Best of Forum (Albumy) vol. 2
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Kraftwerk – Tour de France Soundtracks
Dziwne czasy nastały, wjeżdżamy z recenzjami Kraftwerk w momencie kiedy dochodzi do dosyć poważnych przetasowań w składzie, bo na rozpoczętej tydzień temu trasie, nie pojawił się Fritz Hilpert (zastępuje go zajmujący się do tej pory jedynie wizualizacjami Falk, natomiast projekcjami gość o imieniu Georg). Klasycznie jak to u Krtaftwerk, nie było i nie będzie żadnego oficjalnego komentarza, czy ogłoszenia w tej sprawie, więc czegokolwiek można się dowiedzieć tylko obserwując sytuację, lub z plotek. Te ostatnie są różnego rodzaju, jedni mówią, że Fritz jest nadal w zespole, ale nie będzie koncertował, a inni twierdzą, że chodzi tylko o najbliższe koncerty. Hilpert miał już w przeszłości problemy ze zdrowiem i szczerze mówiąc, nie będę zdziwiony jeśli okaże się, że ma dosyć tłuczenia się po całym świecie (a Kraftwerk się nie oszczędzają). Piszę o tym, bo Fritz jest cichym bohaterem „Tour de France Soundtracks” z czego wielu fanów nie zdaje, lub nie chce zdawać sobie sprawy. Fanbase Kraftwerk ma swoje „Alan wróć!”, tylko tymi Alanami są Karl Bartos oraz Wolfgang Flur. O ile ten pierwszy ma olbrzymie zasługi w zespole, ten drugi przestał dawać ciupcianie już w okolicach „Man Machine” o ile nie wcześniej. wkurza mnie to jęczenie, że prawdziwe Kraftwerk to tylko Ralf, Florian, Karl i Wolfgang. Dawno temu, sam odnosiłem się do Fritza i Henninga w sposób bardziej arogancki (ale bez hejtu), niemniej po przesłuchaniu wielu bootlegów (zwłaszcza tych z lat 91-93) i zgłębieniu pewnej wiedzy na temat tego, co oni faktycznie robią na scenie, zacząłem się jarać obecnością tych facetów, zwłaszcza Hilperta. To właśnie ten gość jest współkompozytorem większości kawałków na „Tour de France Soundtracks”. Jak duży był jego wpływ w brzmienie, tego się pewnie nie dowiemy, ale podejrzewam, że duży.
Pierwsze pięć utworów, to tak naprawdę jedna kompozycja i w ten sposób ją traktuję. To jest mój ulubiony fragment płyty, Kraftwerk od razu dają do pieca. To nie jest już to samo Kraftwerk co w latach 80 i 90 i o ile Expo może tam jakąś zapowiedzią było, to zespół poszedł o przynajmniej kilka kroków dalej, nagrywając TdF 2003. Dużo w tym nowej, fajnej, transowej elektroniki, a jednak sporo elementów pachnie Kraftwerk, bez nachalnego i sztucznego odwoływania się do starych płyt. Etap 2 jest jeszcze lepszy niż 1, jest tu wszystko to, co najbardziej lubię na tym albumie. I tu ciekawy wtręt ode mnie, odkąd ta płyta wyszła, nie mogły mi wyjść z głowy porównania z pewnymi kawałkami z soundtracku do gry Sonic 3D, w którą dużo grałem w latach 90 na Saturnie, zwłaszcza jeśli chodzi o ten numer
https://www.youtube.com/watch?v=zXuVBDT ... t&index=13
wydawało mi się, że bardziej przypominał to co potem nagrali Kraftwerk, ale nie ważne, to luźne skojarzenie. Podejrzewałem jeszcze ost do Extreme-G, ale sprawdziłem i tam też nie ma czegoś bardziej podobnego. Będę szukał dalej, bo jestem niemal pewien, że coś takiego było. Etap 3 wraca niejako do motywu z jedynki, ale podchodzi do tematu w inny sposób, dodając ładne melodyjne fragmenty pod koniec. „Chrono” to niewiele więcej niż epilog całości, ale spoko.
„Vitamin” pachnie trochę jinglem, ale muza Kraftwerk od zawsze była skazana na takie skojarzenia. Z jakiegoś powodu, klimat tego kawałka (bo nie brzmienie) pachnie jakimś listem miłosnym do płyty „Trans-Europe Express”. Zdecydowanie bardziej by mi to pasowało jako ilustracja jazdy pociągiem, a nie rowerem, a już zwłaszcza jeśli mówimy o poważnym kolarstwie, a nie jakimś wyjeździe do lasu, w lekkim tempie ala, heh, ja xD Kraftwerk potrafią robić te długie kawałki, które zlatują momentalnie, nie wiem jak oni to robią, mogę jedynie rozważać, że to w tej prostej elektronice dzieje się tak dużo, że pochłonięty tym człowiek, kompletnie traci rachubę czasu. „Aero Dynamik” to powrót rytmicznego Kraftwerk. Bardzo minimalistyczna perkusja, charakterystyczna dla Fritza, przypomina mi trochę „Excitera” i „Counterfeit 2”, czy ogólnie rzeczy, którymi jarał się w tamtym czasie Martin. Ten kawałek przypomina mi trochę ostatnią utworową wrzutkę Dragona, pod tym kątem, że wszystko tu pracuje tak żeby nieść rytm. Każdy element wchodzi bardzo rytmiczne, melodie są wybijane rytmicznie, bas chodzi rytmicznie. Jest bardzo motorycznie, wpada się w trans, w który łatwo można wpaść jadąc na rowerze (TADAAAAAA). Końcówka i „Titanium” to już klimaty „Dentaku”, jakaś psychodeliczna wariacja na temat wcześniejszych motywów, a potem już prosta do zakończenia i przesiadki w kolejny kawałek, czyli „Elektro Kardiogramm”. W pełni się zgodzę z Musiałem, odgłos bicia serca to coś co sprawia, że paradoksalnie, dostaję jakichś palpitacji i czuję się po prostu słabo. Nie wiem z czego to wynika, nie wiem czy to się da jakoś wyjaśnić, to chyba po prostu jakaś nerwica natręctw. No, ale ja tu gadu gadu, atu leci EKG – SASASASASASA… To brzmi bardzo klasycznie. Pisałem, że Kraftwerk nie oglądają się za siebie na tym albumie i nadal przy tym trwam, ale pewnych charakterystycznych elementów przecież nie są w stanie się pozbyć, i nawet nie o to chodzi. Nie rozumiem bóldupienia fanów Kraftwerk, bo ta pyta naprawdę ma wszystko co fan Kraftwerk powinien mieć do szczęścia. Nawet jeśli zespół brzmi po staremu, to brzmi z klasą, a nie jak karykatura. EKG to znacznie bardziej moje tempo jeżdżenia na rowerze i może nawet bym słuchał tej muzyki w trakcie jazdy, gdyby nie to, że jestem raczej przeciwnikiem jazdy ze słuchawkami. SASASASASA.
„La Forme” zaskoczyło mnie mocno przy pierwszych odsłuchach płyty, wtedy w 2003 r., bo zaczyna się jak coś totalnie niekraftwerkowego. Nadal odnoszę takie wrażenie kiedy to wjeżdża zaraz po uberkraftwerkowym EKG. Jednocześnie, kawałek z miejsca stał się jednym z moich ulubieńców, i długo miałem im za złe, że nie chcą tego grać live (zaczęli, nomen omen, 10 lat temu, więc kolejna rocznica). Vocoder Floriana brzmi niemal jakby robili sobie jaja, jakby włączyli jakąś opcję zatkanego nosa. Utwór sobie płynie, ja ponownie mam bardziej flashbacki z jazdy pociągiem. Generalnie mam wrażenie, że muzyka Kraftwerk najlepiej nadaje się do pociągu. „Regeneration” dosłownie brzmi jak jakiś motyw z gry video, w którym odnawia ci się zdrowie.
Odświeżona (ale bardzo subtelnie) wersja „Tour de France 83”, brzmi zadziwiająco na miejscu razem zresztą kompozycji, znacznie bardziej niż sam się spodziewałem. Pięknie dokończenie dzieła, piękne zakończenie, pieknej płyty.
„Tour de France Soundtracks” to album, który odhacza wiele boxów, jakie tego typu płyta i come back zespołu po prawie 17 latach, powinny zawierać. Zespół brzmi tu bardzo współcześnie (przynajmniej na rok 2003), gra elektronikę jakiej do tej pory nie grał (na płytach), nie traci jednocześnie jakiegoś swojego core brzmienia i vibe’u oraz wprowadza sporo nowości (np. ekskluzywne użycie vocoderu/ra(?) na całej płycie, pomijając „TdF 83”). Nie wiem czego ludzie chcą od tej płyty. Na grupie kraftwerkowej na FB, spotykam się z koszmarną ilością krytyki skierowanej w stronę tego albumu, oczywiście większość argumentów to „ta płyta jest chujowa”, oczywiście pojawiają się śmieszne wypowiedzi w stylu „z Karlem i Wolfgangiem by było dobre”, itd. Rzadziej ktoś próbuje się posiłkować prawdziwymi argumentami, lub sensownymi odczuciami, jak np. uczucie, że album jest nieinspirujący, plastikowy (ulubione słowo Melkiego), czy po prostu zbyt mało przełomowy, jak na Kraftwerk. Z tym ostatnim można się zgodzić, ale jest to niestety chomąto, które zespół sam na siebie zarzucił, bardzo podkreślając progres w swojej muzyce i wizerunku publicznym, do tego stopnia, że kiedy nagrali album nie wyprzedzający swoich czasów (ale będąc jak najbardziej aktualnym), część fanów czuła się rozczarowana. Ja nie podchodziłem i nie podchodzę do tego w ten sposób, ale potrafię zrozumieć taki zarzut, bo jednak jest to jakaś część uroku Kraftwerk. O ile jednak można to wrzucić do wora pt. „szkoda, że nie”, to nie widzę tego jako jakiegoś silnego, obiektywnego argumentu przeciw muzyce. Okazja była zacna (100 lat wyścigu Tour de France i 20 lat oryginalnego singla), nie pamiętam już jak to dokładnie było, ale CHYBA zespół poproszono o nagranie jingla na tę okazję, a ci pocisnęli cały album. Fajnie, że tak się stało.
Od tamtej pory Ralf obiecywał, że na następny album nie będzie trzeba tak długo czekać (mają czas do sierpnia, żeby dotrzymać słowa lol), do tego opisywał w swoim czasie swoją dzienną rutynę, że wstaje rano, myje zęby, siedzi od tej do tamtej godziny w Kling-Klang, pracuje nad muzyką i idzie do domu. Trochę jak w robocie. Myślę, że to jest już jednak nieaktualne, co najwyżej pracują nad nowymi wersjami kawałków na koncerty. Nie boli mnie, że nie będzie więcej płyt Kraftwerk, wiem, że oczekiwania byłyby tak śmieszne, że choćby nagrali dzieło życia, wywalono by na nich stos gówna (powody by się znalazły, nawet gdyby ich nie było), „Tour de France Soundtracks” to doskonałe zwieńczenie kariery studyjnej. Jeżeli jednak coś wydadzą, będę się bardzo cieszył. I w sumie tyle mam do powiedzenia.
Gówno, mam więcej xD W ramach dopełniania tematu, przesłuchałem sobie jeszcze alternatywną wersję całego albumu, czyli „Tour de France Soundtracks” w wersji z The Katalog 3-D. Całość trwa tylko 38 minut (vs 55 oryginału) i w sumie dobrze pokazuje, na jakie skróty potrafią chodzić Kraftwerk, przynajmniej potrafili w tamtym czasie, bo aktualnie trochę się ogarnęli z tym. „TdF 83” powędrowało na początek i trwa 4 minuty z hakiem, ale bardzo fajnie łączy się z wersją 2003. Ale właśnie. Jaja są z „TdF 2003”, bo Etapu 3 nie ma w ogóle, a „Chrono” powędrowało między Etap 1 i 2, w charakterze łącznika (i trwa tylko minutę). BO, de facto Etap 1 zawiera też elementy 3 i całość trwa niecałe 4 minuty. „Vitamin”, poza skróceniem o 2 minuty, ma trochę inne brzmienie klawiszy i trochę inny vibe, ale ogólnie bez zmian. Tu nie ma tego szoku, kiedy odświeżane są numer sprzed 30, czy 40 lat, Kraftwerk nadal brzmią podobnie. W tle za vocoderem, słychać cicho staruszka Ralfa, wyjątkowo zachowali live wokal. „Aerodynamik” wyjątkowo minutę dłuższe, ale to dlatego, że zawiera „Titanium”, więc ostatecznie i tak jest krótsze xD „EKG” niecała minutę krótsze i trochę podkręcone, chyba najbardziej przerobiony numer ze wszystkich. Bardzo fajnie brzmi. „La Forme” ponad 2 minuty krótsze, bez większych zmian, na zakończenie wypierdziane, 28sekundowe „Regeneration”. Co ciekawe, ta wersja mnie faktycznie zmęczyła, czego prawie 20 minut dłuższy oryginał nie zrobił. Fajna ciekawostka.
Jest jeszcze wersja promo albumu, która zawiera dłuższe ponaddwumintowe „Regeneration” oraz inaczej zagrane i zmiskowane „TdF 2003”. Niestety nigdzie tego nie mogę znaleźć, na slsk było tylko samo „Regeneration”. W każdym razie, to będzie chyba wszystko w temacie tej płyty ode mnie.
Dziwne czasy nastały, wjeżdżamy z recenzjami Kraftwerk w momencie kiedy dochodzi do dosyć poważnych przetasowań w składzie, bo na rozpoczętej tydzień temu trasie, nie pojawił się Fritz Hilpert (zastępuje go zajmujący się do tej pory jedynie wizualizacjami Falk, natomiast projekcjami gość o imieniu Georg). Klasycznie jak to u Krtaftwerk, nie było i nie będzie żadnego oficjalnego komentarza, czy ogłoszenia w tej sprawie, więc czegokolwiek można się dowiedzieć tylko obserwując sytuację, lub z plotek. Te ostatnie są różnego rodzaju, jedni mówią, że Fritz jest nadal w zespole, ale nie będzie koncertował, a inni twierdzą, że chodzi tylko o najbliższe koncerty. Hilpert miał już w przeszłości problemy ze zdrowiem i szczerze mówiąc, nie będę zdziwiony jeśli okaże się, że ma dosyć tłuczenia się po całym świecie (a Kraftwerk się nie oszczędzają). Piszę o tym, bo Fritz jest cichym bohaterem „Tour de France Soundtracks” z czego wielu fanów nie zdaje, lub nie chce zdawać sobie sprawy. Fanbase Kraftwerk ma swoje „Alan wróć!”, tylko tymi Alanami są Karl Bartos oraz Wolfgang Flur. O ile ten pierwszy ma olbrzymie zasługi w zespole, ten drugi przestał dawać ciupcianie już w okolicach „Man Machine” o ile nie wcześniej. wkurza mnie to jęczenie, że prawdziwe Kraftwerk to tylko Ralf, Florian, Karl i Wolfgang. Dawno temu, sam odnosiłem się do Fritza i Henninga w sposób bardziej arogancki (ale bez hejtu), niemniej po przesłuchaniu wielu bootlegów (zwłaszcza tych z lat 91-93) i zgłębieniu pewnej wiedzy na temat tego, co oni faktycznie robią na scenie, zacząłem się jarać obecnością tych facetów, zwłaszcza Hilperta. To właśnie ten gość jest współkompozytorem większości kawałków na „Tour de France Soundtracks”. Jak duży był jego wpływ w brzmienie, tego się pewnie nie dowiemy, ale podejrzewam, że duży.
Pierwsze pięć utworów, to tak naprawdę jedna kompozycja i w ten sposób ją traktuję. To jest mój ulubiony fragment płyty, Kraftwerk od razu dają do pieca. To nie jest już to samo Kraftwerk co w latach 80 i 90 i o ile Expo może tam jakąś zapowiedzią było, to zespół poszedł o przynajmniej kilka kroków dalej, nagrywając TdF 2003. Dużo w tym nowej, fajnej, transowej elektroniki, a jednak sporo elementów pachnie Kraftwerk, bez nachalnego i sztucznego odwoływania się do starych płyt. Etap 2 jest jeszcze lepszy niż 1, jest tu wszystko to, co najbardziej lubię na tym albumie. I tu ciekawy wtręt ode mnie, odkąd ta płyta wyszła, nie mogły mi wyjść z głowy porównania z pewnymi kawałkami z soundtracku do gry Sonic 3D, w którą dużo grałem w latach 90 na Saturnie, zwłaszcza jeśli chodzi o ten numer
https://www.youtube.com/watch?v=zXuVBDT ... t&index=13
wydawało mi się, że bardziej przypominał to co potem nagrali Kraftwerk, ale nie ważne, to luźne skojarzenie. Podejrzewałem jeszcze ost do Extreme-G, ale sprawdziłem i tam też nie ma czegoś bardziej podobnego. Będę szukał dalej, bo jestem niemal pewien, że coś takiego było. Etap 3 wraca niejako do motywu z jedynki, ale podchodzi do tematu w inny sposób, dodając ładne melodyjne fragmenty pod koniec. „Chrono” to niewiele więcej niż epilog całości, ale spoko.
„Vitamin” pachnie trochę jinglem, ale muza Kraftwerk od zawsze była skazana na takie skojarzenia. Z jakiegoś powodu, klimat tego kawałka (bo nie brzmienie) pachnie jakimś listem miłosnym do płyty „Trans-Europe Express”. Zdecydowanie bardziej by mi to pasowało jako ilustracja jazdy pociągiem, a nie rowerem, a już zwłaszcza jeśli mówimy o poważnym kolarstwie, a nie jakimś wyjeździe do lasu, w lekkim tempie ala, heh, ja xD Kraftwerk potrafią robić te długie kawałki, które zlatują momentalnie, nie wiem jak oni to robią, mogę jedynie rozważać, że to w tej prostej elektronice dzieje się tak dużo, że pochłonięty tym człowiek, kompletnie traci rachubę czasu. „Aero Dynamik” to powrót rytmicznego Kraftwerk. Bardzo minimalistyczna perkusja, charakterystyczna dla Fritza, przypomina mi trochę „Excitera” i „Counterfeit 2”, czy ogólnie rzeczy, którymi jarał się w tamtym czasie Martin. Ten kawałek przypomina mi trochę ostatnią utworową wrzutkę Dragona, pod tym kątem, że wszystko tu pracuje tak żeby nieść rytm. Każdy element wchodzi bardzo rytmiczne, melodie są wybijane rytmicznie, bas chodzi rytmicznie. Jest bardzo motorycznie, wpada się w trans, w który łatwo można wpaść jadąc na rowerze (TADAAAAAA). Końcówka i „Titanium” to już klimaty „Dentaku”, jakaś psychodeliczna wariacja na temat wcześniejszych motywów, a potem już prosta do zakończenia i przesiadki w kolejny kawałek, czyli „Elektro Kardiogramm”. W pełni się zgodzę z Musiałem, odgłos bicia serca to coś co sprawia, że paradoksalnie, dostaję jakichś palpitacji i czuję się po prostu słabo. Nie wiem z czego to wynika, nie wiem czy to się da jakoś wyjaśnić, to chyba po prostu jakaś nerwica natręctw. No, ale ja tu gadu gadu, atu leci EKG – SASASASASASA… To brzmi bardzo klasycznie. Pisałem, że Kraftwerk nie oglądają się za siebie na tym albumie i nadal przy tym trwam, ale pewnych charakterystycznych elementów przecież nie są w stanie się pozbyć, i nawet nie o to chodzi. Nie rozumiem bóldupienia fanów Kraftwerk, bo ta pyta naprawdę ma wszystko co fan Kraftwerk powinien mieć do szczęścia. Nawet jeśli zespół brzmi po staremu, to brzmi z klasą, a nie jak karykatura. EKG to znacznie bardziej moje tempo jeżdżenia na rowerze i może nawet bym słuchał tej muzyki w trakcie jazdy, gdyby nie to, że jestem raczej przeciwnikiem jazdy ze słuchawkami. SASASASASA.
„La Forme” zaskoczyło mnie mocno przy pierwszych odsłuchach płyty, wtedy w 2003 r., bo zaczyna się jak coś totalnie niekraftwerkowego. Nadal odnoszę takie wrażenie kiedy to wjeżdża zaraz po uberkraftwerkowym EKG. Jednocześnie, kawałek z miejsca stał się jednym z moich ulubieńców, i długo miałem im za złe, że nie chcą tego grać live (zaczęli, nomen omen, 10 lat temu, więc kolejna rocznica). Vocoder Floriana brzmi niemal jakby robili sobie jaja, jakby włączyli jakąś opcję zatkanego nosa. Utwór sobie płynie, ja ponownie mam bardziej flashbacki z jazdy pociągiem. Generalnie mam wrażenie, że muzyka Kraftwerk najlepiej nadaje się do pociągu. „Regeneration” dosłownie brzmi jak jakiś motyw z gry video, w którym odnawia ci się zdrowie.
Odświeżona (ale bardzo subtelnie) wersja „Tour de France 83”, brzmi zadziwiająco na miejscu razem zresztą kompozycji, znacznie bardziej niż sam się spodziewałem. Pięknie dokończenie dzieła, piękne zakończenie, pieknej płyty.
„Tour de France Soundtracks” to album, który odhacza wiele boxów, jakie tego typu płyta i come back zespołu po prawie 17 latach, powinny zawierać. Zespół brzmi tu bardzo współcześnie (przynajmniej na rok 2003), gra elektronikę jakiej do tej pory nie grał (na płytach), nie traci jednocześnie jakiegoś swojego core brzmienia i vibe’u oraz wprowadza sporo nowości (np. ekskluzywne użycie vocoderu/ra(?) na całej płycie, pomijając „TdF 83”). Nie wiem czego ludzie chcą od tej płyty. Na grupie kraftwerkowej na FB, spotykam się z koszmarną ilością krytyki skierowanej w stronę tego albumu, oczywiście większość argumentów to „ta płyta jest chujowa”, oczywiście pojawiają się śmieszne wypowiedzi w stylu „z Karlem i Wolfgangiem by było dobre”, itd. Rzadziej ktoś próbuje się posiłkować prawdziwymi argumentami, lub sensownymi odczuciami, jak np. uczucie, że album jest nieinspirujący, plastikowy (ulubione słowo Melkiego), czy po prostu zbyt mało przełomowy, jak na Kraftwerk. Z tym ostatnim można się zgodzić, ale jest to niestety chomąto, które zespół sam na siebie zarzucił, bardzo podkreślając progres w swojej muzyce i wizerunku publicznym, do tego stopnia, że kiedy nagrali album nie wyprzedzający swoich czasów (ale będąc jak najbardziej aktualnym), część fanów czuła się rozczarowana. Ja nie podchodziłem i nie podchodzę do tego w ten sposób, ale potrafię zrozumieć taki zarzut, bo jednak jest to jakaś część uroku Kraftwerk. O ile jednak można to wrzucić do wora pt. „szkoda, że nie”, to nie widzę tego jako jakiegoś silnego, obiektywnego argumentu przeciw muzyce. Okazja była zacna (100 lat wyścigu Tour de France i 20 lat oryginalnego singla), nie pamiętam już jak to dokładnie było, ale CHYBA zespół poproszono o nagranie jingla na tę okazję, a ci pocisnęli cały album. Fajnie, że tak się stało.
Od tamtej pory Ralf obiecywał, że na następny album nie będzie trzeba tak długo czekać (mają czas do sierpnia, żeby dotrzymać słowa lol), do tego opisywał w swoim czasie swoją dzienną rutynę, że wstaje rano, myje zęby, siedzi od tej do tamtej godziny w Kling-Klang, pracuje nad muzyką i idzie do domu. Trochę jak w robocie. Myślę, że to jest już jednak nieaktualne, co najwyżej pracują nad nowymi wersjami kawałków na koncerty. Nie boli mnie, że nie będzie więcej płyt Kraftwerk, wiem, że oczekiwania byłyby tak śmieszne, że choćby nagrali dzieło życia, wywalono by na nich stos gówna (powody by się znalazły, nawet gdyby ich nie było), „Tour de France Soundtracks” to doskonałe zwieńczenie kariery studyjnej. Jeżeli jednak coś wydadzą, będę się bardzo cieszył. I w sumie tyle mam do powiedzenia.
Gówno, mam więcej xD W ramach dopełniania tematu, przesłuchałem sobie jeszcze alternatywną wersję całego albumu, czyli „Tour de France Soundtracks” w wersji z The Katalog 3-D. Całość trwa tylko 38 minut (vs 55 oryginału) i w sumie dobrze pokazuje, na jakie skróty potrafią chodzić Kraftwerk, przynajmniej potrafili w tamtym czasie, bo aktualnie trochę się ogarnęli z tym. „TdF 83” powędrowało na początek i trwa 4 minuty z hakiem, ale bardzo fajnie łączy się z wersją 2003. Ale właśnie. Jaja są z „TdF 2003”, bo Etapu 3 nie ma w ogóle, a „Chrono” powędrowało między Etap 1 i 2, w charakterze łącznika (i trwa tylko minutę). BO, de facto Etap 1 zawiera też elementy 3 i całość trwa niecałe 4 minuty. „Vitamin”, poza skróceniem o 2 minuty, ma trochę inne brzmienie klawiszy i trochę inny vibe, ale ogólnie bez zmian. Tu nie ma tego szoku, kiedy odświeżane są numer sprzed 30, czy 40 lat, Kraftwerk nadal brzmią podobnie. W tle za vocoderem, słychać cicho staruszka Ralfa, wyjątkowo zachowali live wokal. „Aerodynamik” wyjątkowo minutę dłuższe, ale to dlatego, że zawiera „Titanium”, więc ostatecznie i tak jest krótsze xD „EKG” niecała minutę krótsze i trochę podkręcone, chyba najbardziej przerobiony numer ze wszystkich. Bardzo fajnie brzmi. „La Forme” ponad 2 minuty krótsze, bez większych zmian, na zakończenie wypierdziane, 28sekundowe „Regeneration”. Co ciekawe, ta wersja mnie faktycznie zmęczyła, czego prawie 20 minut dłuższy oryginał nie zrobił. Fajna ciekawostka.
Jest jeszcze wersja promo albumu, która zawiera dłuższe ponaddwumintowe „Regeneration” oraz inaczej zagrane i zmiskowane „TdF 2003”. Niestety nigdzie tego nie mogę znaleźć, na slsk było tylko samo „Regeneration”. W każdym razie, to będzie chyba wszystko w temacie tej płyty ode mnie.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Dobrze ujęte te wersje płyt w ramach Katalogu - ciekawostka. Chyba tylko faktycznie na żywo na koncercie zrobiłoby to na mnie jakieś wrażenie i to dotyczy w sumie każdej płyty potraktowanej w ten sposób. Jest wiele zespołów, o których lubię takie symulacje koncertowe w domu, ale w Kraftłerku tego nie szukam.
A jeszcze bardziej boje się tej kraftwerkowej grupki fejsbukowej xD
A jeszcze bardziej boje się tej kraftwerkowej grupki fejsbukowej xD
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Kraftwerk - TDFS
Podchodziłem do tej płyty z dużym zaciekawieniem ale i dużą obawą czy jedna z nowszych płyt nagranych po latach przez klasyków elektroniki nie będzie u mnie przypadkiem podobnym do Metamorphoses tudzież drugiego Oxygene, czyli na zasadzie że to już nie to lub że jest to całkiem inne brzmienie którego nie łapię. Z drugiej strony na mojej drodze nie spotkałem jeszcze niczego od Kraftwerk co byłoby złe, to była myśl pocieszająca.
Pierwsze cztery numery albumu przelatują raczej w jednym ciągu i z pamięci nie jestem w stanie w żaden sposób ich rozróżnić, jedyne co wiem to że mam skojarzenia z jakimś muzakiem z przerywników Canal+ tudzież Eurosportem (chyba nawet trafione bo czytałem że ta muza chyba była podkładana pod jakieś relacje z TDF na Eurosporcie swego czasu). Na szczęście następne w kolejce jest Vitamin które jest jednym z highlightów tej płyty. Jako jedne z niewielu ma tekst które jakoś potrafi wyryć się w głowie i całkiem przyjemne brzmienie. Poza nim na płycie wyróżnia się jeszcze tytułowe Tour De France, początkowo myślałem że to jedyny jasny punkt albumu, teraz myślę że jest ok i tyle. Reszta zwyczajnie jest dla mnie nudna jak flaki z olejem, monotonna i bezbarwna, zaś EKG również uważam za drażniące, do tego to SASASASASA mnie rozbraja gdyż... takiego samego dźwięku użyłem przed laty w mojej pierwszej domowej produkcji ever, heh (ok 1:05 w numerze wchodzi)
https://on.soundcloud.com/vpcxw
No ok, fajne są może te inne kraftwerkowe synthowe motywy w tym numerze ale ten oddech wkurza po prostu. Reszta albumu przez trzy odsłuchy przeleciała mi przez uszy niczym muzak nie angażując ani nie zapadając w pamięci, na więcej nie mam ochoty ani siły.
Wybacz Dragon ale odbiłem się od większości numerów tutaj, zdecydowanie wolę Kraftwerk w formie bardziej piosenkowej chyba, monotonia tej płyty mnie przygniotła chwilami. Widzę że ten dopisek Soundtracks nie był tu chyba bez powodu bo to jest jakiś tam soundtrack tylko nie wiem do czego, czy to tylko na rower się nadaje czy jak, może nie miałem odpowiednich warunków do tej płyty żeby kliknęło między nami - NIE WIEM. Wiem że jak na moje doświadczenia z Kraftwerk to było dla mnie najsłabsze i nieciekawe.
Podchodziłem do tej płyty z dużym zaciekawieniem ale i dużą obawą czy jedna z nowszych płyt nagranych po latach przez klasyków elektroniki nie będzie u mnie przypadkiem podobnym do Metamorphoses tudzież drugiego Oxygene, czyli na zasadzie że to już nie to lub że jest to całkiem inne brzmienie którego nie łapię. Z drugiej strony na mojej drodze nie spotkałem jeszcze niczego od Kraftwerk co byłoby złe, to była myśl pocieszająca.
Pierwsze cztery numery albumu przelatują raczej w jednym ciągu i z pamięci nie jestem w stanie w żaden sposób ich rozróżnić, jedyne co wiem to że mam skojarzenia z jakimś muzakiem z przerywników Canal+ tudzież Eurosportem (chyba nawet trafione bo czytałem że ta muza chyba była podkładana pod jakieś relacje z TDF na Eurosporcie swego czasu). Na szczęście następne w kolejce jest Vitamin które jest jednym z highlightów tej płyty. Jako jedne z niewielu ma tekst które jakoś potrafi wyryć się w głowie i całkiem przyjemne brzmienie. Poza nim na płycie wyróżnia się jeszcze tytułowe Tour De France, początkowo myślałem że to jedyny jasny punkt albumu, teraz myślę że jest ok i tyle. Reszta zwyczajnie jest dla mnie nudna jak flaki z olejem, monotonna i bezbarwna, zaś EKG również uważam za drażniące, do tego to SASASASASA mnie rozbraja gdyż... takiego samego dźwięku użyłem przed laty w mojej pierwszej domowej produkcji ever, heh (ok 1:05 w numerze wchodzi)
https://on.soundcloud.com/vpcxw
No ok, fajne są może te inne kraftwerkowe synthowe motywy w tym numerze ale ten oddech wkurza po prostu. Reszta albumu przez trzy odsłuchy przeleciała mi przez uszy niczym muzak nie angażując ani nie zapadając w pamięci, na więcej nie mam ochoty ani siły.
Wybacz Dragon ale odbiłem się od większości numerów tutaj, zdecydowanie wolę Kraftwerk w formie bardziej piosenkowej chyba, monotonia tej płyty mnie przygniotła chwilami. Widzę że ten dopisek Soundtracks nie był tu chyba bez powodu bo to jest jakiś tam soundtrack tylko nie wiem do czego, czy to tylko na rower się nadaje czy jak, może nie miałem odpowiednich warunków do tej płyty żeby kliknęło między nami - NIE WIEM. Wiem że jak na moje doświadczenia z Kraftwerk to było dla mnie najsłabsze i nieciekawe.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Moduł "gryzienie się w język": aktywowany
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Ale po co? Nie widzę przeszkód żebyś coś napisał jesliś rozczarowany :p
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Dragon stosuje chwyty ala "uwaga, bo powiem kůrwa"
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Myślałem że jesteśmy na forum dyskusyjnym a tu jakieś gryzienie się w język, chyba nie jestem partnerem do rozmowy
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
tylko z czym tu dyskutować
Jak na płytę, której treść liryczną można sprowadzić do zapisanej kartki A4 i na której jest tak naprawdę sześć utworów to ciekawa uwaga.
Z wrażeniami per emocjami trudno zrobić coś więcej. Mnie ten minimal złapał, dobry balans między odprężającą atmosferą a po trochę też klubową motoryką.nudna jak flaki z olejem, monotonna i bezbarwna (...) drażniące (...) wkurza po prostu (...) nie angażując ani nie zapadając (...) nie mam ochoty ani siły
IMO tu piosenek nie brakuje, trudno o lepszy przykład technopopu
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
shodan, Melki? (w sumie to i mentos też jeśli planuje powrót)
Pobudka, tu się TDFS omawia
Pobudka, tu się TDFS omawia
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Ale Tour de France rusza dopiero 1-go lipca. Muszą być odpowiednie warunki do odsłuchów. 
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Weź mi tu nie pier*ol i grzecznie reckę zapodaj xd
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Wuja, chcesz mieć ligę zablokowaną do 1 lipca? XD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Mentos chyba pierwszy wjedzie z pozostałych państwa coś mi się zdaje.
Najwyraźniej nie tylko mi ten Kraftwerk w gardle stanął
Najwyraźniej nie tylko mi ten Kraftwerk w gardle stanął
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
No, Panowie, bez kitu.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Kraftwerk – Tour de France Soundtracks
Nie znam się na Kraftwerk. Znam tylko te albumy, które w bestkach proponowaliście, więc z TdFS w sumie trzy. I na tę chwilę umieściłbym go chyba pośrodku między Computer World a Electric Café. Jak pamiętacie zapewne Computer World kompletnie mi nie podszedł. Za to Electric Café było bardzo dobre. Tour de France Soundtracks oceniam pozytywnie. Sam pomysł nagrania takiej płyty jest bardzo ciekawy i godny pochwalenia. Najpierw kilka tracków, które są jakby odpowiednikami kolarskich etapów. Później kilka utworów również powiązanych ze sprawami istotnymi dla kolarstwa jak regeneracja po wyścigu, monitorowanie pracy serca kolarza, zażywanie witamin. Nie wiem, czy oni o tym śpiewają czy raczej mówią, ale tak to odbieram. Pierwsze 5 utworów to rzeczywiście jakby jeden numer. Nawet można łatwo przeoczyć, kiedy się kończy jeden a zaczyna drugi. Najlepszy jest wg mnie Etape 1, a reszta to już tylko kolejne wariacje, przy których zdarzało mi się tracić uwagę. Np. na Etape 2, który jest zbyt długi. Ale brzmienie tych utworów naprawdę dobre. Bas pięknie chodzi. I nogi pod biurkiem też chodziły przy słuchaniu. Na rowerze ostatnio nie jeździłem, ale myślę, że te utwory się dobrze do kolarstwa nadają. Nie wiem tylko, czy bym dał radę utrzymać takie tempo aż do Vitamin, który wyraźnie zwalnia. To dobrze, bo takie galopowanie przez prawie godzinę mogłoby znużyć. Vitamin to bardzo ciekawy utwór. Możliwe, że mój ulubiony. Bas wrzyna się głęboko do głowy. Perka też. Zagrywki klawiszowe świetne. Potem mamy znowy przyspieszenie w postaci Aero Dynamik. Świetny ten przewodni motyw. Elementy perkusyjne super cykają wybijając hipnotyczny rytm. Bardzo dobra rzecz. Titanium to właściwie dalej ten sam utwór. Bez patrzenia w playlistę nie sposób się zorientować, że to oddzielny utwór. Elektro Kardiogram ma ciekawe brzmienie. Odgłos bicia serca mi nie przeszkadza, a robi niezły klimat. I te niby oddechy. Słuchając takich utworów jak EK nie mogę się nadziwić, jak wiele wspólnego z Kraftwerk miało brzmienie DM na pewnym etapie. La Forme to utwór, który na początku mnie trochę nudził, ale się w końcu przegryzł. Może jest troche przydługi. Regeneration to właściwie taka coda La Forme wyhamowująca zgrabnie ten album. To powinien być właściwie koniec tego albumu. Ostatni tyułowy numer jest dobry, ale średnio mi pasuje na koniec. Powinien być umiejscowiony wcześniej na trackliście.
Przyznam się szczerze, że przez kilka pierwszych odsłuchów troche się męczyłem z tym TdFS. Ale jak się już dobrze osłuchałem, to chwyciło. Chociaż lepiej mi się słucha tego w mniejszych porcjach, np. 2-3 utwory. Lepiej to na mnie działa, niż słuchanie ciągiem przez godzinę. Ale album jest dobry i naprawdę nie wiem, czemu fani Kraftwerk to niby hejtują. Ta muzyka jest wg mnie bardzo kraftwerkowa. I nie sposób nie docenić tego doskonałego brzmienia.
Podoba mi się jeszcze jedno - że utwory właściwie są ze sobą w większości połączone płynnie przechodząc z jednego do kolejnego. Bardzo lubię takie coś. DM też kiedyś tak często robili.
Nie znam się na Kraftwerk. Znam tylko te albumy, które w bestkach proponowaliście, więc z TdFS w sumie trzy. I na tę chwilę umieściłbym go chyba pośrodku między Computer World a Electric Café. Jak pamiętacie zapewne Computer World kompletnie mi nie podszedł. Za to Electric Café było bardzo dobre. Tour de France Soundtracks oceniam pozytywnie. Sam pomysł nagrania takiej płyty jest bardzo ciekawy i godny pochwalenia. Najpierw kilka tracków, które są jakby odpowiednikami kolarskich etapów. Później kilka utworów również powiązanych ze sprawami istotnymi dla kolarstwa jak regeneracja po wyścigu, monitorowanie pracy serca kolarza, zażywanie witamin. Nie wiem, czy oni o tym śpiewają czy raczej mówią, ale tak to odbieram. Pierwsze 5 utworów to rzeczywiście jakby jeden numer. Nawet można łatwo przeoczyć, kiedy się kończy jeden a zaczyna drugi. Najlepszy jest wg mnie Etape 1, a reszta to już tylko kolejne wariacje, przy których zdarzało mi się tracić uwagę. Np. na Etape 2, który jest zbyt długi. Ale brzmienie tych utworów naprawdę dobre. Bas pięknie chodzi. I nogi pod biurkiem też chodziły przy słuchaniu. Na rowerze ostatnio nie jeździłem, ale myślę, że te utwory się dobrze do kolarstwa nadają. Nie wiem tylko, czy bym dał radę utrzymać takie tempo aż do Vitamin, który wyraźnie zwalnia. To dobrze, bo takie galopowanie przez prawie godzinę mogłoby znużyć. Vitamin to bardzo ciekawy utwór. Możliwe, że mój ulubiony. Bas wrzyna się głęboko do głowy. Perka też. Zagrywki klawiszowe świetne. Potem mamy znowy przyspieszenie w postaci Aero Dynamik. Świetny ten przewodni motyw. Elementy perkusyjne super cykają wybijając hipnotyczny rytm. Bardzo dobra rzecz. Titanium to właściwie dalej ten sam utwór. Bez patrzenia w playlistę nie sposób się zorientować, że to oddzielny utwór. Elektro Kardiogram ma ciekawe brzmienie. Odgłos bicia serca mi nie przeszkadza, a robi niezły klimat. I te niby oddechy. Słuchając takich utworów jak EK nie mogę się nadziwić, jak wiele wspólnego z Kraftwerk miało brzmienie DM na pewnym etapie. La Forme to utwór, który na początku mnie trochę nudził, ale się w końcu przegryzł. Może jest troche przydługi. Regeneration to właściwie taka coda La Forme wyhamowująca zgrabnie ten album. To powinien być właściwie koniec tego albumu. Ostatni tyułowy numer jest dobry, ale średnio mi pasuje na koniec. Powinien być umiejscowiony wcześniej na trackliście.
Przyznam się szczerze, że przez kilka pierwszych odsłuchów troche się męczyłem z tym TdFS. Ale jak się już dobrze osłuchałem, to chwyciło. Chociaż lepiej mi się słucha tego w mniejszych porcjach, np. 2-3 utwory. Lepiej to na mnie działa, niż słuchanie ciągiem przez godzinę. Ale album jest dobry i naprawdę nie wiem, czemu fani Kraftwerk to niby hejtują. Ta muzyka jest wg mnie bardzo kraftwerkowa. I nie sposób nie docenić tego doskonałego brzmienia.
Podoba mi się jeszcze jedno - że utwory właściwie są ze sobą w większości połączone płynnie przechodząc z jednego do kolejnego. Bardzo lubię takie coś. DM też kiedyś tak często robili.
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Wrzucę dzisiaj reckę jak się wyśpię.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
No za długo to trwa Panowie, jutro zaczynamy omawiać a-ha, nie ma bata
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Kraftwerk – Tour de France Soundtracks
Kraftwerk to zespół, który poznawałem z jakiejś składanki typu Best Of, która stoi teraz u mnie na półce. Lubię i regularnie wracam, razem z TdFS przypomniałem sobie od razu Computerwelt, wiele takiej muzyki mogę puścić na jednym posłuchaniu i jedno fajnie przechodzi w drugie. O samym zespole nie ma co za dużo pisać, legenda, jeden z najbardziej wpływowych zespołów w ogóle, jak lecą tu często piosenki z lat 80., to tam przecież co jedni elektronicy inspirowali się właśnie nimi (na czele z naszymi ulubieńcami).
O samym albumie powiem tak: przede wszystkim rzuca się to, że soundtracki w tytule doskonale współgrają z charakterem tej muzyki. Prolog brzmi rzeczywiście jak ta chwila, kiedy jeszcze się myśli, co za chwilę nastąpi, a jeszcze się nie dzieje. I... ruszamy! Rzeczywiście, kolejne utwory brzmią jak jeden wielki utwór, są połączone w całość, przejścia są prawie niedostrzegalne, tempo dobre do jazdy, kojarzy się z jazdą, muzyka lekka, przestrzenna, dynamiczna, bit jest tylko tłem. Długie sekwencje, bo nawet nie pasaże, motywy ewidentnie transowe (Vitamin), taka muzyka może lecieć w tle dużo dłużej niż nawet trwa ten album i, póki się nie zauważy, że obecność dźwięków męczy, może grać i grać. Vitamin zmienia charakter, muzyka już nie sunie naprzód tak, jak koła, staje się bardziej jednostajna, miarowa. Aero Dynamik to znów inne sekwencje, bardziej zakręcone, także transowe, rzeczywiście kojarzy się na swój sposób z mechaniką, z obracającym się kołem (ten dominujący dźwięk nasuwa myśl o obracaniu przedmiotu w rękach).
Tempo spacerowe/jazdowe, coś się dzieje, coś sprawdzamy idąc obok, pojazd się toczy, coś jak testowanie możliwości mechaniki. Ten tytuł w połączeniu z pobudzeniem wyobraźni do tworzenia skojarzeń z rowerem są bardzo produktywne! Elektro Kardiogram z kolei przywołuje znów badanie nie tyle sprzętu, co człowieka. Tu można wyobraźnię rozwinąć na dużą skalę. Oddech zapracowanego człowieka, diody migają, kable się naprężają, testujemy możliwości, generalnie bardzo plastyczna muzyka. I bardzo lekka, nawet przez moment nie przytłacza. Trochę jak jakieś laboratorium, jak praca ze starym sprzętem, bardzo dobrze się tego słucha, dzięki surowości świeżo brzmi.
La Forme i wracamy na trasę. Podziwiamy krajobrazy po bokach, sprawdzamy drogę, liczymy nasze osiągi. I tak to się koła toczą, dojeżdżamy do mety i regenerujemy siły (i chyba wyłączamy już uważniejsze słuchanie muzyki na dziś). Dobre to jest jako muzyka tła, dobre jako środek pobudzający wyobraźnię. Bardzo miło było wrócić do Kraftwerku w tym wydaniu, bardzo udany zbiór nagrań, dobry koncept.
Kraftwerk to zespół, który poznawałem z jakiejś składanki typu Best Of, która stoi teraz u mnie na półce. Lubię i regularnie wracam, razem z TdFS przypomniałem sobie od razu Computerwelt, wiele takiej muzyki mogę puścić na jednym posłuchaniu i jedno fajnie przechodzi w drugie. O samym zespole nie ma co za dużo pisać, legenda, jeden z najbardziej wpływowych zespołów w ogóle, jak lecą tu często piosenki z lat 80., to tam przecież co jedni elektronicy inspirowali się właśnie nimi (na czele z naszymi ulubieńcami).
O samym albumie powiem tak: przede wszystkim rzuca się to, że soundtracki w tytule doskonale współgrają z charakterem tej muzyki. Prolog brzmi rzeczywiście jak ta chwila, kiedy jeszcze się myśli, co za chwilę nastąpi, a jeszcze się nie dzieje. I... ruszamy! Rzeczywiście, kolejne utwory brzmią jak jeden wielki utwór, są połączone w całość, przejścia są prawie niedostrzegalne, tempo dobre do jazdy, kojarzy się z jazdą, muzyka lekka, przestrzenna, dynamiczna, bit jest tylko tłem. Długie sekwencje, bo nawet nie pasaże, motywy ewidentnie transowe (Vitamin), taka muzyka może lecieć w tle dużo dłużej niż nawet trwa ten album i, póki się nie zauważy, że obecność dźwięków męczy, może grać i grać. Vitamin zmienia charakter, muzyka już nie sunie naprzód tak, jak koła, staje się bardziej jednostajna, miarowa. Aero Dynamik to znów inne sekwencje, bardziej zakręcone, także transowe, rzeczywiście kojarzy się na swój sposób z mechaniką, z obracającym się kołem (ten dominujący dźwięk nasuwa myśl o obracaniu przedmiotu w rękach).
Tempo spacerowe/jazdowe, coś się dzieje, coś sprawdzamy idąc obok, pojazd się toczy, coś jak testowanie możliwości mechaniki. Ten tytuł w połączeniu z pobudzeniem wyobraźni do tworzenia skojarzeń z rowerem są bardzo produktywne! Elektro Kardiogram z kolei przywołuje znów badanie nie tyle sprzętu, co człowieka. Tu można wyobraźnię rozwinąć na dużą skalę. Oddech zapracowanego człowieka, diody migają, kable się naprężają, testujemy możliwości, generalnie bardzo plastyczna muzyka. I bardzo lekka, nawet przez moment nie przytłacza. Trochę jak jakieś laboratorium, jak praca ze starym sprzętem, bardzo dobrze się tego słucha, dzięki surowości świeżo brzmi.
La Forme i wracamy na trasę. Podziwiamy krajobrazy po bokach, sprawdzamy drogę, liczymy nasze osiągi. I tak to się koła toczą, dojeżdżamy do mety i regenerujemy siły (i chyba wyłączamy już uważniejsze słuchanie muzyki na dziś). Dobre to jest jako muzyka tła, dobre jako środek pobudzający wyobraźnię. Bardzo miło było wrócić do Kraftwerku w tym wydaniu, bardzo udany zbiór nagrań, dobry koncept.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Sorry Dragon ale mentos leci w kulki. Podsumuj a ja otwieram kolejkę dla a-ha - East of the Sun, West of the Moon
Tydzień czasu, czas start
Tydzień czasu, czas start
shodan pisze:25 kwie 2023 10:20Podnieść poprzeczkę po Happier Than Ever będzie prawie niemożliwe.
a-ha - East of the Sun, West of the Moon (1990)
Przełom lat 80’ i 90’ był dla mnie bardzo dobrym okresem, jeżeli chodzi o muzykę. Tak naprawdę dosyć późno zacząłem się interesować muzyką, bo dopiero gdzieś w okolicach 87-88, gdy podjarałem się Pet Shop Boys i ich nową płytą Actually. Więc przełom dekad to był dla mnie okres wzmożonego poznawania muzyki. I w latach 90-91 wyszło naprawdę sporo dobrych albumów. Między innymi East of the Sun, West of the Moon bardzo popularnej wtedy norweskiej grupy a-ha. Kojarzyłem ich już z dwóch mega przebojów: Take on me i wrzucanego już przeze mnie Stay on these roads. To były czasy dla miłośnika muzyki dużo mniej wygodne niż teraz. Obecnie siada się do kompa czy telefonu i za chwilę słucha dowolnej muzyki. Wystarczy tylko dostęp do internetu. W 1990 człowiek nie wiedział nawet, co to internet. Muzykę się albo pozyskiwało, czyli przegrywało z kasety na kasetę od kogoś, o ile się miało trochę szczęścia znać tego kogoś, kto posiadał interesujący nas materiał. Albo trzeba było sobie po prostu kasetę kupić, o ile było to dostępne. Muzyka zespołu a-ha akurat była dostępna, więc zachęcony pierwszym singlem nabyłem album East of the Sun, West of the Moon. Od początku bardzo mi ta płyta podpasowała. I mimo, że minęło już ponad 30 lat ja nadal bardzo ją lubię. Jest to zestaw 11 bardzo dobrych kompozycji. Zespół na tym albumie trochę odszedł od radiowego brzmienia na rzecz mroczniejszego i bardziej nastrojowego. Tak twierdzą recenzenci, choć dla mnie nadal jest bardzo melodyjnie i w wielu momentach radiowo.
Początek albumu jest potwornie mocny, bo pierwszym utworem jest mój ulubiony Crying In The Rain. Miało to wlecieć w bestce utworowej, ale z uwagi na planowaną wrzutkę albumową nie chciałem niepotrzebnie dublować. Utwór jest niezwykle przejmujący i klimatyczny, z odgłosami grzmotów i burzy. Tak się składa, że dwa kolejne utwory to też single i to bardzo dobre: spokojne Early Morning i szybsze I Call Your Name.
Po niezłym Slender Frame znowu piękna rzecz w postaci nastrojowej ballady East of the Sun, West of the Moon. Ta akustyczna gitara plus smyki w refrenie robią świetny i niepowtarzalny klimat. Dalej kolejna mocna rzecz w postaci Sacymore Leaves. To takie trochę mocniejsze i mroczniejsze brzmienie. Gitary świetnie chodzą, Morten świetnie śpiewa. Bardzo dobra kompozycja z fajną instrumentalną wstawką w środku.
Balladce Waiting For Her też nie sposób niczego zarzucić. Cold River trochę przyspiesza. To taki przebój w stylu I Call Your Name.
The Way We Talk to taki króciutki przerywnik trochę z dupy. Za to kolejny utwór z miejsca brzmieniem i odgłosami burzy oraz deszczu przywodzi na myśl Crying In The Rain.
I na zakończenie piękna ballada znowu na akustyczną gitarę i dodatkowo saloonowe pianino (Seemingly) Nonstop July.
Do takich starych albumów wracam naprawdę nieczęsto, ale zdarza się. Posłuchałem sobie dzisiaj East of the Sun, West of the Moon i byłem po raz kolejny zdziwiony, jak dobrze ten album przetrwał próbe czasu. Jak dobrze wciąż mi się tego słucha. Zespół a-ha potrafił na tym albumie stworzyć naprawdę piękny i spójny klimat. No i oczywiście moc nostalgicznych wspomnień wróciła z siłą huraganu.
Morten Harket to świetny i charyzmatyczny wokalista, a utwór Crying In The Rain to jeden z najlepszych utwórów, jakie znam.
https://www.youtube.com/watch?v=4IMppxF ... pVnN9jxAUV
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
ha-ha - East of the Sun, West of the Moon
Wuja dopieprzył do pieca elegancko, lepiej by chyba tylko zagrał wtedy, gdyby wrzucił tutaj Stay on These Roads. Bo z przełomu lat 80. i 90. sam nie wiem, który z tych krążków jest lepszy i na jaki powinienem się zdecydować, wybierając swój ulubiony. Dlatego na wszelki wypadek wybieram Lifelines xD A tak zupełnie serio - w przypadku a-ha zawsze bardzo trudno mi było znaleźć jeden ulubiony album, który byłby dobry od początku do końca na tyle, by deklasował pozostałe. Każdy - lub prawie każdy - jest bardzo równy, a jednocześnie każdy ma przynajmniej po jednym zbędnym zapychaczu, który jakoś mi psuje ten całościowy odbiór, aby zasłużył sobie na złoto. Najbliżej są 3 - wspomniane już wyżej Lifelines, Stay on These Roads i właśnie East of the Sun, West of the Moon. Pamiętam, jak bardzo wiele lat temu, tak ze 25, znałem Take on Me z radio, ale nie miałem pojęcia, kto to wykonuje. Pytałem ojca i on coś tam odparł, ale z jakiegoś powodu mój mózg to zignorował, już nawet nie wiem, dlaczego. Wkręciłem sobie, że to Alphaville, i jeszcze spodziewałem się znaleźć ten numer na... Forever Young zgranym mi przez wuja (HEHE) na kasetę. Ale oczywiście go tam nie było, cóż za zaskoczenie, se nie posłuchałem. Dopiero odkrywszy MTV Classic nadrobiłem zaległości w zakresie tytułów utworów i ich wykonawców, jeśli o ejtisy chodzi (z a-ha na czele, pamiętam do dziś, jak wideo do Hunting High and Low zapowiadał Marek Niedźwiedzki w swoim programie i dawał kontekst jego treści). Jakoś w 2004 roku pożyczyłem od innego wuja (tego od Dire Straits) kompilację Headlines and Deadlines. Słuchałem jej właściwie na zapętleniu cały jeden miesiąc, i to w każdej możliwej okazji (pamiętam taką scenę, gdzie siedzę późnym wieczorem przed TV i oglądam Forresta Gumpa po raz pierwszy w życiu i w trakcie reklam zapuszczam muzę z discmana, borze szumiący, jak dawno temu to było...). Ale nie, jest jeszcze jedna rzecz... W 2002 premierę miało Lifelines, które przez jakiś czas w ogóle uważałem za ich genialny comeback po bardzo wielu latach (wygodnie ignorując Minor Earth, Major Sky lol), ALE, o co chodzi. Otóż będąc gówniarzem często oglądałem kanały muzyczne na babcinej kablówce (wtedy np. wyczaiłem Freeek!). A ponieważ wideo do Forever Not Yours było światowym hitem (jak i sam numer), to leciało w TV bardzo często. Także zanim ogarnąłem, co to a-ha, i że to ci sami kolesie od Take on Me, to byłem przekonany święcie, że to jakiś chyba nowy zespół, a w ogóle chyba Azjaci (bo Harket ma taki lekko skośny wygląd przez fakt pochodzenia z naprawdę dalekiej północy, ale co średnio rozgarnięty trzynastolatek może o tym wiedzieć), nie byłem w stanie połączyć kropek. Kiedy w końcu to zrobiłem, byłem zachwycony. Z kilku powodów - po pierwsze, a-ha robią naprawdę fantastyczną muzykę. Takie trio a la Depeche Mode, tylko że Magne Furunholmen w przeciwieństwie do Fletcha naprawdę gra i grać umie (no i okazjonalnie robi lead vocale), poza tym wszystko się zgadza, gitarzysto-klawiszowiec Paul Savoy piszący muzykę i teksty i charyzmatyczny wokalista w postaci Mortena Harketa. Po tamtej kompilacji położyłem łapy właśnie na Lifelines, które na długo stało się moją ulubioną płytą od nich. Potem przyszedł rok 2005 i pompowana w mediach (pamiętam reklamy w polskiej telewizji!) premiera Analogue. Ja akurat uczyłem się wtedy zasysać muzykę z neta, więc i ten krążek wpadł w moje ręce. Uznałem go za mroczniejszą kontynuację Lifelines, i potem długo nie mogłem się zdecydować, który krążek lepszy. Ale zaczęło do mnie docierać, że mam ewidentne braki w osłuchaniu się z resztą dyskografii, bo znam właściwie wyłącznie hity. No to co zrobiłem, zassałem wszystko, co wydali w ejtisach (czyli całe 3 pozycje) i zabrałem ze sobą na wyjazdy wakacyjne roku 2006. Najbardziej pożarło mnie na początku Hunting High and Low, co jest o tyle zabawne, że dziś uważam ten album za mocno przesłodzony i zbyt synthpopowy nawet na rok, w którym się ukazał (a krytycy zarzucali to Afternoons in Utopia Alphaville...). Ale było parę perełek, np. Here I Stand and Face the Rain, albo Living a Boy's Adventure Tale, poza oczywiście tytułowym et consortes (a i tak za najlepszy singiel z tamtego krążka uważam The Sun Always Shines on TV). Tbh na Hunting High and Low się zatrzymałem wtedy xD Scoundrel Days i Stay on These Roads przesłuchałem dopiero... na wyjeździe na narty ze starymi w lutym 2008. I to przesłuchałem je w całości. A ponieważ lubię trójki, tria, trójkąty i triady to musiałem mieć coś trzeciego. I miałem - East of the Sun, West of the Moon. Płozy na nogach, gęsty śnieg i siarczysty mróz, "walkman, baterie, taśma! AKCJA!" (to była empetrójka, ale hui).
Po wielu, teraz już przynajmniej 19 latach obcowania z muzyką Norwegów mogę uczciwie powiedzieć - jeśli postawią mnie pod ścianą i każą wskazać naprawdę ulubioną płytę a-ha, to będzie właśnie to, co wrzucił Wuja. To jest płyta, która w doskonały sposób wyciągnęła na wierzch ich atuty, jakie do tej pory były jednak zbudowane na skrajnie ejtisowej bazie i podlane toną synthpopowego lukru (nawet na takiej Stay on These Roads, gdzie numery typu The Blood That Moves the Body lekko już sugerowała kierunek, w którym zespół może pójść). Pamiętam, jak jakiś czas temu rzucił mi się w oczy skan z naprawdę starego Bravo, a może to był Popcorn, w każdym razie totalne początki takiej prasy w Polsce i na okładce właśnie a-ha z sesji zdjęciowej do samego albumu z podpisem "Morten Harket wygląda jak Indianin! a-ha grają rocka!" czy coś takiego. No, ale jest w tym nieco prawdy xD I mean, to jest ciągle pop, ale tym razem ma pazur, rock'n'rollowy sznyt, jak się słucha takich Sycamore Leaves (które w ogóle jest piosenką, jaką Savoy napisał specjalnie dla... Davida Lyncha, licząc na to, że ten zechce go wrzucić do Twin Peaks, albowiem numer jest mocno inspirowany twórczością tegoż reżysera; z tego co wiem, nie pykło) albo Cold River to nie sposób się tego wrażenia nie pozbyć. Jednocześnie był czas, kiedy a-ha zamieniali w złoto wszystko, czego się dotknęli (niestety, od Foot of the Mountain z 2009 roku trochę im to osłabło), więc mogli wydać płytę z coverami nagranymi dupą i też by to przeszło. Dość powiedzieć, że krążek otwiera cover, z którego zrobili singiel. I wyszło genialnie. Crying in the Rain to jest jeden z moich ulubionych openingów płyt i w ogóle jeden z moich ulubionych numerów nagranych przez a-ha tak po prostu. Harket potrafi śpiewać odpowiednio głęboko, w ogóle typ miał fantastyczną skalę (zestarzał się, wiadomo), do tego te efekty burzy, cudnie współpracujące ze sobą pianino z gitarami, złoto. Potem nadjeżdża taki klasyczny pop początku lat 90. w postaci Early Morning (ten numer dla mnie dosłownie brzmi i pachnie jak rok 1990), który snuje się mglistym wiosennym porankiem pod moimi oknami, ale nie budzi, już dawno zostałem obudzony (swoją drogą, mam bekę z tekstu, "early morning, 8 o'clock, precise", 8 o'clock to jest early morning? wtf), popadam w lekką melancholię, ale oto znów atakują mnie mocniejsze zagrania w postaci jeszcze jednego singla (Early Morning też nim było swoją drogą), czyli fenomenalnego I Call Your Name. Ten utwór naprawdę zawsze będzie mi się kojarzył z podróżą z Murzasichla na stoki w Bukowinie Tatrzańskiej, trzymam w łapie swojego Zena V Plus i przeskakuję z Kraftwerk (którego też wtedy dużo słuchałem, ale to już wspomniałem w recce do poprzedniej wrzutki albumowej Smoka) do a-ha (czasem jeszcze wpadł Brian Eno, może Nick Cave), i jakoś zawsze leci I Call Your Name. Długo odrzucałem ten numer, znałem go od prawie 4 lat dzięki kompilacjom, ale jakoś mnie nie ruszał, dopóki wtedy nie dałem mu pełnej szansy. Pianino w mostku jest świetne, zawsze mnie zachwyca nogi się same bujają (nie tylko nogi). Żeby nie zrobiło się zbyt wesoło nadchodzi melancholijne Slender Frame, które zaliczam do swoich ulubionych piosenek od Harketa i spółki. Lubię od zawsze, słucham często, podśpiewuję pod nosem, pianino tuż przed refrenem wydaje się być najbardziej zgranym pasażem there is, a wciąż mnie zachwyca i wzrusza. Tytułowy może nie robi na mnie aż takiego wrażenia, ale podtrzymuje stan zadumy, lubię to na wpół akustyczne brzmienie, wokal Harketa, tekst (w ogóle teksty uważam za dość mocną stronę tej płyty, po mocno w kratkę poprzedniku to bardzo spoko), prawie 5 minut nagle umyka w mgnieniu oka i wjeżdża prawie-Lynch z takim lekko amerykańskim klimatem, słuchany w oderwaniu od płyty mógłby oszukać, że to tak naprawdę nie jest a-ha. Na szczęście zaraz po nim zostajemy sprowadzeni na ziemię poprzez chyba najbardziej a-ha numer na płycie o tyle, że najbardziej przypomina stare a-ha z czasów przynajmniej poprzedniego krążka, czyli Waiting for Her. I to jest jeden z tych kawałków, które uznaję za zapychacze. Spokojnie mogłoby go nie być i bym tego nie zauważył. Zespół może też zdawał sobie z tego sprawę, albowiem zaraz po przykłada nam na powrót klimatem krążka i dostajemy Cold River. Bardzo lubię bębny w tym utworze, i refren, a raczej sposób, w jaki Harket go śpiewa, ta muzyka spokojnie mogłaby być jeszcze ostrzejsza, po prostu do tego pasuje xD The Way We Talk to miniaturka, ale zawsze bardzo ją lubiłem. Jazzujący charakter dzięki perkusji i temu cudownemu pianinu jest jednak delikatnie rujnowany przez ten dziwny echopogłos na wokalu, czy Furunholmen (to jedyny numer na albumie śpiewany wyłącznie przez niego) aż tak wstydził się swojego głosu? Bez żartów... Rolling Thunder stanowi niemal idealne domknięcie krążka poprzez nazbyt oczywiste nawiązanie do Crying in the Rain, nawet brzmienie tych utworów jest podobne. Bardziej może popowy, ale wciąż dobry, no ja go bardzo lubię, ma taki monumentalny charakter. Jak wiele rzeczy, które a-ha nagrywali. I na koniec akustyczna wrzutka, czyli (Seemingly) Nonstop July. Z tym to jest ciekawa sprawa, albowiem robiąc pierwsze inwestygacje dot. zespołu i jego twórczości nie zdawałem sobie sprawy z tego, że grupa może, kurde, zmieniać styl muzyczny na przestrzeni lat swojego istnienia, i gdy zobaczyłem ten tytuł po raz pierwszy, to miałem nadzieję na srogą nową falę. Dostałem gitarę, pianino i leniwie śpiewającego Harketa... Trochę czasu mi zajęło, nim doceniłem ten utwór. I jeszcze ciekawostka typu random trivia, polskie forum a-ha, czy też fanowska strona, na której było naprawdę sporo kontentu nazywała się właśnie Nonstop July. I tak dobiegamy do końca, a ja znów chętnie odpaliłbym ten krążek od początku. No dobra, nawet, jeśli nie, to chętnie włączę inne. Np. jest czerwiec, więc naturalny dla mnie czas na słuchanie Minor Earth Major Sky (w czerwcu 2008 odwaliło mi na punkcie tej płyty). W lipcu puszczę przynajmniej Nonstop July, w sierpniu słucham debiutu i Memorial Beach (niedoceniony album), wrzesień to Foot of the Mountain i Cast in Steel, październik to Lifelines a listopad Analogue, i tak mija rok z a-ha, PT Forumowicze.
Słowem podsumowania... no to jest po prostu świetna płyta. Niemal doskonała selekcja piosenek, właściwy ich układ, co też jest ważne, jest i "stare" a-ha z chwytliwymi riffami i hookami, z wpadającymi w ucho motywami wokalnymi Harketa, dobre tekstopisarstwo Savoya, ale też wszystko elegancko podane na tacy z wielkim napisem LATA 90. Zrobili sobie dobre wejście w ten czas, zresztą, 2 lata po premierze mieli swój największy koncert w dziejach na festiwalu Rock in Rio, zatrważa mnie to, jak wiele osób myśli, że a-ha to było one hit wonder z Take on Me, podczas gdy nawet ich właściwy comeback, jakim było w/w Minor Earth Major Sky okazał się być całkowitym sukcesem, samo Summer Moved On było hitem chyba wszędzie (najczęściej jest hitem w moim aucie jak się widzę z Hienem pod koniec lata od jakiejś dekady), I Wish I Cared było chyba w ogóle pierwszym singlem dostępnym wyłącznie online (przypomnę, rok 2000; swoją drogą, to cudowny utwór jest). No a potem przywalili Lifelines i nagle okazało się, że można być dziadami pod 50, co to święcili największe tryumfy w połowie ejtisów, ale mija niemal 20 lat a oni wciąż potrafią i to jak! Inna sprawa, że chyba nie chce im się przestawać - Foot of the Mountain z 2009 roku miało być ich płytą pożegnalną, ruszyli potem w trasę koncertową i po niej miał być koniec (chyba już gdzieś wspomniałem, że w listopadzie 2009 zajrzeli do Łodzi i byłem na ich koncercie z ojcem i bratem. Niestety, Harket z każdym kolejnym numerem coraz gorzej sobie radził, Take on Me wyszło mu wprost fatalnie. I w ogóle z jakiegoś powodu miał w dupie publiczność, cały kontakt z widzami wziął na siebie Furunholmen, nawet w pewnym momencie zaczął opowiadać żarty xD), ale wytrzymali tylko kilka lat. Bardzo wczesną wiosną 2015 ogłoszono kolejną płytę, która miała premierę we wrześniu tamtego samego roku i po niej miała być trasa akustyczna i NAPRAWDĘ KONIEC, dlatego właśnie wydali... nowy album w październiku ubiegłego roku xD Nazywa się True North i jest baaaaaaardzo nierówny. Znajdzie się na nim i trochę starego a-ha i trochę muzyki w stylu Foot of the Mountain, czyli "robimy tani pop i mamy to gdzieś, bo nas stać i możemy i w ogóle to jesteśmy starzy odpieprz się ejdżysto cholerny". Ale po kilku odsłuchach... kotlet odgrzewany, wciąż strawny. Poziomu East of the Sun(...) już się chyba osiągnąć nie da, ale z drugiej strony, każda muzyka ma swój czas. Ta w swój wpadła idealnie, to nie jest po prostu dobra rzecz - to jest świetna rzecz. Wuja zna się na... rzeczy ^^
Wuja dopieprzył do pieca elegancko, lepiej by chyba tylko zagrał wtedy, gdyby wrzucił tutaj Stay on These Roads. Bo z przełomu lat 80. i 90. sam nie wiem, który z tych krążków jest lepszy i na jaki powinienem się zdecydować, wybierając swój ulubiony. Dlatego na wszelki wypadek wybieram Lifelines xD A tak zupełnie serio - w przypadku a-ha zawsze bardzo trudno mi było znaleźć jeden ulubiony album, który byłby dobry od początku do końca na tyle, by deklasował pozostałe. Każdy - lub prawie każdy - jest bardzo równy, a jednocześnie każdy ma przynajmniej po jednym zbędnym zapychaczu, który jakoś mi psuje ten całościowy odbiór, aby zasłużył sobie na złoto. Najbliżej są 3 - wspomniane już wyżej Lifelines, Stay on These Roads i właśnie East of the Sun, West of the Moon. Pamiętam, jak bardzo wiele lat temu, tak ze 25, znałem Take on Me z radio, ale nie miałem pojęcia, kto to wykonuje. Pytałem ojca i on coś tam odparł, ale z jakiegoś powodu mój mózg to zignorował, już nawet nie wiem, dlaczego. Wkręciłem sobie, że to Alphaville, i jeszcze spodziewałem się znaleźć ten numer na... Forever Young zgranym mi przez wuja (HEHE) na kasetę. Ale oczywiście go tam nie było, cóż za zaskoczenie, se nie posłuchałem. Dopiero odkrywszy MTV Classic nadrobiłem zaległości w zakresie tytułów utworów i ich wykonawców, jeśli o ejtisy chodzi (z a-ha na czele, pamiętam do dziś, jak wideo do Hunting High and Low zapowiadał Marek Niedźwiedzki w swoim programie i dawał kontekst jego treści). Jakoś w 2004 roku pożyczyłem od innego wuja (tego od Dire Straits) kompilację Headlines and Deadlines. Słuchałem jej właściwie na zapętleniu cały jeden miesiąc, i to w każdej możliwej okazji (pamiętam taką scenę, gdzie siedzę późnym wieczorem przed TV i oglądam Forresta Gumpa po raz pierwszy w życiu i w trakcie reklam zapuszczam muzę z discmana, borze szumiący, jak dawno temu to było...). Ale nie, jest jeszcze jedna rzecz... W 2002 premierę miało Lifelines, które przez jakiś czas w ogóle uważałem za ich genialny comeback po bardzo wielu latach (wygodnie ignorując Minor Earth, Major Sky lol), ALE, o co chodzi. Otóż będąc gówniarzem często oglądałem kanały muzyczne na babcinej kablówce (wtedy np. wyczaiłem Freeek!). A ponieważ wideo do Forever Not Yours było światowym hitem (jak i sam numer), to leciało w TV bardzo często. Także zanim ogarnąłem, co to a-ha, i że to ci sami kolesie od Take on Me, to byłem przekonany święcie, że to jakiś chyba nowy zespół, a w ogóle chyba Azjaci (bo Harket ma taki lekko skośny wygląd przez fakt pochodzenia z naprawdę dalekiej północy, ale co średnio rozgarnięty trzynastolatek może o tym wiedzieć), nie byłem w stanie połączyć kropek. Kiedy w końcu to zrobiłem, byłem zachwycony. Z kilku powodów - po pierwsze, a-ha robią naprawdę fantastyczną muzykę. Takie trio a la Depeche Mode, tylko że Magne Furunholmen w przeciwieństwie do Fletcha naprawdę gra i grać umie (no i okazjonalnie robi lead vocale), poza tym wszystko się zgadza, gitarzysto-klawiszowiec Paul Savoy piszący muzykę i teksty i charyzmatyczny wokalista w postaci Mortena Harketa. Po tamtej kompilacji położyłem łapy właśnie na Lifelines, które na długo stało się moją ulubioną płytą od nich. Potem przyszedł rok 2005 i pompowana w mediach (pamiętam reklamy w polskiej telewizji!) premiera Analogue. Ja akurat uczyłem się wtedy zasysać muzykę z neta, więc i ten krążek wpadł w moje ręce. Uznałem go za mroczniejszą kontynuację Lifelines, i potem długo nie mogłem się zdecydować, który krążek lepszy. Ale zaczęło do mnie docierać, że mam ewidentne braki w osłuchaniu się z resztą dyskografii, bo znam właściwie wyłącznie hity. No to co zrobiłem, zassałem wszystko, co wydali w ejtisach (czyli całe 3 pozycje) i zabrałem ze sobą na wyjazdy wakacyjne roku 2006. Najbardziej pożarło mnie na początku Hunting High and Low, co jest o tyle zabawne, że dziś uważam ten album za mocno przesłodzony i zbyt synthpopowy nawet na rok, w którym się ukazał (a krytycy zarzucali to Afternoons in Utopia Alphaville...). Ale było parę perełek, np. Here I Stand and Face the Rain, albo Living a Boy's Adventure Tale, poza oczywiście tytułowym et consortes (a i tak za najlepszy singiel z tamtego krążka uważam The Sun Always Shines on TV). Tbh na Hunting High and Low się zatrzymałem wtedy xD Scoundrel Days i Stay on These Roads przesłuchałem dopiero... na wyjeździe na narty ze starymi w lutym 2008. I to przesłuchałem je w całości. A ponieważ lubię trójki, tria, trójkąty i triady to musiałem mieć coś trzeciego. I miałem - East of the Sun, West of the Moon. Płozy na nogach, gęsty śnieg i siarczysty mróz, "walkman, baterie, taśma! AKCJA!" (to była empetrójka, ale hui).
Po wielu, teraz już przynajmniej 19 latach obcowania z muzyką Norwegów mogę uczciwie powiedzieć - jeśli postawią mnie pod ścianą i każą wskazać naprawdę ulubioną płytę a-ha, to będzie właśnie to, co wrzucił Wuja. To jest płyta, która w doskonały sposób wyciągnęła na wierzch ich atuty, jakie do tej pory były jednak zbudowane na skrajnie ejtisowej bazie i podlane toną synthpopowego lukru (nawet na takiej Stay on These Roads, gdzie numery typu The Blood That Moves the Body lekko już sugerowała kierunek, w którym zespół może pójść). Pamiętam, jak jakiś czas temu rzucił mi się w oczy skan z naprawdę starego Bravo, a może to był Popcorn, w każdym razie totalne początki takiej prasy w Polsce i na okładce właśnie a-ha z sesji zdjęciowej do samego albumu z podpisem "Morten Harket wygląda jak Indianin! a-ha grają rocka!" czy coś takiego. No, ale jest w tym nieco prawdy xD I mean, to jest ciągle pop, ale tym razem ma pazur, rock'n'rollowy sznyt, jak się słucha takich Sycamore Leaves (które w ogóle jest piosenką, jaką Savoy napisał specjalnie dla... Davida Lyncha, licząc na to, że ten zechce go wrzucić do Twin Peaks, albowiem numer jest mocno inspirowany twórczością tegoż reżysera; z tego co wiem, nie pykło) albo Cold River to nie sposób się tego wrażenia nie pozbyć. Jednocześnie był czas, kiedy a-ha zamieniali w złoto wszystko, czego się dotknęli (niestety, od Foot of the Mountain z 2009 roku trochę im to osłabło), więc mogli wydać płytę z coverami nagranymi dupą i też by to przeszło. Dość powiedzieć, że krążek otwiera cover, z którego zrobili singiel. I wyszło genialnie. Crying in the Rain to jest jeden z moich ulubionych openingów płyt i w ogóle jeden z moich ulubionych numerów nagranych przez a-ha tak po prostu. Harket potrafi śpiewać odpowiednio głęboko, w ogóle typ miał fantastyczną skalę (zestarzał się, wiadomo), do tego te efekty burzy, cudnie współpracujące ze sobą pianino z gitarami, złoto. Potem nadjeżdża taki klasyczny pop początku lat 90. w postaci Early Morning (ten numer dla mnie dosłownie brzmi i pachnie jak rok 1990), który snuje się mglistym wiosennym porankiem pod moimi oknami, ale nie budzi, już dawno zostałem obudzony (swoją drogą, mam bekę z tekstu, "early morning, 8 o'clock, precise", 8 o'clock to jest early morning? wtf), popadam w lekką melancholię, ale oto znów atakują mnie mocniejsze zagrania w postaci jeszcze jednego singla (Early Morning też nim było swoją drogą), czyli fenomenalnego I Call Your Name. Ten utwór naprawdę zawsze będzie mi się kojarzył z podróżą z Murzasichla na stoki w Bukowinie Tatrzańskiej, trzymam w łapie swojego Zena V Plus i przeskakuję z Kraftwerk (którego też wtedy dużo słuchałem, ale to już wspomniałem w recce do poprzedniej wrzutki albumowej Smoka) do a-ha (czasem jeszcze wpadł Brian Eno, może Nick Cave), i jakoś zawsze leci I Call Your Name. Długo odrzucałem ten numer, znałem go od prawie 4 lat dzięki kompilacjom, ale jakoś mnie nie ruszał, dopóki wtedy nie dałem mu pełnej szansy. Pianino w mostku jest świetne, zawsze mnie zachwyca nogi się same bujają (nie tylko nogi). Żeby nie zrobiło się zbyt wesoło nadchodzi melancholijne Slender Frame, które zaliczam do swoich ulubionych piosenek od Harketa i spółki. Lubię od zawsze, słucham często, podśpiewuję pod nosem, pianino tuż przed refrenem wydaje się być najbardziej zgranym pasażem there is, a wciąż mnie zachwyca i wzrusza. Tytułowy może nie robi na mnie aż takiego wrażenia, ale podtrzymuje stan zadumy, lubię to na wpół akustyczne brzmienie, wokal Harketa, tekst (w ogóle teksty uważam za dość mocną stronę tej płyty, po mocno w kratkę poprzedniku to bardzo spoko), prawie 5 minut nagle umyka w mgnieniu oka i wjeżdża prawie-Lynch z takim lekko amerykańskim klimatem, słuchany w oderwaniu od płyty mógłby oszukać, że to tak naprawdę nie jest a-ha. Na szczęście zaraz po nim zostajemy sprowadzeni na ziemię poprzez chyba najbardziej a-ha numer na płycie o tyle, że najbardziej przypomina stare a-ha z czasów przynajmniej poprzedniego krążka, czyli Waiting for Her. I to jest jeden z tych kawałków, które uznaję za zapychacze. Spokojnie mogłoby go nie być i bym tego nie zauważył. Zespół może też zdawał sobie z tego sprawę, albowiem zaraz po przykłada nam na powrót klimatem krążka i dostajemy Cold River. Bardzo lubię bębny w tym utworze, i refren, a raczej sposób, w jaki Harket go śpiewa, ta muzyka spokojnie mogłaby być jeszcze ostrzejsza, po prostu do tego pasuje xD The Way We Talk to miniaturka, ale zawsze bardzo ją lubiłem. Jazzujący charakter dzięki perkusji i temu cudownemu pianinu jest jednak delikatnie rujnowany przez ten dziwny echopogłos na wokalu, czy Furunholmen (to jedyny numer na albumie śpiewany wyłącznie przez niego) aż tak wstydził się swojego głosu? Bez żartów... Rolling Thunder stanowi niemal idealne domknięcie krążka poprzez nazbyt oczywiste nawiązanie do Crying in the Rain, nawet brzmienie tych utworów jest podobne. Bardziej może popowy, ale wciąż dobry, no ja go bardzo lubię, ma taki monumentalny charakter. Jak wiele rzeczy, które a-ha nagrywali. I na koniec akustyczna wrzutka, czyli (Seemingly) Nonstop July. Z tym to jest ciekawa sprawa, albowiem robiąc pierwsze inwestygacje dot. zespołu i jego twórczości nie zdawałem sobie sprawy z tego, że grupa może, kurde, zmieniać styl muzyczny na przestrzeni lat swojego istnienia, i gdy zobaczyłem ten tytuł po raz pierwszy, to miałem nadzieję na srogą nową falę. Dostałem gitarę, pianino i leniwie śpiewającego Harketa... Trochę czasu mi zajęło, nim doceniłem ten utwór. I jeszcze ciekawostka typu random trivia, polskie forum a-ha, czy też fanowska strona, na której było naprawdę sporo kontentu nazywała się właśnie Nonstop July. I tak dobiegamy do końca, a ja znów chętnie odpaliłbym ten krążek od początku. No dobra, nawet, jeśli nie, to chętnie włączę inne. Np. jest czerwiec, więc naturalny dla mnie czas na słuchanie Minor Earth Major Sky (w czerwcu 2008 odwaliło mi na punkcie tej płyty). W lipcu puszczę przynajmniej Nonstop July, w sierpniu słucham debiutu i Memorial Beach (niedoceniony album), wrzesień to Foot of the Mountain i Cast in Steel, październik to Lifelines a listopad Analogue, i tak mija rok z a-ha, PT Forumowicze.
Słowem podsumowania... no to jest po prostu świetna płyta. Niemal doskonała selekcja piosenek, właściwy ich układ, co też jest ważne, jest i "stare" a-ha z chwytliwymi riffami i hookami, z wpadającymi w ucho motywami wokalnymi Harketa, dobre tekstopisarstwo Savoya, ale też wszystko elegancko podane na tacy z wielkim napisem LATA 90. Zrobili sobie dobre wejście w ten czas, zresztą, 2 lata po premierze mieli swój największy koncert w dziejach na festiwalu Rock in Rio, zatrważa mnie to, jak wiele osób myśli, że a-ha to było one hit wonder z Take on Me, podczas gdy nawet ich właściwy comeback, jakim było w/w Minor Earth Major Sky okazał się być całkowitym sukcesem, samo Summer Moved On było hitem chyba wszędzie (najczęściej jest hitem w moim aucie jak się widzę z Hienem pod koniec lata od jakiejś dekady), I Wish I Cared było chyba w ogóle pierwszym singlem dostępnym wyłącznie online (przypomnę, rok 2000; swoją drogą, to cudowny utwór jest). No a potem przywalili Lifelines i nagle okazało się, że można być dziadami pod 50, co to święcili największe tryumfy w połowie ejtisów, ale mija niemal 20 lat a oni wciąż potrafią i to jak! Inna sprawa, że chyba nie chce im się przestawać - Foot of the Mountain z 2009 roku miało być ich płytą pożegnalną, ruszyli potem w trasę koncertową i po niej miał być koniec (chyba już gdzieś wspomniałem, że w listopadzie 2009 zajrzeli do Łodzi i byłem na ich koncercie z ojcem i bratem. Niestety, Harket z każdym kolejnym numerem coraz gorzej sobie radził, Take on Me wyszło mu wprost fatalnie. I w ogóle z jakiegoś powodu miał w dupie publiczność, cały kontakt z widzami wziął na siebie Furunholmen, nawet w pewnym momencie zaczął opowiadać żarty xD), ale wytrzymali tylko kilka lat. Bardzo wczesną wiosną 2015 ogłoszono kolejną płytę, która miała premierę we wrześniu tamtego samego roku i po niej miała być trasa akustyczna i NAPRAWDĘ KONIEC, dlatego właśnie wydali... nowy album w październiku ubiegłego roku xD Nazywa się True North i jest baaaaaaardzo nierówny. Znajdzie się na nim i trochę starego a-ha i trochę muzyki w stylu Foot of the Mountain, czyli "robimy tani pop i mamy to gdzieś, bo nas stać i możemy i w ogóle to jesteśmy starzy odpieprz się ejdżysto cholerny". Ale po kilku odsłuchach... kotlet odgrzewany, wciąż strawny. Poziomu East of the Sun(...) już się chyba osiągnąć nie da, ale z drugiej strony, każda muzyka ma swój czas. Ta w swój wpadła idealnie, to nie jest po prostu dobra rzecz - to jest świetna rzecz. Wuja zna się na... rzeczy ^^
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl