Best of Forum (Albumy) vol. 2

Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Re: Best of Forum (Albumy) vol. 2

Post 23 maja 2023 11:20

Ciekawy ten Desert Heart. Jaki nietypowy wokal chwilami!
Ale Close Your Eyes jednak lepszy, dopracowany. To jeden z moich absolutnie topowych utworów no-man.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 23 maja 2023 11:25

Mnie się "Desert Heart" podoba bardziej, jest o wiele ciekawszy niż "Close Your Eyes", które cenię i lubię, ale chyba z całego "Returning Jesus" najmniej. Myślę, że właśnie to 'dopracowanie' zabiło wszystkie interesujące rzeczy, które tam były na początku i wyszedł z tego taki zwykły, lekko mdły kawałek.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 23 maja 2023 17:01

Jessie Ware - Glasshouse

Czasami warto dać albumowi więcej szans - taka refleksja nasunęła mi się po (przed)ostatnim przesłuchaniu Glasshouse. Sprawa znana, ale regularnie, od czasu do czasu, wraca. Gdybym ocenił go tak, jak pierwotnie chciałem, czyli jeszcze w weekend, opinia byłaby całkiem inna. Tymczasem po kolejnych odsłuchach spod warstwy sosu zaczęły wyglądać ryby. Ale do rzeczy.
Zaczyna się bardzo spokojnym tematem niczym wstęp do jakiejś transmisji niekoniecznie muzycznej, po czym wchodzi wokal pani Ware. Mamy kolejną piosenkarkę stylizującą się na diwę - wokale w zwrotkach są spokojniejsze, w refrenie utwór może nie tyle przyspiesza, ile nabiera energii, pojawia się żwawszy bit, a Jessie towarzyszą chórki. Niezły, chwytliwy i... jak się potem okaże, inny od pozostałych kawałek na albumie. Trochę taka zmyłka na dzień dobry. Klimaty takie typowe dla współczesnej muzyki pop. Przypomniała mi się Leona Lewis. Zwrotka jak od shodanowych pań, refren hitu. Jest dobrze, jedziemy dalej - do Thinking About You. Zaczyna się powoli, mamy spokojny kawałek z chórkami towarzyszącymi pani Ware, wyraźnie powtarzającymi się w bardziej wyrazistym refrenie (nie lubię słowa ballada, właściwie nigdy nie mogę się zorientować, co jeszcze jest, a co już nie jest balladą). Spokojna piosenka, której siłą napędową są wokale, ładna, nastrojowa, na dłuższe dni. O Stay Awake, Wait For Me już pisałem i muszę przyznać, że rzeczywiście się osłuchał (a to było dwa tygodnie temu!) i zmieniło mi się nastawienie - spokojny, dostojny, jak to ujął shodan, kawałek, dobrze to brzmi, Amerykę słychać. Po iluś odsłuchach wokal przestał być częścią tła, a stał się dla mnie pierwszoplanowy (jak to w muzyce pop).
Your Domino ma fajny bit, te wszystkie dźwięki w tle, te perkusjonalia są bardzo fajne, w ogóle podoba mi się vibe tego kawałka. Refren git, zwolnienia, w dużej mierze kawałek jest oparty na perkusji i dobrze się tego słucha. Zupełnie inny klimat. Alone jako hitu nie pamiętam. Wolne tempa, łagodna płyta, do słuchania na spokojnie (teraz to jest mało spokojnie, ale, o dziwo, dobrze wchodzi). Refren zachęca do podśpiewywania tego, te głośniejsze zaśpiewy, te cichsze i w zwrotkach są dość typowe dla takich piosenek. Potem kawałek się wyraźnie ożywia, ale mnie to nie bierze ;(. Potem wchodzi Selfish Love ze swoim wstępem rodem z małego koncertu/filmu i chwytliwym refrenem. Fajny, bujający kawałek, aż to widzę w jakimś małym klubie, knajpce, świetna sprawa, a pani Ware porywa za sobą ze swoim uroczym śpiewem. Znów podoba mi się perkusja. Zaczęła mi się podobać ta pani. First Time jest spoko piosenką z dobrym vibe'em, dobra rzecz, a na wielu płytach w tych pozycjach wchodzą rzeczy wyraźnie słabsze. Chociaż ja nie do końca czuję ten klimat. Ale co z tego, wchodzę w to.
Wszystkie te piosenki są dosyć krótkie, więc treść musi być skondensowana. Dotąd najsłabsze pod tym względem było Alone. Hearts, melancholijny kawałek z wyskokiem wokalnym, załapał się do peletonu i razem z nim podąża. Idzie z nim także Slow Me Down, płyta zaczyna się wydawać może trochę za długa, chociaż piosenka ładna. Refren ładny. Słuchałem ostatnio sandrowego Seal It Forever i mam wrażenie, że zmierza to w tym kierunku. Finish We Started to bardzo ładna piosenka, to jest jak dobre, słodkie ciasto, które w odpowiednich okolicznościach i ilościach może stanowić właściwą radość życia. Może w refrenie ten szum w tle niepotrzebny? Znów mi wchodzi Leona Lewis. Tytuł Last of True Believers przywodzi mi na myśl It Doesn't Matter Two, ale sama piosenka dużo spokojniejsza, trochę brzmi to tak, jakby się pomysły skończyły, a płyta była wydłużana. Początek był naprawdę niezły, ale tu więcej powinno znaczyć mniej. Całości w sumie lepiej się słucha niż bym przypuszczał, lepiej też niż każdego kawałka z osobna. Na końcu mamy ładną, delikatną piosenkę Sam. Trochę oszczędna, trochę długa, ale na pewno ciekawsze zakończenie niż któryś z poprzednich utworów. Ciekawy finał z tą trąbką, zostawia w stanie rozmyślań. Ogólnie oceniam pozytywnie, choć z zastrzeżeniami jak powyżej. Nie wiem, czy będę wracał, tu sprawa jest mocno chwiejna. Ale fajnie poznać coś takiego w całości, w oderwaniu od radiowych singli.
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 23 maja 2023 17:01

no-man - Speak

no-mana znam od dawna dzięki tutejszemu forum i autorowi tej właśnie wrzutki, Hienowi. Byłem na koncercie zespołu i ówcześnie wywarł na mnie duże wrażenie, do dziś zresztą dobrze go wspominam. Wiele albumów, wiele piosenek duetu wielokrotnie odtwarzałem, należy do nich również Speak. W tym momencie nie pamiętam już kontekstu, w jakim go poznałem, która płyta była pierwsza, która druga itd., na pewno wśród pierwszych był Speak. Jedno, czego żałuję, to wrzucenia przez Hiena do bestki utworowej All That You Are, jednego z niewielu kawałków zespołu, który średnio mi leży (w sumie Returning Jesus mógłby się kończyć na Lighthouse) - wiele innych wygrałoby w niemal każdej kolejce. Ale przejdźmy do omawianego dzieła.
Tytułowy Speak ze swoim zaśpiewem stanowi intrygujący, nastrojowy wstęp do całości. Mamy tu i melancholię, i rodzaj pejzażu, jakie i muzycy bardzo lubią malować swoimi utworami. Następnie wchodzi Pink Moon, cover utworu Nicka Drake'a, który poznałem dzięki no-manowi właśnie. Co można napisać? Kto i jak by się nie postarał, nie nagra bardziej ascetycznej wersji niż oryginalna. Inne instrumentarium, są keyboardy. I głos Tima świetnie to pasuje, bardzo dobrze się tego słucha. Spokojna, melancholijna, bardzo piękna piosenka. Partia instrumentalna przypomniała mi o Begonia Seduction Scene.
Zmienia się aura, mamy Iris Murdoch. Zaczyna się iście filmowo, jakby prezentowała ciemny krajobraz na odludziu. Pojawiają się bębenki, utwór nabiera klimatu dosyć mocnego, mocno psychodelicznego. Wiatr wieje, odludzie, porzucone samochody, drzewa się chwieją, pojawia się Tim, oszczędny tekst o "golden life" brzmi jak śpiew szaleńca na pustkowiu, który próbuje znaleźć tam coś, co nada jego życiu wartości. Pojawia się mała dziewczynka w jednym z najbardziej chorych zaśpiewów, jakie znam (i ta upiorna melodyjka!) Jest moc. Pamiętam, jak miałem to na telefonie i wchodziło potem posępne It's No Good, to dopiero było chore! Curtain Dream. Charakterystyczny gitarowy motyw jakby zapowiadający czyjeś wejście, jakby ten wchodzący nie wierzył, co go spotkało i zaglądał do środka raz za razem, by się upewnić. Bardzo klimatyczna miniaturka! Heaven's Break to chyba najbardziej eteryczny, zwiewny utwór na całym albumie. Jest w tym coś ulotnego, nierzeczywistego, wprowadzającego w nierealny świat. Mocno baśniowy kawałek, jeden z najmocniejszych punktów płyty, fajny bit, pasaże w tle, mało w tym przypadku znaczy dużo. French Tree Terror Suspect znów zaczyna się fantazyjnie, a ja zasypiam ;(. Znowu klimaty rodem z ciemnych, zapuszczonych miejsc, jakby z tego drzewa kogoś odcięto, opuszczone miejsce, świat duchów. A to wszystko też bardzo eteryczne. Pierwsza z rzecznych piosenek jakby pokazywała niezmienność charakteru tej rzeki, jest statyczna, monotonna, jedno, co się zmienia, to intonacja głosu u Tima, jakby najpierw zapatrzył się na rzekę, a potem w myślach puszczał ją wolno. Widzimy krajobraz. Ładna, nastrojowa miniaturka. Znów. W Riverrun mamy ten fajny motyw klawiszowy w tle, który potem wychodzi na pierwszy plan i ten tęskny głos Tima. Aura zmienia się, opowieść przekształca się w pejzaż ukrytego przed szerokim światem krajobrazu. Dużo dzieje się w tle tych wszystkich utworów, a ja piszę głównie o pierwszych planach. The Ballet Beast. Miniaturka, gitara, wokal obejmujący cały pierwszy plan, spokojny, nastrojowy śpiew Tima. Chyba najmniej wyrazisty utwór jak dotąd. Ale wynagradza to eteryczna perełka pod numerem dziesiątym - Night Sky, Sweet Earth, baśniowa, wieczorna, zależnie od punktu widzenia i nastroju - letnia lub zimowa. Tim maluje głosem pejzaże, a gitara podkreśla wymowę refrenu - nieco dwuznacznego w swojej wymowie. Utwór rozwija się niespiesznie, narasta tło jak szum nad jeziorem wieczorem, jakby coś się działo w tawernie przy brzegu lub na promenadzie. Ten człowiek jest sam, a ci w środku, ci na brzegu nie widzą go i zajmują się sobą. Utwór nabiera melancholii, porywa swoim klimatem, po czym przechodzi w nastrojową codę. Nie ma już ludzi, został sam krajobraz. A może... został ten pojedynczy człowiek, on myśli i myśli. Aura się zmienia w bliżej nieokreśloną, fajne to jest! I te skrzypce w tle! Zostawiamy rozmyślającego człowieka, by posłuchać Life With Picasso. Pierwszy utwór na płycie, który muszę przy tej okazji przesłuchać dwukrotnie. Z tym utworem mam największy problem. Znów słyszę Tima wołającego na puszczy. Aura utworu przypomina to, co mamy ostatnio, czyli totalny miszmasz, trudno tu mówić o pasażach, wyrazistości, wszystko jest wręcz jeszcze bardziej eteryczne niż wszystko dotąd, klawisze wychodzą na pierwszy plan, zostawiają słuchacza (mnie) zupełnie rozstrojonego. To chyba największa niespodzianka tej wrzuty, nowe spojrzenie na ten utwór. Death And Dodgson’s Dreamchild na finał. Tim śpiewa o nowym świcie tak, jakby właśnie zapadł zmierzch. Melancholijny, jednostajny, nieubłagany dźwięk, Speak odpływa w dal pozostawiając wrażenie kapitalnej, eterycznej płyty, w którą mocno trzeba się wczuć. Na koniec mamy jeszcze instrument dęty. Co to znaczy? Co będzie dalej? Przebudzenie?
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 23 maja 2023 17:47

no-man - ((speak))

Gdybym chciał być zabawny, to napisałbym, że ta płyta "leaves me speechless", żarciki a la ((don't speak)) jednak sobie daruję, choć korci moje kac-poczucie humoru. No trudno. Generalnie Hien zapodał złoto. Właściwie to nie, to nie złoto, to jest czystej próby platyna, albo inny bardzo rzadki metal, który nie ma swojego odpowiednika nigdzie indziej we wszechświecie. Powiedzieć, że ja ten krążek kocham, to nie powiedzieć wiele. Mam totalnie wywalone w to, że jest on de facto kompilacją (choć zespół traktuje go też jako "zwykły" album), mój mózg wybiera to ignorować. Zestawienie numerów nie jest ani trochę przypadkowe, wszystko, każdy pojedynczy kawałek skleja się z resztą w sposób, który tworzy nam niemal idealny obraz dźwiękowy, gdzie niczego nie brakuje, niczego nie ma za dużo, wszystko gra i trąbi. Zaczynamy od skrzypcowej miniatury Colemana, która wprowadza słuchacza w taki i melancholijny i nieco niespokojny nastrój, wręcz złowrogi z pewnego punktu widzenia. Pasuje mi to wyjątkowo z jednego przede wszystkim powodu - poznałem ten krążek wiosną i co roku wiosną do niego wracam. Sama okłada już mi pachnie późnym kwietniem na kilometr, wręcz nie wyobrażam sobie słuchać tej płyty kiedykolwiek indziej (podobnie jak The Colour of Spring, którego całość odpalam wyłącznie na przełomie września i października już od 18 lat), więc mamy taką wiosnę, że już jest wiosna naprawdę, ale wciąż jest chłodno i jakoś nieprzystępnie, bowiem zima, którą niby zostawiliśmy już w tyle, majaczy w oddali i przypomina o tym, że wkrótce wróci. Fantastyczny wprost cover Drake'a (który lubię zdecydowanie bardziej od oryginału) wyrywa nas na moment z otępienia i wciska w wiosnę właściwą. Ale potem nadchodzi Iris Murdoch ze swoim industrialowym i cokolwiek mrocznym podkładem, przywodzi na myśl późną jesień, deszcz, mgłę, może śnieg, a więc znów wspomnienie sprzed raptem kilku tygodni (jeśli jesteśmy wciąż w tej drugiej połowie kwietnia). Curtain Dream jak bardzo jest lajtowe i chyba najbardziej przypomina "odrzut z eksportu", to wciąż robi klimat, choć słońca zbyt wiele to my tu nie uświadczymy. No to może Heaven's Break? Ten kawałek rozłożył mnie na łopatki już dawno temu, kiedy... wiosną przecież, 2015, usłyszałem Loveblows & Lovecries, gdzie też spotkamy ten kawałek. Uwielbiam go. Arpy, ciągnące się przez całą jego długość i stanowiące jego backbone, są fenomenalne. Genialne, świetne, w ogóle nie tanie (mimo swojego mocno ejtisowego brzmienia), ta gitara w tle (dwie właściwie), wokal Bownessa tak doskonale pasuje do tego typu muzyki, że aż głowa mała. Refren? Kocham. To jest jeden z moich absolutnie ulubionych utworów no-man ever. Takie top 5 jak byk. I tutaj czuć wiosnę, ale taką wiosnę wiosnę, a nie prawie lato, jakie się teraz zrobiło za oknem (25 stopni, pełne słońce, pali, kwiatów - poza lilakiem - już właściwie nie ma). Niestety, takiej wiosny wiosny to dzięki zmianom klimatycznym się właściwie już nie uświadczy (ostatnią taką pamiętam właśnie w jakimś 2015 albo 2016 roku, że druga połowa kwietnia była przyjemnie ciepła i w sam raz na spacery, podniecanie się zielenią i wąchanie kolorowych kwiatuszków), więc pozostaje wycieczka w wyobraźni (dużo rzeczy muszę sobie ostatnio wyobrażać, albowiem w inny sposób ich nie doświadczę, używam no-man jako soundtracku). French Tree Terror Suspect, utwór o dziwacznym i enigmatycznym tytule towarzyszy mi, kiedy w głowie zanurzam się w mroku wieczornego lasu napotykając resztkę śladów zimy - przegniłe liście w poszyciu, gołe gałęzie, mocno podmokłe para-moczary, gdzie jeszcze niedawno leżały zwały śniegu. Potem znów mamy coś a la Curtain Dream, gdzie utwory sprawiające wrażenie nagranych trochę przypadkiem a trochę nie uderzają w dreamowe klimaty, wpuszczając do głowy nieco światła. Zarówno River Song jak i Riverrun mocno mi się podobają (choć oczywiście nie ma szans na to, by zbudowały AŻ TAKIE wrażenie, jakie daje mi Heaven's Break, mowy nie ma) i traktuję je jako dwie strony tego samego medalu, choć są przecież od siebie mocno różne. Riverrun daje znów taki nieco mroczny feeling, nie wiem, dlaczego, ale kojarzy mi się z grami komputerowymi, albo jakieś erpegi, albo nie wiem, Thief (EDIT: bo pisałem tę reckę zanim wleciał album, widzę, że Golas TEŻ widzi tutaj i czuje grę wideo xD). Ta gitara w tle, taka a la mandolina (nie umiem tego inaczej nazwać) przypomina mi w ogóle muzyczkę z okolic klasztoru Magów Ognia z drugiego Gothica. Widzę oczyma wyobraźni jakąś wiochę na Żuławach, idę ścieżką wzdłuż rzeki (jak odkrywczo kurła), jest wieczór i słyszę ten numer w głowie. Generalnie dla mnie jest to jeden z lepszych numerów na tej płycie, lubię do niego wracać. The Ballet Beast nie daje oddechu powielając ów mrocznawy schemat, to jest nawet bardziej Nick Drake niż sam Nick Drake (w sensie, niecoverowo najbardziej czuję tutaj inspirację tymże wykonawcą; EDIT: Golas też to zauważył lol xD). Nie za długie, ale odpowiednio nastrajające. Jednak to dopiero po nim nadchodzi kolejny wielki numer ze ((speak)) - Night Sky Sweet Earth, które również z całego serca uwielbiam. I to jest w ogóle... najbardziej wiosenny numer na krążku dla mnie xD Poważnie, nic nie jest mu w stanie tego odebrać. Gitary Wilsona są świetne, Bowness płynie głowem przez ten numer tak dobrze, że mógłby być samplowanym instrumentem. Jedyne, co MINIMALNIE psuje mi ten kawałek (ale naprawdę minimalnie, albowiem wytrąca mnie nieco z tego nostalgiczno-mrocznego vibe'u), to gitara wchodząca po 2:40, ale po 2-3 odsłuchaniach doceniam przełamanie tego klimatu, warto czasem dodać soli do cukru. Jeśli chodzi o zamknięcie, Life With Picasso po raz kolejny dostarcza odpowiednio odmierzonej dawki ambientu, wyjątkowo klimatycznie robi się, jak wjeżdża pianino. To jest płyta wiosenna, ale to jest płyta wieczoru. Coś jak Edgeland od Karla Hyde'a (której ostatnio słuchałem, maszerując przez Dolny Mokotów przy akompaniamencie bezchmurnego, zmierzchającego nieba), najlepiej jest to łykać w tej postaci. No i zakończenie - ten zauważalny (albo słyszalny) motyw grania pozornie out-of-tune przypomina mi Decentre, zamykające świetny album Eno pt. Nerve Net (samo Decentre też jest świetnym kawałkiem). Niby wszystko jest w porządku, ale jednak wracamy do... początku, a więc mamy czuć jakiś tam niepokój, mamy się czuć nie do końca bezpiecznie i spokojnie, albowiem nie wszystko jest jednak w porządku. Zawsze miałem taki vibe od tego kawałka, ale to oczywiście nic złego, to jest coś, co bardzo polubiłem w no-man. Nieco lynchowsko robi się, kiedy wjeżdża saksofon. Wtedy już nie wiem, czy wiosna jest naprawdę za zewnątrz, czy się zwyczajnie naćpałem i ją sobie wyobrażam. I nagle - urwanie muzy. Tak po prostu. Przebudzenie z jakiegoś snu? Znów EDIT, teraz bez nawiasu, Melczet użył dokładnie tego samego słowa xD No nic, szybkie podsumowanie - to jest no-woman at their finest, nie widzę ZUPEŁNIE powodów, by sądzić inaczej, choć płyta pozornie wydaje się być jednostajna to po pierwsze - taki jest charakter tej muzyki, a po drugie - komu to przeszkadza? Bo nikomu nie powinno. To jest zwyczajnie ZA DOBRE. To jest no-man, jakie mnie kupiło. no-man, którego potrzebowałem. Czy zasłużyłem?
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 23 maja 2023 19:31

Podoba mi się opis albumu Melkiego. Szczególnie Irish murdoch. Zrobił to bardzo obrazowo. :)
Wspomnę jeszcze, że dosyć długo opierałem się tamu albumowi mimo mojej wielkiej sympatii do no-man. Uważałem go za nieco gorszy od paru innych. Ale do czasu. Jak załapałem w końcu ten klimat, to nie ma już odwrotu.
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 23 maja 2023 19:35

Mentos szybko wlatuj z recką i kończymy ten festiwal ekstazy
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 23 maja 2023 19:36

Ktoś nie dostał biletu
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 23 maja 2023 20:06

A mógł dostać, ale sam nie chciał. Jego strata. :/
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 23 maja 2023 20:46

Ograniczenie wiekowe hehe
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 23 maja 2023 21:00

Może dobrze że nwm o co chodzi
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 23 maja 2023 21:06

Malkolit pisze:
23 maja 2023 17:01
Jedno, czego żałuję, to wrzucenia przez Hiena do bestki utworowej All That You Are
Ale to Ty żałujesz? XD Rozumiem gdybym Ci wrzutę podwędził, a tak nie ma czego żałować, sam możesz, wrzucić swój ulubiony kawałek no-man i będzie spoko. Ode mnie będzie prejz.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 23 maja 2023 22:13

No właśnie Melki, jesteś w dobrym położeniu. Cokolwiek wrzucisz no-man, będziesz miał co najmniej dwie laurki.
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 25 maja 2023 00:31

Zajebiscie, pomylilem tematy

nie-man - ((speak))

Siedziałem sobie i siedziałem nad tym wstępem i chciałem zacząć od jakiejś takiej rozkminy natury ogólnej. Konkretnie to takiej poświęconej pisaniu o tym, że wspominanie o rzeczach sprzed lat nastu tak, jakby miały miejsce wczoraj, jest słabe, że ja tego nie uznaję i w ogóle nie praktykuję. Szybko z tego zrezygnowałem, zostawiając wam informację o zalążku procesu myślowego, który zaszedł w mojej głowie, uznając, że pewnie dałoby się znaleźć multum powodów na moją hipokryzję i że generalnie to ja Kapuściński nie jestem i nie mam tak dobrego pióra, by to nie zabrzmiało pretensjonalnie do bólu. No w każdym razie te wrzuty nie-mena w tutejszych bestkach są dla mnie swoistym nostalgia tripem. Tripem do czasów, gdy zamiast trójki z przodu rocznika miałem jeszcze jedynkę (w okolicach 20 urodzin to ja już tutaj prawie wcale nie zaglądałem, to pamiętam), czasów w których byłem zupełnie innym człowiekiem - z fobią społeczną, totalnie niekumającym wielu mechanizmów rządzących światem, rzeczy i zjawisk które są dla mnie teraz wręcz oczywiste, może nawet zaryzykowałbym tezę, że idiotą? W tym świecie miałem na pewno niewiele, ale jedną z rzeczy, które miałem była na pewno MUZYKA, której słuchałem dużo i z racji tego, że to był jeszcze ten czas, w którym też jeszcze błądziłem po bezkresnym oceanie muzyki niemal na oślep, w kwestiach której słuchałem się rozlicznych mędrców z internetu.
To są rzeczy o których tu pisałem nie raz i nie dwa, wiem, po prostu gdzieś w kontekście tego o czym piszę wydaje mi się, że ważnym może okazać się jeden szczegół - gdzieś w tym okresie, w którym na forum mnie nie było i wracałem być irytującym na jakieś przelotne momenty (czyli w zasadzie przez całe moje życie do jesieni 2021 xD) praktycznie wcale tej muzyki nie słuchałem. Nie wiem, lasta nie prowadziłem, albo wypierdalałem, więc nie jestem w stanie sprawdzić ile i kiedy słuchałem, ale jak już to były to jakieś pojedyncze odsłuchy, które nie wywołały we mnie żadnych uczuć ani których nie zapamiętałem. W tym śmiesznym okresie 2011-12 chłonąłem ją, może nie doznawałem, ale słuchałem i generalnie mi się podobała, by potem po prostu totalnie wypaść z obiegu, zostać kimś pokroju dziewczyny, z którą się kiedyś spotykało, a potem przestało i w sumie sam człowiek nie wiedział dlaczego to nie wypaliło, ale też z tego powodu nie rozdzierał szat.
Wstęp mi wyszedł dłuższy niż sama recenzja, gdzieś tutaj miałem rzucić parę zdań o samej płycie, ale w sumie to byłoby to powielanie tego, o czym pisałem wyżej. Słuchałem jej raczej rzadziej niż innych albumów, ba, nawet się okazało, że jakieś tam momenty z niej pamiętam, a to już coś - bo ja generalnie to jestem typem typa, co zdołałby zapomnieć wszystko, włącznie z tym o czym śpiewał typo z 18L.
Suchary na bok, przechodzę do mięska, które może coponiektórych zainteresuje, a które niektórzy mogą mieć w głębokiej dupie. Intro brzmi jak wariacja na temat dźwięku uruchamiania konsoli PlayStation 3, w którą ktoś wsamplował Pink Floyd. Czyli w sumie całkiem ciekawie, intrygująco, ja w sumie po czymś takim jestem w stanie nastawić się na cuda wianki na kiju, jak i na nic - tutaj zrobię wyjątek, bo zazwyczaj to nastawiam się w życiu na nic i nic nie skłoniło mnie póki co do zmiany swojej filozofii życiowej. Jako pierwszy "poważny" kawałek wjeżdza cover Pink Moon. Tak dobrze pamiętam te składankę, że nie miałem bladego pojęcia o tym, że ten cover istnieje, nie mówiąc o tym, że się tu znajduje. Mógłbym się tu powyzłośliwiać, że w sumie to jest tak nijaki, że to nie dziwi HEHE. No jest niby poprawny, ale za cholerę go nie czuję, nie bierze mnie, po prostu przelatuje wywołując jeno ramion wzrusz i nic na to nie poradzę. Bywa i tak.
Iris Murdoch coś tam coś tam, które wrzucający na Jutubka album z jakichś przyczyn złączył w jedno z Pink Moonem, jest już znacznie ciekawsze. Nie wiem, trochę mi to trąci jakimś Dead Can Dance jeśli się już mam bawić w jakieś analogie od dupy, w każdym razie te bębny mi się podobają, budują fajny, taki TRANSOWO-ONIRYCZNY klimat i tylko ten sampel na koniec z tym randomowym dzięciecym śpiewem, które się pod koniec urywa, to pomysł którego nie kupuję. No ale powiedzmy, że fajny kawałek - może i od czapy, ale nie będę się czepiał kompilacji pod tym aspektem. xD Dlatego nie będę się czepiać tego, że Curtain Dream też brzmi jak kawałek z innej parafii. Trochę mnie tu męczy wokal Stefana i trochę taki ten kawałek jest, że tak to ujmę ROZMEMŁANY. Ja się z tego typu rozmemłamien na przestrzeni lat polubiłem, vide moja zmiana nastawienia do Radiohead, ale na mój gust może trochę za bardzo. I cały czas mi się wydaje, że za chwilę poleci Twin Peaks Theme - pieprzona siła skojarzeń.
Fly to tytuł najbardziej kontrowersyjnego odcinka Breaking Bad. Wielu fanów go nie lubi, uważając, że jest od czapy i nie pasuje do reszty. Tak, chciałem się odnieść w ten sposób do tego, że mam tak samo z nim w kontekście tej płyty, oraz jednocześnie tak - pamiętam, że piszę (za często) o tym, że słucham składanki. Dobra, dopiero teraz sprawdziłem, że prawdziwy tytuł to Heaven's Break. Teraz to nawiązanie ma jeszcze mniej sensu. No generalnie to takie przyjemne granie, ja tu słyszę zalążki tego, z czym później kojarzyło mi się Porcupine Tree i jest to po prostu muzyka której się miło słucha, ale też ciężko o jakiś oryginalny lub nieszablony osąd na jej temat.
Randomowa impresja: Matko, ta tracklista jest koszmarna. Koniec random impresji.
French Tree Terror Suspect brzmi jak wariacja na temat The Night Watch Crimsonów, która potem zmierza w kierunku jakiegoś ambientu, no nawet przyciągnęło to moją uwagę na chwilę i generalnie to kupuję, jest to ciekawe, jest to nawet i dobre.
Jako kolejną potrawę z tej Kuchni Pełnej Niespodzianek dostajemy The River Song. To akurat jeszcze jakoś pamiętam, chyba nawet lubiłem ten kawałek całkiem w swoim czasie, ale też nie zapadł mi nigdy w pamięć na tyle, bym go rozważał w kontekście jakiejś bestki. W sumie to też mi się podoba, brzmi bardzie jak Nick Drake niż cover Nicka Drake'a, na pewno kupuję to bardziej i bardziej mnie to przekonuje. Solidna, przyjemna ballada. Dalej też zostajemy w tematach okołorzecznych i tu znowu mam przebłyski z tych lat, o których pisałem na początku recki. Wokal, który mnie jeszcze parę kawałków temu męczył, w pełni mi pasi, ten prosty bas i ambientowe tło są super, bardzo to jest obrazowe, łatwo sobie przy czymś takim wizualizować jakieś chmurki nad rzeczką czy inne komfortowe rzeczy, no i co ja mam powiedzieć więcej poza tym, że skoro to działa, to fajnie, że działa? Super muzyka, trochę jestem zawiedziony, bo liczyłem, że trochę sobie poroastuje na tę płytę, ale jednak no NIE DO KOŃCA.
The Ballet Beast to kolejna sympatyczna miniaturka, niby trochę przeleciała obok mnie miast trafić do mnie, ale nie powiem też o niej złego słowa. Night Sky Sweet Earth też brzmi jakoś znajomo, w sposób taki, że aż chcę zapostować emotkę z myślącą buzią z Facebooka. Kurczę, naprawdę - im dalej lecę w ten album, tym bardziej mi się podoba i zaczynam kumać tego Stefana. Tradycyjnie polecę nieco wewnętrznie sprzeczną rozkminą dotyczącą tego, że ta płyta jest wypełniona zarówno rzeczami skrajnie od czapy, jak i jednocześnie dostrzegam tu pewien ogólny zarys, pewną wizję, pewien koncept na utwory - próbę subtlenego MUSKANIA prostymi dźwiękami, budowanie atmosfery jakimiś równie subtelnymi ambientami, no i słyszę tu, że może nie zawsze te próby wychodziły w stu procentach perfekcyjnie, ale faktycznie to też jest coś, co się zestarzało całkiem nieźle.
Trochę się zagalopowałem w rozkminach natury ogólnej, a chciałem dodać, że ta ambientowa coda jest na mój gust trochę za długa w kontekście do całości, ale przymykam na to oko. Uznajcie też, że poleciałem nią po linii najmniejszego oporu, bo ostatnie dwa kawałki po prostu podtrzymują mnie w tym przekonaniu - tylko pro forma dodam, że ostatni ma fajny saksofon na końcu. Zasiadałem do tej płytki z TAKĄ PEWNĄ NIEŚMIAŁOŚCIĄ, na początku nawet myślałem, że się zmęczę, ale jednak załapałem, kupiłem. Pan Jakub jaki czasem bywa, taki bywa, ale jak czasem czymś dowali, to naprawdę nawet jakbym i chciał, to nie umiem tego zroastować. Dziękuję Stefan Wilson, dziękuje to forum, dziękuje Polska! Ten album, pomimo paru słabszych momentów, dostaje znak jakości Mintaj+ i godło Teraz Polska.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 25 maja 2023 07:13

To była chyba najbardziej wymagająca lektura w moim życiu.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 25 maja 2023 08:46

Mnie się nie chciało
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 25 maja 2023 08:55

Że też chce Ci się w ogóle odpalać te nasze wrzutki, w sumie to nie, widać że Ci się nie chce, no nic

Hien jakieś dwa słowa podsumowania nim przejdziemy do wykładów z robotyki?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 25 maja 2023 09:02

Podsumowanie będzie krótkie, jak i sama płyta, cieszy mnie critical acclaim, ale tak jak pisałem, miałem świadomość wrzucania płyty wybitnej. Ci co znali, już się poznali na tym albumie wcześniej, ale ogólnie wychodzę z założenia, że ta płyta będzie rosła, a nie malała w uszach forumowego grona i nawet te najbardziej na odpiernicz przesłuchania, zaczną owocować. Zresztą, to jeszcze nie koniec tematu no-man (hehe).

Ok, możemy zaczynać KRAFTWERK.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 25 maja 2023 09:54

Lecimy zatem, Kraftwerk - Tour De France Soundtracks
Dragon pisze:
25 kwie 2023 01:15
no niestety trzeba wreszcie rzucić coś dobrego

Czy są z nami rowerzyści w tym pokoju? Mam dla was prezent. Odpowiedzialny za niego w dużej mierze Ralf Hutter też jest jednych z wielbicieli tych pojazdów, więc wcale mnie nie dziwi takie napracowanko przy tej płycie. Kraftwerk MUSIAŁ się tutaj pojawić jeszcze z mojej strony, ale w przypadku ich dyskografii możliwość wyboru potrafi się szybko skurczyć... na szczęście bezwstydnie mogę się przyznać do tego, że mojej ulubionej płyty mi nie podebraliście, z czego jestem rad i wesół! Myślałem o TEE, ale przypomniałem sobie, że lepiej podesłać coś z serducha i szczerą radością, więc wątpliwości trwające kilkadziesiąt sekund minęły.

Jestem ciekawy jak bardzo fani musieli być zaskoczeni/zachwyceni w 2003 roku na wieść o nowej płycie. Niby jakiś czas wcześniej wypuścili dość średni singiel Expo 2000, ale na dłuższych dystansach nigdy nie chybili. Już bez Bartosa i bez Flura, choć nie sądzę, by mieli poważny wkład w rzeczy powstające od Autobahn zaczynając. Zamiast nich mamy Fritza Hilperta, który widnieje jako współkompozytor na prawie całej płycie. Na moje ucho to on jest odpowiedzialny za tak świeże brzmienie. Kraftwerk jak Jarre na Oxy7-13 oszukują czasoprzestrzeń - korzystają z nowinek w elektronice, przetwarzając swój styl na nowo bez praktycznego naruszenia charakterystycznych jego elementów. Melodyjność, motoryczność, celność i oszczędność tekstów, wielość języków, wreszcie klarowny i pozornie prościutki koncept, który po prostu działa. Drobne oznaki starości wkradają się tylko w Elektro Kardiogramm, ale poza tym to niesłychanie równy, bardzo dobry kawałek grania. Hipnotyczna techno suita Tour de France doskonała w podróż, być może właśnie najlepsza pod rowerowe wojaże! Sam nie jeżdżę, ale mogę przynajmniej godny soundtrack zaproponować. Potem Vitamin, czyli klasyka zespołu w pigułce. Zaraźliwe linijki, specyficznie rozimprowizowany środek, bujająca perka i soczysty bas. Och, jak ja im zazdroszczę tutaj brzmienia, w ogóle się nie zestarzało IMO. Potem przede wszystkim motoryczne Aero Dynamik, które było O WŁOS od pojawienia się kosztem Autobahn (i to w jednym z singlowych miksów)... zagrałem jednak inaczej, LEPIEJ. Technopop najwyższej próby, bardzo konkretny, surowy, ale szalenie spójny w każdym elemencie.
Współczuję tym, którym ten bas nie wwiercił się w głowę, a stopy samoczynnie nie zaczęły chodzić. Wspominane EK trochę na modłę elektro pierwszej generacji, ale mimo to nie jest aż tak złe. Zanim powrót do przeszłości odrestaurowanej w bardzo stylowy sposób jeszcze przystanek w La Forme, zrobi się atmosferycznie. Swoją drogą to był pierwszy numer z płyty, który zaskoczył te X lat temu. Pierwszych odsłuchów już nie pamiętam, ale to bez wątpienia głębokie czasy gimnazjum. Na tyle głębokie, że przed rozkręceniem się na muzbawkach i RYMach, gdy pewnego dnia zawitałem do Media Marktu dobrze wiedziałem, z którą płytą wyjdę. TdF Soundtracks (wolę tę pierwotną nazwę) to do tej pory jedyna płyta Niemców, którą fizycznie posiadam w domu. Na koniec wracamy myślą i czynem do 1983 roku, bo właśnie wtedy właściwe Tour de France wyszło na singlu. Wersja by Kraftwerk 2003 dojeżdża bez większych problemów do pierwowzoru.

Po takiej płycie nie trzeba już kolejnych powrotów. Mam nadzieję, że za to wy będzie wracać gęsto i często, szczególnie ci, dla których to pierwszy raz z TdF!

Kraftwerk - Tour de France Soundtracks (2003)

https://www.youtube.com/playlist?list=O ... oyIgSUiqiY

Dla chętnych i zachęconych bonus w postaci tego, co powinno być, a nie jest - Aerodynamik w wersji koncertowej, tylko że studyjnie!
https://www.youtube.com/watch?v=EJDenaQ ... 9keW5hbWlr (koniecznie z tego odnośnika, wersja na Spotify jest ze zbędnymi późniejszymi dodatkami w perce np.)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 25 maja 2023 12:04

Kraftwerk - Tour de France (Soundtracks)

Na początek zacznę od tego, że jestem, nie wiem, w szoku? Iż w tym dokładnie roku mija... 20 lat od wydania tej płyty, a jest to tyle samo, ile dzieli singiel Tour de France z 1983 od wydania tej płyty. Dobrze pamiętam rok 2003 (choćby przez wspomniane w innej bestce Black Eyed Peas), gdybym miast iść do przodu w czasie się cofał, to teraz byłbym w okolicach Construction Time Again. Czas zapier*ala aż miło, zacząłem się mocno gubić, nie wiem, co z czym i kiedy. Starzeję się ;( ten rok to również piętnastolecie mojej wielkiej fascynacji tym krążkiem. Na początek wspomnę, że wielką fazę na Kraftwerk miałem baaardzo wczesną wiosną 2007, kiedy zachwycony słuchaniem od już półtora roku Das Model pocisnąłem niemal całą dyskografię, ale zaczynając nie od najbardziej przystępnych pozycji, ale od samego początku. Tak oto zachwyciłem się ich krautowym rodowodem. Dlaczego TdF tak późno? Nie wiem xD Długo jarało mnie ich najstarsze brzmienie, zatrzymywałem się na Trans-Europa-Express i nawet DMM czy CW nie chciałem wtedy odsłuchiwać w całości (no, ale kto potrzebuje, nie wiem Neonlicht jak ma się Spiegelsaal). W lutym 2008, podczas pobytu ze starymi na nartach, słuchałem ostro kompilacji live Minimum-Maximum. Zachwyciły mnie tam Vitamin, Elektro Kardiogramm i samo Tour de France. Wciąż jednak zwlekałem z samą płytą, tylko czemu? No, tutaj już miałem bardziej robiącą sens odpowiedź - już od wtedy miałem fazę na słuchanie odpowiednich krążków w odpowiednich okolicznościach, nawet, jeśli te byłyby cheesy czy wprost paskudnie pretensjonalne. Więc musiałem wyleźć z tym krążkiem na rower, i z tym czekałem aż do wiosny. Nadeszła wiosna, z nią koniec szkoły, z nim matury, i jakoś w przerwach między maturami, ale też zaraz po nich (to jakoś dokładnie 15 lat temu) napieprzałem nowiutkim rowerem (który mam do dziś btw) po różnych okołołódzkich i okołozgierskich zadupiach. Moim ulubionym spotem była granica między osiedlami Marianów i Borowiec na nieużytkach za Teofilowem Przemysłowym, gdzie cudownie wprost kwitły różne drzewa (wtedy jeszcze były normalne wiosny). Dosłownie w tej chwili mam przed oczami taki obraz, gdzie stoję z rowerem pod jabłonią przy skrzyżowaniu Traktorowej i Liściastej (obie były wtedy zapuszczonymi drogami gruntowymi), zachwycam się przyrodą i otwarciem nowego rozdziału w życiu, a na słuchawkach leci Vitamin. Każdą taką wycieczkę rowerową (a jeździłem niemal codziennie) zaczynałem od odpalenia TdF (podstawowego) z Minimum-Maximum, a potem odpalałem całą płytę. I w długą!

Lubię bardzo Kraftwerk, lubię tę płytę. Kraftwerk ery cyfrowej, ale tak na pełnej, tak naprawdę. I to w czasach, kiedy mainstream właściwie zapomniał o ich istnieniu, na retro revival związany z latami 70. czy 80. trzeba było czekać jeszcze dekadę, w radio króluje... Black Eyed Peas na przykład, albo Sugababes (kto pamięta Hole in the Head, to był dobry kawałek), Simple Minds zaczęli grać słodki pop, a tu wjeżdżają Larw i Faunian i pakują słuchaczowi do uszu brzmienie, które jest mocno plastikowe, ale jest plastikowe w bardzo dobrym stylu i z odpowiednim wyczuciem, które powoduje, że całość doskonale pasuje do tegoż 2003 roku. I jednocześnie nie traci się samego Kraftwerk. Jestem bliski stwierdzenia, że pod wieloma względami to ich najbardziej wysublimowana płyta (może Trans-Europa-Express była jeszcze blisko tego tytułu dla mnie), jest - mimo momentami dość pompatycznych, ale wciąż super rozwiązań brzmieniowych czy generalnie pomysłów na utwory - najbardziej dla mnie elegancka. Może to sznyt jednej z ważniejszych imprez sportowych na świecie (szkoda, że album nie ukazał się jednak w latach 80., może polska edycja nosiłaby tytuł Wyścig Pokoju Warszawa-Berlin-Praga), może po prostu moja subiektywna opinia z dupy, trudno powiedzieć. W każdym razie, album ten jest dla mnie nierozerwalnie związany z jednośladami i moją niegasnącą pasją do jeżdżenia tymiż. To też krążek ten wraca na moje słuchawki gdy przychodzi wiosna (ALE muszę uczciwie przyznać, że ostatnie parę lat zaniedbywałem ten rytuał, tak się nie robi) i zaczyna się tzw. sezon. Na swoje nieszczęście, akurat ostatni miesiąc nie miałem dostęp do swego bicykla, albowiem się nieco zepsuł (a potem zepsułem się ja). Wsiadłszy nań w poniedziałek, gdy miałem do zrobienia sporą trasę z jednego końca Warszawy do jej centrum niemal zupełnie zapomniałem o TdF i słuchałem jakichś pierdół w zamian. Mam nadzieję, że będę to w stanie sam sobie wybaczyć, a tymczasem... cóż, nie wiem dokładnie, jak powinienem podchodzić do tej płyty, czy robzijać ją na ścieżki, czy traktować jako absolutną całość? Podtytuł doskonale oddaje mój vibe w stronę TdF - to dla mnie soundtrack do jeżdżenia. Zaczyna się kapitalną miniaturą w postaci prologu, potem nadjeżdżają 3 części kapitalnego technopopu, jakim jest tytułowy numer atakowany z innej, bardzo cyfrowej właśnie i eleganckiej strony, gdzie szybkie tempo bezwstydnie prowokuje do cięższego naciskania na pedały. Chrono na tym tle stanowi niejako kontynuację wstępu, ale jakby trochę więcej się dzieje muzycznie, dla mnie to jest wyznacznik momentu, w którym mogę trochę odsapnąć, zacząć zwalniać, przestać tak gnać pod górę albo jakimś wymagającym podjazdem, przystanąć może i potem ruszyć w akompaniamencie utworu, który krótko - ale jednak przez jakiś czas - uważałem za nieco absurdalną aberrację. A przecież to jest świetne xD Częściowo zmodulowany głos powtarzający CARBOHYDRATPROTEINABECEDEEEVITAMIN pomiędzy klawiszowymi zagrywkami przypominającymi jako żywo twórczość Jima Juppa lub Cate Brooks (a oboje zaczęli niedługo po TdF, można powiedzieć) daje vibe niemal starotelewizyjny, gdzie ogląda się albo film edukacyjny (może wrzucony zresztą jako przerywnik pomiędzy transmisje z poszczególnych odcinków wyścigu kolarskiego), albo jakąś trupią reklamę pastylek do rozpuszczania w wodzie (któych największą wartością było to, że się efektownie pieniły). Ja takie rzeczy bardzo lubię, więc słucham i jest fajnie, wciąż jadę, tylko nieco zwalniam, poświęcam się bardziej kontemplacji krajobrazu. Aero Dynamik jest z kolei bardzo surowe, przemysłowe wręcz w brzmieniu, znów trzeba mocniej przycisnąć i nabrać tej aerodynamiczności, rozpędzić się porządnie na równym jak stół asfalcie (najlepiej jadąc przez jakieś równie surowe i nieco odhumanizowane miejskie przestrzenie, może zagłębie biurowe, ma być szkło i stal). Tymtydym tydydytymtydym tydydytymtydym tydydytym tym tym przygrywa plumkający bas, a ja zwiększam prędkość wjeżdżając wprost w Titanium, gdzie znów mogę na chwilę zwolnić i zachwycić się metalicznością klawiszowych cudów generowanych przez panów z Dusseldorfu. Oddech, łyk napoju (KONIECZNIE WITAMINOWEGO) i robię swoją ulubioną próbę wysiłkową - wjeżdża EKG, ja wjeżdżam pod górę, pozwalam, żeby głowę wypełnił mi jeden z bardziej znienawidzonych przeze mnie dźwięków (mówię serio, nie trawię odgłosów bicia serca, sam fakt, że coś tak we mnie pracuje cały czas jest w cholerę unsettling, jak to sobie przypomnę przed snem to dostaję ataku nerwicy, nigdy nie powiedziałem żadnej lasce - poza jedną - że jara mnie bicie jej serca), jaki akceptuję tylko w dwóch sytuacjach - łóżkowych i tym kawałku. EKG jest fantastyczne, pamiętam, jak gdzieś dorwałem wersję edit i byłem OBURZONY, że na albumowej nie ma tego fajnego pasażu muzycznego, gdzie zmienia się motyw grany przez główny klawisz, zaś dwa różnie zmodyfikowane głosy powtarzają słowo ELEKTRO zaraz po MINIMUM MAXIMUM BPM. W ogóle to jest zabawna sytuacja, bo o ile zawsze staram się dostosowywać tempo jazdy do numerów, których akurat słucham, to w przypadku TdF wprost muszę jechać z tempem numerów i EKG jest nie inaczej, tutaj nawet oddycham w taki sam sposób, jaki został "wykorzystany" w kawałku. Żebym wypluwał płuca nie ma najmniejszych szans, bym zwolnił. W ogóle z Elektro Kardiogrammem łączy się ciekawa historia, to był chyba pierwszy utwór, jaki odsłuchałem z tej płyty - nie licząc tytułowego, ale tego oryginalnego tytułowego - jeszcze w lutym 2008. Miałem wtedy fazę na taką śmieszną grę, którą jakoś w połowie 2007 roku OIDP zrecenzowano w CDA, a potem na początku 2008 roku po prostu ją do CDA dodano. Nazywała się Ballance, i polegała na konieczności przeprowadzenia papierowej, metalowej lub jeszcze jakiejś, chyba szklanej, ale mogę się mylić, kulki przez nie tyle labirynt, co po prostu trochę wykręcony tor przeszkód. Gra była właściwie pozbawiona muzyki, ale nie gryzła się z odpalonym w tle Winampem, więc puszczałem sobie różną muzę, głównie Briana Eno, ale na pewnym etapie też Kraftwerk. I najbardziej EKG kojarzę właśnie z tymi kulkami xD Ale też, no, zły jestem na ten numer w tej wersji, bo brak tej konkretnej zagrywki, o której wspomniałem wcześniej, wiele mu zabiera. Zawsze po odsłuchaniu wersji płytowej muszę pocisnąć tę z Minimum Maximum (HEHE), bo inaczej mi głowa gnije (w ogóle to zabawne, że ileś tam lat temu ściągnąłem coś w rodzaju best of Kraftwerk, gdzie były właśnie wersji edit i tym podobne single mixy ich, well, singli, bądź po prostu najbardziej charakterytycznych numerów, ale kiedy zrobiłem cross-check z Discogs okazało się, że nigdy nic w tym stylu oficjalnie nie wypuścili). La Forme znów daje oddech, zwalnia, ja zwalniam, dbam o, well, FORMĘ (niskich lotów żart, wiem), wracam do jarania się otoczeniem, niespiesznie pokonuję kolejne przecznice, mknę w stronę jakiegoś parku, wyczerpałem się trochę ale staram się wciąż cisnąć bez zająknięcia, i tak przez 8 minut spokojnego de facto wypełniacza w tle, ale bardzo fajnego i z fajnym motywem na klawiszu. I wjeżdża właściwe Regeneration, mogę się zatrzymać, zejść z roweru, zalać gardło wodą, odsapnąć porządnie, przysiąść na ławce czy chociaż trawie, podrapać się po dupie, zapalić szluga. Prawie koniec wyprawy, albowiem czeka mnie jeszcze właściwe TdF, od którego przecież - choć w wersji na żywo - zacząłem. Uwielbiam ten numer, i tutaj jak z EKG mi odwala i zaczynam sapać w takim samym tempie, jak to przedstawione w samym kawałku. Cisnę srogo przed siebie, nie zatrzymuję się, lecę niby strzała, albowiem najlepsze jest dopiero teraz. Choćby i z tego powodu, że z całej płyty to jest najbardziej ejtisowo brzmiący kawałek, zabiera mocno w przeszłość i zaprasza do wspomnienia tegoż roku 1983 (teraz tak samo możemy wspominać 2003). Taki reminder, co jest rodowodem Elektrowni i że pewne rzeczy mogą zawsze brzmieć ponadczasowo - np. tani bas z klawisza. Jest po prostu dobry, więc niech tak brzmi. No, dopiero teraz jestem naprawdę zmęczony, ale na sam koniec cisnę asfaltową szosą przez jakąś dolinę, jest słonecznie i ciepło, zielono etc., na słuchawkach ten bas, pady, motyw główny, w plecaku butelka z wodą, czego właściwie chcieć więcej? Hmm, już wiem, wolnego czasu, żeby faktycznie się na taką wycieczkę wybrać. Albowiem ZAWSZE kiedy słyszę ten numer, ale właśnie ten, nawet nic więcej, nic innego z tej płyty, to mam ochotę na wycisk, i to musi być wycisk na dwóch kółkach. Po prostu muszę zapier*alać i tyle. A dzisiaj akurat nie mogę...

Kurde, no co mogę powiedzieć. TdF jest dla mnie naprawdę fantastyczną płytą, i boli mnie mocno, że Kraftwerk studyjnie nie wydali od tamtej pory nic, choć wciąż koncertują (a po drodze z tego świada wydalił się Florian). Niby ostatnie 20 lat Ralf spędza w studio i coś dłubie coś tworzy, ale chyba nie bardzo chce, by cokolwiek jego autorstwa po roku 2004 ujrzało już światło dzienne. Z drugiej strony, mogło być gorzej. Tymczasem Tour de France Soundtracks jest dla mnie płytą, która doskonale żeni stare, dobre Kraftwerk z nowymi brzmieniami, bierze z tego wymuskanego i lśniącego plastiku przełomu wieków tyle, ile trzeba i co w nim było najlepsze, podlewa to sosem ich początków i ubiera w szyty na miarę garnitur. Do tego stopnia, że gościnnie mógłby tu wystąpić Louie Austen. Będzie trzeba jakoś w przyszłym tygodniu zrobić trip i odpalić ten krążek ponownie, ale najbliżej warunków, które opisałem wyżej. Wspaniałe dzieło, wspaniały album, Kraftwerk to wspaniali ludzie i wtedy doskonale i dobitnie pokazali, że to nie ich ostatnie słowo. Szkoda, że od tamtej pory w zasadzie ostatnie xD Dragon zbiera łatwego prejza, ale no co, należy się, kłamał nie będę. Kto jedzie ze mną na rower?
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl