Best of Forum III
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Re: Best of Forum III
Hien trafił bezbłędnie.
Rota to żaden wojskowy hymn. Ewentualnie pieśń reprezentacyjna WP "Legiony".
Tak w ogóle to ja się na wojsku ledwie znam.
Rota to żaden wojskowy hymn. Ewentualnie pieśń reprezentacyjna WP "Legiony".
Tak w ogóle to ja się na wojsku ledwie znam.
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
To nieźle jak Beyonce polskie wojskowe piosenki wykonuje
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Halo jest tylko jedno.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
NO TO CALL OF DUTY, ODCZEPICIE SIE i w ogóle EOT
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Halo Hans
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Trochę nic dziwnego, że Mentos NIE WIE, skoro numery słuchane i opisywane na szybko, bo ludzie czekają. Taki średniej jakości interes.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Bumtararara - nowy rok, stary ja. Wbijam rzutem na taśmę
Eis - Teraz albo nigdy
O Eisie już tu kiedyś pisałem, więc pewnie się powtórzę. Generalnie Gdzie jest Eis? to płyta, z którą mam całą masę ciepłych wspomnień i którą dobrze wspominam i właśnie z tego powodu do niej nie wracam. Raz to sobie zrobiłem jakiś czas temu i trochę się zawiodłem: na dłuższą metę te teksty o aspirowaniu do klasy wyższej-średniej tudzież do grona przedstawicieli Listy 100 Najbogatszych Polaków strasznie mnie żenują, a poza tym to ja w 2003 roku to na wsi mieszkałem i do podstawówki chodziłem, więc nawet nie za bardzo czuję ducha tej epoki - Murzyn mi to wypomniał podczas tej edycji w której wrzuciłem Najlepsze Dni i generalnie to uważam, że miał dużo racji. NO ALE w tym 2015 roku takie teksty na mnie działały, jakoś chyba potrafiłem się utożsamiać z młodym, pełnym nadziei, wiary i ideałów Jackiem N. oraz wierzyć, że osiągnę w życiu ten słynny SUKCES, więc mamy kolejny przypadek bycia w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie. W małych dawkach mnie ta warstwa tekstowa nie męczy, bit NOONa też jest w porządku. Znaczka jakości nie będzie, wypłowiał, ale na pewno będzie solidna okejka i wejdę może na Donalda z wyłączonym adblockiem.
Polaris - 光と影
W alternatywnym wszechświecie pewnie moja notka polegałaby na wrzuceniu 249249 żartów nawiązujących do faktu, że ten projekt nazywa się jak tania woda mineralna z Biedronki. No ale jesteśmy tutaj, mamy rok 2023 i w ogóle. Poprzednia edycja stała pod znakiem wrzucania przez Kubę tego samego utworu Radiohead pod różnymi szyldami - ta zaczyna się od wrzucenia Fishmans pod inną nazwą. Cudownie, że uniwersum tego projektu zawiera jeszcze inne, równie piękne rzeczy, bo mam świadomość tego, że gdy osłuchają mi się słynni Rybacy będę miał czego słuchać i w czym grzebać. Cudo, miodzio i w ogóle kangu pychota, jest tu ta Fishmańska lekkość i subtelność, to jest po prostu PIĘKNE i chyba trzeba słuchać Swans, by móc stwierdzić inaczej. xD Znak jakości PZW!
Ashra - Sunrain
Elegancko w sumie, że wrzuty dragona są takim minileksykonem klasycznej muzyki elektronicznej. Ja generalnie to już pisałem, że takie granie to przyjmuję w praktycznie każdych ilościach, bo to naprawdę jest taka muzyka, której mogę słuchać prawie zawsze i musiałbym ją sobie chyba jakimiś godzinami podczas oglądania Obrad Sejmu napierdalać, by odczuwać jakiekolwiek zmęczenie. Cudne to jest, skojarzenie kogoś wcześniej z Mario trochę mnie rozbawiło, ja osobiście jestem pod wrażeniem tego, jak ten utwór za pomocą pozornie prostych środków buduje fajne napięcie no i w ogóle ma spoko vibe. Trochę taki jednocześnie luzacki i metafizyczny, ale jednocześnie jest w nim jakieś takie podskórnie odczuwalne, tajemnicze CUŚ - nie powiem, pewnie gdybym jarał to bym pieprzył coś o oświeceniu, czakrach czy innym trzecim oku do łapania snów. Ale że tego nie robię znowu spropsuję - kapitalna rzecz!
Alphaville - First Monday in the Y3K
Alphaville znam tylko z tego słynnego debiutu i uważam, że to jest jedna z sympatyczniejszych rzeczy, jakie dały nam ejtisy. Później nie słuchałem, bo jednak aż tak to tej płyty nie słuchałem plus te moje słynne uprzedzenia i w ogóle. Może pojadę teraz trochę brutalnie, ale jednak jak tak sobie tego słucham, to się w sumie nie dziwię, że je mam, bo jednak no kurczę sory... To dla mnie brzmi jak taki typowy, słodki do porzygu pop. Nic tu szczególnego nie czuję, przeleciała sobie ta piosenka tak o, już nie mówiąc o tym ile ona traci w kontekście obecności z pozostałościami z tej listy. Trochę pomeham, ale mam nadzieję, że nowy rok i nowy Dev przyniesie rzeczy ciekawsze na co liczę po pochlebnościach pisanych na temat Sparks!
John Secada - Just Another Day
Kurczę, też tego nie znałem, a myślałem, że jednak obcykałem większość hiciorów z MTV z tamtej epoki. xD Brzmi to ciutkę znajomo, ale słyszę tu właśnie dużo znajomych motywów i zagrywek, które przywołują mi jakieś mniej lub bardziej mgliste skojarzenia, toteż mogę zaryzykować tezę, że nie słyszałem tego utworu świadomie. Zwłaszcza, że nazwisko Jon Secada nie mówi mi praktycznie NIC. xD Kurczę, to jest po prostu FAJNE, wuja faktycznie potrafi wygrzebać coś niby pozornie znanego, ale nieoczywistego. Lubię klimat tego kawałka, niby taka niepozorna piosenka, niby latynoskie klimaty nie do końca dla mnie, ale jest w tym kawałku takie COŚ, co sprawia, że słucha mi się go więcej niż dobrze. Co to takiego? Nie wiem co to, ale daję el znako dela qualito za to.
No cóż, jeśli rok 2023 ma wyglądać jak ta kolejka, to liczę na jeden z najlepszych roczników mojego życia, bo prawie wszystko było tu piękne - do wrzuty murzyna mam za duży sentyment by jej nie spropsować. Wrzuta Musiała to beczka dziegciu w magazynie miodu, ale nie można mieć wszystkiego. Dużo łakoci i witamin, oby tak dalej!
Eis - Teraz albo nigdy
O Eisie już tu kiedyś pisałem, więc pewnie się powtórzę. Generalnie Gdzie jest Eis? to płyta, z którą mam całą masę ciepłych wspomnień i którą dobrze wspominam i właśnie z tego powodu do niej nie wracam. Raz to sobie zrobiłem jakiś czas temu i trochę się zawiodłem: na dłuższą metę te teksty o aspirowaniu do klasy wyższej-średniej tudzież do grona przedstawicieli Listy 100 Najbogatszych Polaków strasznie mnie żenują, a poza tym to ja w 2003 roku to na wsi mieszkałem i do podstawówki chodziłem, więc nawet nie za bardzo czuję ducha tej epoki - Murzyn mi to wypomniał podczas tej edycji w której wrzuciłem Najlepsze Dni i generalnie to uważam, że miał dużo racji. NO ALE w tym 2015 roku takie teksty na mnie działały, jakoś chyba potrafiłem się utożsamiać z młodym, pełnym nadziei, wiary i ideałów Jackiem N. oraz wierzyć, że osiągnę w życiu ten słynny SUKCES, więc mamy kolejny przypadek bycia w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie. W małych dawkach mnie ta warstwa tekstowa nie męczy, bit NOONa też jest w porządku. Znaczka jakości nie będzie, wypłowiał, ale na pewno będzie solidna okejka i wejdę może na Donalda z wyłączonym adblockiem.
Polaris - 光と影
W alternatywnym wszechświecie pewnie moja notka polegałaby na wrzuceniu 249249 żartów nawiązujących do faktu, że ten projekt nazywa się jak tania woda mineralna z Biedronki. No ale jesteśmy tutaj, mamy rok 2023 i w ogóle. Poprzednia edycja stała pod znakiem wrzucania przez Kubę tego samego utworu Radiohead pod różnymi szyldami - ta zaczyna się od wrzucenia Fishmans pod inną nazwą. Cudownie, że uniwersum tego projektu zawiera jeszcze inne, równie piękne rzeczy, bo mam świadomość tego, że gdy osłuchają mi się słynni Rybacy będę miał czego słuchać i w czym grzebać. Cudo, miodzio i w ogóle kangu pychota, jest tu ta Fishmańska lekkość i subtelność, to jest po prostu PIĘKNE i chyba trzeba słuchać Swans, by móc stwierdzić inaczej. xD Znak jakości PZW!
Ashra - Sunrain
Elegancko w sumie, że wrzuty dragona są takim minileksykonem klasycznej muzyki elektronicznej. Ja generalnie to już pisałem, że takie granie to przyjmuję w praktycznie każdych ilościach, bo to naprawdę jest taka muzyka, której mogę słuchać prawie zawsze i musiałbym ją sobie chyba jakimiś godzinami podczas oglądania Obrad Sejmu napierdalać, by odczuwać jakiekolwiek zmęczenie. Cudne to jest, skojarzenie kogoś wcześniej z Mario trochę mnie rozbawiło, ja osobiście jestem pod wrażeniem tego, jak ten utwór za pomocą pozornie prostych środków buduje fajne napięcie no i w ogóle ma spoko vibe. Trochę taki jednocześnie luzacki i metafizyczny, ale jednocześnie jest w nim jakieś takie podskórnie odczuwalne, tajemnicze CUŚ - nie powiem, pewnie gdybym jarał to bym pieprzył coś o oświeceniu, czakrach czy innym trzecim oku do łapania snów. Ale że tego nie robię znowu spropsuję - kapitalna rzecz!
Alphaville - First Monday in the Y3K
Alphaville znam tylko z tego słynnego debiutu i uważam, że to jest jedna z sympatyczniejszych rzeczy, jakie dały nam ejtisy. Później nie słuchałem, bo jednak aż tak to tej płyty nie słuchałem plus te moje słynne uprzedzenia i w ogóle. Może pojadę teraz trochę brutalnie, ale jednak jak tak sobie tego słucham, to się w sumie nie dziwię, że je mam, bo jednak no kurczę sory... To dla mnie brzmi jak taki typowy, słodki do porzygu pop. Nic tu szczególnego nie czuję, przeleciała sobie ta piosenka tak o, już nie mówiąc o tym ile ona traci w kontekście obecności z pozostałościami z tej listy. Trochę pomeham, ale mam nadzieję, że nowy rok i nowy Dev przyniesie rzeczy ciekawsze na co liczę po pochlebnościach pisanych na temat Sparks!
John Secada - Just Another Day
Kurczę, też tego nie znałem, a myślałem, że jednak obcykałem większość hiciorów z MTV z tamtej epoki. xD Brzmi to ciutkę znajomo, ale słyszę tu właśnie dużo znajomych motywów i zagrywek, które przywołują mi jakieś mniej lub bardziej mgliste skojarzenia, toteż mogę zaryzykować tezę, że nie słyszałem tego utworu świadomie. Zwłaszcza, że nazwisko Jon Secada nie mówi mi praktycznie NIC. xD Kurczę, to jest po prostu FAJNE, wuja faktycznie potrafi wygrzebać coś niby pozornie znanego, ale nieoczywistego. Lubię klimat tego kawałka, niby taka niepozorna piosenka, niby latynoskie klimaty nie do końca dla mnie, ale jest w tym kawałku takie COŚ, co sprawia, że słucha mi się go więcej niż dobrze. Co to takiego? Nie wiem co to, ale daję el znako dela qualito za to.
No cóż, jeśli rok 2023 ma wyglądać jak ta kolejka, to liczę na jeden z najlepszych roczników mojego życia, bo prawie wszystko było tu piękne - do wrzuty murzyna mam za duży sentyment by jej nie spropsować. Wrzuta Musiała to beczka dziegciu w magazynie miodu, ale nie można mieć wszystkiego. Dużo łakoci i witamin, oby tak dalej!
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
No miło przeczytać tak przyjemne odczucia, pomimo paru mehów między wierszami jest naprawdę dobrze na dzień dobry. Trochę trudno nie poznać się na klasyce... zupełnie obce dla mnie, ale ciekawe skojarzenia mieliście xD
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Komplet pozytywnych opinii na temat Polarismans to jest coś, nie da się zaprzeczyć, fajnego i budującego na nowy rok (w którym jestem starym ja, ale mi to nie przeszkadza). W ogóle zauważyłem, że tych pozytywnych opinii było bardzo dużo, a mało mehania. Ok, Wuja coś tam pokręcił na blokersów, Mentos na Alfavillage i ktoś tam na Pigs, ale to raczej wyjątki (a jak było więcej, to mi nie przypominajcie, bo za miło się zrobiło, żeby to psuć). Na nowy rok chyba Wam nie życzyłem otwartości na muzykę, to życzę Wam to teraz. I otwieram następną kolejkę
Gillian Welch – I Dream a Highway
Ten kawałek poznałem jakieś 10 lat temu w innej wersji, nagranej przez kogoś innego, i może nawet lepszym pomysłem byłoby wrzucić tamtą, ale bezkompromisowość i bezpośredniość oryginału, który usłyszałem po raz pierwszy w 2015 r., przemawia do mnie bardziej. Gillian Welch to piosenkarka/piosenkopisarka poruszająca się głównie w rejonach country i amerykańskiego folku. Charakterystyczne dla niej jest czerpanie z wpływów muzyki rdzennej powstałej w Appalachach, co nieraz jej zarzucano ze względu na kalifornijskie pochodzenie i wytykano brak autentyczności. Powiem Wam szczerze, ja się na tym nie znam, dupa mnie o to nie boli i w dupie mam skąd ona pochodzi, względem tego co gra. Wiem tylko tyle, że oczarowała mnie jej muzyka i to od samego początku.
„I Dream a Highway” to jest specyficzny utwór, jak na prostą, akustyczną piosenkę country. To jest dosłownie 3-akordowy loop, który krąży przez kwadrans. Co ciekawe, partie instrumentalne są bardzo krótkie i przez większość kawałka, Gillian faktycznie ciągnie swoją opowieść. To jest test wytrzymałości na taki muzyczny storytelling i ewentualną alergię na prostotę kompozycji. Dla mnie nie stanowi to żadnego problemu.
Lirycznie, utworów krąży wokół smutku związanego z zanikaniem/zacieraniem się pewnej kultury muzycznej w Nashville, ale pisany z bardziej osobistego miejsca, jako piosenka miłosna do będącego metaforą gaśnięcia pewnego okresu w Ameryce, piosenkarza country Grama Parsonsa, który zapił się w bardzo młodym wieku. Jednocześnie, każda zwrotka jest w moim odczuciu historią samą w sobie i w dosyć uniwersalny sposób wyzwala sentymentalne uczucie za kimś/czymś kogo/czego już nie ma.
Piosenka sama w sobie jest bardzo prosta również w aranżacji. Dwie gitary akustyczne (na drugiej David Rawlings, wieloletni muzyczny partner Welch i legenda country w tamtych rejonach). Trzy akordy, które jak złapią, tak nie puszczają (potem jeszcze pojawiają się dwa inne). Charakterystyczny wokal Gillian, która lekko zaciąga, jak to na południu Stanów. Jeden z najlepszych tekstów, jakie miałem przyjemność słyszeć w piosence. To jest wszystko. Mnie ten utwór tak bardzo wciąga, że nawet nie wiem kiedy ten kwadrans mija.
„I Dream a Highway” to niejako kontynuacja tego o czym pisałem przy Polaris, szukanie jakiegoś ciepła i komfortu w obliczu niepewnej przyszłości. Taki vibe odbieram od tej piosenki.
https://www.youtube.com/watch?v=GLjcUFnZjNk
Gillian Welch – I Dream a Highway
Ten kawałek poznałem jakieś 10 lat temu w innej wersji, nagranej przez kogoś innego, i może nawet lepszym pomysłem byłoby wrzucić tamtą, ale bezkompromisowość i bezpośredniość oryginału, który usłyszałem po raz pierwszy w 2015 r., przemawia do mnie bardziej. Gillian Welch to piosenkarka/piosenkopisarka poruszająca się głównie w rejonach country i amerykańskiego folku. Charakterystyczne dla niej jest czerpanie z wpływów muzyki rdzennej powstałej w Appalachach, co nieraz jej zarzucano ze względu na kalifornijskie pochodzenie i wytykano brak autentyczności. Powiem Wam szczerze, ja się na tym nie znam, dupa mnie o to nie boli i w dupie mam skąd ona pochodzi, względem tego co gra. Wiem tylko tyle, że oczarowała mnie jej muzyka i to od samego początku.
„I Dream a Highway” to jest specyficzny utwór, jak na prostą, akustyczną piosenkę country. To jest dosłownie 3-akordowy loop, który krąży przez kwadrans. Co ciekawe, partie instrumentalne są bardzo krótkie i przez większość kawałka, Gillian faktycznie ciągnie swoją opowieść. To jest test wytrzymałości na taki muzyczny storytelling i ewentualną alergię na prostotę kompozycji. Dla mnie nie stanowi to żadnego problemu.
Lirycznie, utworów krąży wokół smutku związanego z zanikaniem/zacieraniem się pewnej kultury muzycznej w Nashville, ale pisany z bardziej osobistego miejsca, jako piosenka miłosna do będącego metaforą gaśnięcia pewnego okresu w Ameryce, piosenkarza country Grama Parsonsa, który zapił się w bardzo młodym wieku. Jednocześnie, każda zwrotka jest w moim odczuciu historią samą w sobie i w dosyć uniwersalny sposób wyzwala sentymentalne uczucie za kimś/czymś kogo/czego już nie ma.
Piosenka sama w sobie jest bardzo prosta również w aranżacji. Dwie gitary akustyczne (na drugiej David Rawlings, wieloletni muzyczny partner Welch i legenda country w tamtych rejonach). Trzy akordy, które jak złapią, tak nie puszczają (potem jeszcze pojawiają się dwa inne). Charakterystyczny wokal Gillian, która lekko zaciąga, jak to na południu Stanów. Jeden z najlepszych tekstów, jakie miałem przyjemność słyszeć w piosence. To jest wszystko. Mnie ten utwór tak bardzo wciąga, że nawet nie wiem kiedy ten kwadrans mija.
„I Dream a Highway” to niejako kontynuacja tego o czym pisałem przy Polaris, szukanie jakiegoś ciepła i komfortu w obliczu niepewnej przyszłości. Taki vibe odbieram od tej piosenki.
https://www.youtube.com/watch?v=GLjcUFnZjNk
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Nirvana - You Know You're Right
(1994)
Uprzedzałem że w tej 25. poodhaczam trochę ulubionych numerów moich ulubionych wykonawców i tak czynię. Nirvana w moim życiu - świadomie i z mojego wyboru - obecna jest od wiosny 2007 roku. Wtedy to pierwsze pliki mp3 z jej muzyką weszły w moje władanie kiedy poprosiłem kolegę o ściągnięcie mi Nevermind (w tym samym czasie też ściągnął mi pewien ulubiony w tamtym czasie numer The Cure ale to przy innej okazji opowiem). Album przypadł mi do gustu jak najbardziej, wsiąkłem w Nirvanę i z biegiem lat znajomość dyskografii pogłębiałem chetnie (równolegle ze wspomnianymi Kjurami, te dwie kapele stanowiły moje największe zaplecze spośród takiej starej muzy alternatywnej lat 80./90. po wsiąknięciu w Depeche Mode).
Będąc na wakacjach w UK w 2008 roku zakupiłem sobie kompilację Nirvana wydaną w roku 2002 na której to jako pierwszy utwór znajduje się wrzucane dziś przeze mnie You Know You're Right. Utwór ten jest ostatnim utworem nagranym przez Nirvanę a było to w styczniu 1994 roku. Po śmierci Cobaina wraz z różnymi innymi taśmami kawałek ten na długie lata trafił do piwnicy Krista Novoselica i dopiero pod koniec lat 90. pojawiły się plany by wraz z resztą niewydanych nagrań umieścić ten utwór na jednym dużym box secie. Wtedy do akcji wkroczyła wdowa po Cobainie czyli Courtney Love (która swoją drogą nawet swego czasu wykonała ten numer podczas koncertu unplugged swojej kapeli Hole w 1995 roku choć z nieco innym tekstem). Pani Love poszła do sądu z pozostałymi członkami Nirvany i widząc komercyjny potencjał tego utworu argumentowała że zostanie on lepiej wykorzystany jako jeden z utworów na jednopłytowej kompilacji najlepszych hitów zespołu (coś w stylu "1" grupy The Beatles). Ostatecznie osiągnięto porozumienie i w 2002 roku ukazała się składanka zatytułowana po prostu Nirvana do której You Know You're Right zostało singlem promującym.
To tyle historii, przejdźmy do samego kawałka zatem. Numer wyprodukował niejaki Adam Kasper (później produkujący m. in. dla Soundgarden, Foo Fighters czy Queens of the Stone Age) podczas sesji nagraniowych w Seattle. Zasadniczo Nirvana prochu tu nie odkrywa i trzyma się spopularyzowanego przez siebie schematu spokojnych zwrotek i głośnego refrenu, poza tym numer zawiera fajne gitarowe intro i outro, pomrukująca gitara basowa też mi się tu mocno podoba, ma taki urok przyczajonego tygrysa że tak to ujmę. Tekstowo, jak to u Nirvany jest mocno angstowo, i to oporowo bym rzekł, znów niby nic nowego może a jednak ten numer robi na mnie wrażenie bardziej niż większość dyskografii. Zdaje się rzecz tu tyczy się psujących się relacji Kurta i Courtney Love, w całym bólu jaki niesie tu śpiew Kurta można ten utwór odczytać jako smutną zapowiedź tego co mogło wkrótce nadejść (czyli jego przedwczesna samobójcza śmierć) - "I will crawl away for good/I will move away from here" - no i to co najbardziej do mnie przemawia to głośniej śpiewane już ostatnie dwa wersy w ostatniej zwrotce - "Things have never been so swell/I have never failed to fail" wraz z przeciągniętym, ledwo zrozumiałym "PAIN" w refrenie.
Co tu dużo mówić, dla mnie Kurt był prawdziwkiem jakich mało, wrażliwym i zagubionym kolesiem nie mogącym znaleźć sobie spokoju na tym świecie. Pisał proste kawałki tworzące fajny melanż popowości Beatlesów z energią punk rocka i ciężkim brzmieniem heavy metalu i w których wylewał tonę emocji. Ta muza trafiła do mnie w okresie kiedy prowadziłem dość samotne życie i dołowałem się błahymi sprawami i przejmowałem kijowymi ludźmi. Dzisiaj już jej nie przeżywam jak dawniej może ale o wiele bardziej doceniam i mam nadzieję że niektórzy z Was też może doce-nią/niają.
https://youtu.be/v1cnyAjCf4Y
(1994)
Uprzedzałem że w tej 25. poodhaczam trochę ulubionych numerów moich ulubionych wykonawców i tak czynię. Nirvana w moim życiu - świadomie i z mojego wyboru - obecna jest od wiosny 2007 roku. Wtedy to pierwsze pliki mp3 z jej muzyką weszły w moje władanie kiedy poprosiłem kolegę o ściągnięcie mi Nevermind (w tym samym czasie też ściągnął mi pewien ulubiony w tamtym czasie numer The Cure ale to przy innej okazji opowiem). Album przypadł mi do gustu jak najbardziej, wsiąkłem w Nirvanę i z biegiem lat znajomość dyskografii pogłębiałem chetnie (równolegle ze wspomnianymi Kjurami, te dwie kapele stanowiły moje największe zaplecze spośród takiej starej muzy alternatywnej lat 80./90. po wsiąknięciu w Depeche Mode).
Będąc na wakacjach w UK w 2008 roku zakupiłem sobie kompilację Nirvana wydaną w roku 2002 na której to jako pierwszy utwór znajduje się wrzucane dziś przeze mnie You Know You're Right. Utwór ten jest ostatnim utworem nagranym przez Nirvanę a było to w styczniu 1994 roku. Po śmierci Cobaina wraz z różnymi innymi taśmami kawałek ten na długie lata trafił do piwnicy Krista Novoselica i dopiero pod koniec lat 90. pojawiły się plany by wraz z resztą niewydanych nagrań umieścić ten utwór na jednym dużym box secie. Wtedy do akcji wkroczyła wdowa po Cobainie czyli Courtney Love (która swoją drogą nawet swego czasu wykonała ten numer podczas koncertu unplugged swojej kapeli Hole w 1995 roku choć z nieco innym tekstem). Pani Love poszła do sądu z pozostałymi członkami Nirvany i widząc komercyjny potencjał tego utworu argumentowała że zostanie on lepiej wykorzystany jako jeden z utworów na jednopłytowej kompilacji najlepszych hitów zespołu (coś w stylu "1" grupy The Beatles). Ostatecznie osiągnięto porozumienie i w 2002 roku ukazała się składanka zatytułowana po prostu Nirvana do której You Know You're Right zostało singlem promującym.
To tyle historii, przejdźmy do samego kawałka zatem. Numer wyprodukował niejaki Adam Kasper (później produkujący m. in. dla Soundgarden, Foo Fighters czy Queens of the Stone Age) podczas sesji nagraniowych w Seattle. Zasadniczo Nirvana prochu tu nie odkrywa i trzyma się spopularyzowanego przez siebie schematu spokojnych zwrotek i głośnego refrenu, poza tym numer zawiera fajne gitarowe intro i outro, pomrukująca gitara basowa też mi się tu mocno podoba, ma taki urok przyczajonego tygrysa że tak to ujmę. Tekstowo, jak to u Nirvany jest mocno angstowo, i to oporowo bym rzekł, znów niby nic nowego może a jednak ten numer robi na mnie wrażenie bardziej niż większość dyskografii. Zdaje się rzecz tu tyczy się psujących się relacji Kurta i Courtney Love, w całym bólu jaki niesie tu śpiew Kurta można ten utwór odczytać jako smutną zapowiedź tego co mogło wkrótce nadejść (czyli jego przedwczesna samobójcza śmierć) - "I will crawl away for good/I will move away from here" - no i to co najbardziej do mnie przemawia to głośniej śpiewane już ostatnie dwa wersy w ostatniej zwrotce - "Things have never been so swell/I have never failed to fail" wraz z przeciągniętym, ledwo zrozumiałym "PAIN" w refrenie.
Co tu dużo mówić, dla mnie Kurt był prawdziwkiem jakich mało, wrażliwym i zagubionym kolesiem nie mogącym znaleźć sobie spokoju na tym świecie. Pisał proste kawałki tworzące fajny melanż popowości Beatlesów z energią punk rocka i ciężkim brzmieniem heavy metalu i w których wylewał tonę emocji. Ta muza trafiła do mnie w okresie kiedy prowadziłem dość samotne życie i dołowałem się błahymi sprawami i przejmowałem kijowymi ludźmi. Dzisiaj już jej nie przeżywam jak dawniej może ale o wiele bardziej doceniam i mam nadzieję że niektórzy z Was też może doce-nią/niają.
https://youtu.be/v1cnyAjCf4Y
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Bauhaus - Silent Hedges (1982)
Bauhausu chyba przedstawiać nie trzeba? Albo sam nie wiem. Uważani za pionierów rocka gotyckiego (z czym się nie do końca zgodzę, ale tylko trochę się nie zgodzę), czterej kolesie z Northampton trochę przypadkiem zdobyli popularność i na początku dość obskjurowy following równie obskjurowym kawałkiem Bela Lugosi's Dead, który znają tu chyba (chyba?) wszyscy. Ponad 9-minutowy singiel, który nie miał być żadnym singlem, luźno opowiadający o węgierskim aktorze Beli Lugosim, który wcielił się w rolę Drakuli w filmie o tym samym tytule, pochodzącym z roku 1931. Wystarczyło, żeby zawojować ówczesne podziemie muzyczne, które powoli odchodziło od punku. Bauhaus to 4 osoby były (i są, bo jakiś czas temu się reaktywowali i koncertują), ale nie byłoby Bauhausu bez najważniejszej z nich, a więc bardzo charyzmatycznego (i lekko ekscentrycznego) frontmana Petera Murphy'ego (którego wraz z kol. Hienem mieliśmy okazję zobaczyć na żywo w trakcie pół-akustycznego występu, jaki dał w październiku 2016 roku w łódzkim klubie Wytwórnia w ramach Soundedit Festival; kapitalny koncert swoją drogą, Bela Lugosi rzecz jasna poleciał). Murphy ma aparycję (były momenty, że podpieprzał trochę image Białemu Księciu, ale kto by się przejmował), dobry głos, naprawdę dobre teksty, rozkręcał ten motor na pełnej. Choć grupa wydała tylko 5 albumów (z czego jeden w ogóle w 2008 roku, gdzie pozostałe ukazały się w ejtisach), każdy z nich był na pewien sposób "łamiący grunt". Bauhaus, mimo dość mrocznego entourage, nie utykała w jednym gatunku, kombinowali z mieszaniem stylów i jakoś zawsze im to dobrze wychodziło. Co ja mam z nimi wspólnego? No, lubię xD
Tylko od kiedy... Miałem okazję zapoznać się z nimi, The Smiths i Heaven 17 jesienią 2005 roku, TAMTĄ jesienią, która była "łamiąca grunt" dla mnie. Niestety, olałem. Po latach poznałem dosłownie pojedyncze numery, najbardziej kojarząc ofc Belę Lugosiego. Z limbo wyciągnął mnie ów koncert, na którym zresztą znaleźliśmy się przypadkiem, bowiem ważniejsze tamtego wieczoru było dla nas spotkanie z Brianem Eno, które poprowadził Piotr Metz xD między nim a Murphym wystąpiła jeszcze Daria Zawiałow, ale większość tego mikrokoncertu spędziliśmy na zewnątrz jarając szlugi i dyskutując o muzyce. Tamten konkretny występ striggerował we mnie fascynację Murphym solo, zassałem jego debiut, potem Deep, potem Cascade, potem bestkę i wessało mnie na większość jesieni i prawie całą zimę. Prawie całą, gdyż w styczniu 2017 zaciągnąłem bestkę Hałabałsu i przepadłem. A gdybym miał wskazać ulubiony swój utwór... no to macie, właśnie ten. Silent Hedges jest doskonałe, jest żywe, agresywne i zarazem mroczne, postpunkowo-gotyckie, Murphy najpierw jęczy zwrotki do mikrofonu (ale w swoim całkowicie niepodrabialnym stylu), a potem wydziera doń refren przy akompaniamencie szarpiących i piłujących gitar. Jestem zły, że przez pandemię padł koncert Bauhausu w Warszawie, na który już miałem bilety, gdyż oczyma wyobraźni widziałem siebie znów cisnącego pogo do tego kawałka (w sensie znów pogo, ale akurat do tego kawałka). Silent Hedges to dla mnie wyjątkowo klimatyczna opowieść, która może się wydawać nieco cheesy w przekazie (I mean, rock gotycki i "ciche żywopłoty"?), ale porywa za każdym razem, gdy ją słyszę. Kocham pracę basu, kocham bębny, ścianę wioseł no i oczywiście Petera. Nic tu zbędnego, same dobre rzeczy. Akurat mija 6 lat, odkąd poznałem ten kawałek, bo też właśnie w styczniu słuchałem go najwięcej. Włócząc się po lasach. Może być lepiej?
https://www.youtube.com/watch?v=iMm5WovO9zo
Bauhausu chyba przedstawiać nie trzeba? Albo sam nie wiem. Uważani za pionierów rocka gotyckiego (z czym się nie do końca zgodzę, ale tylko trochę się nie zgodzę), czterej kolesie z Northampton trochę przypadkiem zdobyli popularność i na początku dość obskjurowy following równie obskjurowym kawałkiem Bela Lugosi's Dead, który znają tu chyba (chyba?) wszyscy. Ponad 9-minutowy singiel, który nie miał być żadnym singlem, luźno opowiadający o węgierskim aktorze Beli Lugosim, który wcielił się w rolę Drakuli w filmie o tym samym tytule, pochodzącym z roku 1931. Wystarczyło, żeby zawojować ówczesne podziemie muzyczne, które powoli odchodziło od punku. Bauhaus to 4 osoby były (i są, bo jakiś czas temu się reaktywowali i koncertują), ale nie byłoby Bauhausu bez najważniejszej z nich, a więc bardzo charyzmatycznego (i lekko ekscentrycznego) frontmana Petera Murphy'ego (którego wraz z kol. Hienem mieliśmy okazję zobaczyć na żywo w trakcie pół-akustycznego występu, jaki dał w październiku 2016 roku w łódzkim klubie Wytwórnia w ramach Soundedit Festival; kapitalny koncert swoją drogą, Bela Lugosi rzecz jasna poleciał). Murphy ma aparycję (były momenty, że podpieprzał trochę image Białemu Księciu, ale kto by się przejmował), dobry głos, naprawdę dobre teksty, rozkręcał ten motor na pełnej. Choć grupa wydała tylko 5 albumów (z czego jeden w ogóle w 2008 roku, gdzie pozostałe ukazały się w ejtisach), każdy z nich był na pewien sposób "łamiący grunt". Bauhaus, mimo dość mrocznego entourage, nie utykała w jednym gatunku, kombinowali z mieszaniem stylów i jakoś zawsze im to dobrze wychodziło. Co ja mam z nimi wspólnego? No, lubię xD
Tylko od kiedy... Miałem okazję zapoznać się z nimi, The Smiths i Heaven 17 jesienią 2005 roku, TAMTĄ jesienią, która była "łamiąca grunt" dla mnie. Niestety, olałem. Po latach poznałem dosłownie pojedyncze numery, najbardziej kojarząc ofc Belę Lugosiego. Z limbo wyciągnął mnie ów koncert, na którym zresztą znaleźliśmy się przypadkiem, bowiem ważniejsze tamtego wieczoru było dla nas spotkanie z Brianem Eno, które poprowadził Piotr Metz xD między nim a Murphym wystąpiła jeszcze Daria Zawiałow, ale większość tego mikrokoncertu spędziliśmy na zewnątrz jarając szlugi i dyskutując o muzyce. Tamten konkretny występ striggerował we mnie fascynację Murphym solo, zassałem jego debiut, potem Deep, potem Cascade, potem bestkę i wessało mnie na większość jesieni i prawie całą zimę. Prawie całą, gdyż w styczniu 2017 zaciągnąłem bestkę Hałabałsu i przepadłem. A gdybym miał wskazać ulubiony swój utwór... no to macie, właśnie ten. Silent Hedges jest doskonałe, jest żywe, agresywne i zarazem mroczne, postpunkowo-gotyckie, Murphy najpierw jęczy zwrotki do mikrofonu (ale w swoim całkowicie niepodrabialnym stylu), a potem wydziera doń refren przy akompaniamencie szarpiących i piłujących gitar. Jestem zły, że przez pandemię padł koncert Bauhausu w Warszawie, na który już miałem bilety, gdyż oczyma wyobraźni widziałem siebie znów cisnącego pogo do tego kawałka (w sensie znów pogo, ale akurat do tego kawałka). Silent Hedges to dla mnie wyjątkowo klimatyczna opowieść, która może się wydawać nieco cheesy w przekazie (I mean, rock gotycki i "ciche żywopłoty"?), ale porywa za każdym razem, gdy ją słyszę. Kocham pracę basu, kocham bębny, ścianę wioseł no i oczywiście Petera. Nic tu zbędnego, same dobre rzeczy. Akurat mija 6 lat, odkąd poznałem ten kawałek, bo też właśnie w styczniu słuchałem go najwięcej. Włócząc się po lasach. Może być lepiej?
https://www.youtube.com/watch?v=iMm5WovO9zo
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Massive Attack - Hymn of the Big Wheel (1991)
Z tym numerem związane są dwa istotne wydarzenia z 2018 roku. Pierwszym był niezapomniany Opener. Highlightem występ Depeche Mode. Przed ich występem gonitwa po placu całego zamieszania w poszukiwaniu odpowiedniej technologii do wpłacenia kolejnej porcji gotówki. Pytanie poszczególnych ludzi o to, czy mają jak mi rozmienić. Muzycznie wiele ciekawych momentów, ale bez naprawdę długiego i rzetelnego skupienia nad czymś konkretnym. Po DM był kandydat idealny. Rodzinka była jednak już dość mocno zmęczona, musieliśmy się zwijać. Zostaliśmy jednak jeszcze na kilkanaście minut. Koncert zaczynało Massive Attack. Ciemno dookoła, a i ze sceny nie szło zbyt wiele wyraźnych błysków nie. Wreszcie show się zaczyna. Spokojny, stojący dźwięk i bardziej kwasowa pulsacja. Ciepłe, głębokie basy, które przeszywają atmosferę, ale nie wnętrzności. Przyjemnie poszatkowany rytm. Całość konsekwentnie się napiętrza i ewoluuje w kawałek, którego w tamtym momencie kompletnie nie kojarzyłem. Myślę sobie: co to za banger, karwasz twarz, że ja go do tej pory nie słyszałem? To był pierwszy kontakt z Hymn of the Big Wheel. Tak przywitali się z publiką Openera. Coś im się tam kiełbasiło z perką i nie mogli właściwie rozpocząć. W ten jednocześnie niepozorny i potężny sposób narodziło się wielkie uczucie do wrzucanego kawałka.
Drugim była specyficzna relacja ze wspominanym tutaj przy innej okazji edgy ziomkiem z liceum. W pewnym momencie ten numer w jakiś sposób nas połączył. Ugruntował naszą przyjaźń, która ostatecznie nie wytrzymała zbyt długo. Było sporo dyskusji o muzyce, sztuce, spędzaliśmy ze sobą trochę czasu też poza szkołą. O pewnym zespole być może jeszcze wspomnę, bo jego wpływ trwał dłużej, a dziś kompletnie minął razem z jakimkolwiek większym zachwytem wobec ich twórczości. W tym przypadku potoczyło się na szczęście zupełnie inaczej. Przez kilka miesięcy Hymn tak mocno mi się z nim kojarzył, że na pewien czas musiałem przestać słuchać. Upłynął odpowiednio długi okres, wszystkie ewentualnie nieprzyjemności zginęły w odmętach nieświadomości. Znowu bez większych przeszkód mogę czerpać ogromną przyjemność z każdego odsłuchu. Pewnie też tak macie czy mieliście, że niektóre numery pomimo całej sympatii do nich kojarzą się źle, coś nie pozwala zapomnieć o pewnych sytuacjach, incydentach. Z czasem, z wiekiem wiele rzeczy naturalnie się rozwiązuje. Szkoda samej muzyki na nic niewarte przemyślenia i wspomnienia. Szczególnie tak przebojowych nie-przebojów.
Hymn of the Big Wheel nie było singlem. Zamyka Blue Lines. Konkurencja w postaci One Love czy Unfinished Sympathy bardzo zacna, ale tylko w tym przypadku nie miałbym oporów z najlepszymi ocenami. Tekstowo dzieje się tutaj małe wezwanie do ogarnięcia syfu na całej planecie. Horace Andy jest przekozakiem, tutaj udowadnia swoje mistrzostwo na wokalu. Całość zawieszona między soulem, dubem, a za sprawą perki też i rodzącym się trip hopem. Numer o solidnym ładunku emocjonalnym, który mimo lirycznych zgryzot niesie dla mnie pozytywną energię. Energię wyzwoleńczą i wzbudzającą pozytywne przemiany. Solidny powrót do tego kawałka w ostatnim czasie chyba wzmaga mój niepoprawny optymizm, jeśli nie wobec wydarzeń na świecie, to po prostu ludzi, z którymi mam do czynienia. Doskonale poprowadzony od początku do końca.
https://www.youtube.com/watch?v=odHmsIF4IWA
Z tym numerem związane są dwa istotne wydarzenia z 2018 roku. Pierwszym był niezapomniany Opener. Highlightem występ Depeche Mode. Przed ich występem gonitwa po placu całego zamieszania w poszukiwaniu odpowiedniej technologii do wpłacenia kolejnej porcji gotówki. Pytanie poszczególnych ludzi o to, czy mają jak mi rozmienić. Muzycznie wiele ciekawych momentów, ale bez naprawdę długiego i rzetelnego skupienia nad czymś konkretnym. Po DM był kandydat idealny. Rodzinka była jednak już dość mocno zmęczona, musieliśmy się zwijać. Zostaliśmy jednak jeszcze na kilkanaście minut. Koncert zaczynało Massive Attack. Ciemno dookoła, a i ze sceny nie szło zbyt wiele wyraźnych błysków nie. Wreszcie show się zaczyna. Spokojny, stojący dźwięk i bardziej kwasowa pulsacja. Ciepłe, głębokie basy, które przeszywają atmosferę, ale nie wnętrzności. Przyjemnie poszatkowany rytm. Całość konsekwentnie się napiętrza i ewoluuje w kawałek, którego w tamtym momencie kompletnie nie kojarzyłem. Myślę sobie: co to za banger, karwasz twarz, że ja go do tej pory nie słyszałem? To był pierwszy kontakt z Hymn of the Big Wheel. Tak przywitali się z publiką Openera. Coś im się tam kiełbasiło z perką i nie mogli właściwie rozpocząć. W ten jednocześnie niepozorny i potężny sposób narodziło się wielkie uczucie do wrzucanego kawałka.
Drugim była specyficzna relacja ze wspominanym tutaj przy innej okazji edgy ziomkiem z liceum. W pewnym momencie ten numer w jakiś sposób nas połączył. Ugruntował naszą przyjaźń, która ostatecznie nie wytrzymała zbyt długo. Było sporo dyskusji o muzyce, sztuce, spędzaliśmy ze sobą trochę czasu też poza szkołą. O pewnym zespole być może jeszcze wspomnę, bo jego wpływ trwał dłużej, a dziś kompletnie minął razem z jakimkolwiek większym zachwytem wobec ich twórczości. W tym przypadku potoczyło się na szczęście zupełnie inaczej. Przez kilka miesięcy Hymn tak mocno mi się z nim kojarzył, że na pewien czas musiałem przestać słuchać. Upłynął odpowiednio długi okres, wszystkie ewentualnie nieprzyjemności zginęły w odmętach nieświadomości. Znowu bez większych przeszkód mogę czerpać ogromną przyjemność z każdego odsłuchu. Pewnie też tak macie czy mieliście, że niektóre numery pomimo całej sympatii do nich kojarzą się źle, coś nie pozwala zapomnieć o pewnych sytuacjach, incydentach. Z czasem, z wiekiem wiele rzeczy naturalnie się rozwiązuje. Szkoda samej muzyki na nic niewarte przemyślenia i wspomnienia. Szczególnie tak przebojowych nie-przebojów.
Hymn of the Big Wheel nie było singlem. Zamyka Blue Lines. Konkurencja w postaci One Love czy Unfinished Sympathy bardzo zacna, ale tylko w tym przypadku nie miałbym oporów z najlepszymi ocenami. Tekstowo dzieje się tutaj małe wezwanie do ogarnięcia syfu na całej planecie. Horace Andy jest przekozakiem, tutaj udowadnia swoje mistrzostwo na wokalu. Całość zawieszona między soulem, dubem, a za sprawą perki też i rodzącym się trip hopem. Numer o solidnym ładunku emocjonalnym, który mimo lirycznych zgryzot niesie dla mnie pozytywną energię. Energię wyzwoleńczą i wzbudzającą pozytywne przemiany. Solidny powrót do tego kawałka w ostatnim czasie chyba wzmaga mój niepoprawny optymizm, jeśli nie wobec wydarzeń na świecie, to po prostu ludzi, z którymi mam do czynienia. Doskonale poprowadzony od początku do końca.
https://www.youtube.com/watch?v=odHmsIF4IWA
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
HAIM - Now I'm In It
Opis będzie krótki, bo i nie ma tu się nad czym w sumie rozwodzić. HAIM to zespół z USA złożony z trzech sióstr o nazwisku Haim. Występowały gościnnie na albumie evermore Taylor Swift, stąd je znam. Wrzuciłem potem z ciekawości nazwę HAIM do wyszukiwarki YT i pierwsze co mi wyskoczyło, to utwór Now I'm In It. Od razu spodobało mi się to brzmienie i ta energia. Fajny, bardzo dobrze zaaranżowany utwór. Zbudowany tak jak lubię, czyli zaczyna się spokojnie, a potem narasta i rozkręca się. Podoba mi się brzmienie syntezatorów i praca perkusji. Bardzo ciekawy, spokojny pianinkowy mostek i znów energetyczna końcówka. Now I'm In It to naprawdę kawałek efektownej muzyki.
Z ciekawości ściągnąłem sobie cały album z 2020r., z którego pochodził ten utwór, licząc na więcej takiego brzmienia, ale się raczej zawiodłem. Reszta utworów ma zupełnie inne brzmienie, które mi kompletnie nie odpowiada. Tak więc Now I'm In It to był dla mnie tylko taki pojedynczy dobry strzał. Ale absolutnie warto było to poznać.
https://www.youtube.com/watch?v=iJMdGnmDt2I
Opis będzie krótki, bo i nie ma tu się nad czym w sumie rozwodzić. HAIM to zespół z USA złożony z trzech sióstr o nazwisku Haim. Występowały gościnnie na albumie evermore Taylor Swift, stąd je znam. Wrzuciłem potem z ciekawości nazwę HAIM do wyszukiwarki YT i pierwsze co mi wyskoczyło, to utwór Now I'm In It. Od razu spodobało mi się to brzmienie i ta energia. Fajny, bardzo dobrze zaaranżowany utwór. Zbudowany tak jak lubię, czyli zaczyna się spokojnie, a potem narasta i rozkręca się. Podoba mi się brzmienie syntezatorów i praca perkusji. Bardzo ciekawy, spokojny pianinkowy mostek i znów energetyczna końcówka. Now I'm In It to naprawdę kawałek efektownej muzyki.
Z ciekawości ściągnąłem sobie cały album z 2020r., z którego pochodził ten utwór, licząc na więcej takiego brzmienia, ale się raczej zawiodłem. Reszta utworów ma zupełnie inne brzmienie, które mi kompletnie nie odpowiada. Tak więc Now I'm In It to był dla mnie tylko taki pojedynczy dobry strzał. Ale absolutnie warto było to poznać.
https://www.youtube.com/watch?v=iJMdGnmDt2I
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Mentos na zaproszenie czekasz?
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
WLECI NOCĄ
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Ewa Demarczyk - Karuzela z Madonnami
Bierzcie i sluchajcie tego wszyscy. No, to kwestie wstepu mam juz za soba - potraktowalem ja troche nieszablonowo, ale mamy tu do czynienia z taka postacia wysoce nietuzinkowa, tajemnicza i W OGOLE. Plus poezji spiewanej z lat 60 jeszcze wam w tej zabawie nie wrzucalem, a tak sie sklada, ze w tym calym bigosie styli, gatunkow i w ogole jeszcze sie u mnie nie pojawila.
Ta notka bedzie krotka, pelna niedopowiedzen oraz tajemnicza - no przynajmniej na taka bede sie silil, by choc troche byla w stylu osoby, o ktorej pisze. Bo w sumie taka i byla jej biografia - najpierw wystepowala w slynnej Piwnicy pod Baranami, w miedzyczasie nagrala plyte z gatunku tych, co przechodza od razu do legendy, nastepnie z niej odeszla, by zajac sie m.in. wlasnym teatrem. Gdy miasto Krakow potraktowalo ja, jej przynajmniej zdaniem, srednio sprawiedliwie po prostu wycofala sie z zycia publicznego i w zasadzie przez 2 dobre dekady nie dawala znaku zycia. Cisza, nic, zero, null, powstalo kilka artykulow, gdzie ktos opisywal bezowocne proby kontaktu z nia, nie mowiac o wywiadach - kobieta przepadla jak kamfora i dopiero 2 lata temu, niestety, dowiedzielismy sie o jej smierci.
Te slynna, wybitna, epicka, wstaw ile chcesz sobie epitetow w tym miejscu plyte z piosenkami Zygmunta Koniecznego poznalem gdzies w 2013 roku - sredni to byl rok dla mnie na poznawanie poezji spiewanej, wrazliwosci mialem tyle co halibut, ale pewnie uleglem jakiemus hajpowi czy cos w ten desen. I nie wiem, mimo iz glupi bylem, to jednak juz mialem na tyle wrazliwosci w sobie, by docenic ten nietuzinkowy talent i przepotezny wokal. Ja generalnie to mam duzy problem z poezja spiewana, bo nigdy nie moglem tam dostrzec tego, co niby powinienem - wszystko przeslaniala mi a to jakas nadmierna ekpresyjnosc, zbyt duza doza sztucznosci, pretensjonalnosc i w ogole to chyba ja nie kumam poezji, tak jak niektorzy nie kumaja jazzu. Tu tych wad wlasnie nie ma, to plyta z piosenkami, ktore potrafia i wzruszyc nastrojem takim, ze lzy sie cisna do oczu czy ekspresja, sila i magia taka, ze o ja cie piernicze. Wrzucam was wiec na karuzele i licze na to, ze sie nie przewieziecie. Howgh!
https://www.youtube.com/watch?v=CZWBSVjCljs
Bierzcie i sluchajcie tego wszyscy. No, to kwestie wstepu mam juz za soba - potraktowalem ja troche nieszablonowo, ale mamy tu do czynienia z taka postacia wysoce nietuzinkowa, tajemnicza i W OGOLE. Plus poezji spiewanej z lat 60 jeszcze wam w tej zabawie nie wrzucalem, a tak sie sklada, ze w tym calym bigosie styli, gatunkow i w ogole jeszcze sie u mnie nie pojawila.
Ta notka bedzie krotka, pelna niedopowiedzen oraz tajemnicza - no przynajmniej na taka bede sie silil, by choc troche byla w stylu osoby, o ktorej pisze. Bo w sumie taka i byla jej biografia - najpierw wystepowala w slynnej Piwnicy pod Baranami, w miedzyczasie nagrala plyte z gatunku tych, co przechodza od razu do legendy, nastepnie z niej odeszla, by zajac sie m.in. wlasnym teatrem. Gdy miasto Krakow potraktowalo ja, jej przynajmniej zdaniem, srednio sprawiedliwie po prostu wycofala sie z zycia publicznego i w zasadzie przez 2 dobre dekady nie dawala znaku zycia. Cisza, nic, zero, null, powstalo kilka artykulow, gdzie ktos opisywal bezowocne proby kontaktu z nia, nie mowiac o wywiadach - kobieta przepadla jak kamfora i dopiero 2 lata temu, niestety, dowiedzielismy sie o jej smierci.
Te slynna, wybitna, epicka, wstaw ile chcesz sobie epitetow w tym miejscu plyte z piosenkami Zygmunta Koniecznego poznalem gdzies w 2013 roku - sredni to byl rok dla mnie na poznawanie poezji spiewanej, wrazliwosci mialem tyle co halibut, ale pewnie uleglem jakiemus hajpowi czy cos w ten desen. I nie wiem, mimo iz glupi bylem, to jednak juz mialem na tyle wrazliwosci w sobie, by docenic ten nietuzinkowy talent i przepotezny wokal. Ja generalnie to mam duzy problem z poezja spiewana, bo nigdy nie moglem tam dostrzec tego, co niby powinienem - wszystko przeslaniala mi a to jakas nadmierna ekpresyjnosc, zbyt duza doza sztucznosci, pretensjonalnosc i w ogole to chyba ja nie kumam poezji, tak jak niektorzy nie kumaja jazzu. Tu tych wad wlasnie nie ma, to plyta z piosenkami, ktore potrafia i wzruszyc nastrojem takim, ze lzy sie cisna do oczu czy ekspresja, sila i magia taka, ze o ja cie piernicze. Wrzucam was wiec na karuzele i licze na to, ze sie nie przewieziecie. Howgh!
https://www.youtube.com/watch?v=CZWBSVjCljs
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Gillian Welch - I Dream a Highway
Gillian Welch kontynuuje znany nam vibe amerykańskiego (lub amerykańsko brzmiącego w tamtym wypadku) folku z płyty Nicka Drake'a. Oszczędna gitarowa aranżacja, tylko tym razem kobieta na wokalu i kompozycja dłuższa. Numer płynie sobie powoli te kilkanaście minut, w paru miejscach spowalnia jakby już się miał kończyć ale trwa dzielnie dalej i w sumie w niczym to nie przeszkadza bo jest całkiem przyjemny. Ciepły, melancholijny, kominkowy, munlup musi nam wybaczyć jeśli skończą nam się przymiotniki, niech to nie przyćmiewa pozytywnego odbioru takich numerów. Inaczej? POV: jest koniec lat 90., wróciłem ze szkoły, jest godz. 15 i jem obiad oglądając na TVP 2 jeden z tych nieco sennych seriali obyczajowych jak Podróż do Ziemii Obiecanej choćby który bardzo lubiłem wtedy i taki numer mógłby spokojnie robić za soundtrack. I jest dobrze mi, wystarczy.
Massive Attack - Hymn of The Big Wheel
Pomimo tego że Blue Lines znam i szanuję nie byłem w stanie z głowy przypomnieć sobie którym numerem z Horace Andym na wokalu rzuciłeś, a wiem że tak średnio mi ten jego wokal siedział kiedyś. Na szczęście ten numer to zamykacz albumu i chyba najfajniejszy z kawałków z udziałem tego pana. Jak już odpaliłem przypomniałem sobie pozytywne wrażenie jakie robił, dla mnie solidny zamykacz solidnego albumu. Nie pamiętałem zbytnio jak leciał tylko że ma ten pozytywny vibe w sobie i to dobry klimat by zamknąć album. Fajnie przypomnieć go sobie i zwrócić uwagę choćby na ciekawie zaprogramowany hi hat, zwłaszcza biorąc pod uwagę że to raptem początek lat 90. Oszczędny numer, dobry bit, spoko synthy, ogółem przyjemny powrót do Massive Attack dla mnie. Ucieszyła mnie namiastka osobistej notki, ciekawie przeczytać dla odmiany coś poza zachwytem dla samego artysty.
HAIM - Now I'm In It
shodan powraca z kolejnym artystą ze Swift-lore, tym razem grupa HAIM z elektropopowym singlem. Numer oszczędny w swym brzmieniu ale w niczym mu to nie ujmuje, nawet działa to w drugą stronę bo kiedy większość numeru stanowi to elektroniczne arpeggio i bit to kiedy nadchodzi mostek a po nim wjeżdżają dodatkowe bębny to robi różnicę i się to docenia, szkoda jedynie że końcówka ta trwa tak krótko, możnaby pozwolić jej spokojnie wybrzmieć. Kawałek o zakochiwaniu się i walce z własnymi uczuciami, kto przerabiał takie dramy ten rozumie i się może utożsamiać ^_^ jest ok, nie znałem, poznałem, czasu nie zmarnowałem.
Bauhaus - Silent Hedges
Bela Lugosi's Dead znam, lubię i cenię, a teraz mogę poszerzyć znajomość Bauhaus dwukrotnie wrzutką Musiała. Myślałem że takie gotyckie granie z miejsca łyknę bez popity a tu nic takiego.
Kiedy po minucie wstępu wchodzi w końcu bas robi się na moment nieźle, przywodzi na myśl skojarzenia z Eighties od Killing Joke, tyle że to nie trwa długo bo i tak za chwilę gitary i ogólny chaos i hałas biorą górę a bas nawet znika i wraca znowu na koniec. Brakuje mi tego stabilnego szkieletu w tym numerze, dla mnie trochę bałagan. Jest brzmienie ale brak mi solidnej kompozycji, podobnie miewałem chyba słuchając Moev. Próbowałem wielokrotnie ale nie czuję tego kawałka, odbiłem się, sorry.
Ewa Demarczyk - Karuzela z madonnami
Mentos ułatwił mi robotę bo ten kawałek znam więc nie muszę tyle czasu nad nim dumać by go przetrawiać. Pamiętam na pewno że miałem fazę na ten numer a może raczej refren i chodziło to za mną prawnego razu, nie pamiętam jednak czy okazją do tego było słuchanie wersji Steczkowskiej gdy sprawdzałem jej debiut czy może jakaś emisja Szansy Na Sukces w telewizji. Nigdy chyba jednak tak rzetelnie nie siedziałem nad tym kawałkiem i trochę zaskoczenie bo on trwa raptem 2 minuty ale dzięki jego szaleńczemu tempu tu sporo się dzieje. Tu przynajmniej jest wszystko, kompozycja, melodia, kawał głosu i niesamowita dykcja Ewy Demarczyk, flow ma lepsze od niejednego rapera na pewno ale i tak nie nadążam za tym co śpiewa chwilami. I tak jak w tytułowej karuzeli tu jesteśmy raz na górze raz na dole, tempo opada i wzrasta. Jak nie słucham takiej muzyki na codzień i pewnie nie chciałbym się wgryzać w twórczość Demarczyk jakoś mocniej tak Karuzeli zawsze chętnie posłuchać mogę o czym bym zapomniał gdyby nie ta przypominajka od mentosa vel Melkiego2 w tej kolejce hehe. Lubię, fajne zaskoczenie, dzięki.
Gillian Welch kontynuuje znany nam vibe amerykańskiego (lub amerykańsko brzmiącego w tamtym wypadku) folku z płyty Nicka Drake'a. Oszczędna gitarowa aranżacja, tylko tym razem kobieta na wokalu i kompozycja dłuższa. Numer płynie sobie powoli te kilkanaście minut, w paru miejscach spowalnia jakby już się miał kończyć ale trwa dzielnie dalej i w sumie w niczym to nie przeszkadza bo jest całkiem przyjemny. Ciepły, melancholijny, kominkowy, munlup musi nam wybaczyć jeśli skończą nam się przymiotniki, niech to nie przyćmiewa pozytywnego odbioru takich numerów. Inaczej? POV: jest koniec lat 90., wróciłem ze szkoły, jest godz. 15 i jem obiad oglądając na TVP 2 jeden z tych nieco sennych seriali obyczajowych jak Podróż do Ziemii Obiecanej choćby który bardzo lubiłem wtedy i taki numer mógłby spokojnie robić za soundtrack. I jest dobrze mi, wystarczy.
Massive Attack - Hymn of The Big Wheel
Pomimo tego że Blue Lines znam i szanuję nie byłem w stanie z głowy przypomnieć sobie którym numerem z Horace Andym na wokalu rzuciłeś, a wiem że tak średnio mi ten jego wokal siedział kiedyś. Na szczęście ten numer to zamykacz albumu i chyba najfajniejszy z kawałków z udziałem tego pana. Jak już odpaliłem przypomniałem sobie pozytywne wrażenie jakie robił, dla mnie solidny zamykacz solidnego albumu. Nie pamiętałem zbytnio jak leciał tylko że ma ten pozytywny vibe w sobie i to dobry klimat by zamknąć album. Fajnie przypomnieć go sobie i zwrócić uwagę choćby na ciekawie zaprogramowany hi hat, zwłaszcza biorąc pod uwagę że to raptem początek lat 90. Oszczędny numer, dobry bit, spoko synthy, ogółem przyjemny powrót do Massive Attack dla mnie. Ucieszyła mnie namiastka osobistej notki, ciekawie przeczytać dla odmiany coś poza zachwytem dla samego artysty.
HAIM - Now I'm In It
shodan powraca z kolejnym artystą ze Swift-lore, tym razem grupa HAIM z elektropopowym singlem. Numer oszczędny w swym brzmieniu ale w niczym mu to nie ujmuje, nawet działa to w drugą stronę bo kiedy większość numeru stanowi to elektroniczne arpeggio i bit to kiedy nadchodzi mostek a po nim wjeżdżają dodatkowe bębny to robi różnicę i się to docenia, szkoda jedynie że końcówka ta trwa tak krótko, możnaby pozwolić jej spokojnie wybrzmieć. Kawałek o zakochiwaniu się i walce z własnymi uczuciami, kto przerabiał takie dramy ten rozumie i się może utożsamiać ^_^ jest ok, nie znałem, poznałem, czasu nie zmarnowałem.
Bauhaus - Silent Hedges
Bela Lugosi's Dead znam, lubię i cenię, a teraz mogę poszerzyć znajomość Bauhaus dwukrotnie wrzutką Musiała. Myślałem że takie gotyckie granie z miejsca łyknę bez popity a tu nic takiego.
Kiedy po minucie wstępu wchodzi w końcu bas robi się na moment nieźle, przywodzi na myśl skojarzenia z Eighties od Killing Joke, tyle że to nie trwa długo bo i tak za chwilę gitary i ogólny chaos i hałas biorą górę a bas nawet znika i wraca znowu na koniec. Brakuje mi tego stabilnego szkieletu w tym numerze, dla mnie trochę bałagan. Jest brzmienie ale brak mi solidnej kompozycji, podobnie miewałem chyba słuchając Moev. Próbowałem wielokrotnie ale nie czuję tego kawałka, odbiłem się, sorry.
Ewa Demarczyk - Karuzela z madonnami
Mentos ułatwił mi robotę bo ten kawałek znam więc nie muszę tyle czasu nad nim dumać by go przetrawiać. Pamiętam na pewno że miałem fazę na ten numer a może raczej refren i chodziło to za mną prawnego razu, nie pamiętam jednak czy okazją do tego było słuchanie wersji Steczkowskiej gdy sprawdzałem jej debiut czy może jakaś emisja Szansy Na Sukces w telewizji. Nigdy chyba jednak tak rzetelnie nie siedziałem nad tym kawałkiem i trochę zaskoczenie bo on trwa raptem 2 minuty ale dzięki jego szaleńczemu tempu tu sporo się dzieje. Tu przynajmniej jest wszystko, kompozycja, melodia, kawał głosu i niesamowita dykcja Ewy Demarczyk, flow ma lepsze od niejednego rapera na pewno ale i tak nie nadążam za tym co śpiewa chwilami. I tak jak w tytułowej karuzeli tu jesteśmy raz na górze raz na dole, tempo opada i wzrasta. Jak nie słucham takiej muzyki na codzień i pewnie nie chciałbym się wgryzać w twórczość Demarczyk jakoś mocniej tak Karuzeli zawsze chętnie posłuchać mogę o czym bym zapomniał gdyby nie ta przypominajka od mentosa vel Melkiego2 w tej kolejce hehe. Lubię, fajne zaskoczenie, dzięki.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Nirvana - You Know You're Right
Lubię takie wrzutki. Czez zapodał giga hita, a Mentos, jak go znam, gdyby był fanem Nirvany, to zapodałby go chyba jeszcze raz xD Tymczasem Murzyn dowala singlem Nirvany, o którego istnieniu nie miałem pojęcia. Jakoś mi kompletnie umknęło to, że oni po śmierci Kurta wydali jakiś premierowy materiał. Słuchając tego utworu, robi mi się jeszcze bardziej przykro, że Cobain się zabił. Można setki tysięcy znaków wklepywać o tym, co, jak, dlaczego, czy można było coś zrobić, jakoś temu zapobiec, ale ostatecznie, jak Murzyn zauważył, gość był prawdziwkiem i kiedy dotarł w życiu do ściany, to to życie się skończyło.
Z jednej strony nie chcę za dużo pisać o mojej przygodzie z Nirvaną, bo chcę mieć o czym pisać przy odpowiedniej wrzucie, ale też nie mogę nie napisać niczego. Ja ten zespół, podobnie zresztą jak Murzyn, doceniałem późno. Jakoś w 2008/2009 r., ściągnąłem sobie z PEB-a, zestaw dem z sesji do „Nevermind”, bo kręciły mnie takie rzeczy. Znałem wcześniej hity, ale nic więcej. Wcześniej podchodziłem do zespołu raczej wrogo, bo przecież słuchałem zupełnie innej muzyki, a łeb nadal miałem zamknięty na niektóre rzeczy. Te dema trafiły na podatny grunt, ponieważ w tamtym czasie przewartościowałem wiele swoich poglądów na temat muzyki i generalnie szukałem w niej czegoś innego. Nagle okazało się, że Nirvana jest fajna. Że te piosenki są fajne, że to brzmienie, minimalistyczne i brudne, mi robi. Praktycznie od tamtej chwili zostałem fanem Nirvany. Niektórzy znajomi się ze mnie śmiali, że tego słucham, to był pierwszy taki band, którego nie dałem sobie obrzydzić, bo po prostu wiedziałem, że mi się to podoba i koniec.
Tym milej odkrywać takie rzeczy jak „You Know You’re Right”. Ten kawałek ma w sobie coś esencjonalnie nirvanowego, a jednocześnie sprawia wrażenie czegoś znacznie „późniejszego” niż 1994 r. Może to produkcja, która trąci mi Queens of the Stone Age i trochę ostrzejszym The Smashing Pumpkins, nie wiem. Trochę rozumiem Courtney, że nie chciała tego trzymać w szafie, z drugiej strony nie potrafię za bardzo pałać sympatią do tej kobiety, ani do ich córki (która dała gitarę Kurta w prezencie swojemu chłopakowi, z którym się potem rozeszła lol). Ostatecznie cieszę się, że to wyszło na singlu, chociaż ja do dziś nie miałem pojęcia, że w ogóle coś takiego było.
Utwór jest super. To jest w zasadzie wszystko to, co lubię w Nirvanie: dziwne intro z Kurtem grającym przy kluczach (jak w „Into the Hollow” QotSA), angst, a jednocześnie chwytliwy refren, potężne, bezkompromisowe, proste brzmienie i pełne zaangażowanie całego zespołu. Bardzo dobry numer i niespodziewane odkrycie.
Hauabaus - Silent Hedges
Musiał wychodzi z tego obronną ręką, bo wrzuca rock gotycki, ale taki, który po pierwsze – nie zestarzał się, po drugie – nie jest obsrany kliszami, jak to gotycki rock potrafi być obsrany, po trzecie – to po prostu dobrze brzmi. Najbardziej w „Silent Hedges” kręci mnie architektura tego kawałka. Uważam, że to dosyć nieoczywisty numer, zwłaszcza jak na tamte czasy. Segmenty, które następują po sobie, są niespodziewane, zabiegi muzyczne ciekawe, kocioł dźwiękowy niby chaotyczny, ale w rzeczywistości ma 100% sensu i tworzy zajebisty klimat. Peter Murphy to jest wokalista nieprzeciętny, on potrafi pociągnąć takie mroczne smutanie, nie robiąc z tego jednocześnie cyrku, a o to w gotyckim rocku nie jest trudno i z tego powodu ja generalnie goth rocka nie słucham, bo dla mnie to jest za duży level cringu. Nigdy tego nie czułem słuchając Bauhaus, co uważam za spore osiągnięcie, bo oni też nie brzmią jakoś skrajnie inaczej od pozostałych zespołów tego nurtu, a jednak te kompozycje są po prostu lepsze. „Bela” kładzie równo większość hitów tego „gatunku”, „Silent Hedges” zresztą też.
Massive Attack - Hymn of the Big Wheel
Trochę mi ludzie muzyki w życiu zepsuli, część udało się uratować, część sama się jakoś uratowała przez upływ czasu, a reszta jest raczej nie do odzyskania, czego też w dużej mierze szczególnie nie żałuję. Z wiekiem nauczyłem się, że trzeba pewnych ludzi z życia usuwać szybko i definitywnie, to samo jest z utworami. Akurat w przypadku Massive Attack nie mam takich, obciążonych emocjonalnie, płyt czy kawałków. Co najwyżej kiedyś trudniej by mi było przegryźć się przez te naleciałości dub/reggae, ale obecnie nie mam już z tym problemu. „Hymn of the Big Wheel” siłą rzeczy musiałem słyszeć, ale kompletnie tego nie pamiętam. Lubię pewne rzeczy Massive Attack, ale nigdy nie byłem fanem. Kawałek jest spoko. Wyczuwam tu oczywiście potencjał wakacyjny, ale już nie będę wchodził w narracje pt. „szkoda, że Dragon tego nie wrzucił w lipcu”, chociaż muszę przyznać, że szkoda że Dragon nie wrzucił tego w lipcu, czy w sierpniu. Numeru by to nie zmieniło, ale odbiór pewnie tak, CHOCIAŻ przypomina mi się styczeń 2009 r. kiedy zaplątało mi się w playlistę parę numerów tego typu, w tym jeden kawałek Orbitala, którego syntezatory baaardzo mi się kojarzą z tym, co momentami słyszę w „Hymn of the Big Wheel”, dokładnie mam na myśli „Are We Here” w wersji „Who Are They?”. Kompletnie różne numery, ale ciepłe brzmienie i vibe łączą mi te dwa światy ze sobą, i w bardzo pokręcony sposób, ratuje to dla mnie tę wrzutkę, jako wrzutkę styczniową. Zobaczymy jak to się dalej rozwinie, ale jest spoko.
HAIM - Now I'm In It
Amerykanizmy, to zaczyna być powoli domena Wuja. Na papierze, to mi się powinno podobać bardziej, a niestety podoba mi się mniej i nie wiem czemu. Słucham tego, fajne bujanie, fajna elektronika, wokal mnie jakoś nie irytuje, ale też w tej konwencji trochę męczy. Mam wrażenie, że to jest coś z grajdoła SII i tego kawałka z wakacji, z dziećmi. Ale tu jest na pewno dużo lepiej. Podoba mi się bardzo ten bluesowy mostek, szkoda że całość mnie tak nie bierze jak ten fragment. Głównie tutaj można wyłowić pochodzenie amerykańskie. Shodan mnie zaintrygował tym całym albumem, bo twierdzi, że nic więcej mu tam nie podeszło, ciekawe czy u mnie by było odwrotnie? W każdym razie, nie skreślam tego. Nasza zabawa jest specyficzna, kiedy montowałem best of best podczas podsumowywania poprzedniej 25tki, to ostatecznie uwzględniłem sporo rzeczy, o których na gorąco pisałem w ten sam sposób, co o HAIM. Olśnienie przychodzi nieraz z dużym lagiem, lub z bardziej sprzyjającymi okolicznościami. Na pewno warto Wuja pochwalić, że zaszalał i wrzucił TRZY śpiewające panie naraz xD
Ewa Demarczyk - Karuzela z Madonnami
W poprzedniej kolejce Murzyn wrzucał rap, to teraz czas na Mentosa. Kiedyś mi się wydawało, że prejz dla pewnych wokalistek polskich z tamtych lat wiąże się z plrejzowaniem ich wszystkich, ale to nie prawda, o czym się z biegiem czasu przekonałem. Muzyka na początku zapowiada się doskonale i w sumie do tego podkładu, który jest tu prawie, że tłem tła, nic nie mam, chociaż z czasem to zaczyna brzmieć jak jakiś ostro pijany Turnau, czy Możdżer komponujący numer o folii.
Ja wiem o co chodzi z tymi Madonnami, bo jest przecież Madonna, i upadła Madonna z wielkim cycem i jeszcze jakaś inna Madonna. No, ale reszta tej poezji mi umyka, bo wiecie, RUSZYŁA Z KOPYTA, RUSZYŁA Z KOPYTA, RUSZYŁA Z KOPYTA, itd.
Rap Demarczyk jest ok, chociaż czasami nie jestem w stanie jej zrozumieć, no ale rozumiem ten zabieg, bo w hip-hopie chodzi o zawarcie jak największej ilości treści. Zawsze sobie można rzucić okiem na tekst, a w kawałku to ma robić wrażenie i się zmieścić. Głos tej kobiety bardzo teatralny, wyobrażam sobie, że przy dobrej akustyce, to ona nie potrzebowała nawet mikrofonu. To jest idealny materiał na wykładowcę, który prowadzi zajęcia na dużej auli, ale nie chce się bawić w jakieś technologiczne sztuczki. Dobra, nie będę ciągnął tej farsy, szanuję wykonawcę, szanuję autora, szanuję osobę, która to aranżowała, jest to wszystko moi drodzy godne szacunku. A że mnie to nie jara w ogóle, to już tam szczegół.
Gęsta kolejka. Ostatnim razem, Murzyn zwrócił mi uwagę, że każdy wrzucił swój absolutny core i po samych kawałkach było wiadomo kto i co wrzucał. Tym razem jest trochę gęściej, ale również sympatycznie. Nirvana i Bauhaus, potem długo nic, Dragon (jednak!), potem Wuja i gdzieś tam na tyłach coś próbowało ruszyć z kopyta, ale ostatecznie nadal stoi przy Sukiennicach, żeby potem trzaskać kopytami pod oknami na Wrocławskiej (takie mam wspomnienia). Fajnie, ale w sumie sam koń z tego fajny.
Lubię takie wrzutki. Czez zapodał giga hita, a Mentos, jak go znam, gdyby był fanem Nirvany, to zapodałby go chyba jeszcze raz xD Tymczasem Murzyn dowala singlem Nirvany, o którego istnieniu nie miałem pojęcia. Jakoś mi kompletnie umknęło to, że oni po śmierci Kurta wydali jakiś premierowy materiał. Słuchając tego utworu, robi mi się jeszcze bardziej przykro, że Cobain się zabił. Można setki tysięcy znaków wklepywać o tym, co, jak, dlaczego, czy można było coś zrobić, jakoś temu zapobiec, ale ostatecznie, jak Murzyn zauważył, gość był prawdziwkiem i kiedy dotarł w życiu do ściany, to to życie się skończyło.
Z jednej strony nie chcę za dużo pisać o mojej przygodzie z Nirvaną, bo chcę mieć o czym pisać przy odpowiedniej wrzucie, ale też nie mogę nie napisać niczego. Ja ten zespół, podobnie zresztą jak Murzyn, doceniałem późno. Jakoś w 2008/2009 r., ściągnąłem sobie z PEB-a, zestaw dem z sesji do „Nevermind”, bo kręciły mnie takie rzeczy. Znałem wcześniej hity, ale nic więcej. Wcześniej podchodziłem do zespołu raczej wrogo, bo przecież słuchałem zupełnie innej muzyki, a łeb nadal miałem zamknięty na niektóre rzeczy. Te dema trafiły na podatny grunt, ponieważ w tamtym czasie przewartościowałem wiele swoich poglądów na temat muzyki i generalnie szukałem w niej czegoś innego. Nagle okazało się, że Nirvana jest fajna. Że te piosenki są fajne, że to brzmienie, minimalistyczne i brudne, mi robi. Praktycznie od tamtej chwili zostałem fanem Nirvany. Niektórzy znajomi się ze mnie śmiali, że tego słucham, to był pierwszy taki band, którego nie dałem sobie obrzydzić, bo po prostu wiedziałem, że mi się to podoba i koniec.
Tym milej odkrywać takie rzeczy jak „You Know You’re Right”. Ten kawałek ma w sobie coś esencjonalnie nirvanowego, a jednocześnie sprawia wrażenie czegoś znacznie „późniejszego” niż 1994 r. Może to produkcja, która trąci mi Queens of the Stone Age i trochę ostrzejszym The Smashing Pumpkins, nie wiem. Trochę rozumiem Courtney, że nie chciała tego trzymać w szafie, z drugiej strony nie potrafię za bardzo pałać sympatią do tej kobiety, ani do ich córki (która dała gitarę Kurta w prezencie swojemu chłopakowi, z którym się potem rozeszła lol). Ostatecznie cieszę się, że to wyszło na singlu, chociaż ja do dziś nie miałem pojęcia, że w ogóle coś takiego było.
Utwór jest super. To jest w zasadzie wszystko to, co lubię w Nirvanie: dziwne intro z Kurtem grającym przy kluczach (jak w „Into the Hollow” QotSA), angst, a jednocześnie chwytliwy refren, potężne, bezkompromisowe, proste brzmienie i pełne zaangażowanie całego zespołu. Bardzo dobry numer i niespodziewane odkrycie.
Hauabaus - Silent Hedges
Musiał wychodzi z tego obronną ręką, bo wrzuca rock gotycki, ale taki, który po pierwsze – nie zestarzał się, po drugie – nie jest obsrany kliszami, jak to gotycki rock potrafi być obsrany, po trzecie – to po prostu dobrze brzmi. Najbardziej w „Silent Hedges” kręci mnie architektura tego kawałka. Uważam, że to dosyć nieoczywisty numer, zwłaszcza jak na tamte czasy. Segmenty, które następują po sobie, są niespodziewane, zabiegi muzyczne ciekawe, kocioł dźwiękowy niby chaotyczny, ale w rzeczywistości ma 100% sensu i tworzy zajebisty klimat. Peter Murphy to jest wokalista nieprzeciętny, on potrafi pociągnąć takie mroczne smutanie, nie robiąc z tego jednocześnie cyrku, a o to w gotyckim rocku nie jest trudno i z tego powodu ja generalnie goth rocka nie słucham, bo dla mnie to jest za duży level cringu. Nigdy tego nie czułem słuchając Bauhaus, co uważam za spore osiągnięcie, bo oni też nie brzmią jakoś skrajnie inaczej od pozostałych zespołów tego nurtu, a jednak te kompozycje są po prostu lepsze. „Bela” kładzie równo większość hitów tego „gatunku”, „Silent Hedges” zresztą też.
Massive Attack - Hymn of the Big Wheel
Trochę mi ludzie muzyki w życiu zepsuli, część udało się uratować, część sama się jakoś uratowała przez upływ czasu, a reszta jest raczej nie do odzyskania, czego też w dużej mierze szczególnie nie żałuję. Z wiekiem nauczyłem się, że trzeba pewnych ludzi z życia usuwać szybko i definitywnie, to samo jest z utworami. Akurat w przypadku Massive Attack nie mam takich, obciążonych emocjonalnie, płyt czy kawałków. Co najwyżej kiedyś trudniej by mi było przegryźć się przez te naleciałości dub/reggae, ale obecnie nie mam już z tym problemu. „Hymn of the Big Wheel” siłą rzeczy musiałem słyszeć, ale kompletnie tego nie pamiętam. Lubię pewne rzeczy Massive Attack, ale nigdy nie byłem fanem. Kawałek jest spoko. Wyczuwam tu oczywiście potencjał wakacyjny, ale już nie będę wchodził w narracje pt. „szkoda, że Dragon tego nie wrzucił w lipcu”, chociaż muszę przyznać, że szkoda że Dragon nie wrzucił tego w lipcu, czy w sierpniu. Numeru by to nie zmieniło, ale odbiór pewnie tak, CHOCIAŻ przypomina mi się styczeń 2009 r. kiedy zaplątało mi się w playlistę parę numerów tego typu, w tym jeden kawałek Orbitala, którego syntezatory baaardzo mi się kojarzą z tym, co momentami słyszę w „Hymn of the Big Wheel”, dokładnie mam na myśli „Are We Here” w wersji „Who Are They?”. Kompletnie różne numery, ale ciepłe brzmienie i vibe łączą mi te dwa światy ze sobą, i w bardzo pokręcony sposób, ratuje to dla mnie tę wrzutkę, jako wrzutkę styczniową. Zobaczymy jak to się dalej rozwinie, ale jest spoko.
HAIM - Now I'm In It
Amerykanizmy, to zaczyna być powoli domena Wuja. Na papierze, to mi się powinno podobać bardziej, a niestety podoba mi się mniej i nie wiem czemu. Słucham tego, fajne bujanie, fajna elektronika, wokal mnie jakoś nie irytuje, ale też w tej konwencji trochę męczy. Mam wrażenie, że to jest coś z grajdoła SII i tego kawałka z wakacji, z dziećmi. Ale tu jest na pewno dużo lepiej. Podoba mi się bardzo ten bluesowy mostek, szkoda że całość mnie tak nie bierze jak ten fragment. Głównie tutaj można wyłowić pochodzenie amerykańskie. Shodan mnie zaintrygował tym całym albumem, bo twierdzi, że nic więcej mu tam nie podeszło, ciekawe czy u mnie by było odwrotnie? W każdym razie, nie skreślam tego. Nasza zabawa jest specyficzna, kiedy montowałem best of best podczas podsumowywania poprzedniej 25tki, to ostatecznie uwzględniłem sporo rzeczy, o których na gorąco pisałem w ten sam sposób, co o HAIM. Olśnienie przychodzi nieraz z dużym lagiem, lub z bardziej sprzyjającymi okolicznościami. Na pewno warto Wuja pochwalić, że zaszalał i wrzucił TRZY śpiewające panie naraz xD
Ewa Demarczyk - Karuzela z Madonnami
W poprzedniej kolejce Murzyn wrzucał rap, to teraz czas na Mentosa. Kiedyś mi się wydawało, że prejz dla pewnych wokalistek polskich z tamtych lat wiąże się z plrejzowaniem ich wszystkich, ale to nie prawda, o czym się z biegiem czasu przekonałem. Muzyka na początku zapowiada się doskonale i w sumie do tego podkładu, który jest tu prawie, że tłem tła, nic nie mam, chociaż z czasem to zaczyna brzmieć jak jakiś ostro pijany Turnau, czy Możdżer komponujący numer o folii.
Ja wiem o co chodzi z tymi Madonnami, bo jest przecież Madonna, i upadła Madonna z wielkim cycem i jeszcze jakaś inna Madonna. No, ale reszta tej poezji mi umyka, bo wiecie, RUSZYŁA Z KOPYTA, RUSZYŁA Z KOPYTA, RUSZYŁA Z KOPYTA, itd.
Rap Demarczyk jest ok, chociaż czasami nie jestem w stanie jej zrozumieć, no ale rozumiem ten zabieg, bo w hip-hopie chodzi o zawarcie jak największej ilości treści. Zawsze sobie można rzucić okiem na tekst, a w kawałku to ma robić wrażenie i się zmieścić. Głos tej kobiety bardzo teatralny, wyobrażam sobie, że przy dobrej akustyce, to ona nie potrzebowała nawet mikrofonu. To jest idealny materiał na wykładowcę, który prowadzi zajęcia na dużej auli, ale nie chce się bawić w jakieś technologiczne sztuczki. Dobra, nie będę ciągnął tej farsy, szanuję wykonawcę, szanuję autora, szanuję osobę, która to aranżowała, jest to wszystko moi drodzy godne szacunku. A że mnie to nie jara w ogóle, to już tam szczegół.
Gęsta kolejka. Ostatnim razem, Murzyn zwrócił mi uwagę, że każdy wrzucił swój absolutny core i po samych kawałkach było wiadomo kto i co wrzucał. Tym razem jest trochę gęściej, ale również sympatycznie. Nirvana i Bauhaus, potem długo nic, Dragon (jednak!), potem Wuja i gdzieś tam na tyłach coś próbowało ruszyć z kopyta, ale ostatecznie nadal stoi przy Sukiennicach, żeby potem trzaskać kopytami pod oknami na Wrocławskiej (takie mam wspomnienia). Fajnie, ale w sumie sam koń z tego fajny.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn