Best of Forum III

Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 27 lut 2023 14:44

Bardzo dobra recka deva, ponieważ jest fajna. Generalnie poszanowane dla wszystkich tych, którym niepozorne i gimbusiarskie BMtH zapaliło sentymentalną lampkę w głowie. Mogę czuć się dobrze z tym, że nie jestem w tym sam xD Ciekawe jaka byłaby reakcja na ich wcześniejsze rzeczy, jeszcze bardziej wleciałyby koszulki z nirvaną i pisanie sobie po zeszytach w trakcie nudnej matmy.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 27 lut 2023 14:45

Ostatnie recenzje Deva można podsumować tak: "coscośtam, ale walić to"
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 27 lut 2023 15:00

Walić to, bo wszystko super <3
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 27 lut 2023 15:41

Zapraszam do podsumowań, natomiast ja idę bandą, lecę łukiem, joł

Lantlôs - Melting Sun IV: Jade Fields (2014)

Obowiązkowa obecność Niemców zaraz po Bring Me the Horizon. Ich Melting Sun w pewnym stopniu przypomina mi tamtą muzykę. Na pewno to jedna z ostatnich, jeśli nie ostatnia płyta z troszkę ostrzejszym graniem, która wywarła na mnie większe wrażenie. Dalekie echa nastroju, który panował w 2015 roku. Tutaj też kończył się świat. Świat liceum, tamtych znajomości na wyciągnięcie ręki. Do rozpoczęcia studiów było jeszcze sporo czasu. Człowiek trochę nie wiedział, co ze sobą robić, jak spożytkować wolny czas, na czym się skupić. Lepiej pamiętam starsze dzieje. Coś się jednak przypomina. Ostatni intensywny okres znajomości z przyjaciółmi, których znam (znałem?) od podstawówki. Wtedy to było już dwanaście lat wspólnych historii, doświadczeń, przeżyć. Na początku wakacji 2019 ostatni raz zmalowaliśmy taką domówkę. Podzamcze, wałbrzyska sypialnia, dar Polski Ludowej dla rozwijającego się górniczego miasta. Miejsce bardzo istotne w moim życiu. Szkoła, romanse, pierwsze popijawy, momenty upodlenia. Miejsce akcji nieprzyjemnych historii rodzinnych, ale przynajmniej Paktofonika pozwala mi niektóre rzeczy stosownie romantyzować. Wtedy myślałem, że tych domówek potem będzie jeszcze mnóstwo. Ciekawe, czy to co wtedy powiedziałem, nie rozeszło się po ludziach i pośrednio wpłynęło na słabszy kontakt później. Myślałem, że to będzie dobra zapowiedź kolejnej ery. Okazała się zwieńczeniem i bardzo dobrze. Na początku roku rozmawiałem z jednym z nich. To było dość przygnębiające doświadczenie. Przeszłość i przytaczana przestrzeń wciągnęły ich bez reszty. Zostali tam, gdzie ja zostawiłem to miejsce i tamtego siebie podczas wakacji 2019. Jak zagubione dzieci, które nie miały szczęścia, nie wybrały najlepiej, nie mogły.

Taak... więc to było z jednej strony. Z drugiej świat teatru, burzliwych relacji romantycznych. Musiałem się wtedy znowu na kimś przejechać. Kończyliśmy przygotowania do występu pod koniec czerwca w teatrze w ramach Dni Młodego Teatru. Obiecywałem sobie dużo po kimś, a zostałem wystawiony przy pierwszej, poważniejszej okazji. Bujałem się między różnymi osobami i właśnie wtedy odkryłem Lantlos. Jade Fields też pasuje do rozmyślań o życiu, o związkach, o sobie. Dalej metalowa estetyka, ale już bardziej dojrzała, choć niepozbawiona płaczliwego pierwiastka. Pamiętam swoje zdziwienie, że zaraz będę miał do czynienia z ostrzejszym gitarowym graniem, a tu okładka bogata w róż i jego odcienie. Sama muzyka też mnie zaskoczyła, wracam tutaj raz na jakiś czas. Wprawni słuchacze pewnie nie będą aż tak zaskoczeni, ale cóż... kto czegoś nie odkrywał w przekonaniu, że to jest zupełna nowość. Lubię czasem dać sobie zwiewne wokale tego typu. Drugim ulubionym momentem jest specyficzny mostek przed głębokim finałem instrumentalnym.

Myślę sobie o tej wrzucie z boku i teraz to takie oczywiste, że taki atmosferyczny metal przypadł mi do gustu. Wtedy było zupełnie inaczej.

https://www.youtube.com/watch?v=q1rqgFmWHdo
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 27 lut 2023 16:33

Bruce Springsteen - Human Touch (1992)

No, to teraz ja wjeżdżam z "dziaderskim rockiem, który wszyscy skrycie lubią ale nikt się nie przyzna". Szef i jego muzyka to jest dla mnie materiał na srogą analizę, ale tutaj zapodam jedynie wycinek. Primo: Springsteena znałem oczywiście od zawsze, bo nawet w zamierzchłych latach 90. się o nim słyszało (tj. ja o nim słyszałem), wujek słuchał, drugi wujek słuchał, stary też coś czasem puścił (choć rodzice wielkimi fanami nie byli). No ale Boss to Boss. Ja poznałem go bliżej dzięki MTV Classic rzecz jasna, w czasach nieco późniejszych. Jakoś w 2004 roku po raz pierwszy w życiu widziałem Filadelfię, i w końcu udało mi się w głowie umieścić Streets of Philadelphia (swoją drogą, genialny utwór) w odpowiednim kontekście. Nie przełączałem, gdy fruwały po stacji inne teledyski. Ziomek z gimnazjum, który słuchał podobnej muzyki co ja w pewnym momencie zasugerował mi bliższe zainteresowanie się typem. Przypadło to na Tamtą Jesień 2005(TM), kiedy to zassałem z linka YouSendIt z forum80s.pl wideo do Human Touch właśnie. Wyjątkowo polubiłem ten kawałek, zresztą, obok Ulic Filadelfii i Dancing in the Dark uważam go za najlepszy, jaki kiedykolwiek nagrał (znajdzie się jeszcze parę piosenek, np. moje dwa ukochane z płyty Magic, a więc Radio Nowhere i Your Own Worst Enemy, ale to jest moja taka topka "starego" Springsteena). Wiem, że ten numer - jak i cała płyta o tym samym tytule zresztą - podzielił i fanów i krytyków, ale mam to gdzieś (cośtam cośtam don't care, jak to napisał Hien). Muzyka, tekst, solidny refren, bębny, gitary, ENERGIA KURDEBELE. Human Touch to świetna piosenka i nie mam dla niej jednego słowa krytyki (może poza tym, że wersja albumowa jest minimalnie za długa). No tak, ale jesień, słoneczny wrzesień, turning of the age dla mnie, gdyż właśnie zaczynałem liceum, no i porządne wynajdywanie muzyki, po cholerę wrzucać to pod koniec lutego? Powód jest stosunkowo prosty.

Znów, muszę się cofnąć o rok xD Dancing in the Dark był przez jakiś czas bodaj jedynym nie w oczywisty sposób smutnym (właściwie w ogóle nie smutnym czy choćby melancholijnym) utworem, jakiego słuchałem w tamtych potwornych czasach (które właściwie z przerwami trwają do dziś). Kojarzył mi się po pewnym czasie mocno z pewną osobą, o której może kiedyś będzie tu wrzutka. No ale to tańczenie z Courtney Cox, ale CO Z TYM KAWAŁKIEM? No kurde, kiedy wrzuciłem sobie na telefon The Essential Bruce Springsteen to w pewnym momencie zacząłem do Human Touch mocno wracać. Też dawało mi jakiś tam powiew optymizmu, jakiegoś luzu, spokoju, zresztą, identyfikowałem się trochę z przekazem lirycznym, który wciąż do mnie trafia. Springsteen wprowadził w ten sposób minimum odpoczynku w ekstremalnie zapijaczony marzec ubiegłego roku, gdzie - jak już wspomniałem w innej bestce - królowali Smith z Orzabalem. Potem odpiąłem od niego jesień (albowiem do bestki Springsteena wróciłem we wrześniu 2021, kiedy to wypadała prawie okrągła rocznica mojego odkrywania muzyki w tamtym zapomnianym zupełnie okresie) i właściwie trzyma się to do teraz. Doprowadziłem do sytuacji, w której tylko album Devils & Dust wciąż niezmiennie kojarzy mi się mocno z przynajmniej późnym latem, i w tej chwili nie byłbym w stanie go słuchać. Boss jest mocno uniwersalny muzycznie dla mnie. Jeden z tych rockowych przecież wykonawców, który - mimo pewnej otoczki ukręconej wokół niego - nie krindżuje, nie straszy, starzeje się z godnością i ciągle nagrywa fajną muzykę. To też moja uwaga dot. "dziaderstwa" na samym początku opisu to tak bardziej z przymrużeniem oka, bo i chyba na tym forum nie ma jednej osoby, która by go wprost nie znosiła (albo nie pamiętam zwyczajnie opinii dot. innej wrzutki z nim na feacie xD). Oczywiście, wśród jego najzagorzalszych fanów są ludzie, którzy uważają, że album Human Touch i współtowarzyszący mu Lucky Town nie powinny się ukazać, ale mam ich gdzieś. Zakładam słuchawki na uszy, odpalam, i jest fajnie, znów mam 16 lat. To mi wystarczy. Póki co...

https://www.youtube.com/watch?v=oKwCtulA-lc
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 27 lut 2023 17:23

Daft Punk - Something About Us (SI-FI Remix)
(2021)

Powyższą wrzutkę zawdzięczam jednemu z kanałów na YouTube napotkanych w czasach mojego intensywnego zgłębiania czeluści niszowej muzyki klubowej. Całą historię z tym związaną - jak do tego zgłębiania w ogóle doszło opowiem jeszcze przy okazji innej wrzutki kiedy indziej, dzisiaj skupię się na tym konkretnym numerze.

Something About Us to utwór pochodzący z 2001 roku z albumu Discovery, który był dla Daft Punk przełomowy w karierze i otworzył im na dobre wrota do mainstreamu - z tego albumu pochodzą m.in. single One More Time czy Harder, Better, Faster, Stronger. Utwór ten w oryginalnym wydaniu albumowym jest balladą taką w klimacie muzyki R&B trochę, to ciepły, zmysłowy pościelowy kawałek, od zawsze mój faworyt z płyty Discovery i jeden z kandydatów do mojej bestki życia od początku. Ja prezentuję Wam remiks który ukazał się równo dwa lata temu - 27 lutego 2021 roku - autorstwa niejakiego SI-FI, o którym nie wiem w sumie nic poza tym że bandcamp podaje że gość jest z Kanady. Remiks ten łączy w sobie ciepłe brzmienie klawiszy z oryginału z obskurnym house'owym bitem, acidowym synthem i różnymi wokalami z nieznanych mi źródeł - oprócz fragmentu pochodzącego z oryginału. Zapewne nie jest to jakieś best klubowych numerów jakie znam, ale jak to w przypadku tego całego lo-fi - muza ta polega na magicznych feelsach, a kto ich nie czuje ten trąba. Druga sprawa to moment ukazania się tego remiksu bo wjechał on na YouTube kilka dni po tym jak Daft Punk ogłosili zakończenie kariery, jak mniemam mógł ten remiks powstać właśnie w przypływie inspiracji autora w tamtym momencie. Połączenie tych dwóch faktów sprawiło że trafił on prosto w moje zranione serducho bo oddawał swym brzmieniem jak dla mnie taką nostalgię za czymś utraconym, za minionymi czasami, był muzycznym podkładem do chwili zadumy nad faktem że wszystkie co dobre kiedyś się kończy. Uświadomiłem sobie wówczas jak ważne były dla mnie te dwa roboty a jednocześnie od długiego czasu już miałem poczucie że nie będą w stanie i tak przebić swojego ostatniego albumu w żaden sposób.

RIP Daft Punk.

https://youtu.be/vEvJ5JTf1GI

P.S.

Remiks ten jest dostępny do pobrania za darmo pod poniższym linkiem:

https://hypeddit.com/track/tchve5
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 27 lut 2023 17:56

Mark Snow – The X-Files (P.M. Dawn Remix)

Mimo, że się na ten temat jakoś na forum nie rozpisywałem, to niektórzy mogą wiedzieć, że kocham „Z Archiwum X”. Oglądam ten serial od małego, kiedy siadaliśmy z rodzicami przed tv i chłonęliśmy każdy odcinek jak gąbki. Kupowałem też komiksy oraz, oczywiście, „Faktor X”, który żerował na popularności serialu przedrukowując jakieś fejk artykuły o kosmitach, ale to nie było ważne, czytało się to super. Pamiętam, jak kiedyś mój ojciec pożyczył z wypożyczalni kasetę z przechwyconym, prawdziwym nagraniem sekcji zwłok kosmity. Na fali „X-files” cuda się pojawiały na rynku. W Polsce zaczęli to puszczać w 1996 r., więc miałem 10 lat. Dziś sam jestem dziadkiem, więc cóż mógłbym dać moim kolegom z forum, jak nie wrzutkę original. Napisałem „oglądam”, bo nigdy kompletnie nie przestałem i wracam do pewnych odcinków regularnie, zresztą aktualnie oglądamy z dziewczyną całość od początku. Z tą wrzutką czekałem do momentu, w którym dotrzemy do sezonu 7 i odcinka „X-Cops”, jednego z moich ulubionych. I wprawdzie, kiedy pisze te słowa, to dopiero kończymy 6 sezon, to wiem, że znając naszą częstotliwość, dotrzemy do „X-Cops” w trakcie trwania kolejki. To jedna rzecz. A teraz druga.

Na Gwiazdkę 2000 r., dostałem od rodziców moją pierwszą w życiu wieżę. Wtedy to było coś, to był tak naprawdę mój pierwszy odtwarzać CD, bo niby Saturn też miał taką opcję, ale słuchanie muzyki z telewizora mono jaki miałem w pokoju, to była średnia opcja. Wieża była wypasiona, bo miała 3 sloty na cd, więc można było sobie tyle płyt zmieniać bez wyjmowania z wieży. Były też dwa sloty na kasety. W związku z tą wieżą, a nawet tamtym czasem zaraz po świętach, będzie jeszcze przynajmniej kilka wrzutek w przyszłości. Zaraz na początku stycznia 2001 r., wiedząc, że mogę już w pełni wejść w świat CD (szał), poszedłem przegrzebać w okolicznym hipermarkecie kosz z przecenionymi płytami, bo tam często można było trafić na jakieś ciekawe obskjury. No i faktycznie. Wróciłem do domu z dwiema płytami, pierwsza wydawało mi się, że nazywała się „Moose Knows” jakiegoś bandu z lat 70, ale teraz nie potrafię jej po tym tytule znaleźć nawet na discogs, więc nie wiem wtf, pamięć mnie niestety ostro zawodzi. Drugą płytą był singiel „The X-Files”, na który się rzuciłem, bo po pierwsze uwielbiam główny motyw z serialu, a po drugie miałem nadzieję, że będzie tam ten fajny techno remix, który słyszałem nieraz w radiu (i faktycznie był pod tytułem „Terrestrial Mix”). Największym odkryciem okazała się jednak trzecia pozycja na tym singlu, czyli „P.M. Dawn Remix”. Podczas przygotowywania tej wrzutki (tak jakbym miał ją zapakować i wysłać do Was pocztą) zastanawiałem się jak to określić. Czy marnować sobie Marka Snowa czymś co nie do końca brzmi jak on, czy może wrzucić to jako cover w wykonaniu P.M. Dawn, bo de facto tak to brzmi. Samych P.M. Dawn jako zespół, nadrobiłem dopiero w ostatnim tygodniu zeszłego roku xD Jest to grupa hip-hopowa, łącząca też do tego soul i rnb. Ogólnie dosyć fajne granie, bardzo optymistyczne, czego w/w remix w ogóle nie zapowiada. Może kiedyś coś od nich wrzucę, to się nie będę jakoś rozpisywał, natomiast ostatecznie uznałem, że nie będę kombinował i zaprezentuję kawałek tak, jak formalnie został zatytułowany przy wydaniu (więc Mark będzie musiał poczekać, aż zejdzie embargo na powtórki).

Nie pamiętam kiedy 7 sezon „X-files” wjechał w końcu w Polsce. W pewnym momencie prawa do puszczania tego serialu dostały inne niż TVP stacje, a samo TVP też od pewnego sezonu przestało kupować nowe i zrobił się śmietnik. Niestety w latach 90 w Polsce, tak wyglądało oglądanie długodystansowych produkcji z zagranicy, rzadko kiedy dało się nie wylecieć z torów, bo jakaś telewizja nie darowała sobie emisji, a inna zaczynała od losowego sezonu jaki akurat kupiła. Koniec końców, ja całe X-files od deski do deski, w logicznym ciągu od początku do końca, bez pomijania odcinków, itd., obejrzałem dopiero w 2015 r., szykując się na premierę revivalu. W każdym razie, jakoś na początków 00sów, obejrzałem wspomniane wcześniej „X-Cops”, bo akurat leciało losowo w tv, zresztą nadrobiłem wtedy bardzo dużo odcinków, które teraz uważam za ulubione (np. „Bad Blood”, „The Post-Modern Prometheus”, czy „Traingle”). Epizod owy jest wzorowany na amerykańskim programie „Cops”, w którym operator lata z kamerą za policjantami, itd. Świetny odcinek. Tego wieczora, będąc pod jego wpływem, usiadłem sobie w nocy w kuchni, przy lampce, i odpaliłem tego singla. Ale mi wtedy wszedł ten remix/wersja PM Dawn. Jest w niej taki fajny luźny vibe, pewnie przez ten groove, a jednocześnie sporo fajnych mrocznych zabiegów, jakaś wypadająca z rytmu elektronika, pojebane wstawki z serialu, itd. Nie wiem, minęło wiele lat, a mnie nadal na maksa kręci ta wersja main theme’u. Kompletnie nie wiem jakiej reakcji się na to spodziewać i mam to w dupie, ale musiałbym zwariować, żeby nie uwzględnić tego kawałka w swoim best of życia. O ile oryginał utworu Snowa zna prawie każdy, to wersja P.M. Dawn nadal jest raczej mega obskjurem.

https://www.youtube.com/watch?v=lMSL5TZ_ZJo
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 28 lut 2023 11:15

U2 – The Wanderer

Pamiętam, jak dziś jakim w latach szkolnych byłem wielkim fanem U2. Już nawet nie pamiętam, od czego się zaczęło, od którego albumu, od której piosenki. Ale wsiąkłem w U2 kosmicznie. Każdy uciułany grosz przeznaczałem na kompletowanie kaset z albumami U2. Pamiętam jak pewnego dnia wszedłem do sklepu muzycznego kupić ostatni brakujący mi album. Z głośników leciało I Still Haven't Found What I'm Looking For, a całą długość lady okupowało kilku starszych ode mnie gości. Jeden z nich zachwalał pod niebiosa zespół U2. Odniósł się do lecącego z głośników utworu mówiąc, że w przypadku U2 takie zajebi.ste utwory są co rusz. Reszta mu oczywiście ochoczo wtórowała. A uświadamiali w ten sposób samego sprzedawcę. Jako, że w wieku pacholęcim byłem zawsze lichego wzrostu nie byłem w stanie dopchać się przez ten gąszcz fanów U2 do lady. Ale w pewnym momencie sprzedawca jakimś cudem mnie zauważył i spytał, czego sobie życzę. Powiedziałem „U2 Boy”. I zadziałało to jak „sezamie otwórz się”. Po fanach U2 rozszedł się pomruk zdziwienia pomieszanego z nieskrywanym szacunkiem. Przywódca trzódki powiedział od razu „zróbcie przejście, on chce kupić U2!” Wszyscy od razu rozpierzchli się na boki torując mi przejście i patrząc na mnie z uznaniem. Do dziś mnie bawi jak sobie o tym przypomnę. :lol: Potraktowali mnie jak jakiegoś w dechę ziomala, jak jednego ze swoich. Gdybym chciał kupić coś innego, to pewnie nawet by nie byli na mnie łaskawi spojrzeć, a co dopiero ustępować miejsca. Taka to była historia.
Jak wyszło Achtung Baby, to już w ogóle nic innego nie słuchałem. Znałem na pamięć dokładnie każdą nutę. Parę kilometrów od naszego domu na wiosce mieszkała siostra mojej matki, do której chodziliśmy prawie co niedzielę. Chodziliśmy, bo kto by tam wtedy miał samochód. I ja od wyjścia z domu przez całą drogę odtwarzałem w myślach album Achtung Baby. Droga była na tyle długa, że spokojnie wyrabiałem się z całym albumem. Moje odtworzenie go w myślach trwało mniej więcej tyle, ile w rzeczywistości, bo jak mówiłem znałem każdą sekundę albumu. W drodze powrotnej następowała powtórka. Trwało to kilka tygodni, póki mi faza nie przeszła na rzecz czegoś innego.
Może się będziecie dziwić, że U2 miał tyle hitów, a ja wybrałem akurat tak nietypowy numer, z Johnny Cashem na wokalu w dodatku. Ale te hity i tak każdy zna na wylot, a The Wonderer od zawsze był mi bardzo bliski. Na tyle, że często chcąc posłuchać U2 zaczynam właśnie od niego. Utwór pochodzi z albumu Zooropa z 1993r. i go zamyka. Bono udziela tu tylko swojego głosu w postaci chórków na końcu utworu. Wcześniejsze chórki są podobno dziełem The Edge’a. Te chórki zresztą robią nieprawdopodobną robotę. Tworzą przy akompaniamencie gitary basowej świetny klimat rodem z Dzikiego Zachodu. Bo sam utwór jest wg mnie taki bardzo kowbojski właśnie. Pewnie dlatego w ogóle zaangażowali do tego Casha. Mnie ten klimat w niespotykany sposób urzeka od 30 lat.
Myślę, że do U2 z Bono na wokalu jeszcze będzie okazja wrócić.

https://www.youtube.com/watch?v=al9x2l12CR0
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 01 mar 2023 12:07

Pink Floyd - A Pillow of Winds

Z płytą Meddle zapoznałem się w ten sposób, że ktoś na forum Devotees [!] napisał, że depeszowy Clean jest utworem zbliżonym do floydowskiego One of These Days. Przesłuchałem, spodobało mi się, posłuchałem całej płyty. Zwykle większość odbiorców zachwyca się One of These Days i słynnymi Echami, a pozostałe kawałki na albumie traktuje z lekceważeniem. Mnie tymczasem one bardzo się spodobały od samego początku. A Pillow of Winds ma kapitalny, oniryczny klimat. Bardziej dynamiczny Fearless to kawałek jednocześnie chwytliwy, ostry, łagodny i taki, który trudno zanucić - piękny! Seamus to żart i, o ile suchar powtarzany 100 razy szybko się nudzi lub staje się memem ciągle powtarzanym, o tyle raz na jakiś czas puszczony odkrywa swój urok. San Tropez to fajny, leniwy, wakacyjny kawałek, przyjemnie się go słucha.

Po jakimś czasie (chyba z 5 latach, to musiało być koło 2016, kiedy wiele rockowych pozycji poznawałem) wróciłem do Meddle i radość ze słuchania tego krążka, który wkrótce trafił na półkę, wróciła ze zdwojoną siłą. Nuciłem sobie zwłaszcza A Pillow of Wind i Fearless (choć to trudne). Poduszka stała się wkrótce dzwonkiem wykorzystywanym przeze mnie przy pobudkach, jako łagodny rozbudzacz (a jako ten ostry występowały różne kawałki, chyba AQOT najdłużej wytrzymał w tej roli, generalnie to musi być dość mocne i dobrze, jak jest dość motoryczne). Czym mnie oczarowała ta skromna piosenka? Delikatnym brzmieniem gitary, która pojawia się zaraz po początkowym tchnieniu wiatru. Linia wokalna, trochę jakby faktycznie "zaspana" kojarzy mi się z przebudzającym się człowiekiem, jednocześnie robi to na tyle dyskretnie, że jest ledwie zauważalna. Refren w zasadzie wtapia się w całość.
Moja mama zawsze nie cierpiała Floydów, uważała ich muzykę za bardzo depresyjną (i coś w tym jest, takie Wish You Were Here pod tym względem się mocno wybija), ale ta oniryczna piosenka, lekka, miękka jak ten puch wspomniany na początku pozostała ze mną nawet po zarzuceniu z grubsza słuchania zespołu. Rytm delikatny i w zasadzie nieprzeszkadzający.
Śmieszne, ale odkąd to się stało dzwonkiem, to z roli samodzielnej piosenki do słuchania w zasadzie wypadło, po prostu nie chce mi się kolejny raz jej odtwarzać, co za dużo, to niezdrowo. Chyba, że to podśpiewuję, jedna z nielicznych takich piosenek, które podśpiewuję przy jeździe rowerem, zwykle wolę rzeczy dynamiczniejsze, ale Pillow wyjątkowo tu pasuje, jest wolna jak świat, który mija po bokach. Ale rzecz wyjątkowo piękna, jest w tym i delikatność, i siła, i pewność słyszane w głosie wokalisty (udało mi się żadnego z panów nie wymienić z nazwiska, ale nie jest to potrzebne). Jest w tym taka pochwała przyziemnych chwil, coś, od czego zespół potem odszedł, a szkoda. Jedna z najlepszych piosenek grupy i jedna z tych, do których przez lata wracałem najczęściej, nie wiem, czy jakiś inny kawałek Pink Floyd ma u mnie więcej odsłuchów.

https://www.youtube.com/watch?v=Hgx267jVma0
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 01 mar 2023 19:02

The Chameleons - Less Than Human

Chyba pójdę na rekord w kategorii najkrótsza notka w dziejach tej zabawy, bo to będzie notka, pod którą nie będzie żadnej ściany tekstu. O zespole nie będę pisać, bo wierzę w waszą umiejętność obsługi wyszukiwarek internetowych. O swoich osobistych przeżyciach czy wspomnieniach w sumie też, bo to jest jeden z tych utworów, które przewijają się dość regularnie odkąd go znam, ale jednocześnie nie mam w pamięci żadnego konkretnego wydarzenia z nim związanego - chyba najczęściej go słuchałem jakoś jesienią 2013 i miał u mnie swój renesans popularności gdzieś w 2019 - niby ostatnim normalnym roku dla wielu, ale dla mnie niesamowicie ponurym i pełnym okropieństw (2022 go jednak przebił). Nie będę pisać o swoich problemach z samooceną, które niby powinny pasować do "tła" tej wrzuty, bo nawet nie mam na to ochoty. Nie będę pisać swoich przemyśleń na temat tego jakim cudem ten kawałek, u licha, na mnie działa, skoro prostytutka powinienem mieć ciary wstydu przy tym tekście, przy tej okładce i generalnie gdyby to wykonywał ktoś inny, to bym uznał to za szczyt pretenchy. xD Ja po prostu pójdę za sugestią Murzyna z poprzedniej kolejki i wrzucę wam więcej niż (heh) dobry kawałek. Bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=R9cN3VWokuM
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 01 mar 2023 20:03

"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 02 mar 2023 14:05

Lantlôs - Melting Sun IV: Jade Fields

Zauważyłem, że ostatnio Dragon dużo rzuca słowem metal i oczywiście, różne są odmiany metalu, ale powiem szczerze, tak soft brzmienia dawno nie słyszałem w kontekście gitarowego grania. Nie wiem czy sam użyłbym słowa metal przy „Jade Fields”, co nie znaczy, że to nie jest metal, raczej to, że wychowałem się na kompletnie innym metalu. Bo w metalu, któego ja onegdaj słuchałem dużo, gitary nie były na ostatnim planie, a tu mam wrażenie, że w miksie wybija się wszystko, tylko nie te gitary. One są wręcz jakimś ambientem robiącym daleki krajobraz. Czy to już jest „metal, dla ludzi nie lubiących metalu?”. Nie wiem, czy chcę wchodzić w tę dyskusję xD
W każdym razie, podobnie jak poprzednio, tak i teraz daję raczej szybką okejkę. Ten kawałek przypomina mi trochę czasy czegoś co by w „fazach miłośnika rocka progresywnego” było chyba 3, czy 4 fazą. Taką, że człowiek już przerobił z klasyki wszystko co akurat chciał/się dało i zaczyna wsiąkać w jakieś wynalazki, które nawet nie są progresywne, ale z jakiegoś powodu dostają poklask w jakimś samotnym temacie z trzema postami na progarchives. Pamiętam, że tamta faza mocno mnie zniosła na post-rock, a ten wrzucony przez Dragona kawałek ma w sobie dużo klimatu post. Gitary bardziej przypominają mi właśnie podejście zespołów post, czyli w wuj reverbu, proste i dłuuuugo wybrzmiewające akordy, ściana dźwięku, powtarzające się motywy, itd. Ew. jest w tym coś z grania doom, ale jednocześnie cała reszta mi do tego nie pasuje, zwłaszcza te dosyć klarowne, jasne, z braku innego słowa: zwyczajne wokale. Potem robi się jakieś cięte rifowanko i tu chyba najbardziej zbliża się ten utwór do metalu w moim rozumowaniu, ale nadal bardzo w tle. No, ale nie wątpię, że jest to jakiś metal, ja się po prostu nie znam najwyraźniej. Nie da się ukryć, że jest to kawałek pod „przeżywanie”. W jakimś filmie, użyto by go pewnie w jakiejś scenie, zaraz po wydarzeniu, w którym życie głównego bohatera jakoś się zmienia, dochodzi do jakiegoś katharsis (czy ja się nie powtarzam czasami?), wychodzi on z jakiegoś mieszkania/domu/budynku na ulicę, wkłada ręce w kieszenie i idzie w lekko zwolnionym tempie z jakąś miną i ten kawałek gra w tle, a potem wchodzą napisy i wjeżdża 21 Pilots xD No, w każdym razie, jest to spoko.

Bruce Springsteen - Human Touch

Gdzieś między Musiałem fanem ejtisów, taniego techno i muzyki z Gexa, a Musiałem hipsterem, słuchającym piosenek zasłyszanych w metrze w Warszawie, jest Musiał-dziaders. To jest to alter ego Deva, do którego on rzadko i niechętnie się przyznaje, bo to jest te jego oblicze, które znalazło się w jego genach przy poczęciu, dodatkowo wyssane z mlekiem matki i wbite kolekcją płyt ojca.
Może to mechanizm obronny, ale dziadersowe zespoły, które miały tego pecha, że powstały przed latami 80-tymi, Adrian mocno hejtuje, tak wiecie, bez słuchania, z założenia. Jest kilka wyjątków jednak i jednym z tych wyjątków jest Bruce Springsteeen. Odkąd znam Deva, to wypowiada się on pozytywnie na temat Bossa. Pamiętam słuchanie „Radio Nowhere” kiedy dołączyłem do Azbestu, bo Bartini zasugerował, że „Organizacja” brzmi podobnie (a czy tak było w istocie, to już inna sprawa), pamiętam podjarę Musiała kiedy mu wcisnąłem w wymianie „Devils & Dust”, pamiętam nawet filmik ze mną w roli głównej, do którego dołożył „Dancing in the Dark”. Za każdym razem trochę nie dowierzam, że to się dzieje, ale to się dzieje i mam kolejny dowód na to, że Dev naprawdę lubi Springsteena. Ja oczywiście też lubię Springsteena, ale ja generalnie lubię amerykańską muzykę, w tym typowo amerykańską muzykę, czyli taką jaką para się Bruce S. Taką muzykę, że wsiadacie w kabriolet z otwartym dachem, wjeżdżacie na jakieś Route 66, jedziecie w palącym słońcu przez prerię i kiwacie głową do jakiegoś losowego utworu Springsteena. Nie wiem skąd u mnie fetysz na takie klimaty, nie ważne zresztą. No i „Human Touch” to jest dokładnie taki kawałek i nawet jeśli brzmi jak milion innych utworów Bossa, i nie tylko jego zresztą, to mnie się od razu robi jakoś cieplej, weselej, jakoś pozytywniej patrze w przyszłość, wsiadam w ten kabriolet i jadę autostradą donikąd, nawet jeśli tylko w mojej głowie.
To jest turbo-dziaderskie granie. Słuchanie tego od razu skazuje ludzi na wytykanie palcami, wrzucenie do lochu DADu, ostracyzm offowego środowiska. Tymczasem ja, ponownie w myślach, bo jestem w pracy, wkładam moją flanelową koszulę w czerwono-czarną kratę, wciskam się w lekko postrzępione jeansy i wzorem ostatnich wypowiedzi Musiała – mam to w dupie.

Daft Punk - Something About Us (SI-FI Remix)

Nie będę robił z siebie pozera i kłamał, że znałem dobrze Daft Punk przed 2010 rokiem. Ze słyszenia kojarzyłem Around the World i One More Time, ale nie byłem nawet świadomy kto to gra, itd. Zespołem zainteresowałem się przy okazji soundtracku do drugiego Trona, pewnie jeszcze są na forum jakieś moje posty mówiący o tym. Można powiedzieć, że od tamtego czasu odrobiłem prace domową pt. Daft Punk, ale też nigdy nie byłem jakimś wielkim fanatolem, acz jaram się bardzo wznowieniem ostatniego albumu z niewydanymi bonusami. I w ogóle trochę mnie przeraża, że „Get Lucky” ma już 10 lat. W każdym razie, ciekawy ten remiks zapodany przez Murzyna. Fajnie się tego słucha, to jest taki numer, że mógłby lecieć godzinę i nawet bym się nie zorientował, że tyle zleciało. Krótko mówiąc, bardzo klubowa muzyka. Bardzo wczesno00sowo to brzmi, a ja mam słabość do takich brzmień. I w zasadzie kurde tyle mam do napisania, podoba mi się to, fajny vibe, fajny groove, fajna atmosfera. Może i nadużywam słowa „fajne” i ktoś mierzący ludzi wzrokiem za takie niezbyt wyrafinowane powtórzenia, mógłby powiedzieć żem prostak i pierwotniak. No, ale pls, siłowanie się na wyszukane przymiotniki przy okazji tak prostego, klimatycznego i fajnego kawałka, to już przesada. Jest fajnie.

U2 – The Wanderer

„zróbcie przejście, on chce kupić U2!” ehh, żeby dziś takie rzeczy się działy. Mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach hejt na U2 jest już tak zakorzeniony, że powielają go ludzie, którzy nawet nie słyszeli U2. Myślę, że nikt, kto zadał sobie trud żeby przesłuchać przynajmniej kilka płyt U2 wydanych między 84, a 97 rokiem, nie rzucałby takich tekstów. No, siusiak z tym, taki świat. Zastanawiałem się kto pierwszy wrzuci tu U2, ja czy Wuja. Padło na Wuja, ale jednocześnie Shodan podszedł do sprawy jak prawdziwy fan, wyszukując obskjura, a nie zasłaniając się hitami, a umówmy się, U2 tych hitów ma bardzo dużo i każdy zasługuje na mniejszy lub większy prejz.
„Zooropa” to album, o którym warto powiedzieć kilka słów, bo de facto powstawał w czasie morderczej trasy znanej w popkulturze jako Zoo TV. Zespół grał koncert, leciał szybko do studia w Dublinie gdzie całą noc pracował nad płytą, potem wsiadał znowu w samolot, cały dzień spał, wieczorem grał koncert i znowu. Jak długo da się tak pociągnąć? Oczywiście nagrywanie „Zooropy” prawie ich zniszczyło, a sam proces wydawał się żmudny i bez sensu, bo czy da się nagrać dobry album w taki sposób? Da się, jak ma się dobre piosenki i jest się na fali. A oni byli na fali, speedowani każdym koncertem, a koncerty na Zoo TV były legendarne. Odzew publiczności każdej nocy dawał kopa, po którym człowiek wspinał się na szczyt inspiracji. W tym stanie nie ma rzeczy niemożliwych, dlatego kiedy ktoś w trackie sesji do „Zooropy” rzucił dla żartu, że „The Wanderer” to coś, co powinien zaśpiewać Johnny Cash, a okazało się, że Cash jest akurat w Dublinie, kilka telefonów i piosenkarz znalazł się w studiu z U2, śpiewając „The Wanderer”. Warto mierzyć wysoko, bo może się udać.
„Zooropa” to jest płyta dziwna, kwaśna, najlepiej chyba ją określić albumem YOLO. Wszystkie chwyty były dozwolone, bo większego szaleństwa i tak nie dało się stworzyć w wyżej opisanej sytuacji. I to w zasadzie dobrze określa „The Wanderer”. Na samym końcu płyty, kiedy wydawało się, że nie da się przebić ulubionej piosenki Lenina jako intra do utworu U2, wchodzi ten śmiesznie brzmiący basik, niemal jak z jakiegoś skeczu, i zaczyna śpiewać Johnny Cash. Nie będę ukrywał, że tęsknię trochę za takim U2, nieprzewidywalnym, ale w swoich eksperymentach trafiającym w punkt. Napisałem dużo, a mało o samym kawałku, ale tu naprawdę nie ma co się rozpisywać. To prosta piosenka, instrumentalnie bardzo oszczędna, co w kontekście całej płyty wywołuje fajny efekt jakby zabawnej sceny po napisach, z której wynika, że cała historia była jakimś żartem lub opowieścią w opowieści. Kilka rzeczy wysuwa się tu na przód, przede wszystkim piekny tekst, który mimo że nie był pisany dla Casha, to brzmi jakby był pisany dla Casha. Wokal Johnnego bardzo mocny, mimo że to już był 1993 rok. Na końcu wspaniałe chórki The Edge’a i klimatyczne wygaśnięcie. Zawsze mnie ujmowała ta piosenka i to wykonanie, nic się przez te wszystkie lata nie zmieniło. Zagrali to raz na żywo z Bono na wokalu i Edgem robiącym „wawawawa wandering” w stylu Dela Shannona. Kwaśne, ale w konwencji.

Pink Floyd - A Pillow of Winds

Melki jako drugi wrzuca tu Pink Floyd, na szczęście Melki zna coś więcej niż hity i zapodał „A Pillow of Winds”. Ja generalnie wychodzę z założenia, że na „Meddle” nie ma żadnego słabego utworu. I jak ktoś wskaże „San Tropez”, to od razu zaznaczę, że to mój ulubiony utwór na płycie, więc proponuję zamknąć dupe xD „A Pillow of Winds” to jest typowy Gilmour przy ognisku, z podobnego kojca wywodzą się takie rzeczy jak „Fat Old Sun”, czy późniejsze, solowe piosenki w stylu „Smile”. Akustyk, jęczący slide, tona harmonii. Zawsze lubiłem takie kawałki u nich. Utwór zmienia w trakcie klimat, wchodzi schowany w tle hammond, niektóre fragmenty świadczą o wpływie takiego Pink Floyd na scenę indie. Nie będę opisywał całego kawałka, to bez sensu, koń jaki jest każdy słyszy. Jako fan zespołu, mogę napisać tylko tyle, że jest to świetny utwór, jak 90% tego, co nagrali. Z bardziej obiektywnej strony, mogę powiedzieć dokładnie to samo.

The Chameleons - Less Than Human

Czasami odnoszę wrażenie, że Mentos całą muzykę nagraną po 90 roku poznaje dopiero z tych bestek, dlatego sam nie za bardzo może coś wrzucać z tych lat. Jakość linków YT świadczy za to, że w ogóle mu nie zależy żebyśmy te wrzucane przez niego rzeczy polubili, czy docenili xD
Słucham tego skompresownego syfu, z boku wyświetla mi się ten numer w dobrej jakości, z oficjalnego źródła, i sam już nie wiem, czy to lenistwo, czy jakiś eksperyment ala stara telewizja. Szkoda trochę, bo kawałek nie jest zły, a wręcz powiem, że jest fajny, chociaż totalnie nie mam teraz ochoty na takie pretensjonalne, zimno-falowe granie z wokalistą, który zamiast śpiewać, to bełkocze. Brzmi to trochę jak Joy Division i wczesne The Cure „w domu”, przy czym to „w domu” nie jest totalnym barachłem z Mango, tylko powiedzmy budżetowym, ale solidnym wynalazkiem na promocji za pół ceny, z gwarancją na rok. Ja z tej gwarancji skorzystam, bo może kiedyś mi jakoś lepiej wejdzie ten kawałek. Jak nie, to go zwrócę bez podania przyczyny (na to akurat mam chyba tylko 2 tygodnie, ale Wy się tutaj i tak nie znacie na takich sprawach).


Dziwna to była kolejka, dawno już takiego rozstrzału stylistycznego nie było. Na przodzie u mnie Musiał-dziaders, Mentos-Floyd i Wuja-ostatnifanU2, za rzeczy które wprawdzie znałem wcześniej, ale są doskonałe. Niedaleko za nimi Dragon-metal i Le Murzin, oba kawałki bardzo fajne. Trochę z tyłu wlecze się Mentos-240pi, który wprawdzie wrzucił rzetelne granie dla smutnych ludzi, ale ja mnie w tej chwili trochę odrzucają tego typu lamenty, więc grzecznie prejzuje, ale w głowie raczej meh (a w sercu ciągle maj).
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 02 mar 2023 22:17

Teoretycznie mógłbym jeszcze spokojnie poczekać z tym bo jest w sumie wcześnie ale z drugiej strony wyjeżdżam jutro na parę dni w góry i fajnie byłoby jednak tego wypadu nie zaprzątać sobie spędzaniem czasu nad reckami a na forum odhaczać jedynie niezbędne minimum w tym czasie, zresztą jakieś zdanie już sobie wyrobiłem i mam wrażenie że chwilowo nic tu się nie zmieni więc wjeżdżam.

Lantlôs - Melting Sun IV: Jade Fields

Numer zaczyna się wręcz chillowo, fajna gitara z delayem, później gdy wchodzi perka miło współgrają klawisze z basem. Ten wokal taki smutający zaś skrzyżowany z tym takim trochę pseudo-ciężkim graniem robi mi taki vibe nieco jakiegoś Nickelback ale w pozytywnym sensie jakby. Ja w żadnym wypadku nie myślę obrażać tej muzyki, to jest po prostu taka "ciężka" muza ale dość lekka by być przy tym komercyjna, radiowa IMO i trzyma to nieco ten taki gimbazowo-licealny klimat poprzedniej wrzutki Smoka, myślę że nastolatkowie to dobry target dla tej muzy i pewnie kiedyś bardziej bym się tym jarał. Niemniej wszystko tu brzmi dobrze, mało tego, numer jest tak skonstruowany że mimo ponad 6 minut trwania zlatuje mi naprawdę szybko i jest to pierwsze zakrzywienie czasu jakiego zaznałem przy odsłuchu tej kolejki. Ogólnie daję okejkę za jakość acz wzrusz ramion na poziomie czysto emocjonalnym.

Bruce Springsteen - Human Touch

No tu może dev nie czytał uważnie wcześniejszych recenzji bo myślałem że moja awersja do dziaderskiego rocka została już zdrowo udokumentowana odkąd lecimy te bestki. Bossa znam raczej słabo, Born In The JuEsMeeeh, Dancing In The Dark pamiętam jedynie że chyba chętnie przełączałem klip, ogólnie lubiłem Filadelfię jedynie. Tu niby mamy rok 1992 ale kompletnie tego nie czuję, dla mnie to typowy ejtisowy pop rock po całości a jest to dla mnie muzyka taka neutralna która da się lubić. Nie jest to zły kawałek, to ładny numer nawet mogę rzec i mogę go posłuchać wplecionego w jakąś ejtisową plejlistę ale solo mi jakoś wielce nie robi i nie jest to też nic po co bym pewnie sięgał specjalnie samemu. Springsteen to raczej nie moje klimaty.

Mark Snow - The X Files (PM Dawn Remix)

Odpalając ten numer spodziewałem się... W sumie sam nie wiem czego, PM Dawn kojarzę jedynie z ich przeboju stworzonego na bazie przeboju Spandau Ballet i tyle, liczyłem może na fajną produkcję zatem a może i jakieś rapsy. W każdym razie otrzymałem coś innego trochę bo ten numer to po prostu główna melodia zagrywana na gitarze elektrycznej do bitu z "Mona Lisa" Slick Ricka, plus parę wokalnych sampli z serialu. Z bólem serca ale muszę powiedzieć że się zawiodłem, jakaś to taka biedna produkcja jest i bez polotu, przy brzmieniu oryginalnej wersji blednie, być może gdy już dojadę do tego 7 sezonu przekonam się czy wplecione w serial lepiej się odnajduje. Nie lubię mehać, z biegiem bestki coraz trudniej mi się pisze krytyczne recenzje bo już nie traktuję Was jak randomów z internetu tylko kurczę jak kolegów w sumie i krytyka nie sprawia mi przyjemności ale ten remiks mi po prostu nie leży.

U2 - The Wanderer

Wspomnienia Młodego Jazona, odc. 4737372

Oglądam ten serial z coraz większym zaciekawieniem i wciągam się z odcinka na odcinek. Tekst "zróbcie przejście, on chce kupić U2" to już będzie forumowy klasyk a w tej bestce najlepsza historyjka od czasu gdy Czez kradł sąsiadowi arbuzy. Gdyby nasze wrzutki powstawały w formie filmików na Tik Toku wspomniany tekst byłby zaraz viralem na miarę "Artur przyszykuj kadzidło". Ale, ale, my tu gadu gadu a on chce kupić U2. I dobrze że wziął i kupił i teraz sprzedaje mi taki numer, bo kiedy kumpela jakiś czas temu próbowała mi "sprzedać" ten album zachwalając go ja jakoś nie byłem w stanie się wgryźć. I całkiem możliwe że nawet nigdy nie słuchałem tego numeru aż do teraz i jakież to piękne odkrycie dla mnie jest. U2 bez Bono na wokalu, fantastyczny Johnny Cash w numerze który brzmi jakby ktoś w latach 90. probował odmłodzić nieco jego brzmienie i stworzył tą electro-coutry balladę. Tekst naprawdę stworzony pod Johnny'ego, słuchałem wersji live z Bono i to nie to samo acz też zapropsuję Edge'a za tamto wahwah-wonderowanie. Tu studyjnie za to świetne chórki które zalatują jakby latami 60. a może country z lat 70. właśnie. Niesamowite odkrycie dla mnie i już, wielki plus dla shodana, kto wie czy nie najlepsza jego wrzutka od początku naszej zabawy.

Pink Floyd - A Pillow of Winds

Po dotychczasowych przygodach z Pink Floyd w naszych bestkach cieszyłem się na kolejne spotkanie z nimi i odkrycie czegoś z Meddle którego w sumie nie znam poza jednym oczywistym numerem. Początek robił mi nadzieję nawet, łagodne gitary, fajny floydowy wokal (piszę tak ogólnikowo, nie wiem który z Panów tu śpiewa, nie wnikam nawet), ale potem... z biegiem utworu nastąpiło drugie zakrzywienie czasu w tej kolejce. Bo choć numer trwa 5 minut to już po 3 niecierpliwie patrzyłem na zegarek, tak mnie ten kawałek znużył, znudził i zmęczył. 3 razy Z zatem a dodam chyba nawet i czwarte Z i postaram się o nim zapomnieć. Pierwsza pinkflojdowa skucha z jaką się tu spotkałem na razie.

The Chameleons - Less Than Human

Mentos za to nie kombinował choć raz i jak obiecał dobry numer to i taki dostarczył. Choć faktycznie jakość tej wrzutki dodatkowo sprawia że jeszcze bardziej wali ten numer kapciem tak mi to po prostu odpowiada tym razem. Nie wiem, może mam jakieś ciągoty do tak przesadnie dramatycznej muzy ale ten doomerski czy gotycki klimat mi się tu udzielił po całości. Ten marszowy rytm, ten podniosły ton, całość ogólnie brzmi że tak powiem EPICKO. Jednocześnie jest to totalnie mentosowe i brzmi nieco jak amalgamat z tych różnych jego rockowych i okołorockowych wrzutek, słyszę tu wszystko - Blokowisko, Swans, Coil, Rome, - you name it, jak to się mówi, a jednocześnie ma to siłę jak tamte wszystkie wrzuty razem wzięte. Udany strzał.


No to tego, kolejka taka wyrównana mocno, dwa razy meh, dwa razy MOŻE i dwa razy zdecydowanie na TAK.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 02 mar 2023 23:39

No i widać tu ewidentnie kto się zna, a kto nie. Jeno dodam, że faktycznie prawie każdy zakupiony towar, poza paroma wyjątkami, można zwrócić do 14 dni bez podania przyczyny.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 03 mar 2023 01:19

#spam #ogłoszeniadrobne
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 05 mar 2023 01:52

Mentos - Lalting Sun 4

Tytuł zwiastuje jakiegoś jRPGa, który wyszedł na NDSa w 2004 roku i w którego w Polsce grało jakieś 100 osób, a tu klops - zamiast tego mamy atmosferynczy post-black wydany dekadę później, ale za to znany w Polsce przez jakieś 100 osób. W czasach swojego nie-życia i bujania się z okołonieżalową banieczką siłą rzeczy poznałem parę rzeczy, które wspominam całkiem miło, jak chociażby Angelic Process czy nawet to nieszczęsne, kontrowersyjne Deafheaven. W sumie jazda po ówczesnym niezalu jest trochę jak kopanie leżącego, bo ci ludzie teraz pewnie zbliżają się do 40 i mieszkają w Łodzi ergo są już wystarczająco pokarani przez los, ale jednak trochę beka z tego, że wystarczyło narąbać pomarańczowego filtra na okładkę i dodać trochę przesteru, efektów i już niezjadliwy metal stawał się muzyką wynoszoną pod niebiosa. xD Ale śmichy chichami, z drugiej strony to faktycznie po prostu działa i te wszystkie drone'y, efekty i cuda wianki ROBIĄ tę piosenkę, gdyby nie one pewnie bym mechnął na granie dla smutnych nastolatków siedzących samotnie na korytarzu, bo zamiast tego otrzymujemy coś, co mógłby słuchać na przerwie odludek, który zamiast się socjalizować czyta Wittgensteina oraz wykłóca się z autystami na forum RYMa czy coś. xd Czyli może nie do końca moje klimaty, ale coś co szanuję i z czym swego czasu mógłbym sie utożsamiać.
Naprawdę dobra wrzuta, jedna z fajniejszych w tej edycji (która od paru kolejek trochę wieje wacem niestety), no i generalnie za podrzucenie czegoś, czego nie znałem duży plus i znak jakości, bo ja to myślałem, że po 30 będę najwyżej poznawał nowe marki maści na ból kręgosłupa zamiast nową muzykę hyhy.

Bruce Springsteen - Human Touch

Z jakichś przyczyn nigdy nie udało mi się bliżej "zaprzyjaźnić' ze Springsteenem. Znam parę oczywistych rzeczy, ze dwa albumy studyjne, chyba jeden nawet mi się podobał, ale dawno temu to było i słabo go pamiętam. Ot, jeden z tych artystów, którzy może są wielcy, ważni i w ogóle, ale koło mnie przelatują i nawet nie ma żadnego konkretnego powodu dla którego tak jest. Mógłbym pisać, że zbyt rockerskie, zbyt amerykańskie, ale to byłby bulszit większy niż coś co jest duże, bo ja lubię i rockisterskie hiciory, jak i muzykę z Ju ES i EJ - na bank jeszcze w tej edycji się o tym przekonacie.
W tym konkretnym przypadku generalnie to wyglądało tak, że za pierwszym razem miałem dissować, za drugim byłem taki w miarę ok, a za trzecim... po prostu nadal mi się podobało. Chyba przy recenzji bodaj Sandry (lol, że przywołuję ją przy Springsteenie) ktoś wspomniał o tym, że pop z wczesnych 90sów mentalnie tkwi jeszcze w poprzedniej dekadzie i imo ten kawałek się jeszcze na to łapie. I może i mam dużą słabość do tego brzmienia, ale ono mi w pewnej mierze robi ten kawałek, bo jak tak się próbuję wsłuchać to niby nic szczególnie wybitnego tu nie ma, są nawet rzeczy, których mógłbym się uczepić, bo parę razy mentalnie przewracałem oczami słysząc te okrzyki YEAH! Ale po prostu na mnie ten kawałek działa, jest bezszczelnie wręcz stadionowy i w pełni rozumiem to, że może się po prostu komuś podobać. Ja póki co daję okejkę, ale bez zawołania YEAH!, ale też niekoniecznie z taką pewną nieśmiałością.

Daft Punk - Something About Ass

Z Daft Punkiem miałem podobnie jak Munlup, to jest poznałem ich w 2010. Tu dygresja - kolega Jakub nie pisał o poznawaniu soundtracku do Trona na żywo, bo go wtedy na forum nie było. Mam tendencję do zapamiętywania nieistotnych faktów i doskonale pamiętam, że jesienią 2010 przestał udzielać się na forum aż do jakieś późnej wiosny 2011. Czemu o tym pamiętam i - co gorsza - piszę? Diabli wiedzą.
Zignorujcie to wyżej. Daft Punk poznałem, bo chyba gdzieś się dowiedziałem, że warto ich znać? Nie pamiętam gdzie i jak, byłem jeszcze w liceum, może RYM, może gdzieś w internecie ktoś forsował, możliwe, że było coś w GTA 4. Mimo to, nie mam jakichś szczególnie ważnych ani ważkich wspomnień związanych z tym duetem, a RAM (nie mylić z radiem) nie lubię, nawet Get Lucky nie wywołuje u mnie żadnych szczególnych wspomnień, chociaż w sumie chyba powinno? Nie powiem że nie wiem, powiem za to, że jestem świadom, iż trochę zabawnie ta moja obojętność wobec wykonawców w tej edycji kontrastuje z entuzjazmem dotyczącym poszczególnych utworów.
Oryginał pamiętam jako spoko, ta wersja... też jest spoko. Murzyn napisał coś o ładunku sentymentalnym i tęsknocie za czymś tam utraconym - w sumie to mam TROCHĘ podobnie. W pradawnych czasach bycia w związku (geez, zara minie 5 lat odkąd jestem starym KAWALEREM, ależ to leci) zdarzało mi się parę razy eksperymentować z pewnymi substancjami psychoaktywnymi, ten kawałe przywołuje u mnie wspomnienia tych nocy, podczas których potrafiłem siedzieć do 4 nad ranem przy różowym świetle lampki nockiej oraz podczas których słuchałem podobnych rzeczy oglądając zawody kolarskie na CT Sporcie. Muza raczej na okoliczności czilowania nad ranem w tych lub podobnych warunkach niż słuchania w innym czasie/stanie, ale nadal spoko.

Mark Snow – The X-Files

Nie rozpiszę się o samym X-Files, bo to jeden z tych fenomenów popkulturowych, który przeleciał obok mnie i jakoś nigdy nie miałem chęci, by go nadrabiać. Nie jestem pewien, czy widziałem jakikolwiek odcinek w czasach emisji telewizyjnej. Wiem, że leciało toto w TV w latach 90, pamiętam, że ktoś tam z ówczesnej pracy jarał się tym revivalem w 2015, ktoś tam jeszcze mi opowiadał, że bał się czołówki plus lubię ten crossoverowy odcinek Simpsonów. Chyba kiedyś powinienem to zmienić, bo słyszałem, że ten serial często bywał autoironiczny, samoświadomy i generalnie spoko.
Paradoksalnie przy tej wrzucie miałem najwięcej problemów, bo na początku chciałem ją po prostu zjebać - nadal mam wrażenie, że przez jakąś pierwszą minutę motyw muzyczny z serialu leci sobie, perka leci sobie i ktoś dodał jakieś hiphopowe cusie w tle, by też sobie leciały i generalnie jakaś groteskowa kakofonia. Ale uznałem, że ile można lecieć po linii najmniejszego oporu, zresztą kaman - coś ten kawałek w sobie musi mieć, skoro OP uznał go za best jego życia. I może nie jestem jakimś wielkim fanem wykorzystania sampli z serialu w tym kawałku, nie pieję nad tym remiksem z zachwytu i pewnie mógłbym się czepić trochę tego, trochę tamtego, jakoś summa summarum się z tą wersją polubiłem. Może to nie jest przyjaźń na dobre i na złe, może czasem ten znajomy mnie wkurza, ale na pewno polubię mu nowe profilowe na fejsie. Jest poprawnie.

U2 - The Wanderer

Fajna ta historia shodana związana z kupowaniem U2 za młodu i generalnie fajnie też, że wybierając U2 wybrał coś niekonwencjonalnego, bo pewnie obrzygałbym jakieś I Still Haven't Found One In The Name of Loveee. Ja może nie będę za dużo pisać o samym zespole, bo niestety - wiele prób czyniłem, wiele razy próbowałem, nawet kiedyś kupiłem DVD z 360 Tour (raz próbowałem je obejrzeć i usnąłem) i nigdy chyba już nie skumam w pełni o co cho z tym zespołem. Piszę chyba, bo kto tam mnie wie - może mi się zmieni, tak miałem z Radiohead niedawno. Aczkolwiek nawet w przypadku ewentualnego olśnienia nadal będę szkalować Bono, sorry, no bonus.
Pewnie nikomu z czytających nie nasunęła się to pytanie, ale i tak je zadam - czy po tym kawałku prawdopodobieństwo tego, że przeproszę się z Bono, Edge'm i spółką wzrośnie? Odpowiedź to tradycyjne NIE WIEM, bo kuźwa sory, ale ten kawałek nie brzmi za bardzo jak U2. XD Generalnie to będę prejzować bo podoba mi się tu właściwie wszystko - wokal Casha, klimat, chórki, ogólny vibe, okładka, te losowe dźwięki na koniec, a nawet historia powstawania tego kawałka oraz albumu mi się podoba. xD No świetny kawałek i tyle. Chyba trzeba będzie wrócic do tej Zooropy, bo możliwe, że to akurat ta odsłona U2, z którą będę w stanie się zaprzyjaźnić czy coś. Generalnie - świetna wrzuta, znak jakości i perła export w koronie mocnej kolejki!

Pink Floyd - A Pillow of Winds

W sumie to zabawne, że dzisiaj postanowiłem sobie przesłuchać tę płytę bez żadnego powiązania z tą zabawą. Melczet znowu wygrzebał obskjura, chociaż z pozornie jednej z popularniejszych płyt. No, ale cóż, tak ten świat działa, że mimo tego i tak dla większości populacji zawiera tylko dwa kawałki. Nie wiem co mówi to o społeczeństwie, imo nie tak źle mimo wszsytko, bo to są po prostu świetne kawałki, ale jednak fajno, że Melczet pochylił się nad jednym z "obskjurów". Kurczę, im dalej w las, tym bardziej jednak uważam, że MIMO WSZYSTKO Pink Floyd byli genialni jako amalgamat różnych osobowości, tak jednak z wiekiem zdecydowanie bliżej mi do Gilmoura. I już nawet nie chodzi mi tylko o podejście do wojny, pal to sześć, jakoś tak bliżej mi do Dawida grającego sobie na akustyku niż pompatyczno-pretensjonalnego Watersa, który jakby mógł, to by ten kawałek zaaranżował na orkiestrę symfoniczną i uczynił go metaforą jakiejś metafory czy coś. Kolejny bardzo ładny kawałek w tej kolejce, fajnie, że Melczet wraca z takimi rzeczami.

No cóż, generalnie mocno was chwalę, ale tym razem wrzuciliście samo złoto i imo to jedna z lepszych kolejek w dziejach gry, tej gry. Nie wybiorę najlepszej wrzuty, każda mi się podoba na swój sposób, każda jest dobra z innego powodu. Może jakbym naprawdę, ale to naprawdę Musiał Adrian, to bym wahał się między U2 albo LAntlosem, ale nie muszę tego robić i nie będę tego robić. Jeśli się nie okaże, że jakimś cudem wszyscy tu siedzicie w sobotę wieczór i wrzuciliście recki przede mną, to naprawdę się zdziwię tym, że to nie ja blokuję te zabawę. xD
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 05 mar 2023 22:11

Stan podgorączkowy? Najlepiej walczyć poprzez tekściki hihhi

Bruce Springsteen Human Touch (Single Edit)

Single Edit, który trwa pięć minut to żaden problem. Chyba, że mamy do czynienia ze zdziadzieniem w czystej postaci. Postawiony przed plutonem egzekucyjnym bez wahania przynam się do lubienia paru kawałków disco polo, ale z dziaderskim rockiem chyba tak dobrze nie jest. Kwestia tego typu - na tyle poprawne i niezbyt drażniące, by czuć do tego wyraźną niechęć. Po prostu przepływa przez uszy. Tyle. Ociupinkę manieryczny wokal, żeńskie chórki jakby nadgryzione przez mole, serowy klawisz przez większość kawałka. Rockersko do kwadratu, choć bez momentów wyraźniejszej ekspresji. Już miałem pisać, że żaden kawałek Pana Brusa mi nie siedzi, ale Dev wspomniał o Dancing In the Dark... tu jest energia, życie, elementy, które po latach nie wychodzą z głowy, a do tego nie wywołują kwaśnego wyrazu twarzy.

Daft Punk Something About Us (SI-FI Remix)

Daft Punk mają jeden numer, który tłukłem w okresie pandemicznym. Jest związany z Test Drive Unlimited, do którego wtedy wróciłem, a działo się to po raz pierwszy na moim komputerze, a nie w ramach uprzykrzania życia starszemu bratu. W ramach skromnej radiostacji, którą można tam sklecić, obok paru klasycznych techno/trance bangerów idealnych na tło szybkiej jazdy pakowałem zawsze ichniejsze Phoenix. Szalenie zapętlony i prościutki jak twory Millsa, ale te dziesiątki razy w ciągu kilku miesięcy hulał. Przed Get Lucky kojarzyłem ich jak przez mgłę. Przez przytaczanego singla nabrałem niechęci. Po latach sprawdziłem Homework i Discovery, zdecydowanie lepiej siadła ta pierwsza. Bangalter jest dla mnie nieśmiertelny prędzej ze względu na Stardust, ale DP to też klasyka, wobec której nie da się przejść obojętnie. Wróciłem do Something About Us i do teraz nie jest moim ulubieńcem. Jak sprawa się ma z jakimś tam remiksem powstałym dwadzieścia lat później? W ogóle z remiksami jest śliska sprawa, bo jestem jeszcze bardziej wybredny niż zwykle. SI-FI trzyma się house'owego korzenia, ładnie brzmią te acid pulsacje w połączeniu z perką, którą równie dobrze mógł też zaprogramować na którymś z kanonicznym Rolandów. Problem w tym, że trochę tu brakuje pomysłu. Specyficznie eklektyczne. Próbuje imitować klasyczne brzmienia do granic możliwości i próba ta ostatecznie jest średnio udana, bo po dwóch minutach robi się nudnawo. Nic tylko wrócić w sierpniu któregoś sympatycznego wieczora i przekonać się, czy w najlepszych możliwych warunkach ma szansę się obronić. Grzecznie ustawiam się obok innych trąb.

Mark Snow The X Files (PM Dawn Remix)

Kolejny atak na słuchacza od strony feelsów. Jestem w stanie przyjąć techno/didżejskie remiksy Oxy7-13, które Jarre firmował swoją facjatą i nazwiskiem niedługo po premierze płyty. Z uznaniem podchodzę do ośmiobitowych wersji kawałków Kraftwerk. Sentymentalnie podchodzę do wielu eksperymentów w polskim hh, gdzie korzystało się z jakichś charakterystycznych fragmentów utworów z lat 60', 70' i dawało im życie po życiu. Po wpisie Hiena można by się wystraszyć tego, co się tutaj kryje, ale ekipa PM Dawn aż tak bezlitośnie nie potraktowała oryginału. Nigdy nie byłem fanem Z Archiwum X, widziałem pojedyncze odcinki. Dla fanów całego uniwersum rzecz jak najbardziej do strawienia i polubienia. Dla mnie ta wersja brzmi jak trzecioligowa przeróbka z najtisów pasująca do tworu luźno związanego z całym projektem. Przyjemny groove, jest zachowany taki typowo filmowy klimat. To w zasadzie wszystko. Gęsto od sampli z materiału źródłowego. Nie mam przyspieszonego tętna na myśl o tym serialu, więc powrotów nie przewiduję.

U2 The Wanderer

JuTu to gargantuicznie przereklamowany zespół, ale parę numerów im wyszło. Mój wybór ulubieńców byłby jednak dość normicki z takimi rzeczami jak The Sweetest Thing czy Ordinary Love. Cash ze swoim wokalem moocno wpływa na hamerykański odbiór całego kawałka. Nie da się uciec od tych zerojedynkowych, paskudnych skojarzeń i przez to raczej jestem na nie. Podoba mi się robota wykonana na syntezatorach, to brzmienie toczy nierówną walkę z całą resztą. Taka wrzutka ze specyficznym zakończeniem płytowym prowokuje sięgnięcie po całą Zooropę. Może w ten sposób wejdzie trochę inaczej, lepiej.

Pink Floyd A Pillow Of Winds

Melki zainspirował mnie do bezpośrednio powrotu na stronę A Meddle, gdyż do tej pory byłem zwolennikiem tezy, że znajduje się tam totalny chłam. Teraz jestem w stanie powiedzieć, że jest naprawdę znośnie. W porównaniu do Echoes to dalej trzy poziomy rozgrywkowe niżej, jezu czemu to wszystko tam jest tak przypadkowe i pomieszane. Pillow of Winds sprawia wrażenie rozimprowizowanej kompozycji, ale po bliższym wsłuchaniu odsłania wyraźny i interesujący plan. Znacznie lepiej wchodzi w izolacji od reszty towarzystwa. Sielskie anielskie rozbudzenie jak wrzucane przeze mnie Harmonium czy Popol Vuh, ale podane w charakterystyczny dla tego zespołu sposób. Pewne patenty potrzebują rozbiegu, wybrzmiewają trochę dłużej. Częściej słuchane mogłoby znudzić, ale na ruski rok można wrócić z małym uśmiechem na twarzy, choć może lepiej powiedzieć o jeszcze zaklejonych oczach i ukrywanym ziewaniu zaraz po rozbudzeniu...

The Chameleons Less than Human

Na smutki i nastroje, w które uderza Seba w swoim mikroskopijnym wpisie, dawniej tłukłem Joy Division czy The Sound jak wściekły. Potem odpalałem No Surprises, po niej pewną kobyłkę rockową i płakałem. To były pojedyncze dni, ale kiedy słucham tego kawałka to wszystko wiem. Nie mam problemu ze swoją wewnętrzną hipokryzją. W momentach kryzysowych odpalam co trzeba i mam potężnie wyjebion. Dokonałem już w swoim życiu pewnych wyborów, nie wiem, czy ten numer będzie przydatny w moim wypadku. Czuję ten nastrój i pomimo, że coraz trudniej wejść mi w taką skórę, to jednak resztki młodego Roberta we mnie mówią: to jest/byłoby dobre na TE momenty. Poza tym kontekstem całość mocno balansuje na granicy pretensji, a razem z okładką - powagi, która uleciałaby jak nadmuchany balon po przebiciu go pinezką. Ale chooy z tym. Jest w porządku, odpalam sobie potem Candidate (które po tylu latach tak dobrze lecę z pamięci) i mam wczutkę. Czerpię z tego dzisiaj estetyczną przyjemność.
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 06 mar 2023 09:57

Lantlôs - Melting Sun IV: Jade Fields

Ja generalnie na gatunkach muzycznych się za mocno nie znam, tym bardziej na odmianach metalu. Nigdy metalu nie słuchałem, ale sam bym o tym utworze nie powiedział, że jest metalowy. Początek bardzo fajny, taki spokojny z ładną gitarą i klawiszowym tłem. Nawet jakieś chórki słychać. Potem, wchodzi też bardzo fajna perkusja. Ten motyw gitarowy niezmiernie mi się podoba. Utwór powoli staje się ostrzejszy. Mocniejsze gitary, perkusja się rozpędza. Wchodzi wokal, który bardzo mi odpowiada i z metalowym darciem japy na szczęście nie ma nic wspólnego. W okolicy 4 minuty zaczynają się w końcu jakieś poważniejsze gitarowe harce, ale nadal nie nazwałbym tego metalem. Ogólnie utwór podoba mi się. Jest klimatyczny. Mocno mi się z czymś znowu kojarzy z tej bestki, ale nie mogę dojść z czym. W każdym razie numer dużo lepszy od tego emopodobnego z poprzedniej kolejki.

Bruce Springsteen - Human Touch

W muzykę Bossa nigdy się nie wkręciłem, choć oczywiście parę hitów znam, łącznie z Human Touch. No ale wiadomo, że kiedyś mnie taka muzyka raczej nie interesowała. Teraz jestem dużo bardziej otwarty na takie klimaty. Może to i jest dziaderskie, ale co mnie to obchodzi w ogóle. Hien ma rację, że to taki typowo amerykański klimat. Ja też bym chętnie pojeździł przy takiej muzyce po amerykańskich pustkowiach. W ogóle zawsze podróżując samochodem po polskich ciasnych i chujo.wych drogach marzy mi się, żeby kiedyś pojeździć po tych międzystanowych amerykańskich autostradach. Jak widzę takie sceny w filmach, to zawsze robi mi się niezmiernie przyjemnie. Te ogromne puste przestrzenie. A najlepiej byłoby popodróżować po USA w kamperze mieszkalnym. No ale marzenia na bok. Utwór Human Touch oczywiście mi się podoba. Bardzo dobrze i przyjemnie brzmi. Lubię też głos Springsteena. Może kiedyś spróbuję nawet jakiegoś albumu? A może ktoś taki w bestce albumowej zapoda?

Daft Punk - Something About Us (SI-FI Remix)

Nie znam dyskografii Daft Punk, ale te utwory, które gdzieś tam w TV słyszałem zawsze mnie strasznie irytowały i odstraszały. Nie lubię takiego klubowego grania. Jestem chyba jednak trąba, bo ja nie mam żadnych feelsów. Nie, żebym się jakoś krzywił na ten numer czy zgrzytał zębami. To i tak lepsze od paru innych ich utworów, które słyszałem. Ale generalnie taka muzyka pozostawia mnie kompletnie obojętnym. Równie interesująca co ta muzyka jest dla mnie kosmiczna cisza. Tak że niestety stripped, ale nie tym razem. :|

Mark Snow – The X-Files (P.M. Dawn Remix)

Bardzo lubię ogólnie ten utwór, który w oryginalnej wersji uważam za naprawdę klimatyczny i wspaniale niepokojący. Ten remiks też jest bardzo dobry. Ma nieco inny klimat niż oryginał, ale jest ok. Na początku nie pasowała mi tylko za bardzo ta gitara, która przejęła tu w głównej melodii obowiązki od klawiszy. W oryginale klawisze brzmią naprawdę świetnie. No ale to jest przecież remiks i powinien brzmieć inaczej niż oryginał. Przywykłem po paru odsłuchach do tej gitary, no ale jak mam porównanie, to zdecydowanie preferuję jednak oryginalne klawisze. Reszta jest super. To wszystko co słychać w tle brzmi bardzo dobrze. Perkusja też się tutaj pięknie wkomponowuje. Utwór dzięki niej nabiera trochę innego klimatu. Już nie jest tak mrocznie, tajemniczo. Ale jest nadal ciekawie i bardzo dobrze.
Podsumowując - wolę oryginał, ale ten remiks też bardzo cenię.

Pink Floyd - A Pillow of Winds

Poprzednie spotkania bestkowe z Pink Floyd wspominam dobrze. Obawiałem się tych albumów, a okazało się, że jest ok. Ale tutaj dobra passa się skończyła. Teoretycznie to klimat niby dla mnie. Jest balladowo, akustycznie, delikatnie. Brzmienie niektórych instrumentów jest całkiem miłe dla ucha. Utwór kojarzy mi się nawet z No-man – Photographs in Black and White, które uwielbiam. No ale jest jeden problem z A Pillow of Winds – w przeciwieństwie do Photographs in Black and White jest potwornie nudny. Dawno nie słyszałem tak nijakiej melodii. Przesłuchałem ten utwór sporo razy, a w głowie nie pozostało kompletnie nic. Dlatego nie mogę tego zapropsować w żaden sposób. Samo brzmienie instrumentów to za mało.

The Chameleons - Less Than Human

Mantos za to kontynuuje niezłą passę z ostatnich kolejek i proponuje utwór, który spodobał mi się od początku. Kojarzy mi się to z inną propozycją Mentosa, a mianowicie Rome. Tak samo marszowy rytm, który po prostu lubię. Najpierw gra sama gitara o ciekawej barwie, a dopiero po chwili powoli wyłania się perkusja. Fajne to. Linia melodyczna bardzo dobra. Co do wokalisty to mam wrażenie, że jest w stanie na co dzień śpiewać zupełnie inaczej. Tutaj jakby celowo na potrzeby utworu i podniosłej atmosfery śpiewa z zaciśniętym gardłem. No chyba, że się mylę. W każdym razie mi to nie przeszkadza. Bardzo dobry utwór.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 07 mar 2023 12:29

No dobra, wróciłem z wywczasów a kolejka dalej leci. No to ja się teraz pytam zatem gdzie Musiał? Gdzie Melczet? Nowy duet M&M's się zawiązał czy jak?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 07 mar 2023 14:28

Nie się zawiązał nowy duet, tylko wrócił stary. :D