Best of Forum (Albumy) vol. 2
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Re: Best of Forum (Albumy) vol. 2
Alphaville – Afternoons in Utopia
Zespół Alphaville znam z ich singli oraz albumu Forever Young, który to będąc w Syrii kupiłem sobie w znanym już Wam muzycznym sklepie z piratami zgrywanymi z internetu. Od tych 20 lat chyba już tego albumu nie słuchałem, ale wtedy mi się podobał. Podchodziłem więc do Afternoons in Utopia z pewnym zainteresowaniem. Okazało się na dodatek, że sporo utworów znam lub kojarzę, gdyż słyszałem je już w przeszłości.
Intro takie sobie, nie porywa, ale też specjalnie nie drażni. Potem wchodzi Fantastic Dream, który właśnie kojarzyłem z przeszłości. Utwór jest niezły. Podobają mi się werble na początku i praca perkusji. Te dźwięki talerzy w lewym kanale też spoko. Klawiszowa zagrywka rzeczywiście niespecjalna, taka typowa dla lat 80’. Ale ogólnie w tłumie ujdzie. Melodia może nie szałowa, ale przyzwoita. Ogólnie utwór dosyć dobry. Może działa tu jakaś nostalgia i gdybym utworu nie znał, to bym bardziej marudził. Nie wiem.
Następnie mamy najlepszy jak dla mnie utwór na płycie, czyli Jerusalem. Nie słyszałem tego od wieków, ale naprawdę się ucieszyłem, że jest na tym albumie i że mogę go posłuchać. Bo zawsze Jerusalem bardzo lubiłem. Melodia refrenu jest naprawdę piękna. I te klawiszowe zagrywki trąbek na granicy zwrotek i refrenów są też piękne. Może i jest tu sporo patosu, ale mi to nie przeszkadza. Lubię patos w muzyce. No i trąbki w outro znów rewelacyjne.
Dalej doskonale mi znane Dance With Me. Ten utwór też strasznie lubię. Dynamiczny, bardzo taneczny kawałek ze świetnym początkiem i refrenem. Zagrywka klawiszowa też bardzo fajna. Weselna melodia czy nie weselna – nieważne. To jest dobre i już. Tutaj wokalista rzeczywiście musiał się czuć jak ryba w wodzie.
Afternoons in Utopia na początku nie podobał mi się. Ale po paru odsłuchach załapałem ten klimat. Klimat iście baśniowy. Jak z jakiejś bajki o królestwie, księżniczce, rycerzach itp. Te klawiszowe arpy są dobre. I zaśpiewy Golda w refrenie też są dobre. Barokowe organy i trąbki fajnie pasują do tej baśniowej aury.
Sensations to kolejny utwór, który doskonale znam. I to znów całkiem przyzwoity numer. Co prawda te chórki są dosyć obciachowe, ale ogólnie nie jest źle. Może to znów działa jakiś wspomnień czar?
20th Century jest wg mnie mało sensowne. Nie ma o czym wspominać. The Voyager to taki zapychacz idealny na festiwalowe występy. Klawisze brzmiące jak te z Fantastic Dream znów bardziej irytują niż zachwycają. Gitarowa solówka na końcu jest wręcz paskudna. Carol Masters też mi się nie podoba. Nawet bardziej niż The Voyager. Nie ma nic gorszego dla utworu niż bezsensowna melodia. A tutaj właśnie taka jest. Brzmienie też słabe.
Universal Daddy to trzeci z rzędu zapychacz niestety. Nawet można na dystansie tych 4 minut wyłapać jakieś interesujące brzmienia, ale ogólnie utwór szału nie robi.
Lassie Come Home jest spoko. Trochę wracają baśniowe klimaty z Afternoons in Utopia. Początek naprawdę ładny. Fajnie pulsuje basik. Ładne trąbki i klawiszowe akordy. Potem Gold śpiewa niżej i spokojniej niż zwykle i dopiero w końcówce się ożywia. Mi też ten utwór coś przypomina, ale nie wiem co. W każdym razie ładna balladka, która wcale mi się nie dłuży.
Red Rose niczego już do tego albumu nie wnosi, bo to też raczej filler bez jakiejkolwiek sensownej melodii. Że o Lady Bright nie wspomnę. Intro płyty było jeszcze znośne, ale tego zakończenia to nie rozumiem kompletnie.
No cóż, patrząc na to jak oceniałem poszczególne utwory, to wyszło mi podobnie jak u Hiena, czyli 50/50. Połowa utworów na plus, połowa do zapomnienia. Na początku nawet było trochę gorzej, ale dwa utwory jednak na dystansie paru dni zyskały i mogłem je zaliczyć do górnej połowy tabeli. Mnóstwo na tym albumie typowo eitisowego brzmienia, które czasami nie przeszkadza, ale czasami potrafi odrzucić. Sporo tu też festiwalowych klimatów, których raczej nie preferuję zbytnio.
Czy będę wracał do całego albumu to nie wiem. Chyba nie, bo na te zapychacze stanowiące 50% zawartości raczej ochoty nie mam. Ale do kilku utworów z Jerusalem na czele wróce na pewno nie raz.
Zespół Alphaville znam z ich singli oraz albumu Forever Young, który to będąc w Syrii kupiłem sobie w znanym już Wam muzycznym sklepie z piratami zgrywanymi z internetu. Od tych 20 lat chyba już tego albumu nie słuchałem, ale wtedy mi się podobał. Podchodziłem więc do Afternoons in Utopia z pewnym zainteresowaniem. Okazało się na dodatek, że sporo utworów znam lub kojarzę, gdyż słyszałem je już w przeszłości.
Intro takie sobie, nie porywa, ale też specjalnie nie drażni. Potem wchodzi Fantastic Dream, który właśnie kojarzyłem z przeszłości. Utwór jest niezły. Podobają mi się werble na początku i praca perkusji. Te dźwięki talerzy w lewym kanale też spoko. Klawiszowa zagrywka rzeczywiście niespecjalna, taka typowa dla lat 80’. Ale ogólnie w tłumie ujdzie. Melodia może nie szałowa, ale przyzwoita. Ogólnie utwór dosyć dobry. Może działa tu jakaś nostalgia i gdybym utworu nie znał, to bym bardziej marudził. Nie wiem.
Następnie mamy najlepszy jak dla mnie utwór na płycie, czyli Jerusalem. Nie słyszałem tego od wieków, ale naprawdę się ucieszyłem, że jest na tym albumie i że mogę go posłuchać. Bo zawsze Jerusalem bardzo lubiłem. Melodia refrenu jest naprawdę piękna. I te klawiszowe zagrywki trąbek na granicy zwrotek i refrenów są też piękne. Może i jest tu sporo patosu, ale mi to nie przeszkadza. Lubię patos w muzyce. No i trąbki w outro znów rewelacyjne.
Dalej doskonale mi znane Dance With Me. Ten utwór też strasznie lubię. Dynamiczny, bardzo taneczny kawałek ze świetnym początkiem i refrenem. Zagrywka klawiszowa też bardzo fajna. Weselna melodia czy nie weselna – nieważne. To jest dobre i już. Tutaj wokalista rzeczywiście musiał się czuć jak ryba w wodzie.
Afternoons in Utopia na początku nie podobał mi się. Ale po paru odsłuchach załapałem ten klimat. Klimat iście baśniowy. Jak z jakiejś bajki o królestwie, księżniczce, rycerzach itp. Te klawiszowe arpy są dobre. I zaśpiewy Golda w refrenie też są dobre. Barokowe organy i trąbki fajnie pasują do tej baśniowej aury.
Sensations to kolejny utwór, który doskonale znam. I to znów całkiem przyzwoity numer. Co prawda te chórki są dosyć obciachowe, ale ogólnie nie jest źle. Może to znów działa jakiś wspomnień czar?
20th Century jest wg mnie mało sensowne. Nie ma o czym wspominać. The Voyager to taki zapychacz idealny na festiwalowe występy. Klawisze brzmiące jak te z Fantastic Dream znów bardziej irytują niż zachwycają. Gitarowa solówka na końcu jest wręcz paskudna. Carol Masters też mi się nie podoba. Nawet bardziej niż The Voyager. Nie ma nic gorszego dla utworu niż bezsensowna melodia. A tutaj właśnie taka jest. Brzmienie też słabe.
Universal Daddy to trzeci z rzędu zapychacz niestety. Nawet można na dystansie tych 4 minut wyłapać jakieś interesujące brzmienia, ale ogólnie utwór szału nie robi.
Lassie Come Home jest spoko. Trochę wracają baśniowe klimaty z Afternoons in Utopia. Początek naprawdę ładny. Fajnie pulsuje basik. Ładne trąbki i klawiszowe akordy. Potem Gold śpiewa niżej i spokojniej niż zwykle i dopiero w końcówce się ożywia. Mi też ten utwór coś przypomina, ale nie wiem co. W każdym razie ładna balladka, która wcale mi się nie dłuży.
Red Rose niczego już do tego albumu nie wnosi, bo to też raczej filler bez jakiejkolwiek sensownej melodii. Że o Lady Bright nie wspomnę. Intro płyty było jeszcze znośne, ale tego zakończenia to nie rozumiem kompletnie.
No cóż, patrząc na to jak oceniałem poszczególne utwory, to wyszło mi podobnie jak u Hiena, czyli 50/50. Połowa utworów na plus, połowa do zapomnienia. Na początku nawet było trochę gorzej, ale dwa utwory jednak na dystansie paru dni zyskały i mogłem je zaliczyć do górnej połowy tabeli. Mnóstwo na tym albumie typowo eitisowego brzmienia, które czasami nie przeszkadza, ale czasami potrafi odrzucić. Sporo tu też festiwalowych klimatów, których raczej nie preferuję zbytnio.
Czy będę wracał do całego albumu to nie wiem. Chyba nie, bo na te zapychacze stanowiące 50% zawartości raczej ochoty nie mam. Ale do kilku utworów z Jerusalem na czele wróce na pewno nie raz.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
No dobra Panowie, dev miał wrzucić podsumowanie wczoraj wieczorem...
potem dzisiaj rano...
także tego no, zapraszam do omawiania albumu Glasshouse od Jessie Ware
potem dzisiaj rano...
także tego no, zapraszam do omawiania albumu Glasshouse od Jessie Ware
stripped pisze:24 kwie 2023 21:00Jessie Ware - Glasshouse
(2017)
Jessie Ware po raz pierwszy usłyszałem jakoś w 2012 roku za sprawą jej przeboju Wildest Moments pochodzącego z debiutanckiej płyty. Na tamten moment równie dobrze mogła zostać zaledwie one-hit wonderem jakich wiele, jednakże czas pokazał że to zdolna artystka mająca w zanadrzu jeszcze sporo dobrej muzyki. Jej druga płyta Tough Love z 2014 roku wydawała mi się ciekawsza, w tamtym samym czasie okazało się też że lubi ją moja bratowa, Jessie udzieliła się też na albumie Katy B więc przewijała się w dyskusjach tu i tam choć znów poza paroma singlami nie wgryzlem się mocniej. Zmianę przyniosła dopiero jej trzecia płyta zatytułowana Glasshouse.
Zaczęło się od singla Midnight który ukazał się jeszcze latem 2017 roku, z miejsca mi się spodobał i wiedziałem że będę czekał na premierę albumu która miała miejsce jesienią. Rok 2017 to był w ogóle najowocniejszy dla mnie rok w muzyce od lat - tu niektórzy kekną - gdyż spodobały mi się wówczas AŻ 4 albumy co było dobrym wynikiem biorąc pod uwagę że przez długi czas chyba nie jarałem się wtedy albumowymi premierami muzycznymi (z biegiem lat nawet wszystkie te 4 płyty zdobyłem, Glasshouse jako ostatnie).
Płyta wyszła jesienią, zassałem ją z neta i była jedną z ostatnich płyt jakie nosiłem ze sobą na moim wiekowym odtwarzaczu mp3. Nie jest może jakaś wybitna ale nie w tym rzecz, była to w sumie pierwsza płyta którą się zajarałem odkąd objąłem nowe kierownicze stanowisko w pracy, miałem zmiennika na którym mogłem polegać, mieszkałem wtedy już z moją partnerką, ogólnie był to bardzo dobry czas stabilizacji w moim życiu i ta płyta była mi wtedy soundtrackiem. Rzadko może słucham, może dawno nie wracałem (dopiero ostatnio myśląc o niej właśnie w kontekście wrzutki) ale jest to album którego słucham z prawdziwą przyjemnością od początku do końca, płyta która moim zdaniem pasuje na słoneczną porę roku (wyjaśnię za chwilę) i taka którą bardzo chciałem się z Wami podzielić i przy okazji ukazać trochę inną twarz Murzyna hehe. Jak na mnie płyta może być dla niektórych zaskoczeniem bo jest to album pop i w przeważającej mierze jest to materiał balladowy. Niemniej jest to płyta która nie nudzi mnie na przestrzeni swoich 12 kompozycji, łącznie całość trwa 46 minut więc pod kątem nie powinna Was mam nadzieję zanudzić. O ile na temat śpiewających pań naszego forumowego Wujasa nie zawsze miewam najlepsze zdanie (a nawet jak mam to miewam nieraz zarzuty pod adresem wrzucanych płyt bo a to za długa a to wrzucona może trochę nie w porę) tak tym razem sam rzucam klasyczną śpiewającą Panią - gotów na krytykę naszego specjalisty w tej dziedzinie. Dlaczego uważam że płyta to dobra na słoneczną porę? Z jednej strony dlatego że materiał na niej zawarty to mógłby często być dobry wybór na wolne tańce na weselu może i łącznie z pierwszym tańcem młodej pary, część utworów tutaj to subtelne miłosne ballady chyba dobrze pasujące na wiosenną porę kiedy wszystko rozkwita łącznie z uczuciami, gdy powietrze gęste jest od zapachu kwiatów. Dobrze też może wchodzić w leniwe słoneczne popołudnia i wieczorami. Część kawałków to numery bardziej brejkapowe, ale nic mocno dołującego moim zdaniem, wszystko z lekką nutką melancholii co najwyżej. Od typowo balladowej budowy wyrywają się na płycie raptem dwa utwory, jednym z nich jest Your Domino które ma elektroniczny żywszy bicik a drugie to Selfish Love będące spaloną w słońcu gitarową bossa novą. Najbardziej chyba lubię utwory z początku płyty czyli Midnight z prostym ale skutecznym fortepianowym motywem, walczykowate Thinking About You oraz Stay Awake, Wait For Me z solo na trąbce.
Wam może być znane Alone które swego czasu pamiętam było trochę zajeżdżane w radio, a najmniej robi mi chyba... w sumie to trudno rzec, te kawałki są po prostu dobre. Pomimo raczej jednostajnego spokojnego tempa tej płyty uważam że jest ona na tyle dobrze napisana, skomponowana i wykonana że zwyczajnie broni się w moich uszach i myślę że może się podobać. To są bardzo proste a zarazem ładne chwytliwe melodie i całkiem niezłe teksty w moim odczuciu.
Zatem tym razem to ja zapraszam do odsłuchu śpiewającej pani
https://youtube.com/playlist?list=PLDt1 ... C9iqe0_Wrz
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Szybkie kilka słów o Alphaville, tbh spodziewałem się trochę takiego odbioru przez poszczególnych użytkowników, nieco zaksoczył mnie Hien, bo na początku cisnął a ostatecznie stwierdził, że płyta mocno siadła (napisał mi to też dzisiaj, że to dla niego w sumie grower, miło to słyszeć). Co do reszty, wiedziałem jakoś podskórnie, że Wuja i Melczet docenią, trochę tak, jakby ten krążek był technicznie skrojony pod nich. Spodziewałem się mehnięć Murzyna i Roberta, za to ciekawiła mnie recka Mętosa, bo on zawsze potrafi zaatakować z niespodziewanej strony. I zaatakował, ale nie tym razem z korzyścią dla mnie. Ja wiem, że ten krążek jest trochę plastikowy, ale mam to gdzieś o tyle, że mam do niego sentyment. Może też dlatego tak chętnie go Wam sprzedawałem, Porcupine Tree Forumowicze. Ale najbardziej cieszy to, że podobają Wam się moje opisy, fajnie wiedzieć, że kręcenie tych ścian tekstu "się opłaca", bo komuś chce się czytać i jak to rapował Łona, "(...)czy ktoś się ubawi przy lekturze - niewątpliwie". A tymczasem...
Jessie Ware - Glasshouse
Co tam wiem o Jessie Ware (tak pi razy drzwi) to już napisałem w utworowej, więc powtarzać się nie będę. Hmm, nie wiem, co mam napisać szczerze mówiąc xD Jak odpalałem ten album to nastawiałem się... sam nie wiem na co xD Miałem chyba inne wyobrażenie dotyczące Jessie Ware, a co innego dostałem. Nie mogę powiedzieć, że nie będę narzekał, bo jestem lekko rozczarowany. Dość powiedzieć, że najpierw zabrałem się za utworową a potem za album, który przesłuchałem łącznie dwukrotnie i na ten moment nie mam ochoty na więcej. Co mnie trochę... denerwuje, bo to nie jest zła muzyka. Co więcej, czuję w niej wiele rzeczy, które normalnie bardzo by mi się podobały. Nie jest to "antyvibe" w stylu Bili Ejlisz, to raczej po prostu brak chemii. Znowu - zaskakuje mnie to trochę i to negatywnie w odniesieniu do samego siebie, albowiem poza tym, co już napisałem wyżej, ma ona taki dreamowy sznyt, a ja dream lubię. Już od pierwszych dźwięków Midnight miałem zaciesz na ryju, który potem został mi odebrany, kiedy wszedł refren. Ten refren NIE JEST ZŁY, ale jest co najwyżej RZETELNY, pasuje do klimatu utworu, ale też... zabiera mu ten klimat. Sam nie wiem, NIE WIEM (że tak Mintajem zajadę), czego ja tutaj oczekiwałem. Może to efekt wrzutki utworowej? Wszak nie wypowiedziałem się o niej zbyt ciepło. Jednocześnie dodam, że Wildest Moments mi się kurde naprawdę w opór podobało mimo całej swojej serowości. Tutaj najbliżej tego klimatu znalazłem Thinking About You i to nazwę bez wątpienia ulubionym trackiem na albumie. Tuż obok Your Domino, które ma fantastyczne tempo, fantastyczny bit, świetne elektroprzeszkadzajki perkusyjne i motyw w refrenie. Brzmi to dla mnie trochę jak kombinacja Lykke Li z Sarah Blasko, gdyby Sarah Blasko śpiewała pod muzykę Lykke Li. Jak już tak jadę ścieżkami, trochę przypadkiem (ale to też coś o czymś mówi, albo nie mówi nic o niczym, zależy jak patrzeć), to niech i tak będzie. Leci Alone (zresztą, swoim zwyczajem puściłem sobie album raz jeszcze pod pisanie tej recki i odpalam losowe numery, żeby zrobić taką punktową weryfikację, nie raz było tak, że coś siadło w najmniej oczekiwanym momencie, coś, co nie powinno by all means, no ale jednak). Leci Alone i kurde, znam to, nie? Tak mi się wydaje. Wchodzę na Wiki, no tak, to był singiel, więc gdzieś to musiałem słyszeć, może w jakiejś Coście? Bo to taka muzyka pod centra handlowe i kawiarnie (jakoś nie mogę shake the feeling, że artystka trochę się rozmieniła na drobne występując na rebrandingu Galerii Mokotów, ale z drugiej strony Red Box wystąpiło na urodzinach pieprzonej Manufaktury a wciąż są super). Kompletnie nie siadło, zupełnie, totalnie, nie mój klimat w jakimkolwiek ujęciu. Selfish Love, kolejny singiel, ale tego już nie kojarzę ni cholery. Za to jej wokal w tym kawałku już mi coś przypomina. Co to? Szybki risercz w głowie... trochę The Cardigans a trochę Sade w Smooth Operator xD No, nic nie poradzę. Dość uwodzicielski numer, podoba mi się taki trochę klezmerski wstęp (przywodzi mi na myśl muzykę Sophie Solomon), bicik trąci bossa novą (prawdopodobnie w ogóle, ale ja to tutaj czuję i nic na to nie poradzę). Ale kurde, refren jest jakiś płaski, czegoś mu brakuje. No mówię, TO NIE JEST ZŁY KRĄŻEK, ale czegoś w nim nie ma, a ja nie potrafię powiedzieć dokładnie czego. Uff, skończyliśmy pierwszą połowę.
Nadjeżdża First Time i znów mam taki dreamowy vibe, który jest fajny, jara mnie, ale leży to najwyżej blisko tego, co mnie w dreamie urzeka (i nie mam na myśli tony dziwnych efektów, piramidalnych pogłosów czy srogiego echa i efektu śpiewania z wnętrza miski klozetowej, choć wróć, to ostatnie akurat tu jest i wybrzmiewa jak diabli xD). Nie dotyka tego jednak, pozostaje na uboczu a ja jestem nienasycony, jakbym był spragniony w hui w gorący letni dzień, ale ktoś mi tylko macha butelką z pyszną, zimną Fantą bez cukru, a ja mogę najwyżej pospijać krople potu kapiące mi z coraz dłuższych włosów. Puszczam drugi raz, trzeci, teraz też włączyłem, mówię, PRZECIEŻ NIE MOŻE BYĆ TAK ŹLE. No i... nie jest! Ale nie siada. Nie, to nie to. To jest muzyka pod kawiarnie i produkcyjniaki z Jennifer Lopez. No dobra, koniec znęcania się, to tylko jeden numer. Wjeżdża Hearts i na początku zapodaje mi wspomnienie... znowu będzie zaskakująco, ale Birdy. Poważnie, trochę Birdy, a trochę... znowu ktoś, kogo nazwiska nie mogę sobie przypomnieć xDDD Kto to do cholery, no mam na końcu języka, na końcu głowy, przecież ja to już gdzieś słyszałem. I jest nawet fajnie, bo ta gitara i akompaniujący klawisz są naprawdę dobre, ale potem wjeżdża refren i wszystko mi psuje. Może ona zwyczajnie nie ma dobrych refrenów? Nie wiem, NIE WIEM ale coś mi tu nie gra, coś tu śmierdzi. Jak to pisała Cate Brooks o idei przyświecającej jej muzie spod znaku The Advisory Circle - everything's ok and there is something just not quite right about it. Tutaj dodatkowo wszystko rujnuje ta skrzecząco-pierdząca gitara na sam koniec. Czyj to był pomysł? Gdzie był nadzorca inżyniera dźwięku gdy wrzucano tu to gówno? Urgh, no ale się skończyło i następne jest Slow Me. To jest ciekawy przypadek, albowiem numer ten w ogóle mi nie siadł na początku, a potem złapałem się na tym, że odpalam go kilka razy xD Jest tu parę ścieżek, które włączałem kilkakrotnie poza odsłuchem samej płyty (a mówię, tej dałem 2 spiny i mnie trochę... zmęczyła). I jeszcze jedno - tutaj jest odwrócenie sytuacji z Midnight albo Selfish Love. Tym razem zwrotki są takie sobie, za to refren mnie urzekł, zwłaszcza podejście do niego (nie wiem, jak to inaczej nazwać). Swobodny bit jest tak obrzydliwie czilowy, że mam ochotę po prostu położyć się do łóżka z butelką zimnego prosecco i udawać, że leżę w towarzystwie jakiejś panny. Podobny feeling daje mi Finish What We Started, nieco żywsze, ale bit wciąż trafia w moje gusta, refren sam się w głowie nuci. Niestety, to ciągle nie to, no, aż jestem zły. I znów ta gitara na końcu, która jakoś średnio mi pasuje do całości, nie wiem, ja bym to inaczej zagrał, co innego wrzucił, niepotrzebne skreślić. Last of the True Believers z kolei daje mi jakieś okrutne reminescencje lat 90., jakbym słuchał Madonny z tamtego okresu, albo nie wiem, no, nie przychodzi mi nic innego do głowy, właśnie Madonna xD Albo jakieś jednohitowe żeńskie gwiazdeczki. Tyle, że nie mam tutaj nostalgia vibes, jest przeciętnie. Refren ma momenty, ale nic poza tym. Doczytuję na Wiki, że ten kawałek jest robiony w feacie z Paulem Buchananem z The Blue Nile, a oni dla mnie właśnie taką niby spoko, ale jednak nieco przymulającą i niewyróżniającą się niczym muzykę robili. Gość w ogóle śpiewał na jednym z numerów Chrisa Bottiego i... zamulał, choć numer był fajny. Także niewiele się zmieniło. Sam, o to jest dziwny przypadek. I jeszcze współkomponował ten numer Sheeran, którego nie znoszę... ale mnie zaskoczył. Na początku takie gitarowe-nie-wiadomo-co, ale potem, jak weszła coda dostałem skojarzeń z no-man xD Bardzo mi się to spodobało, puszczałem i ten utwór parę razy, ale tak mniej więcej od połowy xD Nie no, żartuję, puszczałem cały tak naprawdę, i właściwie wepchnę go w swoje top 3 na tym krążku. Nie, top 5. Top 6? Co jest ze mną...
No dobra, to słowem podsumowania tak szczerze - to NIE JEST zła płyta, ma parę naprawdę spoko highlightów, które uznaję za growery w swoich uszach, parę rzeczy bardzo udanych, ale będę zupełnie szczery - brakuje jej czegoś dla mnie. Inne porównanie, którego użyję, to jest tak, jakby ktoś soczyście zachwalał swoją kuchnię, niby wszyscy wokół też zachwyceni, robią mi hype, przychodzę na miejsce, wszystko elegancko przyszykowane, podane też pięknie, wbijam sztućce i... no, jest dobrze, ale TYLKO dobrze. Warte jakiejś tam swojej kasy, ale implikowanie gwiazdki Michelin to nieporozumienie. Nie zmęczyłem się ostatecznie do końca, ale to wciąż TYLKO TROCHĘ, WCIĄŻ NA KRAWĘDZI. Świetne bzykanie bez orgazmu. Zimny napój bez gaszenia pragnienia. Piękny letni dzień, ale za oknem, bo leżycie ze złamaną nogą na łóżku w swojej sypialni na piętrze. Niby jest lato, NO ALE... W końcu noga się jednak zrośnie, co nie? Co nie?
Jessie Ware - Glasshouse
Co tam wiem o Jessie Ware (tak pi razy drzwi) to już napisałem w utworowej, więc powtarzać się nie będę. Hmm, nie wiem, co mam napisać szczerze mówiąc xD Jak odpalałem ten album to nastawiałem się... sam nie wiem na co xD Miałem chyba inne wyobrażenie dotyczące Jessie Ware, a co innego dostałem. Nie mogę powiedzieć, że nie będę narzekał, bo jestem lekko rozczarowany. Dość powiedzieć, że najpierw zabrałem się za utworową a potem za album, który przesłuchałem łącznie dwukrotnie i na ten moment nie mam ochoty na więcej. Co mnie trochę... denerwuje, bo to nie jest zła muzyka. Co więcej, czuję w niej wiele rzeczy, które normalnie bardzo by mi się podobały. Nie jest to "antyvibe" w stylu Bili Ejlisz, to raczej po prostu brak chemii. Znowu - zaskakuje mnie to trochę i to negatywnie w odniesieniu do samego siebie, albowiem poza tym, co już napisałem wyżej, ma ona taki dreamowy sznyt, a ja dream lubię. Już od pierwszych dźwięków Midnight miałem zaciesz na ryju, który potem został mi odebrany, kiedy wszedł refren. Ten refren NIE JEST ZŁY, ale jest co najwyżej RZETELNY, pasuje do klimatu utworu, ale też... zabiera mu ten klimat. Sam nie wiem, NIE WIEM (że tak Mintajem zajadę), czego ja tutaj oczekiwałem. Może to efekt wrzutki utworowej? Wszak nie wypowiedziałem się o niej zbyt ciepło. Jednocześnie dodam, że Wildest Moments mi się kurde naprawdę w opór podobało mimo całej swojej serowości. Tutaj najbliżej tego klimatu znalazłem Thinking About You i to nazwę bez wątpienia ulubionym trackiem na albumie. Tuż obok Your Domino, które ma fantastyczne tempo, fantastyczny bit, świetne elektroprzeszkadzajki perkusyjne i motyw w refrenie. Brzmi to dla mnie trochę jak kombinacja Lykke Li z Sarah Blasko, gdyby Sarah Blasko śpiewała pod muzykę Lykke Li. Jak już tak jadę ścieżkami, trochę przypadkiem (ale to też coś o czymś mówi, albo nie mówi nic o niczym, zależy jak patrzeć), to niech i tak będzie. Leci Alone (zresztą, swoim zwyczajem puściłem sobie album raz jeszcze pod pisanie tej recki i odpalam losowe numery, żeby zrobić taką punktową weryfikację, nie raz było tak, że coś siadło w najmniej oczekiwanym momencie, coś, co nie powinno by all means, no ale jednak). Leci Alone i kurde, znam to, nie? Tak mi się wydaje. Wchodzę na Wiki, no tak, to był singiel, więc gdzieś to musiałem słyszeć, może w jakiejś Coście? Bo to taka muzyka pod centra handlowe i kawiarnie (jakoś nie mogę shake the feeling, że artystka trochę się rozmieniła na drobne występując na rebrandingu Galerii Mokotów, ale z drugiej strony Red Box wystąpiło na urodzinach pieprzonej Manufaktury a wciąż są super). Kompletnie nie siadło, zupełnie, totalnie, nie mój klimat w jakimkolwiek ujęciu. Selfish Love, kolejny singiel, ale tego już nie kojarzę ni cholery. Za to jej wokal w tym kawałku już mi coś przypomina. Co to? Szybki risercz w głowie... trochę The Cardigans a trochę Sade w Smooth Operator xD No, nic nie poradzę. Dość uwodzicielski numer, podoba mi się taki trochę klezmerski wstęp (przywodzi mi na myśl muzykę Sophie Solomon), bicik trąci bossa novą (prawdopodobnie w ogóle, ale ja to tutaj czuję i nic na to nie poradzę). Ale kurde, refren jest jakiś płaski, czegoś mu brakuje. No mówię, TO NIE JEST ZŁY KRĄŻEK, ale czegoś w nim nie ma, a ja nie potrafię powiedzieć dokładnie czego. Uff, skończyliśmy pierwszą połowę.
Nadjeżdża First Time i znów mam taki dreamowy vibe, który jest fajny, jara mnie, ale leży to najwyżej blisko tego, co mnie w dreamie urzeka (i nie mam na myśli tony dziwnych efektów, piramidalnych pogłosów czy srogiego echa i efektu śpiewania z wnętrza miski klozetowej, choć wróć, to ostatnie akurat tu jest i wybrzmiewa jak diabli xD). Nie dotyka tego jednak, pozostaje na uboczu a ja jestem nienasycony, jakbym był spragniony w hui w gorący letni dzień, ale ktoś mi tylko macha butelką z pyszną, zimną Fantą bez cukru, a ja mogę najwyżej pospijać krople potu kapiące mi z coraz dłuższych włosów. Puszczam drugi raz, trzeci, teraz też włączyłem, mówię, PRZECIEŻ NIE MOŻE BYĆ TAK ŹLE. No i... nie jest! Ale nie siada. Nie, to nie to. To jest muzyka pod kawiarnie i produkcyjniaki z Jennifer Lopez. No dobra, koniec znęcania się, to tylko jeden numer. Wjeżdża Hearts i na początku zapodaje mi wspomnienie... znowu będzie zaskakująco, ale Birdy. Poważnie, trochę Birdy, a trochę... znowu ktoś, kogo nazwiska nie mogę sobie przypomnieć xDDD Kto to do cholery, no mam na końcu języka, na końcu głowy, przecież ja to już gdzieś słyszałem. I jest nawet fajnie, bo ta gitara i akompaniujący klawisz są naprawdę dobre, ale potem wjeżdża refren i wszystko mi psuje. Może ona zwyczajnie nie ma dobrych refrenów? Nie wiem, NIE WIEM ale coś mi tu nie gra, coś tu śmierdzi. Jak to pisała Cate Brooks o idei przyświecającej jej muzie spod znaku The Advisory Circle - everything's ok and there is something just not quite right about it. Tutaj dodatkowo wszystko rujnuje ta skrzecząco-pierdząca gitara na sam koniec. Czyj to był pomysł? Gdzie był nadzorca inżyniera dźwięku gdy wrzucano tu to gówno? Urgh, no ale się skończyło i następne jest Slow Me. To jest ciekawy przypadek, albowiem numer ten w ogóle mi nie siadł na początku, a potem złapałem się na tym, że odpalam go kilka razy xD Jest tu parę ścieżek, które włączałem kilkakrotnie poza odsłuchem samej płyty (a mówię, tej dałem 2 spiny i mnie trochę... zmęczyła). I jeszcze jedno - tutaj jest odwrócenie sytuacji z Midnight albo Selfish Love. Tym razem zwrotki są takie sobie, za to refren mnie urzekł, zwłaszcza podejście do niego (nie wiem, jak to inaczej nazwać). Swobodny bit jest tak obrzydliwie czilowy, że mam ochotę po prostu położyć się do łóżka z butelką zimnego prosecco i udawać, że leżę w towarzystwie jakiejś panny. Podobny feeling daje mi Finish What We Started, nieco żywsze, ale bit wciąż trafia w moje gusta, refren sam się w głowie nuci. Niestety, to ciągle nie to, no, aż jestem zły. I znów ta gitara na końcu, która jakoś średnio mi pasuje do całości, nie wiem, ja bym to inaczej zagrał, co innego wrzucił, niepotrzebne skreślić. Last of the True Believers z kolei daje mi jakieś okrutne reminescencje lat 90., jakbym słuchał Madonny z tamtego okresu, albo nie wiem, no, nie przychodzi mi nic innego do głowy, właśnie Madonna xD Albo jakieś jednohitowe żeńskie gwiazdeczki. Tyle, że nie mam tutaj nostalgia vibes, jest przeciętnie. Refren ma momenty, ale nic poza tym. Doczytuję na Wiki, że ten kawałek jest robiony w feacie z Paulem Buchananem z The Blue Nile, a oni dla mnie właśnie taką niby spoko, ale jednak nieco przymulającą i niewyróżniającą się niczym muzykę robili. Gość w ogóle śpiewał na jednym z numerów Chrisa Bottiego i... zamulał, choć numer był fajny. Także niewiele się zmieniło. Sam, o to jest dziwny przypadek. I jeszcze współkomponował ten numer Sheeran, którego nie znoszę... ale mnie zaskoczył. Na początku takie gitarowe-nie-wiadomo-co, ale potem, jak weszła coda dostałem skojarzeń z no-man xD Bardzo mi się to spodobało, puszczałem i ten utwór parę razy, ale tak mniej więcej od połowy xD Nie no, żartuję, puszczałem cały tak naprawdę, i właściwie wepchnę go w swoje top 3 na tym krążku. Nie, top 5. Top 6? Co jest ze mną...
No dobra, to słowem podsumowania tak szczerze - to NIE JEST zła płyta, ma parę naprawdę spoko highlightów, które uznaję za growery w swoich uszach, parę rzeczy bardzo udanych, ale będę zupełnie szczery - brakuje jej czegoś dla mnie. Inne porównanie, którego użyję, to jest tak, jakby ktoś soczyście zachwalał swoją kuchnię, niby wszyscy wokół też zachwyceni, robią mi hype, przychodzę na miejsce, wszystko elegancko przyszykowane, podane też pięknie, wbijam sztućce i... no, jest dobrze, ale TYLKO dobrze. Warte jakiejś tam swojej kasy, ale implikowanie gwiazdki Michelin to nieporozumienie. Nie zmęczyłem się ostatecznie do końca, ale to wciąż TYLKO TROCHĘ, WCIĄŻ NA KRAWĘDZI. Świetne bzykanie bez orgazmu. Zimny napój bez gaszenia pragnienia. Piękny letni dzień, ale za oknem, bo leżycie ze złamaną nogą na łóżku w swojej sypialni na piętrze. Niby jest lato, NO ALE... W końcu noga się jednak zrośnie, co nie? Co nie?
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Nieporozumieniem jest przyjście do baru mlecznego i oczekiwanie gwiazdek Michelin, nie wydaje mi się żebym to ja tak napompował te oczekiwaniadevotional pisze:10 maja 2023 22:04to jest tak, jakby ktoś soczyście zachwalał swoją kuchnię, niby wszyscy wokół też zachwyceni, robią mi hype, przychodzę na miejsce, wszystko elegancko przyszykowane, podane też pięknie, wbijam sztućce i... no, jest dobrze, ale TYLKO dobrze. Warte jakiejś tam swojej kasy, ale implikowanie gwiazdki Michelin to nieporozumienie.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Sam je sobie trochę napompowałem słysząc pierwsze dźwięki Midnight xD w sensie, mnie trochę odwala, jak do moich uszu docierają dreamowe klimaty. To jest takie autorozczarowanie, podobnie byłem rozczarowany drugą płytą Blouse, gdzie pierwsza idealnie eksplorowała dream popowy temat (Hien jej nie trawi btw).
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Proszę mnie do tego nie mieszać xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Jessie Ware – Glasshouse
Nazwisko Jessie Ware znam od dawna i gdzieś tam już ją słyszałem. Zakodowałem, że babka ma ładny głos i warto byłoby sprawdzić jej muzykę. Ale jak wiele rzeczy w życiu odkłada się na później, tak i to odkładałem na bliżej nieokreślone później. Aż z pomocą przyszedł stripped. Z jednej strony niby zaskoczenie, bo to przecież śpiewająca pani, a on na te panie częściej meha niż chwali. Ale z drugiej strony jak się już człowiek zapozna z Glasshouse, to zdziwienie znika, bo to w sumie muzyka taka dosyć mocno w jego klimatach.
Nie wiem, czego oczekiwał dev po zaledwie kilku dźwiękach Midnight. Nie wiem czego w ogóle można oczekiwać po kilku dźwiękach. W każdym razie ja oczekiwałem dobrej muzyki i taką otrzymałem. Posłuchałem tego albumu zaraz po tym, jak się ukazał we wrzutkach, jeszcze przed Alphaville, taki byłem go ciekawy. Chwaliłem Stay awake, wait for me w bestce utworowej, będę chwalił i całe Glasshouse. Bo album idealnie mi odpowiada. Jest to zbiór 12 niezwykle melodyjnych i chwytliwych utworów, głównie ballad, które są dodatkowo bardzo ładnie zaaranżowane.
Nie przypominam sobie, żebym kiedyś słyszał któryś utwór, albo po prostu już nie kojarzę.
Midnight to bardzo dobry otwieracz i dobry singiel. Ale dopiero wraz z Thinking about you robi się naprawdę super.. Nastrojowa piosenka z piękną melodią, szczególnie w zwrotkach. Idealne tempo. Jara mnie instrumentalny początek utworu. Dalej mamy Stay awake, wait for me – niezwykle klasowy i dostojny utwór, który zachwalałem już w innej bestce.
Wraz z Your domino nieco przyspieszamy. Znów jest tu wszystko czego mi trzeba – melodia, bujający rytm, ładne brzmienie i piękny wokal. To chyba najbardziej przebojowa rzecz na płycie. A dla mnie radiowy nie znaczy gorszy w żadnym przypadku.
Słucham właśnie po raz kolejny Alone i myślę sobie, że może jednak już to kiedyś słyszałem? Tak jakoś znajomo brzmi, szczególnie refren. W końcu to był singiel. A początek i te zaśpiewy uhuhuhuhu to normalnie wykapana Birdy.
Selfish love ujął mnie od pierwszego przesłuchania. Przepiękna piosenka w rytmie bossa nova. Niby prosty numer, ale mający to coś, co każe do niego wracać bezustannie. Uwielbiam w tym utworze falsetowy wokal Jessie, szczególnie w zwrotkach. Potem mamy First Time, czyli utwór bardzo bardzo w stylu Taylor Swift. Nie muszę więc chyba nawet mówić, że mi się podoba.
Hearts to już 8-my utwór, a jednak poziom ani o milimetr nie spada. Wciąż słucham albumu z niezwykłą przyjemnością. Ba z każdym utworem zdaje się być jeszcze lepiej. Dev pisał, że Jessie ma dobre zwrotki a gorsze refreny. Nie w każdym przypadku się z tym zgadzam, ale słuchając Hearts chyba wiem o co mu chodzi. Ja lubię tu i zwrotki i refreny, chociaż muszę przyznać, że rzeczywiście niektóre zwrotki w pewnych utworach są jednak lepsze. Ciche, spokojne i subtelne, po których następują głośne i agresywniej brzmiące refreny. Nawet wokale się różnią. Jessie w tych zwrotkach i Jessie w refrenach to czasami zupełnie inna wokalistka.
Slow me down to w tej chwili prawdopodobnie mój ulubieniec z albumu. Dostojny rytm i piękna melodia robią wrażenie. Ale równie rewelacyjnym utworem jest nieco żywszy Finish what we started.
Dwa ostatnie utwory pięknie zamykają ten bardzo dobry album. Album pełen chwytliwych, ale nie nudzących się po paru przesłuchaniach piosenek. Duża w tym pewnie zasługa dobrego brzmienia, trafionych aranżacji. Nie ma tutaj nic, co by mnie w jakikolwiek drażniło. Nie ma słabych czy choćby średnich momentów. Jest co najmniej dobrze, a najczęściej bardzo dobrze/rewelacyjnie. Że muzyka radiowa, że nie odkrywcza? Nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. Po prostu słucha mi się tej płyty wyjątkowo dobrze. A posłuchałem naprawdę sporo. I scrobble na lascie tego nie oddają, bo dużo więcej odsłuchów było z telefonu lub przenośnego playera. Słuchałem nie dlatego, że musiałem, albo że chciałem dać muzyce jeszcze jedną szansę. Słuchałem bo chciałem. I będę nadal słuchał. Bo z miejsca przyjąłem Jessie Ware do swojego muzycznego haremu.
Nazwisko Jessie Ware znam od dawna i gdzieś tam już ją słyszałem. Zakodowałem, że babka ma ładny głos i warto byłoby sprawdzić jej muzykę. Ale jak wiele rzeczy w życiu odkłada się na później, tak i to odkładałem na bliżej nieokreślone później. Aż z pomocą przyszedł stripped. Z jednej strony niby zaskoczenie, bo to przecież śpiewająca pani, a on na te panie częściej meha niż chwali. Ale z drugiej strony jak się już człowiek zapozna z Glasshouse, to zdziwienie znika, bo to w sumie muzyka taka dosyć mocno w jego klimatach.
Nie wiem, czego oczekiwał dev po zaledwie kilku dźwiękach Midnight. Nie wiem czego w ogóle można oczekiwać po kilku dźwiękach. W każdym razie ja oczekiwałem dobrej muzyki i taką otrzymałem. Posłuchałem tego albumu zaraz po tym, jak się ukazał we wrzutkach, jeszcze przed Alphaville, taki byłem go ciekawy. Chwaliłem Stay awake, wait for me w bestce utworowej, będę chwalił i całe Glasshouse. Bo album idealnie mi odpowiada. Jest to zbiór 12 niezwykle melodyjnych i chwytliwych utworów, głównie ballad, które są dodatkowo bardzo ładnie zaaranżowane.
Nie przypominam sobie, żebym kiedyś słyszał któryś utwór, albo po prostu już nie kojarzę.
Midnight to bardzo dobry otwieracz i dobry singiel. Ale dopiero wraz z Thinking about you robi się naprawdę super.. Nastrojowa piosenka z piękną melodią, szczególnie w zwrotkach. Idealne tempo. Jara mnie instrumentalny początek utworu. Dalej mamy Stay awake, wait for me – niezwykle klasowy i dostojny utwór, który zachwalałem już w innej bestce.
Wraz z Your domino nieco przyspieszamy. Znów jest tu wszystko czego mi trzeba – melodia, bujający rytm, ładne brzmienie i piękny wokal. To chyba najbardziej przebojowa rzecz na płycie. A dla mnie radiowy nie znaczy gorszy w żadnym przypadku.
Słucham właśnie po raz kolejny Alone i myślę sobie, że może jednak już to kiedyś słyszałem? Tak jakoś znajomo brzmi, szczególnie refren. W końcu to był singiel. A początek i te zaśpiewy uhuhuhuhu to normalnie wykapana Birdy.
Selfish love ujął mnie od pierwszego przesłuchania. Przepiękna piosenka w rytmie bossa nova. Niby prosty numer, ale mający to coś, co każe do niego wracać bezustannie. Uwielbiam w tym utworze falsetowy wokal Jessie, szczególnie w zwrotkach. Potem mamy First Time, czyli utwór bardzo bardzo w stylu Taylor Swift. Nie muszę więc chyba nawet mówić, że mi się podoba.
Hearts to już 8-my utwór, a jednak poziom ani o milimetr nie spada. Wciąż słucham albumu z niezwykłą przyjemnością. Ba z każdym utworem zdaje się być jeszcze lepiej. Dev pisał, że Jessie ma dobre zwrotki a gorsze refreny. Nie w każdym przypadku się z tym zgadzam, ale słuchając Hearts chyba wiem o co mu chodzi. Ja lubię tu i zwrotki i refreny, chociaż muszę przyznać, że rzeczywiście niektóre zwrotki w pewnych utworach są jednak lepsze. Ciche, spokojne i subtelne, po których następują głośne i agresywniej brzmiące refreny. Nawet wokale się różnią. Jessie w tych zwrotkach i Jessie w refrenach to czasami zupełnie inna wokalistka.
Slow me down to w tej chwili prawdopodobnie mój ulubieniec z albumu. Dostojny rytm i piękna melodia robią wrażenie. Ale równie rewelacyjnym utworem jest nieco żywszy Finish what we started.
Dwa ostatnie utwory pięknie zamykają ten bardzo dobry album. Album pełen chwytliwych, ale nie nudzących się po paru przesłuchaniach piosenek. Duża w tym pewnie zasługa dobrego brzmienia, trafionych aranżacji. Nie ma tutaj nic, co by mnie w jakikolwiek drażniło. Nie ma słabych czy choćby średnich momentów. Jest co najmniej dobrze, a najczęściej bardzo dobrze/rewelacyjnie. Że muzyka radiowa, że nie odkrywcza? Nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. Po prostu słucha mi się tej płyty wyjątkowo dobrze. A posłuchałem naprawdę sporo. I scrobble na lascie tego nie oddają, bo dużo więcej odsłuchów było z telefonu lub przenośnego playera. Słuchałem nie dlatego, że musiałem, albo że chciałem dać muzyce jeszcze jedną szansę. Słuchałem bo chciałem. I będę nadal słuchał. Bo z miejsca przyjąłem Jessie Ware do swojego muzycznego haremu.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Jessie Ware - Glasshouse
Pierwsza beka tej recenzji, myślałem że ta laska jest czarna xD Nie znałem jej wcześniej, kiedy słuchałem murzyńskiej wrzutki z bestki sąsiedniej, nie pofatygowałem się do google grafika, żeby zobaczyć jak babka wygląda, zrobiłem to dopiero teraz. Nie wiem, może to po prostu zaprogramowane, odgórne założenie, że wykonawcy wrzucani przez Jacka są czarni. A może po prostu mi ta muzyka i ten wokal pasowały do czarnej wokalistki. Jestem niemal rozczarowany xD Ale zanim zacznę brzmieć jak Dev, zaznaczę, że to tylko taka trivia z mojej strony i nie ma wpływu na odbiór muzyki. Może trochę.
Rozumiem o co Musiałowi chodzi kiedy męczy go dysonans w „Midnight”, ten refren rzeczywiście brzmi z dupy w porównaniu z tym jak się kawałek zaczyna. Różnica jest taka, że mi się on podoba i ten kontrast mi w ogóle nie przeszkadza.
„Thinking About You” ma konkretny vibe jakiegoś popołudnia, lub lepiej, wschodu słońca, doświadczanego na wakacjach, lub innym miłym wyjeździe, który sprawia przyjemność. Kompozycyjnie, to jest powtórka z niejednej rozrywki, ale pewne patenty można bez problemu dublować, triplować, nieskończonościować, o ile wykonanie robi robotę, a tu robi. Nie zawsze jednak jest tak kolorowo, ale dojdę do tego. Tutaj jest fajnie, po amerykańsku.
„Stay Awake” już oczywiście znam, wystawiłem obszerną laurkę w sąsiednim temacie, nie będę się powtarzał. Atmosfera, o której pisałem wtedy, nadal unosi się nad tym kawałkiem, co jest dla mnie ważne, bo czasami poznaje się coś w specyficznych, magicznych okolicznościach, po prostu w odpowiednim momencie, ale ten klimat ginie przy kolejnych przesłuchaniach i już nie da się go odzyskać. W tym wypadku, nadal mam w głowie te same obrazy i ten sam feeling. Jest super.
„Your Domino”, nagła zmiana klimatu. Brzmi jak coś z ostatniej płyty Harry’ego Styles’a „Harry’s House”, czyli minimalistycznie, motorycznie, w tle prosta i pogodna elektronika. U Styles’a mi się to podobało, tutaj jakoś nie potrafię się w to wkręcić. Może to wina fenomenalnego utworu poprzedniego, po którym takie rzeczy jak „Your Domino” po prostu nie zachwycają. Krótko mówiąc, poza wokalem, jest tu niewiele naprawdę dodatnich wartości dodatnich (hehe, hehe). Ładne outro.
„Alone”. Podobnie jak Dev i Wuya, mam wrażenie, że ja to znam. Ale w przeciwieństwie do Króla Zgierza i Generała McArtura, wiem że to nie dlatego, że gdzieś to słyszałem, bo wiem, że nie słyszałem. To po prostu ta generyczność numeru robi takie wrażenie w uszach. Te zaśpiewy na początku i później, słyszałem takie zabiegi nieraz, te same melodie, muzyka, itd., wszystko mi tu bije jakąś wielką księgą elementów, które musisz wykorzystać w utworach zanim umrzesz. To jest to samo uczucie, kiedy słyszy się jakiś klasyczny bluesowy numer, który ma dokładnie tę samą skalę akordów, to samo tempo, ten sam rytm i jakiś tekst, w którym autor obowiązkowo rzuca słowem „blues” w różnym kontekście. Dobra, dłużej o tym piszę, niż numer trwał.
„Selfish Love” niejako potwierdza co pisałem, bo wystarczy lekko zmienić kilka rzeczy i od razu piosenka robi się bardziej interesująca. Hipokryta mode on – to też brzmi jak coś pisane wg mocno utartego wzorca – ale po prostu bardziej mi się podoba, więc daję temu okejkę (lol) (nie wyłączam trybu hipokryty, bo się nie da). Jest coś w tym, co zauważył Dev, to jest taka bossa nova z bonusem. Bardzo fajna, psychodeliczna końcówka, z jakąś przetworzoną gitarą i outro przepuszczone przez filtry, też bardzo spoko.
„First Time” cierpi na podobny efekt, co „Alone”, ale sam w sobie jest trochę fajniejszy i po prostu jest w nim jakiś feeling, którego tamten numer nie miał. Wychodzi na to, że generyczność sama w sobie nie jest aż takim problemem, bo dobrze podana, przełożona przez język konkretnego wykonawcy, potrafi się nadal wyróżnić z tłumu i spodobać. I „First Time” coś takiego ma w sobie.
„Hearts” ma identyczne akordy, jak jeden bardzo lubiany przeze mnie solowy numer Frana Healy’ego z Travis. Ale generalnie ta sekwencja akordów nie jest jakoś bardzo oryginalna, co drugi popowy wykonawca tego używa xD No, ale jak coś jest dobre, to czemu nie użyć. Dzieje się tu wystarczająco dużo interesujących rzeczy, żeby się nie skupiać na tym plagiacie plagiatów. Fajnie sunie ta przetworzona perkusja, robi to przyjemne uczucie minimalu. Zgodzę się z Deviastym, że jest w tym coś z Birdy. To jest ten feeling. Z czym się nie zgodzę, to to, że ta przepuszczona przez auto-tune gitara na końcu to gówno. Szału nie ma, ale zabieg jest interesujący.
„Slow Me Down”, kojarzy mi się z jakimś okołoKingKrulowym wykonawcą, ala Puma Blue, czy nawet, z bardziej znanych, jakimś wolniejszym Makiem DeMarco. Tyle, że MakDonaldo by tego tak dobrze nie zrobił.
„Finish What We Started”, wydaje mi się, że ten kawałek już był na tej płycie wcześniej, ale w innej aranżacji. To już nie jest tylko wrażenie, że gdzieś to słyszałem, ale że chwilę temu to słyszałem w wykonaniu tej samej osoby. Ale tbh, średnio mnie to gnębi. Utwór przypomina mi trochę ballady Coldplay z ich bardziej popowych płyt, zwłaszcza z „Head Full of Dreams” (np. „Amazing Day”). Przestrzennie, z konkretnym, lekko rozmarzonym vibem, przebojowo, wakacyjnie. Jest super.
„Last of the True Believers”, rzeczywiście wszystko się tu wyróżnia, fajna muza, ciekawe zabiegi wokalne w drugiej połowie, niby klasyczny zestaw akordów, ale to już wiemy, po prostu Jessi korzysta to z great chord songbook i tyle, nie wywlekam już. Ładna i ciekawie zagrana piosenka.
„Sam” faktycznie trąci Sheeranem na kilometr. Ja akurat Sheerana lubię, tzn. lubiłem, bo na debiucie (który mam nawet na CD) i jakichś hitach z radia się zatrzymałem, i nie wiem szczerze mówiąc, co Rudy teraz robi, poza bronieniem się w sądzie przez zarzutami o plagiat (powinien nagrać coś z Timbo, hehe). Może to głupie, ale ja to ja, głównie czekałem w tym kawałku na ten moment, co Musiał napisał, że brzmi jak no-man xD Już wejście trąbek w połowie lekko mi zaleciało „Returning Jesus”, no i coda rzeczywiście daje feeling cody „All That You Are”, czy tych fragmentów „Together We’re Steanger” (albumu), które nawiązują do „Laughing Stock” Talk Talk. Dorzucę jeszcze „Songs of Distant Summers” Tima i faktycznie, jest to prawda, co Dev pisał. Dla mnie hajlajt tego albumu, przypomina mi typowo wilsonowskie, lekko zalatujące country, minaturki.
Co za dziwne zakończenie płyty, która w ogóle taka nie jest. Po kilkakrotnym przesłuchaniu, rozumiem trochę bardziej to wahanie Musiała, chociaż nadal uważam, że sam sobie zjebal ten album. Wiem jednak co ma na myśli, pisząc (parafrazuję teraz), że utwory robią zmyłki na prawo i lewo, sugerują to, a dają tamto, zmontowane są z kompozycyjnych modułów (że tak to ujmę), które w zależności od słuchacza, mogą do siebie kompletnie nie pasować. Pamiętam jak jeden mój ziom mi kiedyś powiedział, że on generalnie by lubił Nine Inch Nails, ale Trent zawsze dobiera złe akordy do dobrych akordów. I rzeczywiście, są na „Glasshouse” takie momenty, kiedy piosenki wydają się być skomponowane w sposób, jaki mógłby wymyślić np. Brian Eno, że tnie utwory ze zwrotek i refrenów, miesza je w misce, potem losuje i skleja. Ale to jest dosłownie kila utworów na płycie, reszta to bardzo tradycyjne kompozycje, czasami może cierpiące na brak oryginalności, zarówno pod kątem pisarskim, jak i aranżacyjnym, ale nie na tyle, żeby ukatrupić ten album, jako całość.
Ostatecznie, ze względu na dosyć losowy charakter utworów i nagłe skręty w stylistyce, „Glasshouse” brzmi trochę, jak album „Greatest Hits”, z którego tylko część utworów uważam za hity, a resztę za 'tylko' dobre kawałki. Udana wrzuta Murzyna, która potrzebuje zarówno przesłuchań, jak i chwili zastanowienia. U mnie ten album w pełni zatrybił dopiero przy trzecim przesłuchaniu, tym którego np. Dev mu już nie dał, więc kto wie, może w tym tkwi jego problem. Ja problemu nie mam, płyta jest bardzo dobra. Może narzekałem tu i tam, ale to dlatego, że trudno mi się wysłowić na temat niektórych rzeczy, które mi się na tym albumie podobają, to jest feeling, to jest vibe, ja bardzo szanuję muzyków, piosenkarzy, itd., którzy potrafią wytworzyć konkretną atmosferę jednocześnie zachowując prosty szkielet piosenki. Bo w muzyce najlepiej działa prostota.
Pierwsza beka tej recenzji, myślałem że ta laska jest czarna xD Nie znałem jej wcześniej, kiedy słuchałem murzyńskiej wrzutki z bestki sąsiedniej, nie pofatygowałem się do google grafika, żeby zobaczyć jak babka wygląda, zrobiłem to dopiero teraz. Nie wiem, może to po prostu zaprogramowane, odgórne założenie, że wykonawcy wrzucani przez Jacka są czarni. A może po prostu mi ta muzyka i ten wokal pasowały do czarnej wokalistki. Jestem niemal rozczarowany xD Ale zanim zacznę brzmieć jak Dev, zaznaczę, że to tylko taka trivia z mojej strony i nie ma wpływu na odbiór muzyki. Może trochę.
Rozumiem o co Musiałowi chodzi kiedy męczy go dysonans w „Midnight”, ten refren rzeczywiście brzmi z dupy w porównaniu z tym jak się kawałek zaczyna. Różnica jest taka, że mi się on podoba i ten kontrast mi w ogóle nie przeszkadza.
„Thinking About You” ma konkretny vibe jakiegoś popołudnia, lub lepiej, wschodu słońca, doświadczanego na wakacjach, lub innym miłym wyjeździe, który sprawia przyjemność. Kompozycyjnie, to jest powtórka z niejednej rozrywki, ale pewne patenty można bez problemu dublować, triplować, nieskończonościować, o ile wykonanie robi robotę, a tu robi. Nie zawsze jednak jest tak kolorowo, ale dojdę do tego. Tutaj jest fajnie, po amerykańsku.
„Stay Awake” już oczywiście znam, wystawiłem obszerną laurkę w sąsiednim temacie, nie będę się powtarzał. Atmosfera, o której pisałem wtedy, nadal unosi się nad tym kawałkiem, co jest dla mnie ważne, bo czasami poznaje się coś w specyficznych, magicznych okolicznościach, po prostu w odpowiednim momencie, ale ten klimat ginie przy kolejnych przesłuchaniach i już nie da się go odzyskać. W tym wypadku, nadal mam w głowie te same obrazy i ten sam feeling. Jest super.
„Your Domino”, nagła zmiana klimatu. Brzmi jak coś z ostatniej płyty Harry’ego Styles’a „Harry’s House”, czyli minimalistycznie, motorycznie, w tle prosta i pogodna elektronika. U Styles’a mi się to podobało, tutaj jakoś nie potrafię się w to wkręcić. Może to wina fenomenalnego utworu poprzedniego, po którym takie rzeczy jak „Your Domino” po prostu nie zachwycają. Krótko mówiąc, poza wokalem, jest tu niewiele naprawdę dodatnich wartości dodatnich (hehe, hehe). Ładne outro.
„Alone”. Podobnie jak Dev i Wuya, mam wrażenie, że ja to znam. Ale w przeciwieństwie do Króla Zgierza i Generała McArtura, wiem że to nie dlatego, że gdzieś to słyszałem, bo wiem, że nie słyszałem. To po prostu ta generyczność numeru robi takie wrażenie w uszach. Te zaśpiewy na początku i później, słyszałem takie zabiegi nieraz, te same melodie, muzyka, itd., wszystko mi tu bije jakąś wielką księgą elementów, które musisz wykorzystać w utworach zanim umrzesz. To jest to samo uczucie, kiedy słyszy się jakiś klasyczny bluesowy numer, który ma dokładnie tę samą skalę akordów, to samo tempo, ten sam rytm i jakiś tekst, w którym autor obowiązkowo rzuca słowem „blues” w różnym kontekście. Dobra, dłużej o tym piszę, niż numer trwał.
„Selfish Love” niejako potwierdza co pisałem, bo wystarczy lekko zmienić kilka rzeczy i od razu piosenka robi się bardziej interesująca. Hipokryta mode on – to też brzmi jak coś pisane wg mocno utartego wzorca – ale po prostu bardziej mi się podoba, więc daję temu okejkę (lol) (nie wyłączam trybu hipokryty, bo się nie da). Jest coś w tym, co zauważył Dev, to jest taka bossa nova z bonusem. Bardzo fajna, psychodeliczna końcówka, z jakąś przetworzoną gitarą i outro przepuszczone przez filtry, też bardzo spoko.
„First Time” cierpi na podobny efekt, co „Alone”, ale sam w sobie jest trochę fajniejszy i po prostu jest w nim jakiś feeling, którego tamten numer nie miał. Wychodzi na to, że generyczność sama w sobie nie jest aż takim problemem, bo dobrze podana, przełożona przez język konkretnego wykonawcy, potrafi się nadal wyróżnić z tłumu i spodobać. I „First Time” coś takiego ma w sobie.
„Hearts” ma identyczne akordy, jak jeden bardzo lubiany przeze mnie solowy numer Frana Healy’ego z Travis. Ale generalnie ta sekwencja akordów nie jest jakoś bardzo oryginalna, co drugi popowy wykonawca tego używa xD No, ale jak coś jest dobre, to czemu nie użyć. Dzieje się tu wystarczająco dużo interesujących rzeczy, żeby się nie skupiać na tym plagiacie plagiatów. Fajnie sunie ta przetworzona perkusja, robi to przyjemne uczucie minimalu. Zgodzę się z Deviastym, że jest w tym coś z Birdy. To jest ten feeling. Z czym się nie zgodzę, to to, że ta przepuszczona przez auto-tune gitara na końcu to gówno. Szału nie ma, ale zabieg jest interesujący.
„Slow Me Down”, kojarzy mi się z jakimś okołoKingKrulowym wykonawcą, ala Puma Blue, czy nawet, z bardziej znanych, jakimś wolniejszym Makiem DeMarco. Tyle, że MakDonaldo by tego tak dobrze nie zrobił.
„Finish What We Started”, wydaje mi się, że ten kawałek już był na tej płycie wcześniej, ale w innej aranżacji. To już nie jest tylko wrażenie, że gdzieś to słyszałem, ale że chwilę temu to słyszałem w wykonaniu tej samej osoby. Ale tbh, średnio mnie to gnębi. Utwór przypomina mi trochę ballady Coldplay z ich bardziej popowych płyt, zwłaszcza z „Head Full of Dreams” (np. „Amazing Day”). Przestrzennie, z konkretnym, lekko rozmarzonym vibem, przebojowo, wakacyjnie. Jest super.
„Last of the True Believers”, rzeczywiście wszystko się tu wyróżnia, fajna muza, ciekawe zabiegi wokalne w drugiej połowie, niby klasyczny zestaw akordów, ale to już wiemy, po prostu Jessi korzysta to z great chord songbook i tyle, nie wywlekam już. Ładna i ciekawie zagrana piosenka.
„Sam” faktycznie trąci Sheeranem na kilometr. Ja akurat Sheerana lubię, tzn. lubiłem, bo na debiucie (który mam nawet na CD) i jakichś hitach z radia się zatrzymałem, i nie wiem szczerze mówiąc, co Rudy teraz robi, poza bronieniem się w sądzie przez zarzutami o plagiat (powinien nagrać coś z Timbo, hehe). Może to głupie, ale ja to ja, głównie czekałem w tym kawałku na ten moment, co Musiał napisał, że brzmi jak no-man xD Już wejście trąbek w połowie lekko mi zaleciało „Returning Jesus”, no i coda rzeczywiście daje feeling cody „All That You Are”, czy tych fragmentów „Together We’re Steanger” (albumu), które nawiązują do „Laughing Stock” Talk Talk. Dorzucę jeszcze „Songs of Distant Summers” Tima i faktycznie, jest to prawda, co Dev pisał. Dla mnie hajlajt tego albumu, przypomina mi typowo wilsonowskie, lekko zalatujące country, minaturki.
Co za dziwne zakończenie płyty, która w ogóle taka nie jest. Po kilkakrotnym przesłuchaniu, rozumiem trochę bardziej to wahanie Musiała, chociaż nadal uważam, że sam sobie zjebal ten album. Wiem jednak co ma na myśli, pisząc (parafrazuję teraz), że utwory robią zmyłki na prawo i lewo, sugerują to, a dają tamto, zmontowane są z kompozycyjnych modułów (że tak to ujmę), które w zależności od słuchacza, mogą do siebie kompletnie nie pasować. Pamiętam jak jeden mój ziom mi kiedyś powiedział, że on generalnie by lubił Nine Inch Nails, ale Trent zawsze dobiera złe akordy do dobrych akordów. I rzeczywiście, są na „Glasshouse” takie momenty, kiedy piosenki wydają się być skomponowane w sposób, jaki mógłby wymyślić np. Brian Eno, że tnie utwory ze zwrotek i refrenów, miesza je w misce, potem losuje i skleja. Ale to jest dosłownie kila utworów na płycie, reszta to bardzo tradycyjne kompozycje, czasami może cierpiące na brak oryginalności, zarówno pod kątem pisarskim, jak i aranżacyjnym, ale nie na tyle, żeby ukatrupić ten album, jako całość.
Ostatecznie, ze względu na dosyć losowy charakter utworów i nagłe skręty w stylistyce, „Glasshouse” brzmi trochę, jak album „Greatest Hits”, z którego tylko część utworów uważam za hity, a resztę za 'tylko' dobre kawałki. Udana wrzuta Murzyna, która potrzebuje zarówno przesłuchań, jak i chwili zastanowienia. U mnie ten album w pełni zatrybił dopiero przy trzecim przesłuchaniu, tym którego np. Dev mu już nie dał, więc kto wie, może w tym tkwi jego problem. Ja problemu nie mam, płyta jest bardzo dobra. Może narzekałem tu i tam, ale to dlatego, że trudno mi się wysłowić na temat niektórych rzeczy, które mi się na tym albumie podobają, to jest feeling, to jest vibe, ja bardzo szanuję muzyków, piosenkarzy, itd., którzy potrafią wytworzyć konkretną atmosferę jednocześnie zachowując prosty szkielet piosenki. Bo w muzyce najlepiej działa prostota.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Jessie Ware Glasshouse
RYM czasami potrafi być dobrze sugestywny. Pierwszy kontakt z Jessie na dłużej. Nie mam specjalnych oczekiwań, ale to już kolejna płyta osadzona w rytmach popowych, lekko soulowych, a trochę też i r&b. Parę takich płyt już tutaj padło, cholibka. Na pierwszy rzut ucha nie różni się zupełnie niczym w porównaniu do nich. Poza oczywistą, trochę inną manierą na wokalu przebijamy się przez następne morze ładnie zaprogramowanych piosenek, które elegancko postawić osobno, ale puszczane jedna po drugiej przytłaczają, nudzą. Średnio szybkie tempo, nie za głęboki bas, takie se bicia. Plumkające akordy, lekkie pasaże elektroniczne, gładziutkie efekty, a raz na jakiś czas akustyczny składnik. Clap pasuje aż miło, aż do porzygu.
Rozpisywanie się o każdym utworze trochę nie ma sensu, bo to nie jest płyta do rozgrzebywania zawartości i zachywtów nad zastosowanymi środkami. Jeśli już daje powody do zadowolenia to ze względu na ogólne wrażenie. Czasem udaną melodię, nieźle zaśpiewany refren. Dobrze jest też zaproponować taki wstęp jak Midnight. Ten kontrast robi robotę, wszystko bezpieczne i łatwo przyswajalne, ale spod tej kołdry wychodzi trochę więcej energii, pazura. W tym przypadku nie mam też wrażenia, które później udziela się już praktycznie cały czas. Glasshouse jest wyprodukowane jak typowa playlista na YT do puszczenia w tle. Kompletnie nieinwazyjna muzyka. Wcale nie musi zakłoćić pracy, nie przeszkadza w rozgrywce, może być znośnym tłem jakiejś przaśnej obyczajowej, romansowej opowiastki. Ja jednak poszukuję w popie/r&b czegoś więcej niż zapychacza przestrzeni. Nawet ambient potrafi czasem wzbudzić coś więcej... albo przynajmniej ułatwia pracę wyobraźni. Do Alone dzieją się jeszcze w miarę urozmaicone rzeczy, choć wkurzają mnie szybkie przejście z jednego numeru w drugi. Potem płyta coraz bardziej rozpływa się w nijakości. Nie da się mieć jednoznacznie negatywnego odczucia, nie ma wyraźnych kiksów, ale co z tego, gdy po prostu muzyka nie wzbudza we mnie żadnego większego wrażenia? Pojedyncze momenty zostają w głowie, są po to napisane. Może nie przeboje. Bardziej dobrze skrojone pod RAMki miniatury. Solidna robota podczas której odrobiono lekcje ze skutecznych zmian stylistycznych, ale to monotonne tempo jest dobijające. Zaskakuje mnie liczba producentów pracujących nad płytą.
Reasumując, Glasshouse to zbiór znośnych piosenek, którym zrobiono krzywdę. Wyprodukowano je od linijki, wpakowano w nie te same cztery brzmienia i rozwiązania. Wokalne ozdobniki nie pomagają, bo po takich 30 minutach drażnią wykorzystaniem w podobny sposób tak jak perka. Na słoneczne posiadówki wieczorowe wcisnąłbym do dedykowanej plejki co najwyżej Midnight, Alone i First Time. Ten pierwszy okaże się kopem w drzwi domku dla lalek, ale tam wokalnie też jest to ograne trochę inaczej niż w pozostałych numerach. Drugi momentami brzmi jak jakieś Sound'n'Grace przełamane znowu pewniejszym zaśpiewem. Coś w tym refrenie siedzi. Podobnie jest w Hearts, ale tam wyszło tak niemrawo i pod górkę, szkoda. First Time ma najlepsze flow, po prostu. Końcówka płyty to już jest takie pudrowanie wrażenia... zwiewny numer pod wzruszonko (True Believers), a potem akustyk z końcówką jakby pochodzącą z zupełnie innego świata (Sam).
Another inoffensive and hard to hate release from what appears to be a very nice and chilled person, ale jednak pozwoliłem sobie upuścić trochę negatywnych uwag.
RYM czasami potrafi być dobrze sugestywny. Pierwszy kontakt z Jessie na dłużej. Nie mam specjalnych oczekiwań, ale to już kolejna płyta osadzona w rytmach popowych, lekko soulowych, a trochę też i r&b. Parę takich płyt już tutaj padło, cholibka. Na pierwszy rzut ucha nie różni się zupełnie niczym w porównaniu do nich. Poza oczywistą, trochę inną manierą na wokalu przebijamy się przez następne morze ładnie zaprogramowanych piosenek, które elegancko postawić osobno, ale puszczane jedna po drugiej przytłaczają, nudzą. Średnio szybkie tempo, nie za głęboki bas, takie se bicia. Plumkające akordy, lekkie pasaże elektroniczne, gładziutkie efekty, a raz na jakiś czas akustyczny składnik. Clap pasuje aż miło, aż do porzygu.
Rozpisywanie się o każdym utworze trochę nie ma sensu, bo to nie jest płyta do rozgrzebywania zawartości i zachywtów nad zastosowanymi środkami. Jeśli już daje powody do zadowolenia to ze względu na ogólne wrażenie. Czasem udaną melodię, nieźle zaśpiewany refren. Dobrze jest też zaproponować taki wstęp jak Midnight. Ten kontrast robi robotę, wszystko bezpieczne i łatwo przyswajalne, ale spod tej kołdry wychodzi trochę więcej energii, pazura. W tym przypadku nie mam też wrażenia, które później udziela się już praktycznie cały czas. Glasshouse jest wyprodukowane jak typowa playlista na YT do puszczenia w tle. Kompletnie nieinwazyjna muzyka. Wcale nie musi zakłoćić pracy, nie przeszkadza w rozgrywce, może być znośnym tłem jakiejś przaśnej obyczajowej, romansowej opowiastki. Ja jednak poszukuję w popie/r&b czegoś więcej niż zapychacza przestrzeni. Nawet ambient potrafi czasem wzbudzić coś więcej... albo przynajmniej ułatwia pracę wyobraźni. Do Alone dzieją się jeszcze w miarę urozmaicone rzeczy, choć wkurzają mnie szybkie przejście z jednego numeru w drugi. Potem płyta coraz bardziej rozpływa się w nijakości. Nie da się mieć jednoznacznie negatywnego odczucia, nie ma wyraźnych kiksów, ale co z tego, gdy po prostu muzyka nie wzbudza we mnie żadnego większego wrażenia? Pojedyncze momenty zostają w głowie, są po to napisane. Może nie przeboje. Bardziej dobrze skrojone pod RAMki miniatury. Solidna robota podczas której odrobiono lekcje ze skutecznych zmian stylistycznych, ale to monotonne tempo jest dobijające. Zaskakuje mnie liczba producentów pracujących nad płytą.
Reasumując, Glasshouse to zbiór znośnych piosenek, którym zrobiono krzywdę. Wyprodukowano je od linijki, wpakowano w nie te same cztery brzmienia i rozwiązania. Wokalne ozdobniki nie pomagają, bo po takich 30 minutach drażnią wykorzystaniem w podobny sposób tak jak perka. Na słoneczne posiadówki wieczorowe wcisnąłbym do dedykowanej plejki co najwyżej Midnight, Alone i First Time. Ten pierwszy okaże się kopem w drzwi domku dla lalek, ale tam wokalnie też jest to ograne trochę inaczej niż w pozostałych numerach. Drugi momentami brzmi jak jakieś Sound'n'Grace przełamane znowu pewniejszym zaśpiewem. Coś w tym refrenie siedzi. Podobnie jest w Hearts, ale tam wyszło tak niemrawo i pod górkę, szkoda. First Time ma najlepsze flow, po prostu. Końcówka płyty to już jest takie pudrowanie wrażenia... zwiewny numer pod wzruszonko (True Believers), a potem akustyk z końcówką jakby pochodzącą z zupełnie innego świata (Sam).
Another inoffensive and hard to hate release from what appears to be a very nice and chilled person, ale jednak pozwoliłem sobie upuścić trochę negatywnych uwag.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Zostali tradycyjnie Melki i mentos zatem, Panowie dojeżdżajcie śmiało z reckami 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Jessie Ware - Glasshouse
Drodzy Porcupine Tree forumowicze, ostatnio dostawałem od was dużo listów, wiadomości oraz gróźb karalnych w związku z niskiej jakości recenzjami ostatniej bestki utworowej. Nie neguję, ciężko było mi wykrzesać coś ciekawego lub intrygującego - czasem tak się dzieje w życiu, że człowiek się stara, próbuje produkować, coś tam wykminić, ale idzie mu to jak oranie pola zębami, czyli opornie. I w sumie nie ukrywam, że mam podobnie z tym albumem.
Jak pewnie wiecie, sam panią Jessie wam zapodałem, a w dodatku inspiracją do tej wrzuty były odsłuchy tego albumu. Było ich w sumie parę, żaden z nich nie był wymuszony, po prostu starałem się ten album ugryźć, ale ni cholery nie mogłem. The Kill może mnie trochę porwało na zasadzie kontrastu, trochę na zasadzie EFEKTU MOTYLA, a trochę z innych powodów, ale faktem jest, że jest to coś, czego po prostu w muzyce szukam i ja już naprawdę się przekonałem, że jednak, cholera, lubię jak coś w muzyce, w której słucham się dzieje. Ktoś tu może napisać, że faktycznie lecę na pretensjonalność, ale chyba wolę już czasem to, niż akcję wartką niczym polski film, gdzie dwóch kolesi w okopach siedzi i narzeka na ból istnienia i tym podobne klimaty.
Tutaj w ramach ciekawostki napiszę, że w tym momencie wypierdzieliłem połowę recenzji, bo zamotałem się w myślotoku na temat tej płyty tak, że byście wszyscy tu gremialnie zgromadzeni wbili do mnie na chatę i wywieźli na taczkach do Choroszczy, ale chyba udało mi się zrozumieć, co ja mam z tą płytą. Bo generalnie to jest tu parę fajnych piosenek, ale primavera - znajdziemy też tu rzeczy, które mnie nijak nie chcą ruszyć z posad świata, secundo tertio - tak jak kolegę Roberta, męczy mnie tu produkcja, a tercio pierdololo to problem jest w tym o czym pisałem wyżej. Dajcie mi tego trochę mniej, uczyńcie całość mniej płaską i radiofriendly, a nie będę wam pluć jadem ani robić krzywd.
Nadal podtrzymuję, że propozycja z utworówki jest całkiem przyjemna, ale chyba mam kandydata na potencjalnego WZRASTACZA - Midnight. Tak, wiem, niby lecę po linii najmniejszego oporu i po prostu wziąłem pierwszą rzecz z brzegu, ale kurczę no, tutaj dzieją się całkiem intrygujące rzeczy, jest całkiem mocarny refren i jest porcja przyjemnych hooków (ten moment w którym Jessie śpiewa o tym, że czuję magię, co to nie zniknie mnie, cholibka, bierze) i spox patentów, o np. to co się dzieje w okolicach 2:40. Thinking About You, które wyszczególnił murzyn, akurat cierpi na tę cholerną produkcję, którą zakatowano wiele rzeczy w tamtej dekadzie (dzizas, możemy tak mówić o tym okresie, a to było praktycznie wczoraj) i niestety dla mnie to tonie w zalewie rzeczy, które w owym czasie powstawały. To samo w sumie mogę wypierdziec o Twojej dominie. Alone nie kojarzę ni cholery z radia, bo 2017 to był jeszcze ten okres, w którym bojkotowałem popularne radiostacje i to co tam grało, a w ogóle to jaki ja wówczas zalatany byłem - że hoho i jeszcze trochę! Pisanie o tamtych czasach uznam za srogie pójście na łatwiznę, więc napiszę tylko, że ten kawałek mi nawet siada, ale też bez jakichś ochów i achów. Po prostu jest i spoko, że jest.
I tak w sumie mogę pisać na przemian - bossanova przyjemna, First Time też nawet spoko, Hearts już mnie zmęczyło, bo panie TYLE TO NIE i nadal mogę podtrzymtać argument produkcji, która niesamowicie to wszystko spłaszcza i w ogóle odnoszę wrażenie, że ten kawałek miałby w innym przypadku większe szanse na zapunktowanie u mnie. Zastanawiam się, czy to właśnie nie jest ten moment graniczny płyty, w którym gdzieś zaczyna mnie to wszystko męczyć, Slow Me Down mnie trochę odpycha, a Finish What We Started zmierza w te rejony popu, w które nie bez kozery się nie zapędzam. Przedostatni kawałek jest już jakimś wytchnieniem, jest po prostu lepszy i jakoś tak siłą rzeczy udało mi się napisać cokolwiek o każdym z kawałków, więc napiszę, że niestety, ale zamykający album Sam mnie nie rusza. Chyba zbyt dużo ckliwości, słodyczy, takimi akustycznymi balladkami łatwo niektórych kupić, i wbrew pozorom da się kupić mnie, ale tutaj akurat totalnie się to nie udało. ACZKOLWIEK ta trąbkowa coda całkiem intrygująca i aż żal, że nie wieńczy czegoś, co by mi się podobało bardziej. Tak z ciekawości sprawdziłem co wyście tutaj napisali, abym mógł się odnieść, czy coś i kolega Jakub powołał się na Sheerana - no to teraz wiem, czemu nie mogę się do tego przekonać HYHY.
Także tego, no i w ogóle. No na pewno jest to jeden z albumów w dziejach muzyki i na pewno nie jest to jeden z gorszych. Ale czy lepszych? NO DLA MNIE NIE, ale też rozumiem, że ktoś może tak uznać. I z tą jakże błyskotliwą rozkminą zostawiam was w oczekiwaniu na Melczeta...
Drodzy Porcupine Tree forumowicze, ostatnio dostawałem od was dużo listów, wiadomości oraz gróźb karalnych w związku z niskiej jakości recenzjami ostatniej bestki utworowej. Nie neguję, ciężko było mi wykrzesać coś ciekawego lub intrygującego - czasem tak się dzieje w życiu, że człowiek się stara, próbuje produkować, coś tam wykminić, ale idzie mu to jak oranie pola zębami, czyli opornie. I w sumie nie ukrywam, że mam podobnie z tym albumem.
Jak pewnie wiecie, sam panią Jessie wam zapodałem, a w dodatku inspiracją do tej wrzuty były odsłuchy tego albumu. Było ich w sumie parę, żaden z nich nie był wymuszony, po prostu starałem się ten album ugryźć, ale ni cholery nie mogłem. The Kill może mnie trochę porwało na zasadzie kontrastu, trochę na zasadzie EFEKTU MOTYLA, a trochę z innych powodów, ale faktem jest, że jest to coś, czego po prostu w muzyce szukam i ja już naprawdę się przekonałem, że jednak, cholera, lubię jak coś w muzyce, w której słucham się dzieje. Ktoś tu może napisać, że faktycznie lecę na pretensjonalność, ale chyba wolę już czasem to, niż akcję wartką niczym polski film, gdzie dwóch kolesi w okopach siedzi i narzeka na ból istnienia i tym podobne klimaty.
Tutaj w ramach ciekawostki napiszę, że w tym momencie wypierdzieliłem połowę recenzji, bo zamotałem się w myślotoku na temat tej płyty tak, że byście wszyscy tu gremialnie zgromadzeni wbili do mnie na chatę i wywieźli na taczkach do Choroszczy, ale chyba udało mi się zrozumieć, co ja mam z tą płytą. Bo generalnie to jest tu parę fajnych piosenek, ale primavera - znajdziemy też tu rzeczy, które mnie nijak nie chcą ruszyć z posad świata, secundo tertio - tak jak kolegę Roberta, męczy mnie tu produkcja, a tercio pierdololo to problem jest w tym o czym pisałem wyżej. Dajcie mi tego trochę mniej, uczyńcie całość mniej płaską i radiofriendly, a nie będę wam pluć jadem ani robić krzywd.
Nadal podtrzymuję, że propozycja z utworówki jest całkiem przyjemna, ale chyba mam kandydata na potencjalnego WZRASTACZA - Midnight. Tak, wiem, niby lecę po linii najmniejszego oporu i po prostu wziąłem pierwszą rzecz z brzegu, ale kurczę no, tutaj dzieją się całkiem intrygujące rzeczy, jest całkiem mocarny refren i jest porcja przyjemnych hooków (ten moment w którym Jessie śpiewa o tym, że czuję magię, co to nie zniknie mnie, cholibka, bierze) i spox patentów, o np. to co się dzieje w okolicach 2:40. Thinking About You, które wyszczególnił murzyn, akurat cierpi na tę cholerną produkcję, którą zakatowano wiele rzeczy w tamtej dekadzie (dzizas, możemy tak mówić o tym okresie, a to było praktycznie wczoraj) i niestety dla mnie to tonie w zalewie rzeczy, które w owym czasie powstawały. To samo w sumie mogę wypierdziec o Twojej dominie. Alone nie kojarzę ni cholery z radia, bo 2017 to był jeszcze ten okres, w którym bojkotowałem popularne radiostacje i to co tam grało, a w ogóle to jaki ja wówczas zalatany byłem - że hoho i jeszcze trochę! Pisanie o tamtych czasach uznam za srogie pójście na łatwiznę, więc napiszę tylko, że ten kawałek mi nawet siada, ale też bez jakichś ochów i achów. Po prostu jest i spoko, że jest.
I tak w sumie mogę pisać na przemian - bossanova przyjemna, First Time też nawet spoko, Hearts już mnie zmęczyło, bo panie TYLE TO NIE i nadal mogę podtrzymtać argument produkcji, która niesamowicie to wszystko spłaszcza i w ogóle odnoszę wrażenie, że ten kawałek miałby w innym przypadku większe szanse na zapunktowanie u mnie. Zastanawiam się, czy to właśnie nie jest ten moment graniczny płyty, w którym gdzieś zaczyna mnie to wszystko męczyć, Slow Me Down mnie trochę odpycha, a Finish What We Started zmierza w te rejony popu, w które nie bez kozery się nie zapędzam. Przedostatni kawałek jest już jakimś wytchnieniem, jest po prostu lepszy i jakoś tak siłą rzeczy udało mi się napisać cokolwiek o każdym z kawałków, więc napiszę, że niestety, ale zamykający album Sam mnie nie rusza. Chyba zbyt dużo ckliwości, słodyczy, takimi akustycznymi balladkami łatwo niektórych kupić, i wbrew pozorom da się kupić mnie, ale tutaj akurat totalnie się to nie udało. ACZKOLWIEK ta trąbkowa coda całkiem intrygująca i aż żal, że nie wieńczy czegoś, co by mi się podobało bardziej. Tak z ciekawości sprawdziłem co wyście tutaj napisali, abym mógł się odnieść, czy coś i kolega Jakub powołał się na Sheerana - no to teraz wiem, czemu nie mogę się do tego przekonać HYHY.
Także tego, no i w ogóle. No na pewno jest to jeden z albumów w dziejach muzyki i na pewno nie jest to jeden z gorszych. Ale czy lepszych? NO DLA MNIE NIE, ale też rozumiem, że ktoś może tak uznać. I z tą jakże błyskotliwą rozkminą zostawiam was w oczekiwaniu na Melczeta...
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Kurde no, a mógł ROBERT FRIPP produkować ten album, to się nie zgodził. Jak żyć.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Dawaj Melczet, bo mnie świerzbi, żeby o no-woman napisać.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ale wiesz, że możesz pisać i wkleić potem? Gdyby reszta też tak robiła, to może byśmy nie zamulali.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Właściwie to już mam gotowe, tylko właśnie chciałem wkleić xD
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Robert Fripp nie delegowałby długów King Crimson do innych swoich zespołów.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Robert Fripp jest oficjalnie ubezwłasnowolniony przez żonę.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
To ona go zmusza do wrzucania tych filmikopostów, gdzie szczuje cycem?
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Tak, a teraz jadą z tym w trasę, więc będzie ostre pieniężenie cycków i sado maso upokarzania Roberta.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn