Best of Forum IV

Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Re:

Post 06 paź 2023 17:19

Dev gorączkuje, pamiętajcie.
devotional pisze:
06 paź 2023 16:12
chyba nie znam nic więcej od nich lol, lub też inaczej - słysząc inne ich numery nie wiedziałem (i wciąż nie wiem), że to oni.
Znasz Weather With You, na bank, nawet jeśli nie wiesz kto to.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 09 paź 2023 01:08

Crowded House – Don’t Dream It’s Over

Za każdym razem gdy kolega Munlup postuje jakiś ekwiwalent Enjoy'a chcę wciśnąć szpileczkę, ale praktycznie zawsze szybko od tego pomysłu odchodzę. Powód jest oczywisty - po prostu zawsze się okazuje, że te wrzuty są spoko. Tak też się okazało i w tym przypadku. Też nie znam nikogo, kto by tej piosenki nie lubił i tym bardziej sam do tego grona nie należę. I nawet nie chodzi tu o fakt, że to ejtisy, ale to po prostu - fajna, dobrze napisana, świetnie brzmiąca kompozycja i też nie wiem, kim trzeba być i co mieć w uszach, by jej nie doceniać. Ja ze swojej strony tylko dodam, że bardzo lubię jej optymistyczny vibe, jest to dla mnie idealny soundtrack do podnoszenia na duchu, w których wydaje się, że JEST przerąbane i człowiek traci nadzieję, że może cokolwiek uratować. W ogóle to mi się wydawało, że słuchałem tego z własnej, nieprzymuszonej woli jakoś częściej, ale last mi pokazuje, że w ostatnich dwóch latach praktycznie wcale, więc albo mi się coś pomerdało, albo musiało to mieć miejsce przed założeniem tego konta. Powiedzieć, że daję znak jakości to nic nie powiedzieć. W ramach trivii jeszcze tylko dodam, że przez jakiś czas myslałem, że to kawałek The Cure, ale uprzejmie proszę - nie pytajcie dlaczego xD

Bluszcz - Sopot 86

To w sumie to całkiem logiczne, że kawałek pt. Sopot jest punktem wyjścia do rozkmin o Wrocławiu ze strony kolegi SMOKA. Jak pewnie częśc z was wie, też jestem związany z tym miastem - nawet nieco dłużej, bo już siedem lat (geez, jak to zleciało). I w sumie ten zespół na pewnym poziomie mi się z nim kojarzy, mimo iż go nigdy nie słuchałem z własnej, nieprzymuszonej woli. Tak się składa, że pewnej soboty wiosną 2019 roku tak mi się nudziło w domu, że postanowiłem wyjść z domu GDZIEKOLWIEK i jakoś tak się złożyło, że najsensowniejszą opcją na spędzenie tego czasu był jego koncert w klubie Impart. Koncert jak koncert, nie pamiętam, by był jakiś szczególnie zły ani dobry, po prostu jest dla mnie symbolem tego beznadziejnego okresu, który zaczął się gdzieś jesienią 2018, gdy jeszcze nie pogodziłem się z rozstaniem i nieudolnie próbowałem podbijać do pewnej blondyny (z perspektywy czasu i tak się cieszę, bo gówno by z tego było), w którym albo dopieprzała mnie depresja, albo czułem się skrajnie wyobcowany i wolny czas zabijałem binge'owaniem jakiegoś gówna na Netflixie, nieudolnymi próbami socjalizacji przez internet oraz gierkami (zabawne w sumie, że trwało to do pandemii).
Siłą rzeczy, ten kawałek też mi się kojarzy z tą straszną chujozą mojego ówczesnego życia i nie obchodzi mnie to, że wtedy jeszcze nie istniał. Chyba nie umiem pozbyć się uprzedzeń, bo nawet jak się staram, to i tak za bardzo moje myśli dryfują wokół wkurwiających kawałków rodem z Męskiego Grania i czuję się jakbym słyszał jeden z nich - na dodatek bardzo średnio udolnie stylizowany na ejtisy, tak jakby ktoś tam przeczytał dwa rozdziały książki Drendy albo po prostu chciał się podczepić pod bieżące trendy. Sorry, ale nie kupię tego raczej. NO BONUS.

DIIV - Doused

Był taki etap w moim życiu, jakoś tak na pierwszym roku kulturoznawstwa, gdy próbowałem się wkręcić w shoegaze tak na serio. Miałem zajawkę na MBV oraz Slowdive, oraz kolegę, który też miał zajawkę, chartsy z /mu/ oraz dużo wolnego czasu tak jak ja. Skończyło się na tym, że szybko się poddaliśmy, bo uznaliśmy, że wszystko co próbujemy ogarnąć brzmi jak zrzyna z dwóch wyżej wzmiankowanych zespołów. DIIV tak nie brzmi i już za to ma sporego plusa. Trochę szkoda, że kolega Musiał nie podrzucił mi tego kawałka wtedy, bo łyknąłbym w owym czasie coś takiego z pocałowaniem ręki. Po czym zapewne dałbym 4.0 na RYMie po dwóch odsłuchach i nigdy nie wrócił, ale mniejsza. No podoba mi się to generalnie, brzmi to dla mnie świeżo, może nie jakoś szczególnie oryginalnie, ale WHO CARES. Generalnie to chyba się zaczepię gdy będę miał na to nastrój czy coś, bo widzę, że dyskografia nie jest zbyt obszerna. Bardzo fajne odkrycie, daję znak jakości.

Lianne La Havas - Tokyo

Fajnie, że kolega Negroid zatrzymał się na tym etapie swojego życia, bo mi się te lata akurat kojarzą więcej niż dobrze i może akurat dzięki temu a nuż poznam coś, co mi się będzie dobrze kojarzyć, czy coś. Albo i nie, nie wiem. Kurczę, ciężko mi cokolwiek wykrzesać konkretnego o tej wrzucie, bo mam problem z pisaniem konkretów o tego typu rzeczach - jest to niby spoko akustyczne granie i spoko śpiewająca pani, ale też nie czuję jakichś szczególnych ciar ani niczegokolwiek innego. Gdy słyszę to BEJBE BEJBE BEJBE trochę mi wracają wspomnienia z czasów, gdy uważałem Led Zeppelin za top muzyki. Nie zapowiada się, by to miał być u mnie jakiś grower, ale też nie będę psioczył. Taka wrzuta o.

The Kelly Family - Who'll Come With Me

Kelly Family to jeden z tych zespołów, które istnieją w mojej świadomości wyłącznie jako bohaterowie artykułów pokroju "GWIAZDY Z LAT 90, O KTÓRYCH NIE PAMIĘTASZ" czy podobnych. Nigdy ich nie słuchałem, ani nie kojarzę jednego kawałka ze świadomością, że to ich - serio, nawet na składankach muzyki z epoki na nich nie trafiałem, bo już te kilkanaście lat temu powszechnie uważano, że to jest rozdział w dziejach ludzkości, który zamknięto w 2000 roku i do którego nie powinno się już wracać. BTW też mi się wydaje, że te dzieci mogły nie mieć wiele do gadania w kwestii tego, czy chcą koncertować czy nie, ale nie będę wchodził w dyskusję. xD
Tak za pierwszym razem to mnie ten kawałek wręcz ROZSIERDZIŁ, bo zabrzmiał mi jak coś, co mogłoby wypluć AI gdybym je - z jakichś przyczyn - poprosił o stworzenie mashupu Arki Noego z Jethro Tull. Ale tak se postanowiłem dać kolejną szansę i w sumie to nie jest to jakieś tragiczne - faktycznie zalatuje jakąś ŚCIEŻKĄ DŹWIĘKOWĄ, mocno to jest ilustracyjne, trochę mam skojarzenia z jakąś sceną finałową zapomnianego filmu familijnego, który leciał w TVP w latach 80 i ma przez to status kultowego (wrażenie potęguje lektor). Nawet te śpiewające dzieciaki jakoś tak nie drażnią AŻ TAK, a to już coś. Summa summarum to raczej jest przeciętne, wracać CHYBA nie będę, ale na pewno było to ciekawe doświadczenie, za co SZANUJĘ. Daję małego plusa, bo mam dobry humor.

No w sumie to chyba nie miałem tak, bym tylko na kolegę Roberta mehał w jakiejś kolejce, albo tego nie pamiętam, ale co zrobić. Wrzuty wuja i murzyna ciekawe, diiv nawet bardzo, no i klasyczny klasyczek, który jednak rozjebał kolejkę. Jest nieźle.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 09 paź 2023 01:17

Albo nie kumam już zupełnie Męskiego Srania albo to kolejne c i e k a w e skojarzenie, no trudno się mówi chlip chlip
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 09 paź 2023 01:28

Czy ciekawe to nie wiem, po prostu mi się nasunęło ¯⁠\⁠_⁠(⁠ツ⁠)⁠_⁠/⁠¯
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 09 paź 2023 11:23

No dobrze, wjechał Mentos, to sygnał do nowego rozdania I guess.

China Crisis - Because My Heart (2015)

Nie tylko kontynuuję jesienne warszawsko-rembertowskie klimaty roku 2015, ale również kontynuuję z China Crisis. Jak już wspomniałem we wrzucie albumowej, po dłuuugiej nieobecności na rynku wydawniczym (ostatni studyjny album w 1994, w 1995 pół-live o tytule Acustically Yours z akustycznymi wersjami swoich najlepszych numerów), grupa nagle wraca w czerwcu 2015 właśnie, płytą, która została wydana poprzez popularny wówczas crowdfunding. Podobnie jak z Blackiem, który w kwietniu tamtego roku wypuścił swój ostatni (niestety, wiecie, dlaczego) krążek używając tych samych metod, zbiórka fanowska przekroczyła zdecydowanie oczekiwania Daly'ego i Lundona. Zespół na tamten moment składał się właściwie już tylko z tego duetu, no ale na potrzeby nagrania Autumn in the Neighbourhood zorganizowano różnych muzyków sesyjnych. Ja przegapiłem samą premierę, ale przy okazji zaciągnięcia wersji rozszerzonej Diary of a Hollow Horse właśnie we wrześniu 2015 zorientowałem się, co jest grane. Rzecz jasna nie mogłem sobie darować i Jesień szybko trafiła na mój dysk i telefon.

No i co, tak, jak już pisałem przy albumowej - zastanawiałem się dłuższą chwilę, czy nie wrzucić właśnie całej Autumn in the Neighbourhood, albowiem płytę tę uważam za absolutnie świetną. Jest lajtowa, przyjemna, delikatnie popowa ale nie w tandetny sposób, łączy najlepsze, co China Crisis pokazywali swoją twórczością w ejtisach z dość, powiedzmy, nowoczesnym podejściem do songwritingu. Generalnie polecam ją Waszej uwadze, całość trwa trochę ponad pół godziny (mimo tego, iż jest tam 12 ścieżek), a kilka numerów powinno się spodobać nawet tym, którzy mehali na Dziennik. Because My Heart to mój ostateczny jednak wybór - jesień dosłownie wylewa się z tej piosenki, jest ona nieco melancholijna, ale też nie do przesady, pachnie łażeniem po zasypanych liśćmi alejkach parkowych, względnie jakimś lesie, herbatą korzenną przygotowaną na wieczór, takim już totalnym końcem lata, które dość niespodziewanie zostaje daleko w tyle, choć dopiero co minęło.

Na wokalu znów Gary Daly, śpiewa o ewidentnym rozczarowaniu jakąś niesprecyzowaną miłością przy akompaniamencie gitar, delikatnych padów, bardzo fajnego motywu na pianinie i nieinwazyjnej perki. Nastrój tego kawałka siadł mi od razu, jak tylko go po raz pierwszy usłyszałem, a dziś - z pewnych powodów i to dziś dosłownie - siada baaardzo mocno. Także, no co, zapraszam ruszyć w sentymentalną podróż, mam nadzieję, że ta wrzutka skradnie uszy i serca tych, którym nie podeszło Diary of a Hollow Horse. Przygotujcie sobie dyniową latte, w/w herbatkę albo inne ciepłe coś, wszak już zimno na dworze, a na spacer chciałoby się wyjść. No, ja na pewno przygotuję, co by wyleczyć do końca chore od półtora tygodnia gardło nim Munlup mnie zapier*oli ;(

https://www.youtube.com/watch?v=ChlxteHWY8Q
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 09 paź 2023 11:55

Inspiral Carpets – She Comes in the Fall

Otwieram dwuutworowe pudło z napisem „zespoły, które uratowały Munlupowi jesień 2022”, to jest pierwszy przedstawiciel, a drugi będzie w listopadzie. Zeszłoroczna jesień była dla mnie pełna mieszanych uczuć, a zwłaszcza listopad był naprawdę trudny z różnych powodów. Nie lubię słuchać muzyki w takim okresie, bo okoliczności ją zatruwają, czasami bezpowrotnie. Wiadomo jednak, że się nie da kompletnie odciąć od muzyki. O Inspiral Carpets przeczytałem w necie, kiedy na fejsie wyskoczył mi jakiś artykuł mówiący o ich zbliżającym się reunionie. Zaintrygowany, przeczytałem o nich Wikipedię oraz sięgnąłem po najświeższy album, który był całkiem ok. Największe odkrycie jednak nastąpiło, kiedy przesłuchałem ich debiut.

Inspiral Carpets to jest zespół interesujący. W obecnym składzie, grają z wokalistą Stephenem Holtem (od 2011), który był założycielem grupy w 1983 r., ale odszedł w trakcie nagrywania pierwszej płyty i w efekcie śpiewa na niej (oraz wszystkim nagranym do 2011 roku) Tom Hingley. Tym samym, brzmienie Inspiral Carpets jest dla fanów nierozerwalnie połączone z głosem Hingleya, i bardzo duża ich część chciałaby jego powrotu, mimo że de facto był zastępstwem dla Holta. Powiem szczerze, że z taką sytuacją się jeszcze nie spotkałem, lub po prostu nie zwróciłem uwagi. Obaj ci faceci śpiewają spoko, ale ja prezentuję utwór z Hingleyem za mikrofonem. Oprócz niego, kluczowym instrumentem dla tego zespołu są charakterystyczne organy, za którymi siedzi Clint Boon.
Przedstawiam Wam jeden z ich największych przebojów pt. „She Comes in the Fall”, z wydanego w 1990 roku albumu „Life”, chociaż wersja która wrzucam, to wersja singlowa. Obie są dobre, ale z jakiegoś powodu ta singlowa ma w sobie jakąś moc, szaleństwo, siłę, a wersja albumowa brzmi przy tym jak demo. Kawałek ujął mnie typowo brytolską energią w stylu Madchester, która wchodzi od razu ze zwrotką, nieco mrocznym pre-choruems i zaskakująco pogodnie brzmiącym refrenem. Wszystko to składa się w świetnie napisany i rewelacyjnie brzmiący kawałek, który mocno podratował mnie tej nieszczęsnej jesieni, bo się nim zafascynowałem.

https://youtu.be/yxkuO60UvFU
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 09 paź 2023 12:40

The Rapture - It Takes Time To Be A Man
(2011)

Po latach miłosnych poszukiwań i zbierania batów od losu, kiedy już porządnie dostałem po dupie przyszedł w moim życiu czas przemyśleń i podsumowań. Był rok 2016, a ja mając 29 lat na karku nie miałem żadnego związku za sobą tak naprawdę bo albo trafiał mi się friendzone, albo sam rezygnowałem z relacji czując że to dla mnie zwykły klin albo wplątywałem się w romans bez żadnej przyszłości. Nadszedł okres względnego spokoju i ciszy na sercowym polu, prowadziłem co prawda spokojny ale za to dość jałowy żywot typu praca-dom a więcej czasu niż między ludźmi spędzałem przed ekranem peceta. Może było to bezpieczne ale nie chciałem prowadzić takiego życia na dłuższą metę, brakowało mi bardzo kontaktu z drugim człowiekiem i to bezpośredniego a nie za pośrednictwem telefonu czy internetu.

W tamtym czasie zacząłem trochę robić sobie rachunek sumienia i nie widząc zbytnio nadziei na nowe kontakty zacząłem zerkać wstecz na różne osoby z mej przeszłości, zastanawiając się czy jest ktoś z kim może warto byłoby odnowić kontakt. Wśród tych osób była też jedna z którą już wcześniej nieudolnie próbowałem stworzyć bliższą relację ale z różnych względów nic z tego nie wychodziło, wiedziałem jednak że może nie życzyć sobie kontaktu ze mną. Byłbym pewnie odpuścił gdyby nie fakt że spotkałem ją pewnego dnia będąc w pracy, był początek października i od tamtej pory znów zaczęła intensywnie krążyć mi po głowie. Ostatecznie po długich wahaniach dałem za wygraną i odezwałem się do niej dopiero na początku listopada. Nie wiedziałem jeszcze jak ta drobna decyzja może wpłynąć na moje dalsze życie, ale o tym w następnych odcinkach M jak Murzyn.

A jak to się wszystko ma do mojej dzisiejszej wrzuty? Ano tak że numer ten najlepiej oddaje chyba vibe tamtego okresu przejściowego, czasu przemyśleń, podsumowań i jest dla mnie o tym że nieraz potrzeba czasu i wielu doświadczeń aby dojść czego tak naprawdę chcemy w życiu. Pamiętam że miałem w zyciu czas zwątpienia w to czy jeszcze kiedykolwiek będę z kimś skoro mam X lat i nadal jestem sam, teraz wiem że to tak nie działa, że życie lubi zaskakiwać i nigdy nie należy mówić NIGDY bo los spłata Ci figla.

O numerze słów parę jeszcze na koniec - choć jak zapewne już zauważyliście to dla mnie wrzuta bardziej sentymentalna niż stricte muzyczna. The Rapture pierwszy raz usłyszałem na soundtracku do GTA ale nie przykuli mojej uwagi jeszcze, później prawdopodobnie usłyszałem tytułowy singiel z albumu In The Grace Of Your Love - aaaa, już wiem, był użyty w jakiejś reklamie, możliwe że część z Was skojarzy jak sobie odpali ten numer. W każdym razie obczaiłem cały album i wyłowiłem z niego jeszcze ze dwa numery dla siebie, w tym It Takes Time To Be A Man. Jest to taki spokojny numer, prawie ballada, którego szkielet poza perkusją stanowi melodia pianina oraz gitarowe zagrywki ją przeplatające. Lubię refren za tą linijkę "bet you can't get what you want" adekwatną do mojej ówczesnej sytuacji rzecz jasna, po refrenie wjeżdżają wokalne harmonie a na dobitkę po drugim refrenie nawet saksofon. Lubię ciepłe brzmienie tego kawałka i trochę ten vibe jakby neutralnej melancholii, takiej bez smutania (to mi przypomina wrzutki Ben Folds Five czy Thymme Jonesa), taki vibe mocno kojarzy mi się z jesienią właśnie. Lubię ten kawałek i zwyczajnie dzielę się nim z Wami.

https://youtu.be/SqEXbn1wt9c?si=-Ao-jnIBsuu8HOMt
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 09 paź 2023 14:52

The Prodigy - Serial Thrilla

Na chwilę odejdźmy od nostalgicznych klimatów. Co prawda jestem ostatnio w bardzo melancholijnym nastroju, ale jakiś przerywnik musi też być. Przyspieszamy więc wraz z dobrze znanym wszystkim brytyjskim zespołem The Prodigy. Znam ich już kupę lat, choć moja znajomość właściwie sprowadza się do albumów z lat 90’. Miałem ich muzykę oczywiście na kasetach, a jakże, bo to były jeszcze te czasy.
Nie proponuję żadnego z ich hitów, bo zawsze gdy mam wybór, to wolę zapodać coś mniej znanego. Tym bardziej, że Serial Thrilla rzeczywiście lubię najbardziej. Uwielbiam tę ogromną energię generowaną przez zespół już od syreny rozpoczynającej numer. Gitary dają czadu, perkusja rewelacyjnie pogrywa, ale też wyraźnie słychać świetny klawiszowy podkład. No i Keith Flint super się sprawdza jako wokalista w takim repertuarze. Miał gość oryginalny pomysł na image, był prawdziwym wulkanem energii i żałuję, że go już nie ma wśród żywych.
Dodatkowo dołączam wersję live dla chętnych, bo warto sprawdzić, gdyż tam energia jest jeszcze większa, zespół szaleje na scenie, a zagrywki gitarowe są jeszcze fajniejsze.

https://www.youtube.com/watch?v=kmaBE7ZJ8cE

Live:
https://www.youtube.com/watch?v=lRVgAE3XAO0
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 09 paź 2023 18:20

Better Person - Na zawsze (2020)

Better Person, czyli Adam Byczkowski. Gość z pewnym doświadczeniem muzycznym któregoś dnia przeszedł na synthową stronę mocy i tak od 2016 roku realizuje się w dość chłodnym, pościelowym popie. Choć może powinienem powiedzieć, że realizował, bo od roku pandemicznego niestety nic nowego nie wyszło. BP po raz pierwszy usłyszałem w zeszłym roku przy okazji wieczorów przy RAMce, audycja była dedykowana polskim, dość niszowym projektom. Poleciały tam numery, które zostały ze mną najdłużej. Nie wiem, czy było tam Na zawsze, ale na bank coś poszło z jedynego długograja. Kolejny reprezentant nowej szkoły przetwarzania ejtisowej estetyki. Śpiewa w dwóch językach, ale na płycie, z której pochodzi moja propozycja, to co ma najlepszego do zaprezentowania zapodaje właśnie po polsku. Niezbyt narzucająca się perka, cała gama melancholijnych brzmień syntezatorowych i bardzo przyjemny, kojący, wysoki wokal. Jeszcze gdzieś w tle gitara. Przepis na coś wyjątkowego.

Cenię ten kawałek za jego wyśniony, eskapistyczny charakter. Słuchany w przestrzeni, która przez wiele lat była dla mnie czymś zupełnie niedostępnym, tylko na tym zyskiwał. Niby wokół wakacji, ale nie sądzę, by pasował w gorące dni. Bywa bardziej adekwatny wieczorową porą w bezpiecznej, ciepłej przestrzeni. Od pierwszego kontaktu zdarzyło się parę poważniejszych spraw, po przejściu całego emocjonalnego rollercoastera to dźwięki idealne pasujące pod podsumowanie i przejście dalej. Oczywiście z lekką nutką melancholii, nostalgii, może nawet małego wyrzutu? Chyba nawet bardziej lubię wokal od całej reszty. Podoba mi się ta melodia i sposób ekspresji. Kiedy ludożerka dookoła znika mogę wreszcie pozwolić sobie na te emocje i wrażenia, którymi trudno/głupio się dzielić z innymi. Troski znikają, wkurw codzienności wyparował, bezwstydnie wykorzystuję czas choćby i na największe głupotki. Pod wszystkimi warstwami kryje się mała ciepła klucha. Na te kilkanaście minut wychodzi z głębokiej jamy i daje o sobie znać, tak jakbym nie chciał w sobie czegoś do końca zatrzeć. Lubię to uczucie. To odpowiedni moment, by się z tym odsłonić.

Historia bez happy endu, w 2020 roku Adam złapał COVIDa i od tamtej pory nie ma żadnych optymistycznych wieści. Jeden artykuł na open.fm, wzmianka we wspominanym programie w RAMce to w zasadzie wszystko na ten temat. Long-Covid, do tego bardzo niewdzięczny, praktycznie utrudnia codzienne funkcjonowanie, o tworzeniu i korzystaniu z kultury nawet nie wspominając. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uda mu się wrócić do gry. Za każdym razem, gdy wracam do jego muzyki (a dzieje się to do dziś bardzo często), mimowolnie myślę o tej historii. Te o niewdzięcznym losie wrażliwców zawsze chwytają mnie za serducho.

https://www.youtube.com/watch?v=-VXYoW5rlis
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 09 paź 2023 23:18

Niniejszym kończę swój minicykl wrzutek z tzw. dedykacjami, bo jednak wyszedłem z założenia, że aby dostać takową ode mnie to jednak trzeba się postarać, albo chociaż nie wiem kuźwa udzielać się w tej zabawie, a w ogóle to nawet jakbym chciał wrzucić coś stylizowanego na czeza i melczeta, to w sumie mógłbym wrzucić COKOLWIEK, bo tak losowymi partycypantami tej zabawy byli. Co do odbioru purity ring to widzę tu parę zaskoczeń, bo w ciemno to bym powiedział, że Musiał to raczej doceni, bo zalatuje jego hipsteryzmami sprzed dekady, a kolega Robert odrzuci, bo uzna, że to niezal nie z jego epoki. Jednak czasem potraficie mnie, cholibka, zaskoczyć. Wracam do wrzut o mnie lecz nie dla mnie.

Piasek - Jeszcze bliżej

Zostawiłem włączony komputer po napisaniu dwóch słów: "Moja wrzuta" i odszedłem od niego na chwilę. Gdy po powrocie to ujrzałem, przeszło mi przez głowę, że byłoby to niezmiernie zabawne, gdybym po prostu nacisnął WYŚLIJ i nie dawał znaku życia przez jakiś czas, ale potem uznałem, że jednak nie każdy pomysł który przechodzi mi przez głowę jest cokolwiek wart - zresztą już sam fakt wrzucania, prostytutka, Piaska jest wystarczająco kontrowersyjny.
Welp, ten kawałek to przedstawiciel w sumie dawno nieprezentowanej przeze mnie kategorii Utworów, Które W Innych Okolicznościach Bym Mógł Nazwać Tandetnymi, Ale Pomogły Mi Odczarować Pewien Dość Słaby Okres W Życiu. Co śmieszne, tym okresem nie była jesień poprzedniego roku, ale lato, więc uda mi się uniknąć posądzeń o plagiat. Wielokrotnie wspominałem o tym, że to był dość okropny epizod w moim życiu, gdzie złe wydarzenia atakowały mnie ze wszystkich stron i generalnie nie chce mi się nad tym jakoś intensywniej pochylać, bo po pierwsze to nie jestem na terapii, tylko na forum Depeche Mode, a po drugie to po cholerę.
Anyway, ówczesna sytuacja życiowa zmusiła mnie do koniecznosci nagłej wyprowadzki oraz znalezienia nowego lokum po zaledwie roku spędzonym pod tamtym adresem zamieszkania. Co prawda w ogólnym rozrachunku wyszło mi to tylko na dobre, bo jakimś cudem znalazłem dość szybko po prostu lepsze mieszkanie - znacznie ładniejsze i wygodniejsze niż nora z wczesnego PRLu, za porównywalne pieniądze, bez irytującego właściciela oraz lokatorów, nie mówiąc o pewnej mało przyjemnej sytuacji, której tam doświadczyłem. Proces przeprowadzki kosztował mnie stanowczo za dużo nerwów, czasu, jeszcez więcej pieniędzy i był dośc groteskowy - z racji tego, że do mojego mieszkania miałem raptem kilkaset metrów, postanowiłem przenieść wszystkie swoje rzeczy własnoręcznie. Jakimś cudem udało mi się ogarnąć cały ten bajzel w przeciągu tych paru dni, i przyznaję, że nie jest to wspomnienie, które darzą szczególną estymą, ale jeśli cokolwiek je odczarowywuje, to jest tą rzeczą właśnie ten utwór.
Trafiłem nań pewnie w jakiś typowy dla siebie sposób, to jest słuchając randomowych rzeczy z rekomendacji YouTube Music czy innego serwisu muzycznego - być może po prostu z jakichś przyczyn uznałem, że posłucham Piaska. Wiecie, ja go generalnie nie znam poza Mocniej i tym kawałkiem ze Złotopolskich, i w sumie to nie mam pojęcia co konkretnie sprawiło, że wkręciłem się w ten utwór tak, że praktycznie przez cały okres tachania walizek oraz przedmiotów słuchałem go na okrągło (właśnie się zorientowałem, że ciekawscy mogą nawet sprawdzić kiedy konkretnie miała miejsce, pytanie tylko po jaką cholerę komukolwiek ta wiedza lol). Może to faktycznie głupawa wynikająca z nadmiaru gówna w moim życiu, a może po prostu efekt usłyszenia czegoś w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie? Może to i to? A może to po prostu całkiem fajny kawałek?
JA TAM NIE WIEM - jak to ja. Tj. jak sobie teraz ten kawaek puściłem, to uważam, że na wszystkie te pytania mogę odpowiedzieć twierdząco, ale jednak jestem człowiekiem, który słucha Papa Dance i lubi Kiepskich, więc nie wiem na ile moje zdanie może mieć dla was jakiekolwiek znaczenie. Miast się nad tym zastanawiać - po prostu bierzcie i słuchajcie tego.

https://www.youtube.com/watch?v=mfiWzt7s3sk
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 10 paź 2023 08:37

"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 10 paź 2023 10:55

China Crisis - Because My Heart

China Crisis nie przestają zaskakiwać. Początek utworu, a zwłaszcza partia na pianinie kojarzy mi się maksymalnie z Debussym, a potem numer zalicza ostry skręt w kierunku country (aż mam wrażenie, że zaraz wjedzie na wokalu Stan Ridgeway). Gary Daly nie stracił nic ze swoich umiejętności wokalnych oraz umiejętności tworzenia wspaniałych melodii i piosenek generalnie. Mam wręcz wrażenie, że śpiewa nawet lepiej niż na „Hollow Horse”. Numer kipi jesienią, zwłaszcza przy tym Debussy-style fragmencie z talerzami w tle, co od razu sprawia, że widzę krajobraz z gęsto spadającymi liśćmi. Ponadto, nie przeszkadza, a wręcz podoba mi się grający cicho w tle akordeon, a to już dużo mówi. Utwór jest absolutnie fenomenalny, bez namysłu zaopatrzam się w album. Moje początki z China Crisis były dosłownie tragiczne, a wszystko wskazuję na to, że to będzie jeden z moich ulubionych zespołów. Życie 100%.

The Rapture - It Takes Time To Be A Man

Faktycznie to taki utwór neutralnej melancholii, nie jest tak angażujący i wyczerpujący emocjonalnie, ale jednocześnie nie można mu odmówić sentymentalnej atmosfery (podobną tworzy wrzucane przeze mnie „Give Me a Reason”). Wrzuta brzmi niesłychanie murzyńsko, tzn chodzi mi o naszego Murzyna Jacka. To pianino przywołuje mi w głowie Mayę (Maya’ego?), ciepły klimat zalatuje tamtą piękna balladą Jessie Ware, a bit najfajniejszymi hip-hopowymi wrzutami. Wchodzące na końcu saksy to wisienka to naprawdę zajebistym, smacznym i pięknie wykonanym torcie. Być może będę miał kiedyś odpowiedź na ten kawałek. W ogóle Jacek wjechał z bardzo fajną, jesienną serią (świadomie lub nie) i siedzi mi ta playlista. Backdrop murzyńskiego życia zaserwowany w tle, bardzo filmowy. Nie wiem, czy oglądaliście „The Bear” (polecam gorąco), ale to numer w stylu tego serialu, i widziałbym film lub serial o Murzynie (np. „The Murzyn”), w którym pokazano by to samotne bełchatowskie życie, nagłe zwroty akcji i na końcu oczywiście happy end. Ten kawałek leciałby kiedy Murzyn wracałby z pracy w słoneczny, jesienny dzień i przewartościowywał w głowie wszystkie lata. Oczywiście bardzo duża okejka dla Murzyna, taka naprawdę duża.

The Prodigy - Serial Thrilla

Wujek znowu wrzuca linka do nagrania podłej jakości i potem będzie się dziwił, że ludziom nie wchodzi. Ja Prodigy generalnie lubię, nie nazwę się wielkim fanem, bo nim nie jestem, ale po prostu sympatyzuję z tą muzyką i mam swoje ulubione kawałki. „The Fat of the Land” to klasyczny album i mam z niego swoich ulubieńców, ale akurat nie „Serial Thrilla”. Jak dla mnie, kawałek nie ma tego czegoś, co ma np. „Firestarter”, czy „Breathe”, Liam się tutaj średnio popisał instrumentalnie, te skrecze kompletnie nie pasują, w tle jakieś drobne pozostałości po rave’owych presetach, ale w wolnym tempie i jak to niektórzy lubią mówić – bez polotu. To jest takie „Firestarter” w domu i to na kiju. Keith Flint (RIP) nie jest w stanie tego uratować, pomimo że wykonuje tutaj przyzwoitą robotę w swoim stylu. Pola do popisu jednak dostaje bardzo niewiele i sam chyba instynktownie, nie daje z siebie wszystkiego. Wujek pisze o czadzie, o energii, itd., a dla mnie ten kawałek się potwornie wlecze i nawet nie drgnąłem podczas słuchania. Przedziwny wybór z całą dyskografią The Prodigy do wyboru.

Better Person - Na zawsze

Dragon również ruszył z konkretną serią utworów, w tym wypadku serią współczesnych wykonawców zainspirowanych polskimi ejtisami. Cyfrowo brzmiące klawisze zdradzają fascynację późnymi polskimi ejtisami. Kawałek jest bardzo ładny. Piosenka w formie szkieletalnej bardzo dobra, podobnie jak doskonały wokal. Jedyne do czego ewentualnie mógłbym się przyczepić, to aranżacja. Z jednej strony te chłodne klawisze pasują idealnie, ale z drugiej, to konkretne brzmienie syntezatora potwornie kojarzy mi się z jakąś kapelą weselną. Ok, rozumiem takie zabiegi ala słone pączki i ciepłe lody, od strony formalnej się nie czepiam, ale po prostu nie potrafię się pewnych skojarzeń pozbyć i mnie to wytrąca z tej atmosfery. A atmosfera jest dosyć magiczna, bajkowa wręcz. Kojarzy mi się trochę z klimatem, który stworzył Billy Idol w „Eyes Without a Face”, jakby patrzeć na gwiazdy w ciepły wieczór. Delikatny kawałek, nagrany przez, co już Smoku zasugerował, ale co słychać w samym utworze, osobę wrażliwą. Przykra ta historia z Covidem. Dobrze, że facet przeżył, ale współczuję następstw tej choroby. To mógł być każdy z nas. Teraz już człowiek o tym zapomina, ale ja w 2020 r., jako astmatyk, byłem przerażony tym, że faktycznie mogę to złapać i umrzeć. Przechorowałem i jakimś cudem nie było źle, ale od tamtej pory regularnie zmagam się z kolejnymi, następującymi po sobie dolegliwościami, które przybywają znikąd (w tym roku migrena z aurą, poczytajcie sobie jak chcecie, co to jest). Czy to pokłosie Covidu? Nie wiadomo. Szkoda, że tak zdolny i utalentowany gość jak Adam Byczkowski, musiał z tych względów usunąć się w cień. To mi przypomina trochę sytuację Davida Sylviana, który ze względu na fatalny stan zdrowia, odrzucił pisanie piosenek, a potem muzykę jako taką. Człowiek gorzknieje i nie ma serca do sztuki, mimo że wewnątrz z tego powodu cierpi. Bardzo magiczny kawałek, daję okejkę, jak stąd do Ameryki.

Piasek - Jeszcze bliżej

Pamiętam kiedy u Mentosa zagęściło się na laście Piaskiem, a zwłaszcza „Jeszcze bliżej”, ale nie wiedziałem oczywiście o tym, że Mentos przechodził ciężki okres, bo Seba to nie Musiał, że wszyscy muszą wiedzieć, łącznie ze znajomymi znajomych i przypadkowymi botami na forum Depeche Mode. Jako, że jestem trochę starszy od Mentosa, to pamiętam trochę lepiej czasy, w których Piaseczny wypluwał swoje największe hity. Pamiętam go jeszcze z Mafii i kawałka „Ciszej tam” (czy jakoś tak) i u Chojnackiego w „Budzikom śmierć” (lub „Budzi go śmiech”, jak to było na Smerfnych Hitach), a potem jego kariera eksplodowała. „Jeszcze bliżej” leciało dosłownie wszędzie, słyszę ten kawałek i od razu widzę siebie siedzącego na dywanie, w dużym pokoju, u rodziców, przed telewizorem. Nie mogłem się dokopać do takich informacji, ale zakładam, że ten saks po koniec to Robert Chojnacki, co tylko podbija ten 90sowy vibe (tak jakby cała reszta muzyki i piosenka nie były wystarczająco 90sowe - DJ w rękach trzyma twoje sny KAMAN). To brzmi momentami jak odpowiedź na „Say You’ll Be There” Spice Girls. Dla mnie to jest taki wehikuł, że nie potrafię na to inaczej spojrzeć. Gdybym tego nie znał, to podejrzewam, że też bym dał okejkę, bo kawałek jest po prostu zbyt fajny i przez tę swoją typowo polską 90sowość, dosyć z kosmosu, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Do dziś lubię i szanuję Piasecznego jako artystę, nie wiem co on teraz nagrywa, ale tamte stare przeboje zawsze będę lubił.

Bardzo dobra kolejka proszę Państwa. Wygrywa, bezapelacyjnie, DEWOTJONAL, ale bardzo blisko są też Dragon i Murzyn. Piasek również wysoko ze względów sentymentalnych, no i wrzuta Wujka trochę odstaje. Ogólnie jednak, super.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 10 paź 2023 21:03

China Crisis - Because My Heart

Faktycznie ten fortepianowy wstęp myli tropy i szkoda że numer skręca trochę od czapy w to country. Ostatecznie zatrzymujemy się w raczej niewyróżniającym się lekkim pop-rocku, rzekłbym że będącym uwspółcześnioną wersją tego co znamy z wrzuty albumowej. Country wtrącenia w dalszej części kawałka bynajmniej mu nie pomagają w moim odczuciu. Nie dziwi mnie że dev to lubi, jest taki natchniony i naiwny w swym brzmieniu ten numer, ot odświeżone ejtisy, w sumie to mi się przypomniało trochę The Tipping Point ale ale, tam był kozacki numer otwierający album z tego co pamiętam, tu jest niestety lichutko.

Inspiral Carpets - She Comes In The Fall

O, Madchester, myślę sobie fajnie, tyle że to wrzuta munlupowa a on z tymi brytolami to ma nieco inne preferencje aniżeli ja. I nie będę ukrywał, nie siedzi mi ta wrzutka wybitnie, nie będę kwestionował "madchesterowości" numeru bo widać scena ta to nie tylko baggy, tu zamiast tego raczej dostaję w papę mocno jangle popem i mi to przypomina bardziej The Smiths niż Stone Roses chociażby. Straszna sieczka ten numer, jest tu taki bajzel w którym nie umiem się odnaleźć, mam wrażenie że tu za dużo przygrywa a może to tylko przez to szybkie tempo tak to odbieram. Nie przepadam za tymi werblami tutaj. Chaotyczny kawałek, nie potrafię się w nim odnaleźć, za dużo, za szybko, za bardzo.

The Prodigy - Serial Thrilla

Zastanawiałem się czy kojarzę ten numer, jednak wychodzi że tak. Tylko że dla mnie to takie The Prodigy jadące sobie na trójeczce przez miasto a ta ekipa bardziej przyzwyczaiła mnie do piątego biegu i autostrady. Niby dość szybkie, dość intensywne a jednak nie ma tej energii jak trzeba? Może zbyt stateczny jest ten numer, za mało tu się zmienia w nim i to dlatego, jakoś bardzo monotonny mi się wydaje. Nawet nie rzetelne Prodigy, z samej tej płyty można dużo lepiej wybrać.

Piasek - Jeszcze bliżej

O, to nawet spoko powrót. W pewnym sensie odkryłem ten numer stosunkowo niedawno bo jakoś w zeszłym roku czy coś, nie wiem jak to wyszło ale szukając płyty na prezent dla kumpeli wpadłem właśnie na tą płytę Piaska i stwierdziłem że dla beki czemu nie, wtedy zorientowałem się że Jeszcze Bliżej albo Mocniej to całkiem spoko numery. To jest trochę taka mentosowa wrzuta w stylu "gonić Zachód part 2", fajny 90sowy pop zrobiony na modłę popularnych wtedy rzeczy, czuję tu trochę Georga Michaela, trochę Robbiego Williamsa z 00s i szczyptę Jamiroquai. Zasadniczo to wszelkie taneczne numery od razu są w kręgu mego zainteresowania a to jest spoko dance pop i ja sam bym to pewnie odpalił na imprezie bo to spoko hicik który IMO zgrabnie się zestarzał. Tego Clintonowego saxu nie kojarzyłem jakoś, piękna wisienka. Nienajgorsza wrzutka z mentosowej karuzeli oczywistości.

Better Person - Na zawsze

O kurde, myślałem że już rzygam tymi wszystkimi udawanymi ejtisami ale okazuje się że ejtisy ejtisom nierówne. Bardzo smaczne są te porcelanowe klawisze, pasuje tutaj to VHS-owe rozmyte brzmienie (spowolnić to i vaporwave jak malowany), odpowiada mi ten wokal wrażliwca. Faktycznie w tej pięknej poświacie to wokalista tu i tak błyszczy mimo wszystko. I tu jest jak trzeba, tu nie czuję udawania ejtisów na siłę, to odświeżenie ale takie że ja od razu mam przed oczyma jakieś filmy z końca PRL-u przed oczami. To analogowe ciepło nadaje piękny sznyt całości. Wizualizuję od razu sobie pastelowy zachód słońca w sierpniowy dzień, i inne takie, prawdę mówiąc widzę przed oczami klip który może wrzucę kiedyś do klipów i który myślę osiąga ten efekt wizualnie. Najciekawsza wrzuta kolejki, ładne Return of the Dragon.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 10 paź 2023 21:18

Wujek znowu wrzuca linka do nagrania podłej jakości
Myślałem, że to tylko moja domena xd
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 12 paź 2023 14:04

Hienowa wrzutka postanowiła się na mnie odegrać najwyraźniej bo od rana gra mi w głowie, dla zabicia earworma zapętliłem ją na Spotify i się lepiej ułożyła w głowie. Faktycznie ten pre-chorus i refren są bardzo spoko, już mi marszowe werble nie wadzą a nawet odpowiadają, nadal jednak czuję dysonans między tymi fragmentami a zwrotkami czy intrem utrzymanymi w szybszym tempie. Do tego stopnia że na zapętleniu kiedy kończy się numer i zaczyna od nowa mam poczucie jakby to dwa różne kawałki były. Te klawisze które grają w zwrotkach i wstępie trochę zalatują mi wczesnym Kultem. Grower, przyznaję bez bicia.

P.S.

Na swoją obronę dodam że antybiotyk działa i zatoki odetkane to lepiej słyszę ;(
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 12 paź 2023 14:22

WIEDZIAŁEM
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 14 paź 2023 17:25

China Crisis Because My Heart

Od razu ciekawiej. Nie ma tego plastikowego klaustrofobicznego wrażenia, znacznie żywsza produkcja. Lekki sznyt ni to country, ni to americana wybrzmiewa i za bardzo nie przeszkadza. Przyjemny wokal, sporo przestrzeni, w sumie kawałek bardzo typowy dla nich - wyprodukowany na ejtisową modłę spokojnie zmieściłby się na płycie proponowanej wcześniej przez deva. Jesień już się zbliża, już puka do mych drzwi. Taki Edgeland bardziej do spacerów po deszczu, a China Crisis prędzej przy okazji ciepłych posiedzeń w domu wieczorową porą przy książce i kominku, wiadomo o co chodzi. Mocne Back Home/10, podoba mi się.

Inspiral Carpets She Comes in the Fall

Nie znam się na tych wszystkich MęczeSterach, Baggy i innych. Dla mnie brzmi jak połączenie Kultu i Sztywnego Pala Azji. Duża w tym zasługa klawiszy w zwrotkach oraz pozostałych części jakby bardziej marszowych. Brakuje tylko studenckiej, pretensjonalnej poezji. Na szczęście nie odniosłem takiego wrażenia, więc odsłuchy były całkiem przyjazne. Wytwarza trochę baśniową otoczkę, jakby kryła się tutaj większa opowiastka. Całkiem niezłe. Nie bardzo moje brzmienia, ale naprawdę w porządku wrzutka. Słuchany w jeszcze gorszą pogodę podczas przemierzania wytyczonych ścieżek wokół bloków z wielkiej płyty byłby nieznośnie sugestywny.

The Rapture It Takes Time to be a Man

Mówiąc szczerze, znowu wczytywałem się w opisy na ostatnią chwilę i jestem po paru dniach zaskoczony, że to jednak nie Hien wrzucił ten kawałek. Z drugiej strony... zespół trochę przygrywa jak do hip-hopowego numeru, a do tego mamy solidną warstwę sentymentalną jako kontekst, wszystko jasne. Taak, podoba mi się określenie melancholia bez smutania. Muzyka dla samotników, ale pozbawiona zbędnego często smęcenia i pogrążania się w rozmyślaniach bez sensu. Nie mogłem przegryżć tego hallelujah na końcu, na początku myślałem, że może lepiej byłoby z instrumentalnym outro, ale jednak to napięcie wymaga jeszcze wyraźnego finału. Bardzo mi się podoba ten rytmiczny refren, ma coś w sobie dobrze zadziornego. Wracając z pracy, podczas kolejnego krótkiego spaceru coś przeskoczyło w głowie. Zwycięzca kolejki, PT Panowie!

Prodiż Serial Thriller

Czyżby to był pierwszy raz z Prodiżem w tej bestce? Nie najlepsze wprowadzenie, szczególnie że Fat of the Land jest naprawdę dobra, a shodan proponuje nam trochę zapychacz, a trochę osiemdziesiątą siódmą wodę po kisielu. Nie jestem jakimś wybitnym koneserem ich twórczości, ale rzeczy wydane w latach 90' znam naprawdę dobrze. W przypadku tej płyty jest tak, że obok naprawdę rewelacyjnych kawałków zdarzają się momenty wyraźnego przestoju. Tutaj od zawsze wkurza mnie przede wszystkim wokal. Nie wiem o co chodziło. Może miało wyjść agresywnie, złowrogo, a dla mnie to brzmi jakby Flint nie umiał się wysłowić albo tracił oddech, okropna maniera xD Poza fajnym errorem nic ciekawego. Nudna rąbanka w tle, dość usypiający bit, od początku do końca to samo bez większej zmiany. Modelowy zapychacz, niby podtrzymuje ostry charakter, ale drażni monotonią.

Piasek Jeszcze bliżej

Dla mnie nie ma tu żadnej większej kontrowersji, bo Piasek bywa naprawdę spoko. Od Nocy całych przez przyjemnie kiczowatych Niecierpliwych do dojrzałego popu środka w stylu To Co Dobre czy innych Chodź, przytul, przebacz. Ostatnio nawet dłuższą chwilę słuchałem paru kawałków. Ze sporym zaskoczeniem odebrałem występ eurowizyjny i próby uderzenia w taneczne rytmy. W odczarowaniu mimo wszystko dość prześmiewczego podejścia do Piaska paradoksalnie pomógł mi jeden z jego większych fanów, czyli Klocuch. Muzyka potrafi być po prostu przyjemna. Nie musi za nią stać coś więcej ponad dobrą melodię, kojący wokal, może lekko płaczliwą, ale taką do utożsamienia się historię. Albo całą robotą robi na przekór przekaz jak w To Co Dobre właśnie. Nie wiem, czy to dobrze, że Andrzej kombinował trochę inaczej, ale szanuję za samą próbę. Ten muzyczny garnitur nie za bardzo mu pasuje. Bit brzmi trochę uzdrowiskowo, brakuje tu życia. W połączeniu z dość poważnym tekstem robi się za ciężko. Imprezowy pop niby robiony przez relatywnie młodą osobę, ale w jakiejś staroszkolnej aurze, tak jakby to napisał jakiś Cygan czy inny Kukulski. Może też przydałoby się na tyle odświeżające doświadczenie, w którym ten numer zaskoczy? Na razie traktuję to jako ciekawostkę, nic więcej. Doskonale się odnalazł w tym, co robi obecnie... może trzeba było iść w jeszcze większy eksperyment, tylko czy wtedy to było możliwe?

Na podium Rapture, China Crisis i Inspiral Carpets. Wracam do odpoczywania
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 14 paź 2023 18:39

Ja wracam do słuchania, ale recki najwcześniej jutro
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 14 paź 2023 18:59

Ja też jutro.
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 15 paź 2023 14:42

Ciekawe ile osób mnie uprzedzi, nim skończę pisać te słowa

China Crisis - Because My Heart

Pamiętam, że pisząc swoją, relatywnie pochlebną, recenzję albumu Chińskiego Kryzysu nadmieniałem, że ni cholery nie brzmi dla mnie JESIENIARSKO i ani przez chwilę nie zastanawiałem się nad tym, jak ten zespół mógł brzmieć po swoim powrocie w okolicach połowy poprzedniej dekady. Nie muszę chyba pisać n-ty raz jaki mam stosunek do tego typu reunionów i w ogóle. Jak na rzecz nagraną przez zespół z lat 80 wracający po latach przerwy jest to spoko, ale w moim przypadku oznacza to, że to jest propozycja co najwyżej poprawna. Nie przekonało mnie to do sprawdzenia całości, ale też nie porwało szczególnie - ot piosenka w dziejach ludzkości, taka do posłuchania i szybkiego zapomnienia. Nic więcej do dodania nie mam i mieć nie będę, może poza tym, że faktycznie brzmi ciut bardziej jak coś dla jesieniary millenials, więc za to mały plus, oraz tym, że podoba mi się okładka. Nic nie daję, ale niczym też nie obrzucam.

Inspiral Carpets – She Comes in the Fall

Nie miałem jakiejś dużej styczności z tym całym Madchesterem, tj. w gimnazjum byłem za Manchester United i kiedyś słuchałem jakiejś płyty Stone Roses, która była spoko i Primal Scream, ale sam nie wiem czy można ich pod ten nurt podpiąć, skoro nawet nie są z Anglii. xD W każdym razie jest to muza charakterystyczna, tak samo jak ta wrzuta, która jest mocno wyrazista i wpada w pamięć praktycznie od pierwszego odsłuchu. Faktycznie pierwotnie może to sprawiać wrażenie nieco chaotycznej sieczki, ale jednak kupuję ten kontrast między marszowymi, brzmiącymi jakby żywcem wyciągnięte z The Chameleons czy innego post-punka, refrenami, a dynamicznymi zwrotkami, które niby z niczym konkretnym mi się nie kojarzą, ale brzmią JANGLEPOPOWO (ha, czytało się trochę hasełek o gatunkach muzycznych na Wikipedii). Fajne to w sumie, może też by mi to uratowało jesień 2022, gdybym wtedy to poznał.

The Rapture - It Takes Time To Be A Man

Dobra, w sumie też nie będęe jakiś szczególnie oryginalny, ale też jak tego słucham to mam jakieś skojarzenie z zakończeniem serialu, albo chociaż długiej sagi okołoromantycznej. Bo to faktycznie jest rzecz melancholijna, ale taka bez cukru, czy tam innego użalania się nad swoją egzystencją. To jest coś, co pasuje do klimatu, w którym człowiek już wylizał rany po otrzymaniu emocjonalnego wpierdolu, przemyślał wszystkie swoje akcje i przygotowuje się do pójścia dalej. Bywały okresy w moim życiu, ba, nawet w toku tej zabawy, kiedy z czymś takim mógłbym się mocno utożsamić. Reluję i zapisuję sobie gdzieś ten kawałek, bo możliwe, że za jakiś czas będę w miejscu, w którym może u mnie mocno zaskoczyć.

The Prodigy - Serial Thrilla

Trochę zabawnym odnajduję fakt, że poniekąd "odpowiedziałem" wujasowi na tę propozycję, bo w klipie do Jeszcze Bliżej z jakichś przyczyn jest typ przebrany za jednego z ziutków z tego bandu. Generalnie to z nim też jest przezabawnie, bo mam jakieś dziwne wrażenie, że ten zespół gdzieś jeszcze na początku poprzedniej dekady był cholernie popularny, sam pamiętam, że nawet chciałem jechać na Woodstock celem ich obczajenia, ale chyba ówczesna fobia społeczna nie za bardzo pozwoliłaby mi na taką eskapadę (chyba nie żałuję), a potem gdzieś tam przepadł w pomrokach dziejów i wraca najwyżej jako nostalgiczny mem z tamtego okresu. To był też jeden z tych zespołów, który łączył kucy, metali, technoheadów i cholera wie kogo jeszcze, bo pamiętam, że był powszechnie szanowany w wielu różnych grupach i fanbazach, jakie miałem okazję wówczas obserwować.
Płyta z krabem była fajna, albo raczej pamiętam ją jako niezłą i nie wracam do niej, gdyż wolę ją jako taką zapamiętać. Niby props za wybranie czegoś mniej oczywistego, ale jak se tak myślę, to jednak bym chyba wrzucił któryś z singli czy innych bangerów, bo po prostu były lepsze i ciekawsze. Wrzuta niby niezła, ale ta energia, o której pisze wuja jest jakby przytłumiona. Chyba faktycznie ten zespół się średnio zestarzał.

Better Person - Na Zawsze

Prawie przez pomyłkę bym napisał Better Peterson i nawet chciałem tak zatytułować, ale uznałem, że chyba jednak posprzątam pokój zamiast referować do tego cudaka i biedaśmieszkować. Też współczuję konsekwencji Covidu, już prawie zdążyłem zapomnieć przez ten cały syf dookooła jak się wszyscy baliśmy tego gówna jeszcze te dwa-trzy lata temu. Ja sam przeszedłem niby jak ciut gorszą grypę, ale i tak pamiętam, że jeszcze parę miesięcy potrafiłem czuć się mocno przemęczony podczas czegoś, co sprawiało wrażenie zwykłego przeziębienia, czego nie przerabiałem nigdy w życiu wcześniej.
Dobra, kij z tym, bo znowu o wszystkim piszę, tylko nie o wrzucie. Generalnie to ten - na pewno ta retrostylizacja na vapor czy tam inną muzykę z VHS bardziej mi podchodzi w przypadku synthpopu i rzeczy pokrewnych, niż w przypadku grania bardziej "gitarowego", ale nie ma co się dziwić, skoro jestem typem człowieka, który nieironicznie lubi Papa Dance. Trochę chciałem tę wrzutę zdissować, ale uświadomiłem sobie, że moimi głównymi argumentami byłoby to, że mogłoby to być forsowane na porcysie oraz szkalowane w niezalowej bańce, ale odpuściłem. Może i faktycznie to trąci zespołem weselnym, może tutaj dużo lukru, ale jednocześnie COŚ w tym, do cholery, jest i ten kawałek z kolejnymi odsłuchami coraz bardziej mnie fascynuje. Może jeszcze nie zaskoczył do końca, ale może to przez to, że mój wewnętrzny melancholik siedzi zamknięty w lochu. Na ten moment leciutka okejka.

Trochę taka alternatywno-nostalgiczna kolejka wyszła, z dwiema rzeczami bdb, jedną z potencjalną opcją na zaskoczenie i dwiema niby niezłymi, ale wiecie jak to jest z niezłymi rzeczami w tej zabawie (wracają w podsumowaniach edycji, gdzie przepraszam za swoją ówczesną ignorację hehe). MOGŁO BYĆ GORZEJ.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA