Best of Forum V
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Taki nasz forumowy Ibisz, im dłużej na forum tym młodszy duchem hehe
Dobra, to co, lećmy dalej.
Inspiracje do wrzutek w tej 25. biorę spontanicznie zewsząd, choćby... z naszego forum.
Bobby Womack - Across 110th Street
(1972)
Nie planowałem teraz uderzać w czarne klimaty a chciałem podążać ścieżką elektroniki bardziej w stylu ostatniej wrzuty Dragona NO ALE poczułem się striggerowany przez KOGOŚ wrzucającego do depeszwizji ERZAC zamiast prawdziwych pereł. Nie byłem do końca pewien który utwór Bobby'ego będę serwował Wam najpierw gdyż jest ich ze trzy które lubię i którymi chciałbym się z Wami podzielić ale niech będzie już że zaczniemy tam gdzie się powinno - na samym początku czyli od pierwszego mojego zetknięcia z jego osobą.
A wszystko to zaczęło się u mnie od... kolekcji pirackich cedeków mojego brata, którą to kolekcję ostro zacząłem wertować gdy mój brat poleciał na zarobek do UK a ja w końcu mając 17 lat na karku dorobiłem się własnego pokoju (!), no ale tak to jest jak się mieszka w bloku z dwójką starszego rodzeństwa. W każdym razie oprócz rzecz jasna całej masy rapowych albumów (w tym znanego Wam już Stillmatic) była w tej stercie płyta wyróżniająca sie charakterystycznym podpisem - miała nabazgrane wielkie "70" czarnym markerem i jak się okazało było tam na niej parę fajnych klasyczków i zdaje się całkiem możliwe że właśnie zaczynała się od Across 110th Street Bobby'ego Womacka, utworu nagranego przez niego do filmu blaxploitaition o tym samym tytule. Czymże tak właściwie jest kino blaxploitaition? Bo tego Wam dotąd nie wyjaśniałem pomimo wrzucania już muzy z takowego filmu (wrzutka Williego Hutcha), otóż nazwa gatunku wywodzi się od połączenia dwóch angielskich wyrazów czyli blacks (czarni) oraz exploitaition (wykorzystywanie) i de facto było to kino wykorzystujące popularność tematyki afroamerykańskiej rosnącej w siłę w latach 70. XX wieku, nagrywane dla czarnych i z udziałem popularnych wówczas czarnoskórych aktorów oraz muzyką czarnoskórych artystów. O ile zatem geneza gatunku leżała w cwaniackim podejściu Hollywood do czarnej publiki o tyle popularność gatunku przerosła oczekiwania i przekraczała granice etniczne wśród oglądających. W 1997 roku reżyser Quentin Tarantino uczynił swoisty hołd dla tego typu kina kręcąc film Jackie Brown w którym główną rolę zagrała Pam Grier (aktorka znana z lat 70. z filmu o podobnej bohaterce - Foxy Brown). Tenże film na swojej ścieżce dźwiękowej zawiera sporo starej czarnej muzy a w scenie otwierającej film leci właśnie Across 110th Street i jak mniemam to stąd właśnie mój brat wyhaczył ten kawałek a następnie wypalił go sobie na cedeku. Numer ten w mojej opinii obok fajnego, żywego soulowego aranżu ze smyczkami ciągnie też mocno ten chropowaty i prawdziwy wokal Bobby'ego Womacka i tych dwóch elementów zdecydowanie brakuje mi w dość średnim w mej opinii coverze autorstwa pewnej pani...
Fajny, funky, czarny, klasyczny, soulowy kawałek, nie ma co się nad tym rozwodzić, pozostaje słuchać i chłonąć ten klimat. I jak coś nie dziekujcie mi, podziękujcie wrzucającemu tamten cover, inaczej pewnie jeszcze trochę by minęło czasu do tej wrzutki.
https://youtu.be/aW4-QIJ_KDc?si=1q2O5LNioLgrsPkq
Dobra, to co, lećmy dalej.
Inspiracje do wrzutek w tej 25. biorę spontanicznie zewsząd, choćby... z naszego forum.
Bobby Womack - Across 110th Street
(1972)
Nie planowałem teraz uderzać w czarne klimaty a chciałem podążać ścieżką elektroniki bardziej w stylu ostatniej wrzuty Dragona NO ALE poczułem się striggerowany przez KOGOŚ wrzucającego do depeszwizji ERZAC zamiast prawdziwych pereł. Nie byłem do końca pewien który utwór Bobby'ego będę serwował Wam najpierw gdyż jest ich ze trzy które lubię i którymi chciałbym się z Wami podzielić ale niech będzie już że zaczniemy tam gdzie się powinno - na samym początku czyli od pierwszego mojego zetknięcia z jego osobą.
A wszystko to zaczęło się u mnie od... kolekcji pirackich cedeków mojego brata, którą to kolekcję ostro zacząłem wertować gdy mój brat poleciał na zarobek do UK a ja w końcu mając 17 lat na karku dorobiłem się własnego pokoju (!), no ale tak to jest jak się mieszka w bloku z dwójką starszego rodzeństwa. W każdym razie oprócz rzecz jasna całej masy rapowych albumów (w tym znanego Wam już Stillmatic) była w tej stercie płyta wyróżniająca sie charakterystycznym podpisem - miała nabazgrane wielkie "70" czarnym markerem i jak się okazało było tam na niej parę fajnych klasyczków i zdaje się całkiem możliwe że właśnie zaczynała się od Across 110th Street Bobby'ego Womacka, utworu nagranego przez niego do filmu blaxploitaition o tym samym tytule. Czymże tak właściwie jest kino blaxploitaition? Bo tego Wam dotąd nie wyjaśniałem pomimo wrzucania już muzy z takowego filmu (wrzutka Williego Hutcha), otóż nazwa gatunku wywodzi się od połączenia dwóch angielskich wyrazów czyli blacks (czarni) oraz exploitaition (wykorzystywanie) i de facto było to kino wykorzystujące popularność tematyki afroamerykańskiej rosnącej w siłę w latach 70. XX wieku, nagrywane dla czarnych i z udziałem popularnych wówczas czarnoskórych aktorów oraz muzyką czarnoskórych artystów. O ile zatem geneza gatunku leżała w cwaniackim podejściu Hollywood do czarnej publiki o tyle popularność gatunku przerosła oczekiwania i przekraczała granice etniczne wśród oglądających. W 1997 roku reżyser Quentin Tarantino uczynił swoisty hołd dla tego typu kina kręcąc film Jackie Brown w którym główną rolę zagrała Pam Grier (aktorka znana z lat 70. z filmu o podobnej bohaterce - Foxy Brown). Tenże film na swojej ścieżce dźwiękowej zawiera sporo starej czarnej muzy a w scenie otwierającej film leci właśnie Across 110th Street i jak mniemam to stąd właśnie mój brat wyhaczył ten kawałek a następnie wypalił go sobie na cedeku. Numer ten w mojej opinii obok fajnego, żywego soulowego aranżu ze smyczkami ciągnie też mocno ten chropowaty i prawdziwy wokal Bobby'ego Womacka i tych dwóch elementów zdecydowanie brakuje mi w dość średnim w mej opinii coverze autorstwa pewnej pani...
Fajny, funky, czarny, klasyczny, soulowy kawałek, nie ma co się nad tym rozwodzić, pozostaje słuchać i chłonąć ten klimat. I jak coś nie dziekujcie mi, podziękujcie wrzucającemu tamten cover, inaczej pewnie jeszcze trochę by minęło czasu do tej wrzutki.
https://youtu.be/aW4-QIJ_KDc?si=1q2O5LNioLgrsPkq
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
The Tea Party – Correspondences
Tu będzie ciekawa historia związana z forum, ponieważ powiązana jest z pewną bardzo znaną na tym forum postacią, która niestety już się nie udziela. Nie, nie mam na myśli Jariego xD Tąże (jest takie słowo w ogóle?) osobą jest RAJCA. Niektórzy z Was mogą jeszcze Racucha pamiętać, ale chyba tylko ja (z grona bestkowego) miałem okazję go poznać na żywo i, czego w sumie chyba nikt nie wie, przyjaźnimy się do dziś i jesteśmy w stałym kontakcie. Tak więc, jeśli kogoś to obchodzi, Rajca żyje i ma się dobrze. Aktualnie przebywa w USA (dostałem od niego zajebistą pocztówkę). Piszę o nim, bo to on mi sprzedał The Tea Party, lat temu 12. Szukałem czegoś fajnego nowego do słuchania i chyba zobaczyłem na forum jak dawno, daaawno temu Rajca wrzucił „Sister Awake” (nie wiem czemu, nie jestem w stanie tego posta teraz znaleźć), to go zapytałem co to za band. To on mi polecił album „The Edges of Twilight” i reszta jest tak zwaną historią. Brzmienie The Tea Party można określić mniej więcej tak: fani Led Zeppelin zaczęli nagrywać soundtrack do Prince of Persia, jednocześnie lubiąc grunge i bluesa. Na późniejszych płytach doszły do tego jeszcze break-beaty, industrial, itd., ale „TEoT” to raczej klasyczny rockowy album. Zespół charakteryzował się czerpaniem z instrumentarium i brzmień bliskowschodnich. Można się śmiać, ale Stuart Chatwood (basista i klawiszowiec) faktycznie tworzył potem soundtracki do gier „Prince of Persia” i robił to doskonale. Oprócz niego, w TTP jest jeszcze perkusista Jeff Burrows oraz wokalista i gitarzysta Jeff Martin. Owy Jeff Martin jest właścicielem porażającego, mocnego wokalu. „The Edges of Twiligh” to album, który wywarł na mnie olbrzymie wrażenie. Lekkość z jaką The Tea Party łączą style, bogactwo instrumentów, które jednocześnie nie przytłacza i jakość kompozycji, powodują że nie potrafię ich traktować jak kolejny zespół rockowy, ale zjawisko unikatowe. Uwielbiam ich już ponad dekadę. Racuch, wiecznie żywyś!
https://youtu.be/pXuLEgfnil8
Tu będzie ciekawa historia związana z forum, ponieważ powiązana jest z pewną bardzo znaną na tym forum postacią, która niestety już się nie udziela. Nie, nie mam na myśli Jariego xD Tąże (jest takie słowo w ogóle?) osobą jest RAJCA. Niektórzy z Was mogą jeszcze Racucha pamiętać, ale chyba tylko ja (z grona bestkowego) miałem okazję go poznać na żywo i, czego w sumie chyba nikt nie wie, przyjaźnimy się do dziś i jesteśmy w stałym kontakcie. Tak więc, jeśli kogoś to obchodzi, Rajca żyje i ma się dobrze. Aktualnie przebywa w USA (dostałem od niego zajebistą pocztówkę). Piszę o nim, bo to on mi sprzedał The Tea Party, lat temu 12. Szukałem czegoś fajnego nowego do słuchania i chyba zobaczyłem na forum jak dawno, daaawno temu Rajca wrzucił „Sister Awake” (nie wiem czemu, nie jestem w stanie tego posta teraz znaleźć), to go zapytałem co to za band. To on mi polecił album „The Edges of Twilight” i reszta jest tak zwaną historią. Brzmienie The Tea Party można określić mniej więcej tak: fani Led Zeppelin zaczęli nagrywać soundtrack do Prince of Persia, jednocześnie lubiąc grunge i bluesa. Na późniejszych płytach doszły do tego jeszcze break-beaty, industrial, itd., ale „TEoT” to raczej klasyczny rockowy album. Zespół charakteryzował się czerpaniem z instrumentarium i brzmień bliskowschodnich. Można się śmiać, ale Stuart Chatwood (basista i klawiszowiec) faktycznie tworzył potem soundtracki do gier „Prince of Persia” i robił to doskonale. Oprócz niego, w TTP jest jeszcze perkusista Jeff Burrows oraz wokalista i gitarzysta Jeff Martin. Owy Jeff Martin jest właścicielem porażającego, mocnego wokalu. „The Edges of Twiligh” to album, który wywarł na mnie olbrzymie wrażenie. Lekkość z jaką The Tea Party łączą style, bogactwo instrumentów, które jednocześnie nie przytłacza i jakość kompozycji, powodują że nie potrafię ich traktować jak kolejny zespół rockowy, ale zjawisko unikatowe. Uwielbiam ich już ponad dekadę. Racuch, wiecznie żywyś!
https://youtu.be/pXuLEgfnil8
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Ja jeszcze nie wlatuje, ale chciałem tylko napisać, że do pewnego momentu uważałem, że znacie się na muzyce, ale niestety nie wszyscy. 
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ale reakcji Wuja nie bierz po uwagę 
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
On chyba ogólnie miał na myśli forumową młodzież 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Mnie w ogóle możecie nie brać pod uwagę.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Oj Wujas, nie furaj się. I tak ominał Cie mega roast, bo nie napisałeś, że nie lubimy Olivii, bo jej zazdrościmy sukcesu. Doceniamy.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Wjeżdżam.
Meat Puppets - Plateau (1984)
Mamy marzec, więc kontynuuję marcowe wrzutki. Jest rok 2007 znów, ziomek od wycieczki do Podkowy Leśnej, Nicka Cave'a i The Cinematic Orchestra, niesławny Książę Zdążę, który wywołał swego czasu traumę u Wojciecha Malajkata, sprzedał mi ten oto numer. Wysłał go mailem i kazał posłuchać, a ja karnie posłuchałem. Pieprzył coś o Nirvanie, ale nirwanę to ja miałem podczas odsłuchu. Jest to o tyle ciekawe, że mamy do czynienia z takim alternatywnym gitarowym graniem o bardzo amerykańskim sznycie (grupa jest superamerykańska, wprost z Arizony), które wtedy było wciąż na dole mojej drabiny zainteresowań muzycznych. A jednak kliknęło.
Meat Puppets to zespół, który powstał w tym samym czasie, co Black (jako zespół), a więc w 1980 roku. Przed Depeche Mode, u progu New Order, a twórczość serwował bardziej pasującą do najntisów. No, przypomnę tylko, że debiut Red Hot Chili Peppers ukazał się w tym samym roku (powtarzam się), co debiut Pet Shop Boys xD Założyło go dwóch braci, Curt i Kris Kirkwoodowie. Zaczynali jako punk, ale potem poszli w country rock i wyszło im to zaskakująco dobrze. Jednym z dzieł właśnie tamtego okresu twórczości jest moja wrzutka. Numer jest prosty, krótki, genialny. Wchodzi idealnie, ma wszystko, czego miks country, gitar i lekkiej psychodeli jest w stanie zaoferować - pozbawiony sensu tekst ze świetnym refrenem (uwielbiam linijkę "who needs action when you've got words"), zblazowany głos Curta (który gra na basie i śpiewa), niespieszne tempo i kapitalne zakończenie. Minęło sporo czasu, nim zassałem cały krążek, ale kiedy to zrobiłem w końcu jakieś 2 lata później, nie było rozczarowania. Coś więcej o zespole?
Raz byli o krok od uzyskania większego publicity, kiedy dołączyć do nich chciał John Frusciante, ale nie znaleźli wspólnego języka w studio. Rok później - bowiem były to już najntisy - do współpracy zaprasza ich Kurt Cobain, i tak bracia Kirkwoodowie towarzyszą Nirvanie (a więc to o to chodziło!) na koncercie MTV Unplugged. Ale to nie wszystko - Cobain jest nimi zachwycony i grają w secie parę numerów Meat Puppets, wliczając w to Plaetau. Pomogło, grupa stała się jeszcze bardziej popularna, tyle tylko, że chwilę później Cobain się przekręcił, więc o dalszej współpracy nie mogło być mowy. Niewiele brakowało, aby to samo spotkało samo Meat Puppets, albowiem Curt uzależnił się od heroiny, i po wypuszczeniu albumu o jakże przewrotnym tytule Too High to Die prawie umarł (na pewno zrobiła to jego żona z tych samych powodów). W myśl zasady, że złego diabli nie biorą przeżył i zespół istnieje do dzisiaj. Ostatnia płyta z 19 roku! Ale najlepsze jest to ze środka ejtisów. Częstujcie się.
https://youtu.be/GbfRICVe4Co?si=dVoquRo-tM2WyIe_
Meat Puppets - Plateau (1984)
Mamy marzec, więc kontynuuję marcowe wrzutki. Jest rok 2007 znów, ziomek od wycieczki do Podkowy Leśnej, Nicka Cave'a i The Cinematic Orchestra, niesławny Książę Zdążę, który wywołał swego czasu traumę u Wojciecha Malajkata, sprzedał mi ten oto numer. Wysłał go mailem i kazał posłuchać, a ja karnie posłuchałem. Pieprzył coś o Nirvanie, ale nirwanę to ja miałem podczas odsłuchu. Jest to o tyle ciekawe, że mamy do czynienia z takim alternatywnym gitarowym graniem o bardzo amerykańskim sznycie (grupa jest superamerykańska, wprost z Arizony), które wtedy było wciąż na dole mojej drabiny zainteresowań muzycznych. A jednak kliknęło.
Meat Puppets to zespół, który powstał w tym samym czasie, co Black (jako zespół), a więc w 1980 roku. Przed Depeche Mode, u progu New Order, a twórczość serwował bardziej pasującą do najntisów. No, przypomnę tylko, że debiut Red Hot Chili Peppers ukazał się w tym samym roku (powtarzam się), co debiut Pet Shop Boys xD Założyło go dwóch braci, Curt i Kris Kirkwoodowie. Zaczynali jako punk, ale potem poszli w country rock i wyszło im to zaskakująco dobrze. Jednym z dzieł właśnie tamtego okresu twórczości jest moja wrzutka. Numer jest prosty, krótki, genialny. Wchodzi idealnie, ma wszystko, czego miks country, gitar i lekkiej psychodeli jest w stanie zaoferować - pozbawiony sensu tekst ze świetnym refrenem (uwielbiam linijkę "who needs action when you've got words"), zblazowany głos Curta (który gra na basie i śpiewa), niespieszne tempo i kapitalne zakończenie. Minęło sporo czasu, nim zassałem cały krążek, ale kiedy to zrobiłem w końcu jakieś 2 lata później, nie było rozczarowania. Coś więcej o zespole?
Raz byli o krok od uzyskania większego publicity, kiedy dołączyć do nich chciał John Frusciante, ale nie znaleźli wspólnego języka w studio. Rok później - bowiem były to już najntisy - do współpracy zaprasza ich Kurt Cobain, i tak bracia Kirkwoodowie towarzyszą Nirvanie (a więc to o to chodziło!) na koncercie MTV Unplugged. Ale to nie wszystko - Cobain jest nimi zachwycony i grają w secie parę numerów Meat Puppets, wliczając w to Plaetau. Pomogło, grupa stała się jeszcze bardziej popularna, tyle tylko, że chwilę później Cobain się przekręcił, więc o dalszej współpracy nie mogło być mowy. Niewiele brakowało, aby to samo spotkało samo Meat Puppets, albowiem Curt uzależnił się od heroiny, i po wypuszczeniu albumu o jakże przewrotnym tytule Too High to Die prawie umarł (na pewno zrobiła to jego żona z tych samych powodów). W myśl zasady, że złego diabli nie biorą przeżył i zespół istnieje do dzisiaj. Ostatnia płyta z 19 roku! Ale najlepsze jest to ze środka ejtisów. Częstujcie się.
https://youtu.be/GbfRICVe4Co?si=dVoquRo-tM2WyIe_
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Czyli przede wszystkim uwzględniamy właśnie shodana!
Shakespear's Sister - Hello (Turn Your Radio On) (1992)
Niech to będzie taka mała laurka i hołd dla mojej mamy. Mimo upływu lat wciąż potrafi zaskoczyć rzeczami, które gdzieś kiedyś słyszała, niby zapomniała, a po latach nagle odnajduje i chce, by towarzyszyły jej raz na jakiś czas w życiu codziennym. Przez okres dojrzewania był z tym spokój. Po zakończeniu liceum wzięło ją na regularne odsłuchy jakiejś własnej selekcji piosenek. Przed pracą, w ciągu dnia przy porządkach domowych lub dla rozrywki samej w sobie - przynajmniej wieża znowu wróciła do pracy. Rzetelnie i metodycznie uzupełniam pendrive'a kolejnymi fragmentami wspomnień i układam w ponadczasową kompilację faworytów. Czego tam nie ma... oczywiście nie da się wiecznie słuchać tego samego, więc czasem zestaw ulega pewnym zmianom. Między radiowymi klasykami, śladami dawnych imprez, znajomości i skojarzeniami z miłością życia (mój nieżyjący ojciec) powtykane są zespoły i numery, o których istnieniu nie miałem zielonego pojęcia. Oczywiście do momentu, gdy nagle gdzieś się coś nie pojawiło. Za chwilę słyszałem prośbę o to, by poszukać, znaleźć w dobrej jakości i wrzucić. W sumie trwa to do dzisiaj, co uważam za całkiem urocze.
Za dzieciaka myślałem o tym jako czymś wstydliwym, ale teraz myślę, że moi rodzice mieli naprawdę ciekawe perypetie z muzyką. Mimo wszystko wywarli na mnie pewien wpływ. Z jednej strony Bajmy, Depeche Mode i obskjurowy pop, z drugiej Republika, Oddział Zamknięty, Brygada Kryzys. Dalej romanse z disco polo z przyczyn oczywistych, a potem po prostu satysfakcjonujący radiowy standard, bo przecież nie każdy może sobie pozwolić na bujanie w obłokach, gdy codzienność wymaga tak wiele od ciebie. Przynajmniej od kilku lat jest na tyle spokojnie, by móc wrócić do poukrywanych głęboko perełek. Czemu taki wybór teraz? Chłonna gąbka przyjmuje nastrój otoczenia. Mnóstwo rozjazdów, do tego ostatnie intensywne przeżycia filmowe. Musi być moment odbicia. Cały czas staram się uzupełniać osobisty kanon o rzeczy wrzucane intuicyjnie, na wyczucie. Im dalej w las, tym lepiej robić coś takiego.
Zaczęło się w roku pandemicznym od Stay. Może starszyzna forumowa kojarzy? Dla mnie to było jak czarna magia. Może nawet był odsłuch w radiu, a dopiero potem emocjonalny pierwszy raz już z wieży w innym pokoju. Stopień wzruszenia mojej mamy zrobił na mnie wrażenie. Poza tym to po prostu naprawdę dobra, siłą rzeczy łzawa ballada. Zażarło na tyle, że postanowiłem sprawdzić całe Hormonally Yours. Teraz łatwo powiedzieć o duchologii, jakimś nieuchwytnym brzmieniu z przełomu dekad, ale jest w tym naprawdę coś więcej, o czym trudno sensownie pisać. Cała płyta raczej w porządku. Jej siłą są pojedyncze, wyraźnie lepsze bangery, które zresztą mają swoje historie coverowe i na listach przebojów. Wspominaną płytę zamyka wrzucane Hello (Turn Your Radio On) i TO dopiero było pozytywne zaskoczenie dla mnie, ulala. Pamiętałem dość paskudny i przeciętny cover z końcówki lat zerowych. Nie byłem świadomy, że to starszy numer. Z drugiej strony to tak dobrze napisany numer, trudno się dziwić innym artystom próbujących swoich sił. Idealnie łączy się z całą resztą, trochę emo gotycką ponętną okładką, kolorystyką. Dla mnie brzmi to nawet dawniej niż 1992 rok, ale siusiak z tym. Przepiękna pościelowa ballada z klimatyczną elektroniką. Przyjemny, ciepły wokal pani, o której nie wiedziałem, że była w Bananarama. To też taka ciekawostka-luzak, bo muzyka prowadzi w zupełnie inne strony. Patos łączy się z liryzmem. Niby dzieje się dużo, ale jak dobrze jest to uporządkowane. Od subtelnego pada do cykającego zegara na do widzenia. Kawałek znakomitego grania.
Do tego mam mały mandala effect, bo raz na Spotify jest w wersji z perkusją, a potem znów wskakuje miks bez niej. Mam płytę na dysku, a tam bębny. Czytam Wikipedię i okazuje się, że na płycie powinno być bez, bo tylko na singlu ją dołożono. Nie warto ufać anonimowym ziutkom udostępniającym rzeczy na różnych Szczurkach pe el czy innych Blogspotach... Mogę w takim razie śmiało rzucić właściwą wersję albumową. Tę wolę bardziej po prostu.
Ciekawe ile jeszcze takich odkryć przede mną?
BTW ten bluzosweter z okładki z napisem SEX wygląda świetnie, sam bym w nim chodził...
PS Mandela effect (którego nie ma) pogłębia burdel na YT. Właściwej albumowej wersji nie ma dołączonej do płyty, trzeba szukać gdziekolwiek. Po kilku minutach znalazłem we wrzutce z.. okładką singlową.
https://www.youtube.com/watch?v=Xek9EBt-ZLA
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Prince and the Revolution – Kiss (1986)
Już kiedyś wspominałem chyba o tym, że w młodości strasznie nie lubiłem Księcia. To był jeden z wielu wykonawców, którzy działali mi na nerwy. Po wielu latach w sumie sam nie wiedziałem, skąd wzięła się u mnie ta niechęć. Nie jestem wielkim znawcą czy miłośnikiem muzyki Prince’a, ale musiałem chyba dorosnąć, żeby zacząć go szanować, doceniać i uznać jego wielkość. Bo na pewno był postacią nietuzinkową w świecie muzyki. Teraz właściwie lubię w nim wszystko to, co kiedyś hejtowałem. Taka ironia losu. Prince to był człowiek orkiestra. Śpiewał, komponował, pisał teksty, grał właściwie prawie na wszystkich instrumentach, produkował muzykę, tańczył. Był postacią niezwykle barwną, ekscentryczną i chyba właśnie jego styl zachowania na scenie i ubierania się mnie tak odstraszał. Teraz nie mam z tym problemu. Niestety jest jednym z tych, którzy odeszli przedwcześnie z tego świata.
Utwór Kiss to był jeden z jego najważniejszych singli. Otrzymał wiele nagród i załapał się do czołówki wielu różnych prestiżowych klasyfikacji. I pamiętam, ze choć Prince’a kiedyś nie lubiłem, to Kiss było jedynym wyjątkiem. Ten utwór lubiłem zawsze. Prince potrafił śpiewać w bardzo różnorodny sposób, co dobrze pokazuje utwór Kiss. Świetna kompozycja o bardzo dobrym funky’owe brzmieniu. Mnie po tylu latach nadal buja. I mocno zawsze kojarzy się z latami szkolnymi. W technikum w mojej klasie był taki wysoki rudzielec - wielki i oddany fan Prince'a. Potrafił naprawdę rewelacyjnie udawać Księcia. A najczęściej na przerwach śpiewał właśnie Kiss. Do tego naśladował jego ruchy mimo, że był z pół metra wyższy od Prince'a. Ale o dziwo całkiem dobrze mu to wychodziło.
https://www.youtube.com/watch?v=rLOQuh8wADM
Już kiedyś wspominałem chyba o tym, że w młodości strasznie nie lubiłem Księcia. To był jeden z wielu wykonawców, którzy działali mi na nerwy. Po wielu latach w sumie sam nie wiedziałem, skąd wzięła się u mnie ta niechęć. Nie jestem wielkim znawcą czy miłośnikiem muzyki Prince’a, ale musiałem chyba dorosnąć, żeby zacząć go szanować, doceniać i uznać jego wielkość. Bo na pewno był postacią nietuzinkową w świecie muzyki. Teraz właściwie lubię w nim wszystko to, co kiedyś hejtowałem. Taka ironia losu. Prince to był człowiek orkiestra. Śpiewał, komponował, pisał teksty, grał właściwie prawie na wszystkich instrumentach, produkował muzykę, tańczył. Był postacią niezwykle barwną, ekscentryczną i chyba właśnie jego styl zachowania na scenie i ubierania się mnie tak odstraszał. Teraz nie mam z tym problemu. Niestety jest jednym z tych, którzy odeszli przedwcześnie z tego świata.
Utwór Kiss to był jeden z jego najważniejszych singli. Otrzymał wiele nagród i załapał się do czołówki wielu różnych prestiżowych klasyfikacji. I pamiętam, ze choć Prince’a kiedyś nie lubiłem, to Kiss było jedynym wyjątkiem. Ten utwór lubiłem zawsze. Prince potrafił śpiewać w bardzo różnorodny sposób, co dobrze pokazuje utwór Kiss. Świetna kompozycja o bardzo dobrym funky’owe brzmieniu. Mnie po tylu latach nadal buja. I mocno zawsze kojarzy się z latami szkolnymi. W technikum w mojej klasie był taki wysoki rudzielec - wielki i oddany fan Prince'a. Potrafił naprawdę rewelacyjnie udawać Księcia. A najczęściej na przerwach śpiewał właśnie Kiss. Do tego naśladował jego ruchy mimo, że był z pół metra wyższy od Prince'a. Ale o dziwo całkiem dobrze mu to wychodziło.
https://www.youtube.com/watch?v=rLOQuh8wADM
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Ty Mentos to lepiej sam się najpierw na tej muzyce poznaj.mintaj pisze:11 mar 2024 10:52Ja jeszcze nie wlatuje, ale chciałem tylko napisać, że do pewnego momentu uważałem, że znacie się na muzyce, ale niestety nie wszyscy.![]()
Gorzej by chyba było, gdyby szło w drugą stronę.stripped pisze:11 mar 2024 10:44Taki nasz forumowy Ibisz, im dłużej na forum tym młodszy duchem hehe
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Ja Cię felek, Wujek mi zakosił wrzutkę Prince'a hyh
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
John Coltrane - A Love Supreme pt. 1 - Acknowledgment
O swoim stosunku do jazzu pewnie już tu pisałem, bo w swoim czasie próbowałem wam sprzedać Milesa Davisa i z tego co pamiętam nawet udało mi się to zrobić. W każdym razie zapewne się powtórzę: muza spoko, ale też raczej niekoniecznie do słuchania na co dzień.
Może to nawet nie jest kwestia jej samej, tylko mnie, bo ja to po prostu nie umiałbym tak regularnie słuchać tego samego. Tak samo jak fakt, że po krótkim, ale dość intensywnym okresie eksplorowania tej muzyki kilkanaście lat temu praktycznie zaprzestałem dalszych poszukiwań i czuję się trochę jak bohater tego mema, co to się snobuje na znajomość muzyki jazzowej i pytany o ulubionych artystów odpowiada "Miles Davis, John Coltrane i można by tak wymieniać".
Davis już był, Można By Tak Wymieniać może też się pojawi, ale na razie czas na Coltrane'a i kolejny z jego klasyków.
Mam bardzo specyficzną relację z albumem A Love Supreme, a więc i siłą rzeczy z tą kompozycją. Przez długie okresy praktycznie go nie słucham i nie pamiętam o jego istnieniu, ale co jakiś czas, który następuję średnio 2-3 razy do roku przypominam sobie o nim i po prostu MUSZĘ do tej płyty wrócić, bo inaczej dostałbym śmergla. I uwierzcie mi lub nie, ale każdy z tych powrotów jest dla mnie czymś pokroju doświadczenia mistycznego.
Nie umiem tej muzyki opisać tak, by nie zabrzmieć jak debil, więc tylko napiszę A LOVE SUPREME. A LOVE SUPREME. A LOVE SUPREME. A LOVE SUPREME. A LOVE SUPREME. A LOVE SUPREME. A LOVE SUPREME. I jak zawsze dodam - bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=vMCHDC2Lurk
O swoim stosunku do jazzu pewnie już tu pisałem, bo w swoim czasie próbowałem wam sprzedać Milesa Davisa i z tego co pamiętam nawet udało mi się to zrobić. W każdym razie zapewne się powtórzę: muza spoko, ale też raczej niekoniecznie do słuchania na co dzień.
Może to nawet nie jest kwestia jej samej, tylko mnie, bo ja to po prostu nie umiałbym tak regularnie słuchać tego samego. Tak samo jak fakt, że po krótkim, ale dość intensywnym okresie eksplorowania tej muzyki kilkanaście lat temu praktycznie zaprzestałem dalszych poszukiwań i czuję się trochę jak bohater tego mema, co to się snobuje na znajomość muzyki jazzowej i pytany o ulubionych artystów odpowiada "Miles Davis, John Coltrane i można by tak wymieniać".
Davis już był, Można By Tak Wymieniać może też się pojawi, ale na razie czas na Coltrane'a i kolejny z jego klasyków.
Mam bardzo specyficzną relację z albumem A Love Supreme, a więc i siłą rzeczy z tą kompozycją. Przez długie okresy praktycznie go nie słucham i nie pamiętam o jego istnieniu, ale co jakiś czas, który następuję średnio 2-3 razy do roku przypominam sobie o nim i po prostu MUSZĘ do tej płyty wrócić, bo inaczej dostałbym śmergla. I uwierzcie mi lub nie, ale każdy z tych powrotów jest dla mnie czymś pokroju doświadczenia mistycznego.
Nie umiem tej muzyki opisać tak, by nie zabrzmieć jak debil, więc tylko napiszę A LOVE SUPREME. A LOVE SUPREME. A LOVE SUPREME. A LOVE SUPREME. A LOVE SUPREME. A LOVE SUPREME. A LOVE SUPREME. I jak zawsze dodam - bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=vMCHDC2Lurk
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Du-dum du-dum/du-dum du-dummintaj pisze:11 mar 2024 22:35A LOVE SUPREME. A LOVE SUPREME. A LOVE SUPREME. A LOVE SUPREME. A LOVE SUPREME. A LOVE SUPREME. A LOVE SUPREME.
Kolejka 8. (108.)
https://youtube.com/playlist?list=PL9wm ... _-99uLWAap
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
The Tea Party - Correspondences
Po opisie Kuby chyba nie byłem pewien czego moge się spodziewać ale myślę że nie spodziewałem się... tego. Subtelny wstęp z gitar i pianina, pomiędzy nimi słychać coś a'la "miałczenie mew" (xD)
które kojarzy mi się z Sibeling a potem wchodzi wokal... I tu zgrzyt, bo ten wokal brzmi dla mnie jak taki try hard rockman/bluesman, nie spobało mi się jak ten gość śpiewa, skojarzyło mi się z Sosnowskim albo tamtym coverem z pierwszej edycji dewizji. W ogóle kolo ma albo dziwny akcent albo specyficzny sposób śpiewu, brzmi jakby miał fajkę w gębie ale nie że papierosa tylko ja centralnie widzę go jakby śpiewając krzywił gębę jak Popeye z drewnianą fają w ustach, lol. To co słyszę całościowo brzmi dla mnie jak post-grunge a to nienajlepsza reklama, nie zdziwiłbym się gdyby to był numer Poets of the Fall a tymczasem to jest wrzuta Kuby i to mnie zaskakuje. Kiedy numer przybiera na intensywności z tą wokalną wrzutką to dla mnie jest już jakieś kompletne wankerstwo... Sorry Batory, nie czuję tego klimatu.
Meat Puppets - Plateau
Plateau rzecz jasna jako fan Nirvany znam, dla mnie to piękna sprawa że Kurt wykorzystał koncert Unplugged by zagrać na nim sporo fajnych coverów kilku obskjurowych numerów czy wykonawców (nie mówię o Davidzie Bowie ofkors lol). W pewnym momencie z ciekawosci sięgnąłem po Meat Puppets II i w sumie to najlepiej siedzi właśnie ten numer który sam pewnie wykorzystałbym w jakiej depeszwizji kiedyś gdyby nie dzisiejsza wrzuta Musiała. Slackerski cow-punk country rock czy ciul wie co, jest coś fajnego w tym numerze pod względem tej wyjebki dla mnie choć ta muza trochę jak grunge kojarzy mi się z jakimś życiowym syfem, niepoukładaniem etc. W wersji studyjnej bardziej podoba mi się solo na końcu, ma fajne brzmienie. Obskjur classic.
Shakespears Sister - Hello (Turn Your Radio On)
Synthy na wstępie mylące, człowiek spodziewa sie czegoś innego a otrzymuje 90sową pianinkową balladkę. Kiedy wjeżdża refren robi się pompatycznie, oczyma wyobraźni widzę rzesze ludzi na koncercie z zapalniczkami w dłoniach. Cukrowe to dość, na pewno działa inaczej na kogoś kto pamięta numer ze starych lat czy miałby z nim wspomnienia. Zdecydowanie preferuję wersję singlową, podoba mi się brzmienie perkusji i w mej opinii trochę rozbija ten patos tej lukrowej ballady z albumu, jest nieco bardziej mięsiście, zmienia to klimat kawałka - dla mnie na plus i w tej wersji numer może zostać ze mną na dłużej.
Prince - Kiss
Numer poznałem dzięki mojej kumpeli, bohaterce wielu moich wrzutek. Podobnie jak majkelowe In The Closet (również ukradzione mi przez Wuja) ma ona słabość do takich rytmów, to są numery z tym specyficznym bitem który skłania do cielesnych zbliżeń tańczących na parkiecie. Zmysłowe i jednocześnie rytmiczne ejtisowe r&b, mam jeszcze jeden numer z tej erotycznej serii ale już bardziej współczesny i wierzę że jego mi już Wujek nie ukradnie heh. Świetna funky gitarka momentami wjeżdża. Zasadniczo jak na Murzyna tego forum to dyskografii Prince'a zbytnio nie znam i innej wrzutki jego już nie będę miał raczej. Udana wrzuta, tyle mogę rzec.
John Coltrane - A Love Supreme, Pt. I - Acknowledgement
Nie jestem pewien ale to może być pierwsza kolejka bestki tak mocno reprezentująca czarną muzykę. Po soulu i r&b dojezdża mentos ze swoim jazzem.
Tak się szczęśliwie składa że znam ten kawałek a nawet więcej - mam ten album. Zawdzięczam go mojej żonie która na 30. urodziny sprezentowała mi pudełko kilku płyt, gdzie oprócz moich upragnionych pozycji typu Nirvana Unplugged czy Black Celebration były też niejako bonusowo 3 płyty jazzowe polecone jej przez znajomka. Moja żona lubuje się w jazzie który ja ogarniałem tak sobie, więc chciała mnie zachęcić i otrzymałem "Kind od Blue" Milesa Davisa (którego do dziś nie przesłuchałem, mentos wrzucał numer z tej płyty), "Astigmatic" Komedy oraz właśnie "A Love Supreme" Coltrane'a. Przyznam że ja bardziej wolę jazz wcześniejszy typu jakiś bebop czy cool jazz lat 50. niż właśnie jakiś modal jazz czy free jazz z lat 60. więc tak średnio te płyty siadły ale Coltrane'a przesłuchałem wtedy parę razy chyba i od tamtego czasu leży na półce :X co do samego Pt. I - początkowo tak sobie mi to wchodziło właśnie z uwagi na te bardziej spontaniczne granie, lepiej zrobiło się gdy już saks zaczął wygrywać tytułową frazę która potem przechodzi w wokalną mantrę. Ogółem jest to kawałek dobrego jazzu i na pewno powinienem odkurzyć tę płytę co być może dzięki mentosowi uczynię na dniach.
Po opisie Kuby chyba nie byłem pewien czego moge się spodziewać ale myślę że nie spodziewałem się... tego. Subtelny wstęp z gitar i pianina, pomiędzy nimi słychać coś a'la "miałczenie mew" (xD)
które kojarzy mi się z Sibeling a potem wchodzi wokal... I tu zgrzyt, bo ten wokal brzmi dla mnie jak taki try hard rockman/bluesman, nie spobało mi się jak ten gość śpiewa, skojarzyło mi się z Sosnowskim albo tamtym coverem z pierwszej edycji dewizji. W ogóle kolo ma albo dziwny akcent albo specyficzny sposób śpiewu, brzmi jakby miał fajkę w gębie ale nie że papierosa tylko ja centralnie widzę go jakby śpiewając krzywił gębę jak Popeye z drewnianą fają w ustach, lol. To co słyszę całościowo brzmi dla mnie jak post-grunge a to nienajlepsza reklama, nie zdziwiłbym się gdyby to był numer Poets of the Fall a tymczasem to jest wrzuta Kuby i to mnie zaskakuje. Kiedy numer przybiera na intensywności z tą wokalną wrzutką to dla mnie jest już jakieś kompletne wankerstwo... Sorry Batory, nie czuję tego klimatu.
Meat Puppets - Plateau
Plateau rzecz jasna jako fan Nirvany znam, dla mnie to piękna sprawa że Kurt wykorzystał koncert Unplugged by zagrać na nim sporo fajnych coverów kilku obskjurowych numerów czy wykonawców (nie mówię o Davidzie Bowie ofkors lol). W pewnym momencie z ciekawosci sięgnąłem po Meat Puppets II i w sumie to najlepiej siedzi właśnie ten numer który sam pewnie wykorzystałbym w jakiej depeszwizji kiedyś gdyby nie dzisiejsza wrzuta Musiała. Slackerski cow-punk country rock czy ciul wie co, jest coś fajnego w tym numerze pod względem tej wyjebki dla mnie choć ta muza trochę jak grunge kojarzy mi się z jakimś życiowym syfem, niepoukładaniem etc. W wersji studyjnej bardziej podoba mi się solo na końcu, ma fajne brzmienie. Obskjur classic.
Shakespears Sister - Hello (Turn Your Radio On)
Synthy na wstępie mylące, człowiek spodziewa sie czegoś innego a otrzymuje 90sową pianinkową balladkę. Kiedy wjeżdża refren robi się pompatycznie, oczyma wyobraźni widzę rzesze ludzi na koncercie z zapalniczkami w dłoniach. Cukrowe to dość, na pewno działa inaczej na kogoś kto pamięta numer ze starych lat czy miałby z nim wspomnienia. Zdecydowanie preferuję wersję singlową, podoba mi się brzmienie perkusji i w mej opinii trochę rozbija ten patos tej lukrowej ballady z albumu, jest nieco bardziej mięsiście, zmienia to klimat kawałka - dla mnie na plus i w tej wersji numer może zostać ze mną na dłużej.
Prince - Kiss
Numer poznałem dzięki mojej kumpeli, bohaterce wielu moich wrzutek. Podobnie jak majkelowe In The Closet (również ukradzione mi przez Wuja) ma ona słabość do takich rytmów, to są numery z tym specyficznym bitem który skłania do cielesnych zbliżeń tańczących na parkiecie. Zmysłowe i jednocześnie rytmiczne ejtisowe r&b, mam jeszcze jeden numer z tej erotycznej serii ale już bardziej współczesny i wierzę że jego mi już Wujek nie ukradnie heh. Świetna funky gitarka momentami wjeżdża. Zasadniczo jak na Murzyna tego forum to dyskografii Prince'a zbytnio nie znam i innej wrzutki jego już nie będę miał raczej. Udana wrzuta, tyle mogę rzec.
John Coltrane - A Love Supreme, Pt. I - Acknowledgement
Nie jestem pewien ale to może być pierwsza kolejka bestki tak mocno reprezentująca czarną muzykę. Po soulu i r&b dojezdża mentos ze swoim jazzem.
Tak się szczęśliwie składa że znam ten kawałek a nawet więcej - mam ten album. Zawdzięczam go mojej żonie która na 30. urodziny sprezentowała mi pudełko kilku płyt, gdzie oprócz moich upragnionych pozycji typu Nirvana Unplugged czy Black Celebration były też niejako bonusowo 3 płyty jazzowe polecone jej przez znajomka. Moja żona lubuje się w jazzie który ja ogarniałem tak sobie, więc chciała mnie zachęcić i otrzymałem "Kind od Blue" Milesa Davisa (którego do dziś nie przesłuchałem, mentos wrzucał numer z tej płyty), "Astigmatic" Komedy oraz właśnie "A Love Supreme" Coltrane'a. Przyznam że ja bardziej wolę jazz wcześniejszy typu jakiś bebop czy cool jazz lat 50. niż właśnie jakiś modal jazz czy free jazz z lat 60. więc tak średnio te płyty siadły ale Coltrane'a przesłuchałem wtedy parę razy chyba i od tamtego czasu leży na półce :X co do samego Pt. I - początkowo tak sobie mi to wchodziło właśnie z uwagi na te bardziej spontaniczne granie, lepiej zrobiło się gdy już saks zaczął wygrywać tytułową frazę która potem przechodzi w wokalną mantrę. Ogółem jest to kawałek dobrego jazzu i na pewno powinienem odkurzyć tę płytę co być może dzięki mentosowi uczynię na dniach.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Jak bym wiedział Murzyn, to bym wybrał coś innego. Prince parę równie dobrych utworów jednak ma. 
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Ale ja się wcale nie gniewam - zwolnił się slot, coś mam z głowy a to nie była jakaś istotna wrzuta tylko taka co to fajnie żeby wleciała tu, no i jest.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Bobby Womack Across 110th Street
Nigdy nie dorobiłem się własnego pokoju w domu rodzinnym, ale za to unikałem podążania muzycznymi śladami młodszego brata. Czytam uważnie opis Jacka... i przypomniałem sobie skąd kojarzę. No tak, depeszwizja xD Nie słuchałem tamtych kawałków za często, a mimo to zapamiętałem melodie. Filmu nie kojarzę, więc wspomnianemu wrażeniu sprzyja demencja i poważne zajęcie czasu przez sprawy różne - chwilami myślałem, że znam to z głębszej przeszłości. Naprawdę sympatyczny numer na funkowo. Czuć tutaj wspominaną filmowość. Jest pompa w refrenie, są subtelne i całkiem efektowne zagrywki gitarowe. Podoba mi się ten mocny głos. Przy mniejszej uwadze przelatuje przez uszy bez większego spustoszenia. Do przyjemnej posiadówki przy radiu i książce jak znalazł. Solidna propozycja Pana Mudżyna.
The Tea Party Correspondences
Hien nie ułatwia całą kiścią skojarzeń... ten numer jest bardzo dobry bez nich. Jeśli miałbym dołożyć swoje to raczej Soundgarden z nutką bluesową. Oprócz tego wokalista mniej ekspresyjny na wokalu niż wielki Chris, ale on był tylko jeden, chlip chlip. Początkowo drażniło to darcie mordy na wyższych dźwiękach, ale szybko przestało. Ogólnie miałem problem z tym wokalem, czasem wjeżdża niska żaba. Wyrozumiale przymykam na to uszy. Pierwszy odsłuch odbywał się we wtorek o szóstej rano. Ten numer kliknął jako pierwszy. Myślałem, że to coś nowszego, a tu środek lat 90-tych. Pachnie tu grunge'm na kilometr, mój nos lubi to. Trochę trzeba poczekać na fajerwerki. Panowie nieźle rozciągnęli kawałek. Refren i potem sekcja solówkowa wynagradzają cierpliwość, przy następnych odsłuchach to zaskoczenie jest mniejsze, ale miło dalej złapać się na tym, że to rozwinięcie nie jest wcale takie oczywiste. Świetne gitary, razem z tym wokalem niosą potężny emocjonalny ładunek. Do tego propsy za ten skromny patent rytmiczny, progresyfne mrugnięcie okiem dla bardziej ciekawskich. Szkoda, że nie ma na Spotifie, ale nie dam za wygraną, pobiorę całość na dysk. Pan Jakub w formie.
Meat Puppets Plateau
To chyba na RYMie zdążyłem przeczytać opinię, z którą mocno się utożsamiam. Płyta zapowiada się na dość intensywną, krótką sesję rodem z koncertu pół pijanego, pół przećpanego zespołu, który przypadkiem wyszedł na scenę z rewelacyjnym materiałem. Za pierwszym razem jeszcze miałem wątpliwości, ale dzisiaj (tj. w środę) zażarło na tyle, że zacząłem sprawdzać całą Dwójeczkę. Damn, do wtorku nie wiedziałem o istnieniu country punku. W otoczeniu płytowym działa jeszcze lepiej, bo o ile początek wyraźniej atakuje słuchacza właśnie country skojarzeniami, tak im dalej w las, tym psychodeli, przećpania i zblazowania jest coraz więcej. Podoba mi się. Tekstowo uskuteczniana kwaśna metaforyka, która działa. Wokalista to nie najwybitniejszy technik, liczy się klimacik i wewnętrzna spójność. Ewentualnie poślizgi tylko dodają wiarygodności. Na początku byłem zdziwiony. Od rana łapię się na tym, że chce słuchać więcej, mam niedosyt. Mocno skondensowany numer, a po półtorej minuty zostaje instrumentalne outro. Arizona też umie w psychodeliki.
Prince Kiss
Życzę sobie mniej forsowania moich rówieśniczek, a więcej dobrej muzyki, po prostu. To się może odbywać kosztem częstszego rzucania klasyków. Nikt się nie pogniewa. Chyba mam teorię nt. ewentualnej niechęci wobec Prinsa, ale na razie zachowam ją dla siebie. Co do Kiss... nie wiem czemu na RYMie dałem całej Parade tak średnią ocenę. W tej chwili nie mam zbyt wiele sił i ochoty na weryfikowanie każdej napotkanej sprzeczności między wrażeniami z pojedynczego numeru a historycznymi relacjami ze słuchania całej płyty. Muszę poprzestać na tym, że Kiss to znakomity klasyczek. Parafrazując klasyka, brzmi gejowo, więc musi być bardzo dobre. Oszczędny bujający aranż. Nutka soulująco funkowa. Ekspresyjny wokal jadący na granicy falsetu, jazgotu i stękania może pod koniec trochę na wyrost, ale poza tym broni się bardzo dobrze. W końcu mówi o dość sensualnych kwestiach, jak to robić inaczej i jednocześnie dalej przekonująco? Ty no nie wiem. Książe zrobił to po szefowsku. W tak oszczędnym aranżu znalazło się nawet miejsce na całkiem zgrabną solóweczkę. Idę szukać crop topa w lumpie. Tylko najpierw buzi buzi.
John Coltrane Acknowledgment
Seba atakuje po raz kolejny z pozycji albumów wartych poznania przed ewakuacją z mieszkania nogami do przodu, ale w tym przypadku szczególnie ciekawa sprawa. Do tej pory chyba nigdy nie słyszałem tego w tak dobrej jakości. Zawsze myślałem, że A Love Supreme brzmi bardziej jazgotliwie, przez co wiele lat temu odpuściłem temat. Chciałem być fancy super młodzieżowym ekspertem od muzyki. Trudno tak mówić z oparciu o znajomość pojedynczych płyt z danych gatunków, ale cóż, takie są grzechy młodości. Z Milesem było znacznie łatwiej, na Kind of Blue się nie skończyło. W przypadku tego Coltrane'a to musiał być tylko ten fragment z całej płyty. Ani nie byłem gotowy, ani też tani sprzęt nie ułatwiał. Dzisiaj słyszę tu porządek, subtelność, odbieram to z przyjemnością. Może poza dukaniem tytułowej frazy pod koniec, tego do tej pory nie rozumiem. Nie brzmi za dobrze, jest zbędne. Przestrzenny początek, potem subtelny wjazd sekcji rytmicznej i jazda na całego z saksofonem w roli głównej. Przyjemne, zaskakująco łatwo przyswajalne. Z czasem robi się trochę ostrzej, choć bez zbędnej przesady. Nie obiecuję szybkiego kontaktu z całością, bo zaraz nie będę mógł się wydostać spod zawału obietnic i deklaracji, ale jedno muszę przyznać. Seba odczarował moje nieuzasadnione, naiwne, młodzieńcze wrażenie. Trzeba dać kolejną szansę, pierwszą poważną.
Marudy przyniosły skutek. Znowu świetna kolejka. Dzięki!
Nigdy nie dorobiłem się własnego pokoju w domu rodzinnym, ale za to unikałem podążania muzycznymi śladami młodszego brata. Czytam uważnie opis Jacka... i przypomniałem sobie skąd kojarzę. No tak, depeszwizja xD Nie słuchałem tamtych kawałków za często, a mimo to zapamiętałem melodie. Filmu nie kojarzę, więc wspomnianemu wrażeniu sprzyja demencja i poważne zajęcie czasu przez sprawy różne - chwilami myślałem, że znam to z głębszej przeszłości. Naprawdę sympatyczny numer na funkowo. Czuć tutaj wspominaną filmowość. Jest pompa w refrenie, są subtelne i całkiem efektowne zagrywki gitarowe. Podoba mi się ten mocny głos. Przy mniejszej uwadze przelatuje przez uszy bez większego spustoszenia. Do przyjemnej posiadówki przy radiu i książce jak znalazł. Solidna propozycja Pana Mudżyna.
The Tea Party Correspondences
Hien nie ułatwia całą kiścią skojarzeń... ten numer jest bardzo dobry bez nich. Jeśli miałbym dołożyć swoje to raczej Soundgarden z nutką bluesową. Oprócz tego wokalista mniej ekspresyjny na wokalu niż wielki Chris, ale on był tylko jeden, chlip chlip. Początkowo drażniło to darcie mordy na wyższych dźwiękach, ale szybko przestało. Ogólnie miałem problem z tym wokalem, czasem wjeżdża niska żaba. Wyrozumiale przymykam na to uszy. Pierwszy odsłuch odbywał się we wtorek o szóstej rano. Ten numer kliknął jako pierwszy. Myślałem, że to coś nowszego, a tu środek lat 90-tych. Pachnie tu grunge'm na kilometr, mój nos lubi to. Trochę trzeba poczekać na fajerwerki. Panowie nieźle rozciągnęli kawałek. Refren i potem sekcja solówkowa wynagradzają cierpliwość, przy następnych odsłuchach to zaskoczenie jest mniejsze, ale miło dalej złapać się na tym, że to rozwinięcie nie jest wcale takie oczywiste. Świetne gitary, razem z tym wokalem niosą potężny emocjonalny ładunek. Do tego propsy za ten skromny patent rytmiczny, progresyfne mrugnięcie okiem dla bardziej ciekawskich. Szkoda, że nie ma na Spotifie, ale nie dam za wygraną, pobiorę całość na dysk. Pan Jakub w formie.
Meat Puppets Plateau
To chyba na RYMie zdążyłem przeczytać opinię, z którą mocno się utożsamiam. Płyta zapowiada się na dość intensywną, krótką sesję rodem z koncertu pół pijanego, pół przećpanego zespołu, który przypadkiem wyszedł na scenę z rewelacyjnym materiałem. Za pierwszym razem jeszcze miałem wątpliwości, ale dzisiaj (tj. w środę) zażarło na tyle, że zacząłem sprawdzać całą Dwójeczkę. Damn, do wtorku nie wiedziałem o istnieniu country punku. W otoczeniu płytowym działa jeszcze lepiej, bo o ile początek wyraźniej atakuje słuchacza właśnie country skojarzeniami, tak im dalej w las, tym psychodeli, przećpania i zblazowania jest coraz więcej. Podoba mi się. Tekstowo uskuteczniana kwaśna metaforyka, która działa. Wokalista to nie najwybitniejszy technik, liczy się klimacik i wewnętrzna spójność. Ewentualnie poślizgi tylko dodają wiarygodności. Na początku byłem zdziwiony. Od rana łapię się na tym, że chce słuchać więcej, mam niedosyt. Mocno skondensowany numer, a po półtorej minuty zostaje instrumentalne outro. Arizona też umie w psychodeliki.
Prince Kiss
Życzę sobie mniej forsowania moich rówieśniczek, a więcej dobrej muzyki, po prostu. To się może odbywać kosztem częstszego rzucania klasyków. Nikt się nie pogniewa. Chyba mam teorię nt. ewentualnej niechęci wobec Prinsa, ale na razie zachowam ją dla siebie. Co do Kiss... nie wiem czemu na RYMie dałem całej Parade tak średnią ocenę. W tej chwili nie mam zbyt wiele sił i ochoty na weryfikowanie każdej napotkanej sprzeczności między wrażeniami z pojedynczego numeru a historycznymi relacjami ze słuchania całej płyty. Muszę poprzestać na tym, że Kiss to znakomity klasyczek. Parafrazując klasyka, brzmi gejowo, więc musi być bardzo dobre. Oszczędny bujający aranż. Nutka soulująco funkowa. Ekspresyjny wokal jadący na granicy falsetu, jazgotu i stękania może pod koniec trochę na wyrost, ale poza tym broni się bardzo dobrze. W końcu mówi o dość sensualnych kwestiach, jak to robić inaczej i jednocześnie dalej przekonująco? Ty no nie wiem. Książe zrobił to po szefowsku. W tak oszczędnym aranżu znalazło się nawet miejsce na całkiem zgrabną solóweczkę. Idę szukać crop topa w lumpie. Tylko najpierw buzi buzi.
John Coltrane Acknowledgment
Seba atakuje po raz kolejny z pozycji albumów wartych poznania przed ewakuacją z mieszkania nogami do przodu, ale w tym przypadku szczególnie ciekawa sprawa. Do tej pory chyba nigdy nie słyszałem tego w tak dobrej jakości. Zawsze myślałem, że A Love Supreme brzmi bardziej jazgotliwie, przez co wiele lat temu odpuściłem temat. Chciałem być fancy super młodzieżowym ekspertem od muzyki. Trudno tak mówić z oparciu o znajomość pojedynczych płyt z danych gatunków, ale cóż, takie są grzechy młodości. Z Milesem było znacznie łatwiej, na Kind of Blue się nie skończyło. W przypadku tego Coltrane'a to musiał być tylko ten fragment z całej płyty. Ani nie byłem gotowy, ani też tani sprzęt nie ułatwiał. Dzisiaj słyszę tu porządek, subtelność, odbieram to z przyjemnością. Może poza dukaniem tytułowej frazy pod koniec, tego do tej pory nie rozumiem. Nie brzmi za dobrze, jest zbędne. Przestrzenny początek, potem subtelny wjazd sekcji rytmicznej i jazda na całego z saksofonem w roli głównej. Przyjemne, zaskakująco łatwo przyswajalne. Z czasem robi się trochę ostrzej, choć bez zbędnej przesady. Nie obiecuję szybkiego kontaktu z całością, bo zaraz nie będę mógł się wydostać spod zawału obietnic i deklaracji, ale jedno muszę przyznać. Seba odczarował moje nieuzasadnione, naiwne, młodzieńcze wrażenie. Trzeba dać kolejną szansę, pierwszą poważną.
Marudy przyniosły skutek. Znowu świetna kolejka. Dzięki!
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Bobby Womack - Across 110th Street
Murzyn spieprzył trochę Depeszwizje, bo numeru nie znałem i chciałem żeby tak zostało do końca kolejki, a tu nie dość, że już wiem co to za numer (i że to cover), a do tego wiem, że to nie jest Jacy wrzuta. Thnx Jaca. W każdym razie, kawałek jest dobry. Widzę oczami wyobraźni wąsatych murzynów z afro, w dzwonach, na słonecznej, amerykańskiej ulicy. Czarni to potrafią w takie muzyczki. Ta wersja ma zdecydowanie większą moc, piorunujący wokal i gęsty, bujający zespół grający w tle. To będzie dobry kawałek na lato, a póki co, dostarcza trochę słońca, którego może w tej chwili jakoś bardzo nie potrzebuję i nie chcę, ale kawałek i tak jest doskonały.
Meat Puppets - Plateau
O, Musiał wjeżdża z czymś o co bym go nie podejrzewał, co jest standardowym błędem w przypadku tego człowieka, bo po nim można się spodziewać dosłownie wszystkiego. Dobra rzecz, ma w sobie tę niechlujność, którą lubię. Jest trochę wieśniacko, redneckowo, mam skojarzenia z bardziej cywilizowanym imagem Rednex, czy tam nie wiem, ale wszystko zmiksowane z kompletnie nieruralnymi klimatami. Outro włada.
Shakespear's Sister - Hello (Turn Your Radio On)
Kolejna znana nazwa, którą nigdy się nie zająłem i dzięki bestce, mam punkt wyjścia i to nie byle jaki. Tak do połowy kawałka kręciłem trochę nosem, ale z czasem wszystko zaczęło mieć więcej sensu, pojawiły się dobre rzeczy, a te, które wcześniej uznałem za niedobre, też ostatecznie uznałem za dobre, a tam gdzie odczuwałem jakieś ilości cringu, przestałem go odczuwać. KONTEKST MATERS, w tym wypadku po prostu kontekst całości. Reluje z lekkim wstydem względem muzyki słuchanej przez rodziców za młodu, i powolnemu przewartościowaniu tych wpływów z czasem. Nagle człowiek się orientuje, że pośrednio te wszystkie rzeczy miały wpływ na to, że teraz się słucha tego i owego, pomimo że w ogóle się tego tak nie odbierało. Starzenie się w zarodku, co też ładnie współgra z melancholijną atmosferą kawałka i tekstu. Nie posłuchałem wersji z perkusją, może kiedyś to zrobię, ale czuję, że to po prostu był radio gimmick i nic więcej. Odkrycie kolejki.
Prince and the Revolution – Kiss
Prince, facet, który w heteroseksualnych facetach budzi ukrytych gejów. To było takie zjawisko na każdej płaszczyźnie, że chyba dopiero za kilka pokoleń, ludzkość w pełni doceni, co ten człowiek uczynił, a ja mogę sobie powiedzieć „żyłem kiedy żył Prince” i zrobić to z dumą. Ciekawy wybór Wujasa, zwłaszcza w kontekście… Wujasa. Wiele innych numerów Prince’a bym widział w shodańskim odtwarzaczu i w tej zabawie, a tutaj „Kiss”. Funk z naleciałościami gospelowymi. No, ale kaman, to jest Prince. Trudno nie ulec temu brzmieniu, wykonaniu i temu wokalowi. Pewnym wykonawcom po prostu uchodzi na sucho niekontrolowane darcie się, jak na końcu kawałka. The Revolution to był bardzo fajny okres w karierze Prince’a, pomijając już nawet, że ten skład nagrał „Purple Rain” (album naprawdę doskonały, mimo że Violator). Chemia między tymi muzykami była taka, jakby wrzucono tylko właściwe pierwiastki z układu okresowego i wymieszano. Wielka okejka i szacun dla Wujasa. Idę pokręcić dupą.
John Coltrane - A Love Supreme pt. 1 - Acknowledgment
Musze przyznać, że nawet trochę zazdroszczę Sebie tego, że póki co praktycznie tylko on wrzuca tutaj jazz. Ja też mam sporo jazzu do bestki, ale nie potrafię jakoś tego dopasować do 25tek. Ja nie umiem tak w jednej kolejce dać Big Black, a zaraz w następnej np. Billa Evansa. Nie wiem, może czeka was kiedyś całe 25 jazzu w moim wykonaniu, lub znajdę inny sposób. No nie ważne, do rzeczy. Seba wrzuca raczej endżojowe jazzowe rzeczy, ale tutaj nie da się chybić, a na tym forum, to i tak pewnie dla większości ludzi są obskjury. Bo jak to tak, żeby fan Depeche Mode jazzu słuchał? Przecież to nudne, nikt nie krzyczy „yeah that’s right”, nie ma elektroniki, itd. Dwa lata temu, Seba zarzucił Milesem Davisem, to teraz dostajemy kolejny klasyk. Ja nie mam pytań, zasłuchuje się w takiej muzyce często i z chęcią. Piękne akordy na pianinie, gęsta perkusja, flexowanie saxofonu, ale ok, w jazzie to przecież przechodzi. Zanim zacznie się z mojej strony pierniczenie, zakończę dając znak jakości jak stąd do Kambodży.
Murzyn spieprzył trochę Depeszwizje, bo numeru nie znałem i chciałem żeby tak zostało do końca kolejki, a tu nie dość, że już wiem co to za numer (i że to cover), a do tego wiem, że to nie jest Jacy wrzuta. Thnx Jaca. W każdym razie, kawałek jest dobry. Widzę oczami wyobraźni wąsatych murzynów z afro, w dzwonach, na słonecznej, amerykańskiej ulicy. Czarni to potrafią w takie muzyczki. Ta wersja ma zdecydowanie większą moc, piorunujący wokal i gęsty, bujający zespół grający w tle. To będzie dobry kawałek na lato, a póki co, dostarcza trochę słońca, którego może w tej chwili jakoś bardzo nie potrzebuję i nie chcę, ale kawałek i tak jest doskonały.
Meat Puppets - Plateau
O, Musiał wjeżdża z czymś o co bym go nie podejrzewał, co jest standardowym błędem w przypadku tego człowieka, bo po nim można się spodziewać dosłownie wszystkiego. Dobra rzecz, ma w sobie tę niechlujność, którą lubię. Jest trochę wieśniacko, redneckowo, mam skojarzenia z bardziej cywilizowanym imagem Rednex, czy tam nie wiem, ale wszystko zmiksowane z kompletnie nieruralnymi klimatami. Outro włada.
Shakespear's Sister - Hello (Turn Your Radio On)
Kolejna znana nazwa, którą nigdy się nie zająłem i dzięki bestce, mam punkt wyjścia i to nie byle jaki. Tak do połowy kawałka kręciłem trochę nosem, ale z czasem wszystko zaczęło mieć więcej sensu, pojawiły się dobre rzeczy, a te, które wcześniej uznałem za niedobre, też ostatecznie uznałem za dobre, a tam gdzie odczuwałem jakieś ilości cringu, przestałem go odczuwać. KONTEKST MATERS, w tym wypadku po prostu kontekst całości. Reluje z lekkim wstydem względem muzyki słuchanej przez rodziców za młodu, i powolnemu przewartościowaniu tych wpływów z czasem. Nagle człowiek się orientuje, że pośrednio te wszystkie rzeczy miały wpływ na to, że teraz się słucha tego i owego, pomimo że w ogóle się tego tak nie odbierało. Starzenie się w zarodku, co też ładnie współgra z melancholijną atmosferą kawałka i tekstu. Nie posłuchałem wersji z perkusją, może kiedyś to zrobię, ale czuję, że to po prostu był radio gimmick i nic więcej. Odkrycie kolejki.
Prince and the Revolution – Kiss
Prince, facet, który w heteroseksualnych facetach budzi ukrytych gejów. To było takie zjawisko na każdej płaszczyźnie, że chyba dopiero za kilka pokoleń, ludzkość w pełni doceni, co ten człowiek uczynił, a ja mogę sobie powiedzieć „żyłem kiedy żył Prince” i zrobić to z dumą. Ciekawy wybór Wujasa, zwłaszcza w kontekście… Wujasa. Wiele innych numerów Prince’a bym widział w shodańskim odtwarzaczu i w tej zabawie, a tutaj „Kiss”. Funk z naleciałościami gospelowymi. No, ale kaman, to jest Prince. Trudno nie ulec temu brzmieniu, wykonaniu i temu wokalowi. Pewnym wykonawcom po prostu uchodzi na sucho niekontrolowane darcie się, jak na końcu kawałka. The Revolution to był bardzo fajny okres w karierze Prince’a, pomijając już nawet, że ten skład nagrał „Purple Rain” (album naprawdę doskonały, mimo że Violator). Chemia między tymi muzykami była taka, jakby wrzucono tylko właściwe pierwiastki z układu okresowego i wymieszano. Wielka okejka i szacun dla Wujasa. Idę pokręcić dupą.
John Coltrane - A Love Supreme pt. 1 - Acknowledgment
Musze przyznać, że nawet trochę zazdroszczę Sebie tego, że póki co praktycznie tylko on wrzuca tutaj jazz. Ja też mam sporo jazzu do bestki, ale nie potrafię jakoś tego dopasować do 25tek. Ja nie umiem tak w jednej kolejce dać Big Black, a zaraz w następnej np. Billa Evansa. Nie wiem, może czeka was kiedyś całe 25 jazzu w moim wykonaniu, lub znajdę inny sposób. No nie ważne, do rzeczy. Seba wrzuca raczej endżojowe jazzowe rzeczy, ale tutaj nie da się chybić, a na tym forum, to i tak pewnie dla większości ludzi są obskjury. Bo jak to tak, żeby fan Depeche Mode jazzu słuchał? Przecież to nudne, nikt nie krzyczy „yeah that’s right”, nie ma elektroniki, itd. Dwa lata temu, Seba zarzucił Milesem Davisem, to teraz dostajemy kolejny klasyk. Ja nie mam pytań, zasłuchuje się w takiej muzyce często i z chęcią. Piękne akordy na pianinie, gęsta perkusja, flexowanie saxofonu, ale ok, w jazzie to przecież przechodzi. Zanim zacznie się z mojej strony pierniczenie, zakończę dając znak jakości jak stąd do Kambodży.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Czyżby?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup