Best of Forum (Albumy) vol. 2
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Możliwe, że ten pedoposting (i milfoposting Gemmy) mu odpowiada, ale nie chcę tego wiedzieć.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Boże, do momentu wypuszczenia Toxic było zabawnie, a teraz widzę, że Fripp zasługuje na współczucie.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
On na tych filmach wygląda dosłownie jakby siedział na wózku i pomiędzy ujęciami był bity po twarzy.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Kurde, właściwie czemu tak jest?
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Legenda głosi, że to norma w małżeństwie
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Dyplomatycznie nie zaprzeczę (wszak to forum publiczne i KAŻDY może tu zajrzeć)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
No dobra, dość off-topa. Melki może dojedzie do jutra a może za tydzień ale omawiamy moją płytę chwilowo i styka mi tych Waszych wynurzeń, kto miał polubić ten polubił (Wujas i munlup), kto miał zmehać ten zmehał (Dragon i mentos), trochę dziwi a trochę nie meh od deva ale on jest w manii więc przesłuchał ten album 1 i 1/3 raza byle coś napisać więc nie chowam urazy.
Możecie lecieć dalej ze ((speak)) od no-man
Możecie lecieć dalej ze ((speak)) od no-man
Hien pisze:24 kwie 2023 22:58no-man – ((speak))
Najwyższa pora zużyć się z no-man we wszystkich tematach, bo ile można z tym czekać? Ze „Speak” (lub „((speak))”, zależy od okładki i wydania) czekałem na odpowiednią porę i taka się trafiła. Status tej płyty jest taki że formalnie jest to kompilacja materiału napisanego i nagranego przez no-man w latach 87-88, z nowymi wokalami zarejestrowanymi w drugiej połowie lat 90-tych. W praktyce jednak, wszyscy, łącznie z zespołem, traktują to jako album i tak zresztą on brzmi – bardzo spójnie, pod kątem klimatu, aranżacji i wajbu. Tym wydawnictwem, no-man zatoczyli pełne koło, ponieważ materiał stał się punktem wyjścia dla większości ich płyt nagranych po 1999 roku.
Mówiąc o „Speak”, mówi się przede wszystkim o albumie piosenek. Różne płyty no-man nagrywali, różne aspekty muzyki miały różny focus na nich, czasami były to bity, innym razem rozbudowane, epickie aranżacje, a jeszcze innym elektronika. W tym wypadku, twórczość zespołu zostaje sprowadzona do minimum pod każdym względem. Nie ma tu grubo i gęsto opakowanych utworów, za to są piosenki - proste, oszczędne, nieraz wręcz miniaturki. To jest Tim Bowness i Steven Wilson, miejscami wspierani przez Bena Colemana na skrzypcach, w najczystszej postaci. Nie ma tu podkładów perkusyjnych, nie ma bujania, tylko kołysanki.
Tytułowy, krótki instrumental, to odratowane intro do niewydanej wersji innego utworu i można się tylko cieszyć, że się nie zmarnował. Samplowany zaśpiew, ciepły ambient i skrzypce Bena. Niby nic, ale jak najbardziej coś i doskonałe wprowadzenie do tej płyty. Nie powinno w sumie nikogo dziwić, że właściwym, piosenkowym otwarciem „Speak” jest cover Nicka Drake’a „Pink Moon”. Te dwa albumy mają wiele wspólnego ze sobą. Nie będę opisywał dokładnie wszystkich piosenek, bo dla mnie one wszystkie są piękne, mają tę niepowtarzalną, speakową atmosferę i ponadczasowość, która sprawia, że te kawałki brzmiały tak samo świeżo w 1987, jak i w 1999 roku, jak i teraz. „Night Sky, Sweet Earth”, IMO stanowi punkt zwrotny na „Speak”. Nieziemska atmosfera w tym utworze, piękny motyw Wilsona na gitarze, Tim pasuje tu jak w niczym innym, a do tego jeszcze, wyjątkowo jak na ten album, zajebiste, powoli wyciszające ten kawałek outro, z Benem na skrzypcach. Tim napisał mi kiedyś, że ta piosenka powstała kiedy siedzieli z Wilsonem wieczorem na wzgórzu, pod kościołem (St. Nicholas’s Chapel) w Devon, i patrzyli się na niebo i portowe światła poniżej. Konkretna inspira i bardzo konkretny efekt. Takie rzeczy jak „Riverrun”, czy „Life With Picasso” po prostu płyną (w tym drugim, Tim na gitarze). „Death and Dodgson’s Dreamchild” to utwór, który bardzo mi się kojarzy z jakimiś croonerskimi piosenkami, lub czymś co mógłby śpiewać Don Johnson. Tylko oczywiście z Bownessa jest żaden crooner, więc robi to po swojemu, nadając utworowi jeszcze więcej tęsknej melancholii. no-man ponownie sięgają też po kawałek Donovana, tym razem „River Song” (chronologicznie, pierwszy z trzech jego coverów, jakie nagrali) i podobnie jak w przypadku „Pink Moon”, efekt jest bardzo odświeżający, a jednocześnie bardzo tradycyjny w formie. Nie chcę się zapędzić w kozi róg tymi uduchowionymi opisami, bo o tej płycie nie pisze się z łatwością, zawsze wydaje się, że nie oddało się słowami tego, co tam się dzieje, a tu już prosta droga do bełkotu.
To jest krótka i prosta płyta, kolekcja prostych piosenek. Wśród źródeł inspiracji do powstania tych utworów, Tim wymieniał mi Nicka Drake’a, Sandy Denny, Tima Buckleya, Johna Martyna, Tima Hardina, Donovana, czy Bridget St John. Różnie ludzie interpretują ten vibe. Rzuciłem okiem na stare komentarze z forum PT, niektórzy słyszą w tym zimę, a inni klimat letnich nocy. Ja się zdecydowanie skłaniam ku tej drugiej opcji, nie tylko dlatego, że Tim śpiewa „I swear I can smell the see, the night sky, the sweet earth”, ale po prostu kiedy słyszę te piosenki, to widzę późny wieczór nad morzem. Słuchałem tego albumu w takich okolicznościach nieraz, czasami o zmierzchu, czasami w nocy, czasami nad ranem, na plaży, zawsze to było to. Jest w tym przestrzeń, a jednocześnie duże ilości ciepła, stąd pewnie takie odczucia. A wstawiam to jako wrzutkę wiosenną, bo album poznałem wiosną i też działał.
„Speak”, jak mało który album, wrzucam z całkowitą pewnością, że to jest dzieło wybitne. Ciekawią mnie Wasze opinie, ale ich charakter nie ma dla mnie absolutnie żadnego znaczenia, choćby nie wiem jak ktoś miał się pastwić nad tą płytą. Jeżeli któryś album no-man uchwyca sedno muzycznego porozumienia tych dwóch ludzi, to jest to właśnie ten. Materiał skomponowany i nagrany z daleka od wymagań wydawców, oczekiwań fanów, czy nawet samego zespołu, To przecieranie niezbadanego dla tych muzyków szlaku i odkrywanie, z radością, że to współpraca bardzo owocna i wyjątkowa. Dla mnie zaś, absolutny top muzycznych odkryć, przeżyć i skarbów.
https://www.youtube.com/watch?v=O6fdEjDavMI&t=46s
Niestety jest problem z tym albumem na YT, nie ma oficjalnego źródła. Ktoś wrzucił bardzo ładny rip z winyla, ale zrąbał podział na utwory, trzeba zjechać w komentarze i tam ktoś to porządnie pomarkował. Na Spotify również nie ma, zresztą nie ma tam kilku płyt no-man, najwyraźniej są jakieś kwestie prawne, które blokują obecność tych płyt na streamingach. Taki to obskjur, jak widać. Najlepiej sobie po prostu ściągnąć z neta w mp3, i tyle.
Dla chętnych, ponad10minutowy, praktycznie instrumentalny ambient, który jest doklejany do nowszych wydań tego albumu.
https://www.youtube.com/watch?v=2KcHQo2 ... biBhcnQ%3D
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
no-man Speak
Kurczę, jak to jest, że tyle płyt nagrali i zawsze wychodzi to samo. Kolejny kontakt z duetem Wilson/Bowness. Kolejna solidna przeprawa, której podsumowanie wydaje się oczywiste. Przynajmniej w moim wykonaniu. W pewnym momencie czułem już wyraźne zmęczenie ich obecnością w bestkach. Po kilku razach ze Speak ostatecznie jest ociupinkę lepiej, ale to oznacza po prostu neutralny stosunek. Ich płyty to zazwyczaj to samo melancholijne, płaczliwe i nastrojowe danie podane z trochę innymi sosami. Raz słodkie chili, raz trochę ostrzejsze, a czasem po prostu sos pomidorowy vel ketchup. Niby jest różnica, ale baza pozostaje niezmienna.
Jak dla mnie to dalej kompilacja. Zaczyna się od trzech różnych wstępów, każdy z zupełnie innej parafii. Jeśli brać pod uwagę jeszcze bonusowy ambient, to jeszcze poważniej przypomina muzyczny notatnik ze szkicami. Brzmieniowy rozgardiasz spina wokal, który uważam za kompletnie niepotrzebny. W wielu miejscach tło jest na tyle gęste, klimatyczne, emocjonalne, że Bowness po prostu psuje efekt. Często też jego głos i śpiewane partie wydają się napisane w zupełnie innym czasie. Odnoszę wrażenie podłożenia wersji acapella pod wybrane instrumentale czysto uznaniowo bez wyczucia. Mamy miniatury ambientowe ze skrzypcami, bardziej surowe imitujące prostsze piosenki na samą gitarę. Momentami bywa w pełni elektronicznie, ale i w takich sytuacjach znowu dochodzi czasem wiosło i harmonijka.
Pink Moon rzetelnie odświeżone, ale bez podjazdu do oryginału. Zagęszczony drugi plan i rozmyty wokal sprawiają, że wszystko brzmi bardziej wprost, robi się jednoznacznie smutaskowo. Iris Murdoch ma ciekawy fragment, gdzie Tim brzmi prawie jak Sylvian, gdy przeciąga dźwięk dość długo. Poza tym psuje dość ilustracyjny, niepokojący ambient w tle. Jednocześnie dobrze SPOOKY i EERIE, niespecjalnie wiosenne, ale z wokalem dzieje się tam za dużo! Dodatkowo sampling na końcu... jego zastosowanie też nie sprzyja spójności. Curtain Dream stoi na moocno podrasowanej gitarze. W każdym numerze brzmi inaczej i to też mi lekko nie pasuje. Heaven's Break najbardziej cierpi z powodu wokalu. Doskonałe przetworzenie patentów typowych dla Tangerine Dream z ostatnich płyt z Chrisem Franke w składzie. Hipnotyczny, transowy new age. Poza fragmentem "awake me, heaven break me" wjeżdża dość losowe, manieryczne śpiewanie. Gitara sprawia, że gul mi skacze, ale potem harmonijka stanowi zaskakująco udane uzupełnienie. Do takich brzmień idealne są nieoczywiste rozwiązania. Mandarynki korzystały np. z brzmień typu cyfrowy klawesyn czy flet. Tutaj otwiera się kolejna ciekawa perspektywa. Zmarnowana, ograniczona do rozchodzącej się w barach piosenki, ale warta poszukiwań, chce się więcej! Wszystkie autorskie kawałki mają podobnie flegmatyczne, jakby zawieszone w czasie i przestrzeni wokale. Po ostatnim odsłuchu Speaka sprawdziłem pobieżnie większość dotychczas wrzuconych tutaj rzeczy z ich katalogu no i nie da się ukryć, że tak jest wszędzie, ale w przypadku takiego Schoolyard Ghosts wychodzi bardziej spójnie. Numery rzeczne są po prostu okej. Riverrun starzeje się dobrze. Gdyby Hania Rani nagle to zagrała na koncercie, to w ogóle bym się nie zdziwił. Brzmi jak żywcem wybrane z jej płyt. Wkurza mnie to RAHNAAAH na końcu. Rzeczy pokroju Ballet Beast i Life With Picasso to z kolei jak bardzo dobra inspiracja muzyką Laraaji czy Klausa Wiese. Oni robią na takich brzmieniach półgodzinne medytacyjne drony. Night Sky Sweet Earth w trochę innym klimacie niż reszta, coś tu pachnie progresywnymi patentami. Nie jest tak eterycznie i zwiewnie. Oczywiście ta kombinacja na gitarze też dokłada swoje. Końcówka jakby dosztukowana dla lepszego dopasowania do płyty. Ostatni numer aż prosił się o taki specyficzny, kameralny finał BEZ GŁOSU. Końcówka koresponduje trochę z intro, ale na saksofonie stanowczo zbyt intensywna wczutka. Bonusowa kobyłka pasuje mi bardziej niż właściwy Speak, ale za wciskanie reklam w środku numeru należy kogoś zwolnić w Google xD Nie ma średniego wrażenia urwania pomysłu pośrodku niczego klimat się udziela i z czasem narasta, solidnie zrobiony ambient.
To chyba będzie mój ulubiony no-man.
Kurczę, jak to jest, że tyle płyt nagrali i zawsze wychodzi to samo. Kolejny kontakt z duetem Wilson/Bowness. Kolejna solidna przeprawa, której podsumowanie wydaje się oczywiste. Przynajmniej w moim wykonaniu. W pewnym momencie czułem już wyraźne zmęczenie ich obecnością w bestkach. Po kilku razach ze Speak ostatecznie jest ociupinkę lepiej, ale to oznacza po prostu neutralny stosunek. Ich płyty to zazwyczaj to samo melancholijne, płaczliwe i nastrojowe danie podane z trochę innymi sosami. Raz słodkie chili, raz trochę ostrzejsze, a czasem po prostu sos pomidorowy vel ketchup. Niby jest różnica, ale baza pozostaje niezmienna.
Jak dla mnie to dalej kompilacja. Zaczyna się od trzech różnych wstępów, każdy z zupełnie innej parafii. Jeśli brać pod uwagę jeszcze bonusowy ambient, to jeszcze poważniej przypomina muzyczny notatnik ze szkicami. Brzmieniowy rozgardiasz spina wokal, który uważam za kompletnie niepotrzebny. W wielu miejscach tło jest na tyle gęste, klimatyczne, emocjonalne, że Bowness po prostu psuje efekt. Często też jego głos i śpiewane partie wydają się napisane w zupełnie innym czasie. Odnoszę wrażenie podłożenia wersji acapella pod wybrane instrumentale czysto uznaniowo bez wyczucia. Mamy miniatury ambientowe ze skrzypcami, bardziej surowe imitujące prostsze piosenki na samą gitarę. Momentami bywa w pełni elektronicznie, ale i w takich sytuacjach znowu dochodzi czasem wiosło i harmonijka.
Pink Moon rzetelnie odświeżone, ale bez podjazdu do oryginału. Zagęszczony drugi plan i rozmyty wokal sprawiają, że wszystko brzmi bardziej wprost, robi się jednoznacznie smutaskowo. Iris Murdoch ma ciekawy fragment, gdzie Tim brzmi prawie jak Sylvian, gdy przeciąga dźwięk dość długo. Poza tym psuje dość ilustracyjny, niepokojący ambient w tle. Jednocześnie dobrze SPOOKY i EERIE, niespecjalnie wiosenne, ale z wokalem dzieje się tam za dużo! Dodatkowo sampling na końcu... jego zastosowanie też nie sprzyja spójności. Curtain Dream stoi na moocno podrasowanej gitarze. W każdym numerze brzmi inaczej i to też mi lekko nie pasuje. Heaven's Break najbardziej cierpi z powodu wokalu. Doskonałe przetworzenie patentów typowych dla Tangerine Dream z ostatnich płyt z Chrisem Franke w składzie. Hipnotyczny, transowy new age. Poza fragmentem "awake me, heaven break me" wjeżdża dość losowe, manieryczne śpiewanie. Gitara sprawia, że gul mi skacze, ale potem harmonijka stanowi zaskakująco udane uzupełnienie. Do takich brzmień idealne są nieoczywiste rozwiązania. Mandarynki korzystały np. z brzmień typu cyfrowy klawesyn czy flet. Tutaj otwiera się kolejna ciekawa perspektywa. Zmarnowana, ograniczona do rozchodzącej się w barach piosenki, ale warta poszukiwań, chce się więcej! Wszystkie autorskie kawałki mają podobnie flegmatyczne, jakby zawieszone w czasie i przestrzeni wokale. Po ostatnim odsłuchu Speaka sprawdziłem pobieżnie większość dotychczas wrzuconych tutaj rzeczy z ich katalogu no i nie da się ukryć, że tak jest wszędzie, ale w przypadku takiego Schoolyard Ghosts wychodzi bardziej spójnie. Numery rzeczne są po prostu okej. Riverrun starzeje się dobrze. Gdyby Hania Rani nagle to zagrała na koncercie, to w ogóle bym się nie zdziwił. Brzmi jak żywcem wybrane z jej płyt. Wkurza mnie to RAHNAAAH na końcu. Rzeczy pokroju Ballet Beast i Life With Picasso to z kolei jak bardzo dobra inspiracja muzyką Laraaji czy Klausa Wiese. Oni robią na takich brzmieniach półgodzinne medytacyjne drony. Night Sky Sweet Earth w trochę innym klimacie niż reszta, coś tu pachnie progresywnymi patentami. Nie jest tak eterycznie i zwiewnie. Oczywiście ta kombinacja na gitarze też dokłada swoje. Końcówka jakby dosztukowana dla lepszego dopasowania do płyty. Ostatni numer aż prosił się o taki specyficzny, kameralny finał BEZ GŁOSU. Końcówka koresponduje trochę z intro, ale na saksofonie stanowczo zbyt intensywna wczutka. Bonusowa kobyłka pasuje mi bardziej niż właściwy Speak, ale za wciskanie reklam w środku numeru należy kogoś zwolnić w Google xD Nie ma średniego wrażenia urwania pomysłu pośrodku niczego klimat się udziela i z czasem narasta, solidnie zrobiony ambient.
To chyba będzie mój ulubiony no-man.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
no-man - ((speak))
Kolejne i zarazem podejrzewam że być może jedno z ostatnich podejść do no-man w naszych bestkach, zdaje się że fanbase tej grupy na naszym forum zrobił już co mógł w swej mocy by tak jak potrafi zachęcić nas do ich twórczości (nie mówię hop, nadal żyje wszak bestka wideoklipów i być może jeśli nie obecnie to w lepszym czasie funkcjonować będzie bestka samplowa). Starania naszego Wujasa jeśli o mnie chodzi przynajmniej spaliły na panewce, lepiej wychodziło zachęcanie do no-man drogiemu munlupowi ale... trochę przypadkiem bo dokonywał tego właśnie poprzez wideoklip i sample, na tej podstawie mam poczucie że być może powinienem poświęcić kiedyś czas by zbadać te starsze dokonania no-manów. Tymczasem przechodzimy do wydawnictwa z roku 1999...
Niby oficjalnie ((speak)) ma status kompilacji starych kawałków odświeżonych po latach, może technicznie rzecz ujmując jest to kompilacja ale ja tego akurat właśnie nie czuję. Bo jest to jedna z takich kompilacji zbierających materiał z określonego krótkiego wycinka czyjejś twórczości że brzmi to jednak jak kolejny album studyjny w dyskografii (spotkałem się już z tak fajnymi składakami choćby pod postacią "The Lost Tapes" Nasa czy "Incesticide" Nirvany). W ogóle słuchając tej płyty miałem dwa skojarzenia i nie będę zdziwiony jak ich nie skumacie ale jedno to Music For The Masses bo utwory na płycie mam wrażenie są jakby z dwóch światów, dzielą się na te bardziej dzienne i te wieczorowe. Drugie skojarzenie poprzez to przyjemne wiosenne ambientowe brzmienie to z kolei Exciter, choć wiadomo ((speak)) jest cieplejszą w brzmieniu płytą ale gdy słyszę choćby takie Curtain Dream to mam wrażenie że to gitarowa ballada jaką w tamtym czasie mógłby nagrać Gore. Od pierwszych odsłuchów ta płyta przypadła mi do gustu, Hien co prawda sugerował odsłuchy wieczorne a ja słuchałem raz za razem jej w środku dnia w słoneczne dni ale ten ciepły ambient pasował mi do tej sytuacji, ogólnie całość przywodziła mi właśnie obrazy takiego zawieszenia w środku dnia i puste przestrzenie, coś jak ten opuszczony park rozrywki z okładki. Tim tym razem nie psuł mi jakoś szczególnie odbioru przy słuchaniu, jest dość nieinwazyjny. Intro bardzo fajnie wprowadza w album i zapowiada dobre brzmienie, ten album jest po prostu świetnie wyprodukowany. Podoba mi się cover Pink Moon z jego rozmytymi klawiszami, to brzmi jak taka wiosenna wersja tego kawałka w przeciwieństwie do jesiennego oryginału. Curtain's Dream bardzo spoko, Heaven's Break cudne z tymi mandarynkowymi arpami, jeden z hajlajtów albumu. Duet środka płyty najmniej mi siedzi (French Tree Terror Suspect-River Song, najbardziej zamulające numery, najmniej wiosny tu czuję), ale po tym halftajmie płyta wraca na dobre tory. Bas w Riverrun kojarzy mi się mocno z OSTem do gry Machinarium którą przedstawiałem w bestce gier wideo (RIP). Ballet Beast to fajna miniaturka która brzmi jakby żywcem wycięta z albumu Pink Moon od Nicka Drake'a. Potem wchodzi Night Sky, Sweet Earth i tu jestem rozwalony na łopatki. Piękny utwór z wieczorowym vibem, kolejna taka perła znaleziona na albumowej wrzutce od Was, ustawiam w kolekcji obok Moonloop (PT) i The Sheltering Sky (KC) i w sumie znów to taki prog rock jak tamte numery. Ta główna melodia grana wysoko na gitarze bardzo mi się podoba, ta coda w innym klimacie to też piękna rzecz. Bardzo dobry jest też albumowy zamykacz z tym saksem, tu najbardziej ten nocny klimat czuć (obok Iris Murdoch Cut Me Down o czym nie wspomniałem) słuchając tego w środku dnia wytwarza się smutna atmosfera.
Kurczę trochę się biczuję w myślach że za mało o tym wszystkim napisałem ale z drugiej strony to nie jest taka piosenkowa płyta dla mnie, ona najlepiej funkcjonuje jako dość zwarta i zgrabna całość, jeden vibe i lepiej ją po prostu słuchać i zapętlać (bo jest dobra i krótka) niż rozbierać na pojedyncze numery. Uważam że to naprawdę doskonała wrzutka, pierwsza płyta w tej drugiej bestce albumowej która mi weszła bez popity i kolejny wiosenny sukces Hiena po Nonsuch. Mając to w myślach mogę jedynie niecierpliwie oczekiwać wiosny 2024
Kolejne i zarazem podejrzewam że być może jedno z ostatnich podejść do no-man w naszych bestkach, zdaje się że fanbase tej grupy na naszym forum zrobił już co mógł w swej mocy by tak jak potrafi zachęcić nas do ich twórczości (nie mówię hop, nadal żyje wszak bestka wideoklipów i być może jeśli nie obecnie to w lepszym czasie funkcjonować będzie bestka samplowa). Starania naszego Wujasa jeśli o mnie chodzi przynajmniej spaliły na panewce, lepiej wychodziło zachęcanie do no-man drogiemu munlupowi ale... trochę przypadkiem bo dokonywał tego właśnie poprzez wideoklip i sample, na tej podstawie mam poczucie że być może powinienem poświęcić kiedyś czas by zbadać te starsze dokonania no-manów. Tymczasem przechodzimy do wydawnictwa z roku 1999...
Niby oficjalnie ((speak)) ma status kompilacji starych kawałków odświeżonych po latach, może technicznie rzecz ujmując jest to kompilacja ale ja tego akurat właśnie nie czuję. Bo jest to jedna z takich kompilacji zbierających materiał z określonego krótkiego wycinka czyjejś twórczości że brzmi to jednak jak kolejny album studyjny w dyskografii (spotkałem się już z tak fajnymi składakami choćby pod postacią "The Lost Tapes" Nasa czy "Incesticide" Nirvany). W ogóle słuchając tej płyty miałem dwa skojarzenia i nie będę zdziwiony jak ich nie skumacie ale jedno to Music For The Masses bo utwory na płycie mam wrażenie są jakby z dwóch światów, dzielą się na te bardziej dzienne i te wieczorowe. Drugie skojarzenie poprzez to przyjemne wiosenne ambientowe brzmienie to z kolei Exciter, choć wiadomo ((speak)) jest cieplejszą w brzmieniu płytą ale gdy słyszę choćby takie Curtain Dream to mam wrażenie że to gitarowa ballada jaką w tamtym czasie mógłby nagrać Gore. Od pierwszych odsłuchów ta płyta przypadła mi do gustu, Hien co prawda sugerował odsłuchy wieczorne a ja słuchałem raz za razem jej w środku dnia w słoneczne dni ale ten ciepły ambient pasował mi do tej sytuacji, ogólnie całość przywodziła mi właśnie obrazy takiego zawieszenia w środku dnia i puste przestrzenie, coś jak ten opuszczony park rozrywki z okładki. Tim tym razem nie psuł mi jakoś szczególnie odbioru przy słuchaniu, jest dość nieinwazyjny. Intro bardzo fajnie wprowadza w album i zapowiada dobre brzmienie, ten album jest po prostu świetnie wyprodukowany. Podoba mi się cover Pink Moon z jego rozmytymi klawiszami, to brzmi jak taka wiosenna wersja tego kawałka w przeciwieństwie do jesiennego oryginału. Curtain's Dream bardzo spoko, Heaven's Break cudne z tymi mandarynkowymi arpami, jeden z hajlajtów albumu. Duet środka płyty najmniej mi siedzi (French Tree Terror Suspect-River Song, najbardziej zamulające numery, najmniej wiosny tu czuję), ale po tym halftajmie płyta wraca na dobre tory. Bas w Riverrun kojarzy mi się mocno z OSTem do gry Machinarium którą przedstawiałem w bestce gier wideo (RIP). Ballet Beast to fajna miniaturka która brzmi jakby żywcem wycięta z albumu Pink Moon od Nicka Drake'a. Potem wchodzi Night Sky, Sweet Earth i tu jestem rozwalony na łopatki. Piękny utwór z wieczorowym vibem, kolejna taka perła znaleziona na albumowej wrzutce od Was, ustawiam w kolekcji obok Moonloop (PT) i The Sheltering Sky (KC) i w sumie znów to taki prog rock jak tamte numery. Ta główna melodia grana wysoko na gitarze bardzo mi się podoba, ta coda w innym klimacie to też piękna rzecz. Bardzo dobry jest też albumowy zamykacz z tym saksem, tu najbardziej ten nocny klimat czuć (obok Iris Murdoch Cut Me Down o czym nie wspomniałem) słuchając tego w środku dnia wytwarza się smutna atmosfera.
Kurczę trochę się biczuję w myślach że za mało o tym wszystkim napisałem ale z drugiej strony to nie jest taka piosenkowa płyta dla mnie, ona najlepiej funkcjonuje jako dość zwarta i zgrabna całość, jeden vibe i lepiej ją po prostu słuchać i zapętlać (bo jest dobra i krótka) niż rozbierać na pojedyncze numery. Uważam że to naprawdę doskonała wrzutka, pierwsza płyta w tej drugiej bestce albumowej która mi weszła bez popity i kolejny wiosenny sukces Hiena po Nonsuch. Mając to w myślach mogę jedynie niecierpliwie oczekiwać wiosny 2024
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Ja się melduje pierwszy, kompletnie dwa różne światy.stripped pisze:19 maja 2023 22:52nie będę zdziwiony jak ich nie skumacie ale jedno to Music For The Masses
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
zgrabnie wycięte z kontekstu
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Kontekst jak kontekst, po prostu słyszę to zupełnie inaczej, ani brzmienie dla Exa, ani p o d z i a ł w Massmuzyce
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Melczet mam nadzieję że Twoja cisza w temacie Glasshouse oznacza jedynie że wjedziesz z dwoma reckami za jednym zamachem później :]
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Tak, jutro wjadę.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ale jak masz wjechać z samą Jessie, to może poczekaj aż będziesz miał obie recenzje. Szkoda robić śmietnik (większy niż już jest).
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Speaka mam na tyle ogarniętego, że też może wjechać jutro.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Tak właśnie myślałem
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
no-man – ((speak))
Hien wrzucając no-man wiedział z góry, że dostanie przynajmniej jedną laurkę. Słucham ten zespół od 2011 roku właśnie dzięki Hienowi. I jest to zespół z mojego ścisłego topu. Nawet mogę powiedzieć, że ulubiony zespół zaraz po DM. No-man nie nagrali czegokolwiek, co nie jest przynajmniej dobre. Moja ulubiona płyta to jest Schoolyard Ghosts, ale prawda jest taka, że lubię wszystkie albumy tego zespołu. I zgadzam się, że ((speak)) to album wybitny. Zresztą nie on jeden. Próżno tu szukać jakichś radiowych przebojów. To nie ten rodzaj muzyki. A już na pewno nie ten album. Tutaj panowie pierwszoplanową rolę odgrywa KLIMAT. Lubię ((speak)) najbardziej słuchać w lesie, szczególnie w pochmurną pogodę. Bo ciemny las w połączeniu z gęstym i tajemniczym klimatem tego albumu powoduje u mnie piorunujące wrażenie.
Już pierwszy króciutki Speak wprowadza słuchacza w ten szczególny nastrój. Ten zaśpiew kojarzy mi się z Bliskim Wschodem, a warstwa dźwiękowa z kolei ze Szkocją lub Irlandią. Pink Moon w oryginalnym wykonaniu Drake’a jakoś mnie nie zachwycił. W wykonaniu no-man zachwyca jak najbardziej. Nadali utworowi swój niepowtarzalny styl i różnica jest po prostu zasadnicza. Że nie wspomnę o wokalu, bo że jestem wielkim fanem głosu Bownessa, to chyba każdy wie.
Iris Murdoch Cut Me Down kontynuuje klimat zapodany w utworze Speak. Prosta kompozycja ale jak brzmi. No i ta końcówka w wykonaniu śpiewającej dziewczynki. Niesamowite.
Wreszcie dochodzimy do mojego od zawsze ulubionego utworu na albumie Curtain Dream. Przepiękna ballada zwala z nóg. I jakimi środkami stworzona! Wystarczyła ładna melodia, głos Tima i proste gitarowe zagrywki. Tak niewiele a jednak tak wiele. Trudno wyobrazić sobie coś prostszego w muzyce a równie genialnego. Ale no-man to potrafi robić bez trudu.
Heaven's Break to kolejny z ulubieńców. Te arpeggio jest niesamowite, podobnie jak gitara. I znowu mamy prostą ale pięknie zaśpiewaną melodię. To jest tak bardzo no-manowe jak to tylko możliwe. Tego stylu nie sposób pomylić z niczym innym.
Panowie z no-man co chwila częstują nas tym wyjątkowym i spójnym klimatem. Klimatem przejmującym, tajemniczym, trochę niepokojącym, zalatującym jak dla mnie jakąś daleką, zamgloną i deszczową Szkocją czy też Irlandią właśnie. Po Speak i Iris Murdoch Cut Me Down kolejnym rozdziałem tej klimatycznej opowieści jest French Tree Terror Suspect. Mógłbym się nurzać w tym klimacie w nieskończoność.
River song to ładna piosenka z elegancką gitarą w roli głównej. Tim potrafi przy pomocy swojego niezwykłego głosu z rzeczy prostych tworzyć naprawdę coś unikalnego.
Riverrun znowu brzmi obłędnie z tymi arpami i smykami. Pewnie się wciąż powtarzam, ale to niesamowite jak prostymi środkami no-man się posługują. I jaki osiągają efekt. The Ballet Beast dzięki tym gitarowym zagrywkom kojarzy mi się z jakąś muzyką dawną. Dzwoneczki są pięknie wkomponowane. Krótki ale cudny utwór. No i dochodzimy do kolejnego wyjątkowego dzieła Night Sky Sweet Earth. No-man używają wciąż tych samych patentów, czyli arpy pracujące w tle, gitarowe zagrywki. Ale to działa. Outro ze skrzypcami przepiękne.
Life With Picasso to kolejny oszczędny w środkach utwór z wydawałoby sie mało wyrazistą melodią. I naprawdę nie wiem, czy w wykonaniu kogokolwiek innego ten utwór by cokolwiek dla mnie znaczył. W wykonaniu no-man zwyczajnie zachwyca. Te zagrywki na pianinie w drugiej części piosenki są bardzo urokliwe. A w tle słychać jakby szumiące morze.
Death And Dodgson's Dreamchild to już w ogóle szczyt minimalizmu. Parę powtarzających się uderzeń w klawisze i wokal plus trochę saksofonu całkowicie w tym przypadku wystarcza, żeby pięknie zamknąć ten album.
((speak)) to podobno kompilacja utworów napisanych na przestrzeni jakiegoś okresu czasu. Ale wcale to nie brzmi jak kompilacja, bo wg mnie to bardzo spójny album. Hien pisał, że niektórym kojarzy się z zimą, innym z letnimi nocami. Mnie kojarzy się dwojako. Z jesienią i lasem, bo tam najbardziej lubiłem zawsze słuchać nie tylko ((speak)), ale i no-man w ogóle. Ale w wielu momentach kojarzy mi się też z klimatami, o których wspominałem wyżej, czyli mglistymi i deszczowymi rejonami Wielkiej Brytanii. Słuchając np. Iris Murdoch Cut Me Down mam wrażenie, że stoję gdzieś w Szkocji nad brzegiem np. Loch Ness albo na krawędzi pogrążonych we mgle klifów. Cudowny klimat ma ten album. Tylko panowie Bowness i Wilson potrafią tworzyć coś równie sugestywnego. Tim swoim głosem po prostu czaruje. Nie wyobrażam sobie innego wokalisty do tej muzyki. Natomiast Wilson nadaje tej muzyce niesamowitej szlachetności. Co by o nim nie mówić dla mnie to jest genialny muzyk. A no-man to genialny zespół. Z niepowtarzalnym stylem, który sobie przez lata wypracował.
Hien wrzucając no-man wiedział z góry, że dostanie przynajmniej jedną laurkę. Słucham ten zespół od 2011 roku właśnie dzięki Hienowi. I jest to zespół z mojego ścisłego topu. Nawet mogę powiedzieć, że ulubiony zespół zaraz po DM. No-man nie nagrali czegokolwiek, co nie jest przynajmniej dobre. Moja ulubiona płyta to jest Schoolyard Ghosts, ale prawda jest taka, że lubię wszystkie albumy tego zespołu. I zgadzam się, że ((speak)) to album wybitny. Zresztą nie on jeden. Próżno tu szukać jakichś radiowych przebojów. To nie ten rodzaj muzyki. A już na pewno nie ten album. Tutaj panowie pierwszoplanową rolę odgrywa KLIMAT. Lubię ((speak)) najbardziej słuchać w lesie, szczególnie w pochmurną pogodę. Bo ciemny las w połączeniu z gęstym i tajemniczym klimatem tego albumu powoduje u mnie piorunujące wrażenie.
Już pierwszy króciutki Speak wprowadza słuchacza w ten szczególny nastrój. Ten zaśpiew kojarzy mi się z Bliskim Wschodem, a warstwa dźwiękowa z kolei ze Szkocją lub Irlandią. Pink Moon w oryginalnym wykonaniu Drake’a jakoś mnie nie zachwycił. W wykonaniu no-man zachwyca jak najbardziej. Nadali utworowi swój niepowtarzalny styl i różnica jest po prostu zasadnicza. Że nie wspomnę o wokalu, bo że jestem wielkim fanem głosu Bownessa, to chyba każdy wie.
Iris Murdoch Cut Me Down kontynuuje klimat zapodany w utworze Speak. Prosta kompozycja ale jak brzmi. No i ta końcówka w wykonaniu śpiewającej dziewczynki. Niesamowite.
Wreszcie dochodzimy do mojego od zawsze ulubionego utworu na albumie Curtain Dream. Przepiękna ballada zwala z nóg. I jakimi środkami stworzona! Wystarczyła ładna melodia, głos Tima i proste gitarowe zagrywki. Tak niewiele a jednak tak wiele. Trudno wyobrazić sobie coś prostszego w muzyce a równie genialnego. Ale no-man to potrafi robić bez trudu.
Heaven's Break to kolejny z ulubieńców. Te arpeggio jest niesamowite, podobnie jak gitara. I znowu mamy prostą ale pięknie zaśpiewaną melodię. To jest tak bardzo no-manowe jak to tylko możliwe. Tego stylu nie sposób pomylić z niczym innym.
Panowie z no-man co chwila częstują nas tym wyjątkowym i spójnym klimatem. Klimatem przejmującym, tajemniczym, trochę niepokojącym, zalatującym jak dla mnie jakąś daleką, zamgloną i deszczową Szkocją czy też Irlandią właśnie. Po Speak i Iris Murdoch Cut Me Down kolejnym rozdziałem tej klimatycznej opowieści jest French Tree Terror Suspect. Mógłbym się nurzać w tym klimacie w nieskończoność.
River song to ładna piosenka z elegancką gitarą w roli głównej. Tim potrafi przy pomocy swojego niezwykłego głosu z rzeczy prostych tworzyć naprawdę coś unikalnego.
Riverrun znowu brzmi obłędnie z tymi arpami i smykami. Pewnie się wciąż powtarzam, ale to niesamowite jak prostymi środkami no-man się posługują. I jaki osiągają efekt. The Ballet Beast dzięki tym gitarowym zagrywkom kojarzy mi się z jakąś muzyką dawną. Dzwoneczki są pięknie wkomponowane. Krótki ale cudny utwór. No i dochodzimy do kolejnego wyjątkowego dzieła Night Sky Sweet Earth. No-man używają wciąż tych samych patentów, czyli arpy pracujące w tle, gitarowe zagrywki. Ale to działa. Outro ze skrzypcami przepiękne.
Life With Picasso to kolejny oszczędny w środkach utwór z wydawałoby sie mało wyrazistą melodią. I naprawdę nie wiem, czy w wykonaniu kogokolwiek innego ten utwór by cokolwiek dla mnie znaczył. W wykonaniu no-man zwyczajnie zachwyca. Te zagrywki na pianinie w drugiej części piosenki są bardzo urokliwe. A w tle słychać jakby szumiące morze.
Death And Dodgson's Dreamchild to już w ogóle szczyt minimalizmu. Parę powtarzających się uderzeń w klawisze i wokal plus trochę saksofonu całkowicie w tym przypadku wystarcza, żeby pięknie zamknąć ten album.
((speak)) to podobno kompilacja utworów napisanych na przestrzeni jakiegoś okresu czasu. Ale wcale to nie brzmi jak kompilacja, bo wg mnie to bardzo spójny album. Hien pisał, że niektórym kojarzy się z zimą, innym z letnimi nocami. Mnie kojarzy się dwojako. Z jesienią i lasem, bo tam najbardziej lubiłem zawsze słuchać nie tylko ((speak)), ale i no-man w ogóle. Ale w wielu momentach kojarzy mi się też z klimatami, o których wspominałem wyżej, czyli mglistymi i deszczowymi rejonami Wielkiej Brytanii. Słuchając np. Iris Murdoch Cut Me Down mam wrażenie, że stoję gdzieś w Szkocji nad brzegiem np. Loch Ness albo na krawędzi pogrążonych we mgle klifów. Cudowny klimat ma ten album. Tylko panowie Bowness i Wilson potrafią tworzyć coś równie sugestywnego. Tim swoim głosem po prostu czaruje. Nie wyobrażam sobie innego wokalisty do tej muzyki. Natomiast Wilson nadaje tej muzyce niesamowitej szlachetności. Co by o nim nie mówić dla mnie to jest genialny muzyk. A no-man to genialny zespół. Z niepowtarzalnym stylem, który sobie przez lata wypracował.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ale ten czas leci, prawda? Wydaje się, że to było wczoraj, jak zacząłem Wam tu sprzedawać no-man, a przecież to już ponad dekadę temu. Melki, po tym jak został zarażony tą muzyką, nawet był na koncercie w 2012 r., też wieki temu, a wydaje się jakby dopiero było.
To jest sedno no-man, w ich wykonaniu wiele rzeczy przechodzi. Mają po prostu talent do robienia czegoś, z niczego.shodan pisze:23 maja 2023 09:29nie wiem, czy w wykonaniu kogokolwiek innego ten utwór by cokolwiek dla mnie znaczył. W wykonaniu no-man zwyczajnie zachwyca.
To jest kompilacja pod kątem formalnym, ale tak naprawdę niewiele się to różni od zwykłego albumu. Materiał powstał między 87, a 88 rokiem, więc to nie był jakiś koszmarnie długi i zróżnicowany czas w ich karierze, zespoły potrafią dłużej nagrywać zwykłe płyty. Tak się złożyło, że szybko się rozwijali i na etapie kiedy dostali poważną ofertę wydawniczą (1990 r.) byli już zafascynowani samplingiem i bardziej tanecznymi rytmami. Wczesny materiał został odłożony na półkę, potem wyszedł jako fanclubowy exclusive na kasecie "Speak 1987-1988", a potem w 99 r. z nowymi wokalami. Tracklista się trochę zmieniła. Na wersji kasetowej był taki kawałek "Desert Heart", który potem przerobili na "Close Your Eyes" z "Returning Jesus"shodan pisze:23 maja 2023 09:29((speak)) to podobno kompilacja utworów napisanych na przestrzeni jakiegoś okresu czasu. Ale wcale to nie brzmi jak kompilacja, bo wg mnie to bardzo spójny album.
https://www.youtube.com/watch?v=jdfP_kQ ... FydA%3D%3D
podobnie "Night Sky Sweet Earth" było przerabiane z myślą o innych płytach, czego próbką jest kawałek "The Night Sky" z "Lost Songs" (nie ma na YT).
Myślę, że z tego między innymi wynika to, że zespół określił "Speak" jako kompilację (zresztą wydawaną niejednokrotnie). Jest to jakaś selekcja tego co nagrywali w ciągu tych dwóch lat, dobrana tak żeby tworzyła spójny klimat, bo nie wszystko co nagrywali w tym czasie brzmiało w ten sposób (były też popowe, industrialne, a nawet niemal punkowe piosenki). Na płytę wybrano najprostsze kawałki, o najbardziej ponadczasowej formule, wszystkie bez perkusji (pomijam djembe w Iris Murdoch).
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn