Best of Forum IV

Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Re: Best of Forum IV

Post 02 wrz 2023 22:30

stripped pisze:
02 wrz 2023 22:14
shodan pisze:
02 wrz 2023 22:01
Nie rozumiem o co Wam obu chodzi.
O nic Wuju, o nic. W życiu już tak jest że muszą być MY i muszą być ONI. Nawet jeśli możemy mieć podobne cele czy poglądy to i tak się możemy pokłócić :8 nawet w bestce jesteśmy MY - znudzeni starzy i ONI - zapaleni Dragoni xD

<3
Spoko, nasze posty tak się skumulowały w czasie, że myślałem, iż Dragon pisze coś do mnie. Nieporozumienie.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 02 wrz 2023 23:05

Chwile mnie nie ma i taka sraka tu popłynęła, ludzie, sobota jest.

Goya - Niespodzianka 2002

Goya. Zespół, który poznałem w komicznych okolicznościach, jakby na to spojrzeć bez kontekstu, bo na koncercie Petera Gabriela, grających „Smells Like Teen Spirit”. Gdzieś kiedyś czytałem recenzję, w której ktoś napisał, że Goya ma wszystko, co potrzeba do odniesienia sukcesu: dobre piosenki, ciekawe aranżacje i produkcję, dobrych instrumentalistów, ale wszystko to ciągnie w dół nijaka wokalistka. Nie wiem, wtedy tak się średnio z tym zgadzałem, ale z biegiem lat odnoszę wrażenie, że faktycznie Magdalena Wójcik, pomimo że głos ma dobry i umie śpiewać, to jednocześnie jest tak nijaka, jak tylko wokalista pop może być. To taka uwaga na bok, bo ja jakimś wielkim fanem Goyi i tak nigdy nie będę, mam jeden lubiany przeze mnie kawałek, który może w jakiejś setnej setce wrzucę, ale to by było na tyle. Jednocześnie pamiętam te największe hity z czasów liceum, „Smak Słów”, czy „Tylko Mnie Kochaj” i to są nawet miłe wspomnienia. W każdym razie, po serii takich sobie z fiflakiem na plus wrzutach, Murzyn wraca u mnie do prejzu nie skalanego mehnięciem. Kawałek jest fajny, bardzo melodyjny i dobrze pasujący do nadchodzącej jesieni. To co ktoś kiedyś pisał o Goyi to prawda, muzycy mają ciekawe pomysły, wyczucie, muzycznie naprawdę trudno się tutaj do czegokolwiek przyczepić, w idealnym świecie każdy by tego słuchał.
Zgodzę się z Murzynem, że to trąci Smolikiem na kilometr, a ja Smolika lubię, przynajmniej kiedyś go słuchałem, bo od jakiegoś czasu jakoś po prostu o nim nie pamiętam. Wokal jak wokal, może jest to generyczny damski popowy wokal, ale Wójcik o ile mnie nie zachwyca, to mi też jakoś nie przeszkadza, więc wszystko jest tutaj ok. Lecą dwa kciuki w górę i znaczące potrząsanie głową.

Swoją drogą, współczuje Murzynowi, bo gdybym ten kawałek dostał od kogoś komu się, że tak gimnazjalnie to ujmę, przyznałem do uczucia, to też bym to zinterpretował w sposób zdecydowanie bardziej pozytywny względem własnych zamiarów, itd., tymczasem Jacek został w rytmie „Niespodzianki” wepchnięty do friendzone’u. W ogóle, śmiesznie się takie sprawy za młodu załatwiało, ktoś wyznawał to uczucie, po czym czekał prostytutka, jak po rozmowie o pracę, na telefon z decyzją. Ja przez całe lata byłem raczej chujowy w wykonywaniu pierwszego kroku (o czym będą jeszcze wrzuty ode mnie), co wynikało z pewnych sytuacji, które mnie do tego zraziły. Niestety, kiedy się w nieskończoność czeka na 100% megawypas-pewny moment, to obiekt uczuć ulatuje. Taka o niespodzianka życiowa.

Swoją drogą dwa, dziwnie wyobraźnia działa, wyobrażam sobie Murzyna z przyjaciółką, w jakimś małym mieszkaniu koło placu Dąbrowskiego w Lodzi, co kompletnie nie ma sensu, a jednak w mojej głowie tak to wygląda.

The Smashing Pumpkins - Eye

Czy ja ci tego OSTa nie kupiłem swego czasu na jakąś okazję, bo jęczałeś, że masz tylko w mp3, a takie super? W każdym razie, o TSP nie będę jakoś dużo pisał, też ich mam w planach i nie ma sensu tego mącić. Nie będę marudził, że Musiał nie wrzucił „1979” (btw, przeczytałem pizdoletni, zamiast późnoletni, ale pasuje nawet bardziej), czy „Butterfly...”, chociaż też bym prejzował gdyby to zrobił. Fajnie, że wpadł deep cut i to taki w stylu „Maybe Someday” The Cure, bo taki trochę oderwany od tego, co zespół robił na co dzień. Choćby z tego powodu soundtracki z lat 90 były takie zajebiste, bo kiedy grupy szykowały materiał ekskluzywnie na te wydawnictwa, to jakby instynktownie pozwalały sobie na szaleństwa, odstępstwa, itd., czego dobrym przykładem było „Untitled” Silverchair (to była chyba ich pierwsza ever ballada). „Eye” to nie jest numer, który znam jakoś dobrze, bo i raczej nie za takie kawałki polubiłem wstępnie The Smashing Pumpkins. Jednocześnie, jest to naprawdę spoko. Brzmi jak demo, ale to mu służy. Nawet sprawdziłem, czy to nie było demo i poniekąd tak, bo Corgan to kompletował dla Lyncha na szybko, ale numer oryginalnie był podróbą Dr Dre, na kolaborację z Shaquillem O’Neilem xDDDD Ta trivia jest lepsza niż ten numer i ten film razem wzięte xDDD W każdy razie, „Eye” jest ok. Numer jest dobry, ale Corgan zrobił sporo bardziej lubianych przeze mnie numerów i musiałbym mieć ostry sentyment do tego kawałka żeby go bardziej docenić. Niemniej, jest to bardzo dobre.

Czerwone Świnie - Parafiańszczyzna

Dragon długo nie wytrzymał bez prowokacyjnych numerów, ale tyle chociaż, że to nie puszka tik-tok. Ja jestem za stary na tego typu angstowe numery, tzn. to nie jest mój rodzaj angstu. Instrumentalnie jest ok, bardzo fajnie wyprodukowany i wykonany kawałek. Niby nic nowego, a jednak nie odrzuca, bardzo przyjemnie się słucha tych gitar i trochę transującej perkusji. Wokale są fatalne. Przypomina mi to jakiś polski punk, ale ze spuszczonym powietrzem. Aura tego kawałka też mnie nie bierze. Tekst jest średni. Treść nie robi na mnie żadnego wrażenia, trudno mi sobie wyobrazić, że to miałoby komuś otworzyć na coś oczy. Ostatecznie, nie mogę z czystym sumieniem dać temu okejki. Ja nie słucham raczej muzyki dla przekazu, dla jakiegoś shock-value, czy dlatego, że jara mnie wbijanie kija w mrowisko, itd. Nie ma tu absolutnie niczego, co by sprawiło żebym miał do tego wracać. Muzyka jest ok, ale i tak stanowi tylko tło dla wokalu, który mi się nie podoba, więc ostatecznie plus z minusem daje minus, tak jak powinno być. Dragon pisze, że ludzie związani z teatrem/filmem, może i właśnie z tym bardziej powinni być związani i realizować się w sztukach, na które nigdy nie pójdę. Nie wiem. Mam nadzieję, że Dragon był psychicznie gotowy na mojego meha, bo to było raczej oczywiste. W kwestie polityczne nie chcę się zagłębiać, ale powiem jedno. Gdybym był jakimś zagubionym centrowcem szukającym sensu w polskiej polityce, to Czerwone Świnie by mnie raczej do Lewicy nie przekonały.

Beastie Boys - (You Gotta) Fight For Your Right (To Party)

Beastie Boys zawsze pochwalę, nawet za taki wytarty hit, jak „Fight For Your Right”. Osobiście wolę późniejsze, bardziej hip-hopowe albumy, ale tego numeru po prostu nie da się nie lubić. Prosta zagrywka na gitarze, prosty rytm perkusji, prosty bas, widać że chłopaki za dużo jeszcze wtedy nie umieli zrobić z instrumentami, ale to raczej na plus, bo dzięki temu kawałek jest prosty, taki jaki powinien być. Lekko bluesujące solo, które wkrada się w połowie, niczego nie psuje. I tyle, nie mam więcej do napisania. Nie mam za bardzo wspomnień związanych z tym kawałkiem, CHOCIAŻ będę miał kiedyś taką wrzutę, przy której wrócę do tematu „Fight For Your Right”, ale to będzie za hohoo i jeszcze hoo, prędzej sam wrzucę coś Bisti Bojsów.

The Cure - One Hundred Years


Szok niesamowity, bo Seba walnął link z oficjalnego źródła, w dobrej jakości. Mam wrażenie, że gdzieś już pisałem o moim poznaniu Porno, ale powtórzę, to było w 2005 r., dostałem na imieniny deluxa tego albumu. Wiecie, środek lata, pali słońce, a ja siadam w południe i słucham jak Robert Szmit śpiewa „It doesn’t matter if we all die”, a w tle leci kompletnie ponury, ciężki podkład. To jest niesamowicie zabawne, że ten album do dziś kojarzy mi się głównie z tymi letnimi, maksymalnie słonecznymi dniami, a nie z jesiennymi wieczorami, z zawieruchą i ulewą za oknem. Tamtego roku nigdzie nie wyjeżdżałem, byłem uwięziony w znienawidzonej przez Mentosa Łodzi i kompletnie nie miałem co ze sobą zrobić. Moja ówczesna dziewczyna siedziała na robotach zagranicą , a nawet przy takiej odległości nie potrafiliśmy się ze sobą porozumieć, czuć było w powietrzu, że to się sypie, więc chociaż pod tym względem Smith jęczący w tle o gównowartości związków i relacji między ludźmi pasował idealnie. „100 Years” już wtedy wydawało mi się lekko bekowe, przerysowane, nie potrafiłem do końca odnaleźć w tym prawdziwych emocji, wolałem i nadal wolę zresztą „Siamese Twins”. Niemniej lubię ten kawałek, bo jednak trudno na „Pornography” czegoś nie lubić, to jest za dobry album. Trochę odczarowały mi ten utwór wykonania live, który wyciągały numer z tego lekko sterylnego brzmienia ala Martin Hannett, i dorzucały sporo jakże potrzebnego jazgotu. Widziałem „100 Years” na obu koncertach TC, na których byłem, najlepiej wspominam wersje z 2008 r., bo grali bez klawiszy, a Porl Thompson wyczyniał takie cuda z gitarą, że kawałek wszedł na jakiś śmiesznie wysoki, nieosiągalny już poziom. Tutaj przykład takiego wykonania, rok później.

https://www.youtube.com/watch?v=ZM_-h6W5bx0

Tak więc generalnie jęczę trochę, ale wyłazi ze mnie fanatol TC, który zawsze się musi do czegoś dopierdoIić, a tak naprawdę szanuje i chyli ten kapelusz w stronę praktycznie wszystkiego, co ten zespół nagrał.

Kolejka naprawdę spoko, wyjątkiem jest Smoku, ale wiedział co robi, jest dużym chłopcem. Murzyn zalicza wielki powrót w notowaniach u mnie (inna sprawa, że wcale mu tych ostatnich dwóch wrzut nie hejtowałem), Dev bardzo przyzwoitego Crogana wrzucił, Wujek i Mentos numery, które znam na pamięć, ale na szczęście dobre numery.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 02 wrz 2023 23:09

mintaj pisze:
02 wrz 2023 22:08
Ja jestem za, dawno to forum nie widziało politycznej gównoburzy
Ja jestem przeciw, nie tak dawno temu byłem na spotkaniu autorskim gościa o radykalnych poglądach, jego aż świerzbiło, żeby się pokłócić z człowiekiem religijnym/księdzem/kimś podobnym. Bardziej niż rozprawianie o własnej twórczości. Ale nikt się nie podpalił, nikt się nie dał sprowokować. I napięcie rozładowało się samo.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 02 wrz 2023 23:11

To Ty Melki tutaj bierzesz udział, czy ja czegoś nie wiem?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 02 wrz 2023 23:15

Nie, ale z ciekawości posłuchałem sobie kawałka, o który poszło. Chyba mogę? ;)
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 02 wrz 2023 23:21

Możesz, ale na gównoburzę wpływu i tak nie masz. Nikt nie ma.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 02 wrz 2023 23:56

Malkolit pisze:
02 wrz 2023 23:09
mintaj pisze:
02 wrz 2023 22:08
Ja jestem za, dawno to forum nie widziało politycznej gównoburzy
Ja jestem przeciw, nie tak dawno temu byłem na spotkaniu autorskim gościa o radykalnych poglądach, jego aż świerzbiło, żeby się pokłócić z człowiekiem religijnym/księdzem/kimś podobnym. Bardziej niż rozprawianie o własnej twórczości. Ale nikt się nie podpalił, nikt się nie dał sprowokować. I napięcie rozładowało się samo.
Wywołaliście poprzez medium ducha Jerzego Urbana czy jak?
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 03 wrz 2023 00:10

Nie, zadymiarzy ze środowiska Wyborczej itp. (w każdym razie tam dał wywiad).
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 03 wrz 2023 18:59

pararara turururu

Goya Niespodzianka 2002

Zawsze myślałem, że to po prostu pseudonim tej śpiewającej pani, a to jednak zespół, no proszę. Smak słów jeszcze do dzisiaj dość często hula po większych rozgłośniach w tym kraju, całkiem sympatyczny pop i tu jest podobnie. Sporo się dzieje, ale w przypadku takiej muzyki zawsze mam wrażenie robienia czegoś z niczego. Jak się wsłuchać to jest i bas, akustyk, mydelniczka na klawiszach, perka brzmiąca dość syntetycznie i jeszcze parę ozdobników. Jeśli na płytach nie mają jakichś smętnych zapychaczy w postaci piosenek na samą gitarę tylko podobnie leciutkie produkcje to bardzo spoko. Wielkomiejski pop w sam raz na wczesny wieczór. Wiadome radio dopiero po północy bardzo często puszcza podobną muzykę, za każdym razem można znaleźć coś ciekawego. Przyjemnie kołysze, budząc jednocześnie jakieś robaczki w serduchu. Wokal określiłbym jako a k s a m i t n y, niby podobny do wszystkiego, ale nie umiałbym wskazać konkretnie kogoś, kto śpiewa w ten sposób. Gdybym dostał podobną wiadomość zwrotną, to w czasach młodzieńczej naiwności bym zwariował, a później przyjął jako ot przyjemny wyraz szacunku do wspólnej relacji taka, jaka jest w danym momencie. W takiej kategorii chyba nie mam nic do zaproponowania. Pamiętam rozmowy, ale czy był jakiś konkretny kawałek przy którejś okazji... Jeśli nie zapomnę to nawiążę do tego w przyszłości. Sympatyczny kawałek.

The Smashing Pumpkins Eye

PT Musiał ma talent do wyławiania potężnych obskjurów. Generalnie przychylam się do pierwszych uwag, bo i takiemu laikowi jak ja Smashing Pumpkins nie kojarzy się inaczej niż gitarowe granko. Na domiar złego to był jeden z ulubionych zespołów mojego toksycznego znajomego, ale w tym przypadku nigdy niczego nie sprawdziłem. Z jednej strony średnio, bo jednak koleś miał gust. Z drugiej strony zacząć przygodę z nimi od tej strony... szacunek, choć mam nadzieję, że jeszcze coś w podobnym tonie nagrali kiedykolwiek. Proszę nie wrzucać żadnych gitarkowych pierdów tylko takie ZAJEDWABISTE kawałki, moja skromna prośba. Jest w tym jednocześnie angst i jakieś wyższe emocje. Z mistrzowską precyzją wyrzuty mieszają się z jakimś rozrzewnieniem, refleksją, melancholią. Ostrzejsze momenty kontrują atmosferyczne mostki i elegancko przeciągnięta końcówka z pseudo chórami. Świetny surowy bicik, kwasowe wykręcone brzmienia, no i sam koniec jakby wyrwany prosto od twórców jakiegoś brudnego techno, później w takie rzeczy bawił się James Holden na przykład. No to są moje zabawki, mój klimacik, SP zjada czwartą serię bestki na razie.

And One Speicherbar (Live)

Sam mam bardzo płynne podejście do And One. Raczej wolę ich w wydaniu angielskim. Po niemiecku brzmią od razu wręcz zniechęcająco. U Gore'a mogę to strawić, ale bardzo lubianego, lecz szprechającego Kraftwerk znowu nie mogę słuchać. Nie umiem tego inaczej określić. Wieśniacko i karykaturalnie, bo po angielsku ten niski głos Naghaviego jeszcze jakoś brzmi, a po niemiecku tego udawania i kreacji jest już za dużo. Melodyjne kawałki śpiewane trochę wyżej to już w ogóle, choć sprawdziłem sobie Szpajcher Z Bara w wersji płytowej i jest całkiem w porządku, na pewno lepsze niż kiczowate Traumfrau, jedna z niewielu zakał Bodypop. Na żywo And One wyraźnie słabnie, ale poza większością dodatków jest OKEEEJ. Nie ma vocoderowego przejścia, jest drący się Steve. To na minus. Solówka na końcu i obniżona tonacja. To na plus. Na żywo kawałek jest w mocniejszym wydaniu, więc to pomaga. Orientalne zaśpiewy. Szczyt kiczu xD Nie jestem już tak dobry z niemieckiego, ale nawet jeśli jakoś by to pasowało do tekstu, to do ogólnego wrażenia nie pasuje. Baardzo dziwny wybór. W korespondencyjnej bitce na endłany wygrywa shodan.

Besties Boii Fight For Your Right

...więc jadę samochodem, słucham Beastie Boys, Bad Brains albo De La Soul. Ogólnie, zwyczajowo jestem gość.* Bardzo dobrze kojarzyłem z refrenem, ale wcale nie z nimi, co dziwne. Ktoś kiedyś później nie wykorzystał tego fragmentu? Słucham tego, potem przypominam sobie słyszane do tej pory polskie produkcje z najtisów... no niektórzy słuchali tego jak poparzeni, bo kserowali stylówkę aż (nie)miło. Gdybym sprawdził całe płyty BB to pewnie cały sentyment i wyrozumiałość chuy by strzelił. Hip-hop jeszcze w powijakach, choć eksperci pewnie już wtedy wyróżniliby dziesiątki różnych nurtów wewnątrz. Refren jest dobry, zostaje we łbie, zasługuje na to. Reszta całkiem drewniana i nieciekawa. Rap rock to dla mnie dziecko lat minionych i niech sobie tam będzie, trudno mi się tym autentycznie zajarać. To darcie japy mniej mnie interere.

*to Fisz jakby co

The Cure One Hundred Years

Ja też miałbym problem z określeniem Kjurów jako zespołu z życiowego topu. Bardzo lubię niektóre kawałki, za sprawą bestki odkryłem/odkrywam dużo ciekawych rzeczy. Z drugiej strony jednak wszystko jest do siebie na tyle podobne, że jak posłucham jednego, to nie mam ochoty sięgać po coś innego. Jest tu wiele, czego można się spodziewać i co można powiedzieć na ich temat, będąc obudzonym o trzeciej w nocy. Motoryczna perka, zawieszone w tle klawisze typu upiory w szafie, podobnie łzawy i paniczny wokal Smitha. Niepokojąca atmosfera trwa od początku do końca i nie zmienia się nic. Może przez to nawet jest trochę za długie. Zmierza do bardziej wyróżniającego się finału, a potem wraca do punktu wyjścia. Gdy któregoś dnia zaaranżuje sobie doomerski weekend, będę miał czas na zgłębianie takiej muzyki w pełnej krasie i przy najlepszym możliwym do tych celów nastroju, to powiem wam więcej. Na razie jest jak jest, jak do tej pory ta wrzutka kjurowa zrobiła we mnie najmniej spustoszenia. Średniaczek.
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 03 wrz 2023 23:45

Goya - Niespodzianka 2002

Jak na początku zobaczyłem nazwę Goya to byłem przerażony, bo poje.ało mi się i myślałem, że Goya to projekt Kukiza (Aya RL – podobne nazwy xd). Tymczasem dostajemy kawałem bardzo fajnej muzyki. Ładna kompozycja w bardzo przyjemnej delikatnej aranżacji. Nie znam tej wokalistki, więc trudno mi się wypowiedzieć na podstawie jednego utworu, czy jest dobra czy nie. Tutaj jest po prostu taka zupełnie nie wyróżniająca się. No ale to nie musi znaczyć, że w innych utworach śpiewa tak samo. Nie wiem. W każdym razie ładna piosenka. I równie ciekawa historia Murzyna (swoją drogą widzę, że niezły lowelas z niego był). Mnie się nigdy nie zdarzyło dostać odpowiedzi od laski w postaci piosenki. Zresztą ja dorastałem w innych czasach i poza tym byłem potwornie nieśmiały. Były przypadki, że dziewczyny przychodziły pod mój blok, wywoływały mnie z domu za pośrednictwem mojej siostry, a ja nie potrafiłem nic z tym zrobić mimo, że laski mi się podobały. Miałem w latach szkolnych piękne sąsiadki lub koleżanki z klasy, które były nawet mną żywo zainteresowane, z którymi spędzałem mnóstwo czasu i też nie potrafiłem tego zamienić w nic konkretnego.
Tekst utworu można interpretować w dwojaki sposób w sumie. Zwrotki mogły Murzynowi dawać dużą nadzieję, zaś refren mógł też dawać nadzieję jak i równie dobrze mówić „możesz być moim przyjacielem i to wszystko”. A może laska wcale nie chciała mu w ten sposób nic powiedzieć, tylko sprzedać fajny utwór.

The Smashing Pumpkins – Eye

Nie powiem, że dev mógł wrzucić coś innego od TSP, bo po prostu nic innego nie znam. To znaczy słyszałem ich gdzieś tam kiedyś w tv, ale było to bardzo dawno temu i jakoś mnie nie zainteresowało. Jedyne co pamiętam to to, że wokalista jest blady, chudy, łysy i ma nieciekawy wokal. I w sumie to się sprawdza, bo wokal jest taki sobie. Ale sam utwór jest bardzo spoko. Podoba mi się praca perkusji i gitary. Mniej podoba mi się elektronika w tle, która od drugiej zwrotki wchodzi na pierwszy plan. Ale generalnie kciuk w górę. Jest ok.

Czerwone Świnie – Parafiańszczyzna

Nazwa bandu bardzo zniechęcająca dla mnie. Bardzo. Ale od pierwszych dźwięków jest spoko. Cała warstwa dźwiękowa jest niezła. Nie jest to mój core, ale jest nieźle. Raz na jakiś czas jak znalazł. Gitary spoko chodzą. Ale wokal to jakiś żart. Jak jakiś zespół ma pomysł na muzykę, a nie ma głosu, to powinien go jednak poszukać. A zmuszanie ludzi do słuchania takiego cudaka jest jednak nieeleganckie. Zresztą wyśpiewywany tekst jest tak niewyraźny, że musiałem posiłkować się stroną tekstowo. I w sumie ten tekst mam gdzieś. Gorzej, że wokal jest do niczego.

And One – Speicherbar

Powiem Wam szczerze, ze mam prawdziwą alergię na te wszystkie zespoły około depeszowe. Ja wiem, że kiedyś jak pisałem, że And One jest jakąś tam pochodną DM, to się niektórzy obruszali. Ja ich znam ze zbyt małej ilości utworów, żeby stwierdzić, czy oni rzeczywiście usiłowali być kalką DM. Ale mi generalnie ten styl niezbyt odpowiada. DM mi odpowiada aż zanadto, no ale DM to inna liga czy się to komuś podoba czy nie. And One próbowałem słuchać, ale mnie prędzej czy później nudzili. Tak jest i z tym utworem. Zaczyna się fajnie. Stara ale jara elektronika. Fajna zwrotka, potem niezły refren. Wszystko jest spoko, ale w pewnym momencie utworu to wszystko siada. Robi się mało ciekawie, nieco nawet nudno. Pewnie dlatego nigdy nie zainteresowałem się bardziej tym zespołem. Jednak Killing the mercy czy Military Fashion Show to są rodzynki dla mnie pod każdym względem.
Podsumowując nie twierdzę, ze to jest złe, jest nawet w miarę spoko, ale w pewnym momencie czegoś mi tu jednak brakuje.
Murzyn pisze „Pamiętam jak Hien w rozmowie ze mną psioczył że wuja nie potrafi zareklamować niektórych wykonawców i nieraz zapodaje wrzuty znając parę numerów na krzyż i teraz doskonale to rozumiem i się zgadzam.” Odpowiem tak: Killing the mercy odstawia jednak wg mnie Speicherbar wyraźnie.

The Cure - One Hundred Years

Pamiętacie jak przy okazji albumu Murzyna pisałem, że nigdy kiurów nie lubiłem? Tak było. Potem posłuchałem murzynowej płyty i nawet mocno chwaliłem, bo mi się zwyczajnie podobało. Teraz słucham One Hundred Years i znowu ziewam z nudów. The Cure to jest jednak widać mocno nierówny zespół. Potrafi zagrać fajnie, ale i mega nudno. Nie wiem, czy to zależy od okresu powstania danej muzyki, ale Smith za młodu jest spoko, ale potem po prostu irytuje swoim płaczliwym histerycznym głosem. Nie lubię takich Kiurów, nie ma tu nic ciekawego ani w warstwie brzmieniowej, wokalnej, kompozycyjnej ani w żadnej. No niestety. Nie jest może bardzo źle, ale taka firma jak TC do czegoś jednak zobowiązuje. Do czegoś więcej, niż do totalnego znudzenia.
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 05 wrz 2023 08:56

Goya - Niespodzianka 2002

To jest... niespodzianka Proszę Państwa. O zespole Goya słyszałem, ale zawsze wiedziałem tylko tyle, że istnieje, i jacyś tam moi znajomi w czasach gimbazjalno-licealnych toczyli z niego bekę (jeśli akurat o nim słyszeli). Mnie się to kojarzy z naręczem dość badziewnych i zupełnie nieinteresujących bandów z lat najntisowych, typu Varius Manx (którym gardzę przeokrutnie), albo coś z przełomu wieków, jak np. Blue Café (którym gardzę jeszcze bardziej). Plusem nabywania odpowiedniej perspektywy jest to, że nie do końca uzasadniony rage trochę gdzieś ulatuje (bo ile można być angstowcem) i na inne rzeczy się uwagę zwraca. Tak więc muszę przyznać, że muzycznie jest tutaj bardzo przyjemnie, chociaż dla mnie to jest bardziej musique pour supermarché niż to, co Melczet zaproponował z The Orb. Albo, jak już padło wyżej, podkład pod tanio animowane plansze z pogodą na TVN Meteo (względnie jakiś kanał reklamowy lokalnej kablówki). Wciąż - muzyka nie traci, jest przyjemna, czilowa, faktycznie lekko pachnie jesienią (choć za oknem jeszcze lato pełną gębą). To, czego nie mogę strawić, to wokal Wójcik. Raz, że jest straszny, a dwa, że śpiewa jeden z najbardziej krindżowych tekstów, jakie słyszałem. Pod tym względem lirycznym, to ta piosenka jest gównem wrzucanym zwyczajowo do polskich "śmiesznych" i "heartwarming" romcomów produkowanych taśmowo przez wspomniany już wcześniej TVN. Kompletny brak polotu, anemia w wykonaniu, tania grażynosłodycz, aż mi się niedobrze zrobiło. Ale jednocześnie rozumiem setting, albowiem podejrzewam, że gdybym usłyszał to (i słuchał tego) mając te 18-19 lat, to ten numer byłby (w całości) moim guilty pleasure. Niestety, również ze względu na tekst, ale już nie jestem AŻ TAK pretensjonalny. Rozumiem też okoliczności, dla Murzyna ważne. Oczywiście, otrzymawszy taki kawałek od mojego obiektu zainteresowania też w życiu bym się nie domyślił, że to kompletny przypadek i czeka na mnie wygodne miejsce w wagonie pociągu TLK Friendzone z Jesteś-super-gościem Wschód do Nigdy-nie-będziemy-razem Centralnego. Sam też jakoś specjalnie lotny nie byłem w zakresie relacji (plus jest taki, że trafiałem na bardziej bezpośrednie laski, które po prostu brały sprawy we własne ręce), ale staram się to ilustrować inną muzyką (z pewnych względów raczej już tu nie wleci, ale Hien wie, o czym mówię xD). Także uczucia mam mocno mieszane, trochę meham, ale trochę jednak nie. Zapominam o tym paskudnym głosie i tekście i muzyka wystarczy.

Czerwone Świnie - Parafiańszczyzna

Mam straszny problem z takim teatralizowanym perfo, i to jeszcze w wykonaniu ludzi związanych z teatrem. I to Artystów przez duże A, obok których nie sposób przejść obojętnie, a kto przejdzie, ten profan, a w ogóle MICKIEWICZ WIELKIM POETOM BYŁ i to jest TEN Demirski i TA Strzępka. Jestem gościem, którego teatr niemal zupełnie nie obchodzi (ale podobnie mam z kinem czy operą, właściwie tylko filharmonia do pewnego stopnia mnie jara), ale jednak nazwiska oba kojarzę, umiem odpowiednio umieścić w różnych kontekstach. Niestety, tacy ludzie też zawsze kojarzą mi się z mocno farbowaną "rewolucyjną wrażliwością", albowiem są z reguły kompletnie oderwani od rzeczywistości, ich "lewactwo" jest z reguły zorientowane wyłącznie na kwestie obyczajowe (i to też w stopniu różnym), a artyści jak to artyści (zwłaszcza ci przez duże A), mają się za nie wiadomo kogo, pompowane przez siebie nawzajem ego, znajdujące się już na krawędzi implozji, no i oczywiście "my są elyty, trza się nas słuchać, a jak nie, toś niewykształcony zaścianek". Geez, sam serce mam po lewej stronie, ale aż mnie skręca na myśl tego, że mógłbym się z takim podejściem kiedykolwiek identyfikować (inna sprawa, że ci ludzie to w dużej mierze zakamuflowane libki a nie żadna tam lewica, a libków wiadomo co wiadomo czym). A coś może o wrzutce? xD Muzyka całkiem spoko muszę przyznać, taki cięższy punk, ale udany pod względem brzmieniowym. Jasne, angstowe to jest, ale takie ma być, więc plus za dobre wykonanie. Tekst jak tekst, trochę nie sposób się z nim nie zgodzić, ale bądźmy szczerzy, kto nie ceni sobie bardziej świętego spokoju od bezwzględnego stania na straży własnych poglądów (które z reguły też są zawsze mocno rozwodnione)? Każdy ma w sobie małego oportunistę. Jednak to, co bezwzględnie masakruje ten utwór, to absolutnie fatalny wokal. Cóż, znów, jak wyżej, dobra muzyka koniec końców, ale głos koszmarny. Zostaję zmieszany, po raz kolejny, za to czuję coraz mocniej jesienny klimat.

And One - Speicherbar (Live)

Dziwne, wydaje mi się, że kojarzę ten numer, ale nie mogę sobie przypomnieć, czy był on wśród tych kawałków And One, które poznałem jesienią 2005. Możliwe, ale nie dam sobie w tej chwili ręki uciąć. Kol. Kuba mówi, że to w sumie jeden z jego ulubionych kawałków od Niemców, ale powiem szczerze, chyba słyszałem lepsze, a i znam lepsze niemieckie zespoły elektro. Nie będę jednak wychodził tutaj na hipokrytę, wszak propsowałem (głównie z sentymentów, ale wciąż) wrzutkę Shodana sprzed kawałka czasu, do dziś lubię do niej wracać. Z wrzutką Hiena mam trochę problem. Rzeczy, na które on zwraca tutaj uwagę najbardziej, tj. to klawiszowe solo na końcu i te zaśpiewy, to w ogóle mnie nie ruszają (solo brzmi wyjątkowo tandetnie i byle jak). Totalnie meham (jednak bardziej na to solo, niż zaśpiewy). Muzyka... po kilku odsłuchach siadła, to przyznaję, ale utwór mógłby - dla mnie - spokojnie kończyć się gdzieś w okolicach 4-ej minuty. Co do Naghaviego to faktycznie, głos mu tutaj brzmi zupełnie inaczej niż na nagraniach studyjnych, które znam lub pamiętam, jest pełniejszy, donośniejszy, robi robotę i bardzo pomaga temu kawałkowi (ale to OKEEEY mógłby sobie darować, aż mnie poskręcało w środku). Też musiałem się jednak do niego chwilę przekonywać, na pierwszy rzut ucha gość brzmi jak wannabe Till Lindemann, który jednocześnie wie, że nigdy nie będzie nawet blisko Lindemanna, ale dlaczego nie spróbować (wychodzi takie coś, co kojarzy się chyba wyłącznie z niemieckim elektro lol). Co mogę powiedzieć... bit fajny, choć cała reszta trochę generikowa. Nie przeszkadza mi to jednak jakoś bardzo, albowiem lubuję się wciąż w takich klimatach i to się raczej nie zmieni. Wypada ów utwór lepiej od poprzedników, ale też nie są to dla mnie wyżyny, na które Hien zwykł się wspinać w tych kolejkach. Powiedzmy, że zrobię z tym utworem to, na co wskazuje jego tytuł, czyli wepchnę do magazynu i niech tam na razie siedzi.

Beastie Boys - Fight For Your Right

Znam różnych ludzi, ci ludzie słuchają różnej (naprawdę, bardzo różnej) muzyki, ale nie znam ani jednej osoby, która nie znałaby tego numeru. Nawet ja kojarzyłem go już w wieku jakichś 14 lat przynajmniej (wideo poleciało pewnie na Countdown TV, cóż to za stacja była). Okazjonalnie słyszałem na jakichś imprezach, czyichś playlistach, alternatywnych stacjach radiowych. Zabawne, że kilka osób mówiło mi o tym, iż Beastie Boys to także niemal prekursorzy hip hopu, a ja słuchając Fight For Your Right nie byłem w stanie połączyć kropek (wspominałem już chyba gdzieś, że jako gówniarzowi średnio mi przychodziło do głowy, że ten sam zespół może grać RÓŻNĄ muzykę). Jednocześnie, co tu dużo mówić, nawet, kiedy ostro stroniłem od muzyki gitarowej, to ten kawałek mi się podobał. Ma energię, ma kopa, przesterowane gitary i ostre bębny wspomożone przez ponakładane na siebie ścieżki wokalne robiące za mini-chór w refrenie generują fantastyczny efekt, aż chce mi się zebrać ekipę jakichś wariatów i uderzyć na nocne chlanie w Warszawie, które skończyłoby się zniszczeniem jakiegoś sklepu, wybiciem kilku szyb, ukradnięciem komuś dnia lub zmienieniem komuś PINu. A na pewno przynajmniej jedną zdemolowaną wiatą przystankową i w następstwie tegoż kolegium. Jeeeee. No, ale co tu dużo mówić, numer powoduje, że noga sama lata, najchętniej bym poskakał, z plastikowym (i obowiązkowo czerwonym) kubeczkiem w dłoni na jakiejś typowej i kliszowej do bólu amerykańskiej domówce z przełomu lat 80. i 90. Tak naprawdę to nie, ale fajnie byłoby coś takiego zcosplayować kiedyś. To jest coś więcej, niż po prostu dobra muzyka. Naprawdę, moja topka rzeczy randomowych, od wykonawców, których wydawnictw znam garstkę nawet, jeśli ci są mega znani. Wuja ratuje tę jak dotąd mocno anemiczną kolejkę i przypomina, że może wakacje się już skończyły, ale lato jeszcze ni huia.

The Cure - One Hundred Years

Przede wszystkim nie wiem dlaczego, ale ubzdurałem sobie w głowie (i ta myśl trzymała się mnie przez cały czas słuchania tej kolejki), że to jest KOLEJNY kawałek wrzucony przez Murzyna. Może generalnie chodzi o to, że gość lubi The Cure (zna się na rzeczy, dać mu mięty), i lubi Pornograpy, i wrzucał tu już numer z tejże, sam nie wiem. Ale przecież Miętus też jest fanem The Cure o czym TEŻ wiedziałem, a nie byłem w stanie za Chiny ludowe umocować tego skojarzenia w głowie. Zabawne, że wspomina o koncercie The Cure, albowiem też zdarzyło mi się na takowym być, zresztą w towarzystwie kol. Kuby (i nie tylko), choć miało to miejsce już prawie 7 lat temu (jak odejmę 7 lat od 2016 roku, to znałem się z Hienem osobiście dopiero od kilku miesięcy xD). Koncert był fenomenalny, i - oczywiście, ale o tym wspominał już imć Hien - zagrali One Hundred Years, aczkolwiek ja tego za bardzo... nie pamiętam. I to nie dlatego, że jestem ciupcianym sklerotykiem (trochę jestem tbh), czy coś w tym stylu, tylko ja po prostu średnio lubię ten numer xD Tzn. generalnie Pornography pozostaje jednym z moich ulubionych albumów The Cure ever (zaraz obok Faith, Disintegration i Bloodflowers, da się bardziej tanio?), ale osobiście wybrałbym coś innego, np. A Strange Day. W ogóle u mnie z Pornografią jest ciekawie (HEHE), albowiem o ile album poznałem dopiero w marcu 2007 (gdzie Kjurów generalnie znałem bliżej już od jesieni 2005), to nad pojedynczymi numerami zacząłem się pochylać celem uzyskania efektu zachwytu dopiero latem tamtego roku. One Hundred Years jednak nigdy bardzo mojej uwagi nie kupiło. Muzyka jest co prawda fajna, wokal też, Smith jakby mniej "osłabły" niż na Faith czy onirycznym Seventeen Seconds, ale tekst jakoś nigdy mnie nie kupował (mnie! Jednak fraza "it doesn't matter if we all die", którą Jeff Apter opisał w biografii zespołu jako "manifest nihilizmu", wydawała mi się na zbyt pretensjonalną... gdzie ja byłem chodzącą pretensjonalnością, ewidentnie to już było zbyt wiele). Piosenka jest dobrym otwieraczem płyty, ale jakoś niemal zawsze ją skipowałem na playerach. Nie mam z nią żadnych osobistych wspomnień, żadnych odwołań (choć sam okrutnie pozowałem w tamtych czasach na smutnego nihilistę, co w połączeniu z moją bądź co bądź dość ortodoksyjną wówczas religijnością i mającymi wówczas miejsce flirtami z narolami dawało cokolwiek interesujące połączenie), ot, poprawne The Cure. Na żywo na pewno się jarałem, w końcu to The Cure, i teraz też mimo wszystko dam propsy - w końcu to The Cure. Ale to spory handicap z mojej strony. Jest dobrze, mogło być lepiej.

Nierówna kolejka kurde, nierówna w swojej wyjątkowej równości. Czekam na Jesień przez duże J (może być czerwona, byle bez świń).
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 05 wrz 2023 13:38

Goya - Niespodzianka

Tutaj miała być jakaś refleksja, że Goya to jeden z tych pierdyliardów zespołów, co to się gdzieś przewinęły przez polską popkulturę na przełomie 90/00, co to się o nich mówi po latach że to ONE HIT WONDERY, ale szybko do mnie dotarło, że w sumie to nie kojarzę żadnego ich przeboju, więc mogę co najwyżej uknuć termin ZERO HIT WONDER. Potem jednak coś mnie podkusiło, by to zweryfikować i jednak nie mogę, po prostu mój mózg wyparł z pamięci świadomość istnienia takiej piosenki jak Tylko mnie kochaj. Okładka nam mocno daje do zrozumienia, że jesteśmy na początku tego millenium, ale w zamian za to dostajemy DWA TELEDYSKI!!!! Też uważam, że ten numer miał i ma potencjał na stałą rotację w jakimś RMF czy innej Zetce, ale nie narzekam, że żyjemy we wszechświecie w którym odkrywam go jako deep cut na forum Depeche Mode, bo pewnie bym narzekał na to że osłuchane, że ograne i że aaa coś tam. Miast tego doceniam, uważam, że to przyjemne i generalnie to jakbym to gdzieś słyszał, to bym nie zmieniał stacji czy tam nie chciał zniszczyć źródła dźwięku. Fajna produkcja i wokal baby też spoko, sample z TVN Meteo toże. Daję okejkę.

The Smashing Pumpkins - Eye

Ja tu jakiś czas temu pisałem, albo wydaje mi się, że pisałem, że z wiekiem zamiast eksplorować nowe pola, grunty i gatunki wolę przekonywać się do rzeczy, które były mi wcześniej obojętne tudzież nie lubiłem i Smashing Pumpkins trochę takim zespołem jest, nawet jeśli rzadko ich słucham, a na ich koncercie byłem jeszcze w 2013 roku. To był moj pierwszy OFF Festival, z tej trójki headlinerów ci byli dla mnie najmniej interesujący, ale pamiętam, że mi się nawet podobało, mieli atrakcyjną basistkę i w sumie to niewiele więcej pamiętam, aczkolwiek było spoko. Nie będę tu pisać o GTA 4, bo wiadomo, że najleprze, a Lost Highway czeka w kolejce do nadrobienia - mój obecny attention span i PMS (pernamentny brak czasu... czej, chyba coś sknociłem) średnio mi pozwalają na oglądanie czegokolwiek poza Family Guy'em. Kurde, to brzmi dokładnie tak jak wyobrażałbym sobie kawałek Smashing Pumpkins do filmu Lyncha. XD W sensie taki wiecie - pozornie niby typowy ich kawałek, że niby gitarki sobie grają, Corgan wyje, może te chórki jakieś dziwne, ale też bez przesady,ale jak człowiek sobie tego tak posłucha i się tak wsłucha, to się to okazuje być dziwaczne, surrealistyczne, odklejone i cholera wie jeszcze jakie, i ja bardzo ten typowo-nietypowy vibe lubię i szanuję. Mocne plusiwo, jak to mawia ktoś tam gdzieś tam

Czerwone Świnie - Parafiańszczyzna

Kurde, znam duet Strzępka i Demirski, nawet oglądałem ten ich serial o Artystach z TVP - jestem w szoku, że wyemitowali wówczas coś takiego, nawet pomimo świadomości faktu, że ta maszyna propagandowa dopiero startowała. Ja w sumie to ten, propsuję, bo ideologicznie to się zgadzam właściwie w stu procentach z racji faktu, iż jestem lewakiem oraz antyklerykałem, muzycznie to jest właściwie też bardzo fajne i w ogóle, ale ja od dawna nie mam potrzeby słuchania tego typu muzyki w zaciszu domowym, więc no siłą rzeczy nie będę wracał. xD To jest coś, co bym mógł kupić w ramach jakiegoś performensu, koncertu, filmu, spektaklu, łotewer, zapewne by mi tam bardzo pasowało i leżało, pewnikiem też najintensywniej doświadczone na żywo. Lakonicznie więc napiszę, że SZANUJĘ.

And One – Speicherbar (Live)

Moja relacja z And One jest z grubsza taka, że w sumie to nigdy nie lubiłem królestw przysięgłych do Depesz Mod, tj. tych wszystkich zespołów, których słuchali spizgani boomerzy przebierający się za Gahana na tych śmiesznych imprezkach. Chyba już o tym pisałem, nie będę się powtarzał, aczkolwiek jednym z moich najgorszych doświadczeń tego roku, a może i życia, było partycypowanie w takowej. Matko, od tamtej pory to nawet nie chce mi się zespołu o którym jest fabuła tego forum (#pdk) słuchać. Kiedyś też miałem tu przyjemność roastować ORAZ JEDEN, wrzuta bodaj shodana była koszmarna, tym razem odmówię sobie tej przyjemności i tu w zasadzie mogę się podpisać pod murzynem twierdzącym, że shodan naprawdę czasem wyskakuje z jakimiś średnio zachęcającymi do zapoznawania się z resztą propozycji. Kurczę, to jest naprawdę dobre, może akurat nie jestem jakimś megafanem tego orientalnego outro, ale jest tu faktycznie moc(z) w wokalu, energia i kupuję to po prostu. Pozytywne zaskoczenie tej kolejki.

Beastie Boys - (You Gotta) Fight For Your Right (To Party)

Beastie Boys kojarzą mi się mocno z 2016 rokiem, bo tak się składa, że wiosną tamtego roku dochodziło do poważnej przemiany jednego z moich internetowych znajomych, tj. typ który słuchał do tamtej pory głównie avantproga i rumuńskiej awangardy zaczął się otwierać na tzw. muzykę alternatywną, niezal i wszystkie inne nurty, które do tamtej pory zlewał ciekłym moczem i jednym z symboli jego przemiany było to, że mocno się w owym czasie podjarał Beastie Boys. Ja w sumie też próbowałem się w nich wkręcić, może to nie była poważna relacja, ale lubię Paul's Boutique i w sumie to nie wykluczam, że jeden z kawałków z tej płyty może trafić wrzucon przeze mnie kiedyś tam. Kawałek wujasa zaś kojarzy mi się z jeszcze innym okresem, bo końcówką 2009 roku, gdy mój gust w sumie opierał się na jakiejś randomowo wyselekcjonowanej playliście największych hitów lat 80 i 90, pobranej z jakiegoś nieistniającego dziś serwisu - tak, był tam. Znowu shodan aktywuje dawno nieużywane rejony mojego mózgu (uprz3 jakiekolwiek) i znowu jest mi z tym dobrze, bo to po prostu mocarny kawałek, przepełniony energią, czadem, będący maksymalnie COOL i diabli wiedzą co tam jeszcze. Props.

No i znowu nie umiem was zroastować, bo mi się w sumie podobało, nawet jeśli jestem świadom tego, że Goya i Świnie nie będą niewiadomo jak często gościć na moich głośnikach. Fajnie było się przekonać do A1 i odkryć spoko kawałek słynnych PAMPKINÓW, powrót do Beastie Boys też spoko, Dobra kolejeczka
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 05 wrz 2023 14:03

Mamy komplet, to mogę w końcu jakoś podsumować. Obserwacje moje kończą się taką oto konkluzją: And One dzieli się na Killing the Mercy i Speicherbar. Hejterzy jednego prejzują drugie i na odwrót. Czemu tak jest? Nie wiem. Ostatnią rzeczą jakiej się spodziewałem to prejz od Murzyna i Mentosa, ale oto jesteśmy. Morał z tego taki, że nie należy skreślać zespołów na podstawie jednego, lub nawet dwóch lub trzech utworów. Może i oczywista oczywistość, ale jak czytam czasami recki na tym forum, to odnoszę wrażenie, że jednak nie każdy w ten sposób o tym myśli. W każdym razie, Murzyn i Mentos się znają.

Prince – The Future

Kim jest Prince? Cytując samego Księcia – my name is Prince and I am funky. I tyle musicie wiedzieć.

Prince’a, jak podejrzewam, nie muszę nikomu przedstawiać, ale z jego muzyką bywa różnie, nie każdy kojarzy konkrety. Sam zainteresowałem się na poważnie jego muzyka późno, większość albumów poznałem w czasach dla Prince’a post mortem. Z odbiorem jego muzyki wcześniej było w kratkę, odnoszę wrażenie, że to już nie jest rzecz dla naprawdę młodych ludzi, i pomimo że sporo z jego najbardziej znanych dzieł, to typowa muzyka rozrywkowa, to trzeba do niej trochę dorosnąć, a raczej po prostu osiągnąć pewien poziom „starości”, nie mam na myśli żadnych mądrości z dorastania wynikających, ale nie chcę też mówić o zdziadzieniu, bo wtedy średnio idzie taniec, a u Prince’a to najczęściej podstawa.

Pamiętam z dzieciństwa takie rzeczy jak „Purple Rain”, czy „The Most Beautiful Girl in the World” (oba numery doskonałe), ale to było za mało żeby się wkręcić, zafascynować, szczerze zainteresować. Z tego co po latach zauważyłem, płyty Prince’a wchodzą czasami dosyć długo, jak na pop. Jeden z moich najulubieńszych albumów Księcia - „Lovesexy” - z początku ostro hejtowałem, zarzucając mu, że jest nudny, wtórny, na jedno kopyto, itd. Kompletnie się z tym obecnie nie zgadzam, ale musiałem odbyć tę specyficzną podróż. Wracajcie do płyt, które wam się nie spodobały! Jeżeli macie jakieś przeczucie, że warto spróbować, to mu ufajcie.

Do rzeczy. W muzie Prinsa lubię najbardziej jego samego. Jego charakter, czar który roztacza, jego niewymuszony swag, ego bravado i śmiałe, ale niebanalne teksty na temat seksu i miłości (i nie tylko). Wisienką na torcie jest oczywiście wspaniały wokal (facet miał taką skalę, że mógłby zaśpiewać wszystko) oraz niekwestionowany talent muzyczny, umiejętność gry na wielu instrumentach i komponowania utworów. To są suche fakty, ale cała niesuchość tkwi w muzyce i tym jaki vibe roztacza dzięki obecności w niej Prince’a.

Moim ulubionym, na ten moment, albumem Nelsona jest „Batman”. Tutaj najbardziej podobają mi się piosenki i różnorodność stylistyczna i brzmieniowa, z którą na niektórych (większości) płytach Prince’a potrafi być problem. „The Future” był dla mnie furtką do tego, żeby Prince’a polubić, otworzyć się na jego muzykę, a ostatecznie pokochać te klimaty i stać się fanem. Jest tu wszystko to, za co gościa lubię – świetne wokale, funky gitary, dobry bit zapraszający do tańca, trochę tajemnicze brzmienie i atmosfera, ciekawe klawisze i doskonały tekst. Poza tym tony swagu, ale nie takiego zniechęcającego, ale raczej inspirującego. Zapraszam do słuchania i bujania się.

https://www.youtube.com/watch?v=vzBmOEAIOHc
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 05 wrz 2023 14:13

New Order - Crystal (2001)

Trochę czekałem z wrzuceniem tego numeru. Przede wszystkim, w ubiegłym roku na jesieni zrobiło się gęsto, a ja bardzo potrzebowałem zapodać "swoje" PSB, no i Ultravox! też bardzo się prosił o odpowiednią ekspozycję. No, był to rok 2005 i Tamta Jesień<TM> (nie daruję sobie tych wspominek), ale innym bardzo ważnym i wręcz monumentalnym dla mnie kawałkiem, jaki poznałem w tamtym okresie był właśnie Crystal od New Order. Ale po kolei.

New Order znałem już z paru tam piosenek, przede wszystkim z Blue Monday, które usłyszałem po raz pierwszy jakoś w 2002 roku. Utwór spodobał mi się TAK BARDZO (a była to wersja '88), że wraz z ziomkiem z podstawówki, z którym bawiliśmy się w robienie własnych "midów", postanowiliśmy przygotować swoją wersję tegoż utworu. Koślawo bo koślawo, ale pamiętam, że coś nam wyszło (niestety, dawno nie mam już tej wersji, usmażyła się wraz z dyskiem mojej drugiej stacjonarki w listopadzie 2005). Jakieś 2 lata później zobaczyłem wideo do Blue Monday-88 właśnie, na MTV Classic chyba, no i oczywiście się zakochałem. Ale, no, wiadomo, czasy przedinternetowe dla mnie, nie umiałem w peer-2-peer, YT nie istniało, co miałem zrobić. Wisiałem dalej głównie na telewizyjnych stacjach muzycznych. I w końcu latem 2005 zobaczyłem - również na MTV Classic - wideo do Crystal. I, eee, zgłupiałem. No bo tak, w wideo jest jakiś zespół, który występuje na scenie, i to jest zespół młodzików. A New Order kojarzyłem jako starszy band, na pewno nie byli to ci ludzie, którzy pojawili się w klipie do Blue Monday-88. No to co jest grane do cholery, w dodatku pałker na centrali ma napisane The Killers (trivia, nazwę wymyślił reżyser klipu, Johan Renck - znany choćby z największego hitu HBO od czasu Gry o Tron, a więc serialu Czarnobyl, nakręcił wszystkie odcinki - a Brandon Flowers, czyli faktyczny współzałożyciel zespołu The Killers, będąc fanem New Order po prostu użył tej właśnie nazwy), czy to NA PEWNO jest ten sam zespół? Niestety, jako nastolatek nie byłem specjalnie lotny i zwyczajnie nie docierało do mnie, że ktoś może się w klipie WCIELAĆ w zespół i ten NIE MUSI występować w teledysku wcale...

No cóż. W każdym razie, bardzo mi się ta piosenka spodobała. Jest, co tu dużo mówić, świetna. Wczesnym wrześniem, ale może też późnym sierpniem poprosiłem kogoś z forum (naszego tym razem, prawdopodobnie EveS), żeby mi zassała Crystal i wrzuciła na jakiś hosting (nieśmiertelne a jednak już martwe YouSendIt, ani chybi), zaciągnąłem, słuchałem (ale ale, oczywiście nie uniknąłem kolejnego zaskoczenia - bo to przecież dłuższe od wersji z wideo, i inne intro, podobnie skonfundowany byłem, gdy rok wcześniej położyłem łapy na Exciterze i jako pierwszy numer odpaliłem Freelove, no i JAK TO MOŻLIWE, ŻE TO NIE BRZMI JAK WERSJA Z KLIPU?! Nie ogarniałem za bardzo, że poszczególne wersje tej samej piosenki mogą się różnić...), zakochiwałem się bardziej. Nie miałem wtedy empetrójki (mało kto w moim otoczeniu miał), telefon z oczywistych względów nie mógł tu pomóc (bo był po prostu telefonem), miałem za to discmana czytającego MP3, więc wypalałem płytkę i łaziłem z nią wszędzie. Miałem tam amalgamat wszystkiego ze wszystkim, ale zawsze na samym początku (powstało kilka wersji) umieszczałem Crystal. I od tamtej pory niemal każdy wrzesień zaczynam tą właśnie piosenką. Dlaczego teraz ma być inaczej?

Oczywiście, mogłem w swojej wrzutce - tzn. jej opisie - skoncentrować się bardziej na muzyce, na tym, co zapodaję, co proponuję, jak brzmi, co ja w tym słyszę (poza tym, że po prostu jest super), etc., ale jeśli chodzi o tak bardzo sentymentalne dla mnie rzeczy, no to nostalgia value wygrywa i muszę zrobić osobisty wysryw (ale wiem, że je sobie cenicie <3). Ponadto myślę, że dla chyba wszystkich Crystal będzie tutaj przede wszystkim odświeżeniem, albowiem zakładam, że (niemal) wszyscy z Was znają ten kawałek, to był wielki powrót New Order po 1994 roku i ich ostatnich koncertach przed zawieszeniem działalności. Get Ready to w ogóle dobra płyta była, bardziej gitarowa, elektroniki prawie tyle, co nic, jakiś dziennikarz muzyczny którego cytowała ich oficjalna strona internetowa (martwa od 2015 roku btw) powiedział, że brzmią najbardziej jak Joy Division od czasów Movement, a więc 20 lat zajęło im zrobienie tego okrążenia. Jeszcze na koniec trochę osobistej trivii - wtedy, a więc jesienią 2005, poza Crystal poznałem jeszcze 60 Miles an Hour. Ale... tylko te dwa numery z Get Ready, reszty płyty słuchałem na wiosnę 2006, zwłaszcza kawałków Someone Like You i Vicious Streak, przez co najlepiej czuję się słuchając dziś Get Ready na raty xD Część jesienią, część wiosną. Albo jak już odpalam całość na jesień, to przy Vicious Streak zamykam oczy i wyobrażam sobie, że za oknem deszczowy maj. A teraz zapraszam do tłuczenia wraz z Sumnerem i spółką, wszak "now it's autumn"...

https://www.youtube.com/watch?v=NPtXhYR ... TUs2-JTHXI
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 05 wrz 2023 20:41

Jestem, jestem.

Sorki ale najpierw rano walczyłem z odzyskiwaniem danych z kompaktu o którym Wam wspominałem a potem musiałem zrobić własny upload żeby dostarczyć Wam tę wrzutkę w jakiejś sensownej jakości a nie to marne 240p które do tej pory jako jedyne wisiało na YouTube.

Łona feat. Lilu - Mów do mnie
(2005)

Z tego co pamiętam to podczas omawiania płyty Lilu dla niektórych zaskoczeniem była obecność Łony na tej płycie który to Łona wśród różnych zgromadzonych na tamtej płycie gości był chyba najbardziej rozpoznawalną twarzą (obok Mariki może jeszcze). Jeśli ktoś uznał to za jakiś przypadek bądź dziwny zbieg okoliczności to spieszę z wyjaśnieniem - nic bardziej mylnego. Prawda jest taka że Łona najzwyczajniej rewanżował się swojej koleżance po fachu za jej gościnny udział w jego utworze zamieszczonym na kompilacji Czarny Piątek, Vol. 1 - Polski Beat, wydanej przez Sony BMG, pod patronatem radiowej Trójki i skompilowanej przez Hirka Wronę (co ciekawe z tego co widzę nie zostały później wydane żadne następne części tej składanki).

No dobra, ale skąd w ogóle ten numer, skąd go znam i czemu go tak lubię?

Kawałek ten - wraz z paroma innymi - poznałem kiedy dowiedziałem się w ogóle o istnieniu Lilu, o tym że nagrywa płytę i pomaga jej przy tym również pewien bełchatowski raper/producent którego postać się tu też przewinęła w bestce. Zainteresowany sięgnąłem wówczas po wszelkie dostępne w necie mniej znane czy miejscami wciąż undergroundowe kawałki samej Lilu i numery z jej udziałem. Spośród tych wszystkich wczesnych jej nagrywek ta gościnka u Łony to był mój faworyt. Jak wspominałem Łona jako taki mnie jakoś specjalnie nie grzeje CHYBA że akurat numer traktuje o czymś dla mnie znanym bądź bliskim, tak jak właśnie w utworze Mów Do Mnie. Utwór ten dotyczy relacji damsko-męskich i o porozumiewaniu się... bez słów. W pewnym sensie możnaby rzec że pod kątem lirycznym to trochę jak rapowa wersja Enjoya xD a że ja sam jestem nieśmiałym introwertykiem i milczkiem chyba większą uwagę przykładam do komunikacji niewerbalnej a czasem - jak już wiecie z poprzednich wrzutek - uciekam się do komunikacji poprzez muzykę właśnie. Mów Do Mnie był jednym z numerów również często gęsto katowanych w niewielkim pokoiku mojej przyjaciółki gdzie spędzałem przed laty dużo czasu. Relacja ta choć jak już wiecie nie przerodziła się ostatecznie w relację romantyczną to od zawsze obfita była w wymianę muzyczną. Wtedy bardzo ceniłem sobie fakt że poznałem dziewczynę z którą mogłem posłuchać zarówno hip hopu jak i Nirvany czy The Cure, mieliśmy oboje zawsze szerokie horyzonty muzyczne i lubiliśmy poznawać dużo nowej muzyki. Dawniej uważałem to nawet za bardzo istotny czynnik pod kątem szukania bratniej duszy ale nie wiedziałem jeszcze że przy doborze życiowej partnerki to nie musi być już tak istotne i że jest szereg innych rzeczy na które powinienem zwracać uwagę. Dziś kontakt jest już sporadyczny, życiowe drogi się rozeszły ale takie liczne muzyczne wspomnienia pozostały.

Słów parę o samym utworze jeszcze, co my tu mamy, Łona rapuje - ale zwróćcie uwagę proszę że jego nawijka w tamtym czasie była jakby bardziej miękka, nadal ma ten swój specyficzny styl ale nie nawija tak wyraziście/kanciasto chyba jak w tych nowszych wrzutach Łony które tu padały dotąd, brzmi to jakby płynniej? Lilu rapuje ale też i śpiewa swoim przyjemnym ciepłym głosem, bit wyprodukował - a jakże - Webber, nie wymieniany wówczas jeszcze w tytułach wspólnych produkcji z Łoną. Lubię ciepłe, kominkowe brzmienie tego kawałka i chyba z sentymentu za takim brzmieniem najbardziej z debiutu Lilu potem lubiłem Poetykę. To jest wczesna Lilu z czasów większego zapatrzenia się na The Roots czy Erykę Badu, nieco inna niż słyszeliście ją na jej debiucie.

https://youtu.be/YhqhyAmC7_s?si=jV-CSC90SkZTOs6a
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 05 wrz 2023 22:20

dobrze, że Mentos jest na robocie

Czan - Śmierć przychodzi co dzień (1999)

Memento mori, ktoś coś? Nawet jeden z moich ulubionych artystów jest tego świadomy. Czan zapowiada poważniejsze (choć rozłożone w czasie) wejście w uniwersum Tymona Tymańskiego, człowieka wielu talentów, którego wiele zajmuje w życiu. Sztuki widowiskowe, muzyka, literatura. Charyzmatyczny geniusz o nieszablonowym usposobieniu. Cenię za sposób bycia. Przymykam oczy na wiele niezamierzenie przestrzelonych i słabych momentów (muzycznych też). Szanuję podejście do życia. Uwielbiam jako performera. Od wywiadów po programy w telewizji (raczej starsze niż Must Be The Music...), od bezmyślnego zlewu (Dzyndzylyndzy) przez zmyślne rodzajowe opowiastki (to be continued...) po książki pokroju niedawno wydanego Sclavusa. Dość przypadkowo napotkany filmik lata temu na YT z jednym z jego występów krok po kroku doprowadził do sytuacji, gdzie Tymon jest tym jednym z niewielu artystów, którego cenię jako człowieka. Bardzo lubię jego język i nie ukrywam, że wiele wybitnych linijek weszło do mojej codziennej mowy. Tak jak każdy człowiek nie jest pewnie pozbawiony wad, ale nigdy nie odniosłem wrażenia, że udaje bardziej świętego niż jest. Staram się śledzić głębsze, poważniejsze wywiady. Czekam na debiut w świecie teatru, od dłuższego czasu wiadomo o chęci wystawienia Trans-Atlantyku Gombrowicza.

Wielokrotnie podkreśla o pewnym przywiązaniu do buddyzmu. Miało się zacząć pod koniec lat 90' i pewnym świadectwem tego zjawiska jest Samsara wydana przez jeden z wielu efemerycznych projektów muzycznych powołanych przez Tymona, czyli Czan. Wyszła w 1999 roku i stanowi kolejną ciekawą pozycję w świecie yassu, czegoś pomiędzy rockiem, jazzem bazującym często na improwizacjach. Tymański jest jednym z ojców yassu, bardziej zjawiska w polskim świecie muzycznym niż stricte nowego gatunku. Na pewno charakteryzuje się ciągłą zmiennością. Całkiem sporo było zespołów powoływanych na pojedyncze koncerty, sesje w studiu nagraniowym, i tak dalej. Czan jest jednym z nich. A obok tego były przecież regularnie funkcjonujące Kury, Miłość, później Tymon & Transistors... Tymański zasługuje na książkę traktującą o jego życiu, której jednak nie napisze on sam. Wracając, na Samsarze nie brakuje wielu tekstów tematycznie związanych z dalekowschodnimi wierzeniami. Bywa, że odchodzi od tego tematu zupełnie, ale też potrafi go ująć bardziej zrozumiale. Tak jest w tym przypadku.

Śmierć przychodzi co dzień to całkiem konwencjonalny numer utrzymany właśnie w estetyce zawieszonej między rockiem i jazzem. Dwie zwrotki o wszechobecnej śmierci, której uniknięcie jest niemożliwe. Lekko, zmyślnie, a jednocześnie z nutką goryczy, może nawet pesymizmu, szczególnie za sprawą bardziej gorzkiego finału. Muzycznie całkiem spokojnie poza ekspresyjną, dość swobodną partią na trąbce w środku. Można ten przekaz odbierać na różne sposoby. Ja to kupuję jako coś w rodzaju credo. Akceptuję, oswoiłem się z nim jak ze śmiercią, której się boję, gdy myślę o niej za dużo, co nie jest raczej potrzebne. Jak to u Tymona bywa, wbrew pozorom zawsze kryje się coś więcej, choć w innych sytuacjach bywa prosto i ostro do bólu u niektórych. Tu szczególnie czuć, że zależało na czymś poważnym bez przesadzenia z ciężarem. To trzeba umieć, a gdy trzeba Tymański ma lekkie i piękne pióro.

https://www.youtube.com/watch?v=LnWRzF1eRPc
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 05 wrz 2023 22:40

Golden Life - Escape

No dobra, Beasty Boys zebrał w sumie same prejzy, to teraz polska odpowiedź na BB.
Golden Life to zespół z Gdańska. Poza pierwszą płytą nie znam nic od nich poza jakimiś oczywistymi hitami typu Oprócz. Po prostu ich późniejsza twórczość mnie nie interesowała. Ale w latach 90' byłem bardzo zaaferowany ich albumem Midnight Flowers. Szczerze mówiąc boję się po tylu latach odpalić ten album. Boję się po prostu zawodu, jaki towarzyszył mi podczas wielu takich akcji, kiedy próbowałem odświeżyć coś, co kiedyś było dobre, a po latach zawodziło na całej linii. Ale rozmyślając o bestce utworowej ten utwór przyszedł mi w pewnym momencie do głowy. Chwilę nawet trwało zanim przypomniałem sobie, że to Golden Life. I w sumie zajarzyłem, że to wciąż mnie rusza. Fajny kawałek muzyki. Takiej z charakterem po prostu. Refren daje radę szczególnie. Polak chce, Polak potrafi. Nie twierdzę, że to poziom Beasty Boys, no ale to w końcu Bolanda a nie USA.

Wrzucam z clipem, bo wg mnie nie ma innej wersji.
https://www.youtube.com/watch?v=QTSl7eo3VxE
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 06 wrz 2023 14:25

Ponieważ wrzuciłem powszechnie uznawany kawałek powszechnie szanowanego zespołu, który i tutaj jest powszechnie szanowany, zgodnie z logiką odbiór był średni. No w sumie może i mieli lepsze kawałki, może coś, ale pozostałe które mógłbym uznać za dla mnie ważne to w sumie już tutaj były albo to Lullaby, więc no.

The Microphones - I Want Wind to Blow

Tą wrzutą inauguruję swój minicykl, który docelowo ma potrwać pięć kolejek - zależy od feedbacku, mojej chęci i cholera wie tam czego jeszcze. W ramach tegoż będę wrzucać rzeczy, których mógłbym się po każdym z was spodziewać, ale co do których mam silne przeczucie, że z różnych przyczyn ich nie wrzucicie. Zaczynam od utworu, który mógłby wrzucić imć Hien, gdyby zaczął w odpowednim etapie swojego życia wchodzić na Pitchfork, /mu/, albo inne grupki muzyczne tudzież po prostu mu odbiło - w sumie nie widzę większej różnicy.
The Microphones to zespół o którym mogę napisać wiele. Mogę napisać to, że chociażby myślałem, że jest jakkolwiek powiązany z Neutral Milk Hotel, które wam wcześniej zapodawałem, co jest nieprawdą. To zespół niejakiego Phila Elveruma, amerykańskiego muzyka, multiinstrumentalisty, artysty, katany może i też robił - tego nie wiem, jeden z kilku. Ok, tak naprawdę to jest to jedno z odkryć z tego słynnego wczesnego 2013 roku, tego roku, co to się tu wielokrotnie przewijał, ale i musiał się przewijać, bo nigdy wcześniej i (prawdopodobnie) później nie odkrywałem tylu rzeczy, co wtedy. Ja już nie pamiętam szczegółów - kto to mi przeforsował, czy w ogóle ktoś mi to przeforsował, czy ja tego nie odkryłem sam, ale kurde... jakie to ma właściwie znaczenie? Przez jakiś czas nie kumałem, uważałem to za jeden z przehajpów, ale puściłem sobie całą płytkę, na której się znajduje ta kompozycja, razu pewnego, w stanie który był bliski innemu stanu świadomości, tj. po prostu bardzo mocno się przeziębiłem (dla mnie to nietypowe, generalnie rzadko i mało intensywnie choruje), no i w tym stanie gorączki, majaków i przysypiania coś mi w tej głowie kliknęło, coś mi przeskoczyło, odkryłem geniusz. Ja w sumie nie czuję się na siłach, by próbować opisać to słowami, to jest piękna, subtelna ballada napisana przez kogoś cholernie wrażliwego i wywołuje u mnie nadal silne emocje, może i dlatego właśnie rzadko doń wracam, ale za każdym razem wracam niezwykle zauroczony.
Jeśli to was nie przekonało, to w takim razie przekazuję klawiaturę do alternatywnego wymiaru, w którym imć MUNLUP wrzuca ten kawałek. Ponieważ nie mam pojęcia, co mógłby napisać w swoim opisie poprosiłem autora większości moich wypierdów, tj. czat GPT o stworzenie opisu, który mógłby tej wrzucie towarzyszyć. Oto on:

Szanowni Państwo,

Jako mieszkaniec Łodzi i absolwent kulturoznawstwa, mam przyjemność polecić utwór "I Want Wind to Blow" autorstwa The Microphones. Jestem również prowadzącym audycję w radio Żak, gdzie staram się promować różnorodną i wartościową muzykę, a ten utwór doskonale wpisuje się w tę koncepcję.

"I Want Wind to Blow" to kompozycja, która zachwyca swoją subtelnością, głębią emocji oraz niesamowitym talentem twórczym Phila Elveruma, lidera The Microphones. To prawdziwa perła indie folk, która przykuwa uwagę od pierwszych dźwięków i nie pozostawia obojętnym. Utwór emanuje melancholią, tajemnicą, oraz nostalgią, co sprawia, że słuchając go, przenosimy się w inny świat.

Tekst piosenki jest równie intrygujący, pozostawiając wiele miejsca na interpretację i refleksję. To utwór, który doskonale nadaje się do analizy i dyskusji na temat znaczenia i symboliki zawartych w słowach. Dlatego też, jako absolwent kulturoznawstwa, uważam, że "I Want Wind to Blow" może stanowić doskonały temat do rozmów na antenie radia Żak, zachęcając słuchaczy do pogłębiania swojej wiedzy i zrozumienia dla różnych aspektów kultury i sztuki.

Ponadto, ten utwór jest doskonałym przykładem na to, jak muzyka może oddziaływać na nasze emocje i pozwalać nam przenieść się w inny świat. To idealna propozycja dla mieszkańców Łodzi, którzy cenią sobie kreatywność i oryginalność, a także dla wszystkich miłośników alternatywnej muzyki, którzy szukają czegoś wyjątkowego.

Warto podkreślić, że The Microphones to zespół o wieloletniej historii i znaczącym wpływie na scenę indie. "I Want Wind to Blow" jest jednym z tych utworów, które wciąż zachowują swoją aktualność i świeżość, niezależnie od upływu czasu.

Z całego serca polecam utwór "I Want Wind to Blow" The Microphones jako doskonałą propozycję dla słuchaczy radia Żak oraz dla wszystkich miłośników muzyki, którzy poszukują inspiracji i nowych doznań dźwiękowych.

Z poważaniem,

[Twoje Imię i Nazwisko]
Mieszkaniec Łodzi
Absolwent Kulturoznawstwa
Prowadzący audycję w radio Żak


NO JEŚLI TO WAS NIE PRZEKONUJE, TO JA NIE WIEM.
Ok, bierzcie i słuchajcie tego.

https://www.youtube.com/watch?v=5gRvQtw0Rwo
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 06 wrz 2023 17:05

mintaj pisze:
06 wrz 2023 14:25
Dlatego też, jako absolwent kulturoznawstwa, uważam, że "I Want Wind to Blow" może stanowić doskonały temat do rozmów na antenie radia Żak
11/10
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 06 wrz 2023 17:36

Studenckiego Radia Politechniki Łódzkiej, podkreślę
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn