Best of Forum (Edycja albumowa)
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Jasna duupa
Miałeś chłopie trzy tygodnie na słuchanie tego na dobrą sprawę, masakra xd
Miałeś chłopie trzy tygodnie na słuchanie tego na dobrą sprawę, masakra xd
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Massacra to dopiero będzie. Trza też chłopa zrozumieć. Mam córkę studentkę, to wiem, ile po nocach kuje.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No właśnie nie trza, bo omawialiśmy jego album prawie 2 tygodnie, a Kraftwerk znał na pamięć, miał w siusiak czasu, a sesja tego uniwersytetu 3 wieku dopiero startuje. Zachciało się staremu pierdowi studiów.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Czyli jednak brak chęci?
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Raczej brak wyobraźni i jakichkolwiek umiejętności planowania sobie czasu na więcej niż godzinę do przodu.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Seba siedzi u starych, obiad mu robią, wodę noszą, a i tak nie ma kiedy pisać o Jarrze. Mnie to już tbh nie zależy, możemy lecieć z Massacre, bo mi recenzja stygnie xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Jean-Michel Jarre - Metamorphoses
Przede wszystkim, zanim zacznę właściwy opis albumu, chciałbym "uchylic copkę", jak to mawia nasz drugi The Great Pretender, co to ewidentnie zajadł się u starych na śmierć, wobec historii Hiena na temat tego, jak tę płytę w ogóle poznał. Naprawdę, chciałbym mieć tego typu wspomnienia xD Moi rodzice, choć - powiedzmy - sroce spod ogona nie wypadli, jeśli o muzykę chodzi, nigdy nie byli aż tak zajarani czymkolwiek, żeby pokątnie kupować płyty, a co dopiero kasety (choć w 2000 roku już mieliśmy auto z odtwarzaczem CD). Oboje mają wdrukowaną w głowy protestancką etykę pracy i zarządzania pieniądzem (nie wiem, skąd im się to wzięło), zgodnie z którą wydawanie kasy na płyty choćby ulubionych wykonawców jest niekoniecznie istotnym zbytkiem, kiedy można tę samą płytę po prostu spiracić. I robili to, poprzez znajomych, zaskakująco często xD Oczywiście sam za dzieciaka jeździłem co roku w Tatry poszusować na nartach, no i zawsze czegoś tam się słuchało w podróży. Tzn. rodzice słuchali swoich rzeczy, a ja swoich, najpierw z walkmana, potem z discmana, na końcu z Zena. Rodzice potrzebowali do podróży muzyki radio-friendly, więc jeśli już coś sobie kupowali, to były składanki Radia Zet (kłania się Erika), które po pewnym czasie sam znałem już niemal na pamięć (siłą rzeczy). Największe i najsilniejsze wspomnienia z muzyką w górach to mam najpierw z Remixes 81-04, które sprezentowałem sam sobie na święta 2004, a potem z Power, Corruption and Lies New Order, słuchanym rok później xD Jarre by mi się bardzo przydał w tamtym czasie, zresztą, zaraz, czy tak nie było? Otóż trochę było, gdyż Jarre też się gdzieś tam jakoś przebijał. Głównie dzięki wrzutom z MTV Classic, głównie jednej, ale o tej już wiecie, bo była w poprzedniej bestce utworowej. Po drodze był koncert w Stoczni Gdańskiej, był winyl Oxygene, były chińskie koncerty sprezentowane mi przez eks-admina tego forum, no i w końcu (czy nawet przed chińskimi koncertami, a raczej na pewno) był BearShare, z którego chciałem zaciągnąć najbardziej znane Jarre'a(u) numery. I tak sobie zasysałem, kawałek po kawałku, to to, to tamto, i zmontowałem takie własne best of. W tym best of znajdowało się między innymi C'est la vie xD I wówczas, a był to jakiś listopad 2005, niespecjalnie mnie ten numer porwał. Raz, że byłem into ejtisy, i to takie hardkorowe wtedy (podobną fascynację zaliczyłem dopiero 13 lat później), a to brzmiało trochę jak "eskowa" rąbanka, od której chciałem za wszelką cenę i dość desperacko uciekać, a dwa, że to brzmiało mi bardzo tandetnie jak na Jarre'a. Wówczas się odbiłem. Kiedy mi "trochę" przeszło? Jak jakieś 2 lata później usłyszałem Teo and Tea na... Esce. Mój dresowaty ziomek bardzo się jarał tym numerem (podejrzewam, że wtedy pierwszy raz usłyszał, kim w ogóle Jarre był), zresztą, numer mocno latał po tanich stacjach radiowych i nagle znali go wszyscy. Ciekawe, że wtedy mocno to hejtowałem - jak i sam kawałek przy okazji - wyrzucając wręcz Mistrzowi, że się skomercjalizował do reszty, sprzedał za te trzydzieści srebrników i serwuje wszystkim pop-papkę pozbawioną polotu. Paradoksalnie, gdy mi się zaczęło trochę zmieniać ze 2-3 lata później, postanowiłem dać szansę "trupowi w szafie", a więc czemuś, co dziś określiłbym jako pomost pomiędzy jego twórczością "starą" a tą "najnowszą". I zassałem Metamorphoses (oprócz tego Oxygene 7-13 przy okazji). I dopiero wtedy byłem w stanie przejść przez ten album z otwartą głową, że tak to ujmę. A i tak nie poświęciłem mu za dużo uwagi (musiałem sobie zresztą srogo przypominać okoliczności, gdyż, choć miałem już wtedy Last.fm, to używałem go mocno od wielkiego dzwona, sam nie wiem nawet dlaczego lol), albo raczej nie tyle, na ile zasłużył. Jaki wniosek z tego dla mnie? Do pewnej muzyki trzeba dojrzeć, tak, jak i Hien dojrzewał do właściwego odbioru tego albumu z szansą na jego odpowiednie docenienie. No to i na mnie czas przyszedł.
Bo album ten jest, co tu dużo mówić, genialny. Jednocześnie muszę podkreślić - albowiem uciec się od tego nie da, i tak by wyszło - że ja nigdy wielkim znawcą Jarre'a nie byłem (podobnie, jak imć Wuja). Oczywiście, znam klasyki, znam kilka pierwszych płyt, znam ze 3 późniejsze, znam jedną bestkę no i jestem zakochany w chińskich koncertach. Natomiast w opór doceniam wkład tego człowieka w muzykę elektroniczną, jej rozwój i popularyzację, jego łeb pełen - zdawać by się mogło - pomysłów, które nigdy się nie kończą. Nawet, jeśli na jakimś etapie zaczął trochę pożerać własny ogon, to można mieć to gdzieś, no bo to TEN Jean-Michel. Nadmienię przy okazji, że póki co streak albumowy kolejka ma fenomenalny. Począwszy nawet od mojego Toby'ego Marksa, poprzez klasyczne już Kraftwerk, wprost w to cudo. Pokuszę się o stwierdzenie, że Metamorphoses brzmi trochę jak połączenie albumów Maya i Electric Cafe xD W sensie, gdyby ktoś chciał zrobić Banco de Gaię na modłę Huttera i Schneidera, zachowując co najlepsze z obydwu, to wyszłoby mu właśnie to, co zaserwował Jarre. Ja tu wpadam - jak zawsze niemal - spóźniony, ale musiałem wsiąknąć w ten album srogo i na pełnej. Kiedy już mi się to udało, ten zafundował mi tripa lepszego niż po dobrym kwasie. Oczywiście, nie sposób nie uprawiać tutaj pewnego historyzmu, on był rewolucyjny na swoje czasy i wtedy już musiał - i przecież tak było - robić wrażenie na krytykach (co odbiło się jak najbardziej na recenzjach), ale tak samo myślę, że broni się dziś. Może parę rzeczy trochę trąci myszką, MOŻE coś tam brzmi nieco za bardzo na przełom lat 90. i 00., MOŻE gdzieś tam momentami przywodzić na myśl Roberta Milesa wręcz, no ale co z tego? To produkt swojej epoki, i to jest w nim najlepsze. Bo on I TAK jest niesamowicie świeży, i mając tę perspektywę w głowie można się nim całkowicie bezceremonialnie rozkoszować. Począwszy od openera z Laurie-fucking-Anderson na mówionym wokalu (a Laurie Anderson jest genialna, kto nie zna Homeland niech szczeznie <huehuehue>), który to opener ma lekki vibe utworu stworzonego w Magix Music Maker, ale wciąż potrafi wywalić z kapci wprost na podłogę. W tym miejscu nawet takie zabiegi, jak te lekko plastikowe haty są czymś, co nie przeszkadza, a równie lekko plastikowe w brzmieniu pianino tylko dodaje uroku całości. Nadchodzi tak odrzucone przeze mnie prawie 18 lat temu C'est la vie i znów - zaskoczenie pewne, albowiem wkręca mi się w łeb niczym wiertło diamentowe. O ile też nie jestem wielkim fanem motywów bliskowschodnich w muzyce (głównie dlatego, że większość artystów, która je eksploatuje nie potrafi się dobrze za to zabrać; trzeba mieć polot, dlatego np. Mafich Arabi z omawianego tu wcześniej krążka mnie kupiło z miejsca), to tutaj NAGLE się to wszystko ładnie składa, wokal Natachy Atlas nie męczy mimo tych - momentami aż nazbyt przesadzonych - zaśpiewów, utwór NAGLE przestał mi się dłużyć, no po prostu kurde, jest dobrze, jedziemy dalej. Nadchodzi Rendez-vous a Paris, numer, który kiedyś, dawno temu strasznie zhejtowałem, i teraz zupełnie nie wiem, dlaczego xD przecież tutaj jest wszystko w opór dobre. Powolny, lekko pulsujący bit, pady w tle świetnie podkreślające pozostałe instrumentarium, zvocoderowany wokal i elektro-harfa wchodzące jedno po drugim już wtedy mogły wzbudzać lekki uśmiech politowania jako rozwiązanie cokolwiek tandetne, a tutaj tak... nie jest xD Jednak najlepsze ma dopiero przyjść, w postaci numeru Hey Gagarin, do którego (obok jeszcze jednego, ale o tym za chwilę) wracałem najczęściej. Początek jest wręcz orkiestrowy, smyki z ginącymi w tle uderzeniami cyfrowej brass section, nagle wchodzi bit, który zapowiada najznamienitszej jakości techno, numer się fantastycznie wprost rozkręca. I znowu, wokal z vocodera, który fantastycznie pasuje do całości nawet, jeśli nie daje nam zapomnieć, że to rok 2000 and it shows. A już ten "skaczący" klawisz w "refrenie" dopełnia obrazu portretu historycznego tamtego czasu. Zaraz wyjdę przed blok i zacznę szukać Nexii od Daewoo, gdzie z kaseciaka będzie leciał właśnie ten krążek. Millions of Stars odrobinę wybija mnie z rytmu, ale to głównie ze względu na swoją nieco przesadzoną melancholię. Z tym utworem docierałem się najdłużej, a i tak mam wrażenie, że mogę "lepiej" i "bardziej", tylko musi na to przyjść właściwy moment. No i zaraz potem dostaję obietnicę czegoś fantastycznego w postaci Tout est bleu, które jest dla mnie chyba najbardziej późno-najntisowym numerem na płycie. Robotyczny wstęp, chóralne zaśpiewy w kluczu tak przewidywalnym, że aż skręca (ale nie mówię, że to źle!), odpowiednio szybkie tempo, zamykam oczy i premierem dalej jest Jerzy Buzek. To jest jeden z moich płytowych highlightów. Potem znów mam lekki moment spadku z Love Love Love, które zdaje się być trochę takim fillerem, a trochę znów muszę się chyba jeszcze bardziej z tym numerem osłuchać. No i zamknięcie mojej Wielkiej Trójcy tutaj - Bells, które znowu przenosi mnie gdzieś ze 25 lat wstecz. Cyfrowe dzwony i bit skrojony typowo pod europopowo-house'ową potańcówkę, niby prosta jak świński ogon sekwencja nut, a brzmi to tak obrzydliwie świeżo, że trudno w to uwierzyć. Odpalając ten kawałek mam wrażenie, że mógłby go równie dobrze nagrać Gigi D'agostino, i pewnie byłby to hicior jak diabli, no ale zrobił to Jarre i można się dalej srogo jarać te 23 lata w przód. Miss Moon to dla mnie coś, co mogłoby być b-sidem C'est la vie (niestety nie było), wracamy nieco do klimatów mocno orientalnych, ale w bardziej eksperymentalnej muzycznie odsłonie. To jest chyba najbliższe temu, co zaserwowałem na początku kolejki od Banco de Gai zrobionego przez JMJ. Potem wpada Give Me a Sign, które z powodzeniem mogłoby singlować (sprawdziłem, nie singlowało ;_;). Utwór wpisujący się mocno w klimaty pop-elektroniki przełomu wieków, z lekko przetworzonym damskim wokalem i swoim mocno upbeat charakterem przypomina mi z jednej strony Believe Cher, z drugiej Ray of Light Madonny, tylko wykręcił to Jarre. Gloria, Lonely Boy znów nas wrzuca do orkiestrowych rozwiązań, znów robi się mocno filmowo i klimatycznie, tak w sam raz na zakończenie. Do tego wisienka na torcie w postaci Silhouette, które lepiej całości podsumować nie mogło, stanowiąc niemal skoncentrowany z niej wyciąg. Płyta się kończy po niecałych 60 minutach, a ja nie mam dosyć, chętnie puściłbym ją ponownie, no i robię to. I znowu, i znowu.
Co tu dużo mówić, takim jednym-dwoma słowami podsumowania. Nie będę pieprzył truizmów o geniuszu Jarre'a, bo nawet ci, którzy niespecjalnie za nim przepadają nie mogą mu odmówić wkładu w europejską scenę muzyczną (trochę jak ja mam z, nie wiem, Robertem Plantem, chociaż za taką muzyką, jaką serwuje, sam nigdy nie przepadałem). Są oczywiście hardkorowcy, którzy uważają (a poznałem kiedyś przynajmniej jedną taką osobę), że JMJ to się generalnie skończył Zoolooku albo Rendez-vous, a potem serwował już tylko radio-friendly byle co (to jest jeden z bardziej absurdalnych zarzutów, jakie słyszałem), albo że właśnie po latach 90. nie nagrał już nic interesującego (dammit, sam byłem bliski wpadnięcia w tę pułapkę), ale kurde, to jest srogi bullshit. Owszem, może wtedy mój gówniarski i prostolinijny gust odbił się od tego dzieła, ale nie znaczy to, że nie może siąść po latach, no i siadło, i to jak. Metamorphoses to jest jedna z najlepszych rzeczy, jakie słyszałem dzięki tej bestce, będę do niej wracał mocno, będę się jarał, może nawet puszczę sobie w aucie, może jadąc na południe i będę sobie wkręcał, że jadę w góry, choć stać mnie na podróż najdalej do Grójca, względnie Rawy Mazowieckiej. Cudowna uczta dla uszu, naprawdę trochę żałuję, że swego czasu nikt mi takiej muzyki nie sprzedawał, sam musiałem ją "kupować" i jeszcze nie zawsze robiłem to skutecznie. No, ale przyszedł czas, i z tego jestem najbardziej zadowolony. Tout est bleu proszę państwa, Tout est bleu.
Przede wszystkim, zanim zacznę właściwy opis albumu, chciałbym "uchylic copkę", jak to mawia nasz drugi The Great Pretender, co to ewidentnie zajadł się u starych na śmierć, wobec historii Hiena na temat tego, jak tę płytę w ogóle poznał. Naprawdę, chciałbym mieć tego typu wspomnienia xD Moi rodzice, choć - powiedzmy - sroce spod ogona nie wypadli, jeśli o muzykę chodzi, nigdy nie byli aż tak zajarani czymkolwiek, żeby pokątnie kupować płyty, a co dopiero kasety (choć w 2000 roku już mieliśmy auto z odtwarzaczem CD). Oboje mają wdrukowaną w głowy protestancką etykę pracy i zarządzania pieniądzem (nie wiem, skąd im się to wzięło), zgodnie z którą wydawanie kasy na płyty choćby ulubionych wykonawców jest niekoniecznie istotnym zbytkiem, kiedy można tę samą płytę po prostu spiracić. I robili to, poprzez znajomych, zaskakująco często xD Oczywiście sam za dzieciaka jeździłem co roku w Tatry poszusować na nartach, no i zawsze czegoś tam się słuchało w podróży. Tzn. rodzice słuchali swoich rzeczy, a ja swoich, najpierw z walkmana, potem z discmana, na końcu z Zena. Rodzice potrzebowali do podróży muzyki radio-friendly, więc jeśli już coś sobie kupowali, to były składanki Radia Zet (kłania się Erika), które po pewnym czasie sam znałem już niemal na pamięć (siłą rzeczy). Największe i najsilniejsze wspomnienia z muzyką w górach to mam najpierw z Remixes 81-04, które sprezentowałem sam sobie na święta 2004, a potem z Power, Corruption and Lies New Order, słuchanym rok później xD Jarre by mi się bardzo przydał w tamtym czasie, zresztą, zaraz, czy tak nie było? Otóż trochę było, gdyż Jarre też się gdzieś tam jakoś przebijał. Głównie dzięki wrzutom z MTV Classic, głównie jednej, ale o tej już wiecie, bo była w poprzedniej bestce utworowej. Po drodze był koncert w Stoczni Gdańskiej, był winyl Oxygene, były chińskie koncerty sprezentowane mi przez eks-admina tego forum, no i w końcu (czy nawet przed chińskimi koncertami, a raczej na pewno) był BearShare, z którego chciałem zaciągnąć najbardziej znane Jarre'a(u) numery. I tak sobie zasysałem, kawałek po kawałku, to to, to tamto, i zmontowałem takie własne best of. W tym best of znajdowało się między innymi C'est la vie xD I wówczas, a był to jakiś listopad 2005, niespecjalnie mnie ten numer porwał. Raz, że byłem into ejtisy, i to takie hardkorowe wtedy (podobną fascynację zaliczyłem dopiero 13 lat później), a to brzmiało trochę jak "eskowa" rąbanka, od której chciałem za wszelką cenę i dość desperacko uciekać, a dwa, że to brzmiało mi bardzo tandetnie jak na Jarre'a. Wówczas się odbiłem. Kiedy mi "trochę" przeszło? Jak jakieś 2 lata później usłyszałem Teo and Tea na... Esce. Mój dresowaty ziomek bardzo się jarał tym numerem (podejrzewam, że wtedy pierwszy raz usłyszał, kim w ogóle Jarre był), zresztą, numer mocno latał po tanich stacjach radiowych i nagle znali go wszyscy. Ciekawe, że wtedy mocno to hejtowałem - jak i sam kawałek przy okazji - wyrzucając wręcz Mistrzowi, że się skomercjalizował do reszty, sprzedał za te trzydzieści srebrników i serwuje wszystkim pop-papkę pozbawioną polotu. Paradoksalnie, gdy mi się zaczęło trochę zmieniać ze 2-3 lata później, postanowiłem dać szansę "trupowi w szafie", a więc czemuś, co dziś określiłbym jako pomost pomiędzy jego twórczością "starą" a tą "najnowszą". I zassałem Metamorphoses (oprócz tego Oxygene 7-13 przy okazji). I dopiero wtedy byłem w stanie przejść przez ten album z otwartą głową, że tak to ujmę. A i tak nie poświęciłem mu za dużo uwagi (musiałem sobie zresztą srogo przypominać okoliczności, gdyż, choć miałem już wtedy Last.fm, to używałem go mocno od wielkiego dzwona, sam nie wiem nawet dlaczego lol), albo raczej nie tyle, na ile zasłużył. Jaki wniosek z tego dla mnie? Do pewnej muzyki trzeba dojrzeć, tak, jak i Hien dojrzewał do właściwego odbioru tego albumu z szansą na jego odpowiednie docenienie. No to i na mnie czas przyszedł.
Bo album ten jest, co tu dużo mówić, genialny. Jednocześnie muszę podkreślić - albowiem uciec się od tego nie da, i tak by wyszło - że ja nigdy wielkim znawcą Jarre'a nie byłem (podobnie, jak imć Wuja). Oczywiście, znam klasyki, znam kilka pierwszych płyt, znam ze 3 późniejsze, znam jedną bestkę no i jestem zakochany w chińskich koncertach. Natomiast w opór doceniam wkład tego człowieka w muzykę elektroniczną, jej rozwój i popularyzację, jego łeb pełen - zdawać by się mogło - pomysłów, które nigdy się nie kończą. Nawet, jeśli na jakimś etapie zaczął trochę pożerać własny ogon, to można mieć to gdzieś, no bo to TEN Jean-Michel. Nadmienię przy okazji, że póki co streak albumowy kolejka ma fenomenalny. Począwszy nawet od mojego Toby'ego Marksa, poprzez klasyczne już Kraftwerk, wprost w to cudo. Pokuszę się o stwierdzenie, że Metamorphoses brzmi trochę jak połączenie albumów Maya i Electric Cafe xD W sensie, gdyby ktoś chciał zrobić Banco de Gaię na modłę Huttera i Schneidera, zachowując co najlepsze z obydwu, to wyszłoby mu właśnie to, co zaserwował Jarre. Ja tu wpadam - jak zawsze niemal - spóźniony, ale musiałem wsiąknąć w ten album srogo i na pełnej. Kiedy już mi się to udało, ten zafundował mi tripa lepszego niż po dobrym kwasie. Oczywiście, nie sposób nie uprawiać tutaj pewnego historyzmu, on był rewolucyjny na swoje czasy i wtedy już musiał - i przecież tak było - robić wrażenie na krytykach (co odbiło się jak najbardziej na recenzjach), ale tak samo myślę, że broni się dziś. Może parę rzeczy trochę trąci myszką, MOŻE coś tam brzmi nieco za bardzo na przełom lat 90. i 00., MOŻE gdzieś tam momentami przywodzić na myśl Roberta Milesa wręcz, no ale co z tego? To produkt swojej epoki, i to jest w nim najlepsze. Bo on I TAK jest niesamowicie świeży, i mając tę perspektywę w głowie można się nim całkowicie bezceremonialnie rozkoszować. Począwszy od openera z Laurie-fucking-Anderson na mówionym wokalu (a Laurie Anderson jest genialna, kto nie zna Homeland niech szczeznie <huehuehue>), który to opener ma lekki vibe utworu stworzonego w Magix Music Maker, ale wciąż potrafi wywalić z kapci wprost na podłogę. W tym miejscu nawet takie zabiegi, jak te lekko plastikowe haty są czymś, co nie przeszkadza, a równie lekko plastikowe w brzmieniu pianino tylko dodaje uroku całości. Nadchodzi tak odrzucone przeze mnie prawie 18 lat temu C'est la vie i znów - zaskoczenie pewne, albowiem wkręca mi się w łeb niczym wiertło diamentowe. O ile też nie jestem wielkim fanem motywów bliskowschodnich w muzyce (głównie dlatego, że większość artystów, która je eksploatuje nie potrafi się dobrze za to zabrać; trzeba mieć polot, dlatego np. Mafich Arabi z omawianego tu wcześniej krążka mnie kupiło z miejsca), to tutaj NAGLE się to wszystko ładnie składa, wokal Natachy Atlas nie męczy mimo tych - momentami aż nazbyt przesadzonych - zaśpiewów, utwór NAGLE przestał mi się dłużyć, no po prostu kurde, jest dobrze, jedziemy dalej. Nadchodzi Rendez-vous a Paris, numer, który kiedyś, dawno temu strasznie zhejtowałem, i teraz zupełnie nie wiem, dlaczego xD przecież tutaj jest wszystko w opór dobre. Powolny, lekko pulsujący bit, pady w tle świetnie podkreślające pozostałe instrumentarium, zvocoderowany wokal i elektro-harfa wchodzące jedno po drugim już wtedy mogły wzbudzać lekki uśmiech politowania jako rozwiązanie cokolwiek tandetne, a tutaj tak... nie jest xD Jednak najlepsze ma dopiero przyjść, w postaci numeru Hey Gagarin, do którego (obok jeszcze jednego, ale o tym za chwilę) wracałem najczęściej. Początek jest wręcz orkiestrowy, smyki z ginącymi w tle uderzeniami cyfrowej brass section, nagle wchodzi bit, który zapowiada najznamienitszej jakości techno, numer się fantastycznie wprost rozkręca. I znowu, wokal z vocodera, który fantastycznie pasuje do całości nawet, jeśli nie daje nam zapomnieć, że to rok 2000 and it shows. A już ten "skaczący" klawisz w "refrenie" dopełnia obrazu portretu historycznego tamtego czasu. Zaraz wyjdę przed blok i zacznę szukać Nexii od Daewoo, gdzie z kaseciaka będzie leciał właśnie ten krążek. Millions of Stars odrobinę wybija mnie z rytmu, ale to głównie ze względu na swoją nieco przesadzoną melancholię. Z tym utworem docierałem się najdłużej, a i tak mam wrażenie, że mogę "lepiej" i "bardziej", tylko musi na to przyjść właściwy moment. No i zaraz potem dostaję obietnicę czegoś fantastycznego w postaci Tout est bleu, które jest dla mnie chyba najbardziej późno-najntisowym numerem na płycie. Robotyczny wstęp, chóralne zaśpiewy w kluczu tak przewidywalnym, że aż skręca (ale nie mówię, że to źle!), odpowiednio szybkie tempo, zamykam oczy i premierem dalej jest Jerzy Buzek. To jest jeden z moich płytowych highlightów. Potem znów mam lekki moment spadku z Love Love Love, które zdaje się być trochę takim fillerem, a trochę znów muszę się chyba jeszcze bardziej z tym numerem osłuchać. No i zamknięcie mojej Wielkiej Trójcy tutaj - Bells, które znowu przenosi mnie gdzieś ze 25 lat wstecz. Cyfrowe dzwony i bit skrojony typowo pod europopowo-house'ową potańcówkę, niby prosta jak świński ogon sekwencja nut, a brzmi to tak obrzydliwie świeżo, że trudno w to uwierzyć. Odpalając ten kawałek mam wrażenie, że mógłby go równie dobrze nagrać Gigi D'agostino, i pewnie byłby to hicior jak diabli, no ale zrobił to Jarre i można się dalej srogo jarać te 23 lata w przód. Miss Moon to dla mnie coś, co mogłoby być b-sidem C'est la vie (niestety nie było), wracamy nieco do klimatów mocno orientalnych, ale w bardziej eksperymentalnej muzycznie odsłonie. To jest chyba najbliższe temu, co zaserwowałem na początku kolejki od Banco de Gai zrobionego przez JMJ. Potem wpada Give Me a Sign, które z powodzeniem mogłoby singlować (sprawdziłem, nie singlowało ;_;). Utwór wpisujący się mocno w klimaty pop-elektroniki przełomu wieków, z lekko przetworzonym damskim wokalem i swoim mocno upbeat charakterem przypomina mi z jednej strony Believe Cher, z drugiej Ray of Light Madonny, tylko wykręcił to Jarre. Gloria, Lonely Boy znów nas wrzuca do orkiestrowych rozwiązań, znów robi się mocno filmowo i klimatycznie, tak w sam raz na zakończenie. Do tego wisienka na torcie w postaci Silhouette, które lepiej całości podsumować nie mogło, stanowiąc niemal skoncentrowany z niej wyciąg. Płyta się kończy po niecałych 60 minutach, a ja nie mam dosyć, chętnie puściłbym ją ponownie, no i robię to. I znowu, i znowu.
Co tu dużo mówić, takim jednym-dwoma słowami podsumowania. Nie będę pieprzył truizmów o geniuszu Jarre'a, bo nawet ci, którzy niespecjalnie za nim przepadają nie mogą mu odmówić wkładu w europejską scenę muzyczną (trochę jak ja mam z, nie wiem, Robertem Plantem, chociaż za taką muzyką, jaką serwuje, sam nigdy nie przepadałem). Są oczywiście hardkorowcy, którzy uważają (a poznałem kiedyś przynajmniej jedną taką osobę), że JMJ to się generalnie skończył Zoolooku albo Rendez-vous, a potem serwował już tylko radio-friendly byle co (to jest jeden z bardziej absurdalnych zarzutów, jakie słyszałem), albo że właśnie po latach 90. nie nagrał już nic interesującego (dammit, sam byłem bliski wpadnięcia w tę pułapkę), ale kurde, to jest srogi bullshit. Owszem, może wtedy mój gówniarski i prostolinijny gust odbił się od tego dzieła, ale nie znaczy to, że nie może siąść po latach, no i siadło, i to jak. Metamorphoses to jest jedna z najlepszych rzeczy, jakie słyszałem dzięki tej bestce, będę do niej wracał mocno, będę się jarał, może nawet puszczę sobie w aucie, może jadąc na południe i będę sobie wkręcał, że jadę w góry, choć stać mnie na podróż najdalej do Grójca, względnie Rawy Mazowieckiej. Cudowna uczta dla uszu, naprawdę trochę żałuję, że swego czasu nikt mi takiej muzyki nie sprzedawał, sam musiałem ją "kupować" i jeszcze nie zawsze robiłem to skutecznie. No, ale przyszedł czas, i z tego jestem najbardziej zadowolony. Tout est bleu proszę państwa, Tout est bleu.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Jean-Michel Jarre - Metamorphoses
W sumie to jest w tym coś całkiem przewrotnie zabawnego, że zawsze najbardziej się ociągam z recenzjami płyt, bo zawsze się okazuje, że z jakichś przyczyn ciężej mi się zebrać do wypierdzenia paru zdań na temat czegoś, co kojarzę niż rzeczy totalnie mi obcych. Być może to kwestia tego, że inaczej jest podchodzić do materiału świeżego, nowego, a inaczej słuchać czegoś, co człowiek słyszał, zna, kojarzy, bo zawsze z tyłu głowy porównuje sobie to ze swoimi poprzednimi odsłuchami, swoim dawnym podejściem do muzyki i cholera wie czym. Płytę o której tu mowa znam relatywnie słabo i krótko - nie będzie tu historii odkrywania jej powoli po latach wraz ze starym, bo poznałem ją po prostu jakiś rok temu z hakiem, gdy akurat kończył się mój słodki czas beztroski - byczyłem się za podatników pieniądze na długim L4 i odkrywałem jakieś cuda różnorakie. Szczerze mówiąc od tego okresu wydarzyło się tyle, że ja już mam wrażenie, że to epoka równie odległa co nwm czasy studenciakowania, które tutaj często wspominam z rozrzewnieniem i nawet nie jestem pewien w stu procentach czy poznałem ją przez to forum, czy po prostu tak se o. Obstawiam chyba scenariusz związany z tym miejscem, bo na bank to było po moim "wielkim" powrocie. xD
Anyway, bardzo szanuję ten album i nie dziwi mnie to, że podrzucił go właśnie kolega JAKUB. Jarre jeszcze przed pierwszym moim odsłuchem tej płyty kojarzył mi się z klasycznym, progresywnym toteż konserwatnym (to bardzo logiczne) twórcą elektroniki, która w sumie jest spoko, ale jednak no... brzmi dość podobnie. Pewnie nie byłem w takim samym szoku co ojciec wspomnianego kolegi, gdy pierwszy raz odpalał tę kasetę w styczniu 2000, ale przyznam szczerze - móżna przez chwilę mieć zgrzyt mając świadomość, że to album tego samego kolesia, który parę lat później występował z Wałęsą w Stoczni Gdańśkiej.
Zaczyna się już z grubej rury (wszak wszyscy wiemy, że bez niej nie ma dnia) - nie powinno być dla was zaskoczeniem, że ten kawałek z Laurie Anderson pokochałem na dzień dobry i pamiętam, że go katowałem intensywnie po pierwszym odsłuchu tej płyty. Ja to generalnie swego czasu nawet ceniłem Big Science no i wychodzę z założenia że ten patent polegający na deklamowaniu randomowych słów i fraz pod melodyjkę rodem z wiadomości jest czymś, co na papierze brzmi jak beka ze sztuki awangardowej, a w praktyce mnie strasznie miecie, gniecie i po prostu bierze. No, prawda jest taka, że jakby zabrał się za to ktoś inny to prawdopodobnie wyszłoby z tego byle co, ale tutaj jest takie mua i elegancko. Bardzo fajna rzecz, bardzo sobie cenię, gdyby to trafiło do bestki utworowej to bym Kubę ozłocił, ale ale ale...
No są tu inne rzeczy. Od razu powiem, że nie chce na nie psioczyć ani kręcić nosem, bo naprawdę te kilka odsłuchów tej płytki było przyjemne, ale też nie zostałem przez nic wyrwany z kapci. C'est la vie trochę za bardzo kojarzy mi się z Bianco di Gają deva, może przez te orientalne motywy i może to nie jest rzecz aż tak dobra jak otwieracz, ale kurczę... to jest po prostu FAJNE, nawet jak chciałem trochę popsioczyć, to nagle w głowie zaczęło mi lecieć AAAA CELAWI CELAWI i nie mogłem tego z siebie wyrzucić, więc niechaj i to świadczy o tym, że to fajna rzecz. Randez-vous w Kaliszu zaś ląduje na wrzutę "kurwiłam się i co" tzn. "no jak się słucha całości to nie przeszkadza", po prostu filler i na nic więcej się nie zdobędę. xD
Na Hej Gagarin Jarre poszedł mocno w trance'owy klimat z efektem, który momentami wywołuje u mnie uśmiech, ale któremu nie odmówię uroku. Bardzo słyszalna i wyraźna jest ta fascynacja vocodorem, paradoksalnie to, że ten kawałek brzmi trochę tak jakby ktoś z innej już epoki chciał być na czasie sprawia, że tak go odbieram? Ten typ kiczu, który odbieram z rozczuleniem i z pewną dozą sympatii. Miliard w rozumie ee tj. Milion of Stars brzmi faktycznie tak, jakby w tym konkrentym momencie JMJ uznał, że siusiak w dupe nowemu i lecimy ze starym - brzmi mocno jak kolejna część Oxygene i coś z jego płyty z lat 80 i tylko przez chwilę słyszymy vocoder i jakieś dziwne wokalizy, by nie było wątpliwości, że to jakiś nietknięty outtake z jakiejś starej płyty.
Przy tout est blue i tych dźwiękach na początku mam potężne flashbacki z czasów, gdy dało się dowiedzieć, że ktoś do Ciebie dzwoni zanim to de facto nastąpi poprzez to charakterystyczne charczenie głośników. Tak jak o całej płycie można napisać, że w ciul słychać, że powstała w 2000 roku, tak ten kawałek to chyba najbardziej jaskrawy na to przykład - już nawet pal sześć te wszystkie modemy i w ogóle, ale to brzmi tak, jakby ktoś włożył do gara z bigosem kilka losowych piosenek z tamtych czasów, trochę jakiegoś trance'u i najebał orientalizmów (przyprawa KAMIS z promocji) i wyszło takie... no nie wiadomo co, ale w sumie nawet znośne.
Tak wam wyznam w sekrecie, że trochę teraz żałuję rozkładania tej płyty na tzw. czynniki pierwsze - to już nie chodzi o to, czy daje radę bardziej jako całość czy coś, ani o to, że jestem leniwy, ale o te obie rzeczy które tu wymieniłem. Ani to nie są rzeczy jakieś chujowe, ani tym bardziej wybitne, ani takie, do których chciałoby mi się szczególnie wracać, ani takie, które skipuje podczas odsłuchu całości - no i wiecie no. xD Miss Moon strasznie mi się kojarzy z jakimś soundtrackiem do gierki TPP z etapem na pustyni, a to skojarzenie jest tak intensywne, że wręcz mam coś pokroju dysonansu poznawczego, bo wydaje mi się, że na bank to w jakiejś gierce już słyszałem. Zresztą ja też nie jestem jakimś szczególnym fanem OSTu z gierek, to brzmi właśnie zbyt ilustracyjnie, niebezpiecznie blisko jest tu muzaku, ale jednak ten kawałek się summa summarum broni. Nieco mniej przychylny będę dla Give Me a Sign, bo ten kawałek mnie cholernie męczy, brzmi jak jakaś strasznie nachalna próba stworzenia radiowego singla, ale ktoś tu nawalił hooków, momentów i TEGO CHOLERNEGO VOCODERA i w tym barszczu nie tylko jest za dużo grzybów, ale jeszcze ktoś dowalił cukier trzcinowy zamiast soli.
Reasumując te wypierdy - no ogólnie jestem na tak. Jest moment genialny, są momenty niezłe i generalnie fajnie, że Jarre w tym 2000 roku dokonał paru METAMORFOZ, wyszedł poza swoją banieczkę i nagrał całkiem odważny album. Nie wszystko tu zagrało, trochę za bardzo zafascynował się vocoderem, niektóre rzeczy się zestarzały, niektóre mu nie wyszły, ale tego dobrego jest jednak ciut więcej, aczkolwiek im dalej w las, tym bardziej odczuwałem znużenie i zmęczenie. Przyjemna płytka i daję okejkę, znaku jakości niestety nie będzie, ale wieszania psów toże. Ot, dobra płyta i już nie mogę się doczekać, aż za miesiąc znowu was zablokuję z kolejną recenzją;ppp
W sumie to jest w tym coś całkiem przewrotnie zabawnego, że zawsze najbardziej się ociągam z recenzjami płyt, bo zawsze się okazuje, że z jakichś przyczyn ciężej mi się zebrać do wypierdzenia paru zdań na temat czegoś, co kojarzę niż rzeczy totalnie mi obcych. Być może to kwestia tego, że inaczej jest podchodzić do materiału świeżego, nowego, a inaczej słuchać czegoś, co człowiek słyszał, zna, kojarzy, bo zawsze z tyłu głowy porównuje sobie to ze swoimi poprzednimi odsłuchami, swoim dawnym podejściem do muzyki i cholera wie czym. Płytę o której tu mowa znam relatywnie słabo i krótko - nie będzie tu historii odkrywania jej powoli po latach wraz ze starym, bo poznałem ją po prostu jakiś rok temu z hakiem, gdy akurat kończył się mój słodki czas beztroski - byczyłem się za podatników pieniądze na długim L4 i odkrywałem jakieś cuda różnorakie. Szczerze mówiąc od tego okresu wydarzyło się tyle, że ja już mam wrażenie, że to epoka równie odległa co nwm czasy studenciakowania, które tutaj często wspominam z rozrzewnieniem i nawet nie jestem pewien w stu procentach czy poznałem ją przez to forum, czy po prostu tak se o. Obstawiam chyba scenariusz związany z tym miejscem, bo na bank to było po moim "wielkim" powrocie. xD
Anyway, bardzo szanuję ten album i nie dziwi mnie to, że podrzucił go właśnie kolega JAKUB. Jarre jeszcze przed pierwszym moim odsłuchem tej płyty kojarzył mi się z klasycznym, progresywnym toteż konserwatnym (to bardzo logiczne) twórcą elektroniki, która w sumie jest spoko, ale jednak no... brzmi dość podobnie. Pewnie nie byłem w takim samym szoku co ojciec wspomnianego kolegi, gdy pierwszy raz odpalał tę kasetę w styczniu 2000, ale przyznam szczerze - móżna przez chwilę mieć zgrzyt mając świadomość, że to album tego samego kolesia, który parę lat później występował z Wałęsą w Stoczni Gdańśkiej.
Zaczyna się już z grubej rury (wszak wszyscy wiemy, że bez niej nie ma dnia) - nie powinno być dla was zaskoczeniem, że ten kawałek z Laurie Anderson pokochałem na dzień dobry i pamiętam, że go katowałem intensywnie po pierwszym odsłuchu tej płyty. Ja to generalnie swego czasu nawet ceniłem Big Science no i wychodzę z założenia że ten patent polegający na deklamowaniu randomowych słów i fraz pod melodyjkę rodem z wiadomości jest czymś, co na papierze brzmi jak beka ze sztuki awangardowej, a w praktyce mnie strasznie miecie, gniecie i po prostu bierze. No, prawda jest taka, że jakby zabrał się za to ktoś inny to prawdopodobnie wyszłoby z tego byle co, ale tutaj jest takie mua i elegancko. Bardzo fajna rzecz, bardzo sobie cenię, gdyby to trafiło do bestki utworowej to bym Kubę ozłocił, ale ale ale...
No są tu inne rzeczy. Od razu powiem, że nie chce na nie psioczyć ani kręcić nosem, bo naprawdę te kilka odsłuchów tej płytki było przyjemne, ale też nie zostałem przez nic wyrwany z kapci. C'est la vie trochę za bardzo kojarzy mi się z Bianco di Gają deva, może przez te orientalne motywy i może to nie jest rzecz aż tak dobra jak otwieracz, ale kurczę... to jest po prostu FAJNE, nawet jak chciałem trochę popsioczyć, to nagle w głowie zaczęło mi lecieć AAAA CELAWI CELAWI i nie mogłem tego z siebie wyrzucić, więc niechaj i to świadczy o tym, że to fajna rzecz. Randez-vous w Kaliszu zaś ląduje na wrzutę "kurwiłam się i co" tzn. "no jak się słucha całości to nie przeszkadza", po prostu filler i na nic więcej się nie zdobędę. xD
Na Hej Gagarin Jarre poszedł mocno w trance'owy klimat z efektem, który momentami wywołuje u mnie uśmiech, ale któremu nie odmówię uroku. Bardzo słyszalna i wyraźna jest ta fascynacja vocodorem, paradoksalnie to, że ten kawałek brzmi trochę tak jakby ktoś z innej już epoki chciał być na czasie sprawia, że tak go odbieram? Ten typ kiczu, który odbieram z rozczuleniem i z pewną dozą sympatii. Miliard w rozumie ee tj. Milion of Stars brzmi faktycznie tak, jakby w tym konkrentym momencie JMJ uznał, że siusiak w dupe nowemu i lecimy ze starym - brzmi mocno jak kolejna część Oxygene i coś z jego płyty z lat 80 i tylko przez chwilę słyszymy vocoder i jakieś dziwne wokalizy, by nie było wątpliwości, że to jakiś nietknięty outtake z jakiejś starej płyty.
Przy tout est blue i tych dźwiękach na początku mam potężne flashbacki z czasów, gdy dało się dowiedzieć, że ktoś do Ciebie dzwoni zanim to de facto nastąpi poprzez to charakterystyczne charczenie głośników. Tak jak o całej płycie można napisać, że w ciul słychać, że powstała w 2000 roku, tak ten kawałek to chyba najbardziej jaskrawy na to przykład - już nawet pal sześć te wszystkie modemy i w ogóle, ale to brzmi tak, jakby ktoś włożył do gara z bigosem kilka losowych piosenek z tamtych czasów, trochę jakiegoś trance'u i najebał orientalizmów (przyprawa KAMIS z promocji) i wyszło takie... no nie wiadomo co, ale w sumie nawet znośne.
Tak wam wyznam w sekrecie, że trochę teraz żałuję rozkładania tej płyty na tzw. czynniki pierwsze - to już nie chodzi o to, czy daje radę bardziej jako całość czy coś, ani o to, że jestem leniwy, ale o te obie rzeczy które tu wymieniłem. Ani to nie są rzeczy jakieś chujowe, ani tym bardziej wybitne, ani takie, do których chciałoby mi się szczególnie wracać, ani takie, które skipuje podczas odsłuchu całości - no i wiecie no. xD Miss Moon strasznie mi się kojarzy z jakimś soundtrackiem do gierki TPP z etapem na pustyni, a to skojarzenie jest tak intensywne, że wręcz mam coś pokroju dysonansu poznawczego, bo wydaje mi się, że na bank to w jakiejś gierce już słyszałem. Zresztą ja też nie jestem jakimś szczególnym fanem OSTu z gierek, to brzmi właśnie zbyt ilustracyjnie, niebezpiecznie blisko jest tu muzaku, ale jednak ten kawałek się summa summarum broni. Nieco mniej przychylny będę dla Give Me a Sign, bo ten kawałek mnie cholernie męczy, brzmi jak jakaś strasznie nachalna próba stworzenia radiowego singla, ale ktoś tu nawalił hooków, momentów i TEGO CHOLERNEGO VOCODERA i w tym barszczu nie tylko jest za dużo grzybów, ale jeszcze ktoś dowalił cukier trzcinowy zamiast soli.
Reasumując te wypierdy - no ogólnie jestem na tak. Jest moment genialny, są momenty niezłe i generalnie fajnie, że Jarre w tym 2000 roku dokonał paru METAMORFOZ, wyszedł poza swoją banieczkę i nagrał całkiem odważny album. Nie wszystko tu zagrało, trochę za bardzo zafascynował się vocoderem, niektóre rzeczy się zestarzały, niektóre mu nie wyszły, ale tego dobrego jest jednak ciut więcej, aczkolwiek im dalej w las, tym bardziej odczuwałem znużenie i zmęczenie. Przyjemna płytka i daję okejkę, znaku jakości niestety nie będzie, ale wieszania psów toże. Ot, dobra płyta i już nie mogę się doczekać, aż za miesiąc znowu was zablokuję z kolejną recenzją;ppp
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Hehehe, pięknie dziękujemy Panie Sebo, w sumie najbardziej zaskoczyłeś swą recenzją gdyż mam poczucie jakbyś przepisał ją ode mnie tylko delikatnie pozmieniał
ale remiksować recenzje i nadawać im swoje piętno trzeba umieć i Pan to potrafi
A tera bedzie normalnie masakra jakaś znaczy się jadymy z albumem Killing Time grupy Massacre
A tera bedzie normalnie masakra jakaś znaczy się jadymy z albumem Killing Time grupy Massacre
Dragon pisze:03 sty 2023 11:52Ale strzały mierzycie, Panowie, TYMCZASEM
Massacre - Killing Time (1981)
Widzę, że kolejka na razie przebiega prawidłowo i ludzie wrzucają przyjemne rzeczy, dlatego czas zagrać uno reverse card. Tylko pozornie, oczywiście. Na koniec pierwszej dziesiątki pierwszy powód, dla którego zacząłem doceniać rzeczy brudne. Celowo zniekształcone. Sprawiające dyskomfort? Chyba tylko za pierwszym razem. Życie nie kończy się przecież na elektronice, a i ambient potrafi straszyć, ale tym razem nie o nim chcę pogadać. Czas na no way... wave. To już na pewno był okres poprawy stosunków ze światem zewnętrznym. Coś mi świta, że to było niedługo po krótkiej fazie na Joy Division. Razem z niewielką, lecz sympatyczną grupką znajomych słuchaliśmy depresyjnych punków, Control w Kinie Apollo w Wałbrzychu, pewnie z autopsji możecie znać tę opowieść trochę inaczej. Lekkie odejście stylistyczne wydaje się naturalne, ale nie umiem sobie przypomnieć pierwszego kontaktu. Albo dobra rekomendacja wśród lepiej poznanych ziomków z Me(ga)loman(ów) albo zainteresowanie pod wpływem tej cudownej okładki? Nie mam pewności. Wiem na pewno, że zażarło praktycznie od razu. Początkowo ta surowość, agresja, a jednocześnie techniczna sprawność mnie przytłoczyły. Nie byłem przygotowany. Z drugiej strony sam wcześniej unikałem mocniejszych, bardziej hałaśliwych rzeczy. Na własne życzenie zgotowałem sobie skok na głęboką wodę, ale po czasie nauczyłem się w niej pływać. Może to zasługa Discipline Crimsonów? Pod koniec płyty brzmieniowo osiągają podobne rzeczy, ale poza tym ślady się gwałtownie urywają.
Ponad czterdzieści minut intensywnego instrumentalnego łojenia. Wbrew pozorom wszystko stoi na niesamowitym basie i organicznym bębnieniu. Na początku doskonale uporządkowane i zaprogramowane miniaturki. Na wysokości As Is robi się bardziej klimatycznie. Jest trochę więcej atmosfery, materiał sprawia wrażenie rozimprowizowanego. Jedna po drugiej smaczna partia basowa. Ciekawe zniekształcone zagrywki gitarowe, które potrafią wzbudzić dreszcz. Jest nawet wokalnie, ale tylko krótką chwilę, więc dla każdego coś miłego. Przez lata Killing Time przyniosło mi mnóstwo radochy. Czuć, że ekipa przyszła do studia dobrze wiedząc, co ma do zrobienia. Dołożyli do tego mnóstwo serducha. Lubię wracać do całości, ale nie ukrywam, że jakieś dziesiątki razy wracałem do pierwszej części. Szczególnie od tytułowego do Not The Person We Knew. Często samo Legs wystarczy, żebym następne 20-30 minut musiał spędzić z nimi. Przy oszczędnym instrumentarium panowie wytwarzają naprawdę wiele różnych klimatów. Przede wszystkim mają bardzo dobre pomysły. Nie zajeżdżają wybranych patentów, ciągle mieszają. Złoto, jeden z bezwzględnych pewniaków w moim składzie najlepszych płyt.
Rock 'n' roll, karwasz twarz!
Na Jutube jest trochę inna okładka, odrobinkę gorsza. Koniecznie sprawdźcie tę właściwą z białym tłem.
https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... -wWMJRRIkc
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Massacre – Killing Time
Kiedy pierwszy raz przesłuchałem ten album, to doszedłem do dwóch wniosków. Pierwszego na razie nie zdradzę, żeby pewnych rzeczy, pewnym osobom nie sugerować, natomiast drugim była zaduma, ile razy będę musiał przesłuchać tę płytę, żeby móc napisać cokolwiek sensownego o tej muzyce. Bo po tym pierwszym razie, wiedziałem tylko tyle, że mi się to podoba, ale nie potrafiłem niczego ciekawego o tym powiedzieć. Tego samego wieczora, wróciłem do „Killing Time” i z jakiegoś powodu, nagle zacząłem to wszystko łapać. Nagle zacząłem rozróżniać kawałki, zacząłem wsiąkać w ten vibe, po prostu wszystko nabrało sensu i już wiedziałem, że będę to potrafił oddać słowami. Mało tego, zacząłem się mocno interesować. Przeczytałem wszystko o zespole i o płycie, ściągnąłem kilka wersji albumu (zaczynałem zresztą od jakiejś wydłużonej, wyrzuciłem wtedy bonusy z końca, ale okazało się, że początek też jest inny lol), zacząłem ściągać bootlegi Massacre z tego okresu, bo oni na każdym koncercie grali te numery inaczej i w ogóle, grali pełno materiału, który nie znalazł się na „Killing Time”. Krótko mówiąc, Massacre wjechało na pełnej, a ja lubię takie momenty. Co się na to złożyło? Trzy czynniki – muzyka sama w sobie, otoczka oraz moja własna wyobraźnia.
Kiedy przerabialiśmy poprzednią 25tkę, miałem nadzieję, że kiedyś, w jakiś sposób będziemy albumowo zgłębiać rejony, które w utworach nadgryźli Murzyn i Mentos (czyli post punk i experimental rock), no i Dragon dostarcza taki materiał. Wprawdzie to nie jest post-punk, ale na pewno ma z nim wiele wspólnych mianowników.
Po kilkunastu odsłuchach tej płyty, mogę powiedzieć jedno – ci goście wiedzieli co robią, chociaż pierwsze wrażenie może być zupełnie inne i wrócę do tej kwestii. Słuchając „Killing Time” nasuwa mi się myśl, że to co zaprezentowano na tym albumie to jest po prostu geniusz. Inaczej nie potrafię tego określić. Granie jednocześnie na maksa niechlujnie, z olbrzymim, niczym niewymuszonym luzem, ale też z chirurgiczną precyzją, wyczuciem w wyborze brzmień i ich umiejscowieniu, żelazną sekcją rytmiczną, itd. Są takie momenty na tej płycie, że otwierałem oczy szeroko ze zdumienia i rozdziawiałem się jak jakiś, nie wiem, mintaj. Niby są tu naleciałości math rocka, ale z olbrzymią dozą czystej energii i emocji. Nie będę rozpisywał się nad poszczególnymi utworami, bo to nie ma sensu, mogę jedynie wyróżnić „Lost Causes” (mój ulubiony na płycie), „Legs”, „Gate”, „Surfing”, „Tourism”, „After” i „As Is”. Jako, że słucham też reedycji z dodatkowymi utworami (której to słuchałem jako pierwszej, wyszło przypadkiem), wyróżniam też „Know” oraz „You Said”, które generalnie wydaje mi się być lepszym openerem niż „Legs”. Różne wpływy wypływają (lol) w tej muzyce, nie będę próbował rozkładać tego na czynniki pierwsze, ale jest tego sporo – rock, (post)punk, blues, funk, nawet jazz oraz, jak się domyślam, czynniki niemuzyczne. Wokaliza pojawia się chyba tylko w „Aging with Dignity”, ale pasuje perfekcyjnie (co ciekawe, live tego nie robili). Poraża mnie jak bardzo ta muzyka się nie zestarzała, mimo że to wyszło w 1981 r. (w tym samym roku co „Speak & Spell”) i, co ciekawe, już wtedy recenzje zebrali Massacre bardzo pozytywne.
Przychylam się do skojarzeń Dragona z King Crimson, zwłaszcza to słychać w „Aging with Dignity”, „Subway Heart”, „Bones”, a przede wszystkim w „Surfing” gdzie można ulec wrażeniu, że to Fripp na feacie. Jest taki official bootleg KC pt. „Nashiville Rehearsals”, który, jak sama nazwa wskazuje, zawiera nagranie z próby, jaką zrobił sobie zespół przed trasą pod koniec lat 90-tych i ew. z nadzieją nagrania dem na nowy album. Tutaj chyba najbardziej światy Massacre i King Crimson się przecinają, bo KC jest tutaj w tym rehearsalowym, niechlujnym wydaniu, a nie bardziej wypolerowanym, jak np. na „Discipline”. Tyle tylko, że u KC jest więcej klawiszy (lub Frippa podłączonego pod syntezator, nie wiem). Różnica w sumie jest taka, że KC nie potrafią improwizować (jak na zespół, który się tym tam szczyci). Przesłuchałem swego czasu całe godziny ProjeKctów, „Thkrakattack” i botlegów, które nawet fani mają w dupie i większość z tego była raczej słabawa. Nie potrafię się w te improwizacje zaangażować tak, jak w Massacre, chociaż akurat na „Nashvill Rehearsals” jest kilka naprawdę niezłych rzeczy (np. „Sad Woman Jam”). No, ale już starczy o Fappie. Mam też skojarzenia z Cheer-Accident z wczesnych płyt jak „Babies Shouldn’t Smoke”, czy „Dumb Ask”, ale dosyć porównań, wracam do Massacre.
Sam zespół z początku zagadka. Pojawił się, wydał album, zagrał trasę w 1981 r. i rozpłynął się na dwie dekady. Słuchając pobieżnie „Killing Time”, można uznać, że to jakaś grupa nieumiałków, którzy bawili się w granie w garażu, wydali to i ślepym fartem komuś się to spodobało. Tyle, że to nie jest prawda. Lider – Fred Frith – był już wtedy bardzo szanowanym muzykiem z godnym pozazdroszczenia dorobkiem. Przecież ten gość był w Henry Cow! Jakby to było za mało, współpracował też z Brianem Eno, Robertem Wyattem i The Residents. Massacre to był po prostu przystanek w jego karierze i to dosyć niewielki, dopóki po 20 latach się nie zeszli. Perkusista Fred Maher był w Skritti Polliti i koncertował z Lou Reedem, a basista Bill Laswell ma tak bogatą listę kolaboracji, że aż mi się nie chciało do końca czytać xD
Summa summarum (jakby powiedział Mentos), to nie jest banda randomów, którzy założyli ten zespół dla zgrywy. Tzn podejrzewam, że założyli go dla zgrywy xD ale muzyka jest jaka jest, bo takie było założenie. To nagrywali doświadczeni i sprawni technicznie muzycy i wbrew pozorom, to naprawdę słychać. Zebrali się 4fun. Jeden rok ostrej aktywności i koniec, tak było do 98 roku. Podejrzewam, że ci którzy doświadczyli Massacre live w 1980/81, mogli się długo uważać za wybranych, zresztą nadal mogą. Zassałem sobie kilkanaście bootlegów z tego okresu, każdy jest inny, każdy w dużej mierze improwizowany, przeplatany fragmentami „Killing Time”, można z tego poskładać przynajmniej dwie kolejne płyty.
Napisałem o dwóch elementach, pozostał trzeci. Moja wyobraźnia. A ta szaleje dosyć mocno w trakcie odsłuchu płyty. Kiedy jakaś muzyka wywołuje u mnie bardzo wyraźne i klimatyczne daydreamy, to już trafia u mnie na wysoką półkę. Bogactwo brzmień na tej płycie i pozorny brak formy kompozycji, daje olbrzymie pole do popisu dla głowy. Jednocześnie, jest to muzyka, która nie angażuje stricte emocjonalnie, tzn. chodzi mi o to, że to nie jest muzyka, która wywołuje smutek, czy radość, itd., to jest coś bardzo neutralnego, co bardzo mi odpowiada, bo lubię posłuchać sobie muzyki, która nie narzuca sobą takich nastrojów. To nie znaczy, że nie ma tu w ogóle emocji, ale upatruję ich raczej w energii jaka z tego grania płynie oraz tych obrazach, które tworzy mi w głowie.
Dobra, jak ja to mam podsumować? Kiedy zobaczyłem, że Dragon wrzuca gitarowy album między albumy elektroniczne, pomyślałem że bez sensu mąci i to nie będzie tego warte, bo znając go, to jest jakiś grunge, prog, czy coś. No i niespodzianka, bo nie tylko wrzucił album kolejki, ale absolutny top albumów całej tej zabawy. „Killing Time” balansuje na granicy absolutnego geniuszu i szaleństwa co, jak wiemy z historii, doskonale idzie ze sobą w parze. Jednocześnie, obawiam się, że to muzyka z cyklu „kochasz albo nienawidzisz” i w naszym gronie może tylko Mentos jeszcze ją doceni. Z mojej perspektywy, poszło łatwo. Nie było żadnego zgrzytu, od pierwszego odsłuchu podchodziłem do tej muzyki z zaciekawieniem, a po drugim poszło lawinowo, bo się po prostu niesamowicie zajarałem, poczułem klimat, złapałem bakcyla, itd. Nie wiem czy to jest muzyka, która powinna na dzień dobry sprawiać taką przyjemność, ale nie będę się przecież awanturował o to xD Siedzę teraz przy porannej kawie, kończę to pisać, a w z głowy nie może mi wyjść fragment „Subway Heart”. Tak więc, gdybym nosił copki, co był chylił, a tak to się mogę po prostu skłonić w pas niczym Przemysław Babiarz i z uznaniem pokiwać głową. Więcej takich rzeczy poproszę!
Kiedy pierwszy raz przesłuchałem ten album, to doszedłem do dwóch wniosków. Pierwszego na razie nie zdradzę, żeby pewnych rzeczy, pewnym osobom nie sugerować, natomiast drugim była zaduma, ile razy będę musiał przesłuchać tę płytę, żeby móc napisać cokolwiek sensownego o tej muzyce. Bo po tym pierwszym razie, wiedziałem tylko tyle, że mi się to podoba, ale nie potrafiłem niczego ciekawego o tym powiedzieć. Tego samego wieczora, wróciłem do „Killing Time” i z jakiegoś powodu, nagle zacząłem to wszystko łapać. Nagle zacząłem rozróżniać kawałki, zacząłem wsiąkać w ten vibe, po prostu wszystko nabrało sensu i już wiedziałem, że będę to potrafił oddać słowami. Mało tego, zacząłem się mocno interesować. Przeczytałem wszystko o zespole i o płycie, ściągnąłem kilka wersji albumu (zaczynałem zresztą od jakiejś wydłużonej, wyrzuciłem wtedy bonusy z końca, ale okazało się, że początek też jest inny lol), zacząłem ściągać bootlegi Massacre z tego okresu, bo oni na każdym koncercie grali te numery inaczej i w ogóle, grali pełno materiału, który nie znalazł się na „Killing Time”. Krótko mówiąc, Massacre wjechało na pełnej, a ja lubię takie momenty. Co się na to złożyło? Trzy czynniki – muzyka sama w sobie, otoczka oraz moja własna wyobraźnia.
Kiedy przerabialiśmy poprzednią 25tkę, miałem nadzieję, że kiedyś, w jakiś sposób będziemy albumowo zgłębiać rejony, które w utworach nadgryźli Murzyn i Mentos (czyli post punk i experimental rock), no i Dragon dostarcza taki materiał. Wprawdzie to nie jest post-punk, ale na pewno ma z nim wiele wspólnych mianowników.
Po kilkunastu odsłuchach tej płyty, mogę powiedzieć jedno – ci goście wiedzieli co robią, chociaż pierwsze wrażenie może być zupełnie inne i wrócę do tej kwestii. Słuchając „Killing Time” nasuwa mi się myśl, że to co zaprezentowano na tym albumie to jest po prostu geniusz. Inaczej nie potrafię tego określić. Granie jednocześnie na maksa niechlujnie, z olbrzymim, niczym niewymuszonym luzem, ale też z chirurgiczną precyzją, wyczuciem w wyborze brzmień i ich umiejscowieniu, żelazną sekcją rytmiczną, itd. Są takie momenty na tej płycie, że otwierałem oczy szeroko ze zdumienia i rozdziawiałem się jak jakiś, nie wiem, mintaj. Niby są tu naleciałości math rocka, ale z olbrzymią dozą czystej energii i emocji. Nie będę rozpisywał się nad poszczególnymi utworami, bo to nie ma sensu, mogę jedynie wyróżnić „Lost Causes” (mój ulubiony na płycie), „Legs”, „Gate”, „Surfing”, „Tourism”, „After” i „As Is”. Jako, że słucham też reedycji z dodatkowymi utworami (której to słuchałem jako pierwszej, wyszło przypadkiem), wyróżniam też „Know” oraz „You Said”, które generalnie wydaje mi się być lepszym openerem niż „Legs”. Różne wpływy wypływają (lol) w tej muzyce, nie będę próbował rozkładać tego na czynniki pierwsze, ale jest tego sporo – rock, (post)punk, blues, funk, nawet jazz oraz, jak się domyślam, czynniki niemuzyczne. Wokaliza pojawia się chyba tylko w „Aging with Dignity”, ale pasuje perfekcyjnie (co ciekawe, live tego nie robili). Poraża mnie jak bardzo ta muzyka się nie zestarzała, mimo że to wyszło w 1981 r. (w tym samym roku co „Speak & Spell”) i, co ciekawe, już wtedy recenzje zebrali Massacre bardzo pozytywne.
Przychylam się do skojarzeń Dragona z King Crimson, zwłaszcza to słychać w „Aging with Dignity”, „Subway Heart”, „Bones”, a przede wszystkim w „Surfing” gdzie można ulec wrażeniu, że to Fripp na feacie. Jest taki official bootleg KC pt. „Nashiville Rehearsals”, który, jak sama nazwa wskazuje, zawiera nagranie z próby, jaką zrobił sobie zespół przed trasą pod koniec lat 90-tych i ew. z nadzieją nagrania dem na nowy album. Tutaj chyba najbardziej światy Massacre i King Crimson się przecinają, bo KC jest tutaj w tym rehearsalowym, niechlujnym wydaniu, a nie bardziej wypolerowanym, jak np. na „Discipline”. Tyle tylko, że u KC jest więcej klawiszy (lub Frippa podłączonego pod syntezator, nie wiem). Różnica w sumie jest taka, że KC nie potrafią improwizować (jak na zespół, który się tym tam szczyci). Przesłuchałem swego czasu całe godziny ProjeKctów, „Thkrakattack” i botlegów, które nawet fani mają w dupie i większość z tego była raczej słabawa. Nie potrafię się w te improwizacje zaangażować tak, jak w Massacre, chociaż akurat na „Nashvill Rehearsals” jest kilka naprawdę niezłych rzeczy (np. „Sad Woman Jam”). No, ale już starczy o Fappie. Mam też skojarzenia z Cheer-Accident z wczesnych płyt jak „Babies Shouldn’t Smoke”, czy „Dumb Ask”, ale dosyć porównań, wracam do Massacre.
Sam zespół z początku zagadka. Pojawił się, wydał album, zagrał trasę w 1981 r. i rozpłynął się na dwie dekady. Słuchając pobieżnie „Killing Time”, można uznać, że to jakaś grupa nieumiałków, którzy bawili się w granie w garażu, wydali to i ślepym fartem komuś się to spodobało. Tyle, że to nie jest prawda. Lider – Fred Frith – był już wtedy bardzo szanowanym muzykiem z godnym pozazdroszczenia dorobkiem. Przecież ten gość był w Henry Cow! Jakby to było za mało, współpracował też z Brianem Eno, Robertem Wyattem i The Residents. Massacre to był po prostu przystanek w jego karierze i to dosyć niewielki, dopóki po 20 latach się nie zeszli. Perkusista Fred Maher był w Skritti Polliti i koncertował z Lou Reedem, a basista Bill Laswell ma tak bogatą listę kolaboracji, że aż mi się nie chciało do końca czytać xD
Summa summarum (jakby powiedział Mentos), to nie jest banda randomów, którzy założyli ten zespół dla zgrywy. Tzn podejrzewam, że założyli go dla zgrywy xD ale muzyka jest jaka jest, bo takie było założenie. To nagrywali doświadczeni i sprawni technicznie muzycy i wbrew pozorom, to naprawdę słychać. Zebrali się 4fun. Jeden rok ostrej aktywności i koniec, tak było do 98 roku. Podejrzewam, że ci którzy doświadczyli Massacre live w 1980/81, mogli się długo uważać za wybranych, zresztą nadal mogą. Zassałem sobie kilkanaście bootlegów z tego okresu, każdy jest inny, każdy w dużej mierze improwizowany, przeplatany fragmentami „Killing Time”, można z tego poskładać przynajmniej dwie kolejne płyty.
Napisałem o dwóch elementach, pozostał trzeci. Moja wyobraźnia. A ta szaleje dosyć mocno w trakcie odsłuchu płyty. Kiedy jakaś muzyka wywołuje u mnie bardzo wyraźne i klimatyczne daydreamy, to już trafia u mnie na wysoką półkę. Bogactwo brzmień na tej płycie i pozorny brak formy kompozycji, daje olbrzymie pole do popisu dla głowy. Jednocześnie, jest to muzyka, która nie angażuje stricte emocjonalnie, tzn. chodzi mi o to, że to nie jest muzyka, która wywołuje smutek, czy radość, itd., to jest coś bardzo neutralnego, co bardzo mi odpowiada, bo lubię posłuchać sobie muzyki, która nie narzuca sobą takich nastrojów. To nie znaczy, że nie ma tu w ogóle emocji, ale upatruję ich raczej w energii jaka z tego grania płynie oraz tych obrazach, które tworzy mi w głowie.
Dobra, jak ja to mam podsumować? Kiedy zobaczyłem, że Dragon wrzuca gitarowy album między albumy elektroniczne, pomyślałem że bez sensu mąci i to nie będzie tego warte, bo znając go, to jest jakiś grunge, prog, czy coś. No i niespodzianka, bo nie tylko wrzucił album kolejki, ale absolutny top albumów całej tej zabawy. „Killing Time” balansuje na granicy absolutnego geniuszu i szaleństwa co, jak wiemy z historii, doskonale idzie ze sobą w parze. Jednocześnie, obawiam się, że to muzyka z cyklu „kochasz albo nienawidzisz” i w naszym gronie może tylko Mentos jeszcze ją doceni. Z mojej perspektywy, poszło łatwo. Nie było żadnego zgrzytu, od pierwszego odsłuchu podchodziłem do tej muzyki z zaciekawieniem, a po drugim poszło lawinowo, bo się po prostu niesamowicie zajarałem, poczułem klimat, złapałem bakcyla, itd. Nie wiem czy to jest muzyka, która powinna na dzień dobry sprawiać taką przyjemność, ale nie będę się przecież awanturował o to xD Siedzę teraz przy porannej kawie, kończę to pisać, a w z głowy nie może mi wyjść fragment „Subway Heart”. Tak więc, gdybym nosił copki, co był chylił, a tak to się mogę po prostu skłonić w pas niczym Przemysław Babiarz i z uznaniem pokiwać głową. Więcej takich rzeczy poproszę!
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Massacre - Killing Time
Oh boy, ciężko będzie pisać o tej płycie coś mi się zdaje. Zacznijmy może od nawiązania do opisu Dragonowskiego, pisze chłopina że no wave, że łatwiej jak się zna Discipline od KC, a w ogóle to rock&roll karwasz twarz! No to siadam z zaciekawieniem i słucham... i się uśmiecham pod nosem, faktycznie, brzmi znajomo.
Przyznaję że wspominka o KC nie bez powodu faktycznie, ta muza z miejsca brzmi jak to co robili na Discipline, które swoją drogą lubię przecież. Ale są i dziwne zmiany tempa, ogólna hałaśliwość i różne zabiegi no wave. Z grubsza trochę ten album brzmi jak Discipline tylko w formie krotkich instrumentalnych jamów, sporo fristajlu, ale czy rock&roll? Trochę znowu - NIE WIEM - mi się wydaje że właśnie nie, bo tu dużo takiego matematycznego rockowego grania jest, to jest wszystko mocno przemyślane raczej niż zrobione na żywioł, pomimo tego że te kawałki biegną przed siebie niby na oślep to wykonanie jest takie pod linijkę jakby. Są więc te instrumentalne jamy sobie i nie ma typowych struktur, nie ma piosenek że tak powiem, jest chaos. Tak więc pomimo brzmienia będącego echem Discipline jest ono tu w inną formę ubrane, mocno nieuchwytną, ja przynajmniej mam problem z taką muzyką. Bas tańczy z perkusją dzikie tańce, gitara rzęzi i otula obydwoje, słuchacz jest świadkiem niezwykłego spektaklu trudnego do ogarnięcia umysłem. Utwory nie zapadają nijak w pamięć, zatem to chyba bardziej płyta z rzędu tych co to słuchać i doceniać je w całości jedynie, tyle że... ja nie jestem pewien czy mam ochotę jej słuchać. Czuję się tak jakby z kilku smacznych składników ekscentryczny kucharz przyrządził niesmaczne danie, lub przynajmniej moje pospolite kubki smakowe nie bardzo radziły sobie z tym co czują.
Dziwna, specyficzna to płyta. Ogólnie mocno utrzymana w brzmieniu epoki, początek lat 80. i chyba najlepszy czas całego ruchu no wave. Z jednej strony sporo tu matematycznego grania w stylu ówczesnego King Crimson a z drugiej do tego trochę ten cały hałas i nieład no wave jak z mojej wrzuty ESG. Jednakże nie ma tu zbytnio "piosenek" do których chciałbym czy mógł wracać, jakbym miał na siłę coś wskazać to jednak jedynym miłym akcentem było otwierające album Legs, miało jeszcze najbardziej czytelną strukturę, jakiś fajny groove, do reszty wracać nie zamierzam.
Oh boy, ciężko będzie pisać o tej płycie coś mi się zdaje. Zacznijmy może od nawiązania do opisu Dragonowskiego, pisze chłopina że no wave, że łatwiej jak się zna Discipline od KC, a w ogóle to rock&roll karwasz twarz! No to siadam z zaciekawieniem i słucham... i się uśmiecham pod nosem, faktycznie, brzmi znajomo.
Przyznaję że wspominka o KC nie bez powodu faktycznie, ta muza z miejsca brzmi jak to co robili na Discipline, które swoją drogą lubię przecież. Ale są i dziwne zmiany tempa, ogólna hałaśliwość i różne zabiegi no wave. Z grubsza trochę ten album brzmi jak Discipline tylko w formie krotkich instrumentalnych jamów, sporo fristajlu, ale czy rock&roll? Trochę znowu - NIE WIEM - mi się wydaje że właśnie nie, bo tu dużo takiego matematycznego rockowego grania jest, to jest wszystko mocno przemyślane raczej niż zrobione na żywioł, pomimo tego że te kawałki biegną przed siebie niby na oślep to wykonanie jest takie pod linijkę jakby. Są więc te instrumentalne jamy sobie i nie ma typowych struktur, nie ma piosenek że tak powiem, jest chaos. Tak więc pomimo brzmienia będącego echem Discipline jest ono tu w inną formę ubrane, mocno nieuchwytną, ja przynajmniej mam problem z taką muzyką. Bas tańczy z perkusją dzikie tańce, gitara rzęzi i otula obydwoje, słuchacz jest świadkiem niezwykłego spektaklu trudnego do ogarnięcia umysłem. Utwory nie zapadają nijak w pamięć, zatem to chyba bardziej płyta z rzędu tych co to słuchać i doceniać je w całości jedynie, tyle że... ja nie jestem pewien czy mam ochotę jej słuchać. Czuję się tak jakby z kilku smacznych składników ekscentryczny kucharz przyrządził niesmaczne danie, lub przynajmniej moje pospolite kubki smakowe nie bardzo radziły sobie z tym co czują.
Dziwna, specyficzna to płyta. Ogólnie mocno utrzymana w brzmieniu epoki, początek lat 80. i chyba najlepszy czas całego ruchu no wave. Z jednej strony sporo tu matematycznego grania w stylu ówczesnego King Crimson a z drugiej do tego trochę ten cały hałas i nieład no wave jak z mojej wrzuty ESG. Jednakże nie ma tu zbytnio "piosenek" do których chciałbym czy mógł wracać, jakbym miał na siłę coś wskazać to jednak jedynym miłym akcentem było otwierające album Legs, miało jeszcze najbardziej czytelną strukturę, jakiś fajny groove, do reszty wracać nie zamierzam.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Mudżyn lakoniczny = Mudżyn zmasakrowany
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Bardziej obojętny
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Bywa i tak
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Halo, halo, pobudka śpiochy, Masakra czeka. To nie jest długa płyta 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Wieczorem się odezwę. Nie ma już co przeciągać.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Byłem właśnie obstawiać na "Loveless 2" i mam przeczucie, że wleci trochę grosza
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Dziś wieczorem zapodam <3
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
A mentos na to:
NOCĄĄĄ WLECIIIII
NOCĄĄĄ WLECIIIII
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup