Best of Forum V
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Jedziemy, bo dlaczego nie w sumie, od rana słucham tej bestki xD
John Cale - Fear Is a Man's Best Friend
No no no, wziął mnie ten numer muszę przyznać. Zaczyna się dość spokojnie, głos Cale'a ma jednak w sobie coś takiego... niepokojącego. I potem cały kawałek się taki robi. Totalnie reluję z odczuwanym tutaj klimatem, tak samo jak i generalnie z wszelkiego rodzaju strachami, a raczej tym, jak potrafią człowiekowi głowę zatruć (jestem trochę paranoikiem, plus mam wyjątkowy "talent" do pakowania się w dziwne sytuacje, które potem takie strachy w głowie generują). Cale ewidentnie próbuje być w związku z tym trochę happy-up, w stylistyce face everything and rise, ale pod koniec się to trochę zmienia. Czuję nastrój tych dzieł, które inspirowały potem The Advisory Circle. Niby próbujemy sami siebie przekonać, że sobie radzimy (przy akompaniamencie naprawdę fajnej muzyki), ale na sam koniec trudno powiedzieć, czy podmiot liryczny głosem artysty popada w coraz większą paranoję, obłęd, czy może pociesza się tymi słowami będąc, nie wiem, pożeranym przez jakiegoś potwora? (Te piękne dźwięki jakiegoś zgniatania strun to sugerują xD). Dobre to jest, zostanie ze mną na dłużej.
Subjoi - Love Shy
Cóż mogę powiedzieć, mamy lekki housik, mamy lo-fi efekciki, bit też ładnie zyskuje na tym "przesterze", przyjemny żeński wokal, po prostu pełną gębą letniaczek w środku zimy bez zimy. Devy bardzo lubią takie rzeczy, które fajnie zalatują latami 90., a powstały teraz zaraz niedawno. W bardzo ograniczonym stopniu kojarzy mi się to a to z wczesnym Hulkkonenem, a to z tym, co Cate Brooks jako Georges Vert robiła na albumie An Electric Mind (dostaliście z tego rok temu Jovan Freak). Niby ponad 6 minut, a w ogóle tego nie czuć, świetnie się wkręca, przynosi trochę przyjemnego powiewu wiosny. Murzyn mówi, że z tym trzeba wajbować, i ja zdecydowanie wajbuję. Zupełnie nie wiem, co więcej mogę napisać, kapitalna wrzutka, luźna, przyjemna, przypomina o słońcu, którego już od dawna nie widuję. Przydałoby się trochę wiosny.
Morte Macabre - Apoteosi del Mistero
Dragon odgrażał się w opisie swojej wrzutki, że będzie upiornie, i faktycznie trochę jest. Jednocześnie w taki nieco przesadzony sposób, tzn. ten nieco "rozregulowany" mellotron zarówno dodaje temu numerowi grozy, jak i mu ją nie tyle odbiera, co faktycznie przydaje filmowego klimatu, z tym, że raczej dla filmów klasy B. Właśnie takich nieco kampowych horrorów końca lat 70., kojarzy mi się wręcz trochę z muzyką z jakiejś creepy platformówki. Ma to swój urok, nie powiem, fajne są takie inspirowane rzeczy, plus to jest prog w mocno strawnej dla mnie formie, tj. numer trwa 4 minuty z kawałkiem a nie 14 xD Gdyby akurat to było sporo dłuższe, mógłbym nie być aż tak przychylny. No nic, ale jestem przychylny, fajnie się "bawiłem", jeśli tak to można ująć, aż mam znów ochotę obejrzeć Suspirię od Argento (koniecznie w tej wersji).
Charles & Eddie - Would I Lie to You
Wujek zapodaje totalnego radiowego klasyka sprzed, bagatela, ponad 30 lat. Nie sposób nie znać tego numeru, więcej, nie sposób nawet nie kojarzyć tego klipu (z którym wleciał utwór), to było zdecydowanie zbyt popularne. I niestety, ta popularność mam wrażenie nieco zmasakrowała ten kawałek, również w moich uszach. Tzn. ja go generalnie lubię, bo czego tu nie lubić, jest też mocno letni, podobnie jak wrzutka Murzyna, ma chwytliwy refren od którego się zresztą zaczyna (tak, żeby słuchacz wiedział, na czym ma się koncentrować trololo), no generalnie miodzio. Niestety, słyszałem go już tak wiele razy, że urósł mi w głowie do rangi denerwującego earworma, który potrafi zupełnie znikąd zaatakować, i nie jestem w stanie go niczym wytruć. Raz jeszcze - to nie jest zły utwór, ale dla mnie nieco za bardzo zajechany przez radio. Nawet klip znałem niemal na pamięć, swego czasu musiał być katowany na MTV Classic czy czymś w tym stylu xD Generalnie daję okejkę, ale z dystansu.
The Velvet Underground & Nico - Femme Fatale
O The Velvet Underground wiem przede wszystkim tyle, że to ważny zespół był, Jim Kerr był jego fanem (to się dowiedziałem jako drugie), i w końcu udało mu się zaprosić Reeda do zrobienia króciutkiego cameo w utworze This Is Your Land z ich bodaj najważniejszej płyty, jaką była Street Fighting Years. A wiele lat później nagrali cover jednego numeru TVU, którego oryginału nie słyszałem do dziś xD Wiem też, że Reed nagrał album z Metallicą, z który to i on i Metallica zostali potwornie zjechani. Chyba nawet kiedyś pokusiłem się go sprawdzić, ale już nie pamiętam. A, tę płytę znam głównie dlatego, że też trzebaby pod kamieniem mieszkać, żeby nie kojarzyć słynnej okładki od Warhola. Co do samego utworu, jest... fajny. Ale też nie mogę powiedzieć zaskakująco czy nie zaskakująco, albowiem nie wiem sam, czego się miałem spodziewać. Reeda tam prawie nie ma, jest za to Nico, która śpiewa raczej cicho, ale ładnie wpasowuje się to w klimat samej piosenki. Ta jest wyjątkowo oszczędna, krótka do tego, to w jakiś sposób wiąże się z moimi wyobrażeniami dot. pewnych nurtów rocka w latach 70. Muszę dać okejkę, nolens volens, nie wiem co prawda, czy i kiedy sięgnę po resztę płyty, ale póki co mi się podoba ^^
John Cale - Fear Is a Man's Best Friend
No no no, wziął mnie ten numer muszę przyznać. Zaczyna się dość spokojnie, głos Cale'a ma jednak w sobie coś takiego... niepokojącego. I potem cały kawałek się taki robi. Totalnie reluję z odczuwanym tutaj klimatem, tak samo jak i generalnie z wszelkiego rodzaju strachami, a raczej tym, jak potrafią człowiekowi głowę zatruć (jestem trochę paranoikiem, plus mam wyjątkowy "talent" do pakowania się w dziwne sytuacje, które potem takie strachy w głowie generują). Cale ewidentnie próbuje być w związku z tym trochę happy-up, w stylistyce face everything and rise, ale pod koniec się to trochę zmienia. Czuję nastrój tych dzieł, które inspirowały potem The Advisory Circle. Niby próbujemy sami siebie przekonać, że sobie radzimy (przy akompaniamencie naprawdę fajnej muzyki), ale na sam koniec trudno powiedzieć, czy podmiot liryczny głosem artysty popada w coraz większą paranoję, obłęd, czy może pociesza się tymi słowami będąc, nie wiem, pożeranym przez jakiegoś potwora? (Te piękne dźwięki jakiegoś zgniatania strun to sugerują xD). Dobre to jest, zostanie ze mną na dłużej.
Subjoi - Love Shy
Cóż mogę powiedzieć, mamy lekki housik, mamy lo-fi efekciki, bit też ładnie zyskuje na tym "przesterze", przyjemny żeński wokal, po prostu pełną gębą letniaczek w środku zimy bez zimy. Devy bardzo lubią takie rzeczy, które fajnie zalatują latami 90., a powstały teraz zaraz niedawno. W bardzo ograniczonym stopniu kojarzy mi się to a to z wczesnym Hulkkonenem, a to z tym, co Cate Brooks jako Georges Vert robiła na albumie An Electric Mind (dostaliście z tego rok temu Jovan Freak). Niby ponad 6 minut, a w ogóle tego nie czuć, świetnie się wkręca, przynosi trochę przyjemnego powiewu wiosny. Murzyn mówi, że z tym trzeba wajbować, i ja zdecydowanie wajbuję. Zupełnie nie wiem, co więcej mogę napisać, kapitalna wrzutka, luźna, przyjemna, przypomina o słońcu, którego już od dawna nie widuję. Przydałoby się trochę wiosny.
Morte Macabre - Apoteosi del Mistero
Dragon odgrażał się w opisie swojej wrzutki, że będzie upiornie, i faktycznie trochę jest. Jednocześnie w taki nieco przesadzony sposób, tzn. ten nieco "rozregulowany" mellotron zarówno dodaje temu numerowi grozy, jak i mu ją nie tyle odbiera, co faktycznie przydaje filmowego klimatu, z tym, że raczej dla filmów klasy B. Właśnie takich nieco kampowych horrorów końca lat 70., kojarzy mi się wręcz trochę z muzyką z jakiejś creepy platformówki. Ma to swój urok, nie powiem, fajne są takie inspirowane rzeczy, plus to jest prog w mocno strawnej dla mnie formie, tj. numer trwa 4 minuty z kawałkiem a nie 14 xD Gdyby akurat to było sporo dłuższe, mógłbym nie być aż tak przychylny. No nic, ale jestem przychylny, fajnie się "bawiłem", jeśli tak to można ująć, aż mam znów ochotę obejrzeć Suspirię od Argento (koniecznie w tej wersji).
Charles & Eddie - Would I Lie to You
Wujek zapodaje totalnego radiowego klasyka sprzed, bagatela, ponad 30 lat. Nie sposób nie znać tego numeru, więcej, nie sposób nawet nie kojarzyć tego klipu (z którym wleciał utwór), to było zdecydowanie zbyt popularne. I niestety, ta popularność mam wrażenie nieco zmasakrowała ten kawałek, również w moich uszach. Tzn. ja go generalnie lubię, bo czego tu nie lubić, jest też mocno letni, podobnie jak wrzutka Murzyna, ma chwytliwy refren od którego się zresztą zaczyna (tak, żeby słuchacz wiedział, na czym ma się koncentrować trololo), no generalnie miodzio. Niestety, słyszałem go już tak wiele razy, że urósł mi w głowie do rangi denerwującego earworma, który potrafi zupełnie znikąd zaatakować, i nie jestem w stanie go niczym wytruć. Raz jeszcze - to nie jest zły utwór, ale dla mnie nieco za bardzo zajechany przez radio. Nawet klip znałem niemal na pamięć, swego czasu musiał być katowany na MTV Classic czy czymś w tym stylu xD Generalnie daję okejkę, ale z dystansu.
The Velvet Underground & Nico - Femme Fatale
O The Velvet Underground wiem przede wszystkim tyle, że to ważny zespół był, Jim Kerr był jego fanem (to się dowiedziałem jako drugie), i w końcu udało mu się zaprosić Reeda do zrobienia króciutkiego cameo w utworze This Is Your Land z ich bodaj najważniejszej płyty, jaką była Street Fighting Years. A wiele lat później nagrali cover jednego numeru TVU, którego oryginału nie słyszałem do dziś xD Wiem też, że Reed nagrał album z Metallicą, z który to i on i Metallica zostali potwornie zjechani. Chyba nawet kiedyś pokusiłem się go sprawdzić, ale już nie pamiętam. A, tę płytę znam głównie dlatego, że też trzebaby pod kamieniem mieszkać, żeby nie kojarzyć słynnej okładki od Warhola. Co do samego utworu, jest... fajny. Ale też nie mogę powiedzieć zaskakująco czy nie zaskakująco, albowiem nie wiem sam, czego się miałem spodziewać. Reeda tam prawie nie ma, jest za to Nico, która śpiewa raczej cicho, ale ładnie wpasowuje się to w klimat samej piosenki. Ta jest wyjątkowo oszczędna, krótka do tego, to w jakiś sposób wiąże się z moimi wyobrażeniami dot. pewnych nurtów rocka w latach 70. Muszę dać okejkę, nolens volens, nie wiem co prawda, czy i kiedy sięgnę po resztę płyty, ale póki co mi się podoba ^^
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Dev ładnie zgadł trop, chyba że jednak przeczytał opis 
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Subjoi - Love Shy
Ten kawałek przypomina mi coś, o czym już zdarzało mi się w bestce wspominać, a są to mp3, które grały w menu cd dołączanego do Świata Gier Komputerowych. Były to zazwyczaj minutowe kawałki techno, lub inne elektroniczne, które zapętlały się. Jakość była zazwyczaj niska, co tworzyło efekt lo-fi. Numer wrzucony przez Murzyna ma taki vibe. Ten przester symulujący trochę klimat prawdziwego klubu (lub stania pod klubem) robi robotę. Muzyka taneczna w lo-fi to jest naprawdę coś kompletnie innego. Mogło mi nie siąść, ale siadło.
10cc - I'm Not in Love
Grunt to podstawa. Sporo z nas już tutaj „wpuszczało” rodziców do Bestki, i to są fajne wrzuty, bo pokazują czego się od starych nauczyliśmy, co przejęliśmy, w jaki sposób otworzyliśmy się na muzykę, z którą się nas generalnie nie kojarzy (z nami samymi łącznie). Musiał, podobnie jak ja, wychował się w domu gdzie muzyki słuchało się dużo i z oddaniem. Na 10cc znam się tak raczej słabo, więc nie wiedziałem czego się spodziewać, ale takiego pół-ambientu, to się na pewno nie spodziewałem! Piękna piosenka, doskonałe melodie, świetny wokal, a do tego niespodziewana oprawa muzyczna. Jeśli to połączyć jeszcze ze wspomnieniami dochodzącymi do nas z pradawnych lat szczenięcych, kiedy uznawaliśmy jeszcze rodziców za nadludzi, to już w ogóle. Chamsko zakończę cytatem z Diuny: „Chyba nie ma straszliwszego olśnienia nad to, w którym odkrywasz, iż twój ojciec jest człowiekiem w ludzkim ciele.„
Morte Macabre - Apoteosi del Mistero
„Sześć przearanżowanych klasycznych kompozycji z filmów grozy i kina eksploatacji”, trudno o lepszą rekomendację. Fajnie, że nie tylko Goblin łączyli w historii proga, rocka z horrorem. Są to klimaty, które zdecydowanie mi się udzielają. W „Apoteosi…” chyba tylko brzmienie gitary zdradza kiedy to zostało nagrane, w innym wypadku dałbym się nabrać, że to jakiś zaginiony prog z lat 70 (no dobra, ten przefuzzowany bas też brzmi współcześniej). Z jednej strony szkoda, że to takie krótkie, a z drugiej, mam za sobą świeże jeszcze seanse z „100th Window” gdzie każdy kawałek był przejedzeniem, więc może lepiej tak. O ile nazwa Symphonic Holocaust jest mocno cringowa, to mnie to nie zatrzyma przed sprawdzeniem tej płyty. Wizytówka kapitalna. Ok, może momentami to jest taki „Epitaph” na kiju, ale to dobry kij jest.
Charles & Eddie - Would I Lie To You
Ale Wujasty, umawialiśmy się, że tu klipów nie dajemy. Wystarczy, że już Melki gwałcił tę zasadę na prawo i lewo. Kawałek znam, ale mówiąc szczerze, nigdy nie wiedziałem co to jest, kto to wykonuje, jak się nazywa, itd. Wujas bawi i uczy. Creepy czytać, że Charles Pettigrew zmarł w wieku 37, bo ja akurat tyle mam. Dobra piosenka, doskonałe wokale. Może lekki endżoj, ale Shodan nie przekroczył żadnej granicy, no na pewno nie jest to coś w rodzaju „Children”. Dobrze wiedzieć w końcu co to za piosenka, może i nawet cały album bym sprawdził. Chłopaki wyglądają jak jakieś proto Milli Vanilli, ale bez ściemy.
The Velvet Underground and Nico - Femme Fatale
Kurde. Kojarzę ten numer, ale nie wiem skąd. Kurde no nie ważne, może w jakimś serialu był, nie wiem. W każdym razie, trudno mi sobie wyobrazić lepsze zaproszenie do Velvet Underground, kawałek jest fenomenalny. Jazzowe akordy mnie kompletnie rozczulają i rozkładają. Wokal Nico ma tę szczerość, której już w muzyce nie ma (lekkie fałsze, dziwaczny akcent, kto by to puścił w dzisiejszych czasach?). Wszystko tu się składa na taką małą perełkę muzyczną. Nie tego się spodziewałem, ale dostałem mocno w papę dobrą muzyką. Kocham bestkę za takie momenty jak ten. Wrzucam numer, w odpowiedzi Mentos od razu wrzuca coś innego, i jest pozamiatane. Zdecydowanie odkrycie kolejki. Btw czytnąłem na wikipedii, że Nico nienawidziła tego „feme fejtaaal”, bo w jej języku wymawiało się to „fam fatal”. I ja ją doskonale rozumiem, bo u nas też się to w taki sposób wymawia. Te zaśpiewy Lou Reeda są cringowe, ale oczywiście kawałek w ogóle na tym nie traci. Wręcz jestem w stanie sobie wyobrazić jak oni to wykonują, i ona przewraca oczami za każdym razem kiedy ta banda idiotów śpiewa „szizefemfeeejtaaal”. Album zdążyłem już przesłuchać, nie było gładko, ale jednocześnie wiem, że będę wracał. W ogóle, wplątało mi się w plejlistę jakieś live wykonanie „Sister Ray” (które znałem do tej pory tylko w wersji Joy Division), które ma ponad 30 minut ;ooooo
Kolejka marzenie. Same doskonałe odkrycia, same dobre utwory. Przy każdym kolejnym miałem ochotę napisać „odkrycie kolejki”, ale koronę zgarnia Mentos (zresztą wstyd, że to jest w ogóle odkrycie, na tym etapie mojego obcowania z muzyką). Reszta gniecie się razem na drugi miejscu. Za takie kolejki kocham bestkę najbardziej. Melki nie wie co traci, ale jego sprawa.
Ten kawałek przypomina mi coś, o czym już zdarzało mi się w bestce wspominać, a są to mp3, które grały w menu cd dołączanego do Świata Gier Komputerowych. Były to zazwyczaj minutowe kawałki techno, lub inne elektroniczne, które zapętlały się. Jakość była zazwyczaj niska, co tworzyło efekt lo-fi. Numer wrzucony przez Murzyna ma taki vibe. Ten przester symulujący trochę klimat prawdziwego klubu (lub stania pod klubem) robi robotę. Muzyka taneczna w lo-fi to jest naprawdę coś kompletnie innego. Mogło mi nie siąść, ale siadło.
10cc - I'm Not in Love
Grunt to podstawa. Sporo z nas już tutaj „wpuszczało” rodziców do Bestki, i to są fajne wrzuty, bo pokazują czego się od starych nauczyliśmy, co przejęliśmy, w jaki sposób otworzyliśmy się na muzykę, z którą się nas generalnie nie kojarzy (z nami samymi łącznie). Musiał, podobnie jak ja, wychował się w domu gdzie muzyki słuchało się dużo i z oddaniem. Na 10cc znam się tak raczej słabo, więc nie wiedziałem czego się spodziewać, ale takiego pół-ambientu, to się na pewno nie spodziewałem! Piękna piosenka, doskonałe melodie, świetny wokal, a do tego niespodziewana oprawa muzyczna. Jeśli to połączyć jeszcze ze wspomnieniami dochodzącymi do nas z pradawnych lat szczenięcych, kiedy uznawaliśmy jeszcze rodziców za nadludzi, to już w ogóle. Chamsko zakończę cytatem z Diuny: „Chyba nie ma straszliwszego olśnienia nad to, w którym odkrywasz, iż twój ojciec jest człowiekiem w ludzkim ciele.„
Morte Macabre - Apoteosi del Mistero
„Sześć przearanżowanych klasycznych kompozycji z filmów grozy i kina eksploatacji”, trudno o lepszą rekomendację. Fajnie, że nie tylko Goblin łączyli w historii proga, rocka z horrorem. Są to klimaty, które zdecydowanie mi się udzielają. W „Apoteosi…” chyba tylko brzmienie gitary zdradza kiedy to zostało nagrane, w innym wypadku dałbym się nabrać, że to jakiś zaginiony prog z lat 70 (no dobra, ten przefuzzowany bas też brzmi współcześniej). Z jednej strony szkoda, że to takie krótkie, a z drugiej, mam za sobą świeże jeszcze seanse z „100th Window” gdzie każdy kawałek był przejedzeniem, więc może lepiej tak. O ile nazwa Symphonic Holocaust jest mocno cringowa, to mnie to nie zatrzyma przed sprawdzeniem tej płyty. Wizytówka kapitalna. Ok, może momentami to jest taki „Epitaph” na kiju, ale to dobry kij jest.
Charles & Eddie - Would I Lie To You
Ale Wujasty, umawialiśmy się, że tu klipów nie dajemy. Wystarczy, że już Melki gwałcił tę zasadę na prawo i lewo. Kawałek znam, ale mówiąc szczerze, nigdy nie wiedziałem co to jest, kto to wykonuje, jak się nazywa, itd. Wujas bawi i uczy. Creepy czytać, że Charles Pettigrew zmarł w wieku 37, bo ja akurat tyle mam. Dobra piosenka, doskonałe wokale. Może lekki endżoj, ale Shodan nie przekroczył żadnej granicy, no na pewno nie jest to coś w rodzaju „Children”. Dobrze wiedzieć w końcu co to za piosenka, może i nawet cały album bym sprawdził. Chłopaki wyglądają jak jakieś proto Milli Vanilli, ale bez ściemy.
The Velvet Underground and Nico - Femme Fatale
Kurde. Kojarzę ten numer, ale nie wiem skąd. Kurde no nie ważne, może w jakimś serialu był, nie wiem. W każdym razie, trudno mi sobie wyobrazić lepsze zaproszenie do Velvet Underground, kawałek jest fenomenalny. Jazzowe akordy mnie kompletnie rozczulają i rozkładają. Wokal Nico ma tę szczerość, której już w muzyce nie ma (lekkie fałsze, dziwaczny akcent, kto by to puścił w dzisiejszych czasach?). Wszystko tu się składa na taką małą perełkę muzyczną. Nie tego się spodziewałem, ale dostałem mocno w papę dobrą muzyką. Kocham bestkę za takie momenty jak ten. Wrzucam numer, w odpowiedzi Mentos od razu wrzuca coś innego, i jest pozamiatane. Zdecydowanie odkrycie kolejki. Btw czytnąłem na wikipedii, że Nico nienawidziła tego „feme fejtaaal”, bo w jej języku wymawiało się to „fam fatal”. I ja ją doskonale rozumiem, bo u nas też się to w taki sposób wymawia. Te zaśpiewy Lou Reeda są cringowe, ale oczywiście kawałek w ogóle na tym nie traci. Wręcz jestem w stanie sobie wyobrazić jak oni to wykonują, i ona przewraca oczami za każdym razem kiedy ta banda idiotów śpiewa „szizefemfeeejtaaal”. Album zdążyłem już przesłuchać, nie było gładko, ale jednocześnie wiem, że będę wracał. W ogóle, wplątało mi się w plejlistę jakieś live wykonanie „Sister Ray” (które znałem do tej pory tylko w wersji Joy Division), które ma ponad 30 minut ;ooooo
Kolejka marzenie. Same doskonałe odkrycia, same dobre utwory. Przy każdym kolejnym miałem ochotę napisać „odkrycie kolejki”, ale koronę zgarnia Mentos (zresztą wstyd, że to jest w ogóle odkrycie, na tym etapie mojego obcowania z muzyką). Reszta gniecie się razem na drugi miejscu. Za takie kolejki kocham bestkę najbardziej. Melki nie wie co traci, ale jego sprawa.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Kurde sorry za ten teledysk. Oglądałem go chwilę wcześniej i odruchowo, bezmyślnie przekleiłem ten link.
A album sprawdziłem i jest naprawdę zaskakująco dobry.
A album sprawdziłem i jest naprawdę zaskakująco dobry.
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
John Cale – Fear is a Man’s Best Friend
Ja szczerze mówiąc niezbyt często myślę o strachu, chociaż czasami się zdarza. Zazwyczaj w kontekście obawy o stratę innych osób, jak nie młodzi już rodzice czy mój wujek – kompan do grania w karty, szachy, kości od najmłodszych lat, który jest bardzo schorowany. Czasami dopadały mnie takie przemyślenia co to będzie, jak tych osób kiedyś zabraknie. Boję się też starości i śmierci, chociaż to mam nadzieję jeszcze dosyć odległa perspektywa. Jeszcze bardziej boję się jakiejś ciężkiej choroby, która zmieniłaby mnie jako człowieka, pozbawiła przyjemności i uczyniła z życia udrękę. Odpędzam takie myśli jak mogę, ale gdy się u innych widzi takie dramaty, to mimowolnie myśli się od razu o sobie i innych bliskich osobach. Boję się też o dzieci. Szczególnie jak były młodsze, to byłem strasznym panikarzem i bałem się o ich bezpieczeństwo na każdym kroku. Mój kolega parę lat temu kupił jedynemu synowi samochód na 18-te urodziny. I ten syn na pierwszej przejażdżce się nim zabił. Takie przypadki dają do myślenia jak cholera. Niebezpieczeństwo czai się wszędzie.
No ale przejdźmy do samego utworu. Powiem szczerze, że na początku mnie ten utwór strasznie odrzucał. Głównie za sprawą wokalu Johna. Ale się przegryzło. Bo utwór jest całkiem niezły. Warstwa dźwiękowa też przyjemna. Ładne pianino, ładne gitary. Rzeczywiście jest klasycznie i teraz słucha mi się tego nawet przyjemnie. Nawet do wokalu się przyzwyczaiłem i to pierwsze niezbyt pozytywne wrażenie się zatarło. Nasza bestka jest pod tym względem fajna, że niejako zmusza człowieka do wielokrotnego posłuchania czegoś nawet w sytuacji, gdy coś na początku odrzuca. Gdybym ten utwór sam gdzieś usłyszał, to jestem pewien, że z własnej woli przenigdy bym do niego nie wrócił. A tak nawet czuję teraz pewne zainteresowanie gościem.
Subjoi - Love Shy
Muzyka Murzyna z centrów handlowych vol. tysiąc pięćset sto dziewięćset. Tak, stripped już parę razy wrzucał nutę, jaka idealnie pasuje do puszczania właśnie w tle w centrach handlowych. I nie jest to jakaś obelga. Z mojego punktu widzenia taka muzyka nie jest jakoś bardzo absorbująca. W domu w fotelu czy na spacerze niezbyt bym to widział do słuchania w skupieniu. Ale właśnie jako muzyka tła jest to idealne. Bardzo mi się podoba, jak wchodzę gdzieś do sklepu i tam z głośników sączy się cicho tego typu muzyka. Od razu robi się miło i przyjemnie. Mogłoby też lecieć w tle w jakiejś restauracji, barze, windzie. Myślę nawet, że fajnie by się to sprawdziło podczas letniej przejażdżki o zachodzie słońca jakimiś amerykańskimi bezdrożami lub jeszcze lepiej drogą gdzieś nad brzegiem morza. To ma naprawdę taki totalnie letni klimat. Sam jestem zdziwiony, bo na początku też przewracałem oczami, ale podoba mi się.
10cc - I'm Not in Love
Znam utwór doskonale, choć nigdy nie wiedziałem, kto to wykonuje. Nie wiem czy dobrze zrozumiałem deva w kwestii tych chórków, ale utwór brzmi świetnie. Te właśnie chórki to jest coś, co bardzo lubię. Zanim przeczytałem opis, to myślałem, że to z klawisza leci.
Przede wszystkim to jest piękna kompozycja. Do tego warstwa brzmieniowa jest bardzo dobra. Te wszystkie instrumenty gustownie się przeplatają. Nic nie dominuje nad resztą (no może chwilami te chórki). Jest się w co wsłuchiwać. Lubię takie utwory, gdzie nawet najcichsze dźwięki robią robotę. Niby jest minimalistycznie, ale jednak sporo w tle się dzieje. Wokalnie też super. Jest piękny klimat. Nawet mostek mi się bardzo podoba.
Morte Macabre - Apoteosi del Mistero
Klimat utworu od początku mnie zaaferował. Jak przeczytałem opis, to już w ogóle. „Muzyka z filmów grozy” brzmi bardziej niż zachęcająco (mnie też od razy przychodzi do głowy Suspiria). Tym razem nie mellotron najbardziej mnie tu ujmuje, a upiorne chórki. One mi się zresztą zawsze kojarzą na dwa sposoby – albo z klimatami bajek Disneya albo z horrorami właśnie. Wiem, że to niby przeciwstawne zupełnie światy, ale tak jest. Tutaj od pierwszych sekund miałem kosmicznie miłe skojarzenia, a mianowicie z grą Blood 2: the Chosen. Tam soundtrack bazuje wręcz na takich chórkach. A klimat gry naprawdę zabijał. Był nieprawdopodobnie creepy. Słysząc chórki w Apoteosi del Mistero widzę od razu oczami wyobraźni mrocznego Caleba w długim płaszczu idącego torami metra z dwoma gnatami w dłoniach jak w intro do Blooda. Jeśli ktoś lubi takie upiorne klimaty, to powinien posłuchać tego OSTa.
Ja na bank sprawdzę cały album MM. I to nawet dziś na spacerze, bo pogoda jest idealna do takiej nuty.
The Velvet Underground and Nico - Femme Fatale
Chyba rzeczywiście żyłem pod kamieniem, bo tę okładkę z bananem widzę pierwszy raz w życiu. Nazwa zespołu też mi nic nie mówi. A sam utwór w sumie nie jest zły, chociaż te chórki robią mi tu krecią robotę. Nadają utworowi takiego beatlesowego klimatu. A za Beatlesami szczerze mówiąc nie przepadam. Poza tymi chórkami jest całkiem spoko. Spokojna piosenka, perka sobie cyka delikatnie, gitarki plumkają. Pani ładnie śpiewa, choć byłem na początku przekonany, że to jakiś facet. Serio. Czyli podsumowując – utwór spoko, choć chórki ewidentnie do wycięcia.
No i całkiem zgrabna kolejka wyszła, choć na początku prawie na wszystko mehałem. W sumie często tak mam.
Ja szczerze mówiąc niezbyt często myślę o strachu, chociaż czasami się zdarza. Zazwyczaj w kontekście obawy o stratę innych osób, jak nie młodzi już rodzice czy mój wujek – kompan do grania w karty, szachy, kości od najmłodszych lat, który jest bardzo schorowany. Czasami dopadały mnie takie przemyślenia co to będzie, jak tych osób kiedyś zabraknie. Boję się też starości i śmierci, chociaż to mam nadzieję jeszcze dosyć odległa perspektywa. Jeszcze bardziej boję się jakiejś ciężkiej choroby, która zmieniłaby mnie jako człowieka, pozbawiła przyjemności i uczyniła z życia udrękę. Odpędzam takie myśli jak mogę, ale gdy się u innych widzi takie dramaty, to mimowolnie myśli się od razu o sobie i innych bliskich osobach. Boję się też o dzieci. Szczególnie jak były młodsze, to byłem strasznym panikarzem i bałem się o ich bezpieczeństwo na każdym kroku. Mój kolega parę lat temu kupił jedynemu synowi samochód na 18-te urodziny. I ten syn na pierwszej przejażdżce się nim zabił. Takie przypadki dają do myślenia jak cholera. Niebezpieczeństwo czai się wszędzie.
No ale przejdźmy do samego utworu. Powiem szczerze, że na początku mnie ten utwór strasznie odrzucał. Głównie za sprawą wokalu Johna. Ale się przegryzło. Bo utwór jest całkiem niezły. Warstwa dźwiękowa też przyjemna. Ładne pianino, ładne gitary. Rzeczywiście jest klasycznie i teraz słucha mi się tego nawet przyjemnie. Nawet do wokalu się przyzwyczaiłem i to pierwsze niezbyt pozytywne wrażenie się zatarło. Nasza bestka jest pod tym względem fajna, że niejako zmusza człowieka do wielokrotnego posłuchania czegoś nawet w sytuacji, gdy coś na początku odrzuca. Gdybym ten utwór sam gdzieś usłyszał, to jestem pewien, że z własnej woli przenigdy bym do niego nie wrócił. A tak nawet czuję teraz pewne zainteresowanie gościem.
Subjoi - Love Shy
Muzyka Murzyna z centrów handlowych vol. tysiąc pięćset sto dziewięćset. Tak, stripped już parę razy wrzucał nutę, jaka idealnie pasuje do puszczania właśnie w tle w centrach handlowych. I nie jest to jakaś obelga. Z mojego punktu widzenia taka muzyka nie jest jakoś bardzo absorbująca. W domu w fotelu czy na spacerze niezbyt bym to widział do słuchania w skupieniu. Ale właśnie jako muzyka tła jest to idealne. Bardzo mi się podoba, jak wchodzę gdzieś do sklepu i tam z głośników sączy się cicho tego typu muzyka. Od razu robi się miło i przyjemnie. Mogłoby też lecieć w tle w jakiejś restauracji, barze, windzie. Myślę nawet, że fajnie by się to sprawdziło podczas letniej przejażdżki o zachodzie słońca jakimiś amerykańskimi bezdrożami lub jeszcze lepiej drogą gdzieś nad brzegiem morza. To ma naprawdę taki totalnie letni klimat. Sam jestem zdziwiony, bo na początku też przewracałem oczami, ale podoba mi się.
10cc - I'm Not in Love
Znam utwór doskonale, choć nigdy nie wiedziałem, kto to wykonuje. Nie wiem czy dobrze zrozumiałem deva w kwestii tych chórków, ale utwór brzmi świetnie. Te właśnie chórki to jest coś, co bardzo lubię. Zanim przeczytałem opis, to myślałem, że to z klawisza leci.
Przede wszystkim to jest piękna kompozycja. Do tego warstwa brzmieniowa jest bardzo dobra. Te wszystkie instrumenty gustownie się przeplatają. Nic nie dominuje nad resztą (no może chwilami te chórki). Jest się w co wsłuchiwać. Lubię takie utwory, gdzie nawet najcichsze dźwięki robią robotę. Niby jest minimalistycznie, ale jednak sporo w tle się dzieje. Wokalnie też super. Jest piękny klimat. Nawet mostek mi się bardzo podoba.
Morte Macabre - Apoteosi del Mistero
Klimat utworu od początku mnie zaaferował. Jak przeczytałem opis, to już w ogóle. „Muzyka z filmów grozy” brzmi bardziej niż zachęcająco (mnie też od razy przychodzi do głowy Suspiria). Tym razem nie mellotron najbardziej mnie tu ujmuje, a upiorne chórki. One mi się zresztą zawsze kojarzą na dwa sposoby – albo z klimatami bajek Disneya albo z horrorami właśnie. Wiem, że to niby przeciwstawne zupełnie światy, ale tak jest. Tutaj od pierwszych sekund miałem kosmicznie miłe skojarzenia, a mianowicie z grą Blood 2: the Chosen. Tam soundtrack bazuje wręcz na takich chórkach. A klimat gry naprawdę zabijał. Był nieprawdopodobnie creepy. Słysząc chórki w Apoteosi del Mistero widzę od razu oczami wyobraźni mrocznego Caleba w długim płaszczu idącego torami metra z dwoma gnatami w dłoniach jak w intro do Blooda. Jeśli ktoś lubi takie upiorne klimaty, to powinien posłuchać tego OSTa.
Ja na bank sprawdzę cały album MM. I to nawet dziś na spacerze, bo pogoda jest idealna do takiej nuty.
The Velvet Underground and Nico - Femme Fatale
Chyba rzeczywiście żyłem pod kamieniem, bo tę okładkę z bananem widzę pierwszy raz w życiu. Nazwa zespołu też mi nic nie mówi. A sam utwór w sumie nie jest zły, chociaż te chórki robią mi tu krecią robotę. Nadają utworowi takiego beatlesowego klimatu. A za Beatlesami szczerze mówiąc nie przepadam. Poza tymi chórkami jest całkiem spoko. Spokojna piosenka, perka sobie cyka delikatnie, gitarki plumkają. Pani ładnie śpiewa, choć byłem na początku przekonany, że to jakiś facet. Serio. Czyli podsumowując – utwór spoko, choć chórki ewidentnie do wycięcia.
No i całkiem zgrabna kolejka wyszła, choć na początku prawie na wszystko mehałem. W sumie często tak mam.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Te chórki też do zrobienia na melotronie, on ma standardowo trzy brzmienia wpakowane na taśmach
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
John Cale - Fear Is A Man's Best Friend
Zdziwiłem się nieco opisem bo mentos wrzucał Cale'a i chyba nie wspomniał nawet o tych jego konotacjach z Velvet Underground. Kawałek jest naprawdę spoko, strach to nieodłączny element życia a Cale zgrabnie ujął to w formę piosenki, jest nieco teatralnie a nieco jakby... z jajem i brzmi mi to jak coś co mógłby nagrać Stan Ridgway. Słuchając gdzieś mi ten fortepian się chwilami kojarzył też z Guiding Light wrzucanym przez Dragona (swoją drogą koniecznie muszę wrócić do Television). Ogólnie ładna melodia fortepianu, kawałek o czymś, dziwaczna i śmiechowa końcówka, dobra pioseneczka leci okejeczka.
10cc - I'm Not In Love
Twórczość tej grupy znam słabiutko a to co znam ma rozstrzał jak z Bełchatowa do Szczecina, z jednej strony wrzucony przez deva teraz numer a z drugiej... prawdopodobnie drugi najbardziej znany biały numer reggae obok Sunshine Reggae czyli Dreadlock Holiday. Utwór I'm Not In Love to klasyczek który poznałem z jednej z odsłon DŻI TI EJ i od razu polubiłem właśnie za te mięciutkie wall of sound chórki. Piękna 70sowa soft rockowa ballada o arcyprzyjemnej produkcji, bardzo miło było wrócić po długiej przerwie.
Morte Macabre - Apoteosi Del Mistero
Nieco mroczna, pogrzebowa nutka, teoretycznie powinno mi wchodzić chyba bo akurat z pogrzebu sąsiada wróciłem acz myślę że to lepiej by zdało egzamin jakoś jesienią, bo w kwestii muzy jak widać po mojej wrzutce już mi bardziej wiosna po głowie chodzi. Podoba mi się ten pierdzący przester na basie, spoko smyczki itd, numer zasadniczo jest dobry i nie mam się do czego przyczepić. Trochę taka rockowa opera tylko jak mówię nie siedzi mi takie symfoniczne granie na ten moment jakoś. Taki kciuk w bok bynajmniej nie z winy wykonawcy ni wrzucającego.
Charles & Eddie - Would I Lie To You
Kolejny powrót do znanego przeboju, byłem przekonany że tą wrzutkę zmeham ale nic podobnego. Stało się raczej tak jak u Wujka, wróciłem po latach i dopiero usłyszałem te wszystkie łakocie w tym numerze. To jest jeden z takich kawałków które lubi moja mama i z automatu je odrzucałem dawniej. A wokale są spoko (ten długowłosy ma głos nieco jak Simply Red), aranż też naprawdę przyjemny, ciepły, brzmi nieco jak czołówka jakiegoś serialu obyczajowego z lat 90., kiedy wchodzi mostek podobają mi się klawisze, funky gitara no i perkusyjny breakbeat potem. Kurczę to jest serio klasa numer ale potrzeba było Wuja by mi to uświadomił, piękne dzięki
The Velvet Underground - Femme Fatale
Z tym zespołem kojarzę niewiele poza bananem z okładki, Lou Reeda solo jakiś numer znam bardziej a tej grupy nic chyba, dzięki mentosowi mogę nadrobić. A jest kurde co, nie wiem jak ten numer ma się do reszty albumu ale brzmi jak zajebista obskjurowa perełka. Melodia gitary z miejsca mnie urzekła, ta kijowa jakość wokali trochę też xD fajny kawałek o złej kobiecie, o, tego nigdy dość, znam takich kilka hehe. Męskie chórki pieknie uzupełniają refren. Kurczę tu naprawdę skromnie jest to zrobione i w tym wypadku mniej znaczy więcej, kupuję tę oszczędność w zupełności, dobra piosenka broni się sama, mentos powraca w chwale i zapodaje faworyta tej naprawdę niezłej kolejki! Jeśli to jest teaser albumu to jestem zachęcony w 100%, mogę mieć tylko obawę czy reszta płyty dojeżdża do takiego poziomu
Zdziwiłem się nieco opisem bo mentos wrzucał Cale'a i chyba nie wspomniał nawet o tych jego konotacjach z Velvet Underground. Kawałek jest naprawdę spoko, strach to nieodłączny element życia a Cale zgrabnie ujął to w formę piosenki, jest nieco teatralnie a nieco jakby... z jajem i brzmi mi to jak coś co mógłby nagrać Stan Ridgway. Słuchając gdzieś mi ten fortepian się chwilami kojarzył też z Guiding Light wrzucanym przez Dragona (swoją drogą koniecznie muszę wrócić do Television). Ogólnie ładna melodia fortepianu, kawałek o czymś, dziwaczna i śmiechowa końcówka, dobra pioseneczka leci okejeczka.
10cc - I'm Not In Love
Twórczość tej grupy znam słabiutko a to co znam ma rozstrzał jak z Bełchatowa do Szczecina, z jednej strony wrzucony przez deva teraz numer a z drugiej... prawdopodobnie drugi najbardziej znany biały numer reggae obok Sunshine Reggae czyli Dreadlock Holiday. Utwór I'm Not In Love to klasyczek który poznałem z jednej z odsłon DŻI TI EJ i od razu polubiłem właśnie za te mięciutkie wall of sound chórki. Piękna 70sowa soft rockowa ballada o arcyprzyjemnej produkcji, bardzo miło było wrócić po długiej przerwie.
Morte Macabre - Apoteosi Del Mistero
Nieco mroczna, pogrzebowa nutka, teoretycznie powinno mi wchodzić chyba bo akurat z pogrzebu sąsiada wróciłem acz myślę że to lepiej by zdało egzamin jakoś jesienią, bo w kwestii muzy jak widać po mojej wrzutce już mi bardziej wiosna po głowie chodzi. Podoba mi się ten pierdzący przester na basie, spoko smyczki itd, numer zasadniczo jest dobry i nie mam się do czego przyczepić. Trochę taka rockowa opera tylko jak mówię nie siedzi mi takie symfoniczne granie na ten moment jakoś. Taki kciuk w bok bynajmniej nie z winy wykonawcy ni wrzucającego.
Charles & Eddie - Would I Lie To You
Kolejny powrót do znanego przeboju, byłem przekonany że tą wrzutkę zmeham ale nic podobnego. Stało się raczej tak jak u Wujka, wróciłem po latach i dopiero usłyszałem te wszystkie łakocie w tym numerze. To jest jeden z takich kawałków które lubi moja mama i z automatu je odrzucałem dawniej. A wokale są spoko (ten długowłosy ma głos nieco jak Simply Red), aranż też naprawdę przyjemny, ciepły, brzmi nieco jak czołówka jakiegoś serialu obyczajowego z lat 90., kiedy wchodzi mostek podobają mi się klawisze, funky gitara no i perkusyjny breakbeat potem. Kurczę to jest serio klasa numer ale potrzeba było Wuja by mi to uświadomił, piękne dzięki
The Velvet Underground - Femme Fatale
Z tym zespołem kojarzę niewiele poza bananem z okładki, Lou Reeda solo jakiś numer znam bardziej a tej grupy nic chyba, dzięki mentosowi mogę nadrobić. A jest kurde co, nie wiem jak ten numer ma się do reszty albumu ale brzmi jak zajebista obskjurowa perełka. Melodia gitary z miejsca mnie urzekła, ta kijowa jakość wokali trochę też xD fajny kawałek o złej kobiecie, o, tego nigdy dość, znam takich kilka hehe. Męskie chórki pieknie uzupełniają refren. Kurczę tu naprawdę skromnie jest to zrobione i w tym wypadku mniej znaczy więcej, kupuję tę oszczędność w zupełności, dobra piosenka broni się sama, mentos powraca w chwale i zapodaje faworyta tej naprawdę niezłej kolejki! Jeśli to jest teaser albumu to jestem zachęcony w 100%, mogę mieć tylko obawę czy reszta płyty dojeżdża do takiego poziomu
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Zapraszam panów Depeche i Mode
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Wleciałoby wczoraj, ale byłem poważnie zajęty (zmęczony). Wrzucę dziś wieczorem/w nocy.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Brzmi znajomo
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
John Cale - Fear Is A Man's Best Friend
W sumie jeszcze nie miałem sytuacji, w której najpierw odpowiedziałem na dany kawałek, a dopiero potem zabrałem się za pisanie o nim. O strachu pisać nie zamierzam, bo w sumie to 2023 przebiegł u mnie pod tym względem dość spokojnie (ale póki co odbijam sobie skutecznie tym rokiem xd). Nie napiszę też za dużo o tym, że nadal zalegam z X-Files i sam dobrze wiem, że to jest jeden z tych tekstów popkultury, które powinienem nadrobić. Ja po prostu napiszę, że to jest kapitalny kawałek, że John Cale jest taki o, bo jego pop jest jednocześnie zwiewny, zgrabny oraz przystępny i przy tym niebanalny (chryste, momentami serio brzmię jak porcysiak). Niby się wydaje człowiekowi, że taki kawałek mógłby napisać KAŻDY, ale prawda jest taka, że tak by być nie mogło, bo nawet jakby ktoś inny skomponował, nagrał i wyprodukował coś brzmiącego 1:1 jak to, to by się okazało, że brkauje tu tej ikry bożej, tej szczypty talentum czy ki czort. Kapitalne, autentyczne, muszę w końcu sięgnąć po więcej tego Cale'a kiedyś tam. Genialna wrzuta.
Subjoi - Love Shy
Czasem się zastanawiam co robiliście w tym okresie mojego życia, w którym na forum nie wchodziłem, ew. wbijałem raz na rok i, siłą rzeczy, nie utrzymywaliśmy relacji. Tera w sumie wiem. Jeśli nie pamiętacie/nie czytaliście moich dotychczasowych wypocin, to ja pod koniec 2016 byłem na etapie pisania licencjatu i zaangażowałem się w poważną relację, dzięki której byłem praktycznie cały czas we Wrocławiu (i ostatecznie tu pozostałem). Piszę o tym nie tylko, by zapchać czymś to pole tudzież cosplayować Musiała, ale dlatego, że tak se myślę, że moja ówczesna luba (która wcale nie jest dragonem wbrew obiegowej opinii) na luzie mogłaby mi ten kawałek sprzedać. No a co bym o niej nie powiedział, to gust miała okej, chociaż trochę zamknięty na elektronikę.
Dobra, kij z dygresjami - kolejna kapitalna rzecz w tej kolejce. Jak wy to robicie? Nie chcę się powtarzać za Murzynem, on napisał w sumie wszystko, a poza tym sami słyszeliście ten kawałek do ciężkiej cholery - ja totalnie kupuję jego vibe. Może to przez to, że słucham tej muzyki późnym wieczorem, a o tej porze taka muzyka wchodzi lepiej, ale jest w tym jakaś nostalgia, jest w tym jakaś przebojowość i jest unikalny vibe, który ciężko mi opisać w jakiś sensowny sposób, ale wywołuje we mnie praktycznie same pozytywne emocje. Kurde, kapitalna sprawa, może kiedyś odwiedzę tego Slava (nie czuję jak rymuje).
10cc - I'm Not In Love
Musiał kontynuuje swój dadrockowy strike - po niezłym Nazareth i jeszcze lepszym Blue Oyster Club wjeżdza kolejny evergreen. I to taki z gatunku takich, że trzeba żyć pod kamieniem, by go nie znać. Pochwalę za opis, bo szczerze mówiąc nigdy nie wgłębiałem się w twórczość tego zespołu, ani historię za tym kawałkiem, a bardzo lubię historie tego rodzaju i totalnie bym nie wpadł, że to rzecz praktycznie nagrana acapella. Też lubię ten oniryczny, lekko psychodelizujący klimat, nie wiem czy bym wpadł na skojarzenie z Eno, on chyba by jednak skorzystał z jakichkolwiek instrumentów, ale coś w tym może i jest. Na koniec tylko napiszę, że Strażnicy Galaktycy byli średni, chociaż rozumiem, że komuś się ten film mógł spodobać, bo jednak na Marvela to ujdzie. W każdym razie PROPSUJE.
Morte Macabre - Apoteosi del Mistero
Trochę się przeraziłem na pierwszy rzut kutasa widząc progresywny rock z lat 90, bo wiecie - to nie była szczególnie dobra dekada dla tego gatunku, tak delikatnie rzecz ująwszy. NO ALE szybko sobie uświadomiłem, że raczej kolega Robert nie uraczyłby nas jakimiś popłuczynami trzeciej kategorii i szybko się okazało, że mam rację. Koncept przerobienia soundtracku ze starego horroru na utwór King Crimson brzmi ciekawie i w sumie to ten kawałek brzmi dokładnie tak jak wyobrażam sobie realizację tego konceptu. Zaznaczę, że w wykonaniu prawdziwych ludzi, by nikt nie pomyślał, że chodziło mi po głowie jakieś AI-generated badziewie. Może trochę brakuje mi tu TEGO CZEGOŚ, co mają w sobie nagrania Frippa i spółki, ale ciągle mówimy o zestawianiu ze sobą rzeczy bardzo dobrej z wybitną. Nadal props.
Charles & Eddie - Would I Lie To You
W sumie ten kawałek tuż po wrzucie Smoka brzmi... ciekawie. W sumie też dołączam do grona tych co znali ze słyszenia, ale nie wiedzieli kogo to i czyje. I też bierę, generalnie to coś mi się ostatnio pokiełbasiło i radiowe hity z początku lat 90 wchodzą we mnie jak złe tak samo jakbym był w czasach, gdy znałem 3 zespoły na krzyż. xd W sumie spoko kawałek, może nie słyszę tu tego co Shodan, ale słyszę tu fajny pop ze spoko epoki dla muzyki rozrywkowej, który propsuję i któremu, nie wykluczam, mogę poświęcić więcej uwagi w bliżej nieokreślonej przyszłości.
Trochę się naspuszczałem nad waszymi kawałkami, ale kurde... znowu kapitalna kolejeczka. Jaca i Hien rozjebali po całości, Musiał w sumie poprawił, a na końcu dostałem fajnym coverbandem KC i niezgorszym popem. Wszystko wysokiej próby. Melczet może tylko żałować.
W sumie jeszcze nie miałem sytuacji, w której najpierw odpowiedziałem na dany kawałek, a dopiero potem zabrałem się za pisanie o nim. O strachu pisać nie zamierzam, bo w sumie to 2023 przebiegł u mnie pod tym względem dość spokojnie (ale póki co odbijam sobie skutecznie tym rokiem xd). Nie napiszę też za dużo o tym, że nadal zalegam z X-Files i sam dobrze wiem, że to jest jeden z tych tekstów popkultury, które powinienem nadrobić. Ja po prostu napiszę, że to jest kapitalny kawałek, że John Cale jest taki o, bo jego pop jest jednocześnie zwiewny, zgrabny oraz przystępny i przy tym niebanalny (chryste, momentami serio brzmię jak porcysiak). Niby się wydaje człowiekowi, że taki kawałek mógłby napisać KAŻDY, ale prawda jest taka, że tak by być nie mogło, bo nawet jakby ktoś inny skomponował, nagrał i wyprodukował coś brzmiącego 1:1 jak to, to by się okazało, że brkauje tu tej ikry bożej, tej szczypty talentum czy ki czort. Kapitalne, autentyczne, muszę w końcu sięgnąć po więcej tego Cale'a kiedyś tam. Genialna wrzuta.
Subjoi - Love Shy
Czasem się zastanawiam co robiliście w tym okresie mojego życia, w którym na forum nie wchodziłem, ew. wbijałem raz na rok i, siłą rzeczy, nie utrzymywaliśmy relacji. Tera w sumie wiem. Jeśli nie pamiętacie/nie czytaliście moich dotychczasowych wypocin, to ja pod koniec 2016 byłem na etapie pisania licencjatu i zaangażowałem się w poważną relację, dzięki której byłem praktycznie cały czas we Wrocławiu (i ostatecznie tu pozostałem). Piszę o tym nie tylko, by zapchać czymś to pole tudzież cosplayować Musiała, ale dlatego, że tak se myślę, że moja ówczesna luba (która wcale nie jest dragonem wbrew obiegowej opinii) na luzie mogłaby mi ten kawałek sprzedać. No a co bym o niej nie powiedział, to gust miała okej, chociaż trochę zamknięty na elektronikę.
Dobra, kij z dygresjami - kolejna kapitalna rzecz w tej kolejce. Jak wy to robicie? Nie chcę się powtarzać za Murzynem, on napisał w sumie wszystko, a poza tym sami słyszeliście ten kawałek do ciężkiej cholery - ja totalnie kupuję jego vibe. Może to przez to, że słucham tej muzyki późnym wieczorem, a o tej porze taka muzyka wchodzi lepiej, ale jest w tym jakaś nostalgia, jest w tym jakaś przebojowość i jest unikalny vibe, który ciężko mi opisać w jakiś sensowny sposób, ale wywołuje we mnie praktycznie same pozytywne emocje. Kurde, kapitalna sprawa, może kiedyś odwiedzę tego Slava (nie czuję jak rymuje).
10cc - I'm Not In Love
Musiał kontynuuje swój dadrockowy strike - po niezłym Nazareth i jeszcze lepszym Blue Oyster Club wjeżdza kolejny evergreen. I to taki z gatunku takich, że trzeba żyć pod kamieniem, by go nie znać. Pochwalę za opis, bo szczerze mówiąc nigdy nie wgłębiałem się w twórczość tego zespołu, ani historię za tym kawałkiem, a bardzo lubię historie tego rodzaju i totalnie bym nie wpadł, że to rzecz praktycznie nagrana acapella. Też lubię ten oniryczny, lekko psychodelizujący klimat, nie wiem czy bym wpadł na skojarzenie z Eno, on chyba by jednak skorzystał z jakichkolwiek instrumentów, ale coś w tym może i jest. Na koniec tylko napiszę, że Strażnicy Galaktycy byli średni, chociaż rozumiem, że komuś się ten film mógł spodobać, bo jednak na Marvela to ujdzie. W każdym razie PROPSUJE.
Morte Macabre - Apoteosi del Mistero
Trochę się przeraziłem na pierwszy rzut kutasa widząc progresywny rock z lat 90, bo wiecie - to nie była szczególnie dobra dekada dla tego gatunku, tak delikatnie rzecz ująwszy. NO ALE szybko sobie uświadomiłem, że raczej kolega Robert nie uraczyłby nas jakimiś popłuczynami trzeciej kategorii i szybko się okazało, że mam rację. Koncept przerobienia soundtracku ze starego horroru na utwór King Crimson brzmi ciekawie i w sumie to ten kawałek brzmi dokładnie tak jak wyobrażam sobie realizację tego konceptu. Zaznaczę, że w wykonaniu prawdziwych ludzi, by nikt nie pomyślał, że chodziło mi po głowie jakieś AI-generated badziewie. Może trochę brakuje mi tu TEGO CZEGOŚ, co mają w sobie nagrania Frippa i spółki, ale ciągle mówimy o zestawianiu ze sobą rzeczy bardzo dobrej z wybitną. Nadal props.
Charles & Eddie - Would I Lie To You
W sumie ten kawałek tuż po wrzucie Smoka brzmi... ciekawie. W sumie też dołączam do grona tych co znali ze słyszenia, ale nie wiedzieli kogo to i czyje. I też bierę, generalnie to coś mi się ostatnio pokiełbasiło i radiowe hity z początku lat 90 wchodzą we mnie jak złe tak samo jakbym był w czasach, gdy znałem 3 zespoły na krzyż. xd W sumie spoko kawałek, może nie słyszę tu tego co Shodan, ale słyszę tu fajny pop ze spoko epoki dla muzyki rozrywkowej, który propsuję i któremu, nie wykluczam, mogę poświęcić więcej uwagi w bliżej nieokreślonej przyszłości.
Trochę się naspuszczałem nad waszymi kawałkami, ale kurde... znowu kapitalna kolejeczka. Jaca i Hien rozjebali po całości, Musiał w sumie poprawił, a na końcu dostałem fajnym coverbandem KC i niezgorszym popem. Wszystko wysokiej próby. Melczet może tylko żałować.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
John Cale Fear is a Man's Best Friend
Grubymi nićmi szyta intryga z klamrą kolejki w postaci wrzutek ze świata Velvet Underground. Nie wychyliłem się zbytnio poza dyskografię zespołu, solowe rzeczy to dla mnie nieznane rejony. O strachu myślę całkiem sporo. Częściej o rzeczach, które mogą go wywołać, a potem okazuje się, że nie było tak źle. Tekst kawałka ma pewne liryczne walory, ale aranż i konwencja sprawiają, że nawet w takiej kwestii obojętnieję. Barowy klimacik z absolutnie nieznośnym, wręcz śmiesznym zakończeniem. Nie czuję tej estetyki, w ogóle mi się nie siada w kontekście treści trochę bardziej wybiegających poza codzienne banialuki. Do X-Files mam szacunek. Pewnie w trakcie oglądania mógłbym ten track pominąć, nie zwróciłbym na niego aż takiej uwagi. Numer rozpoczyna płytę, to nie zapowiada niczego dobrego. Rozumiem, choć na ten moment kompletnie nie kupuję.
BTW przez okropność ostatniej minuty dziwnie myślałem, że to znacznie świeższa rzecz.
Subjoi Love Shy
Zwrot o 180 stopni. Nie ukrywam, że znacznie częściej sięgałem po wersję hulającą na streamingach. Ta studnia nie musi być tak głęboka! Wtedy jakoś bardziej w ucho rzuca się przybrany styl niż okuratny bit i klasycznie house'owy zestaw hooków i sampli, nie powinno tak być. Pretensjonalne komentarze utwierdzają w tym, że czystsza wersja pasuje mi bardziej. Za dobra rzecz na klubową nutę, by przykrywać ją piwnicznym kurzem. Skłoniła mnie do powrotu w stronę innych letniaków rzucanych przez Mudżyna. Nic się nie dzieje, bo i tak muzyki z YT praktycznie nie słucham xD Ładnie poucinane, poskładane, bez zbędnego efekciarstwa, za to z wyraźnym mrugnięciem w stronę klasyki. Zachowuję Rework na dłużej w plecaku. Outsider Piwnica Mix mniej efektowny. W każdej wersji na pewno bardzo wdzięczny materiał pod didżejskie sety. Jest dobrze!
10cc I'm Not in Love
Dev w formie. Co forumowa zabawa to strzał w dziesiątkę. Nawet w ramach serii "Musiał dziaduje" robi to na tyle wdzięcznie, że budzi moje nieironiczne i dość duże zainteresowanie takimi zespołami jak Blue Oyster czy 10cc. Bardzo dobra selekta, odpowiedni czas i aura dookoła. Kojarzy mi się z oglądanymi dawno temu filmikami starotelewizyjnymi. Końcówka lat 90, jakaś mozaika planszy, a w tle leci radio i kawałek podobny do I'm Not In Love. Od razu cieplej na serduszku. Zgadzam się, że numer broni się do dziś. Faktycznie miejscami przypomina produkcje Eno, niektóre niedługo potem wydawane płyty Bowiego. Eksperymentalna pościelówa z niektórymi znajomo brzmiącymi patentami. Chóry brzmią jak późniejsze syntezatorowe imitacje, ten zabieg wyszedł świetnie. Do tego Moog trochę jak z funky jazzowego bangera, odpowiednie dramatyczne pianino, satysfakcjonująca interpretacja na wokalu. Te zakończenia zwrotek są po prostu urzekające. Najciekawsze odkrycie kolejki, łatwy zwycięzca po czasie.
Charles & Eddie Would I Lie To You
Miło po raz kolejny poznać autorów kolejnego dobrze znanego klasyka. Radiowy przebój, co tu dużo mówić. Lekki, z wyrazistymi melodiami. Bez pretensji, za to z naturalnym pozytywnym wajbem. Wokale działają, zapadają w pamięć. Pod nimi nie dzieje się zbyt wiele, ale to dobrze, żaden maksymalizm tutaj by nie wyszedł. 1992 rok, aż dziwne, że nie było tego w soundtracku GTA San Andreas, ja bym to słyszał tam w opór. Trochę na soulową nutkę. Najbardziej podoba mi się ten mostek przed ostatnim zwrotkorefrenem, nie wiem jak to nazwać tutaj. Normalnie smyki mogłyby irytować, ale zapodano je w bardzo oszczędnej dawce. Bardzo dobre pod zupełnie inny klimacik na dworze. Teraz wystarczy jako zapowiedź/wspomnienie nieznośnie przyjemnych gorących późnych godzin popołudniowych. Shodan dostarcza.
Velvet Underground/Nico Femme Fatale
Eno ma rację. Kanon kanonów, choć nie za często, przynajmniej w mojej bańce, pisze się o tej płycie. Poszanowanie za ikoniczne kawałki pokroju Heroin czy Sunday Morning, o okładce Warhola nawet nie wspominam. Potem uważnie przyglądam się nazwiskom i widzę te same twarze przy postach dt. VU oraz tych dotyczących promocji jakichś domorosłych tworów, muzyki lub koncertów. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jakie wrażenie płyta mogła zrobić pod koniec lat 60', ale to do dzisiaj jest kopalnia złotych piosenek. Urok i świadectwo epoki to sposób nagrania, miks. Albo poważnie głuchnę i nie jestem w stanie tego zatrzymać albo mam fałszywe wspomnienia z liceum, bo myślałem, że te nagrania były w lepszej jakości. Te 6-7 lat temu oczywistością było gruntowne poznanie płyty z bananem. Czy o niej dyskutowano w bliskich mi kręgach? W jakimś stopniu tak, skoro tak dobrze ją znam i naprawdę bardzo szanuję. Od lat nie wracam, ale wystarczą pojedyncze takty niektórych piosenek i znowu wszystko wiem, rozumiem, wielbię. Nie myślałem o niej w kontekście albumówki, hmm...
Femme Fatale, kurczę blade. Jednocześnie kojące, psychodeliczne i smutne, wsłuchajcie się tylko w ten tekst. Sprawia wrażenie stworzonego w naprawdę chałupniczych warunkach, co przy tak różnorakim sposobie odbioru roztapia mózg oraz kruszy czaszkę. Odpowiednio średnie chórki tylko to wzmacniają. To nie jest moja faworytka z całej płyty, ale i tak nie mam nic więcej do powiedzenia. Piękny pomnikowy klasyczek.
Grubymi nićmi szyta intryga z klamrą kolejki w postaci wrzutek ze świata Velvet Underground. Nie wychyliłem się zbytnio poza dyskografię zespołu, solowe rzeczy to dla mnie nieznane rejony. O strachu myślę całkiem sporo. Częściej o rzeczach, które mogą go wywołać, a potem okazuje się, że nie było tak źle. Tekst kawałka ma pewne liryczne walory, ale aranż i konwencja sprawiają, że nawet w takiej kwestii obojętnieję. Barowy klimacik z absolutnie nieznośnym, wręcz śmiesznym zakończeniem. Nie czuję tej estetyki, w ogóle mi się nie siada w kontekście treści trochę bardziej wybiegających poza codzienne banialuki. Do X-Files mam szacunek. Pewnie w trakcie oglądania mógłbym ten track pominąć, nie zwróciłbym na niego aż takiej uwagi. Numer rozpoczyna płytę, to nie zapowiada niczego dobrego. Rozumiem, choć na ten moment kompletnie nie kupuję.
BTW przez okropność ostatniej minuty dziwnie myślałem, że to znacznie świeższa rzecz.
Subjoi Love Shy
Zwrot o 180 stopni. Nie ukrywam, że znacznie częściej sięgałem po wersję hulającą na streamingach. Ta studnia nie musi być tak głęboka! Wtedy jakoś bardziej w ucho rzuca się przybrany styl niż okuratny bit i klasycznie house'owy zestaw hooków i sampli, nie powinno tak być. Pretensjonalne komentarze utwierdzają w tym, że czystsza wersja pasuje mi bardziej. Za dobra rzecz na klubową nutę, by przykrywać ją piwnicznym kurzem. Skłoniła mnie do powrotu w stronę innych letniaków rzucanych przez Mudżyna. Nic się nie dzieje, bo i tak muzyki z YT praktycznie nie słucham xD Ładnie poucinane, poskładane, bez zbędnego efekciarstwa, za to z wyraźnym mrugnięciem w stronę klasyki. Zachowuję Rework na dłużej w plecaku. Outsider Piwnica Mix mniej efektowny. W każdej wersji na pewno bardzo wdzięczny materiał pod didżejskie sety. Jest dobrze!
10cc I'm Not in Love
Dev w formie. Co forumowa zabawa to strzał w dziesiątkę. Nawet w ramach serii "Musiał dziaduje" robi to na tyle wdzięcznie, że budzi moje nieironiczne i dość duże zainteresowanie takimi zespołami jak Blue Oyster czy 10cc. Bardzo dobra selekta, odpowiedni czas i aura dookoła. Kojarzy mi się z oglądanymi dawno temu filmikami starotelewizyjnymi. Końcówka lat 90, jakaś mozaika planszy, a w tle leci radio i kawałek podobny do I'm Not In Love. Od razu cieplej na serduszku. Zgadzam się, że numer broni się do dziś. Faktycznie miejscami przypomina produkcje Eno, niektóre niedługo potem wydawane płyty Bowiego. Eksperymentalna pościelówa z niektórymi znajomo brzmiącymi patentami. Chóry brzmią jak późniejsze syntezatorowe imitacje, ten zabieg wyszedł świetnie. Do tego Moog trochę jak z funky jazzowego bangera, odpowiednie dramatyczne pianino, satysfakcjonująca interpretacja na wokalu. Te zakończenia zwrotek są po prostu urzekające. Najciekawsze odkrycie kolejki, łatwy zwycięzca po czasie.
Charles & Eddie Would I Lie To You
Miło po raz kolejny poznać autorów kolejnego dobrze znanego klasyka. Radiowy przebój, co tu dużo mówić. Lekki, z wyrazistymi melodiami. Bez pretensji, za to z naturalnym pozytywnym wajbem. Wokale działają, zapadają w pamięć. Pod nimi nie dzieje się zbyt wiele, ale to dobrze, żaden maksymalizm tutaj by nie wyszedł. 1992 rok, aż dziwne, że nie było tego w soundtracku GTA San Andreas, ja bym to słyszał tam w opór. Trochę na soulową nutkę. Najbardziej podoba mi się ten mostek przed ostatnim zwrotkorefrenem, nie wiem jak to nazwać tutaj. Normalnie smyki mogłyby irytować, ale zapodano je w bardzo oszczędnej dawce. Bardzo dobre pod zupełnie inny klimacik na dworze. Teraz wystarczy jako zapowiedź/wspomnienie nieznośnie przyjemnych gorących późnych godzin popołudniowych. Shodan dostarcza.
Velvet Underground/Nico Femme Fatale
Eno ma rację. Kanon kanonów, choć nie za często, przynajmniej w mojej bańce, pisze się o tej płycie. Poszanowanie za ikoniczne kawałki pokroju Heroin czy Sunday Morning, o okładce Warhola nawet nie wspominam. Potem uważnie przyglądam się nazwiskom i widzę te same twarze przy postach dt. VU oraz tych dotyczących promocji jakichś domorosłych tworów, muzyki lub koncertów. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jakie wrażenie płyta mogła zrobić pod koniec lat 60', ale to do dzisiaj jest kopalnia złotych piosenek. Urok i świadectwo epoki to sposób nagrania, miks. Albo poważnie głuchnę i nie jestem w stanie tego zatrzymać albo mam fałszywe wspomnienia z liceum, bo myślałem, że te nagrania były w lepszej jakości. Te 6-7 lat temu oczywistością było gruntowne poznanie płyty z bananem. Czy o niej dyskutowano w bliskich mi kręgach? W jakimś stopniu tak, skoro tak dobrze ją znam i naprawdę bardzo szanuję. Od lat nie wracam, ale wystarczą pojedyncze takty niektórych piosenek i znowu wszystko wiem, rozumiem, wielbię. Nie myślałem o niej w kontekście albumówki, hmm...
Femme Fatale, kurczę blade. Jednocześnie kojące, psychodeliczne i smutne, wsłuchajcie się tylko w ten tekst. Sprawia wrażenie stworzonego w naprawdę chałupniczych warunkach, co przy tak różnorakim sposobie odbioru roztapia mózg oraz kruszy czaszkę. Odpowiednio średnie chórki tylko to wzmacniają. To nie jest moja faworytka z całej płyty, ale i tak nie mam nic więcej do powiedzenia. Piękny pomnikowy klasyczek.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Dojeżdża w chooy, nic tylko słuchać prosz!stripped pisze:15 lut 2024 15:43mogę mieć tylko obawę czy reszta płyty dojeżdża do takiego poziomu
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
"My peoples are you with me? Where you at? In the front, in the back, Killa Beez on attack!"
Wu-Tang Clan - Da Mystery of Chessboxin'
(1993)
Dawno, dawno teeeemu, gdy wrzucałem do bestki filmowej taki film Ghost Dog wspomniałem o tym, że za ścieżkę dźwiękową do niego odpowiedzialny był RZA z Wu-Tangu, na co Hien rzucił że ooo w sumie to liczy na jakieś korki z ich muzy kiedyś i na dobrą sprawę nie planowałem tego ALE tak się składa że obecnie już nie planuję wrzutek do bestki i jadę tym co chwilowo mi leży na bani i tak się złożyło że w sumie Wu trochę odświeżałem sobie więc CZEMU BY NIE? Na pewno miałem w planach rzucanie różnymi numerami solowymi członków tejże rap grupy ale nie wiedziałem jeszcze jak bedzie z samym Wu, jednakże głupio byłoby zaczynać opowieść gdzie indziej jak na ich debiucie.
Enter The Wu-Tang (36 Chambers) to był album epokowy w dziejach gatunku, nie tylko dlatego że ooo kozacki i w ogóle ale w 1993 roku Wu niemal w pojedynkę przywrócili uwagę mediów z powrotem na Nowy Jork po kilkuletniej dominacji tychże przez gangsta raperów z Kalifornii. Ten album na dobre zdefiniował hardkorowe nowojorskie brzmienie które zdominowało hip hop lat 90. Jest to dla mnie bez wątpienia jedna z najlepszych płyt gatunku a jednocześnie nie chce mi się jej pchać do bestki albumowej (chyba że za X lat) więc pozostawię Wam póki co choć drobną próbkę tego o czym mowa. Całkiem możliwe że płyta ta zawiera tracki które może nawet lubię nieco bardziej i są bardziej poważane jako tzw. klasyki, mimo to uważam Da Mystery of Chessboxin' i tak za highlight tego epickiego albumu i całkiem zgrabny teaser całości.
Wu na tle innych hardkorowych ekip wyróżniało kilka czynników, począwszy od tego że cała ekipa liczyła 9 - tak, dosłownie DZIEWIĘCIU raperów, styl produkcji RZA był naprawdę unikatowy i niepodrabialny a w swojej muzyce tych kilku kolesi zawierało przeróżne inspiracje od filmów kung-fu, przez komiksy, kliszowe klimaty kina gangsterskiego aż po szachy. Da Mystery of Chessboxin' ma fajny i pobrzmiewający Dalekim Wschodem instrumental a na nim swoje zwrotki położyło sześciu raperów (kolejno: U-God, Inspectah Deck, Raekwon - mój osobisty faworyt, Ol' Dirty Bastard - jedyny w swoim rodzaju, dziki i niepodrabialny, Ghostface Killah i Masta Killa) oraz nawijający refren w tym numerze jako siódmy Method Man, prawdopodobnie najpopularniejszy z całej ekipy. Bogactwo stylów i nawijek, energia wszystkich emce i synergia całości, surowy klimat Shaolin, zresztą co ja Wam będę tu kadził - bierzcie i jedzcie to łychami.
https://youtu.be/Lki_5CVKS0Y?si=J1nlobLDXJBVnf7Q
Wu-Tang Clan - Da Mystery of Chessboxin'
(1993)
Dawno, dawno teeeemu, gdy wrzucałem do bestki filmowej taki film Ghost Dog wspomniałem o tym, że za ścieżkę dźwiękową do niego odpowiedzialny był RZA z Wu-Tangu, na co Hien rzucił że ooo w sumie to liczy na jakieś korki z ich muzy kiedyś i na dobrą sprawę nie planowałem tego ALE tak się składa że obecnie już nie planuję wrzutek do bestki i jadę tym co chwilowo mi leży na bani i tak się złożyło że w sumie Wu trochę odświeżałem sobie więc CZEMU BY NIE? Na pewno miałem w planach rzucanie różnymi numerami solowymi członków tejże rap grupy ale nie wiedziałem jeszcze jak bedzie z samym Wu, jednakże głupio byłoby zaczynać opowieść gdzie indziej jak na ich debiucie.
Enter The Wu-Tang (36 Chambers) to był album epokowy w dziejach gatunku, nie tylko dlatego że ooo kozacki i w ogóle ale w 1993 roku Wu niemal w pojedynkę przywrócili uwagę mediów z powrotem na Nowy Jork po kilkuletniej dominacji tychże przez gangsta raperów z Kalifornii. Ten album na dobre zdefiniował hardkorowe nowojorskie brzmienie które zdominowało hip hop lat 90. Jest to dla mnie bez wątpienia jedna z najlepszych płyt gatunku a jednocześnie nie chce mi się jej pchać do bestki albumowej (chyba że za X lat) więc pozostawię Wam póki co choć drobną próbkę tego o czym mowa. Całkiem możliwe że płyta ta zawiera tracki które może nawet lubię nieco bardziej i są bardziej poważane jako tzw. klasyki, mimo to uważam Da Mystery of Chessboxin' i tak za highlight tego epickiego albumu i całkiem zgrabny teaser całości.
Wu na tle innych hardkorowych ekip wyróżniało kilka czynników, począwszy od tego że cała ekipa liczyła 9 - tak, dosłownie DZIEWIĘCIU raperów, styl produkcji RZA był naprawdę unikatowy i niepodrabialny a w swojej muzyce tych kilku kolesi zawierało przeróżne inspiracje od filmów kung-fu, przez komiksy, kliszowe klimaty kina gangsterskiego aż po szachy. Da Mystery of Chessboxin' ma fajny i pobrzmiewający Dalekim Wschodem instrumental a na nim swoje zwrotki położyło sześciu raperów (kolejno: U-God, Inspectah Deck, Raekwon - mój osobisty faworyt, Ol' Dirty Bastard - jedyny w swoim rodzaju, dziki i niepodrabialny, Ghostface Killah i Masta Killa) oraz nawijający refren w tym numerze jako siódmy Method Man, prawdopodobnie najpopularniejszy z całej ekipy. Bogactwo stylów i nawijek, energia wszystkich emce i synergia całości, surowy klimat Shaolin, zresztą co ja Wam będę tu kadził - bierzcie i jedzcie to łychami.
https://youtu.be/Lki_5CVKS0Y?si=J1nlobLDXJBVnf7Q
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Damn, moją wrzuta... A czekajcie zresztą
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Portishead – Mysterons
Ah, Portishead, ah „Dummy”. Jeszcze nie zdążyłem nic wrzucić, a już i tak wszem i wobec natrąbiłem się o wyjątkowości i zajebistości zarówno zespołu, jak i płyty. Czasami pierwsze chwile z zespołem wżerają się najmocniej, a „Mysterons” miał wszystko to, co trzeba, żeby mnie zachwycić. Po prostu wiedziałem, że to będzie podróż, której nigdy nie zapomnę i tak w istocie było. „Dummy” to taki nieistniejący soundtrack do filmu noir i tutaj dobrze to słychać. Tajemnicza gitara Adriana Utleya, theremin jakby wyciągnięto go z intra „Randall i Duch Hopkirka”, perkusja nagrana specjalnie przez koncertowego perkusistę Portishead, ale zsamplowana, zgrana na winyla i przetyrana przez Geoffa Barrowa (który miał po prostu przebłyski geniuszu przy produkcji tego albumu) oraz wokal Beth Gibbons. Lekki, cienki, momentami wręcz anemiczny, ale dokładnie taki jaki powinien być w tym utworze. Jeden z największych triumfów ery trip-hopu. Kojarzy mi się również z pewną podróżą, którą zaraz po świętach Bożego Narodzenia (chyba 2015 roku?) odbyłem na zachód Polski z niejakim Musiałem. Rozpętała się wtedy dyskusja na temat trip-hopu, poleciało całe „Dummy” oraz obszerne fragmenty Hooverphonic, itd. Miało się wrażenie, że jedziemy wieczność, ale to była spoko wieczność. Dobra, koniec gadania, włączać muzykę.
https://youtu.be/slDNOtOQ8oA
Ah, Portishead, ah „Dummy”. Jeszcze nie zdążyłem nic wrzucić, a już i tak wszem i wobec natrąbiłem się o wyjątkowości i zajebistości zarówno zespołu, jak i płyty. Czasami pierwsze chwile z zespołem wżerają się najmocniej, a „Mysterons” miał wszystko to, co trzeba, żeby mnie zachwycić. Po prostu wiedziałem, że to będzie podróż, której nigdy nie zapomnę i tak w istocie było. „Dummy” to taki nieistniejący soundtrack do filmu noir i tutaj dobrze to słychać. Tajemnicza gitara Adriana Utleya, theremin jakby wyciągnięto go z intra „Randall i Duch Hopkirka”, perkusja nagrana specjalnie przez koncertowego perkusistę Portishead, ale zsamplowana, zgrana na winyla i przetyrana przez Geoffa Barrowa (który miał po prostu przebłyski geniuszu przy produkcji tego albumu) oraz wokal Beth Gibbons. Lekki, cienki, momentami wręcz anemiczny, ale dokładnie taki jaki powinien być w tym utworze. Jeden z największych triumfów ery trip-hopu. Kojarzy mi się również z pewną podróżą, którą zaraz po świętach Bożego Narodzenia (chyba 2015 roku?) odbyłem na zachód Polski z niejakim Musiałem. Rozpętała się wtedy dyskusja na temat trip-hopu, poleciało całe „Dummy” oraz obszerne fragmenty Hooverphonic, itd. Miało się wrażenie, że jedziemy wieczność, ale to była spoko wieczność. Dobra, koniec gadania, włączać muzykę.
https://youtu.be/slDNOtOQ8oA
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Trochę za dużo tych krimsonowych uwag, nie o to mi chodziło, w końcu to jednak bardziej muzyka filmów grozy niż progrockowe suity. Nie da się pominąć źródła wykorzystywanych utworów heh
Bugge Wesseltoft - Somewhere in Between (1996)
Nie da się ukryć, że z czasem proporcje się zmienią. Mniej natchnionych osobistych opowieści, a więcej powrotów do świata według wałbrzyskiej piwnicy. Będzie też tak, że rzucę czymś mocno osłuchanym, ale bez specjalnych refleksji na temat pierwszych odsłuchów, kontekstu. Bugge to taki modelowy przykład. Nie będzie tego aż tak dużo. W niektórych przypadkach należałoby kopać naprawdę głęboko. Sporo serducha dla Somewhere in Between mam już od wielu lat. RYM odsyła do wakacji 2017 roku, ale to w kontekście całej płyty. Tego zacnego bangera kojarzę znacznie dłużej. Płyta okazała się dość rozczarowująca. Po prostu na dłuższą metę ten typ muzyki u mnie nie klika. Co innego w przypadku pojedynczych strzałów. Naprawdę nie umiem sobie przypomnieć niczego konkretnego. Skąd, jak, gdzie, po co? Początek liceum to jakieś ostatki korzystania z telefonu z klawiaturą QWERTY, jeszcze chwilę potrzebowałem do przejścia na telefon dotykowy, WRESZCIE. To sprawiało, że w wieku 16-17 lat kręciłem się tylko wokół Facebooka i kilka wybranych forum. Może jeszcze był Ask.FM i jakieś niezbyt skomplikowane formaty młodzieżowe. Dobre pod podglądanie ciekawych ludzi, interesujących dziewczyn oraz ładnych chłopców, mniejsza z tym. Chciałem zasugerować, że moje zainteresowanie mogło wynikać po prostu z czystego przypadku. Nie związałem się na dobre z nu dżezem, nie wgryzłem się w dyskografię Pana Norwega. Została bardzo przyjemna pamiątka po jednym z tych zaskakujących doświadczeń.
Somewhere in Between, czyli sympatyczny jazzowy muzak z połowy lat 90'. Co mogło mnie tu zaintrygować? Na pewno subtelne połączenie elektroniki z typowym dżezi instrumentarium. Obok naprawdę dobrego bitu, subtelnego wokalu mamy na przykład soczyste solóweczki na trąbce w środku. Albo klarnet basowy. Kurczę, może to też jakaś daleka migawka po gimnazjalnym zachłyśnięciu się tymi wszystkimi obojami, rożkami angielskimi, klarnetami. Te instrumenty mają w sobie to coś więcej, co na mnie działa. Wracając... Groove robi robotę, jest hipnotyczny, trzyma pozostałe luźno spięte elementy za rączki, dzięki czemu ani się nie dłuży, ani nie nuży aż taką schematycznością. Dla wielbicieli porównań dodam uwagę spłodzoną na szybko - tło trochę przypomina to co się działo w kawałku Antenne, jakoś przez lata nie zwróciłem na to uwagi. Solidna kompania pracuje dla Wesseltofta, Pan Norweg w tym kawałku odpowiada za wokal i całą elektronikę w tle. Po latach dalej tekst znam na pamięć, choć to tylko taka uwaga historyczna, nie ma szczególnie na co zwracać uwagę.
Zapraszam na podróż do czasów, gdy jakoś łatwiej się słuchało i w sumie to było moje ulubione zajęcie, na które przeznaczałem znaczną większość dnia. Obecnie to już nie to samo, niestety...
https://www.youtube.com/watch?v=gGsrh8e7mzg
Bugge Wesseltoft - Somewhere in Between (1996)
Nie da się ukryć, że z czasem proporcje się zmienią. Mniej natchnionych osobistych opowieści, a więcej powrotów do świata według wałbrzyskiej piwnicy. Będzie też tak, że rzucę czymś mocno osłuchanym, ale bez specjalnych refleksji na temat pierwszych odsłuchów, kontekstu. Bugge to taki modelowy przykład. Nie będzie tego aż tak dużo. W niektórych przypadkach należałoby kopać naprawdę głęboko. Sporo serducha dla Somewhere in Between mam już od wielu lat. RYM odsyła do wakacji 2017 roku, ale to w kontekście całej płyty. Tego zacnego bangera kojarzę znacznie dłużej. Płyta okazała się dość rozczarowująca. Po prostu na dłuższą metę ten typ muzyki u mnie nie klika. Co innego w przypadku pojedynczych strzałów. Naprawdę nie umiem sobie przypomnieć niczego konkretnego. Skąd, jak, gdzie, po co? Początek liceum to jakieś ostatki korzystania z telefonu z klawiaturą QWERTY, jeszcze chwilę potrzebowałem do przejścia na telefon dotykowy, WRESZCIE. To sprawiało, że w wieku 16-17 lat kręciłem się tylko wokół Facebooka i kilka wybranych forum. Może jeszcze był Ask.FM i jakieś niezbyt skomplikowane formaty młodzieżowe. Dobre pod podglądanie ciekawych ludzi, interesujących dziewczyn oraz ładnych chłopców, mniejsza z tym. Chciałem zasugerować, że moje zainteresowanie mogło wynikać po prostu z czystego przypadku. Nie związałem się na dobre z nu dżezem, nie wgryzłem się w dyskografię Pana Norwega. Została bardzo przyjemna pamiątka po jednym z tych zaskakujących doświadczeń.
Somewhere in Between, czyli sympatyczny jazzowy muzak z połowy lat 90'. Co mogło mnie tu zaintrygować? Na pewno subtelne połączenie elektroniki z typowym dżezi instrumentarium. Obok naprawdę dobrego bitu, subtelnego wokalu mamy na przykład soczyste solóweczki na trąbce w środku. Albo klarnet basowy. Kurczę, może to też jakaś daleka migawka po gimnazjalnym zachłyśnięciu się tymi wszystkimi obojami, rożkami angielskimi, klarnetami. Te instrumenty mają w sobie to coś więcej, co na mnie działa. Wracając... Groove robi robotę, jest hipnotyczny, trzyma pozostałe luźno spięte elementy za rączki, dzięki czemu ani się nie dłuży, ani nie nuży aż taką schematycznością. Dla wielbicieli porównań dodam uwagę spłodzoną na szybko - tło trochę przypomina to co się działo w kawałku Antenne, jakoś przez lata nie zwróciłem na to uwagi. Solidna kompania pracuje dla Wesseltofta, Pan Norweg w tym kawałku odpowiada za wokal i całą elektronikę w tle. Po latach dalej tekst znam na pamięć, choć to tylko taka uwaga historyczna, nie ma szczególnie na co zwracać uwagę.
Zapraszam na podróż do czasów, gdy jakoś łatwiej się słuchało i w sumie to było moje ulubione zajęcie, na które przeznaczałem znaczną większość dnia. Obecnie to już nie to samo, niestety...
https://www.youtube.com/watch?v=gGsrh8e7mzg
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Halo, bawimy się czy nie?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
DKA – Wybacz (2006)
DKA to jakiś skrót od Daniel Kaczmarczyk. A jest to polski raper, wokalista i lekkoatleta. Szczerze mówiąc nie kojarzę go jakoś z lekkoatletycznych aren, chociaż nazwisko nie jest mi obce, więc może się gdzieś tam przewinęło jednak. A gość podobno zdobył parę medali mistrzostw Polski juniorów i seniorów w skoku w dal.
W branży muzycznej dorobił się kilkunastu albumów. Ja nie znam żadnego. Wiecie, że nie lubię polskiego rapu, więc nie byłem zainteresowany poznaniem. Ale utwór Wybacz akurat wyjątkowo mi się spodobał od samego początku. Może dlatego, że mimo gadanych zwrotek jest to jednak bardzo melodyjna piosenka ze śpiewanymi refrenami? Może pasuje mi aranżacja, może tekst? A może wszystko to naraz. W ogóle utwór trafił też chyba na odpowiedni moment w moim życiu. Generalnie raczej dosyć rzadko w życiu miewałem powody do smucenia się. Ale jeżeli miałbym jednak wskazać najgorszy okres w moim życiu, to zdecydowanie byłby to rok 2006, do którego nie chcę wracać nawet myślami. Paskudny dla mnie okres, w którym naprawdę przeżywałem potężnego doła. To był jedyny kryzysowy moment w moim już 24-letnim małżeństwie. Potem wszystko się poukładało jak należy, ale trwało to parę miesięcy. Utwór Wybacz odgrywał wtedy dziwną rolę. Ten utwór jest dla mnie jednak naprawdę dosyć smutny. I w tamtym nieciekawym czasie jeszcze bardziej mnie pognębiał, jednocześnie dając jakąś nadzieję. Wiem, że dziwnie to brzmi, ale tak było. Nawet dzisiaj wspominając tamten okres i słuchając Wybacz moje serce w niewytłumaczalny sposób mięknie, a oczy wilgotnieją.
Piękna i emocjonalna piosenka do ukochanej kobiety.
https://www.youtube.com/watch?v=60Fou-nNmiQ
DKA to jakiś skrót od Daniel Kaczmarczyk. A jest to polski raper, wokalista i lekkoatleta. Szczerze mówiąc nie kojarzę go jakoś z lekkoatletycznych aren, chociaż nazwisko nie jest mi obce, więc może się gdzieś tam przewinęło jednak. A gość podobno zdobył parę medali mistrzostw Polski juniorów i seniorów w skoku w dal.
W branży muzycznej dorobił się kilkunastu albumów. Ja nie znam żadnego. Wiecie, że nie lubię polskiego rapu, więc nie byłem zainteresowany poznaniem. Ale utwór Wybacz akurat wyjątkowo mi się spodobał od samego początku. Może dlatego, że mimo gadanych zwrotek jest to jednak bardzo melodyjna piosenka ze śpiewanymi refrenami? Może pasuje mi aranżacja, może tekst? A może wszystko to naraz. W ogóle utwór trafił też chyba na odpowiedni moment w moim życiu. Generalnie raczej dosyć rzadko w życiu miewałem powody do smucenia się. Ale jeżeli miałbym jednak wskazać najgorszy okres w moim życiu, to zdecydowanie byłby to rok 2006, do którego nie chcę wracać nawet myślami. Paskudny dla mnie okres, w którym naprawdę przeżywałem potężnego doła. To był jedyny kryzysowy moment w moim już 24-letnim małżeństwie. Potem wszystko się poukładało jak należy, ale trwało to parę miesięcy. Utwór Wybacz odgrywał wtedy dziwną rolę. Ten utwór jest dla mnie jednak naprawdę dosyć smutny. I w tamtym nieciekawym czasie jeszcze bardziej mnie pognębiał, jednocześnie dając jakąś nadzieję. Wiem, że dziwnie to brzmi, ale tak było. Nawet dzisiaj wspominając tamten okres i słuchając Wybacz moje serce w niewytłumaczalny sposób mięknie, a oczy wilgotnieją.
Piękna i emocjonalna piosenka do ukochanej kobiety.
https://www.youtube.com/watch?v=60Fou-nNmiQ