Best of Forum II
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Warszafski Deszcz - Kilkaset Słów Prawdy
(1998)
Tym numerem cofam się do czasów liceum. Na Gwiazdkę 2004 dostałem od brata pierwszy w życiu odtwarzacz mp3 marki iRiver (który swoją drogą ma się dobrze do dziś, w przeciwieństwie do kupionego latem 2008 roku Samsunga który pokonany został przez głupie zarysowanie styku USB), od tamtej pory na poważnie wchłaniałem spore ilości rapu mogąc na spokojnie skupić się na tej muzyce i tekstach w niej zawartych. Zatem jakoś zimą 04/05 był czas gdy przesiadywałem na korytarzu mojego liceum ze słuchawkami słuchając m. in. folderu z kompa mojego brata z różnymi starymi numerami Tedego i Warszafskiego Deszczu (Tede + Numer Raz). Wśród nich był ten klasyk z kompilacji DJa 600V znanego po prostu jako Volt, czołowego producenta we wczesnych latach polskiej sceny rapowej na którego kompilacjach pojawiali się przedstawiciele z różnych zakątków Polski. Kilkaset Słów Prawdy trafiło do mnie przede wszystkim produkcją Volta, spokojną, z fajnym ciepłym klimatem, ale z czasem doceniłem i warstwę liryczną w której chłopaki odpowiadają na krytykę muzycznej prasy nie rozumiejącej chyba dotąd jeszcze dobrze o co chodzi w rapie i nie potrafiącej docenić szczerego przekazu młodego pokolenia. Jak dla mnie po dziś dzień to jeden z najlepszych numerów rodzimej sceny rapowej lat 90.
https://youtu.be/mtpHQbJnUNM
(1998)
Tym numerem cofam się do czasów liceum. Na Gwiazdkę 2004 dostałem od brata pierwszy w życiu odtwarzacz mp3 marki iRiver (który swoją drogą ma się dobrze do dziś, w przeciwieństwie do kupionego latem 2008 roku Samsunga który pokonany został przez głupie zarysowanie styku USB), od tamtej pory na poważnie wchłaniałem spore ilości rapu mogąc na spokojnie skupić się na tej muzyce i tekstach w niej zawartych. Zatem jakoś zimą 04/05 był czas gdy przesiadywałem na korytarzu mojego liceum ze słuchawkami słuchając m. in. folderu z kompa mojego brata z różnymi starymi numerami Tedego i Warszafskiego Deszczu (Tede + Numer Raz). Wśród nich był ten klasyk z kompilacji DJa 600V znanego po prostu jako Volt, czołowego producenta we wczesnych latach polskiej sceny rapowej na którego kompilacjach pojawiali się przedstawiciele z różnych zakątków Polski. Kilkaset Słów Prawdy trafiło do mnie przede wszystkim produkcją Volta, spokojną, z fajnym ciepłym klimatem, ale z czasem doceniłem i warstwę liryczną w której chłopaki odpowiadają na krytykę muzycznej prasy nie rozumiejącej chyba dotąd jeszcze dobrze o co chodzi w rapie i nie potrafiącej docenić szczerego przekazu młodego pokolenia. Jak dla mnie po dziś dzień to jeden z najlepszych numerów rodzimej sceny rapowej lat 90.
https://youtu.be/mtpHQbJnUNM
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Szybkie podsumowanko - fajnie, że 9H weszło kumatym, to nie była jakaś ryzykowna wrzutka ode mnie, memicza (chociaż chyba powinna, patrząc na innych), czy ekstremalna gatunkowo. Trudno mi było sobie wyobrazić, że ktoś uznaje to za chujowe i na szczęście nikt nie zrobił siebie idioty xD
Myślę, że z czasem wejdzie Wam ten kawałek jeszcze bardziej.
Lanterns on the Lake – When It All Comes True
To jest wakacyjna wrzutka, chociaż nie dla każdego może mieć taki vibe. Mamy prawie połowę sierpnia, powoli zbliżamy się do tego momentu kiedy będziemy się z latem żegnać, tak więc podrzucam ponownie coś bardziej hien-corowego, tylko z twistem, bo na wokalu kobieta. Kobieta nie byle jaka.
Odkrycie jest świeże, bo z zeszłego roku. Lanterns on the Lake to było reko, które wciągnąłem z innego forum, na którym się udzielam (obecnie raczej rzadko). Zobaczyłem, że ktoś bardzo prejzuje album „Spook The Heard”, więc w ciemno zgrałem na telefon i pojechałem z tym na urlop. Miałem przeczucie, co do tej płyty i się nie pomyliłem. Album otwiera wrzucony przeze mnie „When It All Comes True”, który z miejsca uderzył mnie swoim pięknem, lekkością i niesamowitym klimatem.
To, co grają Lanterns on the Lake określa się mianem indie rocka, ale uważam, że jest to w ich przypadku olbrzymi skrót myślowy, bo to nie jest typowe indie. Na ten moment, ich twórczość (przynajmniej na kilku ostatnich albumach) nazwałbym bardziej nowoczesnym indie-dreamem, zresztą wydaje ich Bella Union, a to już znacząca konotacja.
Charakterystyczna dla tego zespołu jest przestrzenna, „podwodna” gitara Paula Gregorego i to właśnie jego granie rozpoczyna wrzuconą przeze mnie piosenkę. Na wokalu i pianinie Hazel Wilde, Oliver Ketteringham na perkusji, Bob Allan na basie i będąca tu trochę w tle Angela Chan na skrzypcach (nie wiem, czy akurat w wersji studyjnej, ale live na pewno gra w tym kawałku).
Jestem szczerze urzeczony kruchym wokalem Hazel, a w szczególności jego szczerą barwą, pełną małych emocjonalnych imperfekcji, załamań, mikro-fałszów. Za to samo uwielbiam Beth Gibbons. Trafia to do mnie znacznie bardziej niż wypolerowany, podrasowany w studiu śpiew Ariany Grande, czy Sii (z całym szacunkiem dla nich, to jest po prostu moja preferencja w przypadku tego typu muzyki). Jeszcze bardziej nawet podobają mi się koncertowe wykonania, gdzie te drobiazgi pojawiają się częściej. No, ale w końcu to indie, jeśli tu nie ma być szczerze, to nie wiem gdzie.
Możecie się śmiać, że ja we wszystkich piosenkach czuję morze, ale akurat w tej chwili z takiej puli wybieram. Zresztą te gitary Gregorego wręcz krzyczą morzem. Lubiłem sobie słuchać tej piosenki patrząc na morze, a jeśli akurat nie mogłem słuchać, wyobrażałem ją sobie patrząc w nocy na wściekłe fale. Tak zaczęła się moja przyjaźń z Lanterns on the Lake, a ich dyskografię dawkuję sobie powoli, bo jest skromna. Na urlopie, z którego niedawno wróciłem, słuchałem albumu „Beings” i zostałem powalony na ziemię jego zajebistością. Jestem w dużej kropce w kwestii tego, który z tych albumów będę chciał Wam swego czasu zaprezentować w całości, ale dojdę do tej kwestii w odpowiednim czasie. Póki co, dzielę się tym wyjątkowym utworem, który dla mnie, ma w sobie bardzo odpowiedni do obecnej aury ładunek tęsknoty i nostalgii, a jednocześnie tego smutnego optymizmu. Ehhh.
https://www.youtube.com/watch?v=R_mxPOp5H-c
a jak ktoś ma chęć to dorzucam wersję live, która różni się szczegółami, ale podobno w tym diabeł tkwi
https://youtu.be/3jtw2jtX47c
Myślę, że z czasem wejdzie Wam ten kawałek jeszcze bardziej.
Lanterns on the Lake – When It All Comes True
To jest wakacyjna wrzutka, chociaż nie dla każdego może mieć taki vibe. Mamy prawie połowę sierpnia, powoli zbliżamy się do tego momentu kiedy będziemy się z latem żegnać, tak więc podrzucam ponownie coś bardziej hien-corowego, tylko z twistem, bo na wokalu kobieta. Kobieta nie byle jaka.
Odkrycie jest świeże, bo z zeszłego roku. Lanterns on the Lake to było reko, które wciągnąłem z innego forum, na którym się udzielam (obecnie raczej rzadko). Zobaczyłem, że ktoś bardzo prejzuje album „Spook The Heard”, więc w ciemno zgrałem na telefon i pojechałem z tym na urlop. Miałem przeczucie, co do tej płyty i się nie pomyliłem. Album otwiera wrzucony przeze mnie „When It All Comes True”, który z miejsca uderzył mnie swoim pięknem, lekkością i niesamowitym klimatem.
To, co grają Lanterns on the Lake określa się mianem indie rocka, ale uważam, że jest to w ich przypadku olbrzymi skrót myślowy, bo to nie jest typowe indie. Na ten moment, ich twórczość (przynajmniej na kilku ostatnich albumach) nazwałbym bardziej nowoczesnym indie-dreamem, zresztą wydaje ich Bella Union, a to już znacząca konotacja.
Charakterystyczna dla tego zespołu jest przestrzenna, „podwodna” gitara Paula Gregorego i to właśnie jego granie rozpoczyna wrzuconą przeze mnie piosenkę. Na wokalu i pianinie Hazel Wilde, Oliver Ketteringham na perkusji, Bob Allan na basie i będąca tu trochę w tle Angela Chan na skrzypcach (nie wiem, czy akurat w wersji studyjnej, ale live na pewno gra w tym kawałku).
Jestem szczerze urzeczony kruchym wokalem Hazel, a w szczególności jego szczerą barwą, pełną małych emocjonalnych imperfekcji, załamań, mikro-fałszów. Za to samo uwielbiam Beth Gibbons. Trafia to do mnie znacznie bardziej niż wypolerowany, podrasowany w studiu śpiew Ariany Grande, czy Sii (z całym szacunkiem dla nich, to jest po prostu moja preferencja w przypadku tego typu muzyki). Jeszcze bardziej nawet podobają mi się koncertowe wykonania, gdzie te drobiazgi pojawiają się częściej. No, ale w końcu to indie, jeśli tu nie ma być szczerze, to nie wiem gdzie.
Możecie się śmiać, że ja we wszystkich piosenkach czuję morze, ale akurat w tej chwili z takiej puli wybieram. Zresztą te gitary Gregorego wręcz krzyczą morzem. Lubiłem sobie słuchać tej piosenki patrząc na morze, a jeśli akurat nie mogłem słuchać, wyobrażałem ją sobie patrząc w nocy na wściekłe fale. Tak zaczęła się moja przyjaźń z Lanterns on the Lake, a ich dyskografię dawkuję sobie powoli, bo jest skromna. Na urlopie, z którego niedawno wróciłem, słuchałem albumu „Beings” i zostałem powalony na ziemię jego zajebistością. Jestem w dużej kropce w kwestii tego, który z tych albumów będę chciał Wam swego czasu zaprezentować w całości, ale dojdę do tej kwestii w odpowiednim czasie. Póki co, dzielę się tym wyjątkowym utworem, który dla mnie, ma w sobie bardzo odpowiedni do obecnej aury ładunek tęsknoty i nostalgii, a jednocześnie tego smutnego optymizmu. Ehhh.
https://www.youtube.com/watch?v=R_mxPOp5H-c
a jak ktoś ma chęć to dorzucam wersję live, która różni się szczegółami, ale podobno w tym diabeł tkwi
https://youtu.be/3jtw2jtX47c
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
5. Daddy DJ - Over You (rok wydania 2001, rok pierwszego odsłuchu 2003)
https://www.youtube.com/watch?v=kULAFHImUEc
Państwo na początek wybaczą, że wrzucam wersję z video, ale jedyna nie z video jaką znalazłem ciągle się u mnie wiesza. A i teledysk to jest prawdziwe wykopalisko, więc za drugim razem polecam posłuchać z tymże (KROKODYLE!!!).
Który mamy rok? 2022. Więc cofamy się do roku 2003, styczeń albo sam początek lutego (ale chyba jednak styczeń, bo było jeszcze dostępne w kioskach styczniowe CD Action, zresztą zaraz do tego wrócę), mam 13 lat z hakiem i kompletnie nie wiem dokąd zmierzam (czyli mniej więcej jak teraz, z tym, że wtedy byłem gruby i miałem trądzik). No, chyba, że na stok. Jestem bowiem z rodzicami i bratem w Tatrach na wypadzie narciarskim. Jeździliśmy w jedno i to samo miejsce przez 10 lat, od marca 1998 do lutego 2008 (potem rodzice zaczęli jeździć na narty w Alpy, ale ja już nie mogłem do nich dołączać), do tej samej kwatery do tych samych gospodarzy. Gospodarze mieli wielki pensjonat z potężną salą jadalną, w której umieszczony był gigantyczny kamienny kominek. Kominek miał osłonę tak grubą, że mimo bijącego zeń ognia ta pozostawała zimna. Stała na niej niewielka wieża stereo, zaś obok kosz z płytami CD. Jedną z nich była składanka o nazwie Radio Deejay, której to składanki nigdy nie byłem w stanie znaleźć w internetach, a uwierzcie mi - próbowałem srogo. Jednocześnie na składance tej było parę fajnych hiciorów, a ja wtedy wsiąkałem powoli z muzykę na poważnie (rok wcześniej dosłownie słuchałem głównie nagranych na kasetę magnetofonową przez głośniki w monitorze od starego kompa "midów"), więc się zainteresowałem. Było czym w sumie, do dziś wracam do całych 5 numerów, które się na tej kompilacji znalazły (a są to jedyne numery, jakie z niej mam). Trochę eurodance, trochę popu, trochę... siusiak wie czego, ale brzmiało jak muza z epoki. Trochę Schillera (mit Heppnera), trochę In-Grid, trochę Kate Ryan, trochę Brainstorm (tu dosłownie), ot, koncentrat z tamtych czasów. Ale ja lubiłem tłuste bity, pulsujące basy i wyraziste synthy. Za dzieciaka, tj. w latach 90. lubiłem słuchać techno suflowanego przez moją siostrę cioteczną (która z lubością chadzała na Parady Wolności, akurat w tym roku nastąpił wielki revival), generalnie wiedziałem, że główną rolę w moim obcowaniu z muzyką będzie odgrywała elektronika. Korzystając z dobrych relacji, w jakich moi rodzice pozostawali z gospodarzami (przyjaźnią się do dziś nawiasem mówiąc, a pierwszy raz nocowaliśmy u nich w roku 1999), udało mi się tę płytę pożyczyć. Zgrałem ją przez CDexa i odesłałem pocztą.
Na płycie było ok. 13 utworów ale ja mam już tylko 5 i tylko te 5 pamiętam, że na niej w ogóle było (jak napisałem w akapicie wyżej). Kiedyś zrobiłem kopię cdka dla rodziców (bo też im się podobało to, co tam było, no ale oni słuchali Zetki) a potem kolejną dla siebie i po niedługim czasie obie zaginęły. Moja odnalazła się jakoś w 2009 roku, byłem przerażony, że jak czegoś nie zrobię, to stracę ją na zawsze. Więc zgrałem na ówczesnego lapka po czym... sformatowałem go nie robiąc kopii zapasowej (a płytę już miałem gdzieś BO PRZECIEŻ JĄ ZGRAŁEM...). Także jeśli ktoś chciałby pomóc w poszukiwaniach, będę wdzięczny xD na discogs.com płyt o tytule/podtytule Radio Deejay jest tyle, co wegańskich restauracji w Polsce. Niby nigdy na tyle dużo, by mierzyć się z reedycjami dowolnego albumu Beatlesów, ale szukać tej konkretnej kompilacji jakby trudno. Na szczęście z tych 5 utworów zapamiętałem jeden konkretny highlight. Daddy DJ.
Daddy DJ to dwóch Francuzów robiących szeroko pojęty eurodance, który tak bardzo utknął w latach, w których powstawał, że w trakcie odsłuchu dowolnego ich numeru człowiek myśli, że prezydentem ciągle jest Kwaśniewski a reforma Handkego wcale nie zrujnuje polskiego szkolnictwa. Wrzucam oczywiście kawałek, jaki znalazł się na RDJ (ciekawy link swoją drogą), a więc Over You. Ja w tym utworze widzę cały rok 2003. W styczniu kupiłem pierwsze w życiu CD Action (do dziś je mam btw, był tam opis betatestów Gothica II, co wiele miesięcy później pchnęło mnie do zakupu tej gry), na starym (jeszcze, zmiana miała miejsce w maju) kompie cisnę w Duke Nukem: Manhattan Project, zderzam się z gimnazjalną rzeczywistością (i przegrywam), późną wiosną jadę na komunię kuzynki na Wschód (w ubiegłym roku byłem na jej ślubie) ubrany w seledynową marynarkę, którą mam po dziś dzień i która wciąż na mnie pasuje i wszyscy się nią jarają. Latem będę na obozie we Władysławowie, zagram pierwszy raz w Vice City (tak zacznie się powolna transformacja). Póki co zachwycam się prostym bitem, lekkimi padami i obrzydliwie obvious zastosowaniem auto tune'a, na którym leci cały numer. W swojej szkole miałem masę kolesi, którzy ubierali się jak Danzel, tlenili sobie włosy i stawiali włosy na "kolce", i oni wyglądali dokładnie tak, jak ktoś, kto mógłby nagrać ten kawałek (i po drodze okazało się, że ten ktoś nie umie śpiewać). Jednocześnie w całej swojej paździerzowości uważam ten numer za genialny, mocno przez osobiste odczucia, to jasne (ta cholerna nostalgia), ale również jest on tak bardzo produktem swojej epoki, że stanowi naprawdę wartościowy obiekt muzealny, który trzeba zobaczyć jak tylko nadarza się okazja. A noga trochę sama chodzi.
Nie był i wciąż nie jest to ich najbardziej znany numer (tym był kawałek zatytułowany po prostu... Daddy DJ, którego melodię na pewno znacie, tylko pewnie nie wiedzieliście, kto to wykonuje, jak i ja zresztą), za to był niewielkim hitem w krajach zachodniej Europy. W 2001 ukazał się jeden album, zaś drugi w... 2012, ale ZTCW wszyscy go olali. Nie potrafię ocenić, nie słuchałem, pierwszego słuchał kol. Hien (którego swojego czasu zaraziłem tym kawałkiem) i powiedział, że nie jest nawet taki straszny. Ja jeśli nawet robiłem do niego podejścia, to już nie pamiętam. Mam swój własny, wyidealizowany obraz roku 2003 (choć ten był w całokształcie wszech wag chu*owy) i teraz, prawie 20 lat później się go trzymam. Wrzućcie do playlisty i poczujcie się, jakbyście zaraz mieli przekroczyć próg dyskoteki Arena w podzgierskim Piątku, żeby wziąć udział w najgorętszej imprezie tego lata (piwa na barze nie ma, ale za to są 3 Cytryny, można też kupić zdjęcie Kasi Klich z autografem).
Na marginesie dodam, że choć strona grupy na Wikipedii podaje, iż od 2012 roku nie wydali nic nowego, to w tym dokładnie, anno domini 2022 ukazał się nowy singiel we współpracy z Gabrym Ponte z Eiffel 65 (i to całkiem niedawno temu). Jeszcze nie odważyłem się odpalić xD
...
I'll be over you, twój staaaryyy pieees...
https://www.youtube.com/watch?v=kULAFHImUEc
Państwo na początek wybaczą, że wrzucam wersję z video, ale jedyna nie z video jaką znalazłem ciągle się u mnie wiesza. A i teledysk to jest prawdziwe wykopalisko, więc za drugim razem polecam posłuchać z tymże (KROKODYLE!!!).
Który mamy rok? 2022. Więc cofamy się do roku 2003, styczeń albo sam początek lutego (ale chyba jednak styczeń, bo było jeszcze dostępne w kioskach styczniowe CD Action, zresztą zaraz do tego wrócę), mam 13 lat z hakiem i kompletnie nie wiem dokąd zmierzam (czyli mniej więcej jak teraz, z tym, że wtedy byłem gruby i miałem trądzik). No, chyba, że na stok. Jestem bowiem z rodzicami i bratem w Tatrach na wypadzie narciarskim. Jeździliśmy w jedno i to samo miejsce przez 10 lat, od marca 1998 do lutego 2008 (potem rodzice zaczęli jeździć na narty w Alpy, ale ja już nie mogłem do nich dołączać), do tej samej kwatery do tych samych gospodarzy. Gospodarze mieli wielki pensjonat z potężną salą jadalną, w której umieszczony był gigantyczny kamienny kominek. Kominek miał osłonę tak grubą, że mimo bijącego zeń ognia ta pozostawała zimna. Stała na niej niewielka wieża stereo, zaś obok kosz z płytami CD. Jedną z nich była składanka o nazwie Radio Deejay, której to składanki nigdy nie byłem w stanie znaleźć w internetach, a uwierzcie mi - próbowałem srogo. Jednocześnie na składance tej było parę fajnych hiciorów, a ja wtedy wsiąkałem powoli z muzykę na poważnie (rok wcześniej dosłownie słuchałem głównie nagranych na kasetę magnetofonową przez głośniki w monitorze od starego kompa "midów"), więc się zainteresowałem. Było czym w sumie, do dziś wracam do całych 5 numerów, które się na tej kompilacji znalazły (a są to jedyne numery, jakie z niej mam). Trochę eurodance, trochę popu, trochę... siusiak wie czego, ale brzmiało jak muza z epoki. Trochę Schillera (mit Heppnera), trochę In-Grid, trochę Kate Ryan, trochę Brainstorm (tu dosłownie), ot, koncentrat z tamtych czasów. Ale ja lubiłem tłuste bity, pulsujące basy i wyraziste synthy. Za dzieciaka, tj. w latach 90. lubiłem słuchać techno suflowanego przez moją siostrę cioteczną (która z lubością chadzała na Parady Wolności, akurat w tym roku nastąpił wielki revival), generalnie wiedziałem, że główną rolę w moim obcowaniu z muzyką będzie odgrywała elektronika. Korzystając z dobrych relacji, w jakich moi rodzice pozostawali z gospodarzami (przyjaźnią się do dziś nawiasem mówiąc, a pierwszy raz nocowaliśmy u nich w roku 1999), udało mi się tę płytę pożyczyć. Zgrałem ją przez CDexa i odesłałem pocztą.
Na płycie było ok. 13 utworów ale ja mam już tylko 5 i tylko te 5 pamiętam, że na niej w ogóle było (jak napisałem w akapicie wyżej). Kiedyś zrobiłem kopię cdka dla rodziców (bo też im się podobało to, co tam było, no ale oni słuchali Zetki) a potem kolejną dla siebie i po niedługim czasie obie zaginęły. Moja odnalazła się jakoś w 2009 roku, byłem przerażony, że jak czegoś nie zrobię, to stracę ją na zawsze. Więc zgrałem na ówczesnego lapka po czym... sformatowałem go nie robiąc kopii zapasowej (a płytę już miałem gdzieś BO PRZECIEŻ JĄ ZGRAŁEM...). Także jeśli ktoś chciałby pomóc w poszukiwaniach, będę wdzięczny xD na discogs.com płyt o tytule/podtytule Radio Deejay jest tyle, co wegańskich restauracji w Polsce. Niby nigdy na tyle dużo, by mierzyć się z reedycjami dowolnego albumu Beatlesów, ale szukać tej konkretnej kompilacji jakby trudno. Na szczęście z tych 5 utworów zapamiętałem jeden konkretny highlight. Daddy DJ.
Daddy DJ to dwóch Francuzów robiących szeroko pojęty eurodance, który tak bardzo utknął w latach, w których powstawał, że w trakcie odsłuchu dowolnego ich numeru człowiek myśli, że prezydentem ciągle jest Kwaśniewski a reforma Handkego wcale nie zrujnuje polskiego szkolnictwa. Wrzucam oczywiście kawałek, jaki znalazł się na RDJ (ciekawy link swoją drogą), a więc Over You. Ja w tym utworze widzę cały rok 2003. W styczniu kupiłem pierwsze w życiu CD Action (do dziś je mam btw, był tam opis betatestów Gothica II, co wiele miesięcy później pchnęło mnie do zakupu tej gry), na starym (jeszcze, zmiana miała miejsce w maju) kompie cisnę w Duke Nukem: Manhattan Project, zderzam się z gimnazjalną rzeczywistością (i przegrywam), późną wiosną jadę na komunię kuzynki na Wschód (w ubiegłym roku byłem na jej ślubie) ubrany w seledynową marynarkę, którą mam po dziś dzień i która wciąż na mnie pasuje i wszyscy się nią jarają. Latem będę na obozie we Władysławowie, zagram pierwszy raz w Vice City (tak zacznie się powolna transformacja). Póki co zachwycam się prostym bitem, lekkimi padami i obrzydliwie obvious zastosowaniem auto tune'a, na którym leci cały numer. W swojej szkole miałem masę kolesi, którzy ubierali się jak Danzel, tlenili sobie włosy i stawiali włosy na "kolce", i oni wyglądali dokładnie tak, jak ktoś, kto mógłby nagrać ten kawałek (i po drodze okazało się, że ten ktoś nie umie śpiewać). Jednocześnie w całej swojej paździerzowości uważam ten numer za genialny, mocno przez osobiste odczucia, to jasne (ta cholerna nostalgia), ale również jest on tak bardzo produktem swojej epoki, że stanowi naprawdę wartościowy obiekt muzealny, który trzeba zobaczyć jak tylko nadarza się okazja. A noga trochę sama chodzi.
Nie był i wciąż nie jest to ich najbardziej znany numer (tym był kawałek zatytułowany po prostu... Daddy DJ, którego melodię na pewno znacie, tylko pewnie nie wiedzieliście, kto to wykonuje, jak i ja zresztą), za to był niewielkim hitem w krajach zachodniej Europy. W 2001 ukazał się jeden album, zaś drugi w... 2012, ale ZTCW wszyscy go olali. Nie potrafię ocenić, nie słuchałem, pierwszego słuchał kol. Hien (którego swojego czasu zaraziłem tym kawałkiem) i powiedział, że nie jest nawet taki straszny. Ja jeśli nawet robiłem do niego podejścia, to już nie pamiętam. Mam swój własny, wyidealizowany obraz roku 2003 (choć ten był w całokształcie wszech wag chu*owy) i teraz, prawie 20 lat później się go trzymam. Wrzućcie do playlisty i poczujcie się, jakbyście zaraz mieli przekroczyć próg dyskoteki Arena w podzgierskim Piątku, żeby wziąć udział w najgorętszej imprezie tego lata (piwa na barze nie ma, ale za to są 3 Cytryny, można też kupić zdjęcie Kasi Klich z autografem).
Na marginesie dodam, że choć strona grupy na Wikipedii podaje, iż od 2012 roku nie wydali nic nowego, to w tym dokładnie, anno domini 2022 ukazał się nowy singiel we współpracy z Gabrym Ponte z Eiffel 65 (i to całkiem niedawno temu). Jeszcze nie odważyłem się odpalić xD
...
I'll be over you, twój staaaryyy pieees...
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Trudno byłoby złożyć coś sensownego w przypadku krytyki muzyki Dżordża Majkela, ale nie był to zdecydowanie wybór z gatunku bezpiecznych i prostych. Nie ma u niego wyraźnych dołków, mogą być po prostu nudy, ale poza tym cały czas klasa do samego końca. Ładnie zebrałem parę zwycięstw
Jest jedna wrzutka, która czeka na znak od Melkiego, że wraca, ale że jeszcze nie wraca...
Global Communication - 9:25 (1994)
Jestem zmęczony tymi informacjami o Odrze, a do tego ostatnie dni z gatunku lekko nużących i mdłych, przyda się odrobiną chillu. Po omacku przedzierałem się przez starą elektronikę. Bazowałem na ściągawkach różnej jakości, szukałem jakichś konkretnych tropów, tematów, brzmień, skojarzeń, odniesień. W gimnazjum często przeglądałem różne miejsca w internecie i robiłem sobie papierowe wyciągi - suche listy płyt, które warto sprawdzić. Bardzo często po paru dniach wyrywałem je z zeszytów, dziwiłem się ile czasu mogłem zmarnować na coś takiego. Dawniej poza RYMem, dobrymi znajomymi, ciekawymi miejscami do rozmowy był jeszcze Ishkur, chałupnicze poszukiwania na Discogs, jakieś przypadkowe lekturki w sieci. Przez te różnorodne kierunki zwiedzania historii pierwszego kontaktu z Global Communication już nie pamiętam. To na pewno początki gimnazjum. Zapewne 76:14 (płyta matka dla wrzutki) musiało być jakoś fikuśnie opisane, że zwróciło moją uwagę. Anonimowi byli dla mnie Tom Middleton i Mark Pritchard, a to oni składają się duet grający pod szyldem GC. W ramach tego projektu zbyt wiele nie wyszło, były dwie płyty, ale ta starsza to już bliżej pospolitego nudzenia i nieciekawych pomysłów.
Na techno pełną gębą nie byłem gotowy, miałem w głowie jakieś głupie myśli i uprzedzenia. Musiało być coś z rodzynkami, coś wymykającego się etykietkom. Taka jest 76:14. Płyta brzmieniowo starzejąca się dobrze, ale z wyczuwalnym najtisowym rodowodem. Jest miejscami bardziej atmosferycznie, jest nawiązanie do Tangerine Dream, o którym już z pewnością wspominałem na forum. Sprawdźcie sobie 5:23, a potem Love on a Real Train. Albo nie - mogę pomóc, bo całość jest blisko wylądowania w edycji albumowej. Nie ma tytułów, bo nie ma co podpowiadać wyobraźni, jak zwykle warto dać się jej wykazać. Nie jest to techno, bo to dość rozbudowana rzecz, która do klubu nadaje się dość średnio. Główne motywy minimalistyczne, ale trzymają się za ręce i są świetnie obudowane. Nie jest to ambient, bo rytm gra tutaj ważną rolę, ta perka jest tutaj drobiazgowo poprowadzona. Znakomita jest pierwsza połowa płyty, ale najpierw poznałem ten numer, potem rozkochałem się w pierwszej czwórce, a dzisiaj szanuję całość, bo pomimo dołków to jest najwyższa liga.
Dodatki na marginesie. GC może się kojarzyć z GTA4, wspomniane 5:23 gra w jednej radiostacji obok TD i JMJ. Dodatek drugi. 9:39 tutaj to tak naprawdę 9:25, tylko oczywiście ktoś musiał się wykazać nadgorliwością i byciem głupio mądrym, ten remaster na streamingach to jest małe nieporozumienie. Dobrze, że sama muzyka się broni, ale piszę to, żeby nie było zmyłki.
Nie wracam za często, ale w tym przypadku to zawsze przyjemne odloty.
https://www.youtube.com/watch?v=qamQV67xi6k
Jest jedna wrzutka, która czeka na znak od Melkiego, że wraca, ale że jeszcze nie wraca...
Global Communication - 9:25 (1994)
Jestem zmęczony tymi informacjami o Odrze, a do tego ostatnie dni z gatunku lekko nużących i mdłych, przyda się odrobiną chillu. Po omacku przedzierałem się przez starą elektronikę. Bazowałem na ściągawkach różnej jakości, szukałem jakichś konkretnych tropów, tematów, brzmień, skojarzeń, odniesień. W gimnazjum często przeglądałem różne miejsca w internecie i robiłem sobie papierowe wyciągi - suche listy płyt, które warto sprawdzić. Bardzo często po paru dniach wyrywałem je z zeszytów, dziwiłem się ile czasu mogłem zmarnować na coś takiego. Dawniej poza RYMem, dobrymi znajomymi, ciekawymi miejscami do rozmowy był jeszcze Ishkur, chałupnicze poszukiwania na Discogs, jakieś przypadkowe lekturki w sieci. Przez te różnorodne kierunki zwiedzania historii pierwszego kontaktu z Global Communication już nie pamiętam. To na pewno początki gimnazjum. Zapewne 76:14 (płyta matka dla wrzutki) musiało być jakoś fikuśnie opisane, że zwróciło moją uwagę. Anonimowi byli dla mnie Tom Middleton i Mark Pritchard, a to oni składają się duet grający pod szyldem GC. W ramach tego projektu zbyt wiele nie wyszło, były dwie płyty, ale ta starsza to już bliżej pospolitego nudzenia i nieciekawych pomysłów.
Na techno pełną gębą nie byłem gotowy, miałem w głowie jakieś głupie myśli i uprzedzenia. Musiało być coś z rodzynkami, coś wymykającego się etykietkom. Taka jest 76:14. Płyta brzmieniowo starzejąca się dobrze, ale z wyczuwalnym najtisowym rodowodem. Jest miejscami bardziej atmosferycznie, jest nawiązanie do Tangerine Dream, o którym już z pewnością wspominałem na forum. Sprawdźcie sobie 5:23, a potem Love on a Real Train. Albo nie - mogę pomóc, bo całość jest blisko wylądowania w edycji albumowej. Nie ma tytułów, bo nie ma co podpowiadać wyobraźni, jak zwykle warto dać się jej wykazać. Nie jest to techno, bo to dość rozbudowana rzecz, która do klubu nadaje się dość średnio. Główne motywy minimalistyczne, ale trzymają się za ręce i są świetnie obudowane. Nie jest to ambient, bo rytm gra tutaj ważną rolę, ta perka jest tutaj drobiazgowo poprowadzona. Znakomita jest pierwsza połowa płyty, ale najpierw poznałem ten numer, potem rozkochałem się w pierwszej czwórce, a dzisiaj szanuję całość, bo pomimo dołków to jest najwyższa liga.
Dodatki na marginesie. GC może się kojarzyć z GTA4, wspomniane 5:23 gra w jednej radiostacji obok TD i JMJ. Dodatek drugi. 9:39 tutaj to tak naprawdę 9:25, tylko oczywiście ktoś musiał się wykazać nadgorliwością i byciem głupio mądrym, ten remaster na streamingach to jest małe nieporozumienie. Dobrze, że sama muzyka się broni, ale piszę to, żeby nie było zmyłki.
Nie wracam za często, ale w tym przypadku to zawsze przyjemne odloty.
https://www.youtube.com/watch?v=qamQV67xi6k
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Eurythmics - Love is a stranger
Eurythmics to był bardzo popularny w latach 80’ brytyjski zespół synthpopowy. W jego skład wchodzili: Annie Lennox i David Stewart. Mają na koncie sporo znanych hitów ze Sweet Dreams (Are Made of This) na czele. Ale ja od zawsze najbardziej lubiłem inny utwór z tej samej płyty - Love is a stranger.
Utwór ma wg mnie naprawdę niesamowite brzmienie. Tajemnicze i niepokojące. Wręcz robotyczne. Mocny bit, świetne syntezatory no i hipnotyczna Annie Lennox na wokalu. Największe wrażenie robi refren, w którym Lennox wypada wręcz fenomenalnie. W ogóle ta kobieta ma jeden z najciekawszych damskich głosów jakie słyszałem.
Świetny teledysk tylko potęguje dobre wrażenie. Ja go tu nie zamieszczę, ale jak ktoś jeszcze nie widział, to polecam później obejrzeć na własną rękę.
https://www.youtube.com/watch?v=0XlagMjYRNk
Eurythmics to był bardzo popularny w latach 80’ brytyjski zespół synthpopowy. W jego skład wchodzili: Annie Lennox i David Stewart. Mają na koncie sporo znanych hitów ze Sweet Dreams (Are Made of This) na czele. Ale ja od zawsze najbardziej lubiłem inny utwór z tej samej płyty - Love is a stranger.
Utwór ma wg mnie naprawdę niesamowite brzmienie. Tajemnicze i niepokojące. Wręcz robotyczne. Mocny bit, świetne syntezatory no i hipnotyczna Annie Lennox na wokalu. Największe wrażenie robi refren, w którym Lennox wypada wręcz fenomenalnie. W ogóle ta kobieta ma jeden z najciekawszych damskich głosów jakie słyszałem.
Świetny teledysk tylko potęguje dobre wrażenie. Ja go tu nie zamieszczę, ale jak ktoś jeszcze nie widział, to polecam później obejrzeć na własną rękę.
https://www.youtube.com/watch?v=0XlagMjYRNk
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
George Michael - Too Funky
Planowałem w końcu zacząć serię wrzucania jakichś wybranych kompozycji artystów, których lubię tudzież swego czasu bardzo lubiłem, ale jeszcze przyjdzie na nich pora (by zaśpiewać mordo sto lat) - póki co jeszcze wrzucam coś, co mi wpadło do głowy w ostatniej chwili. xD
Nie będe ukrywał, że do wrzucenia tej piosenki poniekąd zainspirował mnie kolega Dragon, bo jednym z moich hitów ostatniego tygodnia (który spędziłem na odludziu i starając się nieco ograniczać korzystanie z internetu), o którym bym wspomniał w odpowiednim temacie, gdybym jeszcze się w nim udzielał, było Fastlove Michaela. No i tak też się (nie)szczęśliwie złożyło, że przechodzę lekki kryzys na tle okołoromantycznym. Tłumacząc z rybiego na polski - po prostu dostałem kosza lmao. W sumie to bym nie pisał wam o tym, bo po jaką cholerę i w ogóle, ale tak się śmiesznie złożyło, że gdy w czasach pradawnych też dostałem kosza od pewnej blondynki, to też jednym z kawałków, który pomógł mi przetrwać i odczarować ten okres był kawałek George'a Michaela.
I pewnie w życiu się nie domyślili jaki to był konkretnie kawałek, ale na wszelki wypadek wam powiem. Tak, to było Too Funky! To było chyba ze trzy albo cztery lata temu, odkryłem ten kawałek przez jakiś program emitowany w starej telewizji. Nie umiem racjonalnie wyjaśnić korelacji między odkryciem tej piosenki a uświadomieniem sobie, że nie ma co sobie dłużej głowy ryć marzeniami o relacji, z kimś, z kim pewnie i tak bym za długo nie wytrzymał, ale jak tylko słyszę pierwsze takty, to przypomina mi się ten trwający niedługo spoko okres 2019 roku, w którym przez chwilę miałem wszystko w dupie i po prostu byłem.... too funky na takie błahostki. xD W sumie to śmiesznie sobie uświadomić, że ten George Michael, którego latami miałem gdzieś, bo a to niechęć do Wham, a to coś tam, pomagał mi odczarować trudne chwile, ale tak to generalnie w zyciu bywa, że wsparcie potrafi pojawić się z naprawdę nieoczekiwanej strony i ten no w sumie to jest fajne.
Bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=JAwk7yBQxDs
Planowałem w końcu zacząć serię wrzucania jakichś wybranych kompozycji artystów, których lubię tudzież swego czasu bardzo lubiłem, ale jeszcze przyjdzie na nich pora (by zaśpiewać mordo sto lat) - póki co jeszcze wrzucam coś, co mi wpadło do głowy w ostatniej chwili. xD
Nie będe ukrywał, że do wrzucenia tej piosenki poniekąd zainspirował mnie kolega Dragon, bo jednym z moich hitów ostatniego tygodnia (który spędziłem na odludziu i starając się nieco ograniczać korzystanie z internetu), o którym bym wspomniał w odpowiednim temacie, gdybym jeszcze się w nim udzielał, było Fastlove Michaela. No i tak też się (nie)szczęśliwie złożyło, że przechodzę lekki kryzys na tle okołoromantycznym. Tłumacząc z rybiego na polski - po prostu dostałem kosza lmao. W sumie to bym nie pisał wam o tym, bo po jaką cholerę i w ogóle, ale tak się śmiesznie złożyło, że gdy w czasach pradawnych też dostałem kosza od pewnej blondynki, to też jednym z kawałków, który pomógł mi przetrwać i odczarować ten okres był kawałek George'a Michaela.
I pewnie w życiu się nie domyślili jaki to był konkretnie kawałek, ale na wszelki wypadek wam powiem. Tak, to było Too Funky! To było chyba ze trzy albo cztery lata temu, odkryłem ten kawałek przez jakiś program emitowany w starej telewizji. Nie umiem racjonalnie wyjaśnić korelacji między odkryciem tej piosenki a uświadomieniem sobie, że nie ma co sobie dłużej głowy ryć marzeniami o relacji, z kimś, z kim pewnie i tak bym za długo nie wytrzymał, ale jak tylko słyszę pierwsze takty, to przypomina mi się ten trwający niedługo spoko okres 2019 roku, w którym przez chwilę miałem wszystko w dupie i po prostu byłem.... too funky na takie błahostki. xD W sumie to śmiesznie sobie uświadomić, że ten George Michael, którego latami miałem gdzieś, bo a to niechęć do Wham, a to coś tam, pomagał mi odczarować trudne chwile, ale tak to generalnie w zyciu bywa, że wsparcie potrafi pojawić się z naprawdę nieoczekiwanej strony i ten no w sumie to jest fajne.
Bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=JAwk7yBQxDs
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Czez
- Posty: 9728
- Rejestracja: 22 lut 2009 00:43
- Ulubiony utwór: Cala masa
- Lokalizacja: Glasgow
Przepraszam, ze z lekkim poslizgiem, ale lepiej pozno niz... itd, itp 
Od czego by tu zaczac...
Zaczne od tego, ze w tej kolejce zlych piosenek nie ma. Malo tego, wszystkie nawet przypadly mi do gustu. Niektore bardziej, niektore mniej. A dwie to nawet znalem
Bajm - Dwa Serca Dwa Smutki
And the winner is... tak, to jest wrzutka kolejki. Bajm lubie, a z ta akurat piosenka mam kilka mocnych wspomnien. A jednym z nich jest koncert w Londynie, na ktorym Kozidraczka we wstepie do tej piosenki kupila publicznosc. Zreszta sami zobaczcie:
https://youtu.be/X4qIuxnqqyw
I tu mala uwaga dla Shodana: lubisz spiewajace panie, to nie zapominaj o wlasnym podworku
I Really Want To Stay At Your House - Let's Eat
Wedlug tego co pisza w internetach, to piosenka z gry komputerowej. No ale nawet calkiem przyzwoita. Zmiana rytmu jest bardzo ciekawa, bo niby jest inaczej, ale zgrane z poprzednim rytmem. Ogolnie jest fajny flow. Nie zanudza . Drapieznosc idzie w parze z lagodnoscia. No i taki niewinny dziewczecy wokal, ktory tez wspolgra ze wszystkim. Jest dobrze.
The Librarian
Chyba najslabszy kawalek tej kolejki. Rozkreca sie dopiero gdzies w polowie. Ma fajny nastroj, instrumentarium itd, ale zanim sie rozkreci, to wszyscy juz dawno pousypiaja. Takze wykasowac pierwsze 3 minuty to bedzie duzo lepiej.
Fastlove
Utwor mi znany. Wprawdzie szalu nie robi, ale tez nie drazni. Fajne dzwieki tam sie wydobywaja. Taka sobie niezobowiazujaca komercha. A zaloze sie, ze sporo dzieciakow bardziej wolalo te piosenke ogladac niz sluchac. W Fastlove George poszedl w kierunku mowienia, nie spiewania i to jest duuuzy minus. Piosenka to spiew, a nie gadanie. Gadania mozna sobie posluchac w kosciele na kazaniu.
Cocteau Twins - Heaven Or Las Vegas
Taka sobie przyjemna muzyczka z podpietym do rytmu wokalem. Duzo w niej robi gitara. Albo raczej powinienem powiedziec gitary. No fajnie sie tego wszystkiego slucha. Nie jakies flaki z olejem, ale tez nie nazbyt nachalne. Generalnie jest ok.
Right Now
Po trzecim odsluchu zorientowalem sie o co tu chodzi. To takie pomieszanie Scootera i Enrique Iglesiasa. Z jednej strony jakby techno, z drugiej pop i to wszystko gdzies tam sie miesza i wychodzi z tego to cos. Do tego jako przyprawa rapowanie wokalisty i mamy komplet. W sumie da sie sluchac. Tylko gdzie jest spiew?
Od czego by tu zaczac...
Zaczne od tego, ze w tej kolejce zlych piosenek nie ma. Malo tego, wszystkie nawet przypadly mi do gustu. Niektore bardziej, niektore mniej. A dwie to nawet znalem
Bajm - Dwa Serca Dwa Smutki
And the winner is... tak, to jest wrzutka kolejki. Bajm lubie, a z ta akurat piosenka mam kilka mocnych wspomnien. A jednym z nich jest koncert w Londynie, na ktorym Kozidraczka we wstepie do tej piosenki kupila publicznosc. Zreszta sami zobaczcie:
https://youtu.be/X4qIuxnqqyw
I tu mala uwaga dla Shodana: lubisz spiewajace panie, to nie zapominaj o wlasnym podworku
I Really Want To Stay At Your House - Let's Eat
Wedlug tego co pisza w internetach, to piosenka z gry komputerowej. No ale nawet calkiem przyzwoita. Zmiana rytmu jest bardzo ciekawa, bo niby jest inaczej, ale zgrane z poprzednim rytmem. Ogolnie jest fajny flow. Nie zanudza . Drapieznosc idzie w parze z lagodnoscia. No i taki niewinny dziewczecy wokal, ktory tez wspolgra ze wszystkim. Jest dobrze.
The Librarian
Chyba najslabszy kawalek tej kolejki. Rozkreca sie dopiero gdzies w polowie. Ma fajny nastroj, instrumentarium itd, ale zanim sie rozkreci, to wszyscy juz dawno pousypiaja. Takze wykasowac pierwsze 3 minuty to bedzie duzo lepiej.
Fastlove
Utwor mi znany. Wprawdzie szalu nie robi, ale tez nie drazni. Fajne dzwieki tam sie wydobywaja. Taka sobie niezobowiazujaca komercha. A zaloze sie, ze sporo dzieciakow bardziej wolalo te piosenke ogladac niz sluchac. W Fastlove George poszedl w kierunku mowienia, nie spiewania i to jest duuuzy minus. Piosenka to spiew, a nie gadanie. Gadania mozna sobie posluchac w kosciele na kazaniu.
Cocteau Twins - Heaven Or Las Vegas
Taka sobie przyjemna muzyczka z podpietym do rytmu wokalem. Duzo w niej robi gitara. Albo raczej powinienem powiedziec gitary. No fajnie sie tego wszystkiego slucha. Nie jakies flaki z olejem, ale tez nie nazbyt nachalne. Generalnie jest ok.
Right Now
Po trzecim odsluchu zorientowalem sie o co tu chodzi. To takie pomieszanie Scootera i Enrique Iglesiasa. Z jednej strony jakby techno, z drugiej pop i to wszystko gdzies tam sie miesza i wychodzi z tego to cos. Do tego jako przyprawa rapowanie wokalisty i mamy komplet. W sumie da sie sluchac. Tylko gdzie jest spiew?
Enjoy The Silence
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
No i teraz można kolejkę podsumować xd
W sumie wrzucając ten Bajm miałem świadomość że może od dwóch osób coś miłego usłyszę i miałem na myśli shodana i Czeza, spodziewałem się też głosów że "eee ta wersja jest chujowa" i choć je rozumiem to już tak nie czuję z prostego faktu że najpierw ta mi wpadła w ręce i uszy zwyczajnie nim doczytałem że oryginalna pochodzi z lat 80. Mimo to nie chciałem iść na łatwiznę niejako i rzucilem wersją która mi bardziej robi sentymentalnie i która przeszła przemianę w mojej głowie z piekła do nieba.
W sumie wrzucając ten Bajm miałem świadomość że może od dwóch osób coś miłego usłyszę i miałem na myśli shodana i Czeza, spodziewałem się też głosów że "eee ta wersja jest chujowa" i choć je rozumiem to już tak nie czuję z prostego faktu że najpierw ta mi wpadła w ręce i uszy zwyczajnie nim doczytałem że oryginalna pochodzi z lat 80. Mimo to nie chciałem iść na łatwiznę niejako i rzucilem wersją która mi bardziej robi sentymentalnie i która przeszła przemianę w mojej głowie z piekła do nieba.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ja to podsumuję ekspresowo, że moją wrzutę chyba tylko Dragon tak naprawdę w pełni załapał, tak więc szacun dla Dragońskiego.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
stripped, masz u mnie same miłe słowa za... pierwsze 1,5 minuty. Chociaż tyle.
Czez ja lubię śpiewające panie, ale nie wszystkie na świecie.
Co do PSY nie mam wielkich przemyśleń. Wrzuciłem, bo lubię posłuchać, ale nie spodziewałem się laurów i krytyczne uwagi w ogóle mnie nie wzruszyły.
PSY to nie jest wykonawca, za którego miałbym ochotę się wykłócać.
Czez ja lubię śpiewające panie, ale nie wszystkie na świecie.
Co do PSY nie mam wielkich przemyśleń. Wrzuciłem, bo lubię posłuchać, ale nie spodziewałem się laurów i krytyczne uwagi w ogóle mnie nie wzruszyły.
PSY to nie jest wykonawca, za którego miałbym ochotę się wykłócać.
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Poprzednią wrzute spropsowal każdy poza murzynem, te spropsowali tylko murzyn i czez. Wiemy kto się zna na muzyce, a kto stoi tam gdzie stało ZOMO.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Czyli kto się w końcu zna oprócz Ciebie? Tylko Czez?
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
To kto się zna, bo z tej wypowiedzi tbh trudno wywnioskować.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Ja
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
<zszokowane niggasy na ulicy>
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Lubię Mentosa za to absurdalne poczucie humoru. Bo praktycznie wszyscy przecież wiedzą, że akurat on jako jedyny się nie zna.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
TakW Fastlove George poszedl w kierunku mowienia, nie spiewania i to jest duuuzy minus.
-
Czez
- Posty: 9728
- Rejestracja: 22 lut 2009 00:43
- Ulubiony utwór: Cala masa
- Lokalizacja: Glasgow
Candy Dulfer and David Stewart - Lilly Was Here
W roku 1990 mialem sporo kaset z roznymi skladankami. Jedna z nich byla whjatkowa, bo wszystko mi sie na niej podobalo. Bylo tam m.in Policy Of Truth. Ale byl tez mega fajnu utwor instrumentalny, w ktorym glowna role obok gitary i rytmicznej perki odgrywal saksofon. Dopiero po latach dowiedzialem sie, ze to kobitka dmucha w te rure. Mialem tez okazje uslyszec te piosenke na zywo, choc nie w wykonaniu Candy. Ale tez laska grala na saksie. Ciekawostka, ktora sie dowiedzialem nie tak dawno jest taka, ze gitarzysta, z ktorym Candy Duffner to nagrala, byl czlonkiem Eurythmics. No i ta piosenka nie znudzila mi sie do dzis. Ile razy ja slysze, tyle razy jestem szczesliwy
https://youtu.be/86BmSaXZMHw
W roku 1990 mialem sporo kaset z roznymi skladankami. Jedna z nich byla whjatkowa, bo wszystko mi sie na niej podobalo. Bylo tam m.in Policy Of Truth. Ale byl tez mega fajnu utwor instrumentalny, w ktorym glowna role obok gitary i rytmicznej perki odgrywal saksofon. Dopiero po latach dowiedzialem sie, ze to kobitka dmucha w te rure. Mialem tez okazje uslyszec te piosenke na zywo, choc nie w wykonaniu Candy. Ale tez laska grala na saksie. Ciekawostka, ktora sie dowiedzialem nie tak dawno jest taka, ze gitarzysta, z ktorym Candy Duffner to nagrala, byl czlonkiem Eurythmics. No i ta piosenka nie znudzila mi sie do dzis. Ile razy ja slysze, tyle razy jestem szczesliwy
https://youtu.be/86BmSaXZMHw
Enjoy The Silence
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Sorry Czezu, ale Blue Monday juz było. Musisz wybrać coś innego.
Jak chcesz sobie poczytać nasze opinie o BM, to tutaj wrzutka Murzyna i później recenzje.
viewtopic.php?f=60&t=6881&start=1920
Jak chcesz sobie poczytać nasze opinie o BM, to tutaj wrzutka Murzyna i później recenzje.
viewtopic.php?f=60&t=6881&start=1920
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Czez
- Posty: 9728
- Rejestracja: 22 lut 2009 00:43
- Ulubiony utwór: Cala masa
- Lokalizacja: Glasgow
Wow, calkowicie zapomnialem. Zaraz podmienie.
Enjoy The Silence