Best of Forum IV
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Lianne La Havas - Tokyo (Live at Sofar Tokyo)
(2015, wykonanie live 2017)
Spróbuję na chwilę nie skakać w czasie i trochę pociągnąć dłużej jakiś wątek życiowy może.
Wracam pamięcią do tego co nazywam w duchu takimi latami przejściowymi w moim życiu, lata 2015-2016 kiedy leczyłem rany i powoli próbowałem dochodzić do siebie po miłosnej porażce. Jakoś w tamtym czasie zetknąłem się za sprawą mojej świeżo upieczonej bratowej z muzyką niejakiej Lianne La Havas. Wydała ona w 2015 roku swój drugi album Blood z którego usłyszałem jeden z singli, potem obczaiłem kolejne i cały album. Ostatecznie poza singlami chyba nic mnie tam nie urzekło mocniej ale podejrzewam że taki np. Wujas mógłby wynieść z tej muzyki więcej niż ja.
W każdym bądź razie bezapelacyjnie moim ulubionym numer z tej płyty był utwór Tokyo, który również był jednym z singli. Numer ten trafił łatwo w me serducho gdyż albowiem jest to utwór o samotności i tęsknocie za drugą osobą, a więc o kwestiach które wtedy przerabiałem. Najbardziej trafiła mnie w tym numerze linijka "all I've ever known is how to be alone, it comes naturally", po serii nieudanych prób związania się z różnymi kobietami trudno było dla mnie o lepsze podsumowanie. Obczajałem też z czasem chętnie wykonania na żywo tego numeru aż natrafiłem na to którym dzielę się z Wami dzisiaj a więc takie akustyczne wykonanie tego utworu na samą gitarę i wokal, co najlepsze - prosto z Tokyo. Wpisuje się to zatem w te moje preferencje minimalistycznych ballad o których pisałem przy okazji ostatnich wrzutek Wujka, uważam że ta wersja jest lepsza od studyjnej i dużo więcej emocji oddaje to wykonanie. Tokyo ma zresztą wystarczająco ładną melodię by bronić się grane w ten sposób choć najważniejszy i tak jest tu wokal samej Lianne. Ten wykon ma fajne kameralne, ciepłe brzmienie a na końcu Lianne nieco wytrąca słuchacza z ewentualnego smuteczkowania podkreślając w ostatniej linijce "alone in (literally) Tokyo", sprawia to że ostatecznie po odsłuchu zostaję z uśmiechem na twarzy.
https://youtu.be/PSBR-kM7I7k?si=pIq47NpwmET7Tj00
(2015, wykonanie live 2017)
Spróbuję na chwilę nie skakać w czasie i trochę pociągnąć dłużej jakiś wątek życiowy może.
Wracam pamięcią do tego co nazywam w duchu takimi latami przejściowymi w moim życiu, lata 2015-2016 kiedy leczyłem rany i powoli próbowałem dochodzić do siebie po miłosnej porażce. Jakoś w tamtym czasie zetknąłem się za sprawą mojej świeżo upieczonej bratowej z muzyką niejakiej Lianne La Havas. Wydała ona w 2015 roku swój drugi album Blood z którego usłyszałem jeden z singli, potem obczaiłem kolejne i cały album. Ostatecznie poza singlami chyba nic mnie tam nie urzekło mocniej ale podejrzewam że taki np. Wujas mógłby wynieść z tej muzyki więcej niż ja.
W każdym bądź razie bezapelacyjnie moim ulubionym numer z tej płyty był utwór Tokyo, który również był jednym z singli. Numer ten trafił łatwo w me serducho gdyż albowiem jest to utwór o samotności i tęsknocie za drugą osobą, a więc o kwestiach które wtedy przerabiałem. Najbardziej trafiła mnie w tym numerze linijka "all I've ever known is how to be alone, it comes naturally", po serii nieudanych prób związania się z różnymi kobietami trudno było dla mnie o lepsze podsumowanie. Obczajałem też z czasem chętnie wykonania na żywo tego numeru aż natrafiłem na to którym dzielę się z Wami dzisiaj a więc takie akustyczne wykonanie tego utworu na samą gitarę i wokal, co najlepsze - prosto z Tokyo. Wpisuje się to zatem w te moje preferencje minimalistycznych ballad o których pisałem przy okazji ostatnich wrzutek Wujka, uważam że ta wersja jest lepsza od studyjnej i dużo więcej emocji oddaje to wykonanie. Tokyo ma zresztą wystarczająco ładną melodię by bronić się grane w ten sposób choć najważniejszy i tak jest tu wokal samej Lianne. Ten wykon ma fajne kameralne, ciepłe brzmienie a na końcu Lianne nieco wytrąca słuchacza z ewentualnego smuteczkowania podkreślając w ostatniej linijce "alone in (literally) Tokyo", sprawia to że ostatecznie po odsłuchu zostaję z uśmiechem na twarzy.
https://youtu.be/PSBR-kM7I7k?si=pIq47NpwmET7Tj00
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
no przyznać muszę Mentos tym razem wcelował idealnie imitując Wujasa któremu skończyły się wrzutki hehe
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Chyba Tobie.
Muszę przyznać, że zebrałem za Birds of Paradise niezłe noty. Panowie koledzy zrozumieli na szczęście, że to jedna z tych wrzutek, gdzie brzmienie nie jest najważniejszym kryterium. I każdy ma takie utwory, które są dla niego z jakichś powodów ważne mimo tego, że jak pisał Murzyn „ostro wonieją sandałem i brzmią jak z taśmy szpulowej moich starych”. Pozostaniemy jeszcze przez jakiś czas w tych nostalgicznych klimatach.
The Kelly Family - Who'll Come With Me
Ten zespół z USA powinien każdy kojarzyć przynajmniej z nazwy. Ja go znam od czasów szkolnych i wtedy dosyć mocno słuchałem. Mimo, że to było raczej mało popularne. Rodzina Kelly wzbudzała bowiem spore kontrowersje. Chodziły słuchy, że głowa rodziny Daniel zmuszał swoich dzieci do śpiewania muzyki i koncertowania, żeby trzepać na nich kasiorę. Zawsze wydawało mi się to bzdurą, bo jakby nie chcieli, to by nie śpiewali. Na scenie też nie było widać, żeby byli nieszczęśliwymi dziećmi z tego powodu. A praktycznie każdy z tych mnóstwa dzieci nawet w wieku dorosłym kontynuował karierę muzyczną w zespole rodzinnym jak i solowo. Tak więc lubiłem sobie ich posłuchać, a raczej ich garści ulubionych utworów, bo całych albumów raczej nie tykałem.
Z utworem Who'll Come With Me to była w ogóle taka historia, że myliłem go z innym. Tzn. w czasach, kiedy jeszcze nie znałem Kelly’ch i usłyszałem ten utwór gdzieś w radio to ubzdurzyłem sobie, że to piosenka z filmu Braveheart. W sumie to brzmieniowo pasowałaby tam idealnie. Gdy jakiś czas później kupiłem sobie kasetę z soundtrackiem z filmu, to się mocno dziwiłem, czemu nie ma tam tego utworu. Potem po jakimś czasie poznałem The Kelly Family, usłyszałem Who'll Come With Me i zrozumiałem, że coś mi się zwyczajnie pokiełbasiło. W każdym razie wciąż bardzo lubię ten utwór. Jest tak cholernie melancholijny. Kreuje taki smutny, tęskny klimat, że serce rozmięka. Ten dzieciak, który tu śpiewa (już nie pamiętam, który to) miał naprawdę dobry głos. Zawsze jak to słyszę, to moje myśli krążą gdzieś po górzystych krajobrazach Szkocji w czasach Williama Wallace'a. Bo to z takimi klimatami mi się niezmiennie kojarzy.
Wrzucam wersję z teledyskiem, bo te wszystkie audio co znalazłem, to są inne wersje. Zazwyczaj późniejsze z dorosłym gościem na wokalu. A to już nie to samo.
https://www.youtube.com/watch?v=2UYF7WTVvTI
Muszę przyznać, że zebrałem za Birds of Paradise niezłe noty. Panowie koledzy zrozumieli na szczęście, że to jedna z tych wrzutek, gdzie brzmienie nie jest najważniejszym kryterium. I każdy ma takie utwory, które są dla niego z jakichś powodów ważne mimo tego, że jak pisał Murzyn „ostro wonieją sandałem i brzmią jak z taśmy szpulowej moich starych”. Pozostaniemy jeszcze przez jakiś czas w tych nostalgicznych klimatach.
The Kelly Family - Who'll Come With Me
Ten zespół z USA powinien każdy kojarzyć przynajmniej z nazwy. Ja go znam od czasów szkolnych i wtedy dosyć mocno słuchałem. Mimo, że to było raczej mało popularne. Rodzina Kelly wzbudzała bowiem spore kontrowersje. Chodziły słuchy, że głowa rodziny Daniel zmuszał swoich dzieci do śpiewania muzyki i koncertowania, żeby trzepać na nich kasiorę. Zawsze wydawało mi się to bzdurą, bo jakby nie chcieli, to by nie śpiewali. Na scenie też nie było widać, żeby byli nieszczęśliwymi dziećmi z tego powodu. A praktycznie każdy z tych mnóstwa dzieci nawet w wieku dorosłym kontynuował karierę muzyczną w zespole rodzinnym jak i solowo. Tak więc lubiłem sobie ich posłuchać, a raczej ich garści ulubionych utworów, bo całych albumów raczej nie tykałem.
Z utworem Who'll Come With Me to była w ogóle taka historia, że myliłem go z innym. Tzn. w czasach, kiedy jeszcze nie znałem Kelly’ch i usłyszałem ten utwór gdzieś w radio to ubzdurzyłem sobie, że to piosenka z filmu Braveheart. W sumie to brzmieniowo pasowałaby tam idealnie. Gdy jakiś czas później kupiłem sobie kasetę z soundtrackiem z filmu, to się mocno dziwiłem, czemu nie ma tam tego utworu. Potem po jakimś czasie poznałem The Kelly Family, usłyszałem Who'll Come With Me i zrozumiałem, że coś mi się zwyczajnie pokiełbasiło. W każdym razie wciąż bardzo lubię ten utwór. Jest tak cholernie melancholijny. Kreuje taki smutny, tęskny klimat, że serce rozmięka. Ten dzieciak, który tu śpiewa (już nie pamiętam, który to) miał naprawdę dobry głos. Zawsze jak to słyszę, to moje myśli krążą gdzieś po górzystych krajobrazach Szkocji w czasach Williama Wallace'a. Bo to z takimi klimatami mi się niezmiennie kojarzy.
Wrzucam wersję z teledyskiem, bo te wszystkie audio co znalazłem, to są inne wersje. Zazwyczaj późniejsze z dorosłym gościem na wokalu. A to już nie to samo.
https://www.youtube.com/watch?v=2UYF7WTVvTI
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
W sumie znowu nie trafiłem do końca w gust osoby dedykowanej, co jest trochę zabawne, bo odbiór był bardzo pozytywny. Oprócz tego cieszę się, że wywołałem do tablicy fanatyków flag. Skojarzenie z Realiti dość ciekawe - sam z siebie bym na nie nie wpadł, a przecież poznawałem te rzeczy praktycznie w tym samym czasie i w ogóle też mógłbym je szufladkować w swojej głowie obok siebie.
purity ring - sea castle
Czas na ostatnią propozycję z mojego - też improwizowanego, bo ja chyba po prostu inaczej nie umiem xd - cyklu. Rozważałem niby przez chwilę "zrobienie" byłych uczestników zabawy, ale uznałem, że skoro oni nie chcą się bawić, to ja też nie, a poza tym to mam dużo "swoich" propozycji, a w ogóle to oni byli tak losowi, że mógłbym wrzucić w zasadzie cokolwiek i jakoś by pasowało. Nie bez powodu piszę o improwizacji, bo do ostatniej chwili też rozważałem coś zupełnie innego, ale znowu ad hoc zmieniłem swoją propozycję.
Pierścień czystości poznałem gdzieś w okolicach 2013 roku mając te swoją pierwszą hipsta fazę i poprzez specyficzne kółeczko wzajemnej adoracji z którym się bujałem w owym czasie. Być może zarekomendował mi ich pewien Kuba z Wrocławia, z którym wówczas się zadawałem, ale z którym to znajomość nie przetrwała próby czasu, gdyż spotkałem go na żywo raz, a i to przypadkiem, bo po prostu byliśmy na tym samym koncercie wspólnego znajomego, który nas sobie przedstawił i po podaniu sobie rąk nigdy w życiu nie weszliśmy w jakąkolwiek interakcję gdziekolwiek. Ale jak se tak myślę, to to mógł być inny znajomy z tej samej bańki, co lepsze też z miasta stu mostów, amfetaminy, przenoszenia pieniędzy z budżetu zoo na Śląsk czy tam innej pretensjonalności.
W każdym razie, debiut całkiem mi zaskoczył, wracałem regularnie, słuchałem i szanowałem, uważałem to za rzecz świeżą i dobrą. Nie była to może wielka miłość, ale wystarczająco duża, bym wiosną 2015 sięgnął po kolejny ich krążek, który jakoś wówczas miał premierę, bo to jeszcze był ten okres, w którym chciało mi się być na bieżąco z nowościami. Zaskoczył u mnie nawet i bardziej niż debiut, bo tak się składa, że tą wiosną '15 roku, o której pisałem, miałem bardzo dużą tolerkę na muzykę, którą mógłbym luźno określić jako "hipstersko-oniryczna" więc doszło do perfekcyjnej synchronizacji układu planet czy czegoś podobnego. W sumie to nawet może i coś w tym jest, bo to był taki specyficzny okres, który nawet i mógłbym określić mianem hipstersko-onirycznego, taki co to się go miło wspomina, ale nie chciałoby/dałoby się go przeżyć ponownie, no i jak tak se myślę, to to mój gust z tamtego okresu całkiem dobrze oddaje mój vibe i mój stan w tamtym czasie. Być może wykreowałem właśnie nowy gatunek, roboczo zwany mentos15core czy coś podobnego, ale mam nadzieję, że akurat to określenie się nie przyjmie, bo jednak nie chcę oskarżeń o grooming czy inne rzeczy tego pokroju.
Taki mój jeden kolega z Wrocławia z tamtej epoki napisał, że to perfekcyjna muzyka dla nastolatek pod scrollowanie Tumblra z iPhone'a - może i coś w tym jest, w razie gdyby komuś się nie spodobało możecie użyć tego porównania. Dla mnie to jest ten typ muzyki, w przypadku którego ciężko mi o jakieś sensowne kontrargumenty przeciwko (nie tylko z racji faktu, że jednak ciężko polemizować z czyimiś skojarzeniami), bo nawet jeśli wiem, że się może komuś nie podobać i jestem świadom wszelkich wad, to ja mam to w dupie i sobie tego słucham z przyjemnością. I tak sobie pomyślałem, że co jak co, ale wujowi też ta wrzuta mogłaby się spodobać, i to nie tylko z racji tego, że śpiewa tu kobieta, ale także dlatego, że to po prostu dobra muzyka. Zresztą - oddaję mu głos:
Witajcie, moi drodzy słuchacze, w kolejnym odcinku programu muzycznego Marka Sierockiego. Dziś mam dla Was coś zupełnie nieoczekiwanego - utwór "Sea Castle" autorstwa Purity Ring. To wyjątkowa perła, która może Was zaskoczyć, ale przekonajcie się sami, dlaczego warto jej dać szansę.
"Sea Castle" to kawałek, który różni się od moich typowych propozycji, takich jak Depeche Mode czy Alien. Jednakże, czasami warto wyjść poza swoją strefę komfortu muzycznego i odkrywać nowe dźwięki. To podejście przypomina mi trochę moje doświadczenia jako żołnierza - gotowość na zmiany i elastyczność, nawet w muzyce.
Mimo że nie jestem fanem wielkich miast, a Warszawę omijam szerokim łukiem, "Sea Castle" pozwala mi poczuć się jakbym znajdował się na spokojnym wybrzeżu, z dala od miejskiego zgiełku. To jak oddech świeżego powietrza po intensywnym dniu. Ta muzyka jest jak oaza spokoju w środku hałasu.
Choć to nie Depeche Mode ani Alien vs Predator, to jednak "Sea Castle" ma w sobie coś magicznego i hipnotyzującego. Jest to piękna kompozycja, która sprawi, że poczujecie się jak podróżnicy odkrywający nowe, nieznane terytoria muzyczne.
Tak więc, drodzy słuchacze, nie bójcie się nowych dźwięków. Dać tej piosence szansę, to jak wyjście poza fortyfikacje i odkrywanie nowych horyzontów. Może Was zaskoczyć, tak jak zaskoczyła mnie. To "Sea Castle" od Purity Ring - niezapomniana muzyczna podróż, która na pewno Was poruszy.
Do usłyszenia następnym razem, moi drodzy.
Także ten - bierzcie i słuchajcie tego. Zanim tylko zakończę, pozdrowię serdecznie z tego miejsca Adriana M, który zainspirował mnie wspomnianym na początku porównaniem poprzedniej wrzuty do Realiti i odblokował dawno nieotwieraną szufladę w mojej głowie.
https://www.youtube.com/watch?v=ug8ZYau-vnY
purity ring - sea castle
Czas na ostatnią propozycję z mojego - też improwizowanego, bo ja chyba po prostu inaczej nie umiem xd - cyklu. Rozważałem niby przez chwilę "zrobienie" byłych uczestników zabawy, ale uznałem, że skoro oni nie chcą się bawić, to ja też nie, a poza tym to mam dużo "swoich" propozycji, a w ogóle to oni byli tak losowi, że mógłbym wrzucić w zasadzie cokolwiek i jakoś by pasowało. Nie bez powodu piszę o improwizacji, bo do ostatniej chwili też rozważałem coś zupełnie innego, ale znowu ad hoc zmieniłem swoją propozycję.
Pierścień czystości poznałem gdzieś w okolicach 2013 roku mając te swoją pierwszą hipsta fazę i poprzez specyficzne kółeczko wzajemnej adoracji z którym się bujałem w owym czasie. Być może zarekomendował mi ich pewien Kuba z Wrocławia, z którym wówczas się zadawałem, ale z którym to znajomość nie przetrwała próby czasu, gdyż spotkałem go na żywo raz, a i to przypadkiem, bo po prostu byliśmy na tym samym koncercie wspólnego znajomego, który nas sobie przedstawił i po podaniu sobie rąk nigdy w życiu nie weszliśmy w jakąkolwiek interakcję gdziekolwiek. Ale jak se tak myślę, to to mógł być inny znajomy z tej samej bańki, co lepsze też z miasta stu mostów, amfetaminy, przenoszenia pieniędzy z budżetu zoo na Śląsk czy tam innej pretensjonalności.
W każdym razie, debiut całkiem mi zaskoczył, wracałem regularnie, słuchałem i szanowałem, uważałem to za rzecz świeżą i dobrą. Nie była to może wielka miłość, ale wystarczająco duża, bym wiosną 2015 sięgnął po kolejny ich krążek, który jakoś wówczas miał premierę, bo to jeszcze był ten okres, w którym chciało mi się być na bieżąco z nowościami. Zaskoczył u mnie nawet i bardziej niż debiut, bo tak się składa, że tą wiosną '15 roku, o której pisałem, miałem bardzo dużą tolerkę na muzykę, którą mógłbym luźno określić jako "hipstersko-oniryczna" więc doszło do perfekcyjnej synchronizacji układu planet czy czegoś podobnego. W sumie to nawet może i coś w tym jest, bo to był taki specyficzny okres, który nawet i mógłbym określić mianem hipstersko-onirycznego, taki co to się go miło wspomina, ale nie chciałoby/dałoby się go przeżyć ponownie, no i jak tak se myślę, to to mój gust z tamtego okresu całkiem dobrze oddaje mój vibe i mój stan w tamtym czasie. Być może wykreowałem właśnie nowy gatunek, roboczo zwany mentos15core czy coś podobnego, ale mam nadzieję, że akurat to określenie się nie przyjmie, bo jednak nie chcę oskarżeń o grooming czy inne rzeczy tego pokroju.
Taki mój jeden kolega z Wrocławia z tamtej epoki napisał, że to perfekcyjna muzyka dla nastolatek pod scrollowanie Tumblra z iPhone'a - może i coś w tym jest, w razie gdyby komuś się nie spodobało możecie użyć tego porównania. Dla mnie to jest ten typ muzyki, w przypadku którego ciężko mi o jakieś sensowne kontrargumenty przeciwko (nie tylko z racji faktu, że jednak ciężko polemizować z czyimiś skojarzeniami), bo nawet jeśli wiem, że się może komuś nie podobać i jestem świadom wszelkich wad, to ja mam to w dupie i sobie tego słucham z przyjemnością. I tak sobie pomyślałem, że co jak co, ale wujowi też ta wrzuta mogłaby się spodobać, i to nie tylko z racji tego, że śpiewa tu kobieta, ale także dlatego, że to po prostu dobra muzyka. Zresztą - oddaję mu głos:
Witajcie, moi drodzy słuchacze, w kolejnym odcinku programu muzycznego Marka Sierockiego. Dziś mam dla Was coś zupełnie nieoczekiwanego - utwór "Sea Castle" autorstwa Purity Ring. To wyjątkowa perła, która może Was zaskoczyć, ale przekonajcie się sami, dlaczego warto jej dać szansę.
"Sea Castle" to kawałek, który różni się od moich typowych propozycji, takich jak Depeche Mode czy Alien. Jednakże, czasami warto wyjść poza swoją strefę komfortu muzycznego i odkrywać nowe dźwięki. To podejście przypomina mi trochę moje doświadczenia jako żołnierza - gotowość na zmiany i elastyczność, nawet w muzyce.
Mimo że nie jestem fanem wielkich miast, a Warszawę omijam szerokim łukiem, "Sea Castle" pozwala mi poczuć się jakbym znajdował się na spokojnym wybrzeżu, z dala od miejskiego zgiełku. To jak oddech świeżego powietrza po intensywnym dniu. Ta muzyka jest jak oaza spokoju w środku hałasu.
Choć to nie Depeche Mode ani Alien vs Predator, to jednak "Sea Castle" ma w sobie coś magicznego i hipnotyzującego. Jest to piękna kompozycja, która sprawi, że poczujecie się jak podróżnicy odkrywający nowe, nieznane terytoria muzyczne.
Tak więc, drodzy słuchacze, nie bójcie się nowych dźwięków. Dać tej piosence szansę, to jak wyjście poza fortyfikacje i odkrywanie nowych horyzontów. Może Was zaskoczyć, tak jak zaskoczyła mnie. To "Sea Castle" od Purity Ring - niezapomniana muzyczna podróż, która na pewno Was poruszy.
Do usłyszenia następnym razem, moi drodzy.
Także ten - bierzcie i słuchajcie tego. Zanim tylko zakończę, pozdrowię serdecznie z tego miejsca Adriana M, który zainspirował mnie wspomnianym na początku porównaniem poprzedniej wrzuty do Realiti i odblokował dawno nieotwieraną szufladę w mojej głowie.
https://www.youtube.com/watch?v=ug8ZYau-vnY
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Kolejka 11. (86.):
https://youtube.com/playlist?list=PL9wm ... X3zpf1TUqn
W ogóle liczba 86 to widzę sponsor tej kolejki (wrzuta Hiena 1986 rocznik, Dragon z kolei kawałek Sopot '86)
https://youtube.com/playlist?list=PL9wm ... X3zpf1TUqn
W ogóle liczba 86 to widzę sponsor tej kolejki (wrzuta Hiena 1986 rocznik, Dragon z kolei kawałek Sopot '86)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Crowded House – Don’t Dream It’s Over
Hien rzuca hiciorem sprzed lat, w dodatku podkrada mi go z mojej listy. Też znam ten utwór od zawsze. Puszczali go bardzo często w stacjach muzycznych. Nie muszę chyba dodawać, że uwielbiam ten numer. Jest naprawdę idealny. Zwrócę tylko uwagę na kilka najistotniejszych detali, jak klawisze w instrumentalnym mostku, przepiękne wokale w refrenie i niesamowicie dobre outro. Przy okazji tego utworu zawsze przypominają mi się czasy szkolne i rodzinny dom, więc nostalgia działa bez zarzutu.
Nie szkodzi, że Hien mnie uprzedził, bo kto pierwszy, ten lepszy. Ważne, że jest. Mam takich oczywistych hiciorów zresztą jeszcze sporo w zanadrzu.
Bluszcz - Sopot '86
Jak to zwykle u mnie bywa, w przypadku polskich wrzutek odczuwam przed odsłuchem pewne zaniepokojenie i niepewność. Ale tutaj już po paru sekundach jak tylko weszły klawisze wiedziałem, że będzie dobrze. Jak wokalista zaczął śpiewać, to już w ogóle zrobiło się magicznie. Linia melodyczna jest po prostu piękna, genialna. Głos wokalisty bardzo mi się podoba. Bardzo dobry bit. Delikatna gitara, piękne klawisze. No klimat jest przepiękny. To jeden z tych utworów, które słyszysz i zakochujesz się momentalnie i bezwarunkowo. Podobnie było kiedyś u mnie z utworem „I ciebie też bardzo”. Ta sama półeczka doznań.
DIIV - Doused
Kolejny bardzo dobry utwór w tej kolejce. Gitarowy riff naprawdę robi robotę. Jest efektowny i bardzo zapamiętywalny. Dęciaki w tle robią super podkład. W ogóle utwór zaczyna się fajnym basem i ciekawą perkusją. Wokale jak najbardziej ok. Utwór ma bardzo prostą budowę. Bardzo prosta melodia wokalu i gitarowe harce. I tyle. Żadnego refrenu, a może właściwie tylko refren? Kto ich tam wie. Ale jest tempo, dynamika, brzmienie, jest bujająco. Jest dobrze.
A pani Sky Ferreira niestety nie znam.
Lianne La Havas - Tokyo
Murzyn wie, że wrzucając taką nutę raczej się na mojej opinii nie zawiedzie. Cieszę się nawet, że wrzucił wykon live, bo lubię wiedzieć kto jest za mikrofonem. Bardzo ładna melodia zaśpiewana pięknym głosem. Lianne ma kawał głosu, co słychać. Do tego tylko ładna gitara. W dodatku pogrywa sama wokalistka, co też doceniam. Mógłbym na takim akustycznym, kameralnym koncercie siedzieć i słuchać takich rzeczy godzinami.
Oczywiście obczaiłem też wersję singlową, która mocno się różni, ale jest naprawdę rewelacyjna.
Wydaje mi się, że kiedyś coś przesłuchiwałem na YT od Lianne i miałem do tego wrócić, ale oczywiście pod natłokiem innych rzeczy pewnie mi gdzieś uleciało z pamięci.
Purity Ring - Sea Castle
Pewnie Mentos, że utwór mi się podoba, wszak to dobra muzyka. Słucham z prawdziwą przyjemnością. No ale Mentos miał w moim przypadku łatwe zadanie, bo żeby trafić w mój gust musiał zrobić tylko jedną rzecz – wrzucić po prostu dobrą muzykę.
Laska od początku rozbroiła mnie swoim wokalem. Ma uroczy głos i bardzo mi przypomina kogoś. Melodia jest świetna, szczególnie w refrenie i jak śpiewa „Get inside and build your castle in me Baby, why don't you see, see my sea?”. Brzmienie bardzo dobre. Spokojne pianinkowe momenty przeplatają się z mocniejszymi syntezatorowymi fragmentami. Wszystko mi się tu bardzo podoba. Od wokalnych sampli po werbel. Mentos tym utworem trafił w 100% w moje preferencje.
Rewelacyjna kolejka panowie. Myślę, że nikt nie musi się obawiać, że ludziom się kończą pomysły, skoro tu wciąż wlatują tak doskonałe rzeczy.
Hien rzuca hiciorem sprzed lat, w dodatku podkrada mi go z mojej listy. Też znam ten utwór od zawsze. Puszczali go bardzo często w stacjach muzycznych. Nie muszę chyba dodawać, że uwielbiam ten numer. Jest naprawdę idealny. Zwrócę tylko uwagę na kilka najistotniejszych detali, jak klawisze w instrumentalnym mostku, przepiękne wokale w refrenie i niesamowicie dobre outro. Przy okazji tego utworu zawsze przypominają mi się czasy szkolne i rodzinny dom, więc nostalgia działa bez zarzutu.
Nie szkodzi, że Hien mnie uprzedził, bo kto pierwszy, ten lepszy. Ważne, że jest. Mam takich oczywistych hiciorów zresztą jeszcze sporo w zanadrzu.
Bluszcz - Sopot '86
Jak to zwykle u mnie bywa, w przypadku polskich wrzutek odczuwam przed odsłuchem pewne zaniepokojenie i niepewność. Ale tutaj już po paru sekundach jak tylko weszły klawisze wiedziałem, że będzie dobrze. Jak wokalista zaczął śpiewać, to już w ogóle zrobiło się magicznie. Linia melodyczna jest po prostu piękna, genialna. Głos wokalisty bardzo mi się podoba. Bardzo dobry bit. Delikatna gitara, piękne klawisze. No klimat jest przepiękny. To jeden z tych utworów, które słyszysz i zakochujesz się momentalnie i bezwarunkowo. Podobnie było kiedyś u mnie z utworem „I ciebie też bardzo”. Ta sama półeczka doznań.
DIIV - Doused
Kolejny bardzo dobry utwór w tej kolejce. Gitarowy riff naprawdę robi robotę. Jest efektowny i bardzo zapamiętywalny. Dęciaki w tle robią super podkład. W ogóle utwór zaczyna się fajnym basem i ciekawą perkusją. Wokale jak najbardziej ok. Utwór ma bardzo prostą budowę. Bardzo prosta melodia wokalu i gitarowe harce. I tyle. Żadnego refrenu, a może właściwie tylko refren? Kto ich tam wie. Ale jest tempo, dynamika, brzmienie, jest bujająco. Jest dobrze.
A pani Sky Ferreira niestety nie znam.
Lianne La Havas - Tokyo
Murzyn wie, że wrzucając taką nutę raczej się na mojej opinii nie zawiedzie. Cieszę się nawet, że wrzucił wykon live, bo lubię wiedzieć kto jest za mikrofonem. Bardzo ładna melodia zaśpiewana pięknym głosem. Lianne ma kawał głosu, co słychać. Do tego tylko ładna gitara. W dodatku pogrywa sama wokalistka, co też doceniam. Mógłbym na takim akustycznym, kameralnym koncercie siedzieć i słuchać takich rzeczy godzinami.
Oczywiście obczaiłem też wersję singlową, która mocno się różni, ale jest naprawdę rewelacyjna.
Wydaje mi się, że kiedyś coś przesłuchiwałem na YT od Lianne i miałem do tego wrócić, ale oczywiście pod natłokiem innych rzeczy pewnie mi gdzieś uleciało z pamięci.
Purity Ring - Sea Castle
Pewnie Mentos, że utwór mi się podoba, wszak to dobra muzyka. Słucham z prawdziwą przyjemnością. No ale Mentos miał w moim przypadku łatwe zadanie, bo żeby trafić w mój gust musiał zrobić tylko jedną rzecz – wrzucić po prostu dobrą muzykę.
Rewelacyjna kolejka panowie. Myślę, że nikt nie musi się obawiać, że ludziom się kończą pomysły, skoro tu wciąż wlatują tak doskonałe rzeczy.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Crowded House - Don't Dream It's Over
Jest to jeden z niezliczonych przebojów lat 80. których wykonawcy pewnie sporo osób nie kojarzy, dla mnie to też zawsze był po prostu kolejny dobry kawałek z tej dekady. Tak bardziej świadomie to zapoznałem się z nim późno, możliwe że dopiero gdzieś w minionej dekadzie, chyba przy okazji jakiejś składanki. Sentymentalny utwór który prawdopodobnie siadł mi w atmosferze złamanego serca, ten klimat ma taki bardziej retro niż ejtisy, kojarzy mi się to z latami 60. albo i wcześniejszymi jakoś, wizualizuję przy nim sobie szkolną potańcówkę gdzieś w USA, taką jak z filmu Powrót Do Przyszłości. W sumie mam problem z pisaniem o takich kawałkach, napiszę więc że to wszystko jest po prostu dobre, melodie gitary czy klawiszy, tekst i vibe itd., nie czuję jednak tego numeru aż tak jak Kuba by się nim zachwycać. Jako ciekawostkę dodam że chętniej wracam chyba do tej wersji (swoją drogą myślałem że to było nagrane później, po zamachu w Manchesterze a widzę że jednak nie, po prostu chyba umiejscowiono ten numer a zwłaszcza refren jako taki powiedzmy protest song przeciwko społecznemu wykluczeniu, moim zdaniem z niezłym skutkiem):
https://youtu.be/m2ua3O_fdCY?si=k9a4zHQFH71Xb902
Bluszcz - Sopot '86
No z jednej strony faktycznie Dragon ładnie się wpasował swoim numerem po Kubie a z drugiej - po ejtisach otrzymujemy w papę udawanymi ejtisami. Rozmyte rzewne brzmienia, gitary z charakterystycznym pogłosem, leniwy rytm i wokal - ten mega zblazowany wokal który mi totalnie nie leży. Ogólnie czuję przesyt tym naśladownictwem, tekst momentami cringe'owy ale jak mniemam celowo dla utrzymania konwencji, wokalista wspomina Papa Dance, mi po głowie chodził po głowie z kolei nieco vibe wczesnych produkcji disco polo. Nie leży mi ten numer mimo szczerych chęci, nie poradzę.
DIIV - Doused
Munlup wybitnie namaścił tę kolejkę ejtisami widzę i wszyscy jak jeden mąż poszli tym tropem chyba, tu co prawda granie nieco żywsze ale klimat zdradza mocno ejtisowe post-punkowe inspiracje. To że muza jest rozmyta jeszcze ok ale wokale niestety też więc całość jest dla mnie niezrozumiała. Numer z grubsza leci cały czas na jedno kopyto z wyjątkiem instrumentalnego mostka ale nic się nie wyróżnia, nic nie chwyta słuchacza na moment, poza ogólną nieco angstową energią nie wyławiam kompletnie nic z tego utworu, dla mnie takie granie na yolo dla samego grania.
Purity Ring - sea castle
Początkowo odbierałem ten numer tak jak poprzednie - jako kolejne wcielenie ejtisów, potem z czasek wyłonił się jednak trochę inny klimat. Mianowicie wyczuwam w tym bardziej Eska-core, zwłaszcza kiedy już wchodzą ostrzejsze synthy, cięte wokale i handclapy w refrenie. Podobają mi się te takie tom tomy w stylu TR-808. Wokal jest taki totalnie generic do radia więc pod tym kątem byłbym skłonny uwierzyć że to tylko kolejna losowa śpiewająca Pani wrzucona przez wujka, sentyment jakiś jednak do Eska-core mam w sobie bo to jest takie totalnie niewadzące, człowiek pokiwa głową, nawet miło spędzi czas (najlepiej w aucie) i za chwilę zapomni o takim kawałku. Mimo wszystko jak na tę kolejkę nawet dałbym mu drugie miejsce.
The Kelly Family - Who'll Come With Me (David's Song)
No przy tej wrzutce z miejsca miałem spore obawy bo poczułem że oto wujek serwuje wrzutkę która muzycznie jest podobna do tej z poprzedniej kolejki ale tym razem bez jakiejś nostalgicznej historyjki która byłaby dla niej atutem pozamuzycznym. Jednakże w miarę kolejnych odsłuchów odkryłem że ten numer wcale nie jest taki najgorszy, mało tego, naprawdę mi się spodobał. Ten utwór ma niesamowicie filmowy a może wręcz baśniowy klimat, Wujek kojarzył go ze Szkocją a ja myślę o innych zielonych lokalizacjach i że to by pasowało choćby do takiego Władcy Pierścieni (włącznie z Gandalfem gadającym do hobbitów podczas tego mostku xD ). Ten kawałek ma naprawdę piękną melodię, podoba mi się plumkająca gitara i te smyczki a najbardziej lubię ten fragment gdy reszta grupy chóralnie odpowiada "we'll come with you", to jest takie podniosłe i epickie kurde. Słuchałem tego numeru wielokrotnie, również w innych wersjach (koncertowa, świąteczna, odświeżona z lat 90., instrumentalna) a nawet zainteresowany zacząłem dociekać o co biega z tym dopiskiem (David's Song) i odkryłem że jest to tytuł instrumentalnego utworu autorstwa rumuńskiego skrzypka Vladimira Cosmy do serialu "Porwany za młodu", do którego Kelly Family śpiewają własny tekst:
https://youtu.be/pO6xQyRWhJA?si=l-mZ_P1AN21TNtDo
Zatem takie historyczne tło jednak wiąże się z tym kawałkiem choć nie było to Braveheart
Mimo wszystko ten oryginalny aranż jest nieco drażniący bo tam zdaje się grają melodię na dudach, Kelly Family zdaje się skorzystali z fletu i chwała im za to. Tak naprawdę najsłabszym elementem ich wersji może być właśnie wokal tego chłopca wtedy kiedy wchodzi w wyższe rejestry jest to ciut męczące, nie zmienia to jednak bardzo pozytywnego odbioru tego utworu z mojej strony, Wuju urzekła mnie Twoja wrzutka, dla mnie wygrana kolejki 
Jest to jeden z niezliczonych przebojów lat 80. których wykonawcy pewnie sporo osób nie kojarzy, dla mnie to też zawsze był po prostu kolejny dobry kawałek z tej dekady. Tak bardziej świadomie to zapoznałem się z nim późno, możliwe że dopiero gdzieś w minionej dekadzie, chyba przy okazji jakiejś składanki. Sentymentalny utwór który prawdopodobnie siadł mi w atmosferze złamanego serca, ten klimat ma taki bardziej retro niż ejtisy, kojarzy mi się to z latami 60. albo i wcześniejszymi jakoś, wizualizuję przy nim sobie szkolną potańcówkę gdzieś w USA, taką jak z filmu Powrót Do Przyszłości. W sumie mam problem z pisaniem o takich kawałkach, napiszę więc że to wszystko jest po prostu dobre, melodie gitary czy klawiszy, tekst i vibe itd., nie czuję jednak tego numeru aż tak jak Kuba by się nim zachwycać. Jako ciekawostkę dodam że chętniej wracam chyba do tej wersji (swoją drogą myślałem że to było nagrane później, po zamachu w Manchesterze a widzę że jednak nie, po prostu chyba umiejscowiono ten numer a zwłaszcza refren jako taki powiedzmy protest song przeciwko społecznemu wykluczeniu, moim zdaniem z niezłym skutkiem):
https://youtu.be/m2ua3O_fdCY?si=k9a4zHQFH71Xb902
Bluszcz - Sopot '86
No z jednej strony faktycznie Dragon ładnie się wpasował swoim numerem po Kubie a z drugiej - po ejtisach otrzymujemy w papę udawanymi ejtisami. Rozmyte rzewne brzmienia, gitary z charakterystycznym pogłosem, leniwy rytm i wokal - ten mega zblazowany wokal który mi totalnie nie leży. Ogólnie czuję przesyt tym naśladownictwem, tekst momentami cringe'owy ale jak mniemam celowo dla utrzymania konwencji, wokalista wspomina Papa Dance, mi po głowie chodził po głowie z kolei nieco vibe wczesnych produkcji disco polo. Nie leży mi ten numer mimo szczerych chęci, nie poradzę.
DIIV - Doused
Munlup wybitnie namaścił tę kolejkę ejtisami widzę i wszyscy jak jeden mąż poszli tym tropem chyba, tu co prawda granie nieco żywsze ale klimat zdradza mocno ejtisowe post-punkowe inspiracje. To że muza jest rozmyta jeszcze ok ale wokale niestety też więc całość jest dla mnie niezrozumiała. Numer z grubsza leci cały czas na jedno kopyto z wyjątkiem instrumentalnego mostka ale nic się nie wyróżnia, nic nie chwyta słuchacza na moment, poza ogólną nieco angstową energią nie wyławiam kompletnie nic z tego utworu, dla mnie takie granie na yolo dla samego grania.
Purity Ring - sea castle
Początkowo odbierałem ten numer tak jak poprzednie - jako kolejne wcielenie ejtisów, potem z czasek wyłonił się jednak trochę inny klimat. Mianowicie wyczuwam w tym bardziej Eska-core, zwłaszcza kiedy już wchodzą ostrzejsze synthy, cięte wokale i handclapy w refrenie. Podobają mi się te takie tom tomy w stylu TR-808. Wokal jest taki totalnie generic do radia więc pod tym kątem byłbym skłonny uwierzyć że to tylko kolejna losowa śpiewająca Pani wrzucona przez wujka, sentyment jakiś jednak do Eska-core mam w sobie bo to jest takie totalnie niewadzące, człowiek pokiwa głową, nawet miło spędzi czas (najlepiej w aucie) i za chwilę zapomni o takim kawałku. Mimo wszystko jak na tę kolejkę nawet dałbym mu drugie miejsce.
The Kelly Family - Who'll Come With Me (David's Song)
No przy tej wrzutce z miejsca miałem spore obawy bo poczułem że oto wujek serwuje wrzutkę która muzycznie jest podobna do tej z poprzedniej kolejki ale tym razem bez jakiejś nostalgicznej historyjki która byłaby dla niej atutem pozamuzycznym. Jednakże w miarę kolejnych odsłuchów odkryłem że ten numer wcale nie jest taki najgorszy, mało tego, naprawdę mi się spodobał. Ten utwór ma niesamowicie filmowy a może wręcz baśniowy klimat, Wujek kojarzył go ze Szkocją a ja myślę o innych zielonych lokalizacjach i że to by pasowało choćby do takiego Władcy Pierścieni (włącznie z Gandalfem gadającym do hobbitów podczas tego mostku xD ). Ten kawałek ma naprawdę piękną melodię, podoba mi się plumkająca gitara i te smyczki a najbardziej lubię ten fragment gdy reszta grupy chóralnie odpowiada "we'll come with you", to jest takie podniosłe i epickie kurde. Słuchałem tego numeru wielokrotnie, również w innych wersjach (koncertowa, świąteczna, odświeżona z lat 90., instrumentalna) a nawet zainteresowany zacząłem dociekać o co biega z tym dopiskiem (David's Song) i odkryłem że jest to tytuł instrumentalnego utworu autorstwa rumuńskiego skrzypka Vladimira Cosmy do serialu "Porwany za młodu", do którego Kelly Family śpiewają własny tekst:
https://youtu.be/pO6xQyRWhJA?si=l-mZ_P1AN21TNtDo
Zatem takie historyczne tło jednak wiąże się z tym kawałkiem choć nie było to Braveheart
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Bluszcz - Sopot '86
Mamy chyba „Wypijmy za błędy 2020”. Sopot 86, ciekawe czemu 86. Urodziłem się w 1986 r., to chyba nie był jakiś wybitnie ciekawy rok poza wybuchem wiadomo gdzie i tym, że się urodziłem xD Czy panowie z Bluszczu byli wtedy na świecie, no chyba nie, więc zakładam, że to jest numer wyłącznie stylizowany, a nie wynikający z jakichś autentycznych przeżyć (no, chyba że cudzych), ew. jest jakąś interpretacją lub metaforą, nie wiem, bo się do takich informacji nie dokopałem. Czy autentyczność jest aż tak ważna? W tym wypadku chyba nie, numer to numer. A numer (numer numer) jest spoko. Wokal przypomina mi trochę chłopaków z Prząśniczek, więc spodziewałem się automatycznie jakiegoś beka kontentu, ale nie, tu jest na poważnie i romantycznie. Wiadomo, takie udawajki potrafią irytować, tak jak w przypadku proga, o czym ostatnio rozmawialiśmy, ale wyłgam się starym i sprawdzonym stwierdzeniem, że kawałek jest zbyt fajny, żebym mu miał obniżać za takie rzeczy ocenę. Syntezatory ejtisowe, gitary ala The Cure, może lirycznie za dużo oczywistych zahaczajek żeby każdy na stopro wiedział, o której dekadzie mówimy (wzmianka o Papa Dance np.), ale obiecałem się nie czepiać drobiazgów. Jest tu vibe starych ballad Myslovitz. Kawałek jest bardzo spoko, chociaż z pewnością jest to coś, co by lepiej wchodził z jakimś osobistym przeżyciem lub bardziej osobistym odbiorem, jak u Smoka. Ja, pomimo tego „86” w tytule, takiego związku nie czuję, więc oceniam trochę na chłodno, ale kawałek brzmi zimnofalowo, to może to nawet pasuje. Okejka jest.
DIIV – Doused
Deviaczek ewidentnie chce mieć te hipsterskie wrzuty ‘12 jak najszybciej z bani, bo ładuje nimi oporowo. Kolejna udawajka, czyli band który chce brzmieć jak stare bandy. Przeczytałem opis i włączałem kawałek myśląc „ah shit, here we go again”, ale nie jest źle. Może ja po prostu za bardzo lubię takie shoegaze/post-punk klimaty żeby to zmechać. Bo niby jest co mehać, kawałek brzmi jak jakaś gatunkowa wizytówka, dosłownie każdy zespół mógłby coś takiego nagrać, nie ma tu żadnego unikalnego charakteru, po prostu band zapatrzony w inne bandy, gra jak tamte bandy, ale minus lata doświadczenia. Mimo to, podoba mi się to, czasami samo brzmienie i vibe wystarczą, i może to mało pedagogiczne chwalić kawałki praktycznie za nic, ale to bestka na forum DM, nie muszę robić sensu w swoich recenzjach. Jest w tym coś takiego dzieciakowego, jakaś szczera pasja i zajawka na taki, a nie inny rodzaj muzyki. Oryginalność się z tego nie wylewa, ale miłość do gatunku już tak. Nie jest to poziom Slowdive za Chiny (w kryzysie), nawet brzmieniowo trudno tu jednoznacznie wskazać ten band jako źródło, bo zdecydowanie zbyt zwarta ta muza, ale nadal daję szczerą okejkę.
Lianne La Havas - Tokyo (Live at Sofar Tokyo)
Gitara z automatu budzi u mnie jednoznaczne skojarzenie, czyli „Weird Fishes” Radiohead. Tego tonu, tej gry nie da się pomylić… poza tym, że da (jak widać). Z miejsca robi się przyjemnie, bo mimo że nieznajomo, to jednak znajomo. Wokal Lianne z kimś mi się kojarzy, ale nie wiem z kim, słychać że sam zjeżdża w niskie rejony. Nie powalił mnie na kolana, ale głównie przez to, że nie wyróżnia się niczym i trudno będzie mi potem ulokować jakoś mocno w pamięci tą panią. Generalnie bardzo przyzwoity głos, ale nie w tym problem. Piosenka jest ok. Nic co by robiło duży szał, ani nic co by mi się nie podobało, bo mi się podoba, ale nie w tym stopniu, co niektóre inne wrzuty Murzyna w tym stylu. Babka wydaje się sympatyczna i chętnie posłuchałbym więcej. Jestem specyficznym człowiekiem i czasami daję szansę wykonawcom, bo są „sympatyczni”, pomimo tego, że inne, bardziej konkretne cechy ich twórczości mnie do końca nie przekonują. Nazwijmy to po prostu jakimś tam „nosem”. Na pewno plus za tę gitarę, widać że laska przespała się z tym instrumentem niejeden raz, trochę mi to przypomina styl Nicka Drake’a, mniej kompleksowy i o innym charakterze, ale wychodzący z podobnego miejsca. Namieszałem i już nie wiadomo, czy daję tę okejkę, czy nie, ale oczywiście, że daję. W ogóle, sprawdziłem sobie wersję studyjną i YT pokazuje, że już jej słuchałem. I tu mam wodę z mózgu zrobioną, bo kompletnie nie wiem w jakich to było okolicznościach. Może mi to Murzyn kiedyś podesłał, kurde nie wiem. W każdym razie, ta wersja też jest bardzo przyjemna, o dziwo, chyba by mi weszła nawet bardziej, pomimo że generalnie preferują podejście less is more. W każdym razie, jest to dobra rzecz i potencjalny (a może i pewny) grower.
The Kelly Family - Who'll Come With Me
Kali Family zna każdy kto wychował się w latach 90-tych, bo wtedy osiągnęli największa popularność. Popularność to w sumie mało powiedziane, w tamtych czasach wydawało się, że to mania na poziomie The Beatles. Nie znam się na tym zespole, wiedziałem tylko, że to był taki rodzinny band, który istniał sobie ze stale zmieniającym się składem. Ucieszyłem się, że Wujek wrzucił coś z lat 70-tych, coś czego raczej na pewno nie znałem i co, siłą rzeczy, musiało brzmieć inaczej niż ich hity, które kojarzę. Jednocześnie, śmiecham trochę, bo Wujek niejednokrotnie wyrażał pogardę dla muzyki z lat 70, a teraz wrzuca taką muzykę i to, uwaga, brzmiącą w 100% jak muzyka z lat 70 xD No, ale tak to z Wujem jest, nienawidzi polskiej muzyki, ale przoduje w jej wrzucaniu tutaj, nienawidzi polskiego rapu, ale go wrzucił, nienawidzi lat 70, ale oto jesteśmy.
Kawałek jest spoko. Gdybym nie wiedział, że to Kelly Family, to bym nie zgadł, że to mogą być oni. Przyzwoita piosenka, ciekawe wokale, muzycznie takie typowe ruralne granie z orkiestrą. Trzeba jednak mieć moment na takie kawałki, ja teraz średnio mam, ale z doświadczenia potrafię poznać potencjał i myślę, że jeszcze wrócę do tego utworu nieraz. Nie spodziewałem się zobaczyć i usłyszeć tutaj The Kelly Family, a już zwłaszcza z jakiegoś wczesnego etapu istnienia, którego praktycznie nikt nie kojarzy, ale jestem miło zaskoczony.
BTW, zdziwiłbyś się Wujek, ile rzeczy może się dziać za kulisami i nic, co się dzieje publicznie na to nie wskazuje. Jak dla mnie to facet mógł nawet bić te dzieci i przyklejać im uśmiech na występy, bo zastraszeniem można naprawdę dużo wyegzekwować. Z tekstu "gdyby nie chciały śpiewać, to by nie śpiewały" jednak kekam. Taki stary chłop, a taki naiwny.
purity ring - sea castle
No niestety, tym razem Mentos u mnie nie trafił. Potwornie nijaki kawałek. Wokal dziewczyny mnie niesamowicie irytuje, a srogie potraktowanie go auto-tunem tylko pogarsza sprawę. Piosenka w tle niby jakaś jest, ale jak dla mnie, to jest to poziom łagodnie mówiąc niewysoki. Muzyka przypomina wiele rzeczy, które lecą po radiu przez miesiąc, a potem nikt o nich nie pamięta. Nie wiem czy bym zmienił stację, bo rzadko zdarza mi się słuchać radia, ale raczej na pewno bym sam z siebie nie włączył kawałka. To nie jest rodzaj muzyki, który z założenia odrzucam, bo Wujek faktycznie wrzucił kilka takich rzeczy i one były całkiem spoko (mniej lub bardziej, ale spoko). Tutaj niestety nie mam o co się zaczepić, chciałbym, ale nie mam. Czy to będzie grower? Nie wiem, może, byłoby fajne, a z drugiej strony, czemu mi na tym zależy? XD Ja generalnie nie lubię mehać na Wasze wrzuty, zawsze mam wyrzuty i generalnie nie czuję się swobodnie dissując jakieś kawałki (co u niektórych w tej bestce leży w naturze), ale „sea castle” to jest naprawdę niska ze średnich półek i to obiektywnie mówiąc. No bonus.
No i co, kolejka jest taka okejkowata. Gdybym miał wybrać najlepszy kawałek z tego grona, to bym wybrał swój.
Mamy chyba „Wypijmy za błędy 2020”. Sopot 86, ciekawe czemu 86. Urodziłem się w 1986 r., to chyba nie był jakiś wybitnie ciekawy rok poza wybuchem wiadomo gdzie i tym, że się urodziłem xD Czy panowie z Bluszczu byli wtedy na świecie, no chyba nie, więc zakładam, że to jest numer wyłącznie stylizowany, a nie wynikający z jakichś autentycznych przeżyć (no, chyba że cudzych), ew. jest jakąś interpretacją lub metaforą, nie wiem, bo się do takich informacji nie dokopałem. Czy autentyczność jest aż tak ważna? W tym wypadku chyba nie, numer to numer. A numer (numer numer) jest spoko. Wokal przypomina mi trochę chłopaków z Prząśniczek, więc spodziewałem się automatycznie jakiegoś beka kontentu, ale nie, tu jest na poważnie i romantycznie. Wiadomo, takie udawajki potrafią irytować, tak jak w przypadku proga, o czym ostatnio rozmawialiśmy, ale wyłgam się starym i sprawdzonym stwierdzeniem, że kawałek jest zbyt fajny, żebym mu miał obniżać za takie rzeczy ocenę. Syntezatory ejtisowe, gitary ala The Cure, może lirycznie za dużo oczywistych zahaczajek żeby każdy na stopro wiedział, o której dekadzie mówimy (wzmianka o Papa Dance np.), ale obiecałem się nie czepiać drobiazgów. Jest tu vibe starych ballad Myslovitz. Kawałek jest bardzo spoko, chociaż z pewnością jest to coś, co by lepiej wchodził z jakimś osobistym przeżyciem lub bardziej osobistym odbiorem, jak u Smoka. Ja, pomimo tego „86” w tytule, takiego związku nie czuję, więc oceniam trochę na chłodno, ale kawałek brzmi zimnofalowo, to może to nawet pasuje. Okejka jest.
DIIV – Doused
Deviaczek ewidentnie chce mieć te hipsterskie wrzuty ‘12 jak najszybciej z bani, bo ładuje nimi oporowo. Kolejna udawajka, czyli band który chce brzmieć jak stare bandy. Przeczytałem opis i włączałem kawałek myśląc „ah shit, here we go again”, ale nie jest źle. Może ja po prostu za bardzo lubię takie shoegaze/post-punk klimaty żeby to zmechać. Bo niby jest co mehać, kawałek brzmi jak jakaś gatunkowa wizytówka, dosłownie każdy zespół mógłby coś takiego nagrać, nie ma tu żadnego unikalnego charakteru, po prostu band zapatrzony w inne bandy, gra jak tamte bandy, ale minus lata doświadczenia. Mimo to, podoba mi się to, czasami samo brzmienie i vibe wystarczą, i może to mało pedagogiczne chwalić kawałki praktycznie za nic, ale to bestka na forum DM, nie muszę robić sensu w swoich recenzjach. Jest w tym coś takiego dzieciakowego, jakaś szczera pasja i zajawka na taki, a nie inny rodzaj muzyki. Oryginalność się z tego nie wylewa, ale miłość do gatunku już tak. Nie jest to poziom Slowdive za Chiny (w kryzysie), nawet brzmieniowo trudno tu jednoznacznie wskazać ten band jako źródło, bo zdecydowanie zbyt zwarta ta muza, ale nadal daję szczerą okejkę.
Lianne La Havas - Tokyo (Live at Sofar Tokyo)
Gitara z automatu budzi u mnie jednoznaczne skojarzenie, czyli „Weird Fishes” Radiohead. Tego tonu, tej gry nie da się pomylić… poza tym, że da (jak widać). Z miejsca robi się przyjemnie, bo mimo że nieznajomo, to jednak znajomo. Wokal Lianne z kimś mi się kojarzy, ale nie wiem z kim, słychać że sam zjeżdża w niskie rejony. Nie powalił mnie na kolana, ale głównie przez to, że nie wyróżnia się niczym i trudno będzie mi potem ulokować jakoś mocno w pamięci tą panią. Generalnie bardzo przyzwoity głos, ale nie w tym problem. Piosenka jest ok. Nic co by robiło duży szał, ani nic co by mi się nie podobało, bo mi się podoba, ale nie w tym stopniu, co niektóre inne wrzuty Murzyna w tym stylu. Babka wydaje się sympatyczna i chętnie posłuchałbym więcej. Jestem specyficznym człowiekiem i czasami daję szansę wykonawcom, bo są „sympatyczni”, pomimo tego, że inne, bardziej konkretne cechy ich twórczości mnie do końca nie przekonują. Nazwijmy to po prostu jakimś tam „nosem”. Na pewno plus za tę gitarę, widać że laska przespała się z tym instrumentem niejeden raz, trochę mi to przypomina styl Nicka Drake’a, mniej kompleksowy i o innym charakterze, ale wychodzący z podobnego miejsca. Namieszałem i już nie wiadomo, czy daję tę okejkę, czy nie, ale oczywiście, że daję. W ogóle, sprawdziłem sobie wersję studyjną i YT pokazuje, że już jej słuchałem. I tu mam wodę z mózgu zrobioną, bo kompletnie nie wiem w jakich to było okolicznościach. Może mi to Murzyn kiedyś podesłał, kurde nie wiem. W każdym razie, ta wersja też jest bardzo przyjemna, o dziwo, chyba by mi weszła nawet bardziej, pomimo że generalnie preferują podejście less is more. W każdym razie, jest to dobra rzecz i potencjalny (a może i pewny) grower.
The Kelly Family - Who'll Come With Me
Kali Family zna każdy kto wychował się w latach 90-tych, bo wtedy osiągnęli największa popularność. Popularność to w sumie mało powiedziane, w tamtych czasach wydawało się, że to mania na poziomie The Beatles. Nie znam się na tym zespole, wiedziałem tylko, że to był taki rodzinny band, który istniał sobie ze stale zmieniającym się składem. Ucieszyłem się, że Wujek wrzucił coś z lat 70-tych, coś czego raczej na pewno nie znałem i co, siłą rzeczy, musiało brzmieć inaczej niż ich hity, które kojarzę. Jednocześnie, śmiecham trochę, bo Wujek niejednokrotnie wyrażał pogardę dla muzyki z lat 70, a teraz wrzuca taką muzykę i to, uwaga, brzmiącą w 100% jak muzyka z lat 70 xD No, ale tak to z Wujem jest, nienawidzi polskiej muzyki, ale przoduje w jej wrzucaniu tutaj, nienawidzi polskiego rapu, ale go wrzucił, nienawidzi lat 70, ale oto jesteśmy.
Kawałek jest spoko. Gdybym nie wiedział, że to Kelly Family, to bym nie zgadł, że to mogą być oni. Przyzwoita piosenka, ciekawe wokale, muzycznie takie typowe ruralne granie z orkiestrą. Trzeba jednak mieć moment na takie kawałki, ja teraz średnio mam, ale z doświadczenia potrafię poznać potencjał i myślę, że jeszcze wrócę do tego utworu nieraz. Nie spodziewałem się zobaczyć i usłyszeć tutaj The Kelly Family, a już zwłaszcza z jakiegoś wczesnego etapu istnienia, którego praktycznie nikt nie kojarzy, ale jestem miło zaskoczony.
BTW, zdziwiłbyś się Wujek, ile rzeczy może się dziać za kulisami i nic, co się dzieje publicznie na to nie wskazuje. Jak dla mnie to facet mógł nawet bić te dzieci i przyklejać im uśmiech na występy, bo zastraszeniem można naprawdę dużo wyegzekwować. Z tekstu "gdyby nie chciały śpiewać, to by nie śpiewały" jednak kekam. Taki stary chłop, a taki naiwny.
purity ring - sea castle
No niestety, tym razem Mentos u mnie nie trafił. Potwornie nijaki kawałek. Wokal dziewczyny mnie niesamowicie irytuje, a srogie potraktowanie go auto-tunem tylko pogarsza sprawę. Piosenka w tle niby jakaś jest, ale jak dla mnie, to jest to poziom łagodnie mówiąc niewysoki. Muzyka przypomina wiele rzeczy, które lecą po radiu przez miesiąc, a potem nikt o nich nie pamięta. Nie wiem czy bym zmienił stację, bo rzadko zdarza mi się słuchać radia, ale raczej na pewno bym sam z siebie nie włączył kawałka. To nie jest rodzaj muzyki, który z założenia odrzucam, bo Wujek faktycznie wrzucił kilka takich rzeczy i one były całkiem spoko (mniej lub bardziej, ale spoko). Tutaj niestety nie mam o co się zaczepić, chciałbym, ale nie mam. Czy to będzie grower? Nie wiem, może, byłoby fajne, a z drugiej strony, czemu mi na tym zależy? XD Ja generalnie nie lubię mehać na Wasze wrzuty, zawsze mam wyrzuty i generalnie nie czuję się swobodnie dissując jakieś kawałki (co u niektórych w tej bestce leży w naturze), ale „sea castle” to jest naprawdę niska ze średnich półek i to obiektywnie mówiąc. No bonus.
No i co, kolejka jest taka okejkowata. Gdybym miał wybrać najlepszy kawałek z tego grona, to bym wybrał swój.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Szczerze współczuję.stripped pisze:02 paź 2023 07:41mi po głowie chodził po głowie z kolei nieco vibe wczesnych produkcji disco polo.
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Tak było dawno temu, że nie wspomnę, iż od wszystkiego są wyjątki.Hien pisze:02 paź 2023 10:50Jednocześnie, śmiecham trochę, bo Wujek niejednokrotnie wyrażał pogardę dla muzyki z lat 70, a teraz wrzuca taką muzykę i to, uwaga, brzmiącą w 100% jak muzyka z lat 70 xD
Ja nie myślałem raczej o małych dzieciach, które rzeczywiście nie mają nic do gadania. Ale wątpię, żeby prawie dorosłe konie bały się tatusia. Oni wszyscy śpiewają do dziś, więc chyba to lubią.Hien pisze:02 paź 2023 10:50Z tekstu "gdyby nie chciały śpiewać, to by nie śpiewały" jednak kekam. Taki stary chłop, a taki naiwny.
A zresztą co mnie to tam obchodzi.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Wiesz Wujek, jak całe życie tylko to robili i nic innego w życiu nie potrafią, to wiadomo, że będą śpiewać dalej, z czegoś trzeba żyć.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
trochę wbrew sobie ale udało się
Crowded House Don't Dream It's Over
Doskonały kawałek. Siada jak złoto w każdym momencie. Teraz przyjemnie pasuje pod czas zmęczenia, większej niż zwykle nerwowości i studenckiego przebudzenia. W zależności od pory roku, ustawienia planet, osobistego nastroju mógłbym opisać zupełnie inaczej, ale zawsze ze szczerym uznaniem dla samej muzyki. Brzmieniowo ejtisy nie do pomylenia, lecz poprowadzone z niebywałą perfekcją, wyczuciem, mistrzowskim rozłożeniem emocji. Zazwyczaj lekko dziaderskie organy tylko pod koniec wyraźnie wychodzą do przodu i to działa. Outro podkręca to ulotne wrażenie, zostaje tylko się rozpłynąć. Solowy moment gitarowy jak moment oddechu przed ostatecznym pogodzeniem się z rzeczywistością. Już wszystko wiadomo, można się rozejść, położyć spać. Na wokalu niby też można znaleźć luźne podobieństwa, choć po co, ten refren tylko w zapodanej konfiguracji zadziała prawidłowo. Lekko melancholijny, rozliczeniowy, ale chyba nigdy nie był tym pierwszym, który leciał w chwilach poważnych przejść w życiu. Na pewno płakałem do No Suprises. Tutaj zawsze z taką satysfakcjonującą goryczą pozwalałem i pozwalam sobie iść dalej. Obowiązkowy klasyk, który jeszcze długo będzie zbierał street credit (albo też i artistic młodzież credit). I słusznie.
DIIV Doused
Miło krok po kroku odkrywać kolejne zespoły supportujące Depeche Mode na obecnej trasie. Długo już kojarzę Kelly Lee Owens i Young Fathers. Hope poznałem przy okazji warszawskiego koncertu. Kontakt z pierwszymi dwoma to naprawdę przyjemne doświadczenie od lat. Nadzieja brzmi nieźle na żywo, ale studyjnie nudzą. DIIV teraz bawią się w trasę po Stanach i jeśli grają ten kawałek, to naprawdę klasa. Mnie to w ogóle szugejzem nie wonieje. Wokale potraktowane pogłosem to trochę za mało przy tak konserwatywnym, post-punkowym brzmieniu zespołu. Niby w końcówce coś tam świta... i tak bym tego nie nazwał w ten sposób. Mniej doomerskie niż The Twilight Sad, ale nie jakoś bardziej optymistyczne. 2012 rok, to może leciało na MTV Rocks? Może to by było dziwne, może nie, ale obok Muse czy Franz Ferdinand mogłoby lecieć bez większego zgrzytu. Po Bluszczu i Crowded House siada jeszcze piękniej. Kawałek nie zaskoczył mnie niczym szczególnym. Podoba mi się wytworzony nastrój, całkiem do zapamiętania gitarka i lekki wokal. Dobre pierwsze wrażenie, co jeszcze mają ciekawego na pace?
Lianne La Havas Tokyo (live)
Wrocławska RAMka to są poważni gracze i czasami puszczą też coś z jej repertuaru. Pamiętam, że pierwsze usłyszałem Please Don't Make My Cry, sensualny, lekko płynący soulowy banger. Niedługo później chciałem sprawdzić całą płytę z 2020 roku, ale po paru kawałkach się poddałem. Może nie ten nastrój, może za szybko. Po pewnym czasie wiem na pewno, że jednak ta stylistyka naprawdę mi pasuje. Łatwo przyswajalny soul. Aranżacje z niskim progiem wejścia w połączeniu z dobrym wokalem sprawiają, że czuję tu to słynne Coś. Nie zawsze chciało mi się babrać z JuDupą, ale wychodzi na to, że i tak jestem całkiem uczciwy. Na pewno słuchałem studyjnej i żywej z nagrania tyle samo razy. Wspominany sposób produkcji znowu robi robotę, choć przy tych melodiach i wokalu faktycznie podstawowym zadaniem jest po prostu nie spieprzyć efektu, nie przesadzić. Co do zasady akustyki zawsze robią na mnie mniejsze wrażenie, ale bywają wyjątki. W tym przypadku całość naprawdę dobrze SIEDZI na tej gitarze. W sumie w ryzach trzyma już studyjną wersję, więc dla wytworzenia kameralnego wrażenia wystarczy wywalić resztę, a i tak numer się wybroni. Obydwa warianty działają na mnie w podobny sposób. Gdybym poszedł na jej koncert to raczej nie żeby topić smutki pozbawiony shota wódki tylko posłuchać dobrego soulu, więc świadomy tekstowych niuansów po prostu słucham muzyki. Za pierwszym razem zaśmiałem się przy tym sytuacyjnym dopowiedzeniu. Wyszło naturalnie, ciepło, a przy tym bez zakłócenia klimatu kawałka. Podoba mi się.
Kelly Family Who'll Come With Me
Tutaj już nie ma warstwy sentymentalnej, a i sam kawałek jest jeszcze gorszy, ale nie będzie roastu, bo nie mam na to natchnienia bożego, by się rozpisywać. Kelly Family to jeden z tych koszmarków, który dostajesz w prezencie od rodziców. Oni podchodzą do tego z sympatią, a ty już wyczuwasz nadchodzący kompletnie niechciany kontakt. Na pierwsze spotkanie dostajesz z grubej rury An Angel, okropnie kiczowatym dziadostwem i już wiesz, że nic dobrego z tego nie będzie. Może tutaj zaczyna się mój niewytłumaczalny niepokój przy obcowaniu z podobnymi rodzinnymi zespołami. Odkąd pamiętam o Kelly Family mówiło się w kontekście toksycznych relacji wewnątrz. Wobec tego słuchanie naiwnych piosenek o miłości, uczuciach, nadziei jest dla mnie dość niesmaczne. Trudno o bardziej wyraźny konflikt. Niby próbujemy tworzyć pozytywny przekaz, a potem czytamy, że rodził się w bólach, agresji, zamordyzmie. To jak oglądanie dzisiaj vlogów Gonciarza, który na filmach uchodził za wrażliwca społecznego wspierającego kobiety tylko po to, by na boku toksycznie je podrywać, zmuszać do kontaktów seksualnych i wpychać znów w nałogi. Hien ładnie podsumował stosunek shodana do wizerunku tego zespołu. Mocno naiwne i wręcz krzywdzące. Popkultura niestety zna masę przykładów, gdzie co innego widać, a co innego dzieje się poza okiem kamery. Mimo wszelkich starań i całej wyrozumiałości, jaką potrafię znaleźć dla wielu innych twórców, nie jestem w stanie znaleźć tu niczego dobrego. Jak na 1979 rok to jeszcze nie tak źle, ostatnie sensowne podrygi popu z takim rozmachem. Słuchany w latach 90' być może miałby swój urok, ale dziś brzmi jak ponury, groteskowy żart. Faktycznie jest w tym coś szkockiego, szczególnie w połączeniu z obrazkiem. Takie 200% wyobrażenia Szkocji w Szkocji. Choć może bardziej Szkocja w świecie Domku na prerii po doprowadzeniu asfaltowej drogi. Ubrania, kolorystyka, instrumentarium, nastrój, wszystko sztuczne. Zabrakło czegokolwiek do przebicia tej bańki. Gdyby jeszcze istniała wersja bez lektora, to nawet uszłoby w tłoku. Dla samego fletu raczej nie będę wracał. Porażka.
purity ring sea castle
Shodan szybko kontratakuje całkiem niezłym drugim kawałkiem, choć czuć w tym rękę Seby. Niby całkiem prosty popowy kawałek, ale miejscami wybrzmiewa w nim coś hipsterskiego. Użyta elektronika, specyficznie zaprogramowana perkusja. Po prostu ładny wokal to za mało. Bardzo przyjemne rzeczy dzieją się w tle w zwrotkach, fortepian z nałożonym dźwiękiem dodatkowo potraktowanym pogłosem... brzmi jak dobry ambient do wygaszenia emocji przed snem mniej więcej właśnie o tej porze, w której wrzucam swoje wrażenia. Trochę szkoda, że w refrenie idzie tylko to cykanie, jest w tym coś irytującego. Całość przez to jeszcze bardziej muli. W lepszej kondycji słuchało się lepiej, ale i tak jest tu parę dobrych zabiegów sprawdzających się w każdych warunkach. Sympatyczna wrzutka, której nie powstydziłby się sugerowany autor.
Crowded House Don't Dream It's Over
Doskonały kawałek. Siada jak złoto w każdym momencie. Teraz przyjemnie pasuje pod czas zmęczenia, większej niż zwykle nerwowości i studenckiego przebudzenia. W zależności od pory roku, ustawienia planet, osobistego nastroju mógłbym opisać zupełnie inaczej, ale zawsze ze szczerym uznaniem dla samej muzyki. Brzmieniowo ejtisy nie do pomylenia, lecz poprowadzone z niebywałą perfekcją, wyczuciem, mistrzowskim rozłożeniem emocji. Zazwyczaj lekko dziaderskie organy tylko pod koniec wyraźnie wychodzą do przodu i to działa. Outro podkręca to ulotne wrażenie, zostaje tylko się rozpłynąć. Solowy moment gitarowy jak moment oddechu przed ostatecznym pogodzeniem się z rzeczywistością. Już wszystko wiadomo, można się rozejść, położyć spać. Na wokalu niby też można znaleźć luźne podobieństwa, choć po co, ten refren tylko w zapodanej konfiguracji zadziała prawidłowo. Lekko melancholijny, rozliczeniowy, ale chyba nigdy nie był tym pierwszym, który leciał w chwilach poważnych przejść w życiu. Na pewno płakałem do No Suprises. Tutaj zawsze z taką satysfakcjonującą goryczą pozwalałem i pozwalam sobie iść dalej. Obowiązkowy klasyk, który jeszcze długo będzie zbierał street credit (albo też i artistic młodzież credit). I słusznie.
DIIV Doused
Miło krok po kroku odkrywać kolejne zespoły supportujące Depeche Mode na obecnej trasie. Długo już kojarzę Kelly Lee Owens i Young Fathers. Hope poznałem przy okazji warszawskiego koncertu. Kontakt z pierwszymi dwoma to naprawdę przyjemne doświadczenie od lat. Nadzieja brzmi nieźle na żywo, ale studyjnie nudzą. DIIV teraz bawią się w trasę po Stanach i jeśli grają ten kawałek, to naprawdę klasa. Mnie to w ogóle szugejzem nie wonieje. Wokale potraktowane pogłosem to trochę za mało przy tak konserwatywnym, post-punkowym brzmieniu zespołu. Niby w końcówce coś tam świta... i tak bym tego nie nazwał w ten sposób. Mniej doomerskie niż The Twilight Sad, ale nie jakoś bardziej optymistyczne. 2012 rok, to może leciało na MTV Rocks? Może to by było dziwne, może nie, ale obok Muse czy Franz Ferdinand mogłoby lecieć bez większego zgrzytu. Po Bluszczu i Crowded House siada jeszcze piękniej. Kawałek nie zaskoczył mnie niczym szczególnym. Podoba mi się wytworzony nastrój, całkiem do zapamiętania gitarka i lekki wokal. Dobre pierwsze wrażenie, co jeszcze mają ciekawego na pace?
Lianne La Havas Tokyo (live)
Wrocławska RAMka to są poważni gracze i czasami puszczą też coś z jej repertuaru. Pamiętam, że pierwsze usłyszałem Please Don't Make My Cry, sensualny, lekko płynący soulowy banger. Niedługo później chciałem sprawdzić całą płytę z 2020 roku, ale po paru kawałkach się poddałem. Może nie ten nastrój, może za szybko. Po pewnym czasie wiem na pewno, że jednak ta stylistyka naprawdę mi pasuje. Łatwo przyswajalny soul. Aranżacje z niskim progiem wejścia w połączeniu z dobrym wokalem sprawiają, że czuję tu to słynne Coś. Nie zawsze chciało mi się babrać z JuDupą, ale wychodzi na to, że i tak jestem całkiem uczciwy. Na pewno słuchałem studyjnej i żywej z nagrania tyle samo razy. Wspominany sposób produkcji znowu robi robotę, choć przy tych melodiach i wokalu faktycznie podstawowym zadaniem jest po prostu nie spieprzyć efektu, nie przesadzić. Co do zasady akustyki zawsze robią na mnie mniejsze wrażenie, ale bywają wyjątki. W tym przypadku całość naprawdę dobrze SIEDZI na tej gitarze. W sumie w ryzach trzyma już studyjną wersję, więc dla wytworzenia kameralnego wrażenia wystarczy wywalić resztę, a i tak numer się wybroni. Obydwa warianty działają na mnie w podobny sposób. Gdybym poszedł na jej koncert to raczej nie żeby topić smutki pozbawiony shota wódki tylko posłuchać dobrego soulu, więc świadomy tekstowych niuansów po prostu słucham muzyki. Za pierwszym razem zaśmiałem się przy tym sytuacyjnym dopowiedzeniu. Wyszło naturalnie, ciepło, a przy tym bez zakłócenia klimatu kawałka. Podoba mi się.
Kelly Family Who'll Come With Me
Tutaj już nie ma warstwy sentymentalnej, a i sam kawałek jest jeszcze gorszy, ale nie będzie roastu, bo nie mam na to natchnienia bożego, by się rozpisywać. Kelly Family to jeden z tych koszmarków, który dostajesz w prezencie od rodziców. Oni podchodzą do tego z sympatią, a ty już wyczuwasz nadchodzący kompletnie niechciany kontakt. Na pierwsze spotkanie dostajesz z grubej rury An Angel, okropnie kiczowatym dziadostwem i już wiesz, że nic dobrego z tego nie będzie. Może tutaj zaczyna się mój niewytłumaczalny niepokój przy obcowaniu z podobnymi rodzinnymi zespołami. Odkąd pamiętam o Kelly Family mówiło się w kontekście toksycznych relacji wewnątrz. Wobec tego słuchanie naiwnych piosenek o miłości, uczuciach, nadziei jest dla mnie dość niesmaczne. Trudno o bardziej wyraźny konflikt. Niby próbujemy tworzyć pozytywny przekaz, a potem czytamy, że rodził się w bólach, agresji, zamordyzmie. To jak oglądanie dzisiaj vlogów Gonciarza, który na filmach uchodził za wrażliwca społecznego wspierającego kobiety tylko po to, by na boku toksycznie je podrywać, zmuszać do kontaktów seksualnych i wpychać znów w nałogi. Hien ładnie podsumował stosunek shodana do wizerunku tego zespołu. Mocno naiwne i wręcz krzywdzące. Popkultura niestety zna masę przykładów, gdzie co innego widać, a co innego dzieje się poza okiem kamery. Mimo wszelkich starań i całej wyrozumiałości, jaką potrafię znaleźć dla wielu innych twórców, nie jestem w stanie znaleźć tu niczego dobrego. Jak na 1979 rok to jeszcze nie tak źle, ostatnie sensowne podrygi popu z takim rozmachem. Słuchany w latach 90' być może miałby swój urok, ale dziś brzmi jak ponury, groteskowy żart. Faktycznie jest w tym coś szkockiego, szczególnie w połączeniu z obrazkiem. Takie 200% wyobrażenia Szkocji w Szkocji. Choć może bardziej Szkocja w świecie Domku na prerii po doprowadzeniu asfaltowej drogi. Ubrania, kolorystyka, instrumentarium, nastrój, wszystko sztuczne. Zabrakło czegokolwiek do przebicia tej bańki. Gdyby jeszcze istniała wersja bez lektora, to nawet uszłoby w tłoku. Dla samego fletu raczej nie będę wracał. Porażka.
purity ring sea castle
Shodan szybko kontratakuje całkiem niezłym drugim kawałkiem, choć czuć w tym rękę Seby. Niby całkiem prosty popowy kawałek, ale miejscami wybrzmiewa w nim coś hipsterskiego. Użyta elektronika, specyficznie zaprogramowana perkusja. Po prostu ładny wokal to za mało. Bardzo przyjemne rzeczy dzieją się w tle w zwrotkach, fortepian z nałożonym dźwiękiem dodatkowo potraktowanym pogłosem... brzmi jak dobry ambient do wygaszenia emocji przed snem mniej więcej właśnie o tej porze, w której wrzucam swoje wrażenia. Trochę szkoda, że w refrenie idzie tylko to cykanie, jest w tym coś irytującego. Całość przez to jeszcze bardziej muli. W lepszej kondycji słuchało się lepiej, ale i tak jest tu parę dobrych zabiegów sprawdzających się w każdych warunkach. Sympatyczna wrzutka, której nie powstydziłby się sugerowany autor.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Halo co to za spanie
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
8 dzień kolejki heh, bawi mnie trochę, że to Mentos w temacie o klipach optował za 5-dniowymi kolejkami tutaj.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Co lepsze raczej nie wyrobie się do niedzieli
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
RIP jedna z moich październikowych wrzut
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
haha
idę spać, obudźcie mnie jak ta kolejka się skończy
idę spać, obudźcie mnie jak ta kolejka się skończy
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Jestem, ale będzie zwięźle i trochę byle jak, bo mam 38 stopni gorączki
Crowded House - Don't Dream It's Over
Hien napisał, że nie zna osoby, która by tego nie lubiła i mogę powiedzieć mu jedno - na pewno ja nie jestem taką osobą. Numer też znam chyba od zawsze, co ciekawe, chyba nie znam nic więcej od nich lol, lub też inaczej - słysząc inne ich numery nie wiedziałem (i wciąż nie wiem), że to oni. Numer jest faktycznie świetny, słysząc go w radio w aucie (tylko tam słucham radia) podgłaśniam, wideo na MTV Classic/VH1 widziałem wielokrotnie, po prostu go lubię. Podjazd gitarowy faktycznie zajebisty, właściwie nie wiem, jak nie zwróciłem na taki niuans uwagi wcześniej. No nic. Don't Dream It's Over jest na czele mojej listy piosenek, co do których myślałem gówniakiem będąc, że ich tytuł to zbiorczo "Hejnał", zapisywany dokładnie w ten sposób. Truly wonderful the mind of a child is. Munlup okrył mnie ciepłym kocykiem właśnie wtedy, kiedy tego potrzebowałem (czyli teraz). Jeszcze kubeczek ciepłego kakao i już w ogóle będzie UwU. Cóż mogę powiedzieć więcej, idealny comfort song.
Bluszcz - Sopot '86
Kurde, mieszane mam uczucia. Muzycznie to jest fajne, ale tekst jakoś w ogóle do mnie nie trafia, wokal jakiś taki wymęczono-wybekany, dziwi mnie czasem, że takie rzeczy autentycznie przechodzą i ktoś z branży stwierdza, że to jest ok, gdyż za każdym razem, gdy ja choćby liznę takiego stylu (zawsze przypadkiem, bo go nie lubię), dostaję od Munlupa opier*ol za rzeczone "wybekanie" tekstu. Nędznie to trochę brzmi. Muzyka za to super, chociaż ta elektroniczna perka nieco posysa, w sensie ta bezczelnie oczywista kombinacja stopa-werbel-stopa-werbel, dużo lepiej by to brzmiało z tą lekką imitacją TR-808 na samym początku. Gitary poza tym są super, klawisze też robią miły klimat i przypominają mi trochę Rezerwat, a Rezerwat jest (był) z Łodzi i był super. Ostatecznie skłaniam się trochę ku Hienowej ocenie i powiem "numer zbyt fajny - w ostatecznym rozrachunku - ażeby go bezczelnie zjechać". Choć, by słuchacz nie dostał wzwodu kropla dziegciu w łyżce miodu, a nawet kilka. Takich na żołądek. Niestety, przedawkowano z cukrem i mam teraz powokalne mdłości.
Lianne La Havas - Tokyo
No, musiało dojść do pierwszego zderzenia - ten numer mnie zmęczył. Po prostu. Mógł być cichy i spokojny, ale momenty wchodzenia przez tę laskę na wysokie tony wszystko mi rujnują. Dosłownie, aż uszy puchną. Nie wiem, skąd taką niechęć w sobie wyprodukowałem, ale tak jest i już. Poza tym gra bardzo fajnie, jest w tym coś nastrojowego i coś takiego ram-core'owego. Rozumiem murzyńskie feelsy tutaj, albowiem ja takich numerów mam całą szufladę (i srogo rośnie od prawie dwóch lat). Zabawnym znajduję fakt, że totalnie przypisałbym słuchanie takiej muzy murzyńskiej szwagierce, może wyczuwałem taką melancholię w jej twórczości. I to się tutaj ładnie nakłada. Problem polega na tym, że ten kawałek byłby lepszym instrumentalem niż jest wersją wokalną, ale chociaż niech ona tak nie piłuje japy. No, nie można mieć wszystkiego. A może ten kawałek mnie po prostu aż tak zasmucił? Zaś o wykonawczyni nigdy wcześniej nie słyszałem. Chyba jednak słabo znam muzykę, ehh...
The Kelly Family - Who'll Come With Me
Trochę bekę mam z siebie tutaj, bo byłem śmiertelnie poważnie przekonany, że Kelly Family to jest band końca lat 80./pierwszej połowy lat 90., a tu się okazuje, że oni nagrywali muzę w momencie, w którym świat dopiero co poznał się na Gwiezdnych Wojnach. Dziwny jest ten numer. Na początku byłem gotów hejtować, a potem jakoś tak... ma on taki baśniowo-bajkowy klimat, w sam raz do jakiegoś dzieła kinematograficznego dla trochę starszych jednak dzieci zrealizowanego właśnie w tamtych latach. Względnie do jakiegoś nigdy nie powstałego brytyjskiego remake'u Fantaghiro, gdzie ludzie-grzyby wysadzają Czarną Królową w powietrze przy Downing Street 4, gdyż okazują się oni być zakamuflowanymi bojownikami IRA. Poza tym mam też jakieś takie vibe'y Hirołsów, a to jest w jakiś sposób spoko. Takie Jethro Tull dla małoletnich małolatów. Właściwie nie wiem, propsować, czy też nie? Chyba propsuję. Upbeat i wholesome, i pewnie chciałbym znać drogę.
Purity Ring - Sea Castle
Dziwny to jest numer. Technicznie rzecz biorąc pod wieloma względami jest mu bliżej do Realiti niż tej wrzutce z Truskawkami, ale jednocześnie ja tego połączenia aż tak nie czuję. Może faktycznie pretensjonalne 17-latki mogłyby scrollować pod tę muzę Tumblra na swoich iPhone'ach, nie wiem, nigdy nie miałem ani Tumblra ani iPhone'a, no i nigdy nie byłem nastolatką (chociaż...). Swoją drogą, zastanawiam się jakby to było, gdyby ludzie których ja znałem mając 17 lat (i oni też tyle mieli) mieliby iPhone'y i Tumblra. Nie wiem, ale jest możliwe, że słuchaliby właśnie takiej muzyki. Niestety, tym razem Seba trochę przestrzelił, średni bardzo ten kawałek. Wokal mnie zmęczył jeszcze bardziej niż u Murzyna, muzyka... no niestety (powtarzam się), jakoś przez ten wokal nie potrafię się na niej skupić, a gdy już to robię, to wychodzi bardzo generikowo. Miał ciekawsze rzeczy w zanadrzu i mam nadzieję, że ma wciąż. Ale nie tym razem.
Crowded House - Don't Dream It's Over
Hien napisał, że nie zna osoby, która by tego nie lubiła i mogę powiedzieć mu jedno - na pewno ja nie jestem taką osobą. Numer też znam chyba od zawsze, co ciekawe, chyba nie znam nic więcej od nich lol, lub też inaczej - słysząc inne ich numery nie wiedziałem (i wciąż nie wiem), że to oni. Numer jest faktycznie świetny, słysząc go w radio w aucie (tylko tam słucham radia) podgłaśniam, wideo na MTV Classic/VH1 widziałem wielokrotnie, po prostu go lubię. Podjazd gitarowy faktycznie zajebisty, właściwie nie wiem, jak nie zwróciłem na taki niuans uwagi wcześniej. No nic. Don't Dream It's Over jest na czele mojej listy piosenek, co do których myślałem gówniakiem będąc, że ich tytuł to zbiorczo "Hejnał", zapisywany dokładnie w ten sposób. Truly wonderful the mind of a child is. Munlup okrył mnie ciepłym kocykiem właśnie wtedy, kiedy tego potrzebowałem (czyli teraz). Jeszcze kubeczek ciepłego kakao i już w ogóle będzie UwU. Cóż mogę powiedzieć więcej, idealny comfort song.
Bluszcz - Sopot '86
Kurde, mieszane mam uczucia. Muzycznie to jest fajne, ale tekst jakoś w ogóle do mnie nie trafia, wokal jakiś taki wymęczono-wybekany, dziwi mnie czasem, że takie rzeczy autentycznie przechodzą i ktoś z branży stwierdza, że to jest ok, gdyż za każdym razem, gdy ja choćby liznę takiego stylu (zawsze przypadkiem, bo go nie lubię), dostaję od Munlupa opier*ol za rzeczone "wybekanie" tekstu. Nędznie to trochę brzmi. Muzyka za to super, chociaż ta elektroniczna perka nieco posysa, w sensie ta bezczelnie oczywista kombinacja stopa-werbel-stopa-werbel, dużo lepiej by to brzmiało z tą lekką imitacją TR-808 na samym początku. Gitary poza tym są super, klawisze też robią miły klimat i przypominają mi trochę Rezerwat, a Rezerwat jest (był) z Łodzi i był super. Ostatecznie skłaniam się trochę ku Hienowej ocenie i powiem "numer zbyt fajny - w ostatecznym rozrachunku - ażeby go bezczelnie zjechać". Choć, by słuchacz nie dostał wzwodu kropla dziegciu w łyżce miodu, a nawet kilka. Takich na żołądek. Niestety, przedawkowano z cukrem i mam teraz powokalne mdłości.
Lianne La Havas - Tokyo
No, musiało dojść do pierwszego zderzenia - ten numer mnie zmęczył. Po prostu. Mógł być cichy i spokojny, ale momenty wchodzenia przez tę laskę na wysokie tony wszystko mi rujnują. Dosłownie, aż uszy puchną. Nie wiem, skąd taką niechęć w sobie wyprodukowałem, ale tak jest i już. Poza tym gra bardzo fajnie, jest w tym coś nastrojowego i coś takiego ram-core'owego. Rozumiem murzyńskie feelsy tutaj, albowiem ja takich numerów mam całą szufladę (i srogo rośnie od prawie dwóch lat). Zabawnym znajduję fakt, że totalnie przypisałbym słuchanie takiej muzy murzyńskiej szwagierce, może wyczuwałem taką melancholię w jej twórczości. I to się tutaj ładnie nakłada. Problem polega na tym, że ten kawałek byłby lepszym instrumentalem niż jest wersją wokalną, ale chociaż niech ona tak nie piłuje japy. No, nie można mieć wszystkiego. A może ten kawałek mnie po prostu aż tak zasmucił? Zaś o wykonawczyni nigdy wcześniej nie słyszałem. Chyba jednak słabo znam muzykę, ehh...
The Kelly Family - Who'll Come With Me
Trochę bekę mam z siebie tutaj, bo byłem śmiertelnie poważnie przekonany, że Kelly Family to jest band końca lat 80./pierwszej połowy lat 90., a tu się okazuje, że oni nagrywali muzę w momencie, w którym świat dopiero co poznał się na Gwiezdnych Wojnach. Dziwny jest ten numer. Na początku byłem gotów hejtować, a potem jakoś tak... ma on taki baśniowo-bajkowy klimat, w sam raz do jakiegoś dzieła kinematograficznego dla trochę starszych jednak dzieci zrealizowanego właśnie w tamtych latach. Względnie do jakiegoś nigdy nie powstałego brytyjskiego remake'u Fantaghiro, gdzie ludzie-grzyby wysadzają Czarną Królową w powietrze przy Downing Street 4, gdyż okazują się oni być zakamuflowanymi bojownikami IRA. Poza tym mam też jakieś takie vibe'y Hirołsów, a to jest w jakiś sposób spoko. Takie Jethro Tull dla małoletnich małolatów. Właściwie nie wiem, propsować, czy też nie? Chyba propsuję. Upbeat i wholesome, i pewnie chciałbym znać drogę.
Purity Ring - Sea Castle
Dziwny to jest numer. Technicznie rzecz biorąc pod wieloma względami jest mu bliżej do Realiti niż tej wrzutce z Truskawkami, ale jednocześnie ja tego połączenia aż tak nie czuję. Może faktycznie pretensjonalne 17-latki mogłyby scrollować pod tę muzę Tumblra na swoich iPhone'ach, nie wiem, nigdy nie miałem ani Tumblra ani iPhone'a, no i nigdy nie byłem nastolatką (chociaż...). Swoją drogą, zastanawiam się jakby to było, gdyby ludzie których ja znałem mając 17 lat (i oni też tyle mieli) mieliby iPhone'y i Tumblra. Nie wiem, ale jest możliwe, że słuchaliby właśnie takiej muzyki. Niestety, tym razem Seba trochę przestrzelił, średni bardzo ten kawałek. Wokal mnie zmęczył jeszcze bardziej niż u Murzyna, muzyka... no niestety (powtarzam się), jakoś przez ten wokal nie potrafię się na niej skupić, a gdy już to robię, to wychodzi bardzo generikowo. Miał ciekawsze rzeczy w zanadrzu i mam nadzieję, że ma wciąż. Ale nie tym razem.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Dev w trybie Mudżyna, Bluszcz to zbyt niszowa rzecz na jakąś "branżę"
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Ty się ode mnie odstosunkuj, ja w kalendarzu datę zapisuję że w końcu czegoś nie zmehałeś xd
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup