po prostu trzeba sobie włączyć i się zwyczajnie uśmiechnąć.
A ja się uśmiechnąłem srogo, gdyż - jak wspomniałem wyżej - Austen wpadł do Polski w kwietniu ubiegłego roku. Był już wcześniej, ale chyba tylko w Poznaniu (zresztą dwukrotnie), a tym razem odwiedził Warszawę. Wystąpił właściwie też do kotleta, a raczej do drinka, gdyż "koncert" miał miejsce w eleganckim (i drogim dosyć) cocktail barze o nazwie Sassy Warsaw (co za... sassy nazwa). Polazłem tam z kumplem (Hienałcze, któremu Austena sprzedałem zachwycił się nim już dawno, ale wtedy nie mógł do mnie dołączyć niestety), odpieprzyłem się w koszulę i krawat, zapłaciłem za wejściówkę prawie 300 ziko (to nawet nie był bilet, właściwie po prostu rezerwacja i to w razie wypadku bezzwrotna, ale jak już się przyszło, to cała suma zamieniała się w rachunek na barze - starczyło mi na naprawdę dobre sushi i dwa razy whisky sour xD), przylazłem, zająłem miejsce. Siedzimy z ziomkiem godzinę, jeszcze występu nie ma, wyszedłem zapalić. W drzwiach minąłem się z... Austenem xD Od razu go zatrzymałem, pogadaliśmy chwilę, pojarał się wyjątkowo, jak mu powiedziałem, że znam właściwie wszystkie jego płyty, obiecał napić się ze mną i z kumplem po koncercie. "Koncert" składał się z dwóch segmentów, najpierw Austen cisnął klasyki ze sceny amerykańskiej, a potem - po jakichś 20 minutach przerwy - wleciał ze swoim setem (powyższy utwór też leciał zresztą). Całość wyglądała dość zabawnie, bo Austen występował na szerokich schodach prowadzących na piętro (jego techniczny z konsoli odpalał całą muzę właściwie z playbacku), po których co jakiś czas przemykały kelnerki (Austen nie omieszkał czasem rzucić uwagą dot. ich urody, ale wyjątkowo ze smakiem), a przy stolikach ludzie normalnie siedzieli, pili, jedli, gadali, nie wszyscy zresztą nagradzali poszczególne kawałki brawami, co mnie trochę zasmuciło, ale then again, kto tam właściwie wiedział, co to za człowiek xD Sam występ nie był nawet szczególnie ogłoszony na jego fejsbukowym profilu - po prostu post Sassy wyskoczył mi na wallu jako sponsorowany właśnie z tą informacją. Gdyby nie to, w życiu bym się nie dowiedział. Sam lokal też zebrał ciekawą widownię, widziałem przynajmniej jednego posła w stanie wskazującym, masa obrzydliwie bogato ubranych bysiorów, co to zapewne regularnie goszczą na galach Fame MMA, masa wyfiokowanych panienek wyposażonych w półkilometrowe tipsy, jednocześnie każda z torebką Emporio Armani. Był tam też jakiś obrzydliwie bogaty koleś (obserwacja poczyniona na podstawie alkoholi, jakie mu donoszono), który ewidentnie przyszedł z eskortką, ta najpierw siedziała w jego objęciach, gdy gość męczył wódkę za wódką, potem zaczęła przed nim tańczyć, a on coraz bardziej "tonął". Czułem się tam trochę jak outsider (mój ziomek, choć srogo zamożny, jeszcze bardziej zresztą), ale było warto. Zresztą, po secie Austen dotrzymał słowa - złapał nas przy barze i wychyliliśmy we 3 po szklance łychy gadając o jakichś pierdołach. Niesamowicie pozytywny gość, skrajnie wyluzowany, żartował sobie to z nami, to z obsługą, to z technicznym. Dosiadał się do różnych ludzi i to tu się napił, to tam. W końcu on i techniczny wyszli z lokalu (jeszcze przed nami lol), znów minąłem się z nimi na szlugu i zorientowałem się wówczas, że jest ich tylko dwóch, z czego ten drugi gość był ubrany w gustowny komplet jeansowy, a Austen miał na sobie gigantyczne białe futro (i jeszcze większy biały kapelusz), przez co wyglądał jak właściciel plantacji bananów z wielkim nosem, względnie jak Gahan w wideo do It's No Good. Dał mi autograf, trzepnąłem sobie foteczkę, było w pytę. Doskonały wieczór, choć nastrój miałem w tamtym czasie denny. Chętnie bym się z nim jeszcze napił kiedyś, kto wie, może wróci do Polski. A teraz słuchajcie jego piosenki <3
https://www.youtube.com/watch?v=0hSIarCpm58
Drodzy Państwo, oto Mistrz. Louie Austen jest gościem, który stanowi żywy dowód na to, iż życie zaczyna się po 40-stce, właściwie to nawet po 50-tce. Typ... trochę znikąd, trochę nie. Austriak (naprawdę nazywa się Alois Luef) z Wiednia, młodość spędził w Stanach, gdzie występował jako crooner w hotelach w San Francisco i Las Vegas. Jego idolem był Sinatra, miał zresztą ponoć okazję go poznać. Śpiewał głównie klasyki, pisał jakieś tam swoje piosenki, ale nie odnosił specjalnych sukcesów. Dorobił się jednak, poznał żonę i na starość postanowił wrócić do miasta nad Dunajem. Tam poznał dwóch gości (których nazwisk nigdy nie mogę spamiętać), producentów elektroniki i DJów, którzy - słuchając jego występów w wiedeńskim Hiltonie - postanowili zaproponować mu współpracę. Jej efektem stał się album Consequences, który... no, powiedzieć, że jest on mocno eksperymentalny, to nie powiedzieć wiele xD Zwłaszcza numery takie jak U're an Alien, My Life in 3'40'' albo 11 Years Gone for Shit. Dragonowi mogłoby się spodobać, dużo elektronicznego plumkania, dużo przeszkadzajek, eksperymentów dźwiękowych, etc., wokalu mało jednakowoż. Znalazło się na płycie kilka utworów, gdzie Austen jednak śpiewa, lub też "croonuje". I robi to wyjątkowo dobrze. Debiut (Austen miał 50-kilka lat, kiedy Consequences miało premierę) może sugerować inne kierunki rozwoju kariery muzycznej gościa, jeśli się zacznie dokładnie od niego, ale on poszedł dalej - zaczął robić (z tymi samymi gościami) croonerski electropop, który jest... genialny xD Nie ma w nim nic odkrywczego, bity proste jak świński ogon, teksty Austena są proste do bólu (właściwie wszystkie o miłości, podrywaniu kobiet, bzykaniu kobiet, piciu dobrych i drogich alkoholi, lataniu po świecie, imprezowaniu w dobrych i drogich miejscach, generalnie jedno wielkie uwielbienie dla życia), rymy w nich też, ale kogóż to obchodzi? Facet tryska energią, wyrzuca jej z siebie tyle, że jego muzyka mogłaby robić za narzędzie terapeutyczne. Tym zabawniejszym wydaje się to wszystko być, kiedy uświadomimy sobie, że typ jest już chyba pod 80, a wciąż nagrywa i koncertuje. Wypuścił kilka płyt (niestety, ostatnie LP jest z 2012, potem już tylko EPki i single), bestkę (jej okładka jest w podlinkowanym "wideo"), na koncie ma kilka ciekawych featów (np. Peaches), ubiera się wyjątkowo doskonale. Skąd ja go znam?
Z RAM cafe xD Przed już prawie 15-ma laty byłem z ówczesną dziewuchą na "wczasach" (tuż przed rozpoczęciem studiów) w Szklarskiej Porębie. Pewnie coś kiedyś o tym pisałem (ale już nie pamiętam), że upatrzyliśmy sobie pizzerię, w której podawali wyjątkowo smaczne żarcie, a na zapętleniu latała tam druga część składanki radia RAM. Wiadomo, zajaraliśmy się, jakiś czas później kupiłem jej pierwsze 3 boksy. Na pierwszym znalazł się numer Austena, ale w wersji zremiksowanej, o tytule More (polecam btw, świetny utwór, a raczej ta jego wersja, zresztą, w robieniu tejże brał udział Christian Eigner). Kawałek o piciu, i to raczej takim przesadzonym (by nie powiedzieć, że właściwie o alkoholizmie) w mocno barowym klimacie, wyraźnie jazzującym. Lubiłem ten numer, ale musiało minąć... prawie 5 lat, zanim zdecydowałem się zajrzeć do jego dyskografii. I kiedy już to zrobiłem w lutym 2015, to, no, spodziewałem się więcej takiego barowego jazzu, a dostałem wyżej wymieniony wręcz dance. Na początku byłem lekko rozczarowany, ale jak już wsiąknąłem... Uwielbiam tego typa xD Pociągnąłem wszystko, co wydał od swojego debiutu do niemal dziś (niemal wszystko, niektórych rzeczy nie sposób dostać nawet legalnie, choć są niby dostępne w dystrybucji cyfrowej), gość totalnie zaczarował mnie swoim głosem, bardzo charakterystycznym sposobem śpiewu, tak trochę na wyjebce, właśnie swoją liryką, ale też świetnie zrobioną pod niego muzyką. Wymieszanie electropopu z białymi garniturami i emerytem było strzałem w dziesiątkę, Austen zdobył popularność (choć nie jest to stadionowy ani nawet typowo klubowy artysta), zaczął podróżować z muzą po świecie (był też w Polsce parę razy, ale o tym za chwilę), i mimo tego, iż w sporej mierze wciąż występował do przysłowiowego kotleta, to robił z tego genialny show. Hear My Song to utwór otwierający Consequences, które ściągnąłem wtedy w 2015 jako drugą rzecz. Choć doceniłem całość albumu za eksperymentatorskie podejście (musiałem się z nim przegryźć najsampierw), to ten konkretny numer potwornie utknął mi w głowie. Nie dzieje się w nim nic nie wiadomo jak szczególnego, ten sam motyw leci cały czas, do niego pianino, głos Austena śpiewający w kółko to samo, a jednak urzeka mocno. Nieskomplikowany pozytywny przekaz podsumowany w ostatnim zdaniu tekstu "never stop your love from yearning", myślę, że więcej dodawać nie trzeba. Dla mnie to jest po prostu świetne, jeden z lepszych numerów, jakie znam (choć zastanawiałem się, czy nie wrzucić jeszcze czegoś innego od niego, bo Austen jest kopalnią dobrych kawałków), bez zbędnego kombinowania, bez udziwnień produkcyjnych, bez cudów, po prostu trzeba sobie włączyć i się zwyczajnie uśmiechnąć.
A ja się uśmiechnąłem srogo, gdyż - jak wspomniałem wyżej - Austen wpadł do Polski w kwietniu ubiegłego roku. Był już wcześniej, ale chyba tylko w Poznaniu (zresztą dwukrotnie), a tym razem odwiedził Warszawę. Wystąpił właściwie też do kotleta, a raczej do drinka, gdyż "koncert" miał miejsce w eleganckim (i drogim dosyć) cocktail barze o nazwie Sassy Warsaw (co za... sassy nazwa). Polazłem tam z kumplem (Hienałcze, któremu Austena sprzedałem zachwycił się nim już dawno, ale wtedy nie mógł do mnie dołączyć niestety), odpieprzyłem się w koszulę i krawat, zapłaciłem za wejściówkę prawie 300 ziko (to nawet nie był bilet, właściwie po prostu rezerwacja i to w razie wypadku bezzwrotna, ale jak już się przyszło, to cała suma zamieniała się w rachunek na barze - starczyło mi na naprawdę dobre sushi i dwa razy whisky sour xD), przylazłem, zająłem miejsce. Siedzimy z ziomkiem godzinę, jeszcze występu nie ma, wyszedłem zapalić. W drzwiach minąłem się z... Austenem xD Od razu go zatrzymałem, pogadaliśmy chwilę, pojarał się wyjątkowo, jak mu powiedziałem, że znam właściwie wszystkie jego płyty, obiecał napić się ze mną i z kumplem po koncercie. "Koncert" składał się z dwóch segmentów, najpierw Austen cisnął klasyki ze sceny amerykańskiej, a potem - po jakichś 20 minutach przerwy - wleciał ze swoim setem (powyższy utwór też leciał zresztą). Całość wyglądała dość zabawnie, bo Austen występował na szerokich schodach prowadzących na piętro (jego techniczny z konsoli odpalał całą muzę właściwie z playbacku), po których co jakiś czas przemykały kelnerki (Austen nie omieszkał czasem rzucić uwagą dot. ich urody, ale wyjątkowo ze smakiem), a przy stolikach ludzie normalnie siedzieli, pili, jedli, gadali, nie wszyscy zresztą nagradzali poszczególne kawałki brawami, co mnie trochę zasmuciło, ale then again, kto tam właściwie wiedział, co to za człowiek xD Sam występ nie był nawet szczególnie ogłoszony na jego fejsbukowym profilu - po prostu post Sassy wyskoczył mi na wallu jako sponsorowany właśnie z tą informacją. Gdyby nie to, w życiu bym się nie dowiedział. Sam lokal też zebrał ciekawą widownię, widziałem przynajmniej jednego posła w stanie wskazującym, masa obrzydliwie bogato ubranych bysiorów, co to zapewne regularnie goszczą na galach Fame MMA, masa wyfiokowanych panienek wyposażonych w półkilometrowe tipsy, jednocześnie każda z torebką Emporio Armani. Był tam też jakiś obrzydliwie bogaty koleś (obserwacja poczyniona na podstawie alkoholi, jakie mu donoszono), który ewidentnie przyszedł z eskortką, ta najpierw siedziała w jego objęciach, gdy gość męczył wódkę za wódką, potem zaczęła przed nim tańczyć, a on coraz bardziej "tonął". Czułem się tam trochę jak outsider (mój ziomek, choć srogo zamożny, jeszcze bardziej zresztą), ale było warto. Zresztą, po secie Austen dotrzymał słowa - złapał nas przy barze i wychyliliśmy we 3 po szklance łychy gadając o jakichś pierdołach. Niesamowicie pozytywny gość, skrajnie wyluzowany, żartował sobie to z nami, to z obsługą, to z technicznym. Dosiadał się do różnych ludzi i to tu się napił, to tam. W końcu on i techniczny wyszli z lokalu (jeszcze przed nami lol), znów minąłem się z nimi na szlugu i zorientowałem się wówczas, że jest ich tylko dwóch, z czego ten drugi gość był ubrany w gustowny komplet jeansowy, a Austen miał na sobie gigantyczne białe futro (i jeszcze większy biały kapelusz), przez co wyglądał jak właściciel plantacji bananów z wielkim nosem, względnie jak Gahan w wideo do It's No Good. Dał mi autograf, trzepnąłem sobie foteczkę, było w pytę. Doskonały wieczór, choć nastrój miałem w tamtym czasie denny. Chętnie bym się z nim jeszcze napił kiedyś, kto wie, może wróci do Polski. A teraz słuchajcie jego piosenki <3
https://www.youtube.com/watch?v=0hSIarCpm58
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Fajnie, że się The Rosebuds podobali, jednak ten klimat się udziela, a jak Musiał jeszcze do tego też płakał, to już w ogóle. Myślę, że do następnej wrzutki tez chlipnie.
Red Box – Stay
2011 r., ferie zimowe, ten sam wyjazd, w trakcie którego odkrywałem The Czars. Mamy z ojcem taką zasadę, że na te wyjazdy zawsze kupowaliśmy jakaś nową płytę, żeby się fajnie kojarzyła z tymże wyjazdem i żeby przesiąknęła specyficzną atmosferą gór. Nie będę tych płyt wymieniał, bo część na pewno wrzucę do tematu albumowego, to i nie będę tu spoilerował. No, ale teraz trochę muszę. Poszliśmy w Zakopanem do tego sklepu muzycznego, o którym pisałem wcześniej. Jak się wchodziło, to był normalny sklep z płytami i instrumentami, ale jak się zaszło dalej, trochę na tyły, to tam nagle światło było ciemniejsze, wystrój czerwony, itd., wiecie do czego to zmierza xD Ktoś mi mówił, że tego przybytku w całości już tam nie ma, więc pozostają tylko wspomnienia, ale tak, kiedy staliśmy tam i oglądaliśmy ścianę z płytami na cd, zaraz za plecami mieliśmy wystawkę z dildo. Nie można nie kochać Polski.
W każdym razie, długo się zastanawialiśmy co wziąć i w końcu zauważyłem nowy album Red Box, o którym wiedziałem tyle, że wyszedł. To było wtedy coś. Na tym etapie, znałem ten zespół od prawie 10 lat, ale traktowałem go trochę jako takiego ejtisowego obskjura, który miał chwilę fejmu (głównie w Polsce, jeśli nie liczyć „For America”), ale więcej już nic nie nagra. A tu come back. Pisałem przy okazji opisu do Tears for Fears, że takie powroty potrafią być różne, ale miałem jakieś przeczucie i wzięliśmy ten album pt. „Plenty”. Red Box odrodzili się jako trochę inny zespół, w innym składzie (w zasadzie został tylko Simon Toulson-Clarke) i z innym brzmieniem. Później, na koncertach, ten podział stare/nowe RB nie był aż tak drastyczny jak by się mogło wydawać, ale przy pierwszym odsłuchu „Plenty”, czuć było w powietrzu, że ten zespół/Simon przeszedł długą drogą i to nie jest kolekcja Chenków i For Americów dla starych fanów, i że to nie jest powrót motywowany nostalgią i chęcią zarobku na fali retro. „Stay” otwiera tę płytę i już w tym momencie wyraźnie daje do zrozumienia to wszystko o czym przed chwilą pisałem. Nie chodzi nawet o to, że ta muzyka brzmi współcześnie, ona po prostu brzmi tu ponadczasowo, organicznie, uniwersalnie w jak najlepszym tego słowa znaczeniu. Nie ma tu elektroniki i nie ma zabiegów które by świadczyły o tym kiedy ta muzyka została nagrana. Mogła w latach 90-tych, mogła w 00sowych, mogła wczoraj, po samym brzmieniu nie bylibyście w stanie tego stwierdzić. Simon nie stracił nic ze swojego talentu pisarskiego, ani wokalnego. Facet ma wyjątkowy, rozpoznawalny głos, z którego bije ciepło. Strasznie byliśmy z ojcem zadowoleni, że się zdecydowaliśmy kupić tę płytę, bo to była dosyć duża niespodzianka i generalnie strzał w dychę. Pamiętam jak w dzień wyjazdu, patrzyliśmy jeszcze na Nosal i słuchaliśmy właśnie „Stay”, no nie da się potem źle tego wspominać. Piękna jest to piosenka i cały ten album jest piękny, a wspomnień z nim i z tymi piosenkami mam wiele. I wiele z tych wielu wspomnień, zawiera niejakiego Musiała xD Byłem na trzech koncertach Red Box między 2011, a 2014 rokiem. Pamiętam jak grali w Warszawie w 2011 roku dwa koncerty, jeden w Trójce, a drugi w Fabryce Trzciny i na ten drugi, bilety rozeszły się w jakimś śmiesznym tempie, wszyscy myśleli, że to będzie jedyna okazja żeby ich zobaczyć, a ja mocno lamentowałem, bo się oczywiście na ten występ nie załapałem. Co ja wiedziałem. Nadrobiłem to jeszcze tego samego roku na koncercie w Sopocie (akurat urlopowałem w okolicach), który był zabawnym doświadczeniem bo Pick&Roll Club to był takie niby-eksluzywny lokalik na świeżym powietrzu dla starych, dzianych rockmanów (w Łodzi mieliśmy od tego Lizard Kinga) xD Super był ten koncert. Potem widziałem ich dwukrotnie w 2014 r., za drugim razem na rynku Manufaktury, na jednym z koncertów w ramach urodzin Manufaktury (tego wieczora grał też Ray Wilson). Na tym koncercie byłem z Musiałem. Nigdy nie zapomnimy momentu, w którym Simon zaśpiewał „Happy Birthday Manufakczura”. Ale to też był dobry koncert, generalnie Red Box stali się taką dyżurną atrakcją koncertową w Polsce, bo w żadnym innym kraju, nie chodzą na nich takie tłumy. Nie no, ja mam generalnie z nimi i ich muzyką same dobre wspomnienia, co się jednak zdarza rzadko. Nie słuchałem tego od długiego czasu i teraz kiedy sobie włączyłem, znowu uderzył mnie upływ czasu. Przecież 2011 rok dopiero był.
https://www.youtube.com/watch?v=YtVkz69LjFY
Red Box – Stay
2011 r., ferie zimowe, ten sam wyjazd, w trakcie którego odkrywałem The Czars. Mamy z ojcem taką zasadę, że na te wyjazdy zawsze kupowaliśmy jakaś nową płytę, żeby się fajnie kojarzyła z tymże wyjazdem i żeby przesiąknęła specyficzną atmosferą gór. Nie będę tych płyt wymieniał, bo część na pewno wrzucę do tematu albumowego, to i nie będę tu spoilerował. No, ale teraz trochę muszę. Poszliśmy w Zakopanem do tego sklepu muzycznego, o którym pisałem wcześniej. Jak się wchodziło, to był normalny sklep z płytami i instrumentami, ale jak się zaszło dalej, trochę na tyły, to tam nagle światło było ciemniejsze, wystrój czerwony, itd., wiecie do czego to zmierza xD Ktoś mi mówił, że tego przybytku w całości już tam nie ma, więc pozostają tylko wspomnienia, ale tak, kiedy staliśmy tam i oglądaliśmy ścianę z płytami na cd, zaraz za plecami mieliśmy wystawkę z dildo. Nie można nie kochać Polski.
W każdym razie, długo się zastanawialiśmy co wziąć i w końcu zauważyłem nowy album Red Box, o którym wiedziałem tyle, że wyszedł. To było wtedy coś. Na tym etapie, znałem ten zespół od prawie 10 lat, ale traktowałem go trochę jako takiego ejtisowego obskjura, który miał chwilę fejmu (głównie w Polsce, jeśli nie liczyć „For America”), ale więcej już nic nie nagra. A tu come back. Pisałem przy okazji opisu do Tears for Fears, że takie powroty potrafią być różne, ale miałem jakieś przeczucie i wzięliśmy ten album pt. „Plenty”. Red Box odrodzili się jako trochę inny zespół, w innym składzie (w zasadzie został tylko Simon Toulson-Clarke) i z innym brzmieniem. Później, na koncertach, ten podział stare/nowe RB nie był aż tak drastyczny jak by się mogło wydawać, ale przy pierwszym odsłuchu „Plenty”, czuć było w powietrzu, że ten zespół/Simon przeszedł długą drogą i to nie jest kolekcja Chenków i For Americów dla starych fanów, i że to nie jest powrót motywowany nostalgią i chęcią zarobku na fali retro. „Stay” otwiera tę płytę i już w tym momencie wyraźnie daje do zrozumienia to wszystko o czym przed chwilą pisałem. Nie chodzi nawet o to, że ta muzyka brzmi współcześnie, ona po prostu brzmi tu ponadczasowo, organicznie, uniwersalnie w jak najlepszym tego słowa znaczeniu. Nie ma tu elektroniki i nie ma zabiegów które by świadczyły o tym kiedy ta muzyka została nagrana. Mogła w latach 90-tych, mogła w 00sowych, mogła wczoraj, po samym brzmieniu nie bylibyście w stanie tego stwierdzić. Simon nie stracił nic ze swojego talentu pisarskiego, ani wokalnego. Facet ma wyjątkowy, rozpoznawalny głos, z którego bije ciepło. Strasznie byliśmy z ojcem zadowoleni, że się zdecydowaliśmy kupić tę płytę, bo to była dosyć duża niespodzianka i generalnie strzał w dychę. Pamiętam jak w dzień wyjazdu, patrzyliśmy jeszcze na Nosal i słuchaliśmy właśnie „Stay”, no nie da się potem źle tego wspominać. Piękna jest to piosenka i cały ten album jest piękny, a wspomnień z nim i z tymi piosenkami mam wiele. I wiele z tych wielu wspomnień, zawiera niejakiego Musiała xD Byłem na trzech koncertach Red Box między 2011, a 2014 rokiem. Pamiętam jak grali w Warszawie w 2011 roku dwa koncerty, jeden w Trójce, a drugi w Fabryce Trzciny i na ten drugi, bilety rozeszły się w jakimś śmiesznym tempie, wszyscy myśleli, że to będzie jedyna okazja żeby ich zobaczyć, a ja mocno lamentowałem, bo się oczywiście na ten występ nie załapałem. Co ja wiedziałem. Nadrobiłem to jeszcze tego samego roku na koncercie w Sopocie (akurat urlopowałem w okolicach), który był zabawnym doświadczeniem bo Pick&Roll Club to był takie niby-eksluzywny lokalik na świeżym powietrzu dla starych, dzianych rockmanów (w Łodzi mieliśmy od tego Lizard Kinga) xD Super był ten koncert. Potem widziałem ich dwukrotnie w 2014 r., za drugim razem na rynku Manufaktury, na jednym z koncertów w ramach urodzin Manufaktury (tego wieczora grał też Ray Wilson). Na tym koncercie byłem z Musiałem. Nigdy nie zapomnimy momentu, w którym Simon zaśpiewał „Happy Birthday Manufakczura”. Ale to też był dobry koncert, generalnie Red Box stali się taką dyżurną atrakcją koncertową w Polsce, bo w żadnym innym kraju, nie chodzą na nich takie tłumy. Nie no, ja mam generalnie z nimi i ich muzyką same dobre wspomnienia, co się jednak zdarza rzadko. Nie słuchałem tego od długiego czasu i teraz kiedy sobie włączyłem, znowu uderzył mnie upływ czasu. Przecież 2011 rok dopiero był.
https://www.youtube.com/watch?v=YtVkz69LjFY
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Panie nie pasowały, to macie, na co zasłużyliście.mintaj pisze:18 lut 2023 18:02W sumie shodan od pewnego momentu zmienił kierunek z czołowego wrzucacza śpiewających pań na człowieka od intrygujących muzycznych ciekawostek
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Marika - Bezsenność w Warszawie
(2010)
Muzykę Mariki znam od czasu jej solowego debiutu z 2008 roku (to był ten sam czas co debiut Lilu i ogólnie wszystkie takie rzeczy dotyczące czarnej muzyki w damskim wydaniu mnie ciekawiły wtedy, były jakimś kolejnym wydarzeniem od czasów Sistars dla mnie), choć w sumie znałem ją już wcześniej bo u nas w domu przewinęła się swego czasu płyta Bass Medium Trinity czyli ragga składu w którym nawijała i śpiewała Marika. Śledziłem więc jej karierę przez jakiś czas i pamiętam gdy wychodził jej drugi album Put Your Shoes Off/On. Był to swoją drogą album dwupłytowy na którym pierwszą część stanowiły z grubsza typowe reggae-pop numery a drugie CD wypełniały remiksy tych kawałków (parę fajnych klubowych nawet, był też jeden spoko remiks na bicie OSTRego). Na tym właściwym albumie ciekawostkę dla mnie zawsze stanowił utwór go zamykający czyli Bezsenność w Warszawie.
Kawałek ten zdecydowanie wyróżniał się pod kilkoma względami, po pierwsze swoją budową bo trwa prawie 8 minut, otwiera go zwrotka, później następuje kilkuminutowy instrumentalny jam który brzmi raczej jak połączenie solowych popisów na saksofonie opartych na pulsującym rytmie aż na koniec następuje powtórzenie tej samej zwrotki. Całość ogólnie nijak ma się do reggae'owych korzeni Mariki a brzmi bardziej jak mieszanka elektroniki i jazzu. Tekstowo jest dość gorzko, utwór jak się domyślam traktuje o problemach w zbudowaniu stabilnego związku żyjącej w naszej pięknej stolicy Mariki. Ze względu na to unikalne połączenie tej cudownej lokalizacji i tychże problemów utwór ten dedykuję jedynemu na ten moment w naszym bestkowym gronie reprezentantowi Warszawki, słuchając tego numeru skojarzenie owo samo mi się nasunęło, nie liczę wcale jednak że ten numer trafi w jego wyrafinowane gusta. Ogólnie dobry jest to utwór moim zdaniem, producentem tego utworu jak i tamtej płyty jest Aleksander Molak aka Olo Mothashipp, członek zespołu producenckiego Juniorbwoy (producenci "Mruczanki" z albumu Lilu).
https://youtu.be/mNLKeagDcpc
(2010)
Muzykę Mariki znam od czasu jej solowego debiutu z 2008 roku (to był ten sam czas co debiut Lilu i ogólnie wszystkie takie rzeczy dotyczące czarnej muzyki w damskim wydaniu mnie ciekawiły wtedy, były jakimś kolejnym wydarzeniem od czasów Sistars dla mnie), choć w sumie znałem ją już wcześniej bo u nas w domu przewinęła się swego czasu płyta Bass Medium Trinity czyli ragga składu w którym nawijała i śpiewała Marika. Śledziłem więc jej karierę przez jakiś czas i pamiętam gdy wychodził jej drugi album Put Your Shoes Off/On. Był to swoją drogą album dwupłytowy na którym pierwszą część stanowiły z grubsza typowe reggae-pop numery a drugie CD wypełniały remiksy tych kawałków (parę fajnych klubowych nawet, był też jeden spoko remiks na bicie OSTRego). Na tym właściwym albumie ciekawostkę dla mnie zawsze stanowił utwór go zamykający czyli Bezsenność w Warszawie.
Kawałek ten zdecydowanie wyróżniał się pod kilkoma względami, po pierwsze swoją budową bo trwa prawie 8 minut, otwiera go zwrotka, później następuje kilkuminutowy instrumentalny jam który brzmi raczej jak połączenie solowych popisów na saksofonie opartych na pulsującym rytmie aż na koniec następuje powtórzenie tej samej zwrotki. Całość ogólnie nijak ma się do reggae'owych korzeni Mariki a brzmi bardziej jak mieszanka elektroniki i jazzu. Tekstowo jest dość gorzko, utwór jak się domyślam traktuje o problemach w zbudowaniu stabilnego związku żyjącej w naszej pięknej stolicy Mariki. Ze względu na to unikalne połączenie tej cudownej lokalizacji i tychże problemów utwór ten dedykuję jedynemu na ten moment w naszym bestkowym gronie reprezentantowi Warszawki, słuchając tego numeru skojarzenie owo samo mi się nasunęło, nie liczę wcale jednak że ten numer trafi w jego wyrafinowane gusta. Ogólnie dobry jest to utwór moim zdaniem, producentem tego utworu jak i tamtej płyty jest Aleksander Molak aka Olo Mothashipp, członek zespołu producenckiego Juniorbwoy (producenci "Mruczanki" z albumu Lilu).
https://youtu.be/mNLKeagDcpc
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
To może ja coś napiszę o Ozrikach. Znalazłem kiedyś ten zespół przy okazji jakiejś dyskusji poświęconej Porcupine Tree i był w niej wymieniony właśnie tytuł, który zaproponowałem. To był utwór, który stał się dla mnie niejako wizytówką zespołu, coś jak Freelove w przypadku DM, nie miałem od początku wątpliwości, że powinien się tu znaleźć - m.in. właśnie dlatego.
Ozriki to taka osobliwa mieszanka, wrzucali wszystko do jednego kotła, a brzmiało tak, że śmiało można ich uznać za oryginałów mimo podobieństwa chociażby do muzyki Steve'a Hillage'a i Gonga. Aż sobie muszę zapuścić Banco de Gaia, skoro polecacie (korzenie ma w tych samych latach). No, faktycznie, jest w tym podobieństwo.
Tak jak i Hien uważam, że oni mimo wszystko nie grają cały czas tego samego, tam jest dużo różnych rzeczy, różnych elementów na kolejnych płytach, które je odróżniają od siebie, co słychać na kolejnych nagraniach (chronologicznie dobrze to słychać). Dev, lubię rzeczywiście gry z lat 90./00., grywałem w Arcade, one są nadal moimi ulubionymi
Bawi mnie używanie słowa "przewidywalny" w sensie negatywnym, dla mnie to jest coś zupełnie normalnego. I słowo "tani", Emersonowi zarzucano, że używa "drogiego" sprzętu, więc zapytam, jaka cena jest "słuszna", skoro to jest tak istotne?
Ale generalnie fajnie, że opinie są tak zróżnicowane, to też jest jakaś wskazówka.
Zaraz wrzucę kolejną propozycję.
Ozriki to taka osobliwa mieszanka, wrzucali wszystko do jednego kotła, a brzmiało tak, że śmiało można ich uznać za oryginałów mimo podobieństwa chociażby do muzyki Steve'a Hillage'a i Gonga. Aż sobie muszę zapuścić Banco de Gaia, skoro polecacie (korzenie ma w tych samych latach). No, faktycznie, jest w tym podobieństwo.
Tak jak i Hien uważam, że oni mimo wszystko nie grają cały czas tego samego, tam jest dużo różnych rzeczy, różnych elementów na kolejnych płytach, które je odróżniają od siebie, co słychać na kolejnych nagraniach (chronologicznie dobrze to słychać). Dev, lubię rzeczywiście gry z lat 90./00., grywałem w Arcade, one są nadal moimi ulubionymi
Ale generalnie fajnie, że opinie są tak zróżnicowane, to też jest jakaś wskazówka.
Zaraz wrzucę kolejną propozycję.
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Manfred Mann's Earth Band - Demolition Man (1983)
https://www.youtube.com/watch?v=8RdjNm6YOag
Na Manfreda i jego grupę zwróciłem uwagę, kiedy zapoznawałem się z progiem, ktoś napisał, że jest w tym coś z lżejszej wersji King Crimson (i chyba jest), a sam człowiek (ma już ponad 80 lat, pochodzi z Afryki Południowej) to dobry klawiszowiec i doskonały aranżer. I zaczynałem od znakomitej płyty Solar Fire. Tym jednak, co mnie mocno przekonało do niego i zacząłem słuchać innych momentów w dyskografii, był cover Demolition Man - piosenki oryginalnie śpiewanej przez The Police, którą MMEB wzięło na warsztat (jak wcześniej np. Father of Night, Father of Day Boba Dylana, gdzie z 2-3-minutowego kawałka zrobili 9-minutowy epik), a która w ich wersji nabrała swoistej ogłady (a wokalista MMEB ma lepszy głos, nie drze się) i jest po prostu lżejsza, a za to mniej filmowa (też nie wszystkie zwrotki przerobili). Motoryczny, dynamiczny rytm, bardzo dobre, el-rockowe brzmienie (Mann miał do tego wybitny talent), głosy z drugiego planu składają się na bardzo smaczną całość. Refren raz jedno-, raz wielogłosowy pozwalają posłuchać tego z różnych perspektyw. Mocny wokal na pierwszym planie nadaje piosence wyrazistości. Człowiek-demolka w tym wydaniu stał się zdecydowanie bardziej zwarty niż w oryginale.
Gitary i partie klawiszowe łączą się ze sobą w spójną całość, w sumie wychodzi z tego taki rock środka. Można przy tym posłuchać, jak prezentowali się panowie u schyłku głównego okresu działalności.
Co jakiś czas mam znów fazę na ten kawałek i zawsze potem lecą i kolejne płyty czy piosenki z jego dyskografii, bo jest po prostu solidna.
Tu wersja The Police:
https://www.youtube.com/watch?v=vf7To6vdg7A
A tu Sting:
https://www.youtube.com/watch?v=QSOxgrv7osk
A tu jeszcze klip (troszeczkę inaczej brzmi, nie ma tej końcówki):
https://www.youtube.com/watch?v=IjW8aOMO0X8
https://www.youtube.com/watch?v=8RdjNm6YOag
Na Manfreda i jego grupę zwróciłem uwagę, kiedy zapoznawałem się z progiem, ktoś napisał, że jest w tym coś z lżejszej wersji King Crimson (i chyba jest), a sam człowiek (ma już ponad 80 lat, pochodzi z Afryki Południowej) to dobry klawiszowiec i doskonały aranżer. I zaczynałem od znakomitej płyty Solar Fire. Tym jednak, co mnie mocno przekonało do niego i zacząłem słuchać innych momentów w dyskografii, był cover Demolition Man - piosenki oryginalnie śpiewanej przez The Police, którą MMEB wzięło na warsztat (jak wcześniej np. Father of Night, Father of Day Boba Dylana, gdzie z 2-3-minutowego kawałka zrobili 9-minutowy epik), a która w ich wersji nabrała swoistej ogłady (a wokalista MMEB ma lepszy głos, nie drze się) i jest po prostu lżejsza, a za to mniej filmowa (też nie wszystkie zwrotki przerobili). Motoryczny, dynamiczny rytm, bardzo dobre, el-rockowe brzmienie (Mann miał do tego wybitny talent), głosy z drugiego planu składają się na bardzo smaczną całość. Refren raz jedno-, raz wielogłosowy pozwalają posłuchać tego z różnych perspektyw. Mocny wokal na pierwszym planie nadaje piosence wyrazistości. Człowiek-demolka w tym wydaniu stał się zdecydowanie bardziej zwarty niż w oryginale.
Gitary i partie klawiszowe łączą się ze sobą w spójną całość, w sumie wychodzi z tego taki rock środka. Można przy tym posłuchać, jak prezentowali się panowie u schyłku głównego okresu działalności.
Co jakiś czas mam znów fazę na ten kawałek i zawsze potem lecą i kolejne płyty czy piosenki z jego dyskografii, bo jest po prostu solidna.
Tu wersja The Police:
https://www.youtube.com/watch?v=vf7To6vdg7A
A tu Sting:
https://www.youtube.com/watch?v=QSOxgrv7osk
A tu jeszcze klip (troszeczkę inaczej brzmi, nie ma tej końcówki):
https://www.youtube.com/watch?v=IjW8aOMO0X8
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Śmieszna sprawa, bo mi wyskoczyli wczoraj na FB w jakimś promowanym poscie (nie znałem) i pomyślałem, że może warto sprawdzić. A tu dziś Melki wrzuca numer.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
To jeszcze o PFK słów parę...
Od tamtej pory Priorytety regularnie lądowały na moich komórkach. Zanim zacząłem się bawić w tagowanie, miały osobliwy tytuł z podkreślnikami i mp3 na końcu. Po kropce. O ile wcześniej wrzucany Mercedes Benz to prędzej zasługa znajomych z bloku moich dziadków (lub starszego brata), tak PFK to wpływ kuzyna z drugiej części miasta. Do dzisiaj darzę cały tercet sympatią, choć w czasach większego piwniczenia bardziej śmieszył mnie czarny humor wokół Magika. W solowe projekty się nie wgryzłem, K44 znam dość dobrze. Fokus zachwycił niedługo potem Powierzchniami tnącymi, które do dzisiaj robią mi dobrze w głowie techniczną sprawnością i doskonałym klimatycznym intro. Popularniejsze kawałki pokroju Chwile ulotne czy Nowiny w dużej części potrafię obudzony w trzeciej w nocy polecieć z pamięci. Gdyby nie podstawowe skojarzenie z dzieciństwa to najpewniej wrzuciłbym Ja To Ja, czyli chyba najbardziej pozytywny i radosny kawałek z Kinematografii. Cała płyta nie jest mi obca, więc jak wpadnie do bestki, to będzie okazja do marudzenia na słabizny i zachwytów dla posągowych bangerów.
Soczyste recki, powyciągałem interesujące wspominki, kolejny plus dodatni bestki
Szczególnie te sebowe nerdowskie posiadówki, pamiętam ich mnóstwo przy okazji siedzenia w pokoju starszego brata. Wspólne skoki narciarskie (DSJ2 vel Małysz), Icy Tower, Twierdza, Need For Speedy, GTA San Andreas, Heroes 3 chyba też...
Od tamtej pory Priorytety regularnie lądowały na moich komórkach. Zanim zacząłem się bawić w tagowanie, miały osobliwy tytuł z podkreślnikami i mp3 na końcu. Po kropce. O ile wcześniej wrzucany Mercedes Benz to prędzej zasługa znajomych z bloku moich dziadków (lub starszego brata), tak PFK to wpływ kuzyna z drugiej części miasta. Do dzisiaj darzę cały tercet sympatią, choć w czasach większego piwniczenia bardziej śmieszył mnie czarny humor wokół Magika. W solowe projekty się nie wgryzłem, K44 znam dość dobrze. Fokus zachwycił niedługo potem Powierzchniami tnącymi, które do dzisiaj robią mi dobrze w głowie techniczną sprawnością i doskonałym klimatycznym intro. Popularniejsze kawałki pokroju Chwile ulotne czy Nowiny w dużej części potrafię obudzony w trzeciej w nocy polecieć z pamięci. Gdyby nie podstawowe skojarzenie z dzieciństwa to najpewniej wrzuciłbym Ja To Ja, czyli chyba najbardziej pozytywny i radosny kawałek z Kinematografii. Cała płyta nie jest mi obca, więc jak wpadnie do bestki, to będzie okazja do marudzenia na słabizny i zachwytów dla posągowych bangerów.
Soczyste recki, powyciągałem interesujące wspominki, kolejny plus dodatni bestki
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
E to dużo marudzenia nie powinno być, jak dla mnie Kinematografia ma tylko jeden słaby kawałek 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Bring Me The Horizon - Follow You (2015)
Cholera, od czego tu zacząć... To nie jest najprostsze zadanie. Wrzesień 2013. Start kolejnego etapu w moim życiu. Teoretycznie dalej w dobrze znanym środowisku, ale wokół przybyło parę nowych twarzy. Zaczęło się gimnazjum. Było w tym samym miejscu, co podstawówka. Nie chciałem zmieniać środowiska. Po latach uznam to za błąd. Z drugiej strony gmeranie w przeszłości to takie bajdurzenie. Każda pierdoła lub jej brak mógłby wpłynąć na to, kim dzisiaj jestem, co mnie kręci, a co mnie podnieca, a dzisiejszego Roberta nie chcę zmieniać. Czuje się bardzo dobrze ze sobą. Początkowo zmieniłbym wiele, a dzisiaj nie chciałbym już żadnych zmian. Bez względu na wszystko. Trafiłem do klasy, w której było wiele osób, z którymi byłem w grupie przez ostatnie sześć lat, ale może o nich kiedy indziej. Z perspektywy lat to zaskakujące, że wtedy byłem w ogólnej, a nie humanistycznej klasie. Widać inne priorytety i potrzeby. Chłopaków znałem od dawna, nowe twarze stanowiły dziewczyny. Jedna z nich przeogromnie zawróciła mi w głowie. To było trochę jak spotkanie kogoś z innego świata, nieznanego środowiska. Koszulki z Nirvaną, taki trochę emo vibe? Coś takiego? Charakterystyczne ciemne blond włosy. Starałem się na swój sposób zbliżyć do niej i do pewnego stopnia się udało. Z tym okresem kojarzę mocne przełamywanie oporów, bardzo często wbrew sobie. Nawet na poziomie nastolatka gotującego się od hormonów nie byłem w stanie wejść w jakiś młodzieńczy romantyczny związek. Było w tym dużo dystansu, choć nie z mojej strony. Wydawało mi się, że czas gra na moją korzyść, ale byłem zadurzony po uszy. Na całe szczęście przeszło w rozsądną przyjaźń, choć w naiwności swojej przez pewien czas jeszcze myślałem, że może być z tego coś więcej. Wtedy czułem to w stopniu, którego nie umiem już odtworzyć i przywołać. Pierwsze większe uczucie, być może największe przez parę lat. Dzisiaj już wiem, czemu to tak wyglądało, skąd brały się wewnętrzne opory, czemu od początku to było skazane na niepowodzenie. Z drugiej strony miałem trzynaście, czternaście lat. Do tej pory nigdy nie miałem takich relacji. Pierwszy raz człowiek zabiera się za to jak pies do jeża. Ile rzeczy wtedy nie rozumiałem, w sobie też... Potrzebowałem czasu, żeby pozbyć się tego wewnętrznego kwasu. Wiele razy o tym wszystkim myślałem i z dumą mogę powiedzieć, że dzisiaj nie ma żadnych niedopowiedzeń, głupich domysłów, przepracowałem to odpowiednio lata temu. Prawdziwy happy end, bo trwamy w dobrych stosunkach do dzisiaj. Każdy z nas idzie swoją drogą, ale raz na jakiś czas spotykamy się i jest dobry nastrój, mamy o czym rozmawiać, dookoła panuje wesołość, pomimo różnych trudności. Dystans, nie tylko do siebie ale i ten czasowy, zawsze sprzyja.
No dobra, tylko gdzie muzyka? Byłem zafiksowany na punkcie popkulturowej "artystycznej" otoczki, jaką wokół siebie wytworzyła. Z lubością i lekkim uśmiechem na twarzy wspominam gonitwę za tym, czego słucha, co lubi, co to wszystko oznacza? Jak najlepiej było wyrazić swoją odmienność? Symbolicznie, za pomocą piórnika. Był ozdobiony logotypami, skrótowcami, itede, itepe. Tego typu ekspresję potem od niej zmałpowałem, choć nie było to aż tak bezmyślne. Chciałem znaleźć swój piórnik z pierwszej klasy gimnazjum, ale musiałem go parę lat temu wywalić na śmietnik. Wylądowałby na grupce jak nic xD Był w jasnych kolorach, dlatego na spokojnie można było gryzmolić długopisem "swoje" emblematy. Do dziś przetrwała tylko pierwsza strona jakiegoś zeszytu, nie wiem od czego, która jest gęsta od depeszowych tytułów. Na piórniku tez były nazwy kawałków, różne DMki, wzory, ale też BMTH... czyli Bring Me The Horizon właśnie. W tamtym czasie było parę zespołów rozchwytywanych przez quasi metalową młodzież. Metalową, ale taką rozemocjonowaną. Poza nimi pamiętam jeszcze Asking Alexandria. Doskonale pamiętam to uczucie, jak dziwna to była dla mnie muzyka za pierwszym razem, ale podskórnie zacząłem w nią wsiąkać. Oczywiście nie we wszystko, bo nawet taki kindermetalowiec na pokaz był ze mnie jak z koziej... no wiecie. Te kawałki, które proponowała, siłą rzeczy trafiały głębiej do głowy i serducha. Po latach oczyściły się z tych emocji i słucham ich bez natłoku zbędnych myśli, to zjawisko akurat już znacie. Chyba tylko chęć zaimponowania mogła tak na mnie wpłynąć. Niektórych płyt nawet nie próbowałem, to było za dużo emocji nie po mojemu. Albo darcia japy, które bardziej śmieszny lub żenuje niż wzrusza czy coś. Wtedy ostatnią płytą zespołu był Sempiternal z 2013 roku i tutaj znalazłem więcej punktów zaczepienia. Mniej takiego banalnego łojenia i growlu, więcej elektroniki i n o r m a l n e g o śpiewania. Kiedy wróciłem do niektórych numerów po przerwie, jeszcze przez chwilę emocje mnie trzymały, ale każdy kolejny odsłuch budował coraz większy dystans. Da się tego słuchać dla samej muzyki. Jestem pewien, że wydarzyło się to wcześniej niż styczeń 2019, bo np. wtedy oceniłem Sempiternal na RYMie.
Podrzucam numer, który pochodzi z następnej płyty. Bliższa relacja trwała mniej więcej do końca 2015 roku. Potem przyszedł czas konkretnego cięcia z różnych przyczyn (wtedy myślałem np. że to mogła być moja wina...), nie mieliśmy kontaktu prawie przez rok. Jeszcze zdążyliśmy pogadać o następnej płycie, która wtedy wyszła, czyli That's the Spirit. Ewolucja zespołu postępowała. Coraz więcej popu, coraz ciekawsze pomysły. Wtedy byłem zdania, że to trochę za dużo xD Los ze mnie zadrwił, bo dzisiaj chyba najchętniej wróciłbym właśnie do tego krążka. W nim panowie zakodowali trochę bardziej uniwersalną energię. Korzeń metalowy niby obecny, ale proponuję wam coś, co tylko przyprawione jest metalową estetyką, bo szkielet Follow You do bólu popowy. Wtedy był symboliczną oznaką końca pierwszego okresu naszej przyjaźni, bo jest w tym kawałku coś ulotnego. Najczęściej gadaliśmy z dala od reszty, musieliśmy dość mrocznie (jak na standardy gimnazjum, nie zapominajmy) wyglądać. Obydwoje na czarno, wręcz leżący na korytarzach szkolnych, opierający się o ścianę. Dissujący większość towarzystwa wokół. Do tego w dość długich włosach. Pomimo trochę naiwnej, przeładowanej ekspresji, to naprawdę dojrzały, dobrze zrobiony numer. Czasami trzeba sobie pozwolić na kontrolowany melodramat. W ostatnim czasie odkryłem, że to doskonała rzecz na topienie smutków z efektem oczyszczenia głowy. Końcówka dość przeszywająca, mnie się w tamtym czasie kojarzyła z jakimś staniem na krawędzi klifu tam, gdzie kończy się świat. Jest w tym coś przesadzonego, jak to mówię też ilustracyjnego, filmowego. Wiadomo, co ja mogę innego zaproponować.
PS Ciekawostka, która pewnie o czymś świadczy - na etapie konstruowania podstawy listy do bestki nie było nic z ich repertuaru.
PS2 Wrzucam bez teledysku.
https://www.youtube.com/watch?v=RqQKhSzThyc
PS3 Ślad na RYMie z początku 2019 roku wynika z premiery kolejnej płyty, która kompletnie mi nie siadła xD Ale może warto wrócić?
Cholera, od czego tu zacząć... To nie jest najprostsze zadanie. Wrzesień 2013. Start kolejnego etapu w moim życiu. Teoretycznie dalej w dobrze znanym środowisku, ale wokół przybyło parę nowych twarzy. Zaczęło się gimnazjum. Było w tym samym miejscu, co podstawówka. Nie chciałem zmieniać środowiska. Po latach uznam to za błąd. Z drugiej strony gmeranie w przeszłości to takie bajdurzenie. Każda pierdoła lub jej brak mógłby wpłynąć na to, kim dzisiaj jestem, co mnie kręci, a co mnie podnieca, a dzisiejszego Roberta nie chcę zmieniać. Czuje się bardzo dobrze ze sobą. Początkowo zmieniłbym wiele, a dzisiaj nie chciałbym już żadnych zmian. Bez względu na wszystko. Trafiłem do klasy, w której było wiele osób, z którymi byłem w grupie przez ostatnie sześć lat, ale może o nich kiedy indziej. Z perspektywy lat to zaskakujące, że wtedy byłem w ogólnej, a nie humanistycznej klasie. Widać inne priorytety i potrzeby. Chłopaków znałem od dawna, nowe twarze stanowiły dziewczyny. Jedna z nich przeogromnie zawróciła mi w głowie. To było trochę jak spotkanie kogoś z innego świata, nieznanego środowiska. Koszulki z Nirvaną, taki trochę emo vibe? Coś takiego? Charakterystyczne ciemne blond włosy. Starałem się na swój sposób zbliżyć do niej i do pewnego stopnia się udało. Z tym okresem kojarzę mocne przełamywanie oporów, bardzo często wbrew sobie. Nawet na poziomie nastolatka gotującego się od hormonów nie byłem w stanie wejść w jakiś młodzieńczy romantyczny związek. Było w tym dużo dystansu, choć nie z mojej strony. Wydawało mi się, że czas gra na moją korzyść, ale byłem zadurzony po uszy. Na całe szczęście przeszło w rozsądną przyjaźń, choć w naiwności swojej przez pewien czas jeszcze myślałem, że może być z tego coś więcej. Wtedy czułem to w stopniu, którego nie umiem już odtworzyć i przywołać. Pierwsze większe uczucie, być może największe przez parę lat. Dzisiaj już wiem, czemu to tak wyglądało, skąd brały się wewnętrzne opory, czemu od początku to było skazane na niepowodzenie. Z drugiej strony miałem trzynaście, czternaście lat. Do tej pory nigdy nie miałem takich relacji. Pierwszy raz człowiek zabiera się za to jak pies do jeża. Ile rzeczy wtedy nie rozumiałem, w sobie też... Potrzebowałem czasu, żeby pozbyć się tego wewnętrznego kwasu. Wiele razy o tym wszystkim myślałem i z dumą mogę powiedzieć, że dzisiaj nie ma żadnych niedopowiedzeń, głupich domysłów, przepracowałem to odpowiednio lata temu. Prawdziwy happy end, bo trwamy w dobrych stosunkach do dzisiaj. Każdy z nas idzie swoją drogą, ale raz na jakiś czas spotykamy się i jest dobry nastrój, mamy o czym rozmawiać, dookoła panuje wesołość, pomimo różnych trudności. Dystans, nie tylko do siebie ale i ten czasowy, zawsze sprzyja.
No dobra, tylko gdzie muzyka? Byłem zafiksowany na punkcie popkulturowej "artystycznej" otoczki, jaką wokół siebie wytworzyła. Z lubością i lekkim uśmiechem na twarzy wspominam gonitwę za tym, czego słucha, co lubi, co to wszystko oznacza? Jak najlepiej było wyrazić swoją odmienność? Symbolicznie, za pomocą piórnika. Był ozdobiony logotypami, skrótowcami, itede, itepe. Tego typu ekspresję potem od niej zmałpowałem, choć nie było to aż tak bezmyślne. Chciałem znaleźć swój piórnik z pierwszej klasy gimnazjum, ale musiałem go parę lat temu wywalić na śmietnik. Wylądowałby na grupce jak nic xD Był w jasnych kolorach, dlatego na spokojnie można było gryzmolić długopisem "swoje" emblematy. Do dziś przetrwała tylko pierwsza strona jakiegoś zeszytu, nie wiem od czego, która jest gęsta od depeszowych tytułów. Na piórniku tez były nazwy kawałków, różne DMki, wzory, ale też BMTH... czyli Bring Me The Horizon właśnie. W tamtym czasie było parę zespołów rozchwytywanych przez quasi metalową młodzież. Metalową, ale taką rozemocjonowaną. Poza nimi pamiętam jeszcze Asking Alexandria. Doskonale pamiętam to uczucie, jak dziwna to była dla mnie muzyka za pierwszym razem, ale podskórnie zacząłem w nią wsiąkać. Oczywiście nie we wszystko, bo nawet taki kindermetalowiec na pokaz był ze mnie jak z koziej... no wiecie. Te kawałki, które proponowała, siłą rzeczy trafiały głębiej do głowy i serducha. Po latach oczyściły się z tych emocji i słucham ich bez natłoku zbędnych myśli, to zjawisko akurat już znacie. Chyba tylko chęć zaimponowania mogła tak na mnie wpłynąć. Niektórych płyt nawet nie próbowałem, to było za dużo emocji nie po mojemu. Albo darcia japy, które bardziej śmieszny lub żenuje niż wzrusza czy coś. Wtedy ostatnią płytą zespołu był Sempiternal z 2013 roku i tutaj znalazłem więcej punktów zaczepienia. Mniej takiego banalnego łojenia i growlu, więcej elektroniki i n o r m a l n e g o śpiewania. Kiedy wróciłem do niektórych numerów po przerwie, jeszcze przez chwilę emocje mnie trzymały, ale każdy kolejny odsłuch budował coraz większy dystans. Da się tego słuchać dla samej muzyki. Jestem pewien, że wydarzyło się to wcześniej niż styczeń 2019, bo np. wtedy oceniłem Sempiternal na RYMie.
Podrzucam numer, który pochodzi z następnej płyty. Bliższa relacja trwała mniej więcej do końca 2015 roku. Potem przyszedł czas konkretnego cięcia z różnych przyczyn (wtedy myślałem np. że to mogła być moja wina...), nie mieliśmy kontaktu prawie przez rok. Jeszcze zdążyliśmy pogadać o następnej płycie, która wtedy wyszła, czyli That's the Spirit. Ewolucja zespołu postępowała. Coraz więcej popu, coraz ciekawsze pomysły. Wtedy byłem zdania, że to trochę za dużo xD Los ze mnie zadrwił, bo dzisiaj chyba najchętniej wróciłbym właśnie do tego krążka. W nim panowie zakodowali trochę bardziej uniwersalną energię. Korzeń metalowy niby obecny, ale proponuję wam coś, co tylko przyprawione jest metalową estetyką, bo szkielet Follow You do bólu popowy. Wtedy był symboliczną oznaką końca pierwszego okresu naszej przyjaźni, bo jest w tym kawałku coś ulotnego. Najczęściej gadaliśmy z dala od reszty, musieliśmy dość mrocznie (jak na standardy gimnazjum, nie zapominajmy) wyglądać. Obydwoje na czarno, wręcz leżący na korytarzach szkolnych, opierający się o ścianę. Dissujący większość towarzystwa wokół. Do tego w dość długich włosach. Pomimo trochę naiwnej, przeładowanej ekspresji, to naprawdę dojrzały, dobrze zrobiony numer. Czasami trzeba sobie pozwolić na kontrolowany melodramat. W ostatnim czasie odkryłem, że to doskonała rzecz na topienie smutków z efektem oczyszczenia głowy. Końcówka dość przeszywająca, mnie się w tamtym czasie kojarzyła z jakimś staniem na krawędzi klifu tam, gdzie kończy się świat. Jest w tym coś przesadzonego, jak to mówię też ilustracyjnego, filmowego. Wiadomo, co ja mogę innego zaproponować.
PS Ciekawostka, która pewnie o czymś świadczy - na etapie konstruowania podstawy listy do bestki nie było nic z ich repertuaru.
PS2 Wrzucam bez teledysku.
https://www.youtube.com/watch?v=RqQKhSzThyc
PS3 Ślad na RYMie z początku 2019 roku wynika z premiery kolejnej płyty, która kompletnie mi nie siadła xD Ale może warto wrócić?
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
No wujek, mówisz że Dev się robi bestkowy kujon za to Tobie by się chyba korepetycje przydały i trochę dyscypliny :p
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
21 pilots – Heathens
Pamiętam jak parę lat temu w tv mocno reklamowano nowy album nieznanego mi wówczas kompletnie zespołu 21 pilots za pomocą utworu Stressed Out. No i zainteresował mnie ten numer na tyle, że ściągnąłem cały album. Jednak okazuje się, że reklamowanie w mediach przynosi skutek. Inaczej być może do dzisiaj bym nie znał 21 pilots. A szkoda by było, bo grają ciekawą muzykę.
21 pilots to amerykański zespół, który ma na koncie już 6 albumów, na których prezentuje różnorodne style. Za oceanem to zespół ceniony i zgarniający sporo wszelkiego rodzaju nagród muzycznych. W tej chwili w skład zespołu wchodzi dwóch członków: wokalista i multiinstrumentalista Joseph Tyler oraz perkusista Josh Dun.
Heatens to utwór wydany jako singiel do filmu Legion samobójców w 2016r. Utrzymany jest w koncepcji rap-rocka z elementami industrialu oraz dark wave. Chwytliwa melodia idzie w parze z bardzo dobrym brzmieniem. Wyrazisty bas, pianino i jak zwykle brylująca u 21 pilots perkusja. W mostku i końcówce czuć trochę gotycki klimat. Bardzo pasuje mi też wokal Tylera.
Nie nazwałbym tego utworu balladą, ale to raczej spokojny i klimatyczny utwór z kinowym rozmachem.
https://www.youtube.com/watch?v=YeR7O6jLMiQ
Pamiętam jak parę lat temu w tv mocno reklamowano nowy album nieznanego mi wówczas kompletnie zespołu 21 pilots za pomocą utworu Stressed Out. No i zainteresował mnie ten numer na tyle, że ściągnąłem cały album. Jednak okazuje się, że reklamowanie w mediach przynosi skutek. Inaczej być może do dzisiaj bym nie znał 21 pilots. A szkoda by było, bo grają ciekawą muzykę.
21 pilots to amerykański zespół, który ma na koncie już 6 albumów, na których prezentuje różnorodne style. Za oceanem to zespół ceniony i zgarniający sporo wszelkiego rodzaju nagród muzycznych. W tej chwili w skład zespołu wchodzi dwóch członków: wokalista i multiinstrumentalista Joseph Tyler oraz perkusista Josh Dun.
Heatens to utwór wydany jako singiel do filmu Legion samobójców w 2016r. Utrzymany jest w koncepcji rap-rocka z elementami industrialu oraz dark wave. Chwytliwa melodia idzie w parze z bardzo dobrym brzmieniem. Wyrazisty bas, pianino i jak zwykle brylująca u 21 pilots perkusja. W mostku i końcówce czuć trochę gotycki klimat. Bardzo pasuje mi też wokal Tylera.
Nie nazwałbym tego utworu balladą, ale to raczej spokojny i klimatyczny utwór z kinowym rozmachem.
https://www.youtube.com/watch?v=YeR7O6jLMiQ
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Wuja po łapach powinien dostać za niechluje kopiowanie linka yt z googli :}
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn