Best of Forum (Edycja albumowa)
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
No do tego tematu pewnie, w którym piszesz o Discipline. 
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
King Crimson - Discipline
Przyznam że siadając do tej płyty nie miałem wysokich oczekiwań będąc kompletnie bladym w temacie tej kapeli i kojarząc ją w stylu "jakieś progowe dziadki z lat 60-70". Niemniej nawet miło się zaskoczyłem - momentami.
Otwierajacy album Elephant Talk fajnie zaczyna się jak rozumiem gitarą basową która przeradza się w coś na kształt elektronicznego arpeggio (kojarzy mi się to z numerem Baba O'Riley od The Who), za chwilę z kolei gdy do basowej gimnastyki dochodzi perkusja i gitary przypomina mi to brzmienie Primus w numerze Jerry Was A Race Car Driver. Nieco ekscentryczny tekst, brzmienie ogólnie nietypowe lub zwyczajnie dla mnie coś nowego pomimo powyższych skojarzeń jest to dość oryginalne. Solidne otwarcie plyty.
Drugi jest Frame By Frame który przypadł mi do gustu już na pierwszym odsłuchu. Fajny energetyczny kawałek i dla mnie tu pierwszy który dopiero powiewa latami 80., kojarzy mi się z kinem akcji tamtej dekady, pasowałby np. do Miami Vice. Bardzo podoba mi się refren, ten wokal (z kolei kojarzący mi się jakoś z wokalistą Alice In Chains w dolnych rejestrach) i fajne chórki. Matte Kudasai kontynuuje 80sowy klimat i na dodatek robi się ckliwie romantycznie pastelowo, widzę przy tym oczyma wyobraźni zachód słońca na plaży gdzieś... w Vice City hehe. Kolejny Indiscipline wchodzi z klimatem zgoła heavy metalowym bym rzekł uzupełniony o słowo mówione, całość brzmi psychodelicznie. Przyznam że na tym etapie na początku już mnie zaczynało męczyć to neurotyczne granie i odbierałen to jak Czez że to kaszanka rąbanka na jedno kopyto i podobnie z następnym numerem - Thela Hun Ginjeet. W tym kawałku z kolei wkurzał mnie ten refren i co to właściwie ma znaczyć? Brzmiało jak jakiś hinduski zaśpiew a okazuje się że to po prostu anagram do słów "heat in the jungle" oznaczający przestępczość w mieście tudzież policję która ją zwalcza. To już logicznie nawiązuje do tych głosowych nagrań zawartych w utworze w których Adrian Belew opowiada zabawną historię kiedy próbował pozyskać wokale do tego numeru i ta historyjka ratuje ten numer dla mnie. Później zaskoczenie... wchodzi The Sheltering Sky, otwierają go brzmienie conga bodajże lub innych bębenków, po chwili uzupełniają gitara. I synthy. Bas pięknie mruczy, lead synth mnie drażni najpierw ale z czasem się wycisza i od 3 minuty utworu mamy już czyste złoto. Ten numer to pierwszy poważny strzał z nieznanych mi rzeczy jaki trafia mi się w naszej zabawie, jest fenomenalny! Z jednej strony przez swą odmienność przypomina mi Planet Caravan z płyty "Paranoid" Black Sabbath a z drugiej mruczący bas i to napięcie jakie niesie kojarzy mi się z New Dawn Fades od Joy Division, tudzież takim Rooster od Alice In Chains (znowu AIC, pewnie dziwny jestem ale ciul, takie numery czuję podobnie). W każdym razie lubuję się w takich klimatach. No i to moim zdaniem byłoby ładne zamknięcie płyty ale następuje tytułowe Discipline, neurotyczne memento aby nie zapomnieć że brandzlowanie na gitarach musi być i ch*j. Zawiódł mnie ten numer jako jedyny poważnie, nudny i męczący i tu już za dużo tego grania dla mnie na to kopyto że tak powiem.
Ogólnie rzecz biorąc jest to album NIEZŁY, dla mnie na poziomie tego subHuman powiedzmy i jest szansa że do niego wrócę czy nawet kiedyś będę miał fazę na niego. No i The Sheltering Sky jest miodzio a Frame By Frame też niekulawe, brawo Mentos.
Przyznam że siadając do tej płyty nie miałem wysokich oczekiwań będąc kompletnie bladym w temacie tej kapeli i kojarząc ją w stylu "jakieś progowe dziadki z lat 60-70". Niemniej nawet miło się zaskoczyłem - momentami.
Otwierajacy album Elephant Talk fajnie zaczyna się jak rozumiem gitarą basową która przeradza się w coś na kształt elektronicznego arpeggio (kojarzy mi się to z numerem Baba O'Riley od The Who), za chwilę z kolei gdy do basowej gimnastyki dochodzi perkusja i gitary przypomina mi to brzmienie Primus w numerze Jerry Was A Race Car Driver. Nieco ekscentryczny tekst, brzmienie ogólnie nietypowe lub zwyczajnie dla mnie coś nowego pomimo powyższych skojarzeń jest to dość oryginalne. Solidne otwarcie plyty.
Drugi jest Frame By Frame który przypadł mi do gustu już na pierwszym odsłuchu. Fajny energetyczny kawałek i dla mnie tu pierwszy który dopiero powiewa latami 80., kojarzy mi się z kinem akcji tamtej dekady, pasowałby np. do Miami Vice. Bardzo podoba mi się refren, ten wokal (z kolei kojarzący mi się jakoś z wokalistą Alice In Chains w dolnych rejestrach) i fajne chórki. Matte Kudasai kontynuuje 80sowy klimat i na dodatek robi się ckliwie romantycznie pastelowo, widzę przy tym oczyma wyobraźni zachód słońca na plaży gdzieś... w Vice City hehe. Kolejny Indiscipline wchodzi z klimatem zgoła heavy metalowym bym rzekł uzupełniony o słowo mówione, całość brzmi psychodelicznie. Przyznam że na tym etapie na początku już mnie zaczynało męczyć to neurotyczne granie i odbierałen to jak Czez że to kaszanka rąbanka na jedno kopyto i podobnie z następnym numerem - Thela Hun Ginjeet. W tym kawałku z kolei wkurzał mnie ten refren i co to właściwie ma znaczyć? Brzmiało jak jakiś hinduski zaśpiew a okazuje się że to po prostu anagram do słów "heat in the jungle" oznaczający przestępczość w mieście tudzież policję która ją zwalcza. To już logicznie nawiązuje do tych głosowych nagrań zawartych w utworze w których Adrian Belew opowiada zabawną historię kiedy próbował pozyskać wokale do tego numeru i ta historyjka ratuje ten numer dla mnie. Później zaskoczenie... wchodzi The Sheltering Sky, otwierają go brzmienie conga bodajże lub innych bębenków, po chwili uzupełniają gitara. I synthy. Bas pięknie mruczy, lead synth mnie drażni najpierw ale z czasem się wycisza i od 3 minuty utworu mamy już czyste złoto. Ten numer to pierwszy poważny strzał z nieznanych mi rzeczy jaki trafia mi się w naszej zabawie, jest fenomenalny! Z jednej strony przez swą odmienność przypomina mi Planet Caravan z płyty "Paranoid" Black Sabbath a z drugiej mruczący bas i to napięcie jakie niesie kojarzy mi się z New Dawn Fades od Joy Division, tudzież takim Rooster od Alice In Chains (znowu AIC, pewnie dziwny jestem ale ciul, takie numery czuję podobnie). W każdym razie lubuję się w takich klimatach. No i to moim zdaniem byłoby ładne zamknięcie płyty ale następuje tytułowe Discipline, neurotyczne memento aby nie zapomnieć że brandzlowanie na gitarach musi być i ch*j. Zawiódł mnie ten numer jako jedyny poważnie, nudny i męczący i tu już za dużo tego grania dla mnie na to kopyto że tak powiem.
Ogólnie rzecz biorąc jest to album NIEZŁY, dla mnie na poziomie tego subHuman powiedzmy i jest szansa że do niego wrócę czy nawet kiedyś będę miał fazę na niego. No i The Sheltering Sky jest miodzio a Frame By Frame też niekulawe, brawo Mentos.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Czez
- Posty: 9728
- Rejestracja: 22 lut 2009 00:43
- Ulubiony utwór: Cala masa
- Lokalizacja: Glasgow
Sorki, leciutenko sie zamotalem
Enjoy The Silence
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Dobre to porównanie do Primus, nie wpadłem na to, a przecież podobieństwo oczywiste.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Ok, jestem, sorry za zamułkę.
King Crimson - Discipline
K*rwa mać, jakie to jest przewspaniałe. Jeśli chodzi o KC to zawsze miałem mieszane podejście do tego zespołu i jego twórczości, a potem i tak górę zawsze brały pozytywne emocje. Przez lata znałem tylko pojedyncze utwory (klasyki typu Epitaph etc.), i poszczególnymi płytami postanowiłem się zainteresować przy okazji swojego "rockowego" wzmożenia na jesieni 2008. Zassałem wówczas debiut, Lizard, Larks' Tongues i Red (ten chyba zresztą jako pierwszy, bo w jakichś kręgach uważano, że albumu z TĄ OKŁADKĄ nie można nie znać; ciekawe, że jednak In the Hall jest mimo wszystko bardziej ikoniczne pod tym względem) i mnie wessało, ale nie od razu. Do KC muszę podchodzić po kilka razy z reguły, na początku byłem nieco uprzedzony bo też nigdy specjalnie nie przepadałem za prog rockiem. Po prostu muszę się wsłuchać, wkręcić żeby to poczuć. I właśnie tak było tutaj... czy na pewno?
No nie. Ta płyta walnęła mnie w łeb pierwszymi swoimi dźwiękami. Warto wiedzieć, że tych początków z Belewem nie znałem właściwie w ogóle (tzn. wiedziałem, że był w zespole już w latach 80 etc., no ale), i teraz widzę, jak wielką krzywdę sobie tym wyrządziłem. Czego ja tutaj nie słyszę - Fripp cuduje na gitarze, Bruford rozpieprza bębny w drobny mak w doskonałym stylu, głos Belewa brzmi z kolei niesamowicie świeżo. Ciekawe, że ktoś mógłby mi powiedzieć, iż ta płyta ukazała się w latach 90 i bym to kupił, jednocześnie jak się bardziej wsłuchać, ejtisy - czy też raczej późne "seventisy" - są tutaj aż nadto słyszalne. Wszystko jest podlane takim niemal postpunkowym sosem, na tym albumie z powodzeniem mógłby grać John McGeoch z Magazine, Budgie z Siouxie & the Banshees a na klawiszu Brian Eno. To ostatnie jest tu zwłaszcza interesujące, bo Fripp współpracował z Eno latami na jego płytach i to było też moje pierwsze skojarzenie już w momencie, gdy uderzyło Elephant Talk - to brzmi jak niemal cokolwiek z Here Come the Warm Jets albo bardziej - Taking Tiger Mountain (By Strategy) (polecam obie płyty btw). Brzmienie albumu jest dla mnie jakimś ciekawym podejściem do nowej fali bez nowej fali, przy okazji wszystko jest brzmieniowo tak wymuskane i tak bardzo na swoim miejscu, że można by sobie wkręcać, że to są sekwencery a nie ludzie (w tym sensie ten album jest mocno "elektroniczny"). Prawdziwy kunszt, zapisuję i czuję, że wrócę do KC na pełnej. Do tej pory po jesieni 2008 miałem tylko raz styczność z czymś innym tej grupy poza klasykami z ich początków, tj. Thrak, polecone również przez @Hiena jakoś w 2019
. Płyta mi się spodobała, ale widocznie nie miała jeszcze tego czegoś, co ma Discipline. Tu się wszystko składa razem, płyta ma idealną tracklistę, świetną długość, nie nudziłem się ani przez moment. Ta "kakofonia", jak to ujął @Czez jest tutaj esencją wszystkiego. Jest esencją brzmienia KC, na pewno w tym wydaniu. Żeby prog zawsze tak brzmiał...
Moi faworyci z tego albumu to: Elephant Talk, Frame By Frame, Matte Kudasai, Thela Hun Ginjeet (anagramowy tytuł powtarzany w refrenie niczym mantra to moje nowe F I R E I N C A I R O), The Sheltering Sky... K*rwa, każdy utwór na tej płycie jest moim ulubionym w tej chwili. Ta płyta to absolutny wygryw tej kolejki, od jutra wielka eksploracja. Jestem zaskoczony af, ale tak pozytywnie dawno nie byłem (muzycznie). To jest tak, jak w 2006 poznawałem wczesnego, przed-ambientowego Eno i się zachwycałem, 10 lat później szukałem czegoś, co jest do niego podobne, a 6 lat później znalazłem. I to ciągle było tak blisko!
King Crimson - Discipline
K*rwa mać, jakie to jest przewspaniałe. Jeśli chodzi o KC to zawsze miałem mieszane podejście do tego zespołu i jego twórczości, a potem i tak górę zawsze brały pozytywne emocje. Przez lata znałem tylko pojedyncze utwory (klasyki typu Epitaph etc.), i poszczególnymi płytami postanowiłem się zainteresować przy okazji swojego "rockowego" wzmożenia na jesieni 2008. Zassałem wówczas debiut, Lizard, Larks' Tongues i Red (ten chyba zresztą jako pierwszy, bo w jakichś kręgach uważano, że albumu z TĄ OKŁADKĄ nie można nie znać; ciekawe, że jednak In the Hall jest mimo wszystko bardziej ikoniczne pod tym względem) i mnie wessało, ale nie od razu. Do KC muszę podchodzić po kilka razy z reguły, na początku byłem nieco uprzedzony bo też nigdy specjalnie nie przepadałem za prog rockiem. Po prostu muszę się wsłuchać, wkręcić żeby to poczuć. I właśnie tak było tutaj... czy na pewno?
No nie. Ta płyta walnęła mnie w łeb pierwszymi swoimi dźwiękami. Warto wiedzieć, że tych początków z Belewem nie znałem właściwie w ogóle (tzn. wiedziałem, że był w zespole już w latach 80 etc., no ale), i teraz widzę, jak wielką krzywdę sobie tym wyrządziłem. Czego ja tutaj nie słyszę - Fripp cuduje na gitarze, Bruford rozpieprza bębny w drobny mak w doskonałym stylu, głos Belewa brzmi z kolei niesamowicie świeżo. Ciekawe, że ktoś mógłby mi powiedzieć, iż ta płyta ukazała się w latach 90 i bym to kupił, jednocześnie jak się bardziej wsłuchać, ejtisy - czy też raczej późne "seventisy" - są tutaj aż nadto słyszalne. Wszystko jest podlane takim niemal postpunkowym sosem, na tym albumie z powodzeniem mógłby grać John McGeoch z Magazine, Budgie z Siouxie & the Banshees a na klawiszu Brian Eno. To ostatnie jest tu zwłaszcza interesujące, bo Fripp współpracował z Eno latami na jego płytach i to było też moje pierwsze skojarzenie już w momencie, gdy uderzyło Elephant Talk - to brzmi jak niemal cokolwiek z Here Come the Warm Jets albo bardziej - Taking Tiger Mountain (By Strategy) (polecam obie płyty btw). Brzmienie albumu jest dla mnie jakimś ciekawym podejściem do nowej fali bez nowej fali, przy okazji wszystko jest brzmieniowo tak wymuskane i tak bardzo na swoim miejscu, że można by sobie wkręcać, że to są sekwencery a nie ludzie (w tym sensie ten album jest mocno "elektroniczny"). Prawdziwy kunszt, zapisuję i czuję, że wrócę do KC na pełnej. Do tej pory po jesieni 2008 miałem tylko raz styczność z czymś innym tej grupy poza klasykami z ich początków, tj. Thrak, polecone również przez @Hiena jakoś w 2019
Moi faworyci z tego albumu to: Elephant Talk, Frame By Frame, Matte Kudasai, Thela Hun Ginjeet (anagramowy tytuł powtarzany w refrenie niczym mantra to moje nowe F I R E I N C A I R O), The Sheltering Sky... K*rwa, każdy utwór na tej płycie jest moim ulubionym w tej chwili. Ta płyta to absolutny wygryw tej kolejki, od jutra wielka eksploracja. Jestem zaskoczony af, ale tak pozytywnie dawno nie byłem (muzycznie). To jest tak, jak w 2006 poznawałem wczesnego, przed-ambientowego Eno i się zachwycałem, 10 lat później szukałem czegoś, co jest do niego podobne, a 6 lat później znalazłem. I to ciągle było tak blisko!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Czez
- Posty: 9728
- Rejestracja: 22 lut 2009 00:43
- Ulubiony utwór: Cala masa
- Lokalizacja: Glasgow
No i mnie przylapales, przy czym nie piwerko, ale cos mocniejszego. Gosci dzis mam na imprezie urodzinowej
Enjoy The Silence
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Czez ma urodziny dłuższe już wesela 
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
OK PANOWIE MAMY KOMPLET!
W imię wyższych wartości jak ciągłość gry i zadowolenie naszego dziadka shodana ogłaszam niniejszym PRZERWĘ TECHNICZNĄ NA WRZUCANIE PROPOZYCJI DO RUNDY DRUGIEJ.
Postarajmy się wrzucić swoje płytki przez najbliższe 24h max a następnie ogłoszę że bierzemy się za Stinga. Wrzucę swoje jutro, dam Wam szansę być pierwszymi.
Mentos jak masz jakieś posłowie to napisz ofkors przy okazji też, wybacz że nie czekam.
W imię wyższych wartości jak ciągłość gry i zadowolenie naszego dziadka shodana ogłaszam niniejszym PRZERWĘ TECHNICZNĄ NA WRZUCANIE PROPOZYCJI DO RUNDY DRUGIEJ.
Postarajmy się wrzucić swoje płytki przez najbliższe 24h max a następnie ogłoszę że bierzemy się za Stinga. Wrzucę swoje jutro, dam Wam szansę być pierwszymi.
Mentos jak masz jakieś posłowie to napisz ofkors przy okazji też, wybacz że nie czekam.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ja tylko dodam, żeby dziadek Shodan następnym razem dawał znać wcześniej, że mamy spinać dupy w 48h 
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
A to kto wydał?
Ja też odstąpię pierwszeństwa, najpierw to wolałem sobie sam poczytać.
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Ino same dobre rzeczy dawać kiciusie. 
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Mam posłowie i mam nawet już drugi album, a co!
Dzięki wam za przesłuchanie mojej płyty, dziękuję też za pozytywny odbiór, fajnie że udało mi się trafić w wasze gusta i przekonać do King Crimson, nawet cieszę się z tej recenzji Czeza, bo po prostu mnie rozbawiła.
THRAK to specyficzna płyta, nie wychodziłbym z nią na początek i generalnie to uważam, że ma co parę dobrych momentów (Dinosaur, Walking on Air!), ale najwyżej jest niezła. Ale najwyraźniej jeszcze tkwi we mnie ten progresywny beton czy coś
Teraz mój drugi album
Papa Dance - Poniżej Krytyki
Mówiłem że będzie grubo? Nie mówiłem.
Ale jest.
Poznałem ten album gdzies z 8 lat temu, wtedy chyba jeszcze nie byłem do końca przekonany do streamingów i ściągałem muzykę z internetu. A może nie? Nieważne. W każdym razie obiło mi się o uszy, że pewnie serwis na P, znany w półświatku muzyki niezależnej oraz "alternatywnej", mocno LANSUJE tę płytę, a jegoż naczelny - ten co wygląda jak Messi - dostaje przy niej spazmów, a w swojej recenzji potrafi zasugerować, że kto tej płyty nie lubi jest pedałem i nie ma gustu. Teraz ten sam naczelny dostaje spazmów najwyżej podczas wrzucania zdjęć swojej młodszej partnerki na Instagram, ale może wrócę do tematu tej płyty xD
No w każdym razie postanowiłem się z nią zapoznać chociażby z czystej ciekawości i... wkręciłem się. Pierwszy odsłuch, drugi, trzeci, czwarty i tak wyszło, że w sumie to ta płyta mi się spodobała. Rzadko miewam tak, że lubię coś nie z mojej bajki, ale jak już lubię, to przynajmniej bardzo. No w każdym razie ja lubię tę płytę na tyle, że wrzuciłem ją do tego zestawienia 100% nieironicznie, oraz - całe szczęście! - już dawno mam za sobą etap, w którym traktowałem tę płytę jako guilty pleasure. Jest po prostu świetna.
Nie słuchajcie jakichś leśnych proroków pieprzących smuty o tym, że to proto-disco polo i kicz, nie, to świetna płyta pełna świetnych piosenek. Zresztą jakie disco polo, prostytutka, gdzie wy w disco polo słyszycie takie zabiegi produkcyjne jak w In flagranti czy w Bez dopingu, zresztą idąc tym tropem to do DP można porównać każdą płytę new romantic xD
Kumam, że to brzmienie elektroniki rodem z późnego PRL może nie każdemu podejść, jest meegaspecyficzne, ale ono do cholery jest jakieś, ono oddaje ducha swojego czasu, tak samo jak te momentami absurdalne teksty. I te piosenki, o których wspomniałem wcześniej - każda absolutnie świetna, nawet zaryzykuję kontrowersyjną opinią, że Ocean Wspomnień to o wiele lepsza ballada niż dowolna autorstwa Gore'a z DM.
I chyba na tym skończę tę notkę, bo sam wjeżdzam w te rejony egzaltacji, które uznaję za pretensjonalne, a w ogóle to spać idę.
https://youtu.be/8EM0mr9ZrfY
Dzięki wam za przesłuchanie mojej płyty, dziękuję też za pozytywny odbiór, fajnie że udało mi się trafić w wasze gusta i przekonać do King Crimson, nawet cieszę się z tej recenzji Czeza, bo po prostu mnie rozbawiła.
THRAK to specyficzna płyta, nie wychodziłbym z nią na początek i generalnie to uważam, że ma co parę dobrych momentów (Dinosaur, Walking on Air!), ale najwyżej jest niezła. Ale najwyraźniej jeszcze tkwi we mnie ten progresywny beton czy coś
Teraz mój drugi album
Papa Dance - Poniżej Krytyki
Mówiłem że będzie grubo? Nie mówiłem.
Ale jest.
Poznałem ten album gdzies z 8 lat temu, wtedy chyba jeszcze nie byłem do końca przekonany do streamingów i ściągałem muzykę z internetu. A może nie? Nieważne. W każdym razie obiło mi się o uszy, że pewnie serwis na P, znany w półświatku muzyki niezależnej oraz "alternatywnej", mocno LANSUJE tę płytę, a jegoż naczelny - ten co wygląda jak Messi - dostaje przy niej spazmów, a w swojej recenzji potrafi zasugerować, że kto tej płyty nie lubi jest pedałem i nie ma gustu. Teraz ten sam naczelny dostaje spazmów najwyżej podczas wrzucania zdjęć swojej młodszej partnerki na Instagram, ale może wrócę do tematu tej płyty xD
No w każdym razie postanowiłem się z nią zapoznać chociażby z czystej ciekawości i... wkręciłem się. Pierwszy odsłuch, drugi, trzeci, czwarty i tak wyszło, że w sumie to ta płyta mi się spodobała. Rzadko miewam tak, że lubię coś nie z mojej bajki, ale jak już lubię, to przynajmniej bardzo. No w każdym razie ja lubię tę płytę na tyle, że wrzuciłem ją do tego zestawienia 100% nieironicznie, oraz - całe szczęście! - już dawno mam za sobą etap, w którym traktowałem tę płytę jako guilty pleasure. Jest po prostu świetna.
Nie słuchajcie jakichś leśnych proroków pieprzących smuty o tym, że to proto-disco polo i kicz, nie, to świetna płyta pełna świetnych piosenek. Zresztą jakie disco polo, prostytutka, gdzie wy w disco polo słyszycie takie zabiegi produkcyjne jak w In flagranti czy w Bez dopingu, zresztą idąc tym tropem to do DP można porównać każdą płytę new romantic xD
Kumam, że to brzmienie elektroniki rodem z późnego PRL może nie każdemu podejść, jest meegaspecyficzne, ale ono do cholery jest jakieś, ono oddaje ducha swojego czasu, tak samo jak te momentami absurdalne teksty. I te piosenki, o których wspomniałem wcześniej - każda absolutnie świetna, nawet zaryzykuję kontrowersyjną opinią, że Ocean Wspomnień to o wiele lepsza ballada niż dowolna autorstwa Gore'a z DM.
I chyba na tym skończę tę notkę, bo sam wjeżdzam w te rejony egzaltacji, które uznaję za pretensjonalne, a w ogóle to spać idę.
https://youtu.be/8EM0mr9ZrfY
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Jasna sprawa
Pezet/Noon - Muzyka Poważna
https://youtube.com/playlist?list=PL6RB ... Mzis_Cg6Nn
Jak już wcześniej wspominałem w temacie o utworach jednym z pierwszych polskich raperów ktorzy przykuli moją uwagę po Tymonie był Pezet. Pezeta najpierw poznawałem przez Grammatik (gościnnie w utworze Nie Ma Czasu Pomyśleć) czy White House Records (gościnnie w utworze Oczy Otwarte z pierwszej kompilacji Kodex), później przez single z jego pierwszej płyty z Noonem takie jak Seniorita czy Bez Twarzy. Zwróciłem na niego uwagę bo zwracał uwagę na niego mój brat a był on dla mnie autorytetem w kwestii hip hopu wtedy. W 2004 roku Pezet wydał z Noonem drugi album zatytułowany Muzyka Poważna który był jeszcze bardziej osobisty i refleksyjny od ich debiutu i który mój brat przyniósł później w formacie mp3 do domu, choć niekompletny bo brak było tam jednego kawałka który nadrobiłem parę lat później dopiero dzięki mojej kumpeli. Mając wówczas swój pierwszy odtwarzacz mp3 w życiu mogłem pozwolić sobie na to by wrzucić go na słuchawki i faktycznie mu się przysłuchać, a było czego słuchać faktycznie.
Ten album jest niesamowity pod każdym względem od warstwy tekstowej i życiowych rozkminek Pezeta po produkcje i brzmienie wyszlifowane przez Noona, te dwie rzeczy razem połączone tworzą wyjątkową, melancholijną atmosferę przemijania, refleksji nad życiem ale też zmęczenia tym życiem jakie toczy się dla nich obecnie. Pezet nawija o utraconych przyjaźniach i związkach, o swoich obawach o przyszłość, niezrealizowanych nadziejach pokładanych w rapie i niezrozumieniu przez wydawców naciskających na wydawanie przebojów. Noon w warstwie muzycznej wspina się na wyżyny swych umiejętności, tym razem sięgając po trochę inne sample, wplatając nieraz rożne interesujące fragmenty dialogów czy innych wokali, czerpie też więcej z elektroniki. Panowie świadomie odrzucają komercyjne brzmienia i na presję wydawania hitów odpowiadają nawet jednym z przerywników zatytułowanym Cepelia. Album promowały single Nie Jestem Dawno (traktujący właśnie o przemijaniu i dorastaniu) oraz Szósty Zmysł, który uważam za jeden z najlepszych - jeśli nie najlepszy - polski rapowy numer będący portretem pokolenia urodzonego w szarym PRL-u i dorastającym w latach 90. Był też wideoklip do utworu W Branży który wyszedł jakoś w 2005 roku chyba, hmmm... i chyba widziałem go przed usłyszeniem całości płyty, możliwe że album obadałem dopiero pod koniec 2005 roku? Trudno to umiejscowić w czasie, w każdym razie kiedy usłyszałem W Branży z miejsca miałem skojarzenia z... Depeche Mode właśnie. Te analogowe sample kojarzyły mi się jakoś z takim brzmieniem syntezatorów (teraz wydaje mi się że najbardziej przypomina mi to The Things You Said albo Stripped czy WIME?). Równie dobrze elektronicznie pobrzmiewają utwory Gubisz Ostrość oraz Dziś, zdecydowana czołówka tego albumu choć trudno tu mówić że ma on słabe momenty w ogóle. Jedno co nie przypadło mi początkowo do gustu to rozczłonkowanie niektórych utworów - otwierający album (To) Tylko Raz jest w dwóch częściach a mocno wspominkowy Retro aż w trzech, a tak naprawdę jedyne dlaczego mi się to nie podobało to przez myśl że w to miejsce chętnie usłyszałbym jeszcze ze 2-3 inne bity Noona. Ten album poza tym wszystkim po prostu zajebiście BRZMI, słychać że Noon mocno pracował nad miksem i masteringiem a wszystko tworzy niesamowicie spójną całość, ta płyta ma swój specyficzny mikroklimat, ma swoją magię a przy tym jest do bólu szaroburo polska. Jeśli shodan twierdzi że polscy hip hopowcy mogą co najwyżej czyścić buty Murzynom to ja powiem że w amerykańskim rapie ani nawet każdym innym światowym nie słyszałem równie dobrego albumu jak ten tutaj. Ba, dla mnie to jeden z najlepszych albumów w muzyce w ogóle jakie znam, myślę że top3 śmiało. Przez długie lata samotności, bezrobocia i szarej g*wnianej codzienności, długie jesienne spacery po mieście czy długie zimowe noce przed kompem ta płyta była mi najlepszym przyjacielem który mnie nigdy nie zawiódł. Dzisiaj już nie mielę w sobie takiej melancholii jak ona ale pomimo to nadal brzmi tak samo świetnie i mogę bez smęcenia zachwycać się jej zawartością. Na koniec jako kropkę rzucę cytatami z samego Pezeta:
"Ta płyta jest bezcenna weź ją dobrze schowaj...
...Ta muzyka jest dla mnie jak dla innych wiara w Boga..."
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Czez
- Posty: 9728
- Rejestracja: 22 lut 2009 00:43
- Ulubiony utwór: Cala masa
- Lokalizacja: Glasgow
Kraftwerk - Computer World
Specjalnie dla tych co nie lubia niemieckiego, tytul w wersji angielskiej
Obok Depeche Mode, Kraftwerk to drugi zespol, ktorego muzyke potrafie wciagac calymi plytami. Zastanawialem sie, ktora z nich wstawic. Ostatecznie w gre wchodzily dwie: The Man Machine albo Computer World.
Jednym z badzcow, dla ktorych wybralem akurat Computer World, choc to moze smieszne, jest fakt, ze wsrod swoich ulubionych piosenek wybralem tytulowy utwor z tejze wlasnie plyty. W swoich prywatnych rozwazaniach mialem tez argument, ze skoro tam jest piosenka z tej plyty, to wrzuce inny album. No ale jest jak jest.
Nie wiem co jest w albumach Kraftwerk, ale jak sie zacznie sluchac, to po skonczeniu jednej piosenki, nie mozna doczekac sie nastepnej. Moze lubie niektore ciut bardziej, jak np. Computer Love,, Computer World czy Numbers, ale to nie znaczy, ze pozostale sa zle. Linie melodyczne, bit, zsamplowany wokal, no wszystko tu wspolgra i jest mile dla mojego ucha. Ta roznorodnosc dzwiekow jest tak zespolona jak plaster miodu. Tworza nierozerwalna calosc, dzwieki wspolgraja ze soba i nie przeszkadzaja sobie. Jak dla mnie po prostu miodzio. I tez okladka, choc slyszalem, ze sam zespol chetnie by ja zmienil.
https://youtube.com/playlist?list=PLrpy ... ULrLUBmY8b
Specjalnie dla tych co nie lubia niemieckiego, tytul w wersji angielskiej
Obok Depeche Mode, Kraftwerk to drugi zespol, ktorego muzyke potrafie wciagac calymi plytami. Zastanawialem sie, ktora z nich wstawic. Ostatecznie w gre wchodzily dwie: The Man Machine albo Computer World.
Jednym z badzcow, dla ktorych wybralem akurat Computer World, choc to moze smieszne, jest fakt, ze wsrod swoich ulubionych piosenek wybralem tytulowy utwor z tejze wlasnie plyty. W swoich prywatnych rozwazaniach mialem tez argument, ze skoro tam jest piosenka z tej plyty, to wrzuce inny album. No ale jest jak jest.
Nie wiem co jest w albumach Kraftwerk, ale jak sie zacznie sluchac, to po skonczeniu jednej piosenki, nie mozna doczekac sie nastepnej. Moze lubie niektore ciut bardziej, jak np. Computer Love,, Computer World czy Numbers, ale to nie znaczy, ze pozostale sa zle. Linie melodyczne, bit, zsamplowany wokal, no wszystko tu wspolgra i jest mile dla mojego ucha. Ta roznorodnosc dzwiekow jest tak zespolona jak plaster miodu. Tworza nierozerwalna calosc, dzwieki wspolgraja ze soba i nie przeszkadzaja sobie. Jak dla mnie po prostu miodzio. I tez okladka, choc slyszalem, ze sam zespol chetnie by ja zmienil.
https://youtube.com/playlist?list=PLrpy ... ULrLUBmY8b
Enjoy The Silence
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Już widzę, że to będzie gęsta kolejka, bo muzycznie będzie z wielu bajek.
John Carpenter/Alan Howarth - Escape From New York
O filmie „Ucieczka z Nowego Jorku” usłyszałem po raz pierwszy pod koniec lat 90 r. w jakimś programie telewizyjnym na temat kina. Zaintrygował mnie, ale to nie były te czasy, że znajdowało się, co się chciało na Netfliksie, czy Piratebay albo PEBie. W wypożyczalni mieli tylko drugą część, więc pozostało czekać na emisję w tv. W końcu taka okazja się natrafiła, chyba w 99 r. Od tamtej pory, „Escape From New York” pozostaje w ścisłej czołówce moich ulubionych filmów, a John Carpenter w ścisłej czołówce reżyserów. Carpenter to reżyser wyjątkowy, bo do większości swoich filmów, sam nagrywał soundtracki. Powody był proste. Kiedy reżyser dopiero zaczynał, budżet jego produkcji był skromny, zatem wychodziło taniej samemu zrobić soundtrack. Po sukcesie „Halloween”, Carpenter nadal robił muzykę do swoich filmów, bo wyrobił sobie niepowtarzalny styl, który fani szybko wyłapali i oklaskiwali.
W latach 80-tych, reżyser współpracował na tym polu z Alanem Howarthem, który sam wspierał swoim talentem między innymi Weather Report oraz miał doświadczenie w komponowaniu do filmów, np. Star Trek. Taki skład przystąpił w 1980 r. do pracy nad muzyką do kręconego właśnie filmu „Escape From New York”. Wyglądało to tak – Howarth ogarniał sprzęt, syntezatory, itd., a Carpenter siedział i grał, prosząc tylko żeby mu zmienić brzmienie. Styl JC jest oszczędny, czasami radykalnie oszczędny i taki jest ten soundtrack. Jeżeli nie widzieliście tego filmu, to nie będę się rozpisywał na jego temat, po prostu polecam go obejrzeć jak najszybciej.
Ryzykuję trochę proponując słuchanie soundtracku bez kontekstu filmowego, ale to samo w sobie też może być ciekawym doświadczeniem. Muzyka na tej płycie bywa mocno opisowa i bardzo minimalistyczna, ale jednocześnie bardo melodyjna. To jest przeciwległy biegun Recoil. Wykorzystano głównie instrumenty elektroniczne, ale pojawia się też gitara, pianino, itd. Nie będę opisywał poszczególnych utworów, bo to bez sensu, sami wyrobicie sobie opinię. Mogę jedynie zwrócić uwagę, jak dobrze wpisuje się w to wszystko użyty cover Debussy’ego, potraktowany trochę na Isao Tomite. Jest też kabaretowy, wokalny numer „Everyone Is Coming to New York”, który w kontekście filmu ma sens, a na albumie brzmi z dupy, ale to tylko jeden utwór.
Od tego filmu i tego soundtracku, stałem się fanem Carpentera jako reżysera, jak i kompozytora i muzyka. Obecnie facet nie robi już filmów, ale wydaje płyty nagrywane z synem i chrześniakiem (autorskie albumy, ale też soundtracki do ostatnich dwóch filmów z serii Halloween) oraz koncertuje. Nie można powiedzieć, że nie naśladuje na tym etapie samego siebie, ale kiedy ma się tak bardzo charakterystyczny styl, to trudno się go nie trzymać.
Wiem, że parę osób będzie stękać, że to jest album nudny, że instrumentalny, że za bardzo minimalistyczny, że nie nadaje się do słuchania bez filmu, ale trudno. Dla mnie to jest jedna z najlepszych rzeczy jakie w życiu słyszałem.
Album istnieje w dwóch wersjach, podstawowej (którą podlinkowuję) oraz poszerzonej. Zdecydowałem się na oryginał z kilku powodów. Po pierwsze, wersja rozszerzona ma nowy, fatalny mix, który pozbawił wielu utworów klimatu. Po drugie, dłuższa wersja ma z jakiegoś powodu powrzucane między utworami wstawki dialogów z filmu. Jak się zna ten obraz na pamięć, to jest to nawet ciekawy zabieg, ale w innym wypadku wytrąca niepotrzebnie z flow.
Tak więc wersja extended tylko dla tych, którym oryginał się spodoba, bo jest tam kilka dodatkowych, fajnych utworów. Poza tym, krótszej wersji zdecydowanie lepiej się słucha.
Fun fact: kiedy pierwszy raz usłyszałem Sounds of The Universe, to poczułem się jak w domu, bo Martin używa na tym albumie tych samych syntezatorów. Przy niektórych fragmentach utworów z tej płyty mam natychmiastowe flashbacki do EFNY i pisałem o tym nawet na forum, wtedy w 2009 r.
https://www.youtube.com/watch?v=YHRKAjb ... qZZLet5dSZ
John Carpenter/Alan Howarth - Escape From New York
O filmie „Ucieczka z Nowego Jorku” usłyszałem po raz pierwszy pod koniec lat 90 r. w jakimś programie telewizyjnym na temat kina. Zaintrygował mnie, ale to nie były te czasy, że znajdowało się, co się chciało na Netfliksie, czy Piratebay albo PEBie. W wypożyczalni mieli tylko drugą część, więc pozostało czekać na emisję w tv. W końcu taka okazja się natrafiła, chyba w 99 r. Od tamtej pory, „Escape From New York” pozostaje w ścisłej czołówce moich ulubionych filmów, a John Carpenter w ścisłej czołówce reżyserów. Carpenter to reżyser wyjątkowy, bo do większości swoich filmów, sam nagrywał soundtracki. Powody był proste. Kiedy reżyser dopiero zaczynał, budżet jego produkcji był skromny, zatem wychodziło taniej samemu zrobić soundtrack. Po sukcesie „Halloween”, Carpenter nadal robił muzykę do swoich filmów, bo wyrobił sobie niepowtarzalny styl, który fani szybko wyłapali i oklaskiwali.
W latach 80-tych, reżyser współpracował na tym polu z Alanem Howarthem, który sam wspierał swoim talentem między innymi Weather Report oraz miał doświadczenie w komponowaniu do filmów, np. Star Trek. Taki skład przystąpił w 1980 r. do pracy nad muzyką do kręconego właśnie filmu „Escape From New York”. Wyglądało to tak – Howarth ogarniał sprzęt, syntezatory, itd., a Carpenter siedział i grał, prosząc tylko żeby mu zmienić brzmienie. Styl JC jest oszczędny, czasami radykalnie oszczędny i taki jest ten soundtrack. Jeżeli nie widzieliście tego filmu, to nie będę się rozpisywał na jego temat, po prostu polecam go obejrzeć jak najszybciej.
Ryzykuję trochę proponując słuchanie soundtracku bez kontekstu filmowego, ale to samo w sobie też może być ciekawym doświadczeniem. Muzyka na tej płycie bywa mocno opisowa i bardzo minimalistyczna, ale jednocześnie bardo melodyjna. To jest przeciwległy biegun Recoil. Wykorzystano głównie instrumenty elektroniczne, ale pojawia się też gitara, pianino, itd. Nie będę opisywał poszczególnych utworów, bo to bez sensu, sami wyrobicie sobie opinię. Mogę jedynie zwrócić uwagę, jak dobrze wpisuje się w to wszystko użyty cover Debussy’ego, potraktowany trochę na Isao Tomite. Jest też kabaretowy, wokalny numer „Everyone Is Coming to New York”, który w kontekście filmu ma sens, a na albumie brzmi z dupy, ale to tylko jeden utwór.
Od tego filmu i tego soundtracku, stałem się fanem Carpentera jako reżysera, jak i kompozytora i muzyka. Obecnie facet nie robi już filmów, ale wydaje płyty nagrywane z synem i chrześniakiem (autorskie albumy, ale też soundtracki do ostatnich dwóch filmów z serii Halloween) oraz koncertuje. Nie można powiedzieć, że nie naśladuje na tym etapie samego siebie, ale kiedy ma się tak bardzo charakterystyczny styl, to trudno się go nie trzymać.
Wiem, że parę osób będzie stękać, że to jest album nudny, że instrumentalny, że za bardzo minimalistyczny, że nie nadaje się do słuchania bez filmu, ale trudno. Dla mnie to jest jedna z najlepszych rzeczy jakie w życiu słyszałem.
Album istnieje w dwóch wersjach, podstawowej (którą podlinkowuję) oraz poszerzonej. Zdecydowałem się na oryginał z kilku powodów. Po pierwsze, wersja rozszerzona ma nowy, fatalny mix, który pozbawił wielu utworów klimatu. Po drugie, dłuższa wersja ma z jakiegoś powodu powrzucane między utworami wstawki dialogów z filmu. Jak się zna ten obraz na pamięć, to jest to nawet ciekawy zabieg, ale w innym wypadku wytrąca niepotrzebnie z flow.
Tak więc wersja extended tylko dla tych, którym oryginał się spodoba, bo jest tam kilka dodatkowych, fajnych utworów. Poza tym, krótszej wersji zdecydowanie lepiej się słucha.
Fun fact: kiedy pierwszy raz usłyszałem Sounds of The Universe, to poczułem się jak w domu, bo Martin używa na tym albumie tych samych syntezatorów. Przy niektórych fragmentach utworów z tej płyty mam natychmiastowe flashbacki do EFNY i pisałem o tym nawet na forum, wtedy w 2009 r.
https://www.youtube.com/watch?v=YHRKAjb ... qZZLet5dSZ
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Na razie panowie to zaproponowaliście trzy wycieczki sentymentalne, w porównaniu do poprzedniej rundy to zajmie mi to 75% czasu mniej.
Hien jako pierwszy z czymś, o czym mogę powiedzieć, że nie znam.
Nie pozostaje mi nic innego, jak wytoczyć najcięższe działo.
Tangerine Dream - Rubycon
Od tej płyty wszystko się zaczęło. Nie byłoby tylu przesłuchanych płyt, tylu często wątpliwych uwag z mojej strony, tak mocnego skupienia na poszukiwaniach elektronicznych, gdyby nie pierwszy krok w chmurach, czyli Rubycon. Pierwszy mój kontakt z Tangerine Dream to 2014? 2015 rok? No ale na pierwszy ogień poszło coś starszego, a pierwsze lata TD to jest kosmische pełną gębą, intensywna psychodela, więc kompletnie nieobeznany musiałem się mocno skrzywić. Ciekawił mnie ich wizerunek, przede wszystkim ta mistyczna atmosfera, która mi się udzielała, gdy pomyślałem jak to trzech gości za ogromnymi szafami, z najróżniejszymi klawiszami pod ręką wytwarza tak specyficzną muzykę. Nie odpuściłem, widziałem w paru miejscach w internecie dotyczących klasycznej, progresywnej elektroniki, że oni to z Baumannem jeszcze mieli sporo rewelacyjnych płyt, między innymi tę wydaną w 1975 roku. Od pierwszego odsłuchu zaskoczyło. Skończyło się na tygodniach przesłuchanej muzyki w tym stylu, sporych zakupach poczynionych przeze mnie w paru miejscach z płytami (ale akurat Rubyconu z tej średniej serii reedycji z 1995 roku nie kupiłem) i ogromnego serduszka dla berlin school i całej rodziny pokrewnych gatunków do dziś. Nawet na RYMie moja playlista cieszy się nie najgorszym uznaniem xD Oczywiście o tej muzyce to mogłem sobie podyskutować w gronie internetowym, ale dobrze wspominam parę miejsc i parę znajomości, na żywo chyba tylko jeden znajomy dał się przekonać przynajmniej żeby sprawdzić, o co tym facetom chodziło.
Nie wiem, z której strony ugryźć, żeby dobrze to opisać... na 35 minut muzyki składają się dwie części Rubyconu, obydwie opierają się na fragmentach atmosferycznych i bazowych sekwencjach klepanych na modularach. Jeśli gdzieś tutaj gra gitara Froese (druga część...), to jest ona mocno potraktowana efektami i pogłosami. Na pierwszym planie kanonada sekwencji i sporo ich wariacji, partie klawiszowe, jest pianino, są charakterystyczne syntezatory o klasycznym, ciepłym brzmieniu, gęste melotronowe tekstury, trochę sampli "z natury". Dramaturgia płyty idealna. Całość ogólnie brzmi, jak nagrywana pod wodą, okładka jest doskonałym odzwierciedleniem tego, co tutaj słychać. Muzyka płynie i ja się też daję odpłynąć. Mrok miesza się tutaj z odkrywaniem, poszukiwanie z tajemnicą, tak jakby to był muzyczny krajobraz czegoś nieosiągalnego, niezachowanego do dziś, jak jedyny pozostały artefakt.
TD wydali po Rubyconie jeszcze masę dobrej muzyki, ale już chyba na zawsze to będzie dla mnie szczyt, ten najwyższy punkt odniesienia. Pod względem brzmieniowym, kompozycji tych elektronicznych impresji, nieuchwytnych, właściwie nieodtwarzalnych na żywo to jest po prostu to. Druga część zaczyna się jakby biciem na alarm, złowrogim wyciem, ale potem znowu udaje się wejść w ten świat i znowu dać wciągnąć w ten rytmiczny, rozpędzony i wykręcony mechanizm, który po wyciszeniu znowu jest niepokojący. Nie ma tu ani jednego niepotrzebnego dźwięku, wszystko wybrzmiewa tak, jak powinno. Na winylu to musi być w pełni magiczne doświadczenie. Mam nadzieję, że mocno podziała na wyobraźnię i w takiej formie.
https://www.youtube.com/watch?v=jd6XL_IOS3I
Nie pozostaje mi nic innego, jak wytoczyć najcięższe działo.
Tangerine Dream - Rubycon
Od tej płyty wszystko się zaczęło. Nie byłoby tylu przesłuchanych płyt, tylu często wątpliwych uwag z mojej strony, tak mocnego skupienia na poszukiwaniach elektronicznych, gdyby nie pierwszy krok w chmurach, czyli Rubycon. Pierwszy mój kontakt z Tangerine Dream to 2014? 2015 rok? No ale na pierwszy ogień poszło coś starszego, a pierwsze lata TD to jest kosmische pełną gębą, intensywna psychodela, więc kompletnie nieobeznany musiałem się mocno skrzywić. Ciekawił mnie ich wizerunek, przede wszystkim ta mistyczna atmosfera, która mi się udzielała, gdy pomyślałem jak to trzech gości za ogromnymi szafami, z najróżniejszymi klawiszami pod ręką wytwarza tak specyficzną muzykę. Nie odpuściłem, widziałem w paru miejscach w internecie dotyczących klasycznej, progresywnej elektroniki, że oni to z Baumannem jeszcze mieli sporo rewelacyjnych płyt, między innymi tę wydaną w 1975 roku. Od pierwszego odsłuchu zaskoczyło. Skończyło się na tygodniach przesłuchanej muzyki w tym stylu, sporych zakupach poczynionych przeze mnie w paru miejscach z płytami (ale akurat Rubyconu z tej średniej serii reedycji z 1995 roku nie kupiłem) i ogromnego serduszka dla berlin school i całej rodziny pokrewnych gatunków do dziś. Nawet na RYMie moja playlista cieszy się nie najgorszym uznaniem xD Oczywiście o tej muzyce to mogłem sobie podyskutować w gronie internetowym, ale dobrze wspominam parę miejsc i parę znajomości, na żywo chyba tylko jeden znajomy dał się przekonać przynajmniej żeby sprawdzić, o co tym facetom chodziło.
Nie wiem, z której strony ugryźć, żeby dobrze to opisać... na 35 minut muzyki składają się dwie części Rubyconu, obydwie opierają się na fragmentach atmosferycznych i bazowych sekwencjach klepanych na modularach. Jeśli gdzieś tutaj gra gitara Froese (druga część...), to jest ona mocno potraktowana efektami i pogłosami. Na pierwszym planie kanonada sekwencji i sporo ich wariacji, partie klawiszowe, jest pianino, są charakterystyczne syntezatory o klasycznym, ciepłym brzmieniu, gęste melotronowe tekstury, trochę sampli "z natury". Dramaturgia płyty idealna. Całość ogólnie brzmi, jak nagrywana pod wodą, okładka jest doskonałym odzwierciedleniem tego, co tutaj słychać. Muzyka płynie i ja się też daję odpłynąć. Mrok miesza się tutaj z odkrywaniem, poszukiwanie z tajemnicą, tak jakby to był muzyczny krajobraz czegoś nieosiągalnego, niezachowanego do dziś, jak jedyny pozostały artefakt.
TD wydali po Rubyconie jeszcze masę dobrej muzyki, ale już chyba na zawsze to będzie dla mnie szczyt, ten najwyższy punkt odniesienia. Pod względem brzmieniowym, kompozycji tych elektronicznych impresji, nieuchwytnych, właściwie nieodtwarzalnych na żywo to jest po prostu to. Druga część zaczyna się jakby biciem na alarm, złowrogim wyciem, ale potem znowu udaje się wejść w ten świat i znowu dać wciągnąć w ten rytmiczny, rozpędzony i wykręcony mechanizm, który po wyciszeniu znowu jest niepokojący. Nie ma tu ani jednego niepotrzebnego dźwięku, wszystko wybrzmiewa tak, jak powinno. Na winylu to musi być w pełni magiczne doświadczenie. Mam nadzieję, że mocno podziała na wyobraźnię i w takiej formie.
https://www.youtube.com/watch?v=jd6XL_IOS3I
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ja póki co znam wszystko. To będziesz szybka kolejka xd
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Papa Dance to wcale tak bardzo źle nie wypada w porównaniu do Kombi, Bilińskiego solo... co innego Niemen np.mintaj pisze:14 lut 2022 00:06Kumam, że to brzmienie elektroniki rodem z późnego PRL może nie każdemu podejść, jest meegaspecyficzne, ale ono do cholery jest jakieś, ono oddaje ducha swojego czasu:
Tu to nawet nie wiem, czy znowu słuchać, bo przy podesłaniu Computer World do zabawy z utworami to oczywiście całość zaliczyłem po raz setny pewnie.Czez pisze:14 lut 2022 00:17Specjalnie dla tych co nie lubia niemieckiego, tytul w wersji angielskiej![]()