Best of Forum III
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
We Wrocku w weekendy aż tak bardzo nie ma gdzie iść?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
A Fine Frenzy – Pinesong
Hien znowu atakuje swoimi klimatami, które też są w dużej części moimi. Tym razem z damskim wokalem, co zdarza mu się rzadziej. Tak, to jest coś co na bardzo pewno lubię i zawsze będę chwalił. Piękna piosenka w bardzo delikatnej aranżacji. Taka zwiewna i rozmarzona. Piękna gitara i te wspaniałe smyczki w tle. Tu i ówdzie pianino. Klimat idealny dla mnie. Lubię jak utwór zaczyna się i kończy w taki subtelny i stonowany sposób. Wokal też jak najbardziej pozytywnie. W ogóle nie czuję tych prawie 8 minut. Mógłbym z taką muzyką pójść do lasu, na łąkę, gdziekolwiek gdzie jest bezludnie i słuchać godzinami. Oczywiście musowo muszę sprawdzić w wolnym czasie albumy tej pani, bo mam wrażenie, że będzie warto.
Trials X - Czujee się lepiey
Murzyn raczej wie, że polskimi gadaczami za bardzo mnie nie kupi. I tym też mnie nie kupił. Ale źle nie jest. Jest nawet ok. Co prawda ta gitara mi się średnio podoba, ale bas ładnie chodzi. Klawisze w tle też ok. Tekst zaskakująco pogodny jak na ten gatunek muzyczny. Utwór z rodzaju takich bujających. Tak więc jest przyzwoicie, rzetelnie, choć słuchać z własnej woli i tak nie zamierzam. Wolę czrnych gadaczy.
Kim Wilde - View From The Bridge
Kim oczywiście znam, choć jednocześnie poza paroma hitami za dużo nie słyszałem. Tego utworu też nie znałem chyba. Albo nie pamiętam. Generalnie nawet nie będąc w stanie w tej chwili czegokolwiek od niej zanucić i tak wiem, że zawsze żywiłem do niej sympatię. Utwór jest bardzo fajny. Do bólu eitisowy, ma bardzo typowe zagrywki dla tamtej epoki. Ale podoba mi się. Bardzo fajna jest melodia, głos Kim, energia. Ten utwór od razu przywołuje fajne nostalgiczne wspomnienia z czasów młodości I od razu robi się cieplej na duszy.
Jonathan Bree - You're So Cool
No i takie propozycje od deva lubię, bo You’re so cool jest po prostu bardzo dobre. Od samego początku jest świetnie. Wszystko tu współgra ze sobą idealnie i brzmi idealnie. Melodia jak najbardziej zapamiętywalna i dobra. Nie zgadzam się absolutnie, że to słaba kompozycja. A jak wjeżdżają smyki i robi się tak filmowo, to już mi więcej nie trzeba do szczęścia. Nie jest tajemnicą, że mam słabość do takich klimatów. To jeden z takich utworów, które mógłbym sobie zapętlić i słuchać na okrągło.
That Kid - Kiss Me Thru The Phone
Dragon i jego alternatywny core. I po raz kolejny teledysk, chociaż tu takich miało nie być. Oszukista jeden.
Szczerze mówiąc słuchając i oglądając to pierwszy raz nie przyszło mi do głowy, że to facet. Tym bardziej, że sam wokal tego nie zdradzał. Nie pasowały mi jedynie te nałożone na wokal efekty, bo nie lubię takich zniekształceń.
No cóż, sam utwór nie jest taki najgorszy. Choć jakiś dobry też nie. A aranż? Nie odstrasza mnie, choć też nie grzeje zbytnio. Rwany bit jak mówi Melki generalnie mi nie przeszkadza o ile dawkowany jest w rozsądnych ilościach. Całego albumu w tym stylu bym raczej nie wytrzymał. Tekstu oczywiście nie rozumiem, ale i tak zwyczajowo nie zamierzam sprawdzać.
Miał Dragon w tej konwencji dużo gorsze propozycje, choć miał i lepsze. To taki średniak raczej.
Papa Dance - Bez sensacji
Ja tam Papa Dance nawet zawsze lubiłem. Teraz włączę naprawdę od wielkiego święta i w dodatku zawsze coś z ulubionych utworów. Ale w latach młodości nawet sporo słuchałem czym udręczałem swojego ojca, który mówił, że to najgorszy zespół świata. Bez sensacji akurat nie znałem, bo to raczej ta strona zespołu, za którą nie przepadam. Czy jest to kiczowate. Jeszcze jak. Chociaż ma swój urok dla mnie. Po paru odsłuchach lepiej poznałem utwór i nawet zaakceptowałem. Choć osobiście nie umieściłbym go w top 20 czy nawet 30 Papa Dance, o ile w ogóle tyle utworów znam. Ale jakoś nie potrafię boczyć się na ten zespół, bo zwyczajnie mam do niego jakąś niewyjaśnioną sympatię. Choćby za Nasz Ziemski Eden.
Hien znowu atakuje swoimi klimatami, które też są w dużej części moimi. Tym razem z damskim wokalem, co zdarza mu się rzadziej. Tak, to jest coś co na bardzo pewno lubię i zawsze będę chwalił. Piękna piosenka w bardzo delikatnej aranżacji. Taka zwiewna i rozmarzona. Piękna gitara i te wspaniałe smyczki w tle. Tu i ówdzie pianino. Klimat idealny dla mnie. Lubię jak utwór zaczyna się i kończy w taki subtelny i stonowany sposób. Wokal też jak najbardziej pozytywnie. W ogóle nie czuję tych prawie 8 minut. Mógłbym z taką muzyką pójść do lasu, na łąkę, gdziekolwiek gdzie jest bezludnie i słuchać godzinami. Oczywiście musowo muszę sprawdzić w wolnym czasie albumy tej pani, bo mam wrażenie, że będzie warto.
Trials X - Czujee się lepiey
Murzyn raczej wie, że polskimi gadaczami za bardzo mnie nie kupi. I tym też mnie nie kupił. Ale źle nie jest. Jest nawet ok. Co prawda ta gitara mi się średnio podoba, ale bas ładnie chodzi. Klawisze w tle też ok. Tekst zaskakująco pogodny jak na ten gatunek muzyczny. Utwór z rodzaju takich bujających. Tak więc jest przyzwoicie, rzetelnie, choć słuchać z własnej woli i tak nie zamierzam. Wolę czrnych gadaczy.
Kim Wilde - View From The Bridge
Kim oczywiście znam, choć jednocześnie poza paroma hitami za dużo nie słyszałem. Tego utworu też nie znałem chyba. Albo nie pamiętam. Generalnie nawet nie będąc w stanie w tej chwili czegokolwiek od niej zanucić i tak wiem, że zawsze żywiłem do niej sympatię. Utwór jest bardzo fajny. Do bólu eitisowy, ma bardzo typowe zagrywki dla tamtej epoki. Ale podoba mi się. Bardzo fajna jest melodia, głos Kim, energia. Ten utwór od razu przywołuje fajne nostalgiczne wspomnienia z czasów młodości I od razu robi się cieplej na duszy.
Jonathan Bree - You're So Cool
No i takie propozycje od deva lubię, bo You’re so cool jest po prostu bardzo dobre. Od samego początku jest świetnie. Wszystko tu współgra ze sobą idealnie i brzmi idealnie. Melodia jak najbardziej zapamiętywalna i dobra. Nie zgadzam się absolutnie, że to słaba kompozycja. A jak wjeżdżają smyki i robi się tak filmowo, to już mi więcej nie trzeba do szczęścia. Nie jest tajemnicą, że mam słabość do takich klimatów. To jeden z takich utworów, które mógłbym sobie zapętlić i słuchać na okrągło.
That Kid - Kiss Me Thru The Phone
Dragon i jego alternatywny core. I po raz kolejny teledysk, chociaż tu takich miało nie być. Oszukista jeden.
Szczerze mówiąc słuchając i oglądając to pierwszy raz nie przyszło mi do głowy, że to facet. Tym bardziej, że sam wokal tego nie zdradzał. Nie pasowały mi jedynie te nałożone na wokal efekty, bo nie lubię takich zniekształceń.
No cóż, sam utwór nie jest taki najgorszy. Choć jakiś dobry też nie. A aranż? Nie odstrasza mnie, choć też nie grzeje zbytnio. Rwany bit jak mówi Melki generalnie mi nie przeszkadza o ile dawkowany jest w rozsądnych ilościach. Całego albumu w tym stylu bym raczej nie wytrzymał. Tekstu oczywiście nie rozumiem, ale i tak zwyczajowo nie zamierzam sprawdzać.
Miał Dragon w tej konwencji dużo gorsze propozycje, choć miał i lepsze. To taki średniak raczej.
Papa Dance - Bez sensacji
Ja tam Papa Dance nawet zawsze lubiłem. Teraz włączę naprawdę od wielkiego święta i w dodatku zawsze coś z ulubionych utworów. Ale w latach młodości nawet sporo słuchałem czym udręczałem swojego ojca, który mówił, że to najgorszy zespół świata. Bez sensacji akurat nie znałem, bo to raczej ta strona zespołu, za którą nie przepadam. Czy jest to kiczowate. Jeszcze jak. Chociaż ma swój urok dla mnie. Po paru odsłuchach lepiej poznałem utwór i nawet zaakceptowałem. Choć osobiście nie umieściłbym go w top 20 czy nawet 30 Papa Dance, o ile w ogóle tyle utworów znam. Ale jakoś nie potrafię boczyć się na ten zespół, bo zwyczajnie mam do niego jakąś niewyjaśnioną sympatię. Choćby za Nasz Ziemski Eden.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Bdb pytanie, kluby na depoteki na mojej liście nie widnieją
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Może to był jakiś rytuał upodlenia, nie wiem.
W każdym razie, został Musiał który dostaje cały poniedziałek na nadrobienie, od wtorku lecimy dalej.
W każdym razie, został Musiał który dostaje cały poniedziałek na nadrobienie, od wtorku lecimy dalej.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
A Fine Frenzy - Pinesong
Kolega Hien kiedyś, w trakcie naszej prywatnej wymiany albumowej, zapodał mi cały album pani Sudol. Beka, ponieważ powiedziałem mu wtedy, że jej nie znam, podczas gdy znałem jeden numer, katowany swego czasu przez pewno dziewczę z Krakowa. Numer ten nosił tytuł Almost Lover i kiedyś wysłała mi go ona w postaci empetrójki, tyle, że wykonawca podpisany był jako Alison Sudol (choć wypuściła go jako A Fine Frenzy), a ja zwyczajnie nie połączyłem kropek od razu (tak samo nie zajarzyłem, że widziałem ją w Fantastycznych Bestiach). Płyta owa - t.j. Pines - kupiła mnie niemal od razu. Bardzo nastrojowe, indie-folkowo-akustyczne granie, głos ma niesamowicie spokojny, kojący wręcz, czilowałem przepotwornie odsłuchując tego krążka. Zabawna sprawa, Pinesong jest jedną z moich na nim ulubionych utworów, więc teraz jaram się jeszcze bardziej xD Płynące gitary, gdzieś w tle jakieś smyczki, wokalizy, na koniec marca jak znalazł. Trochę żałuję, że Hien nie wcisnął mi jej wcześniej, albowiem w takim 2015 - jesienią - miałem kosmiczną wprost fazę na tego typu muzykę (vide Widowspeak, które pewnie wpadnie do albumowej when the time comes). Mentos mówi tutaj o munlup-core i ja się trochę z tym zgadzam, tzn. Hien pomimo posiadania dość sprecyzowanych upodobań w swoim bądź co bądź szerokim guście muzycznym jest jednocześnie często ukierunkowany w określone gałęzie. Dla mnie taki w/w indie-folk-acoustic jest jedną z nich, bezapelacyjnie. Ta gałąź spleciona jest z masą innych, zachodzi sroga osmoza, weźmy choćby The Czars czy Travis, punktów wspólnych mamy więcej niż ubytków w moich zębach. Jaram się i jarać będę, chociaż lepiej wchodziłoby w październiku xD No matter. Fantastyczna piosenka, naprawdę, ani chwilki mi się nie dłużyła, choć ma ponad 7 minut. Złoto.
Trans-X - Czujee się lepiey (nie mówić)
Urgh, zostałem szybko sprowadzony na ziemię. Zacznę od tego, co mi się podoba - bicik i ta wahowana gitara. Klawisz w tle jest dziwaczny, zmienia natężenie głośności i mnie generalnie wnerwia. Tekst jest luźny as fuck, i to jest w nim w sumie spoko, ale sposób jego wypowiadania jest... nie wiem, średnio mi leży. Brzmi trochę jak coś, co zostało nagrane przez grupę gimnazjalistów nie do końca dla beki, ale jednak trochę dla beki, ale tak naprawdę to chcieliby bardzo zrobić karierę (chyba im się udało lol?). Przez to znoszenie się plusów z minusami ani mnie to ziębi, ani grzeje, jednak w porównaniu do startu kolejki to jakoś słabo. Rozumiem vibe, przydałby mi się taki teraz, ale w tej formie? Naaah, Murzyn miał lepsze wrzutki rapowe. Nostalgii nie czuję tutaj za bardzo, wiecie dlaczego, więc też rozpisywał się jakoś srogo nie będę, ot, nie mój klimat. Gdybym został w blokach trochę dłużej, a może jak go sobie puszczę późniejszą wiosną i usiądę na ławce przy ulicy Wodnika na łódzkim Radogoszczu, może wtedy, no ale to może i na pewno nie teraz. W związku z tym daję minkę bez minki i przechodzę płynnie do dzikiej Kim. Kim jest spoko, rap w sumie też, ale chyba nie ten.
Kim Wilde - View From a Bridge
Kurde, lubię Kim. Znam co prawda niemal wyłącznie singlowe hiciory, ale żaden mnie nigdy nie odrzucił. Kids in America to ofc jeden z moich ulubionych numerów ejtisowych, kojarzę go od dzieciaka i byłem bardzo miło zaskoczony, gdy usłyszałem go w GTA Vice City. Co to był za czas... Tego utworu... nie wiem, czy nie znałem, refren budzi jakieś wspomnienia, może ktoś mi to kiedyś puszczał? Może jakiś kompakt w wieży równie zakochanego w ejtisach wuja? Bardzo trudno powiedzieć, zwłaszcza w tej chwili. Jest oczywiście nieco tandetnie brzmieniowo, ale ja się tam jaram, podoba mi się, wchodzi, wokal Kim jest nie do podrobienia (although come to think of it, Kuba ma nieco racji z tą manierą Don't Divorce Me Debbie), utwór jest energiczny, bas charakterystyczny, zaraz założę koszulę w kwiaty i przeciwsłoneczne aviatory (gdybym tylko miał jedno albo drugie). Ejtisy wzbudzają we mnie sympatię właściwie w każdej postaci, Melki wie co i jak wrzucać, więc jest jeszcze lepiej. Miła odtrutka na bezpłciowe Trials X, teraz mam ochotę potańczyć xD Fajne to bardzo, wręcz super, jaram się. Chyba wbiję do swojej prywatnej bestki, a w ogóle to po jakimś czwartym odsłuchu tego numeru nabrałem ochoty na Babacar, także ewidentnie mnie chwyciło. Takie będą bestki, jakie ejtisy do nich wrzucane.
That Kid - Kiss Me Thru the Phone
Poprawiając nieco Hiena - BIIISZSZSZ, ale generalnie, no, tak xD Smoku wrzuca numer z gatunku, z którym pośrednio coś tam miałem do czynienia w ubiegłym roku chadzając na balowe aftery i queerowe imprezy, gdzie takie cuda DJe puszczali dość często (ale, co ciekawe, nie za często). Nie jest to więc dla mnie jakoś obce, ale za to nie wchodzi xD No, ten konkretny numer na pewno. Dragon miał tu lepsze wrzutki oscylujące gdzieś wokół tematyki queerowo-genderowej, to jest dla mnie przede wszystkim - chyba znów zresztą - hałas i chaos, mogło być ciekawie, ale czy tak naprawdę mogło? Nie wiem, wydaje mi się, że do odnalezienia takiego podstawowego funu w słuchaniu tego typu rzeczy brakuje mi jakiegoś genu zoomera, którym wszakże nie jestem. Homerecordingowy charakter muzyki (choć tbh to brzmi trochę tak, jakby było wręcz klejone na tytułowym telefonie) nie odstrasza mnie głównie dlatego, iż zdaję sobie sprawę z tego, że taki był zamysł, ale wciąż mi to nie włazi. Jest zbyt słodkopierdząco ale bez... bez TEGO CZEGOŚ. Przeraża mnie trochę - co też już pisałem przy innej okazji - że otacza mnie parę osób, które autentycznie jarają się taką muzyką, wliczając w to kręcące się wokół mnie laski (tak od rocznika 94 w górę). Jak to działa, iż wystarczyło 5 lat by przejść od tkwienia jedną nogą w rzeczach takich jak Starship do czegoś takiego, jak wrzuta Roberta xD Ok, upraszczam mocno, ale chyba czaicie ocb. Kuba mówi, że to trochę memiczne, a ja się trochę zgadzam. Zwłaszcza to UwU wideo, które aż mi ciary sprzedało. A może to zupełnie inny feeling, może wolałbym mieć po prostu teraz lat 24 zamiast 34 xD
Papa Dance - Bez sensacji
Mógłbym całość podsumować raptem jednym zdaniem - bez sensacji. O ile Seba zaciekawił swoją ubiegłoroczną wrzutą albumową, to jednak tutaj mam do czynienia z - w swoim odbiorze na pewno - bryndzą. Ani to ciekawe muzycznie, ani tekstowo, o wokalu nie wspomnę, bo męczy i dręczy, a ja teraz mam swoje męcząco-dręczące rzeczy do odsłuchiwania (i Papa Dance na tej liście nie ma, proszę mi wierzyć). Jeszcze ten riff się może broni, bo choć brzmi nieco tandetnym synthpopem, to nawet wywołuje uśmiech (jeszcze trochę muza w refrenie). Ale cała reszta, a zwłaszcza w/w wokal, no nie. Najfajniejsze w tej wrzutce jest to, co napisał o sobie Mentos w treści wrzutki, identyfikuję się z takimi osobistymi wynurzeniami, które - jak uważam - dodają nieco kolorytu wszystkiemu, co tu zapodajemy (bo jednak do niemal wszystkiego mamy tutaj odpowiedni osobisty stosunek podbity jakimiś tam doświadczeniami). Także, no, utwór jest to dla mnie bez sensacji, chyba, że przy dłuższym odsłuchu wywoła te żołądkowe. Odpuszczam sobie, not this time.
Kasia Kowalska - Cukierek
Dżizus, nie xD Tzn. nie mam nic przeciwko Kasi Kowalskiej, miała parę naprawdę fajnych piosenek, które kojarzą mi się z dzieciństwem (wszak najntisy, jakoś jeszcze ta nadchodząca wiosna teraz przypomina mi, jak przed Wielkanocą rodzice szorowali okna w mieszkaniu na Rado przy non stop włączonym radio, także już w ogóle), umiejętności wokalnych też jej nigdy nie odmawiałem, ale potem wjechało TO. WTF, gdzie jest Wuja wrzucający fajne śpiewające panie, to jest tak straszne, że aż mnie zęby bolą xD Autentycznie, katastrofa. Od początku do końca. To DOSŁOWNIE brzmi, jak nagrane przez jakichś high school band z XV LO im. Kasprowicza w Łodzi i to w jakimś 1997. Aż trudno mi uwierzyć, że w produkcji maczał tutaj palce Ciechowski, gdyż ta konkretna piosenka brzmi fatalnie, nie tylko przez jej charakter. Nigdy chyba nie słyszałem żadnego jej albumu w całości, i gdybym miał zacząć od tego numeru spotkanie z nią ever, to chyba by mi powykręcało środek. Złe, słabe, byle jakie. Momenty jej "krzyku" w wokalu nasuwają mi do głowy pytanie, czy przypadkiem nie popuściła w trakcie (napięcie porównywalne z walką z meksykańskim żarciem w sanitariacie). Jestem autentycznie rozczarowany, nastawiłem się chyba na coś innego patrząc i na nazwisko i na dotychczasowe wrzutki shodiego. Szkoda, zmarnowany potencjał, ale nic się nie da zrobić.
W ogóle strasznie nierówna kolejka. Teraz, między jednym callem a drugim siadam jeszcze do klipów, gdyż podwójne obejrzenie wszystkich dało mi zupełnie... żadną o nich opinię xD
Kolega Hien kiedyś, w trakcie naszej prywatnej wymiany albumowej, zapodał mi cały album pani Sudol. Beka, ponieważ powiedziałem mu wtedy, że jej nie znam, podczas gdy znałem jeden numer, katowany swego czasu przez pewno dziewczę z Krakowa. Numer ten nosił tytuł Almost Lover i kiedyś wysłała mi go ona w postaci empetrójki, tyle, że wykonawca podpisany był jako Alison Sudol (choć wypuściła go jako A Fine Frenzy), a ja zwyczajnie nie połączyłem kropek od razu (tak samo nie zajarzyłem, że widziałem ją w Fantastycznych Bestiach). Płyta owa - t.j. Pines - kupiła mnie niemal od razu. Bardzo nastrojowe, indie-folkowo-akustyczne granie, głos ma niesamowicie spokojny, kojący wręcz, czilowałem przepotwornie odsłuchując tego krążka. Zabawna sprawa, Pinesong jest jedną z moich na nim ulubionych utworów, więc teraz jaram się jeszcze bardziej xD Płynące gitary, gdzieś w tle jakieś smyczki, wokalizy, na koniec marca jak znalazł. Trochę żałuję, że Hien nie wcisnął mi jej wcześniej, albowiem w takim 2015 - jesienią - miałem kosmiczną wprost fazę na tego typu muzykę (vide Widowspeak, które pewnie wpadnie do albumowej when the time comes). Mentos mówi tutaj o munlup-core i ja się trochę z tym zgadzam, tzn. Hien pomimo posiadania dość sprecyzowanych upodobań w swoim bądź co bądź szerokim guście muzycznym jest jednocześnie często ukierunkowany w określone gałęzie. Dla mnie taki w/w indie-folk-acoustic jest jedną z nich, bezapelacyjnie. Ta gałąź spleciona jest z masą innych, zachodzi sroga osmoza, weźmy choćby The Czars czy Travis, punktów wspólnych mamy więcej niż ubytków w moich zębach. Jaram się i jarać będę, chociaż lepiej wchodziłoby w październiku xD No matter. Fantastyczna piosenka, naprawdę, ani chwilki mi się nie dłużyła, choć ma ponad 7 minut. Złoto.
Trans-X - Czujee się lepiey (nie mówić)
Urgh, zostałem szybko sprowadzony na ziemię. Zacznę od tego, co mi się podoba - bicik i ta wahowana gitara. Klawisz w tle jest dziwaczny, zmienia natężenie głośności i mnie generalnie wnerwia. Tekst jest luźny as fuck, i to jest w nim w sumie spoko, ale sposób jego wypowiadania jest... nie wiem, średnio mi leży. Brzmi trochę jak coś, co zostało nagrane przez grupę gimnazjalistów nie do końca dla beki, ale jednak trochę dla beki, ale tak naprawdę to chcieliby bardzo zrobić karierę (chyba im się udało lol?). Przez to znoszenie się plusów z minusami ani mnie to ziębi, ani grzeje, jednak w porównaniu do startu kolejki to jakoś słabo. Rozumiem vibe, przydałby mi się taki teraz, ale w tej formie? Naaah, Murzyn miał lepsze wrzutki rapowe. Nostalgii nie czuję tutaj za bardzo, wiecie dlaczego, więc też rozpisywał się jakoś srogo nie będę, ot, nie mój klimat. Gdybym został w blokach trochę dłużej, a może jak go sobie puszczę późniejszą wiosną i usiądę na ławce przy ulicy Wodnika na łódzkim Radogoszczu, może wtedy, no ale to może i na pewno nie teraz. W związku z tym daję minkę bez minki i przechodzę płynnie do dzikiej Kim. Kim jest spoko, rap w sumie też, ale chyba nie ten.
Kim Wilde - View From a Bridge
Kurde, lubię Kim. Znam co prawda niemal wyłącznie singlowe hiciory, ale żaden mnie nigdy nie odrzucił. Kids in America to ofc jeden z moich ulubionych numerów ejtisowych, kojarzę go od dzieciaka i byłem bardzo miło zaskoczony, gdy usłyszałem go w GTA Vice City. Co to był za czas... Tego utworu... nie wiem, czy nie znałem, refren budzi jakieś wspomnienia, może ktoś mi to kiedyś puszczał? Może jakiś kompakt w wieży równie zakochanego w ejtisach wuja? Bardzo trudno powiedzieć, zwłaszcza w tej chwili. Jest oczywiście nieco tandetnie brzmieniowo, ale ja się tam jaram, podoba mi się, wchodzi, wokal Kim jest nie do podrobienia (although come to think of it, Kuba ma nieco racji z tą manierą Don't Divorce Me Debbie), utwór jest energiczny, bas charakterystyczny, zaraz założę koszulę w kwiaty i przeciwsłoneczne aviatory (gdybym tylko miał jedno albo drugie). Ejtisy wzbudzają we mnie sympatię właściwie w każdej postaci, Melki wie co i jak wrzucać, więc jest jeszcze lepiej. Miła odtrutka na bezpłciowe Trials X, teraz mam ochotę potańczyć xD Fajne to bardzo, wręcz super, jaram się. Chyba wbiję do swojej prywatnej bestki, a w ogóle to po jakimś czwartym odsłuchu tego numeru nabrałem ochoty na Babacar, także ewidentnie mnie chwyciło. Takie będą bestki, jakie ejtisy do nich wrzucane.
That Kid - Kiss Me Thru the Phone
Poprawiając nieco Hiena - BIIISZSZSZ, ale generalnie, no, tak xD Smoku wrzuca numer z gatunku, z którym pośrednio coś tam miałem do czynienia w ubiegłym roku chadzając na balowe aftery i queerowe imprezy, gdzie takie cuda DJe puszczali dość często (ale, co ciekawe, nie za często). Nie jest to więc dla mnie jakoś obce, ale za to nie wchodzi xD No, ten konkretny numer na pewno. Dragon miał tu lepsze wrzutki oscylujące gdzieś wokół tematyki queerowo-genderowej, to jest dla mnie przede wszystkim - chyba znów zresztą - hałas i chaos, mogło być ciekawie, ale czy tak naprawdę mogło? Nie wiem, wydaje mi się, że do odnalezienia takiego podstawowego funu w słuchaniu tego typu rzeczy brakuje mi jakiegoś genu zoomera, którym wszakże nie jestem. Homerecordingowy charakter muzyki (choć tbh to brzmi trochę tak, jakby było wręcz klejone na tytułowym telefonie) nie odstrasza mnie głównie dlatego, iż zdaję sobie sprawę z tego, że taki był zamysł, ale wciąż mi to nie włazi. Jest zbyt słodkopierdząco ale bez... bez TEGO CZEGOŚ. Przeraża mnie trochę - co też już pisałem przy innej okazji - że otacza mnie parę osób, które autentycznie jarają się taką muzyką, wliczając w to kręcące się wokół mnie laski (tak od rocznika 94 w górę). Jak to działa, iż wystarczyło 5 lat by przejść od tkwienia jedną nogą w rzeczach takich jak Starship do czegoś takiego, jak wrzuta Roberta xD Ok, upraszczam mocno, ale chyba czaicie ocb. Kuba mówi, że to trochę memiczne, a ja się trochę zgadzam. Zwłaszcza to UwU wideo, które aż mi ciary sprzedało. A może to zupełnie inny feeling, może wolałbym mieć po prostu teraz lat 24 zamiast 34 xD
Papa Dance - Bez sensacji
Mógłbym całość podsumować raptem jednym zdaniem - bez sensacji. O ile Seba zaciekawił swoją ubiegłoroczną wrzutą albumową, to jednak tutaj mam do czynienia z - w swoim odbiorze na pewno - bryndzą. Ani to ciekawe muzycznie, ani tekstowo, o wokalu nie wspomnę, bo męczy i dręczy, a ja teraz mam swoje męcząco-dręczące rzeczy do odsłuchiwania (i Papa Dance na tej liście nie ma, proszę mi wierzyć). Jeszcze ten riff się może broni, bo choć brzmi nieco tandetnym synthpopem, to nawet wywołuje uśmiech (jeszcze trochę muza w refrenie). Ale cała reszta, a zwłaszcza w/w wokal, no nie. Najfajniejsze w tej wrzutce jest to, co napisał o sobie Mentos w treści wrzutki, identyfikuję się z takimi osobistymi wynurzeniami, które - jak uważam - dodają nieco kolorytu wszystkiemu, co tu zapodajemy (bo jednak do niemal wszystkiego mamy tutaj odpowiedni osobisty stosunek podbity jakimiś tam doświadczeniami). Także, no, utwór jest to dla mnie bez sensacji, chyba, że przy dłuższym odsłuchu wywoła te żołądkowe. Odpuszczam sobie, not this time.
Kasia Kowalska - Cukierek
Dżizus, nie xD Tzn. nie mam nic przeciwko Kasi Kowalskiej, miała parę naprawdę fajnych piosenek, które kojarzą mi się z dzieciństwem (wszak najntisy, jakoś jeszcze ta nadchodząca wiosna teraz przypomina mi, jak przed Wielkanocą rodzice szorowali okna w mieszkaniu na Rado przy non stop włączonym radio, także już w ogóle), umiejętności wokalnych też jej nigdy nie odmawiałem, ale potem wjechało TO. WTF, gdzie jest Wuja wrzucający fajne śpiewające panie, to jest tak straszne, że aż mnie zęby bolą xD Autentycznie, katastrofa. Od początku do końca. To DOSŁOWNIE brzmi, jak nagrane przez jakichś high school band z XV LO im. Kasprowicza w Łodzi i to w jakimś 1997. Aż trudno mi uwierzyć, że w produkcji maczał tutaj palce Ciechowski, gdyż ta konkretna piosenka brzmi fatalnie, nie tylko przez jej charakter. Nigdy chyba nie słyszałem żadnego jej albumu w całości, i gdybym miał zacząć od tego numeru spotkanie z nią ever, to chyba by mi powykręcało środek. Złe, słabe, byle jakie. Momenty jej "krzyku" w wokalu nasuwają mi do głowy pytanie, czy przypadkiem nie popuściła w trakcie (napięcie porównywalne z walką z meksykańskim żarciem w sanitariacie). Jestem autentycznie rozczarowany, nastawiłem się chyba na coś innego patrząc i na nazwisko i na dotychczasowe wrzutki shodiego. Szkoda, zmarnowany potencjał, ale nic się nie da zrobić.
W ogóle strasznie nierówna kolejka. Teraz, między jednym callem a drugim siadam jeszcze do klipów, gdyż podwójne obejrzenie wszystkich dało mi zupełnie... żadną o nich opinię xD
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Brzmi jak coś, co by mógł napisać Eminem.
Btw, byłem ciekaw, ile osób nie będzie w stanie się powstrzymać, żeby określić wrzutę Mentosa zwrotem "bez sensacji" i teraz wiem, które to januszki lol
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Shodan ma w sobie więcej queeru niż mentos, człowiek się uczy całe życie.
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Whoa, chyba Prince Igor nie został aż tak grupowo przeczołgany jak moi Papsi. xD MAMY TO
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Podsumowanko: wiedziałem, że dwie osoby na pewno zapropsują moją wrzutę - Musiał (bo już to w swoim czasie zrobił) i Wuja (bo chyba bardziej pod niego wrzuty u mnie nie było). Reszta zareagowała "mid praise to cautious acclaim", więc ogólnie spoko. Mogłem się chwilę poczuć jak Wujek i nie było źle!
no-man – All That You Are
Nadejszła wiekopomna chwila. Dlaczego mój ulubiony zespół pojawia się dopiero w trzeciej 25tce, zapytacie. Lub nie zapytacie, ale ja i tak odpowiem. Po prostu chciałem skupić się na początku na odkryciach bardziej dla mnie niespodziewanych i będących (w większości) oderwanych od dyskografii wykonawców. Tymczasem no-man, to zespół, którego dyskografia podoba mi się w 100%, a to się jednak zdarza bardzo rzadko. Niemniej, był czas kiedy no-man był dla mnie takim świeżym odkryciem. Tak się zabawnie składa, że mija niemal dokładnie 20 lat od tamtej pory, bo po raz pierwszy usłyszałem ich w kwietniu 2003 roku i to właśnie ten utwór. W tym czasie, trwał u mnie szczyt słuchania Trójki. Tamtego roku było dosyć dużo szumu w okolicach tego radia, bo wiele osób buntowało się przeciw słynnej zmianie ramówki (tak słynnej, że dziś już nikt nie wie o co chodzi). Rage napuchł do tego stopnia, że odbywały się pochody, na których noszono specjalną trumnę z logiem Trójki. Ludzie nie zdawali sobie sprawy, co się będzie odwalać niecałe dwie dekady później, może i dobrze xD A tamta zmiana ramówki, to były jakieś drobnice, naprawdę. W każdym razie, wiele osób stękało, że Trójka się skończyła, że to nie to, a ja tego nie rozumiałem, bo jak dla mnie było zajebiście, audycje mi się podobały, prowadzący byli spoko, muzyka była bardzo dobra. Ogólnie, miałem wtedy zwyczaj, że zaraz po powrocie ze szkoły, włączałem od razu ten program (na słynnej wieży, o której niedawno pisałem) i tak leciało w tle do momentu, w którym kładłem się spać, nie ważne co było na antenie. Tamten czas wpłynął bezpośrednio na to, że 5 lat później sam związałem się z radiem, i chociaż nie na taką skalę co Polskie Radio, to może, a nawet na pewno lepiej mi było w Żaku, gdzie nie musiałem się nikogo pytać co mogę grać, o czym mogę mówić, a polityka nie rządziła naszymi decyzjami (robił to rektor PŁ, ale już mniejsza z tym). Wracając do Trójki, to trochę jest tak że na nią albo się jest odpowiednio młodym, albo odpowiednio starym. Niczego nie żałuję, bo przez Trójkę poznałem King Crimson, wkręciłem się w Petera Gabriela, pierwszy raz usłyszałem wiele niedostępnych dla mnie wtedy b-side’ów Depeche Mode… no i dowiedziałem się o no-man. Co zabawne, krótko wcześniej, również na antenie P3, usłyszałem Porcupine Tree, ale nie miałem zielonego pojęcia o tym kim jest Steven Wilson i gdzie on jeszcze gra. W ogóle miałem wrażenie, że to jakiś zespół dziadersów, bo tak mi „Blackest Eyes” brzmiało, ale to opowieść na inny moment. Któregoś dnia, niedługo przed Wielkanocą, usłyszałem w jakiejś audycji „All That You Are”. Nie wiem co mi się wtedy tak spodobało w tym, może po prostu ta tęskna atmosfera i wokal Tima. Pisałem już, że w tamtych czasach (koniec gimnazjum), byłem dosyć często zadurzającym się dzieciakiem i miłosne piosenki mi robiły. Niestety, nie zdążyłem zapisać sobie ani nazwy zespołu, ani tytułu, nie wiem czy w ogóle go podano. Udało mi się nagrać fragment na kasetę, ale sorry, to nie były czasy Shazzama, ani rozwiniętego internetu. Miałem szczęście, bo parę dni później, znowu ten kawałek odtworzono, tym razem zrobił to Marek Niedźwiecki (który zaczynał w Żaku, kaman) i zrobił to ładnie, razem z pełnym info po zakończeniu (nazwa zespołu plus skład). Co by nie mówić o Trójce, numer no-man odtworzono dwa razy, w trakcie dnia, podczas dwóch różnych programów. Pamiętam nawet dokładnie jaki daydream miałem przy tym utworze wtedy (w zawiązku z pewną dziewczyną poznaną na odczulaniu, w szpitalu na Spornej w Łodzi, ale mniejsza z tym), a takie obrazy wiążą z muzyką, czasami na chwile, czasami na zawsze. 20 lat minęło, a tamto odkrycie przerodziło się w międzyczasie w najlepszą, najbardziej ekscytującą i najbardziej satysfakcjonującą muzyczną przygodę mojego dotychczasowego życia.
Jeśli chodzi o utwór sam w sobie, to pochodzi on z płyty „Returning Jesus” z 2001 r., bardzo szanowanej w kręgu fanów, a chyba nawet jeszcze bardziej w kręgu słuchaczy obcujących z no-man od święta. Po trzech albumach pełnych eksperymentów, break-beatów, elektroniki i samplowania, zespół zrobił sobie kilkuletnią przerwę (wymuszoną trochę aktywnością Porcupine Tree) i wrócił z płytą nagraną klasycznie, niemal jak skład rockowy. Płyta mocno inspirowana jest jazzem, progiem (ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu), tradycyjnym rockiem, folkiem, wczesnymi solówkami Sylviana, późnym Talk Talk, Roxy Music, itd. „All That You Are” zamyka album i jest jednym z najbardziej konwencjonalnych kawałków na płycie, na pewno jednym z najklasyczniejszych, rockowych rzeczy jakie nagrali. To gitarowe arpeggio na bank było użyte niejeden raz, piosenka jest prosta, sentymentalna, po prostu no-man.
To jest szczera wrzutka. Mógłbym z dyskografii no-man wybrać wiele, wiele rzeczy, które by się tutaj sprzedały lepiej, ale wrzucam jeden z najbardziej dziaderskich utworów ich kariery. No, ale są powody. To był i zawsze będzie ten pierwszy utwór, bez którego nie byłoby innych w moim życiu. I może nie wracam do niego tak często jak kiedyś, ale każdy odsłuch przypomina mi za co w ogóle pokochałem no-man w pierwszej kolejności – za to, że są niepoprawnymi romantykami grającymi swoje. I tutaj są nimi bardziej niż kiedykolwiek.
https://www.youtube.com/watch?v=UFJ5nAGoHkQ
no-man – All That You Are
Nadejszła wiekopomna chwila. Dlaczego mój ulubiony zespół pojawia się dopiero w trzeciej 25tce, zapytacie. Lub nie zapytacie, ale ja i tak odpowiem. Po prostu chciałem skupić się na początku na odkryciach bardziej dla mnie niespodziewanych i będących (w większości) oderwanych od dyskografii wykonawców. Tymczasem no-man, to zespół, którego dyskografia podoba mi się w 100%, a to się jednak zdarza bardzo rzadko. Niemniej, był czas kiedy no-man był dla mnie takim świeżym odkryciem. Tak się zabawnie składa, że mija niemal dokładnie 20 lat od tamtej pory, bo po raz pierwszy usłyszałem ich w kwietniu 2003 roku i to właśnie ten utwór. W tym czasie, trwał u mnie szczyt słuchania Trójki. Tamtego roku było dosyć dużo szumu w okolicach tego radia, bo wiele osób buntowało się przeciw słynnej zmianie ramówki (tak słynnej, że dziś już nikt nie wie o co chodzi). Rage napuchł do tego stopnia, że odbywały się pochody, na których noszono specjalną trumnę z logiem Trójki. Ludzie nie zdawali sobie sprawy, co się będzie odwalać niecałe dwie dekady później, może i dobrze xD A tamta zmiana ramówki, to były jakieś drobnice, naprawdę. W każdym razie, wiele osób stękało, że Trójka się skończyła, że to nie to, a ja tego nie rozumiałem, bo jak dla mnie było zajebiście, audycje mi się podobały, prowadzący byli spoko, muzyka była bardzo dobra. Ogólnie, miałem wtedy zwyczaj, że zaraz po powrocie ze szkoły, włączałem od razu ten program (na słynnej wieży, o której niedawno pisałem) i tak leciało w tle do momentu, w którym kładłem się spać, nie ważne co było na antenie. Tamten czas wpłynął bezpośrednio na to, że 5 lat później sam związałem się z radiem, i chociaż nie na taką skalę co Polskie Radio, to może, a nawet na pewno lepiej mi było w Żaku, gdzie nie musiałem się nikogo pytać co mogę grać, o czym mogę mówić, a polityka nie rządziła naszymi decyzjami (robił to rektor PŁ, ale już mniejsza z tym). Wracając do Trójki, to trochę jest tak że na nią albo się jest odpowiednio młodym, albo odpowiednio starym. Niczego nie żałuję, bo przez Trójkę poznałem King Crimson, wkręciłem się w Petera Gabriela, pierwszy raz usłyszałem wiele niedostępnych dla mnie wtedy b-side’ów Depeche Mode… no i dowiedziałem się o no-man. Co zabawne, krótko wcześniej, również na antenie P3, usłyszałem Porcupine Tree, ale nie miałem zielonego pojęcia o tym kim jest Steven Wilson i gdzie on jeszcze gra. W ogóle miałem wrażenie, że to jakiś zespół dziadersów, bo tak mi „Blackest Eyes” brzmiało, ale to opowieść na inny moment. Któregoś dnia, niedługo przed Wielkanocą, usłyszałem w jakiejś audycji „All That You Are”. Nie wiem co mi się wtedy tak spodobało w tym, może po prostu ta tęskna atmosfera i wokal Tima. Pisałem już, że w tamtych czasach (koniec gimnazjum), byłem dosyć często zadurzającym się dzieciakiem i miłosne piosenki mi robiły. Niestety, nie zdążyłem zapisać sobie ani nazwy zespołu, ani tytułu, nie wiem czy w ogóle go podano. Udało mi się nagrać fragment na kasetę, ale sorry, to nie były czasy Shazzama, ani rozwiniętego internetu. Miałem szczęście, bo parę dni później, znowu ten kawałek odtworzono, tym razem zrobił to Marek Niedźwiecki (który zaczynał w Żaku, kaman) i zrobił to ładnie, razem z pełnym info po zakończeniu (nazwa zespołu plus skład). Co by nie mówić o Trójce, numer no-man odtworzono dwa razy, w trakcie dnia, podczas dwóch różnych programów. Pamiętam nawet dokładnie jaki daydream miałem przy tym utworze wtedy (w zawiązku z pewną dziewczyną poznaną na odczulaniu, w szpitalu na Spornej w Łodzi, ale mniejsza z tym), a takie obrazy wiążą z muzyką, czasami na chwile, czasami na zawsze. 20 lat minęło, a tamto odkrycie przerodziło się w międzyczasie w najlepszą, najbardziej ekscytującą i najbardziej satysfakcjonującą muzyczną przygodę mojego dotychczasowego życia.
Jeśli chodzi o utwór sam w sobie, to pochodzi on z płyty „Returning Jesus” z 2001 r., bardzo szanowanej w kręgu fanów, a chyba nawet jeszcze bardziej w kręgu słuchaczy obcujących z no-man od święta. Po trzech albumach pełnych eksperymentów, break-beatów, elektroniki i samplowania, zespół zrobił sobie kilkuletnią przerwę (wymuszoną trochę aktywnością Porcupine Tree) i wrócił z płytą nagraną klasycznie, niemal jak skład rockowy. Płyta mocno inspirowana jest jazzem, progiem (ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu), tradycyjnym rockiem, folkiem, wczesnymi solówkami Sylviana, późnym Talk Talk, Roxy Music, itd. „All That You Are” zamyka album i jest jednym z najbardziej konwencjonalnych kawałków na płycie, na pewno jednym z najklasyczniejszych, rockowych rzeczy jakie nagrali. To gitarowe arpeggio na bank było użyte niejeden raz, piosenka jest prosta, sentymentalna, po prostu no-man.
To jest szczera wrzutka. Mógłbym z dyskografii no-man wybrać wiele, wiele rzeczy, które by się tutaj sprzedały lepiej, ale wrzucam jeden z najbardziej dziaderskich utworów ich kariery. No, ale są powody. To był i zawsze będzie ten pierwszy utwór, bez którego nie byłoby innych w moim życiu. I może nie wracam do niego tak często jak kiedyś, ale każdy odsłuch przypomina mi za co w ogóle pokochałem no-man w pierwszej kolejności – za to, że są niepoprawnymi romantykami grającymi swoje. I tutaj są nimi bardziej niż kiedykolwiek.
https://www.youtube.com/watch?v=UFJ5nAGoHkQ
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
O, pierwsza wrzutka i już jest grubo. Super! Od dawna się zabieram za ten kawałek i zabrać nie mogę
Jutro wrzucę coś swojego.
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Ja tam pamiętam, że w swoim czasie czytałem o tej inbie związanej ze "śmiercią" Trójki, chyba chodziło o to co zawsze, czyli rzekome upolitycznienie ramówki. To samo się działo za poprzedniego PiSu i za Platformy, ale na zdecydowanie mniejszą skalę - w sumie obserwując to jak doszło do radykalnej wręcz zmiany w mediach publicznych, to dziwiłem się przez lata, że akurat Trójka była gdzieś poza tym. Ale jak już szambo wybiło, to było grubo. xD
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Co można powiedzieć na koniec... jestem miło zaskoczony brakiem poważniejszego grillowania, widać postępy w edukacji.
JPEGMAFIA - Baby I'm Bleeding (2018)
Czas na krótko przed ścięciem fryzury i przejściem na teatralną stronę mocy pamiętam bardzo słabo, ale coś pod kopułą się pali. Udana wigilia klasowa, ostatnie pseudoromantyczne kontakty z dziewczyną z klasy, które działy się chyba siłą rozpędu i niezdrowego zainteresowania otoczenia tą relacją. Coś się wewnątrz mnie wypaliło do końca, a najlepiej to było widać w moim wizerunku. Coraz bardziej zniszczone włosy, poza tym po prostu śmieszny młody człowiek ubierający się cały czas na czarno w koszulach z lumpa stawał się coraz większą karykaturą. Relacje w środowisku szkolnym i poza nim stały od dłuższego czasu w niewygodnym dla mnie miejscu. Zanim zacząłem się odklejać scenicznie i queerowo, uciekłem na krótko w internetowe grupki muzyczne. Przez kilka miesięcy mocno siedziałem w niezalu. Jednocześnie przełom 2017/2018 to praca nad jedynym praktycznie ukończonym, ale oczywiście niewydanym własnym materiałem. W ramach odtrutki i odświeżenia mózgu szukałem jednak czegoś zupełnie nie z mojej bajki. Między innymi za sprawą JPEGa wystartowały moje długotrwałe przeprosiny z hip-hopem. Wtedy to nie mógł być oczywiście rap zbierający street credit, prędzej coś eksperymentalnego, wykręconego, zaskakującego. Na RYMie tego nie znalazłem, chyba że... to ostatecznie numer z płyty, która wyszła na początku 2018 roku, więc może? Pamiętam jednak, że koleś był znany przez moich ówczesnych internetowych znajomych. Przypominam sobie jakieś teksty na temat różnych zabiegów, jakie gość stosuje przy produkcji bitów, z czego korzysta, co jest źródłem sampli. Odpaliłem na pałę i tak zostałem do następnej płyty, gdzie już brakowało mi luzu i przegięcia.
Veteran podoba mi się do dzisiaj. Zaczyna się od cudnej okładki, które przywołuje skojarzenia z jakąś starą fotografią. Trochę oddaje charakter bitów i ogólnie produkcji - brudnej, przyjemnie zepsutej, drażniącej. Trudno przywołać więcej wspomnień, gdy tak naprawdę zaczęło się od ogromnego wrażenia, jakie we mnie wywołał Baby I'm Bleeding. Świetnie poszatkowane wokale, które jednocześnie z czasem równie sprawnie dopasowują się perki i samej nawijki. Instrumental zostaje zjedzony przez Peggiego bez popity. Z całości bije radykalność, bezkompromisowość, pewność siebie, o tym mniej więcej jest tekst jeśli kogoś to coś. Przez pewien czas obserwowałem typa na Instagramie i wydaje mi się, że pod względem poglądów i podejścia do otoczenia miejscami może mi być bliski. Dzieciaki na muzbawkach dalej śledzą jego poczynania artystyczne, ale nie wiem, czy sam chcę się mierzyć z najnowszymi płytami, aż tak mnie nie chce przypilić.
Od tamtego czasu wracam dość rzadko, ale gdy już to robię, to znowu jestem w miejskim autobusie, jadę na zajęcia. Czuję rodzący się dystans między mną i ludźmi, z którymi wtedy gadałem najczęściej, choć wielu z nich w ogóle nie chciałbym spotkać na swojej drodze. Soundtrack pod narastający wkurw na siebie i otoczenie, przeciętność codzienności, głupie przepalanie czasu na żarty, które żenują i relacje, które gdyby zaczęły się wcześniej... nie ma co odlatywać, basta. Damn, Peggy!
https://www.youtube.com/watch?v=974TXFKtyls
JPEGMAFIA - Baby I'm Bleeding (2018)
Czas na krótko przed ścięciem fryzury i przejściem na teatralną stronę mocy pamiętam bardzo słabo, ale coś pod kopułą się pali. Udana wigilia klasowa, ostatnie pseudoromantyczne kontakty z dziewczyną z klasy, które działy się chyba siłą rozpędu i niezdrowego zainteresowania otoczenia tą relacją. Coś się wewnątrz mnie wypaliło do końca, a najlepiej to było widać w moim wizerunku. Coraz bardziej zniszczone włosy, poza tym po prostu śmieszny młody człowiek ubierający się cały czas na czarno w koszulach z lumpa stawał się coraz większą karykaturą. Relacje w środowisku szkolnym i poza nim stały od dłuższego czasu w niewygodnym dla mnie miejscu. Zanim zacząłem się odklejać scenicznie i queerowo, uciekłem na krótko w internetowe grupki muzyczne. Przez kilka miesięcy mocno siedziałem w niezalu. Jednocześnie przełom 2017/2018 to praca nad jedynym praktycznie ukończonym, ale oczywiście niewydanym własnym materiałem. W ramach odtrutki i odświeżenia mózgu szukałem jednak czegoś zupełnie nie z mojej bajki. Między innymi za sprawą JPEGa wystartowały moje długotrwałe przeprosiny z hip-hopem. Wtedy to nie mógł być oczywiście rap zbierający street credit, prędzej coś eksperymentalnego, wykręconego, zaskakującego. Na RYMie tego nie znalazłem, chyba że... to ostatecznie numer z płyty, która wyszła na początku 2018 roku, więc może? Pamiętam jednak, że koleś był znany przez moich ówczesnych internetowych znajomych. Przypominam sobie jakieś teksty na temat różnych zabiegów, jakie gość stosuje przy produkcji bitów, z czego korzysta, co jest źródłem sampli. Odpaliłem na pałę i tak zostałem do następnej płyty, gdzie już brakowało mi luzu i przegięcia.
Veteran podoba mi się do dzisiaj. Zaczyna się od cudnej okładki, które przywołuje skojarzenia z jakąś starą fotografią. Trochę oddaje charakter bitów i ogólnie produkcji - brudnej, przyjemnie zepsutej, drażniącej. Trudno przywołać więcej wspomnień, gdy tak naprawdę zaczęło się od ogromnego wrażenia, jakie we mnie wywołał Baby I'm Bleeding. Świetnie poszatkowane wokale, które jednocześnie z czasem równie sprawnie dopasowują się perki i samej nawijki. Instrumental zostaje zjedzony przez Peggiego bez popity. Z całości bije radykalność, bezkompromisowość, pewność siebie, o tym mniej więcej jest tekst jeśli kogoś to coś. Przez pewien czas obserwowałem typa na Instagramie i wydaje mi się, że pod względem poglądów i podejścia do otoczenia miejscami może mi być bliski. Dzieciaki na muzbawkach dalej śledzą jego poczynania artystyczne, ale nie wiem, czy sam chcę się mierzyć z najnowszymi płytami, aż tak mnie nie chce przypilić.
Od tamtego czasu wracam dość rzadko, ale gdy już to robię, to znowu jestem w miejskim autobusie, jadę na zajęcia. Czuję rodzący się dystans między mną i ludźmi, z którymi wtedy gadałem najczęściej, choć wielu z nich w ogóle nie chciałbym spotkać na swojej drodze. Soundtrack pod narastający wkurw na siebie i otoczenie, przeciętność codzienności, głupie przepalanie czasu na żarty, które żenują i relacje, które gdyby zaczęły się wcześniej... nie ma co odlatywać, basta. Damn, Peggy!
https://www.youtube.com/watch?v=974TXFKtyls
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
To taka edukacja strachem, bo się boimy meltdownu.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Dire Straits - On Every Street (1991)
Po przerwie na hipsterskie granie wracam do dziaderskiego grania. No, "dziaderskiego", bo ja go za takowe nie uważam, a nawet, jeśli takie jest, to mam to gdzieś. Lubię Dire Straits. Lubię ich odkąd pamiętam. Jeszcze za dzieciaka usłyszałem Walk of Life, które obok We Built This City było jednym z moich wówczas najukochańszych utworów. Jak jeszcze widziałem nagrane przez starego na jakimś VHS video, to już w ogóle mi odwalało i tańczyłem przed małym, dedeerowskim telewizorem (ciągle go mamy btw). Prócz tego znałem rzecz jasna Sultans of Swing, Tunnel of Love, Money for Nothing (to cudowne wideo), jedną z ulubionych piosenek mojej mamy było Private Investigation. Ale ten kawałek, on umykał mojej uwadze długo. Miałem plany na Sylwestra 2007, ale zostały one zmiażdżone "with one swift stroke". Skutkiem tegoż wylądowałem na "imprezie" u wuja, który kilka lat wcześniej sprzedawał mi mocno a-ha, Genesis oraz nieznane jeszcze wówczas przeze mnie krążki ELO. Wuj i mój stary doskonale się dogadują chyba od zawsze, zwłaszcza pod kątem muzyki. Kiedy popili, zaczęli puszczać płyty z wujowej kolekcji na jego (całkiem niezłym jak na tamte czasy) soundsystemie. W końcu padło na bestkę Dire Straits. Akurat gdy poleciało On Every Street stałem obok jednej z kolumn i raczyłem się rozwodnionym drinkiem. Piosenka owa nie zrobiła na mnie na samym samym początku wielkiego wrażenia, dopóki nie wleciało gitarowe outro. To rozpieprzyło mnie na ścianie (aż oblałem się drinkiem). Wróciliśmy do domu i następnego dnia zadałem sobie pytanie, dlaczego ja właściwie nie mam nic od Knopflera i spółki w swojej Wielkiej Bibliotece Muzycznej<TM>? No więc odpaliłem SS i zassałem tę bestkę. Przepadłem na cały styczeń i pół lutego (oczywiście słuchając w międzyczasie też innych rzeczy, np. pamiętam do dziś, że wracając ze starymi od tegoż wuja słuchałem na empetrójce It's Getting Late in the Evening Talk Talk lol), a On Every Street było jednym z tych utworów, które napieprzałem jak oszalały. Stety-niestety "pomagało" mi to, że na pewnym etapie zacząłem się mocno identyfikować z tekstem, bardzo pasował mi do okoliczności, w jakich się wtedy znajdowałem. Lata mijały, dziewuchy się zmieniały, ale zawsze była postać, do której mogłem ten utwór odnieść. Teraz na upartego jest to niejedna postać lol. No matter. Jaram się tym, jak ten kawałek się rozwija. Bijąca od niego melancholia nie jest jednak aż tak oczywista na pierwszy rzut ucha, podmiot liryczny na pewnym etapie zdaje się być pogodzony z tym, co go spotkało, jednak za każdym razem, gdy słyszę "(...)and it's your face I'm looking for on every street" to aż mam ciary. Zwłaszcza po ostatnim "refrenie", tuż przed tym, kiedy Knopfler i Palmer zaczynają swoje gitarowe cuda, a potem całość zmierza w kierunku spodziewanego i pożądanego fade-outu. Wiem, że teraz pewnie zabrzmię jak klasyczny boomer "KIEDY CLAPTON DOTYKAŁ STRUN ŁZY SAME NAPŁYWAŁY DO OCZU TERAZ TYLKO JAKIŚ ŻABSON, BEDOES I DRAGONOWY QUEER" ale nie będę się tym przejmował, zresztą, rodzaje muzyki są tylko dwa - dobra i zła, mnie się np. Umowa o Dzieło Taco Hemingwaya podobała. Ale obok tego jest też muzyka doskonała, i o ile każdy ma jej prywatny kanon, to i u mnie obok Foxxa, Brooks czy Moev jest miejsce dla absolutnych klasyków. A Dire Straits stanowi myślę bardzo dobry przykład takiego klasyka. Słucham sobie teraz, niedługo będę słuchał jeszcze więcej, choć łażąc po zupełnie innych ulicach zupełnie innego miasta. A kiedy wrócę, pewnej twarzy już tutaj nie będzie. Ale Knopfler tak. Od 15 już lat. Coś boomerskiego na koniec? "Patrz Grażynko, jak ten czas zap*erdala..."
https://www.youtube.com/watch?v=P1FsnwYJ3p0
Po przerwie na hipsterskie granie wracam do dziaderskiego grania. No, "dziaderskiego", bo ja go za takowe nie uważam, a nawet, jeśli takie jest, to mam to gdzieś. Lubię Dire Straits. Lubię ich odkąd pamiętam. Jeszcze za dzieciaka usłyszałem Walk of Life, które obok We Built This City było jednym z moich wówczas najukochańszych utworów. Jak jeszcze widziałem nagrane przez starego na jakimś VHS video, to już w ogóle mi odwalało i tańczyłem przed małym, dedeerowskim telewizorem (ciągle go mamy btw). Prócz tego znałem rzecz jasna Sultans of Swing, Tunnel of Love, Money for Nothing (to cudowne wideo), jedną z ulubionych piosenek mojej mamy było Private Investigation. Ale ten kawałek, on umykał mojej uwadze długo. Miałem plany na Sylwestra 2007, ale zostały one zmiażdżone "with one swift stroke". Skutkiem tegoż wylądowałem na "imprezie" u wuja, który kilka lat wcześniej sprzedawał mi mocno a-ha, Genesis oraz nieznane jeszcze wówczas przeze mnie krążki ELO. Wuj i mój stary doskonale się dogadują chyba od zawsze, zwłaszcza pod kątem muzyki. Kiedy popili, zaczęli puszczać płyty z wujowej kolekcji na jego (całkiem niezłym jak na tamte czasy) soundsystemie. W końcu padło na bestkę Dire Straits. Akurat gdy poleciało On Every Street stałem obok jednej z kolumn i raczyłem się rozwodnionym drinkiem. Piosenka owa nie zrobiła na mnie na samym samym początku wielkiego wrażenia, dopóki nie wleciało gitarowe outro. To rozpieprzyło mnie na ścianie (aż oblałem się drinkiem). Wróciliśmy do domu i następnego dnia zadałem sobie pytanie, dlaczego ja właściwie nie mam nic od Knopflera i spółki w swojej Wielkiej Bibliotece Muzycznej<TM>? No więc odpaliłem SS i zassałem tę bestkę. Przepadłem na cały styczeń i pół lutego (oczywiście słuchając w międzyczasie też innych rzeczy, np. pamiętam do dziś, że wracając ze starymi od tegoż wuja słuchałem na empetrójce It's Getting Late in the Evening Talk Talk lol), a On Every Street było jednym z tych utworów, które napieprzałem jak oszalały. Stety-niestety "pomagało" mi to, że na pewnym etapie zacząłem się mocno identyfikować z tekstem, bardzo pasował mi do okoliczności, w jakich się wtedy znajdowałem. Lata mijały, dziewuchy się zmieniały, ale zawsze była postać, do której mogłem ten utwór odnieść. Teraz na upartego jest to niejedna postać lol. No matter. Jaram się tym, jak ten kawałek się rozwija. Bijąca od niego melancholia nie jest jednak aż tak oczywista na pierwszy rzut ucha, podmiot liryczny na pewnym etapie zdaje się być pogodzony z tym, co go spotkało, jednak za każdym razem, gdy słyszę "(...)and it's your face I'm looking for on every street" to aż mam ciary. Zwłaszcza po ostatnim "refrenie", tuż przed tym, kiedy Knopfler i Palmer zaczynają swoje gitarowe cuda, a potem całość zmierza w kierunku spodziewanego i pożądanego fade-outu. Wiem, że teraz pewnie zabrzmię jak klasyczny boomer "KIEDY CLAPTON DOTYKAŁ STRUN ŁZY SAME NAPŁYWAŁY DO OCZU TERAZ TYLKO JAKIŚ ŻABSON, BEDOES I DRAGONOWY QUEER" ale nie będę się tym przejmował, zresztą, rodzaje muzyki są tylko dwa - dobra i zła, mnie się np. Umowa o Dzieło Taco Hemingwaya podobała. Ale obok tego jest też muzyka doskonała, i o ile każdy ma jej prywatny kanon, to i u mnie obok Foxxa, Brooks czy Moev jest miejsce dla absolutnych klasyków. A Dire Straits stanowi myślę bardzo dobry przykład takiego klasyka. Słucham sobie teraz, niedługo będę słuchał jeszcze więcej, choć łażąc po zupełnie innych ulicach zupełnie innego miasta. A kiedy wrócę, pewnej twarzy już tutaj nie będzie. Ale Knopfler tak. Od 15 już lat. Coś boomerskiego na koniec? "Patrz Grażynko, jak ten czas zap*erdala..."
https://www.youtube.com/watch?v=P1FsnwYJ3p0
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Ananda Shankar - Jumpin' Jack Flash
(1970)
No dobra Panowie, obiecywałem (chyba, w sumie już nie jestem pewien lol) że i ja w swoim czasie będę dorzucał własne cegiełki z cyklu muzyki świata a skoro na obecną chwilę czuję totalne wypalenie i brak weny może warto sięgnąć po jeden z takich wątków który odkładałem ciągle na potem i przy okazji otworzyć nową nitkę wśród moich wrzutek abyście jeszcze nie stracili wiary w moje możliwości i nie myśleli że odtąd będę tylko pożerał własny ogon karmiąc was kolejnymi rapsami. Muzyka świata a tak naprawdę może nie do końca world music ile może bardziej jej łączenie z muzyką zachodnich cywilizacji w postaci world fusion lub też z tanecznym groovem jako worldbeat z biegiem lat nabrała sporego znaczenia wśród odkrywanej przeze mnie muzyki. A wszystko zaczęło się - jak możecie się domyślać - z pomocą mojej ukochanej serii gier wideo xD
Nie pamiętam już dokładnie jak i kiedy ale jako zapalony miłośnik soundtracków do słynnego GIE TE A (którym niektórzy z Was już pewnie rzygają na tym etapie bestek i moich wrzutek) nawet jeśli nie byłem w stanie grać we wszystkie ukazujące się odsłony tych gier to po czasie starałem się choćby nadrobić i obadać ścieżki dźwiękowe z tych gier. Tak było choćby w przypadku dwóch gier które ukazały się (początkowo) na przenośne konsole PSP, będące prequelami innych gier odsłony GTA: Liberty City Stories oraz GTA: Vice City Stories. Zdaje się (w sumie to na pewno) był rok 2009 i dorwałem się do soundtracku z GTA: LCS na którym to jedna ze stacji radiowych serwowała szeroko pojętą muzykę świata (głównie była to muzyka hinduska i arabska i z tego co wiem leciała chyba domyślnie w każdej taksówce którą oczywiście prowadził jakiś zdaje się arab z charakterystyczną czerwoną czapką na głowie - wybaczcie mi ignorancję, nie wiem jak się ona nazywa ale to totalnie nieistotne, wystarczy że nabijam kolejne znaki do opisu i leję wodę jak Musiał, lol).
ANYWAY... wśród tych orientalnych hitów znalazł się utwór Raghupati niejakiego Anandy Shankara który w sumie brzmiał sympatycznie na tyle że zgłębiłem blogosferę - w tamtym czasie nieocenione źródło obskjurowej muzyki - i zassałem debiutanki album tego Pana zatytułowany po prostu Ananda Shankar. Album na dobrą sprawę jest całkiem niezły i reprezentuje to co sugeruje opis na okładce albumu, w którym Ananda opowiada jak to marzył by połączyć zachodnie brzmienia z tradycyjną hinduską muzyką, elektronikę z brzmieniem ukochanego instrumentu jakim jest sitar. Ananda od lat 60. mieszkał w Los Angeles gdzie grywał m. in. z Jimim Hendrixem, te wpływy rockowe są obecne na jego debiucie gdzie coveruje nawet dwa przeboje - "Light My Fire" grupy The Doors oraz właśnie wrzucane przeze mnie "Jumpin' Jack Flash" grupy The Rolling Stones. Co ciekawe cover Anandy Shankara lubię na tyle że oryginał Stonesów odsłuchałem dopiero jakoś w zeszłym roku może, lol. Jak dla mnie to najlepszy numer z tej płyty i bardzo fajnie odświeżony numer który w połączeniu z brzmieniem sitaru nabiera takiego słonecznego, kalifornijskiego, hipisowskiego brzmienia i momentalnie czuję się jakbym jechał VW "ogórkiem" pomalowanym w psychodeliczne wzory z bandą hipisów noszących workowate ciuchy i kolorowe lenonki. Ogółem czuje się dobrze człowiek, jest to feel good music jakiego we wiosennej transzy wrzutek pewnie zaznacie z mojej strony jeszcze nieraz.
Tak to zatem było, latem 2009 roku siłą muzyki przeniosłem się zatem trochę do Indii a trochę do Kalifornii i była to pierwsza taka piękna podróż w moim życiu, od tej pory czułem że blogosfera (i nieśmiertelne GTA ofkors) jeszcze w niejedno miejsce mnie zabierze.
https://youtu.be/DYDbl3jSr8Q
(1970)
No dobra Panowie, obiecywałem (chyba, w sumie już nie jestem pewien lol) że i ja w swoim czasie będę dorzucał własne cegiełki z cyklu muzyki świata a skoro na obecną chwilę czuję totalne wypalenie i brak weny może warto sięgnąć po jeden z takich wątków który odkładałem ciągle na potem i przy okazji otworzyć nową nitkę wśród moich wrzutek abyście jeszcze nie stracili wiary w moje możliwości i nie myśleli że odtąd będę tylko pożerał własny ogon karmiąc was kolejnymi rapsami. Muzyka świata a tak naprawdę może nie do końca world music ile może bardziej jej łączenie z muzyką zachodnich cywilizacji w postaci world fusion lub też z tanecznym groovem jako worldbeat z biegiem lat nabrała sporego znaczenia wśród odkrywanej przeze mnie muzyki. A wszystko zaczęło się - jak możecie się domyślać - z pomocą mojej ukochanej serii gier wideo xD
Nie pamiętam już dokładnie jak i kiedy ale jako zapalony miłośnik soundtracków do słynnego GIE TE A (którym niektórzy z Was już pewnie rzygają na tym etapie bestek i moich wrzutek) nawet jeśli nie byłem w stanie grać we wszystkie ukazujące się odsłony tych gier to po czasie starałem się choćby nadrobić i obadać ścieżki dźwiękowe z tych gier. Tak było choćby w przypadku dwóch gier które ukazały się (początkowo) na przenośne konsole PSP, będące prequelami innych gier odsłony GTA: Liberty City Stories oraz GTA: Vice City Stories. Zdaje się (w sumie to na pewno) był rok 2009 i dorwałem się do soundtracku z GTA: LCS na którym to jedna ze stacji radiowych serwowała szeroko pojętą muzykę świata (głównie była to muzyka hinduska i arabska i z tego co wiem leciała chyba domyślnie w każdej taksówce którą oczywiście prowadził jakiś zdaje się arab z charakterystyczną czerwoną czapką na głowie - wybaczcie mi ignorancję, nie wiem jak się ona nazywa ale to totalnie nieistotne, wystarczy że nabijam kolejne znaki do opisu i leję wodę jak Musiał, lol).
ANYWAY... wśród tych orientalnych hitów znalazł się utwór Raghupati niejakiego Anandy Shankara który w sumie brzmiał sympatycznie na tyle że zgłębiłem blogosferę - w tamtym czasie nieocenione źródło obskjurowej muzyki - i zassałem debiutanki album tego Pana zatytułowany po prostu Ananda Shankar. Album na dobrą sprawę jest całkiem niezły i reprezentuje to co sugeruje opis na okładce albumu, w którym Ananda opowiada jak to marzył by połączyć zachodnie brzmienia z tradycyjną hinduską muzyką, elektronikę z brzmieniem ukochanego instrumentu jakim jest sitar. Ananda od lat 60. mieszkał w Los Angeles gdzie grywał m. in. z Jimim Hendrixem, te wpływy rockowe są obecne na jego debiucie gdzie coveruje nawet dwa przeboje - "Light My Fire" grupy The Doors oraz właśnie wrzucane przeze mnie "Jumpin' Jack Flash" grupy The Rolling Stones. Co ciekawe cover Anandy Shankara lubię na tyle że oryginał Stonesów odsłuchałem dopiero jakoś w zeszłym roku może, lol. Jak dla mnie to najlepszy numer z tej płyty i bardzo fajnie odświeżony numer który w połączeniu z brzmieniem sitaru nabiera takiego słonecznego, kalifornijskiego, hipisowskiego brzmienia i momentalnie czuję się jakbym jechał VW "ogórkiem" pomalowanym w psychodeliczne wzory z bandą hipisów noszących workowate ciuchy i kolorowe lenonki. Ogółem czuje się dobrze człowiek, jest to feel good music jakiego we wiosennej transzy wrzutek pewnie zaznacie z mojej strony jeszcze nieraz.
Tak to zatem było, latem 2009 roku siłą muzyki przeniosłem się zatem trochę do Indii a trochę do Kalifornii i była to pierwsza taka piękna podróż w moim życiu, od tej pory czułem że blogosfera (i nieśmiertelne GTA ofkors) jeszcze w niejedno miejsce mnie zabierze.
https://youtu.be/DYDbl3jSr8Q
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Kolejne zwycięstwo
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Jest jeszcze przeciętna, np. Papa Dance.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Albo taka bez sensacji, np. Papa Dance
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup