COŚ
Kurde, ten film to było COŚ. Słyszałem o nim wcześniej oczywiście, dziesiątki razy, setki razy, słyszałem o prequelu, słyszałem o grze (gdzieś w głowie majaczy mi recka z CD Action, ale może teraz to sobie wmawiam), i żadna z tych rzeczy (wliczając w to rekomendacje od innych) nie była w stanie mnie pchnąć do seansu. Albowiem trzeba Wam wiedzieć, Pleno Thingulo Forumowicze, że ja to generalnie mało filmowy jestem. Niewiele oglądam, a im starszy jestem tym mniej chce mi się oglądać. W ogóle moje obcowanie z dziełami kultury ograniczyło się drastycznie do muzyki i książek, ale jeśli o film chodzi, to ja niemal od zawsze tak miałem - najlepiej ogląda mi się w towarzystwie, sam nie odpalam już nic (chyba, że mnie bestka zmusi trololo). Nie widziałem w ogóle masy klasyków, i gdyby nie moja była, to nie widziałbym ich jeszcze więcej. I szczerze? Mam to w dupie
Seans mi się generalnie podobał. Klimat tego dzieła jest niepodrabialny - klaustrofobia połączona z dziwną odmianą agorafobii, jest ta miniaturowa baza na antarktycznym zadupiu a wokół lód i śnieg. Oszczędne ujęcia, wyjątkowo odpychające przez to dalekie plany (w sensie tego martwego krajobrazu), w powietrzu śmierć w strasznie creepy wydaniu. Ot, Carpenter w pigułce xD A raczej "jego" potwory. Jesus F. Christ, pisałem to Hienowi, im starszy się robię tym ewidentnie bardziej brzydliwy jestem - te kreatury cosia były absolutnym koszmarem, aż chciało mi się momentami rzygać xD Mówię śmiertelnie poważnie, patrzenie zwłaszcza na transformację (inaczej się tego chyba nie da określić) psa w tej klatce było dość trudnym wyzwaniem xD Te macki, pęknięcia, krew, nagłe dodatkowe kończyny z dupy, wyglądało to potwornie. Nie lepiej zresztą było później, w przypadku ludzi (zwłaszcza to odlatująca głowa Norrisa, wtf) czy też odgryzanie ramion Coppera, robiłem się zielony xD Ciekawe, to Cronenberg był znany z takich obleśnych realizacji, najwyraźniej - znów - MAŁO WIDZIAŁEM. Nie odwracałem głowy tho, ale było mi jakoś... nieprzyjemnie xD Co nie zmienia faktu, że te efekty moim zdaniem wyszły super, acz przeczytałem gdzieś, że już na ten 1982 rok trąciły tandetą i krytycy zaraz po premierze film mocno z tego powodu zjechali. Chyba naprawdę MAŁO WIDZIAŁEM.
Setting był, potwory były, no to może gra aktorska? Ponieważ - co już wszyscy wiedzą, ale na wszelki wypadek powiem jeszcze raz, co by nikt nie zapomniał, jak edgy potrafię być - fan kina ze mnie żaden, poza Kurtem Russellem nie kojarzyłem tu ani jednego nazwiska. Nic, zupełne zero. Poszperałem trochę po Wiki, po Filmwebie nawet, no niestety. Samego Russella z tej garstki ról, z których go kojarzę lubię, dość charakterystyczny aktor i moim zdaniem po prostu dobry. Pamiętam przez mgłę jedną para-szmirę, w której zagrał a towarzyszył mu tam niedawno nawrócony na putinizm Steven Seagal (ale grał tam też David Suchet, a to jest aktor wyborny), a tak to wszystko spoko. Co prawda ostatnia rzecz, w jakiej go widziałem to druga część Strażników Galaktyki (ciekawy przypadek, film miał lepszy OST od części pierwszej, za to sam był wyraźnie gorszy), ale i tam ładnie dawał radę. Uważam, że jego kreacja postaci MacReady'ego była super - niby gość był zimny i wycofany, a jednak wyraźnie przerażony sytuacją, z jaką przyszło mu się mierzyć nawet, jeśli nie okazywał tego wprost i maskował jakąś tam pewnością siebie. Lekka zapowiedź nigdy nie nadchodzącego w sumie breakdownu w postaci memicznego (znałem to ujęcie nim obejrzałem film) nagrywania się na magnetofon (NOBODY TRUSTS ANYBODY NOW) to moim zdaniem highlight filmu, w którym strach wcale nie musi być generowany przez pokazywane co kilka sekund na ekranie paskudne potwory, ale właśnie przez budowę odpowiedniego nastroju, klimatu strachu etc. Po mojemu to żaden potwór mógłby w ogóle nie być pokazany przez calutki film, a w ogóle by mu to nie odjęło. Tak się (chyba) robi dobre kino.
No to muzyka może? Przede wszystkim byłem mocno zaskoczony, kiedy zobaczyłem w napisach początkowych, że tę nagrał do filmu Ennio Morricone (jakoś mi to wypadło z głowy, przecież czytałem reckę Kuby, gdzie Kuba o tym wspomina), albowiem króla spaghetti westernów ciężko skojarzyć z takimi dziełami. I znów, zupełnie, jak napisał Hien - momentami ta muzyka jest tak bardzo carpenterowata, że trudno oprzeć się wrażeniu, iż to Carpenter tak naprawdę wszystko nagrywał, a Morricone po prostu wspaniałomyślnie zgodził się na wrzucenie swojego nazwiska w creditsy (może dla beki). Muza jest świetna. Ostro buduje klimat settingu, jest niepokojąca, momentami wręcz straszy, generalnie jest dokładnie taka, jakiej oczekiwałbym po tym filmie. Udźwiękowienie w ogóle robi robotę, choć ten śmieszny przytłumiony pogłos tak charakterystyczny dla filmów z lat 70. i 80. (tbh nie wiem, czy poza Dr Strangelove widziałem jakikolwiek film starszy niż lata siedemdziesiąte) w wersji HD wybija się mocno i przypomina, że mamy do czynienia z czymś, co skończyło nie tak dawno temu 40 lat. Nie uważam jednak, jakoby pozycja ta się źle zestarzała. Jest dobrze, jest klimat, jest strach i nerwówka, skojarzenia z Obcym są bardzo na miejscu, miałem niemal identyczny feeling. Ale jakoś Russella mi się lepiej oglądało od Weaver xD No nic nie poradzę. Ale czy trzeba? Dobry wybór Wujaszku!