Best of Forum (Edycja albumowa)

Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 13 sty 2023 01:59

Banco de Gaia - Maya

Na Banco de Gaia natknąłem się przed polubieniem i okazaniem większego zrozumienia takiej muzyce. Nie wiem czemu, ale akurat ten projekt wydawał się dziwnie wieśniacki. Pretensjonalne nazwy, tribalowe pochody i etniczne skojarzenia zestawione z trance'm... to było za dużo. O poprzedniej wrzucie BdG praktycznie już nie pamiętam. Podchodziłem do płyty z ciekawością. Pierwszy odsłuch stosunkowo szybko, ale z atmosferycznym graniem jest tak, że na dzień dobry robi się dość ciężko. Tak różnorodny materiał wymaga odpowiedniej uwagi (wcale nie pełnego skupienia czasami), adekwatnych okoliczności słuchania, a przede wszystkim czasu. Słuchałem w pociągu. Potem wróciłem do początku, ale uznałem, że lepiej będzie poważnie usiąść i wykonać rzetelną, głębszą robotę. Moja opinia o ambientach potrafi się gwałtownie zmienić, jeśli na początku nie mam jednoznacznej opinii. Nie ukrywam też, że trochę tego typu muzy już znam (CBL na przykład, choć to już bardzo konkretnie uporządkowany pejzaż muzyczny, bo kosmiczny, z ducha psybientowy - ale kojarzę też inne projekty z okresu, w którym wyszła Maya), więc jestem wybredny. Nie przedłużając... umówmy się tak, że podstawą jest opis ostatniego odsłuchu prowadzony symultanicznie. Proste hasła i skojarzenia, które doprowadziłem do formy znośnie ułożonych zdań.

Mayę rozpoczyna Heliopolis, które sprawia dość mechanicznie skonstruowanego ambientu z gęstymi żeńskimi wokalami przepuszczonymi przez różne efekty. Klimacik lekko orientalny, świeci w głowie skojarzenie z Himalajami. Trochę house, trochę takie grzeczne downtempo. Mafich Arabi? Zaczyna się przyjemnie, zapowiada się coraz większy odjazd, ale na quality content jeszcze chwilę poczekamy. Dostajemy spooky melodyjkę rodem z beklasowego horroru lub osobliwego filmu noir, a potem małe rozczarowanie. Kiedy później wjeżdża w środku to już jest zbyt efekciarsko. Ziomek żongluje ciekawymi dźwiękami i nie ma ciekawego pomysłu na ich wykorzystanie. Albo za często chce je przemycić. Pierwsza uwaga ogólna. Całość szalenie eklektyczna - ja lubię to określenie ambient house i ono mi tutaj pasuje, o czym jeszcze później. Przyjemny środek MA, konkretnie skupienie na bicie, melodie przyjemnie się uzupełniają, tutaj satysfakcjonujący rozwój kawałka. Nie da się jednak ukryć, że wokale są naprawde zbędne. Sunspot. Ambientowy zapychacz potraktowany nieciekawym bitem, miejscami przepływa bez większego wrażenia. Nieprzyjemnie przypomina coś w rodzaju losowego kolażu, który może mocniej siąść co najwyżej wtedy, gdy służy jako sugestywne tło dla odpowiedniej literatury. Mimo początkowego narzekania pojawia się wreszcie światełko w tunelu. Gamelah dobrze kojarzy się z The Orb. Pomimo ciągotek w stronę world music (którego imo ostatecznie tutaj tak bezpośrednio nie ma; świadczą o nim tylko te wokalne słabe wstawki), które się źle starzeją i są nudne, subtelnie narastający bit i pulsacje robią swoje. Lubię dub smaczki, dobrze je znam z innych projektów. Elegancka partia na ethnic instumencie z jednej strony, hipnotyczny bas z drugiej, na którym całość się trzyma dobrze. Wokale wyparowały, wszedł pierwiastek narkotyczny, kwaśne dźwięki robią robotę. Kurna with DJ Decks też zaczyna się dobrze. Tak zasadniczo to nie lubię perkusji w rodzaju plemienna, ale w tym przypadku bardzo zmyślnie jest uzupełniona automatem, Orbit musiał być grany. Niepozornie zza kotary wychodzi bas i wpasował się jak ulał. Intro Sziszy jak nic wyrwane z debiutu The Orb. Na dodatek wychwyciłem sampel kraftwerkowy, kawałek nazywa się Uranium. Teraz nawet nie ma co szukać jakichś szerszych etykietek. Rozsiadamy się w fotelach lub toniemy w pląsach w klubie wypełnionym Marią. Prawdziwy narkotyczny rejs w krainie bogatej, bujnej wyobraźni, odpowiednio rozbujany. Tutaj do końca nie jestem pewien czy to jakiś instrument czy żeńskie wokale są tak poszatkowane, ale to działa właśnie przez tą skondensowaną, mocno nieoczywistą formę. Lai Lah podtrzymuje nocną, lekko pochmurną, ale paradoksalnie ciepłą energię. Wejście mocne, ale jednocześnie wjeżdża to, co uważam za lekko tandetne, czyli takie plażowe wręcz transowe plumkanie gitarowo/klawiszowe. Robi się znowu średniawo. Wolałem większą kwasowość, było zaskakująco spójnie w tej różnorodności, od tego momentu znowu dominuje chyba zasada przypadkowości, vibe się rozmywa w zbyt obszernym kolażu dźwięków. Shanti mocno zatrzymuje płytę. Wjeżdżają stojące szumy, coś ciekawego pojawia się z klasycznie dub/reggae klawiszem i basem. Kolejny raz słabiutki wokal, ale przynajmniej skontrowany przyjemną pseudo pompą w stylu klasycznego kosmische, ja bym od niej zaczął i zrezygnował z wokali najlepiej. Utwór tytułowy idealnie podsumowuje całość. Specyficznie skonstruowany wstęp, który swoją drogą przypomina Tangerine Dream z tamtych lat. Pierwszy raz pojawia się gitara. Całość trochę za długa, dziwnie podniosła, ale to częsta przypadłość tytułowych tracków w tego typu stylistyce. Momentami ciekawa, ale trudno utrzymać pełną uwagę.

Dla tego doskonałego tercetu w środku płyty warto było dać płycie ułożyć się w głowie. Do całości raczej nie wrócę, ale seria Gamelah-Qurna-Sheesha to jest złoto. Reszta raczej świadczy o ciekawych zamiarach, ale kiepskiej realizacji i braku pomysłu na całość. Miało być efektownie i dużo. Niby tak jest, ale ja nawet w chaosie lubię odnaleźć porządek... a tak to tytuły mylą tropy, Pan Adrian opisem trochę też myli tropy, muzyka ostatecznie miejscami budzi zupełnie odmienne skojarzenia i jakby nie dojeżdża.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 13 sty 2023 07:45

Banco de Gaia - Maya

Dawno już się chyba tak długo nie zbierałem z jakąś recenzją ale siadam do niej w końcu, miejmy to za sobą. Przyznam że dawno też chyba nie miałem tak że siadałem do jakiegoś albumu mocno zaintrygowany, z wypiekami na twarzy by po pierwszych odsłuchach równie mocno nie mieć ochoty do niego wracać, a tak było w tym przypadku...

Jasna sprawa że wrzutka utworowa Banco de Gaia była dobrą zachętą by bardziej wkręcić się w twórczość tego pana, tym bardziej że wrzucający podkreślał że no ok może Obsidian to bardziej trance ale ten kolo ma nuty idące bardziej w world music i liczyłem że przyjdzie mi to w końcu usłyszeć - nic podobnego, jak słusznie Dragon zauważył kolega Musiał tu mocno mylił tropy tym opisem. Już otwierający album Heliopolis jasno dał do zrozumienia że będziemy obracać się ponownie w klimatach bliższych Obsidian, a więc elektronika, trance ale też jak pokazały kolejne utwory pójdziemy w otoczkę new age, trochę ambient house a trochę takiego kosmicznego sci-fi ambientu znanego z albumu DJa Spooky. Tu i ówdzie powtykane coś ala plemienne zaśpiewy, odgłosy dżungli, może nawet nieco plemienne rytmy (Gamelah), parę kliszowych zabiegów mających robić wrażenie czegoś więcej niż czym ten album jest naprawdę. Prawda jest taka że to ma tyle wspólnego z world music co chińskie zupki z prawdziwą azjatycką kuchnią. Nie znaczy to wcale że Maya jest albumem złym, jest to dość typowy soundtrack z chillout roomów w nocnych klubach lat 90. Heliopolis ze swoimi wokalami przywodzi na myśl skojarzenia z The Future Sound of London, inne numery miały w sobie echa The Orb czy KLF. Otwieracz mi z miejsca przypadł do gustu, odpowiednie tempo i energia, odpowiedni czas trwania nawet. Drugie Mafich Arabi też jest spoko ze swoim bitem i klawiszową zagrywką mającą nadawać arabski posmak. Ale przy takim Sunspot już zaczynają się schody trochę bo zawartość drewna w tym bicie sprawia że o ile uszłoby to może na takim Technique u New Order pod koniec lat 80. to w 1994 r. brzmi to już słabo IMO. Gamelah robi trochę soundtrack jakiegoś psytrance festiwalu na tropikalnej wyspie a zreverbowane i zapętlone wokale kojarzą mi się z pewnym numerem trance z GTA3. Później z grubsza już tylko żonglowanie kliszami, sekwensery, bity downtempo lub ciut żywsze, jakieś wokale ale nic szczególnie zapadającego w pamięć aż do zamykającego album tytułowego Maya które ma faktycznie ciekawsze brzmienie. Dzwoneczki i pady robią fajny new age tajemniczy klimat a kiedy wjeżdża bit robi się dość trip-hopowo nawet, potem jakby riffy grane na keytarze (a może i gitara ale wolę wizualizować sobie klawisze), mocny late night vibe to wszystko ma, tak by brzmiał ost do kontynuacji Miami Vice rozgrywającej się w latach 90. sobie myślę. Zamknięcie pozostawia złudne wrażenie że album był lepszy niż faktycznie jest.

Gdybym miał do czegoś wracać to zapewne wybrałbym Heliopolis lub właśnie utwór zamykający album Maya. To jest długa płyta więc może wymagać poświęcenia jej dłuższej chwili by właściwie ją odebrać, poza tym odpowiedni setting by się przydał, siedzenie ze słuchawkami na uszach tu nie bardzo zdaje egzamin. Umówmy się tak, obiecuję pamiętać o tej płycie i dać jej szansę jeszcze kiedy nadejdzie dobry czas i miejsce ku temu. Zawiera fajne elektroniczne klimaty w sobie które wszak lubię i chyba nawet lepiej jest chłonąć całość trochę w formie tła niż rozbierać ten album na czynniki pierwsze. Szkoda trochę że różnica między pierwszym a ostatnim wrażeniem tu jest dość duża.
Być może kiedyś sam podążę jeszcze śladami dyskografii tego pana, Obsidian nadal mocno w serduchu i to daje mu kredyt zaufania.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 15 sty 2023 21:35

Słabiutko nam coś idzie ta kolejeczka Panowie, dev to chociaż uprzedzał mnie że ciężki weekend ma a reszta śpi?

P.S. co ja plotę to jest deva album nawet. Więc HELLO pobudka wujki mentosy
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 15 sty 2023 22:42

Jutro wleci do południa. Przesłuchane jest, tylko zrobić opis.
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 15 sty 2023 23:14

No ja też miałem dość morderczy weekend (spędziłem go w Poznaniu, to samo w sobie wiele tłumaczy!) i jutro już powinienem wszystko ogarnąć
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 16 sty 2023 11:54

Banco de Gaia – Maya

Ja podobnie jak Hien podchodziłem do tego albumu dosyć niechętnie, bo pamiętałem wrzutkę utworową tego wykonawcy, która kompletnie mnie odrzuciła. No ale pewnej niedzieli wybrałem się do lasu na długi spacer zachęcony tym, że w nocy nawaliło śniegu, a ja lubię w takich okolicznościach sobie połazić z muzyką w słuchawkach. No i pomyślałem, że trzeba ruszyć wreszcie tego Banco. Szedłem sobie kilometr za kilometrem w zimowej scenerii i mimo, że w słuchawkach, w odróżnieniu do pogody u mnie, panowała iście letnia atmosfera, słuchało mi się albumu naprawdę przyjemnie.
Od początku wychwyciłem orientalny klimat na płycie. Oczyma wyobraźni widziałem właśnie piramidy w starożytnym Kairze i tańczące na ich tle Egipcjanki. Albo Persję z Krainy tysiąca i jednej nocy tudzież Sindbada. Dev wspomina jeszcze o Ameryce Południowej i w sumie do tego regionu klimat muzyki też w wielu utworach pasuje.
Wiele utworów jest opartych o arpeggia, co bardzo mi pasuje.
Okładka albumu fajna i obiecująca klimaty, które w sumie dostajemy. Otwarcie albumu w postaci Heliopolis bardzo dobre. Ale Mafich Arabi jeszcze lepsze. Tutaj wjeżdżają właśnie arabskie motywy w pełni. Nie lubię prawdziwej arabskiej muzyki, ale arabskie motywy dobrze wykorzystane zawsze są fajne. Sunspot jest jednym z moich ulubieńców. Mnie się akurat ten rytmiczny bit podoba. Fajne zaśpiewy i arpeggiowe zagrywki. Poprzez różne dźwięki w tle mamy trochę wrażenie przebywania w jakimś tropikalnym lesie. Są też ładne smyki i bębenki. Gamelah to już w pełni tropikalne klimaty. Tropikalna wyspa na oceanie lub wioska zaszyta w dżungli. Rdzenni mieszkańcy grają na bębnach i grzechotkach, szamani tańczą wokół ogniska, a stara szamanka zawodzi w transie. Jest rytmicznie i przyjemnie. Ładnie buczy bas. Fajny klimat. Od tego momentu mamy łączenia między utworami, które tak bardzo lubię. Qurna zaczyna się od jakby szumu morza i zaśpiewów rajskich ptaków. Świetne są te bębny, bardzo je lubię. Rytm i klawisze kojarzą mi się nawet trochę z Enigmą. W tym utworze łączy się więcej motywów. Świetne outro – jakby odgłos łopat śmigłowca – które płynnie przechodzi w Sheesha. Najbardziej klimatyczny utwór na albumie i chyba mój ulubiony. Klawisz basowy rytmicznie uderza, śmigła wciąż jeszcze pracują i ten powtarzający się cały czas odgłos sonaru. Ktoś tam coś recytuje. Arpeggia szaleją cały czas. Perkusja rytmicznie przygrywa, smyczki się wtrącają. No jest czadowo. Jest niepokojąco. Pod koniec szamańskie zaśpiewy i znów śmigłowiec. To jest znów bardzo efektowne przejście do kolejnego utworu. A Lai Lah zaczyna się niesamowicie klimatycznie i ekscytująco. Pierwsze 70-80 sekund jest wstrząsająco dobre. Potem wchodzi gitara, bit i niestety ten piękny nastrój pryska. Nie mówię, że to co jest potem jest złe, ale początek obiecywał coś dużo lepszego. W sumie już do końca albumu jest dobrze, ale to co najlepsze było jednak wcześniej.
Przesłuchałem album wielokrotnie i album coraz bardziej mi się podobał. Ma specyficzną mieszankę klimatów. Ja lubię, gdy muzyka, szczególnie instrumentalna, potrafi właśnie wykreować jakiś klimat. Kiedy słuchając nie mam pustki w głowie, tylko jestem w stanie ją gdzieś umiejscowić, stworzyć sobie w głowie jakieś scenki, wyobrażenie. U DJ Spooky rządzili kosmici, tutaj rdzenni mieszkańcy Ameryki Południowej na przemian z Arabami, Persami. Muzyka z albumu Maya przenosiła mnie w różne fajne rejony świata. I bardzo mnie to cieszy, bo przed pierwszym odsłuchem zakładałem, że to będzie raczej męczarnia. A tymczasem była przyjemność. Nawet zimowe leśne scenerie nie przeszkodziły w odbiorze. A nawet spowodowały, że ten pierwszy odsłuch był tak udany. Na pewno będę wracał, a nawet spróbuję czegoś innego od Bancy. Szczególnie zainteresowały mnie te chińskie klimaty, o których wspominał Dev.
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 17 sty 2023 00:50

Banco de Gaia - Maya

Trochę chaotycznie i z dupy strony z opóźnieniem podziękuje za rzetelne i w miarę ciepłe słowa o płytce Sparks, którą wam zapodałem i jestem rad, że towarzysz Musiał docenił ją w takim stopniu i jeśli zostanie dzięki temu sparksomaniakiem - wypada mi się tylko z tego powodu cieszyć i w ogóle. Wspominam o nim tutaj niezupełnie skrajnie losowo, bo chciałbym mu podziękować, że w ramach (nieformalnego, ale jednak) rewanżu odwdzięczył mi się płytą, która może AŻ TAK mnie nie fascynuje, ale płytą po prostu więcej niż SPOCZKINS.
Generalnie to jest ten typ muzyki, o której pisać ciężko - kiedyś postanowiłem sobie, że w ramach takiego swoistego performensu zamiast recenzji kiedyś będę tutaj pisać o skrajnie losowych pierdoletach, np. o mojej wycieczce do Pabianic w 2020 roku albo o tym, że spędziłem bardzo sympatyczny weekend na sympatycznej wycieczce. Ewentualnie wrzucę przepis na pyszne placki ziemniaczane. Potem uznałem, że jednak nie jestem AŻ TAKIM postmodernistą, że jednak w gruncie rzeczy rozpierdzielanie norm i klasycznych form nie jest aż tak fajne i że jednak jakieś szeroko pojęte ramy są okej, tak samo jak ład, porządek i harmonia, mimo iż wyrywanie się od nich czasem może sprawiać dużo frajdy!
Pewnie zastanawiacie się o czym ja tu do cholery bredzę i czy ma to coś wspólnego z płytą? Odpowiedź możecie znaleźć sami sobie w sobie. Pisząc te rzeczy słucham sobie już kolejny raz tego albumu i naprawdę - jest to całkiem przyjemne i świeże doświadczenie. Na pewno wynika to z tego, że nie znam się na muzyce trance - w tym swoim muzycznym bigosie relatywnie rzadko dodaję tej przeprawy, wychodząc z założenia zbyt często ma mdły smak i tylko niektóre marki zaspokajają moje muzyczne podniebienie. Musiał pisze coś o world music (totalnie abstrakcyjna szufladka, której nie kumam i nie używam), więc skoro on tak, to ja pociągne ten wątek piszac, że tym bardziej nie zachodzę do sklepów z franczyzy Kuchnia Świata. xD No ale problem w tym, że znowu tego tutaj tak duzo nie ma, ot jakaś tam stylizacja na egzotyczne klimaty i generalnie to obcych kultur i cywilizacji więcej jest na targu w Proszowicach co środę rano. W międzyczasie przeczytałem wasze recki i widzę, że praktycznie wszyscy tutaj wyskoczyli z tym argumentem, więc cieszę się, że tutejsze gremium jest nie tylko elitarne, ale i zgodne.
O dziwo, nie podniosę tutaj klasycznego larum dotyczącego długości, bo jednak znacznie większy problem mam w przypadku albumów z klasycznymi piosenkami na tym polu, ewentualnie w przypadku gdy ktoś już nie ma litości i leci z pitoleniem bez większego ładu a składu. Tu tego nie ma, tutaj udało się temu gorszemu (mimo wszystko) Marksowi wprowadzić w ten spoko muzyczny stan, w przypadku którego akurat ta kwestia odgrywa mniejsze znaczenie. Może gdybym ja to tworzył i produkował, to bym pewnie trochę to wszystko poskracał, ale ja to ja, obecna forma tego lbumu mi się podoba i leży mi całkowicie. No i faktiko bardzo spoko się tego słucha jako takiego ciut bardziej angażującego ambientu, aczkolwiek nie wiem czy to jest znowu aż taki komplement. xD
Dobra, co mi się tu najbardziej podobało? Mafich Arabi - wstęp sprawił wrażenie, że wydawało mi się, iż przez pomyłkę BoC puściłem, by potem rozwinąć się w coś naprawdę fajnego - strasznie ten bit jest chwytliwy i mi wchodzi jak zły, może nie znalazłbym zbyt wielu argumentów na obronę tych zaśpiewów w dyskusji akademickiej, ale nie obchodzi mnie to, bo może są tanie, ale cudowne. Ten break po czwartej minucie cudowny i w ogóle fajna to muzyka jest. Generalnie to ja właśnie tego wspomnianego BoC słyszę zaskakująco dużo, nawet ta Qrna wywołuje u mnie podobne skojarzenia, tyle, że jest to BoC bardziej egzotyczne i stylizowane na orientalne. Właśnie jak tak sobie słucham to zaczyna do mnie docierać, że ta cała stylizacja robi tu poniekąd robotę - nie umiem tego opisać bez wzajemnego zaprzeczania sobie, bo jednocześnie chcę napisać o tym, że brzmi na pograniczu kiczu, jak i to, że buduje tutaj bardzo fajną, specyficzną atmosferę. Super na tej płycie jest też kawałek tytułowy, który jest po prostu fajny oraz otwieracz tez jest spoko. Zganię jedynie Lai Lah, bo szczerze mówiąc intro jest megaklimatyczne (acz znowu za bardzo mi się kojarzy z Boc xD), ale ten break totalnie mi tu nie pasuje i rozwala całośc i jest jakiś siakiś meh.
Ale tak czy siak - nie wykluczam powrotów. Fajna płytka i jest lekka okejka, uśmieszek i zaproszenie na kawę. Może miłości tu nie będzie, ale zostaniemy na pewno przyjaciółmi.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 17 sty 2023 07:10

No i pięknie, ostatecznie nasz pociąg dojeżdża na metę mając zaledwie opóźnienie ok. 1400 minut więc hej, mogło być gorzej!

Pan Devomski może wygłosić mowę pogrzeb... WRÓĆ! Mowę końcową rzecz jasna i zamknąć wieko... WRÓĆ! temat, temat Marksa vel Banco zamknąć może znaczy się, a zainteresowanych zapraszam na stypę... WRÓĆ! na relaks rzecz jasna do knajpy o nazwie Electric Cafe obsługiwanej przez niemieckie roboty firmy Kraftwerk.

Niech Wam ziemia lekką będzie ;(

stripped pisze:
03 sty 2023 10:20
Kraftwerk - Electric Cafe/Techno Pop
(1986, 2009 Remaster)

Ok, czas najwyższy już wrzucić w końcu album z mojego osobistego podium życia, dla mnie top3 albumów jakie słyszałem obok - uwaga - Violatora oraz Songs of Faith and Devotion, zatem teoretycznie najlepszy album jaki przyjdzie mi tu zaprezentować w tej bestce. Zwlekałem z nim długo z prozaicznego powodu, liczyłem że zapoda go w końcu ktoś inny bo trochę czuję że nie jestem godzien go tu przedstawiać, wiem że mogą tu być więksi fani Kraftwerku ode mnie bo ja znam poza tym zaledwie Computerwelt.
Jak to się stało zatem że ten album tak mnie kupił?

Zaczęło się od singla Musique Non Stop, klip do tego numeru widywałem czasem na VH1 i prawdę mówiąc nigdy mi się nie podobał ani kawałek ani ten klip xD zmiana przyszła długie lata później, prawdopodobnie już po moim przestawieniu się na muzykę klubową trochę i kiedy rozpocząłem przygodę w poszukiwania wszelkich różnych rytmów i bitów. Był to jak już wspominałem czas powrotów do różnych znanych mi numerów i patrzenia na nich pod nieco innym kątem, tak też było z Musique Non Stop w którym po latach odkryłem wspólny mianownik z lubianą przeze mnie muzyką electro. Rytmiczna, robotyczna muzyka z fajną syntetyczną perkusją i świetnym brzmieniem synthów, dziw że nie siadło wcześniej. Zdaje się że na podstawie fascynacji tym numerem ostatecznie sprawdziłem album i o ile się nie mylę to chyba właśnie zremasterowana wersję wydaną w 2009 roku pod pierwotnym roboczym tytułem jaki ten album nosił czyli Techno Pop właśnie. Różnice między oryginalnym Electric Cafe a remasterem polegają na drobnej zmianie w trackliście - zamiast oryginalnej 8 minutowej wersji The Telephone Call wstawiono krótką singlową wersję a po nim dołożono jeszcze remix tego numeru pt. House Phone pochodzący ze strony B tego singla. Mi to szczerze mówiąc różnicy nie robi, może dlatego że od remastera zacząłem i remaster ten posiadam na półce, dlatego nie robi mi to też różnicy czy będziecie słuchać oryginału czy remastera i czy to będzie wersja po niemiecku czy po angielsku, zrobicie jak uważacie, ja ze swojej strony zapodam obie wersje. Nie będę zdziwiony jeśli niektórzy napiszą recenzję nawet bez odsłuchu bo zapewne znają ten album doskonale.

Wracając do samej płyty, czuć tu podział na strony A i B winyla ale nie czuję też potrzeby robienia jakiejś pauzy specjalnie. Pierwsza połowa płyty to sekwencja 3 utworów płynnie przechodzących jeden w drugi czyli Boing Boom Tschak, Techno Pop oraz Musique Non Stop. Te trzy obracają się w takim właśnie electro podobnym klimacie, ten pierwszy może nawet inspirowany nieco beat boxem się wydaje. Druga połowa albumu jest bardziej tradycyjnie synthpopowo brzmiąca i śpiewana. The Telephone Call ze swoimi wstawkami dzwoniących telefonów wydaje się nieodleglą ewolucją stylu znanego z albumu Computer World. Sex Object to moim zdaniem gwoźdź programu i najlepszy numer na albumie, ze swoimi dramatycznie brzmiącymi smyczkami przypomina mi pewien utwór innej elektronicznej kapeli. Electric Cafe kiedyś nie lubiłem ale przegryzło mi się choć jest mniej przebojowe powiedzmy ale nadal ma fajne synthy i typowo Kraftwerkowe teksty nawiązujące do atomowej ery lat 80. w której powstało.
Bardzo lubię brzmienie tej płyty i zastanawiam się ile w tym zasługi Francois Kevorkiana odpowiedzialnego za miks albumu, nie mogę wykluczyć że spora bo brzmienia są tu mocno wypolerowane i osadzone w miksie pełnym przestrzeni i pustki miejscami. Faktem jest że dzięki tej współpracy z Kraftwerk później Depeche Mode sięgnęło po niego by miksował Violator i tam podobny sound da się wyczuć miejscami moim zdaniem.

Chyba nic więcej nie jestem w stanie Wam dopowiedzieć o tej płycie, ale tak to czasem bywa z tymi najlepszymi czy ulubionymi rzeczami że o nich nie ma co pisać, ich trzeba posłuchać i je poznać i jeśli ktoś jeszcze nie zna to niech nadrobi bo moim zdaniem naprawdę warto. Miłych odkryć i powrotów życzę.

Electric Cafe

https://youtube.com/playlist?list=PLHP7 ... Ji-sc136hh

Techno Pop

https://youtube.com/playlist?list=PL9wm ... 5O9ARah4BI
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 17 sty 2023 09:22

Ja z bardzo szybkim podsumowaniem, mogę przede wszystkim powiedzieć, że bardzo się cieszę z odbioru, albowiem widzę, że mimo wszystko wielu siadło. Nie spodziewałem się prejzu od shodana tbh, mentos też lekko zaskoczył, ale oczywiście pozytywnie. Życzę Wam bardzo udanych powrotów do tej płyty, może latem? Ona faktycznie jest dobra jako muzyka tła, ja np. uwielbiam jeździć do niej na rowerze, w Trzech Króli zrobiłem srogi trip do niej. Mam nadzieję, że nie wyrzucicie z playlist ^^
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 17 sty 2023 09:40

Kraftwerk – Electric Cafe

Murzyn mnie zaskoczył, a jednocześnie bardzo ułatwił sprawę, bo słucham „Electric Cafe” od prawie 20 lat. W międzyczasie, album ten leciał w różnych wersjach, wielokrotnie, więc mógłbym pisać ten tekst bez słuchania, ale oczywiście i tak sobie włączyłem w tle, bo to sama przyjemność. „Electric Cafe” do dziś jest mieszany z błotem przez wielu uber-fanów Kraftwerk, którzy stękają, że nie dostali oryginalnego „Technopop”, na którym znalazłoby się „Tour de France” oraz wczesne, staroszkolnie brzmiące wersje wydanych utworów (dema „Sex Object” i „Technopop” są na YT). O ile oczywiście fajnie by było usłyszeć tamten nigdy nie wydany album z 82/83 roku, to uważam, że przerwa spowodowana wypadkiem rowerowym Huttera, przydała się temu zespołowi. Przez te parę lat, Kraftwerk podgonili sprzęt i zrobili dosyć mocny zakręt w kierunku bardziej sterylnej, cyfrowej elektroniki. Na tym etapie, to było już trio (Wolfgang Flur występował tylko na zdjęciach, co potwierdza usunięcie/przesunięcie go w creditsach nowszych wydań „EC”).

W każdym razie, dla mnie ten album to doskonała spójna dawka muzyki do wciągnięcia naraz. Przyjazny czas trwania, sporo utworów połączonych ze sobą, spojonych wspólnymi motywami, itd. Jednolity klimat jaki tworzy ta płyta, bardzo mi odpowiada. Duet „Boing Boom Tschak” i „Technopop” swego czasu były moimi ulubionymi fragmentami płyty. Chłodne, chillujące dźwięki, a zarazem twardy, metaliczny rytm. Wszystko walące cyfrą na kilometr, co w wypadku tego albumu uważam za zaletę. Ten "dzwoneczkowy" (z braku innego słowa) klawisz sobie dawno temu wyciąłem i zrobiłem z niego numer pt. "Winter".

„Musique Non Stop” to kawałek, który kojarzy mi się z koncertami Kraftwerk, bo kończą tym sety od grubo ponad 30 lat. Każdy członek zespołu pozwala sobie w tym czasie na małe solo, po czym schodzi ze sceny. Długość tych solówek zależy od trasy i humoru grupy na scenie. Na pierwszej połowie trasy w 1991 r., wykonania dochodziły do kilkunastu minut, a Fernando Abrantes miał najbardziej kwaśne solówki. To były chyba najlepsze wersje tego kawałka. Częściej zdarza mi się wracać do nich, lub do wersji z „The Mix”, ale to niczego oryginałowi nie ujmuje.

„The Telephone Call” to nie tylko jedyny numer śpiewany przez Bartosa, ale też najbardziej bartosowy kawałek na płycie. To on wnosił do zespołu popową melodyjność i bardzo dobrze to słychać w tym utworze. Jeśli chodzi o zmianę jaka zaszła po wydaniu remasterów (poza tym, że mają wyjątkowo szpetny mastering), to wolę oryginalne „The Telephone Call” (ZE NAMBER JU KOL IS RONG). Obie wersje z nowego wydania to remiksy z singla (autorstwa Kevorkiana) i o ile są spoko, to dużo bardziej wolę pierwszą wersję, długą i bez tej antyklimaktycznej pauzy między numerami. To co robili z tym kawałkiem na żywo, kiedy ogrywali pełne albumy live w poprzedniej dekadzie, to już była trochę komedia (całe „Electric Cafe” przeleciane zresztą w 27 minut). Z jednej strony rozumiem zabieg, a z drugiej Ralf mógł już sobie darować i zaśpiewać te kilka linijek. No, ale to ich odtwarzanie albumów to w ogóle jest kwestia na dłuższą dyskusję.

„Zegz Object” to jednocześnie coś nowego i starego w jednym. Te fragmenty na „gitarze” nadal mnie zadziwiają i generalnie cały klimat utworu jest taki inny, jak na Kraftwerk. Wyjątkowo dobra piosenka z tego jest. Zespół pokazuje trochę ludzkiej twarzy, odnosząc się do pożądania i spraw przyległych. Ten kawałek istnieje w trzech wersjach językowych (angielskiej, niemieckiej i hiszpańskiej), a jak dorzucimy jeszcze fragmenty po francusku z innych utworów, to daje nam najbardziej zróżnicowaną językowo płytę Kraftwerk. BTW przypomina mi się sytuacja kiedy siedzieliśmy z Musiałem w aucie i ten mi smucił, że Kraftwerk nie skorzystali z okazji żeby w niemieckim „Sex Object” zrobić w intrze „JA, NEIN”, zamiast „YES, NO”, a ja nie wiedziałem o co mu chodzi, bo przecież dokładnie tak zrobili (w wersji hiszpańskiej jest „SI, NO”). Okazało się, że Dev miał jakąś pojebaną wersję, w której to było po angielsku xD Nigdy nie zapomnę jego miny, jak mu włączyłem „JA, NEIN”. Good times.

„Electric Cafe” to fajny numer. Też kiedyś trafiał do mnie najmniej, ale z czasem wyszedł zdecydowanie na prowadzenie. Ma w sobie taki wieczorny, jesienny, mglisty klimat. Nawet ten elektroniczny, przerobiony akordeon mi się podoba. Nieraz zastanawiałem się, czy nie byłoby to lepsze otwarcie płyty niż zamknięcie (w ten sposób to pomieszali live), ale to taka myśl na boku.

Kevorkian faktycznie był jedną z osób odpowiedzialnych za miks (robili to chyba w Stanach, zespół też) i to faktycznie słychać. Ja się na gościu za bardzo nie znam, słyszałem tylko to co robił z Kraftwerk i z Depeche Mode. Bawi mnie trochę, że kiedy Kraftwerk wydawali „Electric Cafe”, to DM bawili się jeszcze w walenie po rurach i nagrywanie motorka. Dogonili ich dopiero przy „Violatorze” (łącznie z nagranie numeru-hołdu dla Kraftwerk) i w zasadzie zatoczono pełne koło, bo „The Mix” mógł być i pewnie był inspirowany między innymi brzmieniem „Violatora”.

To był ostatni album nagrany w prawie-klasycznym składzie, Wolfgang odszedł jakoś pod koniec lat 80-tych, a Karl po trasie w 1990 r. Wielu fanów do dziś jęczy w tym temacie i hejtuje nowych członków zespołu, co uważam za idiotyczne. Fritz wniósł do muzyki znacznie więcej niż Wolfgang by to zrobił gdyby pozostał w zespole, ale nikt tego nie chce widzieć, bo nostalgia. No, ale to już takie moje fanowskie gadanie. „Electric Cafe” to płyta niedoceniona, a zespołowi wytykano, że nie ma już nic ciekawego do powiedzenia, a konwencja się wyczerpała. Może tak było, ale mnie to nie rusza, bo album mi się podoba.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 17 sty 2023 15:41

Kraftwerk - Electryck Cafe/Technoflop

Nie mogłem sobie darować użycia formy stosowanej często i gęsto przez hejterów tej płyty (ahh, te dyskusje na >implying we can discuss music), którą ja uważam osobiście za naprawdę świetną rzecz. Kraftwerk goes digital jest wprost doskonałe. Nie, żeby ich poprzednie dokonania były słabe (bowiem o ile mieli nieco tylko słabsze momenty, to ja osobiście uważam, że złej płyty nigdy nie wypuścili, bardzo lubię nawet słynne 1 i 2, które są takim rozkosznym konglomeratem rzężeń i sprzężeń, jakie cudnie wypełniają przestrzeń w słuchawkach gdy mam ochotę na mniej lub bardziej spięte w logiczną całość randomowe dźwięki niewiadomo skąd), ale jeśli już wskazuję jakieś highlighty, to dla mnie jest trójca Ralf und Florian, Trans-Europa-Express i właśnie ECslashTechnopop (albowiem lubię obie wersje, remaster pod oryginalnym tytułem za wersje Kevorkiana xD). Pamiętam, jaką miałem srogą fazę na EC jakoś wiosną 2008, i od tamtej pory staram się dać temu krążkowi przynajmniej jeden spin w maju (im bardziej deszczowy tym lepiej, nie pytajcie). Przyjemnie było pocisnąć całość w innych okolicznościach, choć było to jedynie odświeżające, albowiem zwyczajnie dobrze ten album znam. Boing Boom Tschak szybko stało się jednym z moich ulubionych ich numerów, co może być o tyle zaskakujące, że w tamtym czasie wciąż poszukiwałem dość "oczywistych brzmień" i takich bardziej, ja wiem, friendly? A tutaj nagle taki dowalony minimalizm, który jednocześnie w ogóle się nie nudzi. Wersje live w ogóle są złote. Przejście w Technopop jest doskonałe, potem sam wyżej wymieniony utwór, który ma fantastyczną wprost linię melodyczną, wciąż typowo odhumanizowane wokalne wstawki, naręcze presetów klawiszowych, to jest wręcz showcase i autoreklama przejścia przez nich na zupełnie nowe kierunki robienia muzyki elektronicznej. Na marginesie, pamiętam dobrze, jak jakieś 17 już lat temu zassałem z Soulseeka liczącą bagatela 150 utworów kolekcję remiksów DM z niewiadomo kąd, i była tam bardzo fajna wersja Easy Tiger zatytułowana Kling Klang Mix. Bardziej niż Kraftwerk brzmiała jak utwór Camouflage pod tytułem... Kling Klang, za to miała wklejone zvocoderowane sample z Technopop właśnie. Do dziś lubię wracać, no ale mniejsza. Musique Non Stop kontynuuje ten klimat, choć w bardziej kwaśny sposób, zdecydowanie. Cała pierwsza połowa to jest Kraftwerk śpiewa o Kraftwerk i jest to genialne, co więcej mogę dodać. Do ostatniego jej fragmentu przekonywałem się najdłużej (zdecydowanie bardziej lubiłem wersję kombinowaną z Boing Boom Tschak z Minimum-Maximum), ale i to wlazło, bo to Kraftwerk, w końcu wejdzie wszystko, jeśli da się szansę. Mam nieodparte wrażenie, że właśnie otwarcie się na EC dało mi potem takie niskie kryterium wejścia w minimal electro, za którym bardzo mocno przepadam. No ale to dopiero pierwsze pół.

Na drugiej połowie nadjeżdża kawałek, który uważałem za najlepszy z krążka bardzo długo, ale też jedyny, jaki zeń poznałem nim położyłem łapę na całości (właściwie to obie łapy, zaś w Kraftwerk zacząłem się na serio wkręcać w marcu 2007). Oczywiście poznałem go w wersji niemieckojęzycznej, zresztą, ja długo byłem przekonany, że anglojęzyczne wersje ich numerów były tylko na single albo do video, jakoś nie mieściło mi się w głowie, że można wydać tę samą płytę w różnych wersjach językowych. No, ale w każdym razie, dopiero po paru latach odkryłem raz, że remaster (trudno, by było inaczej, gdy ten ukazał się w 2009), a dwa, że wersja zremasterowana ma tę fajną wersję singlową z takim przyjemnym lekko skaczącym basem. Wciąż jednak mam sentyment do tej konkretnej wersji, aż musiałem sobie po zapuścić po niemiecku xD Dobry, bardzo dobry kawałek z pokręconym wideo do tego, no ale to już mieliśmy okazję omówić, więc daruję. Co do Zdozunegobjekt, ten numer ma w sobie najmniej Kraftwerk w Kraftwerk na tej płycie, jednocześnie mając w sobie tyle Kraftwerku, ile się tylko da. Hutter wypowiadający słowa tekstu w tak potwornie beznamiętny sposób, niby gadał do ściany, z samego tekstu też wbrew pozorom mało "ludzkości" bije (choć ma zabawny moment z "you turn me on, then you forget"), ale muza, to jest zupełnie inna historia, te elektroniczne smyczki raz, że nadają srogiej dramaturgii temu utworowi, a dwa, że dla mnie brzmią wręcz trochę... latynosko xD Nie wytłumaczę tego teraz, ale jak się odpowiednio wsłuchacie, możecie sami to wyczuć. Jeszcze połączyć wszystko z tą gitarą... Odjechany track, i faktycznie była taka sytuacja z Hienem, którą opisuje, na pierwszej wersji albumu, jaką pobrałem z SS było Sex Objekt z "Yes/No" zamiast "Ja/Nein", choć reszta tekstu była po niemiecku. Teraz, gdy o tym pomyślę, jest jednak prawdopodobne, że ktoś sobie to po prostu pociął i tak się utwór zaczynał, zaś potem było już prawilnie. I tak oto nadchodzi koniec, a więc tytułowy (dla wersji pierwszej). Dla Hiena jesień, dla mnie właśnie wiosna, deszczowy acz bardzo zielony maj, i lekki autoplagiat, gdzie motyw główny jest minimalnie podpieprzony z Trans-Europa-Express, ale kto by się tym przejmował, im wolno było. Przyjemny elektrokwas, trochę klasycznego Kraftwerku, trochę trudno powiedzieć czego, ale czegoś bardzo wówczas nowego. Tbh jest mi nieco smutno, że w ejtisach nie nagrali już nic więcej, jeśli mogło brzmieć tak podobnie (zresztą, potem - poza The Mix, które jednak ciężko nazwać stuprocentowo oryginalnym materiałem - nagrali wyłącznie Tour de France Soundtracks, od którego premiery minie w tym roku 20 lat... ;_;), no ale co ja mogę z kimkolwiek w jakiejkolwiek sprawie. Jaram się, zapodano świetną porcję muzyki, choć nie na tę aurę dla mnie (defaultowo), to wciąż robi kolosalne wrażenie i takie będzie robić dalej. To było dobre. Jest. Będzie.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 17 sty 2023 16:02

Jeszcze Expo było i te live tracki z lat 90 ala Tango, do którego wrócili na koncertach w tym roku. Kwaśne to było mocno.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 17 sty 2023 17:33

Trochę beka że nigdy nie wyłapałem w Electric Cafe tego riffu z TEE xD
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 17 sty 2023 17:42

Widzę po reckach, że aż żal tego nie zrobić szybko... Ten wieczór już pod znakiem Kraftwerk, ale do samplowej też coś wrzucę xD
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 18 sty 2023 02:58

Kraftwerk - Electric Cafe

Musiałem wrócić do wszystkich poprzednich opisów nt. Kraftwerk, żeby się zorientować, czy przypadkiem nie piszę tego samego po raz enty. Jestem na tyle osłuchany z ich muzyką, że właściwie reckę mogę wysmażyć w dowolnym momencie. Może sprawiać wrażenie bełkotliwej, ale no cusz... Potrzebuję co najwyżej trochę czasu na spisanie wrażeń i refleksji ugulnych. Podtrzymuję zdanie, że w pewnym momencie jak już się jest fanem, to trudno wskazać faktycznie płytę lepszą od innych. Prościej o wyróżnienie najgorszej. Wśród pitolenia przed Autobahnem takie Kraftwerk 2 brzmi jak zbiór demówek rzeczy, które nie zmieściły się na jedynce. Poza tym to pojedyncze niespecjalnie udane single, takie jak Expo 2000. Computer World chwaliłem jako zestaw soczystych bangerów, a jak jest z Electric Cafe?

Electric Cafe, choć Ralf preferuje bardziej Techno Pop. Moja wersja zdarzeń jest taka, że za Techno Pop traktuję co najwyżej zbiór demówek z 1983 roku. Electric Cafe wyszło jako Electric Cafe i tego się trzymam. Niech się to nazywa na okładce czy w streamingu jak chce, ja wiem swoje xD Płytę poznałem już nie pamiętam kiedy. Moje pierwsze konto na RYMie zawiera zestaw kilkuset ocen wklepanych jednego dnia. Na podstawie tego mogę stwierdzić, że przed listopadem 2015 roku Electric Cafe było mi już dobrze znane. Kręciłem się w internecie po miejscach, gdzie o Kraftwerk pisało się dużo i przyjemnie, toteż miałem wyraźną potrzebę dopasowania się do reszty i poznania czegoś więcej niż The Model, które jakbym znał od zawsze. Poza tym już wtedy miałem tego znajomego od vaporów i on też Kraftwerk lubił. Od zawsze słuchałem płyty w wersji z singlowym Telephone Call i House Phone... i do tej wersji wróciłem w ramach naszej zabawy. W 95% przypadków HP po prostu pomijam, bo jest kompletnie niepotrzebne. Rozbija rytm całości, sprawia wrażenie totalnego zapychacza. Telephone Call w pierwotnej długości poznałem wieele czasu później. O literaturze dodatkowej będzie potem, teraz o właściwej (dla mnie) zawartości.

Całą stronę A traktuję jako jeden utwór, tyle że skonstruowany z trzech charakternych części. Boing Boom Tschak i Techno Pop zlewają się w sposób oczywisty, Musique Non Stop wyraźnie się wybija. Dalej wielbią minimal, a jednocześnie dalej są niesłychanie melodyjni. W tym przypadku rzadziej korzystają z klasycznych brzmień instrumentów, pakują sample na klawiatury i budują melodie na różnych efektach. Bardziej klubowo będzie tylko na TdF Soundtracks, ale to po prostu zasługa przejścia na stricte techno pozycje. BBF robi za Numbers na tym dansingu. Prosta, powtarzalna fraza i oszczędna perkusja. Liczy się groove. Jeśli mu nie ulegasz, to trudno będzie przyswoić resztę. Uważam za niemożliwe chcieć wracać tylko do tych dwóch minut, bez przejścia do konkretniejszego tematu w Techno Pop to nie ma sensu. Jest tak zbudowany, że instynktownie wręcz czekasz na coś więcej. Aranż się delikatnie rozbudowuje, ale nigdy nie dochodzi do przeładowania. Może Electric Cafe nie zawiera w sobie żadnego konceptu, ale na pewno jego przeznaczeniem jest/był parkiet. Techno Pop jest dość specyficzny, podtrzymuje wolniejsze tempo. Przekaz dość banalny, proponuję dalszą koncentrację na rytmie. Przetworzone wokale nie brzmią tak źle. W ogóle nie mam z nimi problemu i na rok 2023 nie rozumiem tego chłodnego przyjęcia płyty w momencie premiery. Oczekiwano niemożliwego. Gdyby to wyszło trzy lata wcześniej, to byłoby coś w rodzaju Cybotrona czy innych przedstawicieli elektro z tamtego okresu - godnych umieszczenia w skansenie, niewartych jakiejkolwiek uwagi. Udało się z Tour de France, a po demówkach pozostałych kawałków słychać, że z tego hitów by nie było. Wymagały dopracowania, dopieszczenia, wejścia na pełnej w nowe terytoria muzyczne, nieeksplorowane przez zespół do tej pory w tak bezpośredni sposób. Momentami w TP brzmią nawet industrialowo, ale bez łopatologicznego nakładania masy tłuczonej blachy. Pojedyncze stuknięcia robią robotę. Musique Non Stop to pierwszy konkretny wymiatacz. Tylko na początku perka jest lekko drewniana. Kiedy nachodzą na nią efekty, a do tego dochodzi basowa oszczędna pulsacja i ten niskotonowy efekt jeden, a potem drugi... Hipnotycznie. Głowa sama chodzi, a za nią biodra. Wszystko na swoim miejscu. Odpowiednia długość, odpowiednie wariacje. Te koncertowe wersje z solówkami to już przesada i mały jarmark.

Strona B. The Telephone Call to synthpopowy klasyk. Jedyny tak poważny ślad Bartosa w ich dyskografii, a przecież w ogóle nie odbiega od reszty kompozycji. Oszczędny, ale bardzo celny tekst. Znośnie zaśpiewany. Nie oszukujmy się, że Kraftwerk słuchamy dla walorów wokalnych. Tutaj Karl wykonuje swoją robotę solidnie, a poza tym to bardzo przyjemne urozmaicenie przy dominacji Ralfa w tym zakresie. Na potrzeby recki sprawdziłem rzetelnie tę oryginalną ośmiominutową wersję i... może faktycznie lepiej pasuje, ale za mocno mam zakodowaną w głowię krótszą, by teraz nagle zmieniać swoje przyzwyczajenia. Z drugiej strony jest znacznie bardziej drewniana. Klawisze wręcz cheesy, mix Kevorkiana sprawia, że jest więcej życia. To, co działało na The Man Machine tutaj faktycznie wydaje się już przestarzałe. Ostatecznie zostanę przy remasterze. Sex Object to jedyny Kraftwerk w horny wydaniu. Po niemiecku to jakaś aberracja, ale po angielsku razem z tymi odizolowanymi smykami pojawia się jakaś zmysłowość. Sugestywne szepty. Gitarka też samplowana, a z nią obecna dzikość... totalnie niespodziewane i może dlatego tak oddziałowuje. O ile pierwsza część płyty wyraźnie skręca w stronę elektro, tak druga to romans z synthpopem. Tytułowy finisz za sprawą efektów wydaje się najbardziej... cybernetyczny? Im bardziej się wsłuchać, tym lepiej wychwycić to, z jak oszczędnej palety dźwięków korzystają na całej płycie, a jednocześnie jak bardzo różnorodny materiał proponują. Synth idący pod wokalami nadaje ostrzejszego charakteru. Ładne zamaszyste dźwięki syntezatorowe na koniec.

Szkoda się rozwodzić, żeby już do reszty nie znudzić czytelników. Od lat najprzyjemniej wracam do tych mniej docenianych przez krytykanctwo płyt. Chyba i teraz prędzej kupiłbym Electric Cafe niż Autobahn, TEE czy Computer World.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 19 sty 2023 08:11

To jeszcze tu by wypadało żeby wuja z mentosem się nie brali wzajemnie na przetrzymanie tylko sprawnie zamknęli kolejkę :)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 19 sty 2023 08:17

Recenzja Wuja "no sympatyczna płyta, no ale nie jest to Depesz Mołd"

Recenzja Mentosa "ogólnie fajne, chociaż *3/4 tekstu o czymś innym*"

lecimy dalej
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 19 sty 2023 08:19

Poprawiłem
Hien pisze:
19 sty 2023 08:17
Recenzja Mentosa "ogólnie fajne, chociaż *3/4 tekstu o czymś innym*
więc w sumie to NIE WIEM"
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 19 sty 2023 09:10

Panowie na spokojnie. Po dwóch dniach chcielibyście mieć załatwioną kolejkę. Znaliście ten album doskonale od lat, a ja ani trochę.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 19 sty 2023 09:29

Na pewno już ze 3 razy go przesłuchałeś jak Cię znam więc mi tu oczu nie mydl, normalnie wirus musiałowy Cię dopadł :P
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup