Best of Forum (Albumy) vol. 2
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Oho, to znaczy, że trzeba przyspieszyć poszukiwania do następnej wrzutki, bo wiem już, co to będzie, a nie wiem, jak ją opisać. A będzie to kontynuacja klimatów sandrowych, na którą od dawna mam chrapkę. Co powiedzieć, kiedy muzyka niesamowicie wciąga, a grupa weszła tak nagle, że nawet kontekstu nie uchwyciłem? To będzie coś ciekawego 
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Television - Marquee Moon
Wszyscy nie wiadomo jak długie wywody walą na temat tej płyty, a ja mam problem, właściwie cztery*, ale nie będę robił z tego forum swojej poradni psychologicznej, więc powiem tylko - ta płyta ma teraz dla mnie swój idealny czas i nie ma go w ogóle. Dlaczego ma? Ano, jest to punk/post-punk nawet (słyszałem wielokrotnie opinie, że był to post-punk przed post-punkiem, ale jeśli do post-punku można zaliczyć The Dignity of Labour od The Human League, to to tym bardziej), a ja bardzo post-punk lubię (punku już niekoniecznie aż tak bardzo, miał swoje momenty, ale nigdy nie byłem fanem Sex Pistols czy tego typu bandów), i choć pogoda za oknem nie jest post-punkowa (jestem człowiek-klisza i post-punku słucham niemal wyłącznie jesienią i to raczej taką listopadową), to muzyka wchodzi jak złoto. Ja teraz mam anger wymieszany ze zmęczeniem i rezygnacją, tak bardzo się przeniosłem do Zgierza że już miesiąc siedzę w Warszawie, kończy mi się forsa, sypie zdrowie, nie idzie sesja (*ups, właśnie się wyrzygałem), marzę o urlopie (są szanse pod koniec lipca na szczęście), potrzebuję dobrej muzyki. Ciekawe, że ostatnio w ogóle słucham sobie, snując się po Stolicy bez celu głównie wrzutek płytowych od Smokowatego (Jelinek, kocham Cię <3), albowiem są takim wybitnie podchodzącym mi chillem, więc przerzucenie się nagle na Television było lekkim szokiem dla mojego przebodźcowanego mózgu. W związku z tym musiałem zrobić coś, czego z reguły nie robię - słuchałem tej do pewnego stopnia agresywnej muzyki (zaznaczam, do pewnego stopnia, chodzi mi o ogólny vibe)... cicho, a zazwyczaj rozkręcam set na maksa. I właśnie w tej pół-ciszy wchodziła najlepiej. No to dlaczego nie ma? Bo to nie jest listopad xD A ja teraz zdecydowanie bardziej potrzebuję rzeczy okołoambientowych. No, ale jest post-punk, to zamknę mordę najlepiej i będę słuchał. A robiłem ze 4 podejścia, i przedostatnie było mocno takie sobie, problem chyba w mojej głowie, rym niezamierzony.
Television znam, coś już pisałem na ten temat przy okazji Guiding Light i bestki utworowej, więc nie będę się powtarzał. Powiem jedynie, że to jest, kurde, klasyk, i ja się zgadzam z każdym słowem od Miętusa na ten temat. Powiedzieć, że słucha się tego dobrze (koniec końców, bo trzeba się wkręcić), to nie powiedzieć wiele. Taki klasyk, co to go wypada znać, warto dodać. Ale nie jest to ciupcianie na zasadzie VERLAINE WIELKIM POETOM BYŁ, po prostu mam do czynienia (przynajmniej ja, ale chyba nie tylko ja) z dobrą porcją dobrego grania. See No Evil to świetny, energetyczny otwieracz, który pokazuje, w jakim kierunku będzie zmierzał album. Tom drze mordę, gitary skrzypią, bębny hałasują, podejrzewam, że usłyszeć coś takiego pierwszy raz w CBGB to było coś. Jest to POPRAWNY i RZETELNY kawałek który polubiłem po tych kilku odsłuchach, ale blednie przy następujących po sobie Venus i Friction. Właściwie to nie jestem w stanie powiedzieć, który z tych dwóch jest lepszy. Venus w ogóle kojarzy mi się mocno z The Psychedelic Furs, ale również i z Blondie, a więc coś, co wymienił imć Hien. Dobre, dużo dobre, Friction z kolei rozwala mnie swoją energią, nie będę za bardzo kreatywny, a mógłbym po prostu ściągnąć opis od Jakuba i byłoby wypisz wymaluj to, co ja sądzę o tym numerze xD Z tym, że nie mam poczucia, iż refren przynudza. Jest banger, podoba mi się to, że robi w ten sposób (wraz z dwoma poprzednimi, ale z Venus jednak bardziej) za idealne przedpole do MONUMENTALNEGO Marquee Moon tytułowego, albowiem jest to w ogóle pierwszy numer Television, jaki kiedykolwiek usłyszałem, no i dopiero w starciu z resztą płyty nabiera odpowiedniego kontekstu. 10 minut i żadna zbędna, ale też może po prostu dojrzałem do słuchania takiej muzyki w taki sposób. Z tym kawałkiem mam taki "problem" teraz, że na dobrą sprawę ta część typowo piosenkowa mogłaby dla mnie nie istnieć xD W sensie sam ten instrumental, który ma (również dla mnie) jakiś taki prog-rockowy feeling, pasuje mi sam w sobie, tzn. nie miałbym nic przeciwko, gdyby utwór składał się wręcz tylko z tej części (acz zagrywki gitarowe między zwrotkami są fantastyczne i zawsze mi się wkręcają). W ogóle Verlaine ze swoim wokalem jakoś mi... blednie tutaj na tle pozostałych utworów z krążka, nie umiem tego dobrze wyjaśnić. Może to kwestia vibe'u mojego? No, ale kończy się tytułowy i nadchodzi Elevation, które jest chyba dla mnie najbardziej post-punkowe na krążku. Pachnie mi Magazine, albo generalnie czymkolwiek, co kiedykolwiek robił Devoto, właściwie on mógłby tutaj śpiewać. Za to w refrenie Verlaine brzmi trochę jak Kerr na dowolnym numerze z Real to Real Cacophony, dziwnego krautpunkowego drugiego krążka Simple Minds (polecam zwłaszcza Carnival i Calling Your Name dla porównania), mam wrażenie, że się srogo inspirował, bo tego się aż nie da "odusłyszeć". Jest nieco "mhroczniej", co tym bardziej kradnie mi fun z powodu aury za oknem (tzn. teraz akurat jest pochmurno i pada, w oddali grzmi), ale z drugiej strony daje oddech i lepiej wpasowuje się w mój obecny nastrój xD Guiding Light... w tej chwili snuje się w tle i w tym kontekście, tj. całego albumu brzmi trochę jak odrzut z sesji nagraniowych Rolling Stonesów, właściwie gdybym miał poznawać grupę od tego właśnie kawałka, to bym się zniechęcił xD Nie no, nie mówię, że jest źle, ale robi się nazbyt leniwie i jakoś tak zupełnie bez tego dobrego feelingu, jaki tego typu muzyka może przedstawiać i to robi. No dobra, to co dalej? Prove It ciągnie mi Talking Heads. Dopiero za jakimś trzecim odsłuchem coś w moim zakutym łbie kliknęło i zrozumiałem Hienowe nawiązanie do Runaway (na marginesie, uwielbiałem ten kawałek jako dzieciak). Oto kolejna rzecz, która pachnie ładnie latami 70. w muzyce rockowej innej niż typowy rock, CBGB wzywa i otwiera swoje podwoje, chodźmy zobaczyć zespoły, które albo już nie istnieją, albo ich członkowie to stare dziady (względnie: stare baby). Solówka oparta o najtańsze możliwe rozwiązania chwyta mnie wciąż mocno i nie puszcza. No, ale ja zawsze byłem sentymentalny. Torn Curtain robi za tak samo dobre zakończenie, jak See No Evil robiło za otwieracz. Snuje się posępnie przez druty w głośnikach wprost do mojej trąbki Eustachiusza i przenosi w jakieś późnojesienne klimaty, ze słotą, błotem, gnijącymi liśćmi na niesprzątanych chodnikach i niewyraźnym światłem lamp sodowych (trochę Bełchatów, trochę Zgierz, trochę dowolne miejsce w Polsce), jak mocno zamknę oczy to jest druga połowa lat 90. przynajmniej, wtedy Polska cała była taka post-punkowa. Wejście gitara+pianino mi się spodobało, niby trochę z dupy, ale wciąż wszystko do siebie pasowało i zrobiło klimacik. No, i płyta się skończyła, ile to razy musiałem ją przesłuchać?
Słowem podsumowania, a to będzie krótkie, Miętus wrzucił dobrą wrzutkę. Fajny krążek, budujący i trzymający klimat, taki post-punkowo-no-wave'owy, coś, czego bym raczej nie docenił w takim 2005, nie wiem, czy bym docenił w 2007 (kiedy dopiero naprawdę doceniałem Joy Division), no ale smak przychodzi z wiekiem. Mogę być tylko zły na siebie, że mnie przyszedł na tyle późno, ale lepiej tak, niż w ogóle (takie no-man też mogłem poznać wcześniej, ale miałem zamknięte uszy i byłem w ogóle głuchy na wszystko). Nie nazwę tego krążka mianem wyrafinowanego, ale nie sposób oprzeć się wrażeniu, że na tle pozostałych produkcji w tym gatunku tamtych czasów tutaj jest jakoś bardziej dopracowane wszystko, nawet, jeśli typowo punkowo (albo chociaż z lekkim punkowym sznytem) ktoś sprzedaje nam wpier*ol, to chwilę potem podaje chusteczki nawilżane (ale benzyną). Czuję, że jesienią Marquee Moon zasili moją bibliotekę muzyczną spod znaku NO FUTURE, którą odpaliłem 18 lat temu pierwszy raz odsłuchując Disintegration. Nawet, jeśli całość jest bardziej happy-up. Znak jakości!
Wszyscy nie wiadomo jak długie wywody walą na temat tej płyty, a ja mam problem, właściwie cztery*, ale nie będę robił z tego forum swojej poradni psychologicznej, więc powiem tylko - ta płyta ma teraz dla mnie swój idealny czas i nie ma go w ogóle. Dlaczego ma? Ano, jest to punk/post-punk nawet (słyszałem wielokrotnie opinie, że był to post-punk przed post-punkiem, ale jeśli do post-punku można zaliczyć The Dignity of Labour od The Human League, to to tym bardziej), a ja bardzo post-punk lubię (punku już niekoniecznie aż tak bardzo, miał swoje momenty, ale nigdy nie byłem fanem Sex Pistols czy tego typu bandów), i choć pogoda za oknem nie jest post-punkowa (jestem człowiek-klisza i post-punku słucham niemal wyłącznie jesienią i to raczej taką listopadową), to muzyka wchodzi jak złoto. Ja teraz mam anger wymieszany ze zmęczeniem i rezygnacją, tak bardzo się przeniosłem do Zgierza że już miesiąc siedzę w Warszawie, kończy mi się forsa, sypie zdrowie, nie idzie sesja (*ups, właśnie się wyrzygałem), marzę o urlopie (są szanse pod koniec lipca na szczęście), potrzebuję dobrej muzyki. Ciekawe, że ostatnio w ogóle słucham sobie, snując się po Stolicy bez celu głównie wrzutek płytowych od Smokowatego (Jelinek, kocham Cię <3), albowiem są takim wybitnie podchodzącym mi chillem, więc przerzucenie się nagle na Television było lekkim szokiem dla mojego przebodźcowanego mózgu. W związku z tym musiałem zrobić coś, czego z reguły nie robię - słuchałem tej do pewnego stopnia agresywnej muzyki (zaznaczam, do pewnego stopnia, chodzi mi o ogólny vibe)... cicho, a zazwyczaj rozkręcam set na maksa. I właśnie w tej pół-ciszy wchodziła najlepiej. No to dlaczego nie ma? Bo to nie jest listopad xD A ja teraz zdecydowanie bardziej potrzebuję rzeczy okołoambientowych. No, ale jest post-punk, to zamknę mordę najlepiej i będę słuchał. A robiłem ze 4 podejścia, i przedostatnie było mocno takie sobie, problem chyba w mojej głowie, rym niezamierzony.
Television znam, coś już pisałem na ten temat przy okazji Guiding Light i bestki utworowej, więc nie będę się powtarzał. Powiem jedynie, że to jest, kurde, klasyk, i ja się zgadzam z każdym słowem od Miętusa na ten temat. Powiedzieć, że słucha się tego dobrze (koniec końców, bo trzeba się wkręcić), to nie powiedzieć wiele. Taki klasyk, co to go wypada znać, warto dodać. Ale nie jest to ciupcianie na zasadzie VERLAINE WIELKIM POETOM BYŁ, po prostu mam do czynienia (przynajmniej ja, ale chyba nie tylko ja) z dobrą porcją dobrego grania. See No Evil to świetny, energetyczny otwieracz, który pokazuje, w jakim kierunku będzie zmierzał album. Tom drze mordę, gitary skrzypią, bębny hałasują, podejrzewam, że usłyszeć coś takiego pierwszy raz w CBGB to było coś. Jest to POPRAWNY i RZETELNY kawałek który polubiłem po tych kilku odsłuchach, ale blednie przy następujących po sobie Venus i Friction. Właściwie to nie jestem w stanie powiedzieć, który z tych dwóch jest lepszy. Venus w ogóle kojarzy mi się mocno z The Psychedelic Furs, ale również i z Blondie, a więc coś, co wymienił imć Hien. Dobre, dużo dobre, Friction z kolei rozwala mnie swoją energią, nie będę za bardzo kreatywny, a mógłbym po prostu ściągnąć opis od Jakuba i byłoby wypisz wymaluj to, co ja sądzę o tym numerze xD Z tym, że nie mam poczucia, iż refren przynudza. Jest banger, podoba mi się to, że robi w ten sposób (wraz z dwoma poprzednimi, ale z Venus jednak bardziej) za idealne przedpole do MONUMENTALNEGO Marquee Moon tytułowego, albowiem jest to w ogóle pierwszy numer Television, jaki kiedykolwiek usłyszałem, no i dopiero w starciu z resztą płyty nabiera odpowiedniego kontekstu. 10 minut i żadna zbędna, ale też może po prostu dojrzałem do słuchania takiej muzyki w taki sposób. Z tym kawałkiem mam taki "problem" teraz, że na dobrą sprawę ta część typowo piosenkowa mogłaby dla mnie nie istnieć xD W sensie sam ten instrumental, który ma (również dla mnie) jakiś taki prog-rockowy feeling, pasuje mi sam w sobie, tzn. nie miałbym nic przeciwko, gdyby utwór składał się wręcz tylko z tej części (acz zagrywki gitarowe między zwrotkami są fantastyczne i zawsze mi się wkręcają). W ogóle Verlaine ze swoim wokalem jakoś mi... blednie tutaj na tle pozostałych utworów z krążka, nie umiem tego dobrze wyjaśnić. Może to kwestia vibe'u mojego? No, ale kończy się tytułowy i nadchodzi Elevation, które jest chyba dla mnie najbardziej post-punkowe na krążku. Pachnie mi Magazine, albo generalnie czymkolwiek, co kiedykolwiek robił Devoto, właściwie on mógłby tutaj śpiewać. Za to w refrenie Verlaine brzmi trochę jak Kerr na dowolnym numerze z Real to Real Cacophony, dziwnego krautpunkowego drugiego krążka Simple Minds (polecam zwłaszcza Carnival i Calling Your Name dla porównania), mam wrażenie, że się srogo inspirował, bo tego się aż nie da "odusłyszeć". Jest nieco "mhroczniej", co tym bardziej kradnie mi fun z powodu aury za oknem (tzn. teraz akurat jest pochmurno i pada, w oddali grzmi), ale z drugiej strony daje oddech i lepiej wpasowuje się w mój obecny nastrój xD Guiding Light... w tej chwili snuje się w tle i w tym kontekście, tj. całego albumu brzmi trochę jak odrzut z sesji nagraniowych Rolling Stonesów, właściwie gdybym miał poznawać grupę od tego właśnie kawałka, to bym się zniechęcił xD Nie no, nie mówię, że jest źle, ale robi się nazbyt leniwie i jakoś tak zupełnie bez tego dobrego feelingu, jaki tego typu muzyka może przedstawiać i to robi. No dobra, to co dalej? Prove It ciągnie mi Talking Heads. Dopiero za jakimś trzecim odsłuchem coś w moim zakutym łbie kliknęło i zrozumiałem Hienowe nawiązanie do Runaway (na marginesie, uwielbiałem ten kawałek jako dzieciak). Oto kolejna rzecz, która pachnie ładnie latami 70. w muzyce rockowej innej niż typowy rock, CBGB wzywa i otwiera swoje podwoje, chodźmy zobaczyć zespoły, które albo już nie istnieją, albo ich członkowie to stare dziady (względnie: stare baby). Solówka oparta o najtańsze możliwe rozwiązania chwyta mnie wciąż mocno i nie puszcza. No, ale ja zawsze byłem sentymentalny. Torn Curtain robi za tak samo dobre zakończenie, jak See No Evil robiło za otwieracz. Snuje się posępnie przez druty w głośnikach wprost do mojej trąbki Eustachiusza i przenosi w jakieś późnojesienne klimaty, ze słotą, błotem, gnijącymi liśćmi na niesprzątanych chodnikach i niewyraźnym światłem lamp sodowych (trochę Bełchatów, trochę Zgierz, trochę dowolne miejsce w Polsce), jak mocno zamknę oczy to jest druga połowa lat 90. przynajmniej, wtedy Polska cała była taka post-punkowa. Wejście gitara+pianino mi się spodobało, niby trochę z dupy, ale wciąż wszystko do siebie pasowało i zrobiło klimacik. No, i płyta się skończyła, ile to razy musiałem ją przesłuchać?
Słowem podsumowania, a to będzie krótkie, Miętus wrzucił dobrą wrzutkę. Fajny krążek, budujący i trzymający klimat, taki post-punkowo-no-wave'owy, coś, czego bym raczej nie docenił w takim 2005, nie wiem, czy bym docenił w 2007 (kiedy dopiero naprawdę doceniałem Joy Division), no ale smak przychodzi z wiekiem. Mogę być tylko zły na siebie, że mnie przyszedł na tyle późno, ale lepiej tak, niż w ogóle (takie no-man też mogłem poznać wcześniej, ale miałem zamknięte uszy i byłem w ogóle głuchy na wszystko). Nie nazwę tego krążka mianem wyrafinowanego, ale nie sposób oprzeć się wrażeniu, że na tle pozostałych produkcji w tym gatunku tamtych czasów tutaj jest jakoś bardziej dopracowane wszystko, nawet, jeśli typowo punkowo (albo chociaż z lekkim punkowym sznytem) ktoś sprzedaje nam wpier*ol, to chwilę potem podaje chusteczki nawilżane (ale benzyną). Czuję, że jesienią Marquee Moon zasili moją bibliotekę muzyczną spod znaku NO FUTURE, którą odpaliłem 18 lat temu pierwszy raz odsłuchując Disintegration. Nawet, jeśli całość jest bardziej happy-up. Znak jakości!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
W sumie Mentos niezły prejz zebrał. I fajnie.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
To nie mentos, to Television i autorzy książek o najlepszych płytach wszechczasów 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Żeby jeszcze Mentosowi się chciało z takim zaangażowaniem, jak tu widać w tych recenzjach, słuchać, a zwłaszcza pisać o płytach innych, to by było superkul.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Dobra ziomeczki, żeby nie zamulać, mentos jak może to niech dwa słowa podsumowania najwyżej napisze jak już będzie recenzował Jethro Tull któremu otwieram teraz kolejeczkę
a więc Songs from the Wood proszę Państwa
a więc Songs from the Wood proszę Państwa
Malkolit pisze:05 maja 2023 17:05Jethro Tull - Songs from the Wood,
czyli jak Malkolit zainteresował się progiem.
Zawsze odczuwałem pewną dychotomię swoich zainteresowań muzycznych. Z jednej strony, lubiłem słuchać dobrej piosenki. Przeważnie były to piosenki o brzmieniu elektronicznym. Rzadko kiedy słuchałem całych albumów (w sumie nadal, w wielu podobnych przypadkach, tego nie zrobiłem). W tym, czego słuchałem, sporo było starych polskich piosenek (parę wrzucałem), poezje śpiewane (też coś wrzucałem), przeboje radiowe (też) i różne inne rzeczy. Ponieważ mój tata czasem słuchał Polskiego Radia, to kojarzyłem też nazwy czołowych zespołów rockowych. Zawsze wiedziałem, że nie zgadzam się z wizją świata prezentowaną przez nich, przez ich zagorzałych fanów itd., co chyba widać po moich wpisach. Długo byłem tym zafascynowany, traktowałem ich jak wielkie gwiazdy (tak! gwiazdy!) dla innej grupy odbiorców. Niechęć do brzmienia powodowała jednak, że dystansowałem się zawsze od nich. Nie lubiłem hard rocka. Punka to w ogóle. Ciekawił mnie rock progresywny, łapałem się chyba na lep hasła, że to "dla inteligentnych", a ja zawsze wierzyłem w słowo pisane. No i te rozbudowane formy. Dużo wcześniej słyszałem nazwy ELP czy Jethro Tull niż jakąkolwiek muzykę tych grup, jednocześnie jednak, paradoksalnie, kiedy ich usłyszałem, wiedziałem, że na swój sposób wielu takich jest mi bliskich. Paradoks? Im dłużej słucham, im dłużej biorę udział w naszych zabawach, tym bardziej widzę, że stworzenie jakiegokolwiek spójnego obrazu tego świata jest coraz trudniejsze. Widzę też, że jak z poglądami było mi nie po drodze, kiedy miałem już 8-9 lat i lubiłem różne zabawy, tak dziś tym bardziej mi nie po drodze, tylko już lepiej wiem, dlaczego.
Jakieś siedem lat temu moje zainteresowanie przerodziło się w końcu w chęć posłuchania. Tull poszedł na pierwszy ogień, dziwna nazwa i specyficzny wizerunek grupy robiły swoje. Zachowania Andersona nie tyle może podobały mi się, co widziałem w nich coś na kształt ludycznej zabawy przy jednoczesnym poważaniu dla tego poważnego jednak człowieka. Stroje, teksty piosenek, dźwięki, cała ta barwna otoczka przy tym, że zespół-gigant (reklamowali się przed zeszłorocznym bielskim koncertem, że sprzedali 60 mln płyt! dość kuriozalne jest dla mnie traktowanie takich ludzi jako "spoza głównego nurtu", to pojęcie nie oznacza przecież "tylko" tanecznej muzyki pop itp.) w naszym kraju jest raczej drugoplanowy przy innych gigantach wzbudziło duże moje zainteresowanie. Zespół trochę inny od tej sceny, choć grali i z Yes, i z Gentle Giant, i z ELP, ale kojarzy się raczej z Zappą niż z ELP. Nigdy w pełni nie wsiąkłem w Tulla, Anderson miał jednak wiele mało wyrazistych momentów, słabszych, poziom grupy nigdy nie był równy. Dzieliłem więc fascynację najlepszymi ich nagraniami z prawie obojętnością dla innych. Ważne dla mnie było poznanie Aqualunga, Thick as a Brick i Heavy Horses. Ale przełom nastąpił, kiedy poznałem Songs from the Wood.
W skład grupy, poza jej jedynym stałym członkiem Ianem Andersonem, wchodziło jeszcze pięciu innych ludzi, w tym ciekawa postać klawiszowca i aranżera, wykształconego klasycznie Davida (po zmianie płci Dee) Palmera, którego autorstwa są liczne orkiestracje na płytach Tulla. Jego są klawiszowe wstawki w Hunting Girl czy Velvet Green. Spory popis daje sekcja rytmiczna Glascock-Barlow. Co to w ogóle za płyta? Świetny przykład tego, że w czasach punka i disco (progowcy zwykle nienawidzą obu i podkreślają to przy każdej okazji, niestety, doświadczyłem tego) można było grać inaczej i nadal być popularnym (choć tu mamy przyczynę zmierzchu proga: to są płyty popularne głównie u progowej publiczności). Specyficzny amalgamat różnych wpływów (ostre, ciekawie brzmiące syntezatory, gitary elektryczne i akustyczne, bas i perkusja, różne pomniejsze instrumenty perkusyjne jak dzwoneczki), nieco teatralny śpiew Andersona, jego bogate w znaczenia teksty tworzyły całkiem oryginalną mieszankę (może aż za bardzo).
Płyta zaczyna się od śpiewu a cappella w utworze tytułowym, po czym dołącza drugi głos, a gitara elektryczna toczy pojedynek z syntezatorem: "Let me bring you songs from the wood: to make you feel much better than you could know" - pierwsze słowa chyba najlepiej mówią o tym, o czym jest płyta. Potem mamy króciutki Jack-in-the-Green o baśniowym duszku i wchodzi najbardziej melodyjny, chyba też najmniej skomplikowany na płycie Cup of Wonder z ciekawym tekstem: "Ask the green man where he comes from, ask the cup that fills with red. Ask the old grey standing stones that show the sun its way to bed. Question all as to their ways, and learn the secrets that they hold". A sama piosenka opowiada o dawnym święcie ludowym. Rzecz bardzo chwytliwa i lekka. Swoista perwersyjność Hunting Girl i Velvet Green zawsze mnie fascynowała, już ten charakterystyczny klawiszowy motyw z Łowczyni przyciągnął moją uwagę i do dziś jest jednym z moich ulubionych fragmentów dyskografii Tulla. To jest tak... nie wiem, jak to nazwać... rzucające się w uszy, pierwszoplanowe, przebojowe, że hej! I tekst o damie, która niekoniecznie okazuje się damą, a uwodzicielką o bardzo specyficznych zainteresowaniach (całość mocno podlana erotyką). Podobnie jest z Aksamitną Zielenią, potajemnym spotkaniu pary, które także nabiera dodatkowych znaczeń. Choć utwór bardziej nastrojowy niż chwytliwy czy energiczny. Pomiędzy nimi bożonarodzeniowe Ring Out, Solstice Bells (widziałem to u mojej cioci na składance pieśni bożonarodzeniowych, pastorałek itd.) z kapitalnymi brzmieniami instrumentów Barlowa. Potem mamy krótki i treściwy The Whistler, a następnie okropnie rzępolący, jazgotliwy i przyjmujący formę jamu Pibroch (dawny szkocki taniec) na bazie opowiastki ludowej. Anderson mówił, że dużo w tym czasie czytał o ludowych opowieściach z dawnej Anglii i stąd brał pomysły na płytę. W tamtym zresztą czasie urodził mu się syn, pani Anderson okazała się świetną towarzyszką życia i tę radość słychać na płycie (gdzie progowcy często lubią biadolić nad sobą nie wiadomo, dlaczego, skoro odnieśli taki sukces lub uciekać w abstrakcję). Ostatni na płycie jest Fire at Midnight poświęcony radości spotkania z kobietą (czyli panią Shoną) i jeszcze bonus Beltane.
Po latach, muszę przyznać, opadła już nieco moja fascynacja, prog okazał się zresztą zjawiskiem, które na dobre wbiło mi się w pamięć, ale od którego, z uwagi na przestarzałość (to ma prawie 50 lat!) i dziwne poglądy twórców, słuchaczy, komentatorów, niemal od początku się dystansowałem. Czemu tego niektórzy nie traktują jako części kultury tylko jako coś stojącego nad nią? Nie rozumiem. Im więcej się słyszy, tym bardziej różnice międzygatunkowe zacierają się. Wrzucałem tu zresztą Paintings In Yellow i, choćby z uwagi na takie sympatie, nie mogłem wsiąknąć w to środowisko (a tak w sumie to ci ludzie wydają się w pewnym sensie bardzo podobni i czuję, że te wszystkie ciągle podkreślane różnice mają zaciemnić to, że i jedni i drudzy dopięli swego celu, jakim był awans społeczny). Już nie mam aż takiej potrzeby chłonięcia gatunku, a neo (czy new) proga to w ogóle nie lubię, to jest nieświeże, użalające się nad nie wiadomo czym i w ogóle. Songs from the Wood! Płyta nieco chłodna, czasem może nadmiernie pokomplikowana, ale do wielokrotnego odkrywania.
Więcej podobnych wrzutek chyba nie będzie (na Brain Salad Surgery ELP chyba nie będę się porywał, Acquiring The Taste Gentle Giant to taka przyjemna ciekawostka jak i You Gonga i Fragile czy Relayer Yes, fascynacja Meddle Floydów chyba mi przeszła). Niewymienionymi w nawiasie chyba nigdy aż tak bardzo się nie fascynowałem, często budziły mieszane uczucia.
https://www.youtube.com/watch?v=z4UYX2q ... KWs8LgInzQ
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
zróbmy show a potem rozejdźmy się w pokoju
Jethro Tull Songs from the Wood
Moja miłość do rocka progresywnego wyrasta z podobnych korzeni jak u Melkiego. Młody dzieciak naczytał się natchnionych fraz, zapoznał się bliżej z ich równie wymyślnym tłumaczeniem, chłonął do pewnego stopnia ynteligencką otoczkę, a z czasem weryfikował te projekcje. Będziecie jeszcze świadkiem zapewne wielu wyższych uczuć, które przetrwały próbę czasu. Jethro Tull było pierwszym zespołem z topki, od którego się odbiłem i do dzisiaj nie znalazłem ani centymetra nici artystycznego porozumienia. To, że fani są społecznym nieporozumieniem jest inną sprawą. Kwestia ilości sprzedanych płyt nie robiła nigdy na mnie wrażenia. Otoczka potrafiła wyraźnie pomóc (Crimsoni w ejtisach? no cud miód) lub zaszkodzić. Te folkowe brytolskie obrazki budzą cały czas moją wyraźną niechęć. Dużo też w opisie jest o poglądach, ale ostatecznie nie ma zapodania jakichś przykładów w kontekście tego zespołu. Czy to wyraźna wada/zaleta? Pomaga koledze w lepszym odbiorze? To już któraś z kolei próba podejścia do tego tematu, ale bez konkretnego uderzenia. Chętnie o tym poczytam więcej, bo w pewnym momencie było mi blisko do takiego gruntowego grzebania tam, gdzie to po czasie okazało się zbyt przesadzone.
Znacznie bardziej wolę Melkiego w odsłonie typu Sandra. JT to historyczne odbicie od Thick as a Brick i obecne wyraźnie NIE dla Songs from the Wood. W tej pogoni za techniczną precyzją, nawarstwieniem kombinacji, nieznośnym podobieństwem do wszystkiego innego z ich repertuaru, co zdążyłem wcześniej usłyszeć... TaaB traktuję jako niezamierzoną parodię, która ostatecznie bardziej obśmiewa twórcę niż planowany obiekt żartów. Nie wiem, o co tutaj w ogóle chodzi. Nie siedzę w brytyjskim folku, a może to istotny brak, przez który nie mogę odkodować treści w jakiś właściwy dla siebie sposób? Ani lekkie, ani odpowiednie pod ognisko, w domu też nie słuchałbym tego z wieży/gramofonu. Trudno mi jest wyobrazić sobie dobrą porę na słuchanie takiej muzyki. Numer po numerze idzie specyficzna warstwa brzmieniowa. Flety, klawisze, przytłumione gitarki. Za swoistą czapę nad tym wszystkim robi ciągłe dudnienie w najróżniejszych metrum i wokalizy. Jeśli gdzieś tutaj są wszyte niuanse, inspiracje czytanymi opowieściami, itede, itepe... no to grzęzną w brei. Wszystko brzmi tak samo, nie da się wyłowić na początku żadnej sensownej partii do zapamiętania, która byłaby warta powrotu. Mandarynki na Cyclone poszły w podobne brzmienie, ale o ile więcej jest tam przestrzeni, oddechu, kompozycje są znacznie bardziej swobodne, a do tego nie ma szczypania się z użyciem syntezatorów. Szukam skojarzeń w innych tekstach, ale nie słyszę tu żadnych zmian, żadnych bożych narodzeń, jesieni. Jakieś laboratoryjne techniczne młócenie przy wyjściowym założeniu inspiracji muzyką dawną. Ring Out Solstice Bells pierwsze wyłania się z morza nijakości, ale oczywiście jest grane w powalonym rytmie i poza pierwszymi linijkami tonie w jakimś algorytmie - zagadce, której rozwiązanie w ogóle mnie nie ciekawi. Kiedy brzmi faktycznie inaczej od reszty to tylko na chwilę, i tak wpisane w jakiś ciąg niekończących się nudnych, sztucznie brzmiących figur (Velvet Green rozpisane na nuty może wyglądać wspaniale, ale na moje uszy to efekciarski, męczący piruet). Jeśli w muzyce nie ma ducha albo nie udaje się go odnaleźć to traktuję ją totalnie neutralnie, a nie wiem, czy o to powinno chodzić. Dostając takie zaproszenie liczę na serducho, nie laboratorium, stąd wrażenie chybienia. Żaden utwór z osobna nie zasłużył na wyróżnienie. Niby w Pibroch robi się miejsce na rozbieg, ale do zaproponowania jest ten sam zestaw partii. O, moje ulubione momenty to co najwyżej niezamierzone klawiszowe podobieństwo do Tomity (właśnie Pibroch i Velvet Green, ale oczywiście przez jakieś kilkanaście sekund).
Trochę nieprzyjemne uczucie zaczynać w ten sposób, cóż zrobić xD
Jethro Tull Songs from the Wood
Moja miłość do rocka progresywnego wyrasta z podobnych korzeni jak u Melkiego. Młody dzieciak naczytał się natchnionych fraz, zapoznał się bliżej z ich równie wymyślnym tłumaczeniem, chłonął do pewnego stopnia ynteligencką otoczkę, a z czasem weryfikował te projekcje. Będziecie jeszcze świadkiem zapewne wielu wyższych uczuć, które przetrwały próbę czasu. Jethro Tull było pierwszym zespołem z topki, od którego się odbiłem i do dzisiaj nie znalazłem ani centymetra nici artystycznego porozumienia. To, że fani są społecznym nieporozumieniem jest inną sprawą. Kwestia ilości sprzedanych płyt nie robiła nigdy na mnie wrażenia. Otoczka potrafiła wyraźnie pomóc (Crimsoni w ejtisach? no cud miód) lub zaszkodzić. Te folkowe brytolskie obrazki budzą cały czas moją wyraźną niechęć. Dużo też w opisie jest o poglądach, ale ostatecznie nie ma zapodania jakichś przykładów w kontekście tego zespołu. Czy to wyraźna wada/zaleta? Pomaga koledze w lepszym odbiorze? To już któraś z kolei próba podejścia do tego tematu, ale bez konkretnego uderzenia. Chętnie o tym poczytam więcej, bo w pewnym momencie było mi blisko do takiego gruntowego grzebania tam, gdzie to po czasie okazało się zbyt przesadzone.
Znacznie bardziej wolę Melkiego w odsłonie typu Sandra. JT to historyczne odbicie od Thick as a Brick i obecne wyraźnie NIE dla Songs from the Wood. W tej pogoni za techniczną precyzją, nawarstwieniem kombinacji, nieznośnym podobieństwem do wszystkiego innego z ich repertuaru, co zdążyłem wcześniej usłyszeć... TaaB traktuję jako niezamierzoną parodię, która ostatecznie bardziej obśmiewa twórcę niż planowany obiekt żartów. Nie wiem, o co tutaj w ogóle chodzi. Nie siedzę w brytyjskim folku, a może to istotny brak, przez który nie mogę odkodować treści w jakiś właściwy dla siebie sposób? Ani lekkie, ani odpowiednie pod ognisko, w domu też nie słuchałbym tego z wieży/gramofonu. Trudno mi jest wyobrazić sobie dobrą porę na słuchanie takiej muzyki. Numer po numerze idzie specyficzna warstwa brzmieniowa. Flety, klawisze, przytłumione gitarki. Za swoistą czapę nad tym wszystkim robi ciągłe dudnienie w najróżniejszych metrum i wokalizy. Jeśli gdzieś tutaj są wszyte niuanse, inspiracje czytanymi opowieściami, itede, itepe... no to grzęzną w brei. Wszystko brzmi tak samo, nie da się wyłowić na początku żadnej sensownej partii do zapamiętania, która byłaby warta powrotu. Mandarynki na Cyclone poszły w podobne brzmienie, ale o ile więcej jest tam przestrzeni, oddechu, kompozycje są znacznie bardziej swobodne, a do tego nie ma szczypania się z użyciem syntezatorów. Szukam skojarzeń w innych tekstach, ale nie słyszę tu żadnych zmian, żadnych bożych narodzeń, jesieni. Jakieś laboratoryjne techniczne młócenie przy wyjściowym założeniu inspiracji muzyką dawną. Ring Out Solstice Bells pierwsze wyłania się z morza nijakości, ale oczywiście jest grane w powalonym rytmie i poza pierwszymi linijkami tonie w jakimś algorytmie - zagadce, której rozwiązanie w ogóle mnie nie ciekawi. Kiedy brzmi faktycznie inaczej od reszty to tylko na chwilę, i tak wpisane w jakiś ciąg niekończących się nudnych, sztucznie brzmiących figur (Velvet Green rozpisane na nuty może wyglądać wspaniale, ale na moje uszy to efekciarski, męczący piruet). Jeśli w muzyce nie ma ducha albo nie udaje się go odnaleźć to traktuję ją totalnie neutralnie, a nie wiem, czy o to powinno chodzić. Dostając takie zaproszenie liczę na serducho, nie laboratorium, stąd wrażenie chybienia. Żaden utwór z osobna nie zasłużył na wyróżnienie. Niby w Pibroch robi się miejsce na rozbieg, ale do zaproponowania jest ten sam zestaw partii. O, moje ulubione momenty to co najwyżej niezamierzone klawiszowe podobieństwo do Tomity (właśnie Pibroch i Velvet Green, ale oczywiście przez jakieś kilkanaście sekund).
Trochę nieprzyjemne uczucie zaczynać w ten sposób, cóż zrobić xD
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Przyznaję jestem w szoku, chyba najbardziej wymęczona recka ze strony Dragona do tej pory ale bynajmniej nie rzucam kamieniem, wiem jak to czasem bywa 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Jehtro Tull - Songs From the Wood
Nie wiem, NIE WIEM, ostatnio dużo rzucam takimi mentosowymi bon motami, no ale co zrobić, jeśli ta płyta krzyczy pewną RZETELNOŚCIĄ produkcji, ale niestety, mimo całej mojej sympatii do jednego z ulubionych zespołów mojej mamy nie jestem w stanie wyciągnąć jakiegoś kosmicznego entuzjazmu z głębi siebie, ale, żeby nie było! Próbowałem, po prostu trochę poległem, wybaczcie
Czy raczej niech Melczet wybacza. Przede wszystkim, znów mam poczucie, że gdzieś już słyszałem przynajmniej tytułowy, a na pewno kilka numerów z krążka samego w sobie, np. Cup of Wonder, no nie ma cholery, żebym tego nie słuchał wcześniej. Tylko nie pamiętam okoliczności, to mogło być zupełnie przypadkiem jakieś 14 lat temu, mogło być 24 lata temu z jakiejś kompilacji starych odpalanej na ich ancient wieży Sanyo. No, mniejsza o to. Muzyka?
Na sam-sam początek, Anderson na okładce w pięknej pozie leśnego dziada, który do garczka zaraz naleje źródlanej wody, zagotuje w niej grzybów i randomowych warzyw, oskóruje króliki i dźgnie je na badyle, któe następnie nastawi nad tym eleganckim ogniskiem. No i będzie uczta Wielkiego Łowczego. Czy ja mam tutaj ucztę muzyczną? Zaprawdę, trudno powiedzieć. Słuchałem całości dwa razy, i muszę tutaj przyznać, że nie dałem rady więcej. Nie, żeby ta płyta była jakaś zła czy coś, ale po prostu nie mam teraz za cholery vibe'u na taką muzykę, no ani krzty, nic nie poradzę. To jest muzyka dobra do późnowrześniowego włóczenia się po jakiejś prowincji, koniecznie mocno zalesionej, może w regionach Polski, w których mnie jeszcze nie było? Np. Podkarpacie? Lubelszczyzna? Albo chociaż Pojezierze Myśliborskie, no nie wiem. I to obowiązkowo przynajmniej z plecakiem i solidnym nożem wciśniętym w pochwę przywiązaną do tegoż plecaka. Aaa, no i piersiówka ze spirytusem, obowiązkowo również xD Czytam sobie o tym albumie na Wiki, albowiem lubię wiedzieć rzeczy (ale czytam dokładniej i nic tu nie przeklejam hehe), i tak się dowiaduję, że ten jakże wyraźnie FOLK ROCKOWY album został nagrany po tym, jak Anderson kupił posiadłość na wsi i zaczął się zaczytywać w brytyjskich legendach ludowych. To, co najbardziej mi się rzuca w uszy na tym krążku to właśnie ten delikatny medieval-core (momentami nie aż tak delikatny), który jednak w innych wrzutach Melczeta bywał ładniej zarysowany... Tutaj mam poczucie obcowania z Belbury Poly z epoki, tylko bez syntezatorów, za to z gitarami - muzycy przebrani za leśne elfy trzymają w rękach cytry i mandoliny, inni, przebrani za druidów, siedzą przy prymitywnych zestawach perkusyjnych, wielka uczta w półotwartym skrzydle potężnej warowni pośród lasów, gdzieś tam jeziorko, gdzieś jakiś jarmark, wiosennie, albo letnio, albo wczesnojesiennie (serio, musiałbym chyba słuchać tej płyty na zamku, żeby tak bardzo mi się z wrześniem nie kojarzyła, skąd ja tę wiosnę wziąłem...), w każdym razie jeszcze kolorowo, zające, sarny i dziczyzna na ruszcie. I miód pitny (ale bym dwójniaka walnął...). Następnym razem, jak zorganizuję jakieś ognisko, to puszczam tę płytę xD Naprawdę. I będzie ścisły dress code, żeby była jasność! Goście wejdą na teren, a tutaj z taniego głośniczka bezprzewodowego będzie napieprzać Jethro Tull na zmianę z przynajmniej Vikiem Marsem. No dobra, ale tak słucham sobie i słucham już 3 w sumie raz i co ja mam powiedzieć... Najbardziej folkowe, ale też pod jakimś względem typowo rockowe dla mnie są pierwsze 3 kawałki - przy czym najlepiej wchodzi Cup of Wonder, może dlatego, że to po prostu skądś znam (niby też WYDAJE MI SIĘ, że skądś znam Songs From the Wood, ale ni cholery nie zapala to żadnej lampki, nic, zero, null). Nie twierdzę tutaj, że dwa pozostałe są do chrzanu, ale stricte subiektywnie ten ostatni z tej trójki jest najlepszy i end of story. Jack-in-the-Green mógłby być z nim ex aequo, bo jest... krótki, a jak już powiedziałem, nie łażę teraz po lesie i nie nacinam kiełby na grilla, żeby się jarać w pełni taką muzyką. Immersję przywraca mi Hunting Girl, które mnie autentycznie urzeka i powiem wręcz, że to dla mnie najlepszy (obok jeszcze jednego i jeszcze jednego) kawałek na płycie. Jest odpowiednio i rockowy i folkowy i ma w sobie to progowe coś (w ogóle, tak nawiązując trochę do tego, co imć Hien napisał nt. mojej wrzuty z Marillionem, tutaj jest festynowo ale średniowiecznie, nie zaś odpustowo-jarmarcznie, jak z Incommunicado, z czym się generalnie... zgadzam, albowiem ten ich prog zawsze mi zajeżdżał trochę takim średniowiecznym festem, ale bardziej w klimatach rekonstrukcji historycznej, gdzie trubadurzy mają syntezatory cyfrowe i szykując się do występu dla lokalnej gawiedzi odsłuchiwali najbardziej popularnej muzyki w tych rejonach - padło na Akcent), Anderson ładnie śpiewa, wszyscy ładnie grają, jest odpowiedni klimat MIMO braku jesieni za oknem (ta przyjdzie szybciej, niż bym się spodziewał...). WIEM, walę tonę dygresji póki co i w ogóle jakoś tak mało się koncentruję na konkretach, ale ja bardziej tę płytę czuję, tzn. ja jej nie czuję, a przynajmniej nie AŻ TAK, ale daję jej szansę, bo jednak jakoś ją tam czuję i mogę bardziej... czucie mi przywraca Ring Out, Solstice Bells, które jest po prostu przyjemnym i bardzo klimatycznym numerem, a takie wprowadzają mnie w bardzo przyjemny nastrój czillu. Oddaję się więc czillowi i słucham sobie i odpływam nie zauważając w pierwszej kolejności oczywistego - jak Velvet Green zabiera mnie z powrotem na dziedziniec jakiegoś Malborka, choć jednak chyba bardziej Chęcin, następnie zabiera do zamkowej kuchni, tajnych korytarzy, w końcu komnat z arrasami i elegancko zdobionymi drewnianymi meblami. Na nich mosiężne czary, a w nich dwójniak xD A tak serio, to jest najbardziej Heroes-like numer na tym albumie i strasznie mi się spodobał, wyjątkowo wprost. Pomimo tego, że momentami brzmi aż nazbyt staroświecko, to jednak te przejścia, te zabiegi, te zwroty akcji w muzyce, ten... klawesyn? Co to w ogóle za instrumentarium jest? Dalej na Wiki czytam, że zespół zorganizował sprzęt z epoki, żeby lepiej poczuć klimat (ciekawe, czy byli w studio przebrani za XII-wiecznych szlachciców, immersja to immersja), i to im się udało, zresztą - z sukcesem sprzedali ten klimat mnie. To będzie drugi super numer. Czy trzecim może być The Whistl... aaaa, huiiia, nie będzie! Choć mógłby to być oczywisty wybór i przez moment myślałem, że tak właśnie będzie - podobnie do Hunter Girl łączy w sobie te elementy tego typu muzyki, trochę rockowej, trochę folkowej, trochę progu a trochę Ryszarda Lwie Serce, które mnie kupują, jednak chyba... zrobiło się za lekko jak na grupę, która lubiła walić w gitary. Także moim trzecim ulubionym numerem z albumu będzie następny - Pibroch. Uwielbiam to, jak zaczyna się tym przesterowanym wiosłem, a potem znów wjeżdża band Mówią Wieki, znowu brzmienia są mocno klimatyczne, takie w sam raz do siedzenia w wygodnym fotelu pośrodku wyłożonego brązową boazerią pokoju (ale obowiązkowo z czerwonym, znaczy ciemnoczerwonym i grubym dywanem na podłodze), na ścianach wiszą poroża - mogą być sztuczne - różnorakiej i groźnej zwierzyny, a obok portret przedstawiający Iana Andersona w tym właśnie pięknym stroju z okładki albumu. Gosposia zaraz przyniesie grochówki o smaku dziczka, i Wuj z tym, że z torebki, bo nie umiem obsługiwać sztucera. A jeśli nie ten fotel, to może Biskupin (tak, wiem, to nie osada średniowieczna ani nie piastowska tylko kultura łużycka i to zrekonstruowana w jakimś XIX wieku, kogo to teraz obchodzi)? W każdym razie Pibroch wygrywa, w dodatku ma to piękne elektro-dęte solo na koniec (które przechodzi w doskonałe połączenie pianina i smyków), jakie od razu przywodzi na myśl "zawołania" myśliwych na pogoni. Nie zapominamy jednak o tym, gdzie jesteśmy, i chwilę później atakuje skrzecząca gitara, która fantastycznie wybrzmiewa do końca piosenki. Dojeżdżamy powoli do końca i tutaj zaczynam obserwować coś takiego, mianowicie mam wrażenie, że w pewnym momencie ten album zaczyna pożerać własny ogon. Przy drugim odsłuchu - a pisząc te słowa odświeżam sobie całość, więc leci też trzeci - zacząłem się już orientować, co jest grane. Niby zabiegi są różne, niby słychać te twisty etc., ale tutaj jest coś takiego, co generalnie robi u mnie pewien problem z progiem (ale ja mogę mieć problem z progiem przez bias, a ten album PO PROSTU taki jest i nic się nie da na to poradzić), a więc ta nieco nazbyt daleko posunięta powtarzalność. Jakbym słuchał w kółko tego samego zdania wypowiedzianego innymi słowami, innym szykiem, nawet z błędami - zamierzonymi tho! - ale to nie jest nic na dłuższą metę nowego. I właśnie przez to już Fire at Midnight mnie zwyczajnie nudzi. Beltane ratuje się fajnymi gitarami, zwłaszcza przy otwarciu, w ogóle tutaj najwyraźniej dociera do moich uszu słynny Flet<TM>, co oczywiście cieszy, bo po coś to Jethro Tull istnieje (największa beka z tego, że wciąż istnieje, chyba już tyle samo lat co Sparks), ale robi się sennie i ja jestem znużony (budzi mnie fajna coda, ale nie na długo). Już mi się bieganie po lesie znudziło. Albo po prostu, no nie wiem, JESIEŃ?
Nie pastwiłem się więc, jak widać, jakoś soczyście nad tym krążkiem, co więcej - ktoś mógłby nabrać wrażenia (np. imć Melczet), że ta płyta mi się właściwie spodobała, ale co, wstyd mi było się do tego przyznać? No nie do końca jest i tak i tak, albowiem nie wiem, dlaczego miałbym się wstydzić, to na pewno, ale jeśli z kolei chodzi o ten krążek tak w ogóle, to jest trochę... trochę zbyt klimatyczny (LOL), a ja teraz no NIE MAM tego vibe'u, za to naprawdę chętnie puszczę ją w październiku, jakoś u progu jesieni, przewalając się przez jakiś las, albo najlepiej pojadę do jakiegoś skansenu jej posłuchać. Może jeszcze gdybym się zamknął w jakiejś drewnianej chacie pośrodku puszczy albo na skraju wielkiego boru to byłoby jeszcze fajniej i immersyjniej, ja tego sam tutaj aż tak nie czuję, a to jest taka muzyka, gdzie ja muszę coś czuć, bo technicznie oczywiście mogę ją dobrze ocenić (czy też ocenić po prostu), ale i tak nie czułbym się z tym dobrze jako kompletny anty-ekspert w sprawie progu xD No dobra, za wiele tego progu to tu nie ma, ale z folkiem też nie jestem bardzo blisko. Powiem tyle - prawdopodobnie grower, ale tego dowiemy się dopiero za kilka miesięcy, zakładając, że dożyję. Oby, bo mam ochotę połazić po ściółce i szukać grzybów. Soundtrack już mam.
Nie wiem, NIE WIEM, ostatnio dużo rzucam takimi mentosowymi bon motami, no ale co zrobić, jeśli ta płyta krzyczy pewną RZETELNOŚCIĄ produkcji, ale niestety, mimo całej mojej sympatii do jednego z ulubionych zespołów mojej mamy nie jestem w stanie wyciągnąć jakiegoś kosmicznego entuzjazmu z głębi siebie, ale, żeby nie było! Próbowałem, po prostu trochę poległem, wybaczcie
Na sam-sam początek, Anderson na okładce w pięknej pozie leśnego dziada, który do garczka zaraz naleje źródlanej wody, zagotuje w niej grzybów i randomowych warzyw, oskóruje króliki i dźgnie je na badyle, któe następnie nastawi nad tym eleganckim ogniskiem. No i będzie uczta Wielkiego Łowczego. Czy ja mam tutaj ucztę muzyczną? Zaprawdę, trudno powiedzieć. Słuchałem całości dwa razy, i muszę tutaj przyznać, że nie dałem rady więcej. Nie, żeby ta płyta była jakaś zła czy coś, ale po prostu nie mam teraz za cholery vibe'u na taką muzykę, no ani krzty, nic nie poradzę. To jest muzyka dobra do późnowrześniowego włóczenia się po jakiejś prowincji, koniecznie mocno zalesionej, może w regionach Polski, w których mnie jeszcze nie było? Np. Podkarpacie? Lubelszczyzna? Albo chociaż Pojezierze Myśliborskie, no nie wiem. I to obowiązkowo przynajmniej z plecakiem i solidnym nożem wciśniętym w pochwę przywiązaną do tegoż plecaka. Aaa, no i piersiówka ze spirytusem, obowiązkowo również xD Czytam sobie o tym albumie na Wiki, albowiem lubię wiedzieć rzeczy (ale czytam dokładniej i nic tu nie przeklejam hehe), i tak się dowiaduję, że ten jakże wyraźnie FOLK ROCKOWY album został nagrany po tym, jak Anderson kupił posiadłość na wsi i zaczął się zaczytywać w brytyjskich legendach ludowych. To, co najbardziej mi się rzuca w uszy na tym krążku to właśnie ten delikatny medieval-core (momentami nie aż tak delikatny), który jednak w innych wrzutach Melczeta bywał ładniej zarysowany... Tutaj mam poczucie obcowania z Belbury Poly z epoki, tylko bez syntezatorów, za to z gitarami - muzycy przebrani za leśne elfy trzymają w rękach cytry i mandoliny, inni, przebrani za druidów, siedzą przy prymitywnych zestawach perkusyjnych, wielka uczta w półotwartym skrzydle potężnej warowni pośród lasów, gdzieś tam jeziorko, gdzieś jakiś jarmark, wiosennie, albo letnio, albo wczesnojesiennie (serio, musiałbym chyba słuchać tej płyty na zamku, żeby tak bardzo mi się z wrześniem nie kojarzyła, skąd ja tę wiosnę wziąłem...), w każdym razie jeszcze kolorowo, zające, sarny i dziczyzna na ruszcie. I miód pitny (ale bym dwójniaka walnął...). Następnym razem, jak zorganizuję jakieś ognisko, to puszczam tę płytę xD Naprawdę. I będzie ścisły dress code, żeby była jasność! Goście wejdą na teren, a tutaj z taniego głośniczka bezprzewodowego będzie napieprzać Jethro Tull na zmianę z przynajmniej Vikiem Marsem. No dobra, ale tak słucham sobie i słucham już 3 w sumie raz i co ja mam powiedzieć... Najbardziej folkowe, ale też pod jakimś względem typowo rockowe dla mnie są pierwsze 3 kawałki - przy czym najlepiej wchodzi Cup of Wonder, może dlatego, że to po prostu skądś znam (niby też WYDAJE MI SIĘ, że skądś znam Songs From the Wood, ale ni cholery nie zapala to żadnej lampki, nic, zero, null). Nie twierdzę tutaj, że dwa pozostałe są do chrzanu, ale stricte subiektywnie ten ostatni z tej trójki jest najlepszy i end of story. Jack-in-the-Green mógłby być z nim ex aequo, bo jest... krótki, a jak już powiedziałem, nie łażę teraz po lesie i nie nacinam kiełby na grilla, żeby się jarać w pełni taką muzyką. Immersję przywraca mi Hunting Girl, które mnie autentycznie urzeka i powiem wręcz, że to dla mnie najlepszy (obok jeszcze jednego i jeszcze jednego) kawałek na płycie. Jest odpowiednio i rockowy i folkowy i ma w sobie to progowe coś (w ogóle, tak nawiązując trochę do tego, co imć Hien napisał nt. mojej wrzuty z Marillionem, tutaj jest festynowo ale średniowiecznie, nie zaś odpustowo-jarmarcznie, jak z Incommunicado, z czym się generalnie... zgadzam, albowiem ten ich prog zawsze mi zajeżdżał trochę takim średniowiecznym festem, ale bardziej w klimatach rekonstrukcji historycznej, gdzie trubadurzy mają syntezatory cyfrowe i szykując się do występu dla lokalnej gawiedzi odsłuchiwali najbardziej popularnej muzyki w tych rejonach - padło na Akcent), Anderson ładnie śpiewa, wszyscy ładnie grają, jest odpowiedni klimat MIMO braku jesieni za oknem (ta przyjdzie szybciej, niż bym się spodziewał...). WIEM, walę tonę dygresji póki co i w ogóle jakoś tak mało się koncentruję na konkretach, ale ja bardziej tę płytę czuję, tzn. ja jej nie czuję, a przynajmniej nie AŻ TAK, ale daję jej szansę, bo jednak jakoś ją tam czuję i mogę bardziej... czucie mi przywraca Ring Out, Solstice Bells, które jest po prostu przyjemnym i bardzo klimatycznym numerem, a takie wprowadzają mnie w bardzo przyjemny nastrój czillu. Oddaję się więc czillowi i słucham sobie i odpływam nie zauważając w pierwszej kolejności oczywistego - jak Velvet Green zabiera mnie z powrotem na dziedziniec jakiegoś Malborka, choć jednak chyba bardziej Chęcin, następnie zabiera do zamkowej kuchni, tajnych korytarzy, w końcu komnat z arrasami i elegancko zdobionymi drewnianymi meblami. Na nich mosiężne czary, a w nich dwójniak xD A tak serio, to jest najbardziej Heroes-like numer na tym albumie i strasznie mi się spodobał, wyjątkowo wprost. Pomimo tego, że momentami brzmi aż nazbyt staroświecko, to jednak te przejścia, te zabiegi, te zwroty akcji w muzyce, ten... klawesyn? Co to w ogóle za instrumentarium jest? Dalej na Wiki czytam, że zespół zorganizował sprzęt z epoki, żeby lepiej poczuć klimat (ciekawe, czy byli w studio przebrani za XII-wiecznych szlachciców, immersja to immersja), i to im się udało, zresztą - z sukcesem sprzedali ten klimat mnie. To będzie drugi super numer. Czy trzecim może być The Whistl... aaaa, huiiia, nie będzie! Choć mógłby to być oczywisty wybór i przez moment myślałem, że tak właśnie będzie - podobnie do Hunter Girl łączy w sobie te elementy tego typu muzyki, trochę rockowej, trochę folkowej, trochę progu a trochę Ryszarda Lwie Serce, które mnie kupują, jednak chyba... zrobiło się za lekko jak na grupę, która lubiła walić w gitary. Także moim trzecim ulubionym numerem z albumu będzie następny - Pibroch. Uwielbiam to, jak zaczyna się tym przesterowanym wiosłem, a potem znów wjeżdża band Mówią Wieki, znowu brzmienia są mocno klimatyczne, takie w sam raz do siedzenia w wygodnym fotelu pośrodku wyłożonego brązową boazerią pokoju (ale obowiązkowo z czerwonym, znaczy ciemnoczerwonym i grubym dywanem na podłodze), na ścianach wiszą poroża - mogą być sztuczne - różnorakiej i groźnej zwierzyny, a obok portret przedstawiający Iana Andersona w tym właśnie pięknym stroju z okładki albumu. Gosposia zaraz przyniesie grochówki o smaku dziczka, i Wuj z tym, że z torebki, bo nie umiem obsługiwać sztucera. A jeśli nie ten fotel, to może Biskupin (tak, wiem, to nie osada średniowieczna ani nie piastowska tylko kultura łużycka i to zrekonstruowana w jakimś XIX wieku, kogo to teraz obchodzi)? W każdym razie Pibroch wygrywa, w dodatku ma to piękne elektro-dęte solo na koniec (które przechodzi w doskonałe połączenie pianina i smyków), jakie od razu przywodzi na myśl "zawołania" myśliwych na pogoni. Nie zapominamy jednak o tym, gdzie jesteśmy, i chwilę później atakuje skrzecząca gitara, która fantastycznie wybrzmiewa do końca piosenki. Dojeżdżamy powoli do końca i tutaj zaczynam obserwować coś takiego, mianowicie mam wrażenie, że w pewnym momencie ten album zaczyna pożerać własny ogon. Przy drugim odsłuchu - a pisząc te słowa odświeżam sobie całość, więc leci też trzeci - zacząłem się już orientować, co jest grane. Niby zabiegi są różne, niby słychać te twisty etc., ale tutaj jest coś takiego, co generalnie robi u mnie pewien problem z progiem (ale ja mogę mieć problem z progiem przez bias, a ten album PO PROSTU taki jest i nic się nie da na to poradzić), a więc ta nieco nazbyt daleko posunięta powtarzalność. Jakbym słuchał w kółko tego samego zdania wypowiedzianego innymi słowami, innym szykiem, nawet z błędami - zamierzonymi tho! - ale to nie jest nic na dłuższą metę nowego. I właśnie przez to już Fire at Midnight mnie zwyczajnie nudzi. Beltane ratuje się fajnymi gitarami, zwłaszcza przy otwarciu, w ogóle tutaj najwyraźniej dociera do moich uszu słynny Flet<TM>, co oczywiście cieszy, bo po coś to Jethro Tull istnieje (największa beka z tego, że wciąż istnieje, chyba już tyle samo lat co Sparks), ale robi się sennie i ja jestem znużony (budzi mnie fajna coda, ale nie na długo). Już mi się bieganie po lesie znudziło. Albo po prostu, no nie wiem, JESIEŃ?
Nie pastwiłem się więc, jak widać, jakoś soczyście nad tym krążkiem, co więcej - ktoś mógłby nabrać wrażenia (np. imć Melczet), że ta płyta mi się właściwie spodobała, ale co, wstyd mi było się do tego przyznać? No nie do końca jest i tak i tak, albowiem nie wiem, dlaczego miałbym się wstydzić, to na pewno, ale jeśli z kolei chodzi o ten krążek tak w ogóle, to jest trochę... trochę zbyt klimatyczny (LOL), a ja teraz no NIE MAM tego vibe'u, za to naprawdę chętnie puszczę ją w październiku, jakoś u progu jesieni, przewalając się przez jakiś las, albo najlepiej pojadę do jakiegoś skansenu jej posłuchać. Może jeszcze gdybym się zamknął w jakiejś drewnianej chacie pośrodku puszczy albo na skraju wielkiego boru to byłoby jeszcze fajniej i immersyjniej, ja tego sam tutaj aż tak nie czuję, a to jest taka muzyka, gdzie ja muszę coś czuć, bo technicznie oczywiście mogę ją dobrze ocenić (czy też ocenić po prostu), ale i tak nie czułbym się z tym dobrze jako kompletny anty-ekspert w sprawie progu xD No dobra, za wiele tego progu to tu nie ma, ale z folkiem też nie jestem bardzo blisko. Powiem tyle - prawdopodobnie grower, ale tego dowiemy się dopiero za kilka miesięcy, zakładając, że dożyję. Oby, bo mam ochotę połazić po ściółce i szukać grzybów. Soundtrack już mam.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
- Mamo, Mamo, kup mi prog rock
- Mamy prog rock w lesie
Prog rock w lesie:
Jeff Rothal - Songs from the Woods
Jethro Tull to zespół, który znałem z legend zanim coś świadomie usłyszałem. A nawet jak usłyszałem, to długo nie wiedziałem, że to Dżefro. Między 2002, a 2003 rokiem, regularnie słuchałem Kaczkowskiego w Trójce. Na rozpoczęcie chyba pierwszej godziny audycji, puszczał zawsze „Cheerio”. Dopiero po jakimś czasie dowiedziałem się, że to Jethro Tull.
Co mnie w pierwszej kolejności przyciągnęło do tego zespołu, to instrument niejako wiodący, czyli flet. Na owym flecie, kiedy akurat nie śpiewał, grał lider i wokalista grupy, czyli Ian Andreson. Anderson był znany z tego, że na koncertach specyficznie tańcował po scenie, jednocześnie grając na tym flecie, wyglądając jakby zaklinał szczury. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem. Robiło to na mnie takie wrażenie, że musiał w końcu zanurkować w tej muzie. Mimo to, Jethro nie był jednym z bardziej przeze mnie eksploatowanych zespołów progresywnych, nie wracałem do nich jakoś bardzo często, poza „Christmas Album”, który jest perfekcyjnym świątecznym albumem. No, ale właśnie. Od razu zaznaczę jedną rzecz, Dżefro to nie jest muza na lato, przynajmniej dla mnie. Wczesna deszczowa wiosna, zima, super, ale upalne, pełne słońca dni? Średnio. Tym bardziej, podchodziłem do przesłuchania „Songs from the Wood” z lekką rezerwą. Myślałem, że słuchałem kiedyś tej płyty, ale chyba jednak nie, zatem Melki zrobił mi progresywną premierę po latach. Cała ta płyta zalatuje mocno muzyką celtycką, której kiedyś zdarzało mi się słuchać, głównie pod wpływem soundtracków do serii Heroes of Might and Magic. Znowu muszę tutaj wspomnieć o Rampart z HoMM 3 i tym utworze
https://www.youtube.com/watch?v=j3HbHhe ... l=Khalbrae
i teraz w sumie powinno wam się rozjaśnić, czemu mam słabość do muzyki „z lasu”. To był tez mój główny punkt zaczepienia, kiedy pierwszy raz zderzyłem się z „Songs from the Woods” i kompletnie nic nie zapamiętałem, poza tym, że były fajne fragmenty zalatujące Heroesami. Ale to już jest przecież bardzo dużo!
Myślę, że analogia lasu, do którego wchodzi się nie znając drogi, licząc na łaskę losu, pasuje tutaj idealnie, bo ja się właśnie tak z początku czułem. Nigdy nie wiadomo co czyha za kolejnym drzewem, słyszysz jakieś dźwięki, które po chwili milkną, słyszysz głosy ludzi, ale nie wiesz skąd dochodzą, bo niesie je wiatr, itd., itd. Wszystko to jednak jest czymś bardzo pozytywnym.
Tytułowy wita nas trochę cringowym zaśpiewem, a z drugiej strony typowe Jethro Tull. Przebija się tutaj średniowieczne instrumentarium (np. klawikord, ten sam, którego użyli The Czars w „Drug”). Od połowy kawałek robi zwrot, zaczynają się dziać dziwne rzeczy, ale ‘fajnie’ dziwne. Wkrada się momentami wankerstwo, ale na tyle ciekawie zaprezentowane, że w moim kanonie to uchodzi. Wstawki na flecie są takie, jakie powinny być w zespole, który owy instrument taktuje niemal jako maskotkę, czyli zajebsite.
„Jack-in-the-Green” zaczyna się jak jakieś Nirvana Unplugged. Anderson warczy, jak nie on. W tle mocno folkowo, no ale to taka płyta. Po samym tym brzmieniu można poznać, kiedy ten album został nagrany. Utwór potrzebował parę przesłuchań żeby się wgryźć, ale ostatecznie jest to jeden z moich ulubionych fragmentów płyty.
„Cup of Wonder” zalatuje mi jakimś hipisowskim graniem, albo czymś co się nadaje na amerykańską paradę (nie wiem, czy te dwie rzeczy da się połączyć, ale Jethro Tull dali radę, tylko komu to było potrzebne xD). Momentami pobrzmiewa mi to też lekkością Dave Matthews Band, gdyby byli zespołem folk-rockowym. Fragment w środku z rytmicznym pianinem i ozdobnikami brzmi super, podobnie jak następująca po tym partia na flecie. Na tym etapie, mam już pewne przemyślenie na temat całości. „Songs from the Woods” to jest niesamowita zbieranina ścinków, motywów które pojawiają się na chwilę, i kiedy człowiek już zaczyna się w jakiś fragment wkręcać, to on się kończy. Ostatecznie, utwór jest znacznie lepszy niż sugeruje to początek. Szokujący jak na prog-rocka, fade out.
„Hunting Girl” znowu ma intro, które przypomina siusiak wie co, ale oni naprawdę nie umieją w intra na tym albumie, więc macham ręką od razu, bo wiem, że potem będzie lepiej. To co wchodzi dalej, przypomina mi trochę wczesne Goblin, czyli cięty rock i organy, ale potem znowu zmiana, bo partia na flet musi mieć przecież unikalne tło xD Potem wchodzą hard rockowe riffy i wokal, powiem nawet, że jest to pierwszy na tej płycie banger xD Nie wiem, wyczuwam tu coś ze starych heavy metalowych zespołów, ala Black Sabbath, tylko oczywiście tutaj podane w sofciarski, folkowy sposób.
„Ring Out Solstice Bells”, śmiesznie się składa bo mieliśmy przesilenie tydzień temu. Wychodzi na to, że przynajmniej ten utwór, powinien pasować na czerwiec. Fajne są te fragmenty od 1:30, ale potem też jest całkiem spoko, czego oczywiście pierwsze pół minuty nie sugerowało. Pod koniec wchodzą te jingle dzwoneczki i już sam prostytutka nie wiem, co tu się dzieje xD Albo wiem. Tu po prostu chodziło o przesilenie zimowe. SORRY MELKI.
„Velvet Green” zaczyna się jak coś ze średniowiecznej sztuki teatralnej. Na tym etapie płyty, partie na flecie zaczynają przestawać robić wrażenie, bo po prostu Anderson gra w kółko to samo. Fragment po 1:40 kojarzy mi się moooocno z „Blood & Fire” Type O Negative. No, są takie momenty, kiedy Jethro Tull brzmią jak zespół bardzo wpływowy, niemal przepowiadający przyszłosć swoimi pomysłami i performensem. Przed 3 minutą wchodzi znowu coś co kojarzy mi się z jakimś Leprikonem tańczącym na około garnka złota na końcu tęczy. Taki celtic-folk na pełnej. Potem znowu wraca Type O Negative, z fajną tremolo gitarą w tle, która jest tak maksymalnie schowana w miksie, że ledwo ją słychać. Potem znowu średniowiecze, i powiem szczerze, że zadziwiająco mnie ten kocioł wpływów nie wkurza. To jest dobrze zrobiony prog, gdzie z pozoru nie pasujące do siebie elementy, pasują doskonale i nie wydają się tylko miksem zrobionym z kaprysu (czyli złym prog rockiem).
„The Whistler”, szok, ma zajebiste intro. W refrenie znowu wchodzi jakiś zapomniany amerykański hit z Woodstocka i obligatoryjna wstawka na flecie. Te „smutniejsze” fragmenty, przypominają mi bardzo lekko „Entangled” Genesis, który to jest wybitnym utworem. Tutaj nie dochodzi się do takiego poziomu, ale nie oczekuję aż takich fajerwerków. Ostatecznie, Jethro wyjątkowo trzymają się tutaj ograniczonej ilości segmentów, dzięki czemu wszystko jakoś konkretniej płynie. Jeden z moich ulubionych, o ile nie ulubiony fragment płyty.
„Pibroch” zaczyna się jakby jakiś super gitarzysta ala Satriani, czy Bonamassa, grał na stadionie solówkę i milion ludzi wiwatuje, przy czym nie jest na szczeście wankerska solówka. Oczywiście, potem wszystko robi skręt i numer kompletnie zmienia charakter. Tym razem mam skojarzenia z Opeth, ale nie zdziwiłoby mnie jakoś mocno, gdyby się okazało, że Mikael Akerfeldt jest fanen Dżefro, wręcz jestem tego pewien. Kawałek ma ten fajny, wlatujący trochę z dupy segment, który mocno uwypukla celtyckie naleciałości. Flet robi robotę (hehe). Jest tu chyba największe nagromadzenie drobnicy pomysłów, jednak 8 minut z hakiem to format, który trzeba umieć zapełnić tak, żeby się to nie rozleciało. IMO wyszło połowicznie. Ja w pewnym momencie wypadam z tego rollercoastera i nie potrafię się odnaleźć. Mam wręcz wrażenie, że gdzieś w połowie, oni ten numer po prostu zagrali drugi raz, ale od tyłu.
„Fire at Midnight”, kilkusekundowe intro ala doom metalowy band i wracamy do lasu (no ok, nigdy z niego nie wyszliśmy). Ładna, krótka piosenka na zakończenie, gdzie wyjątkowo Dżefro nie przedobrzyli.
Kurde, myślałem, że na tyle jestem osłuchany z progiem różnego rodzaju, żeby nie mieć problemu z takim albumem, ale jednak długo nie potrafiłem się odnaleźć w tym lesie pt. „Songs from the Woods”. Na szczęście po kilku przesłuchaniach zaczęło klikać i zacząłem ogarniać ścieżki, drzewa, drogę do obozowiska, gdzie zespół grzeje sobie zupę nad ogniskiem, itd. Ostatecznie nie zaginąłem i wyszedłem z lasu, aby opowiedzieć wam tę historię. I dzięki Melkiemu, nauczyłem się dużo więcej o Jethro Tull niż te kilkanaście lat temu kiedy trochę nieudolnie zabierałem się do tej muzyki, i zostałem przytłoczony wszystkim co się dało. Ten band nie osiągnął popularności bez powodu, tylko trzeba jednak trochę czasu tej muzyce poświęcić. Banał, ale w sumie mówimy o progresywnym rocku z najlepszych dla tego „gatunku” czasów, a to jednak była muza do słuchania w domu, z gramofonu, bez pierdół które teraz nas rozpraszają (telefon, itd.) i bez łatki „dziaderstwa”, bo wtedy to była hip muza. Myślę, że z czasem może mi to jeszcze bardziej wejść, z czego jestem zadowolony, bo jednak od dłuższego czasu pałam niechęcią do rzeczy progresywnych, a jednak potrafię coś jeszcze dla siebie w tym grajdole znaleźć. Fajnie, że Melki nam przemyca takie rzeczy, bo inaczej byśmy utonęli w post-punku, hip-hopie i dziwnej elektronice.
- Mamy prog rock w lesie
Prog rock w lesie:
Jeff Rothal - Songs from the Woods
Jethro Tull to zespół, który znałem z legend zanim coś świadomie usłyszałem. A nawet jak usłyszałem, to długo nie wiedziałem, że to Dżefro. Między 2002, a 2003 rokiem, regularnie słuchałem Kaczkowskiego w Trójce. Na rozpoczęcie chyba pierwszej godziny audycji, puszczał zawsze „Cheerio”. Dopiero po jakimś czasie dowiedziałem się, że to Jethro Tull.
Co mnie w pierwszej kolejności przyciągnęło do tego zespołu, to instrument niejako wiodący, czyli flet. Na owym flecie, kiedy akurat nie śpiewał, grał lider i wokalista grupy, czyli Ian Andreson. Anderson był znany z tego, że na koncertach specyficznie tańcował po scenie, jednocześnie grając na tym flecie, wyglądając jakby zaklinał szczury. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem. Robiło to na mnie takie wrażenie, że musiał w końcu zanurkować w tej muzie. Mimo to, Jethro nie był jednym z bardziej przeze mnie eksploatowanych zespołów progresywnych, nie wracałem do nich jakoś bardzo często, poza „Christmas Album”, który jest perfekcyjnym świątecznym albumem. No, ale właśnie. Od razu zaznaczę jedną rzecz, Dżefro to nie jest muza na lato, przynajmniej dla mnie. Wczesna deszczowa wiosna, zima, super, ale upalne, pełne słońca dni? Średnio. Tym bardziej, podchodziłem do przesłuchania „Songs from the Wood” z lekką rezerwą. Myślałem, że słuchałem kiedyś tej płyty, ale chyba jednak nie, zatem Melki zrobił mi progresywną premierę po latach. Cała ta płyta zalatuje mocno muzyką celtycką, której kiedyś zdarzało mi się słuchać, głównie pod wpływem soundtracków do serii Heroes of Might and Magic. Znowu muszę tutaj wspomnieć o Rampart z HoMM 3 i tym utworze
https://www.youtube.com/watch?v=j3HbHhe ... l=Khalbrae
i teraz w sumie powinno wam się rozjaśnić, czemu mam słabość do muzyki „z lasu”. To był tez mój główny punkt zaczepienia, kiedy pierwszy raz zderzyłem się z „Songs from the Woods” i kompletnie nic nie zapamiętałem, poza tym, że były fajne fragmenty zalatujące Heroesami. Ale to już jest przecież bardzo dużo!
Myślę, że analogia lasu, do którego wchodzi się nie znając drogi, licząc na łaskę losu, pasuje tutaj idealnie, bo ja się właśnie tak z początku czułem. Nigdy nie wiadomo co czyha za kolejnym drzewem, słyszysz jakieś dźwięki, które po chwili milkną, słyszysz głosy ludzi, ale nie wiesz skąd dochodzą, bo niesie je wiatr, itd., itd. Wszystko to jednak jest czymś bardzo pozytywnym.
Tytułowy wita nas trochę cringowym zaśpiewem, a z drugiej strony typowe Jethro Tull. Przebija się tutaj średniowieczne instrumentarium (np. klawikord, ten sam, którego użyli The Czars w „Drug”). Od połowy kawałek robi zwrot, zaczynają się dziać dziwne rzeczy, ale ‘fajnie’ dziwne. Wkrada się momentami wankerstwo, ale na tyle ciekawie zaprezentowane, że w moim kanonie to uchodzi. Wstawki na flecie są takie, jakie powinny być w zespole, który owy instrument taktuje niemal jako maskotkę, czyli zajebsite.
„Jack-in-the-Green” zaczyna się jak jakieś Nirvana Unplugged. Anderson warczy, jak nie on. W tle mocno folkowo, no ale to taka płyta. Po samym tym brzmieniu można poznać, kiedy ten album został nagrany. Utwór potrzebował parę przesłuchań żeby się wgryźć, ale ostatecznie jest to jeden z moich ulubionych fragmentów płyty.
„Cup of Wonder” zalatuje mi jakimś hipisowskim graniem, albo czymś co się nadaje na amerykańską paradę (nie wiem, czy te dwie rzeczy da się połączyć, ale Jethro Tull dali radę, tylko komu to było potrzebne xD). Momentami pobrzmiewa mi to też lekkością Dave Matthews Band, gdyby byli zespołem folk-rockowym. Fragment w środku z rytmicznym pianinem i ozdobnikami brzmi super, podobnie jak następująca po tym partia na flecie. Na tym etapie, mam już pewne przemyślenie na temat całości. „Songs from the Woods” to jest niesamowita zbieranina ścinków, motywów które pojawiają się na chwilę, i kiedy człowiek już zaczyna się w jakiś fragment wkręcać, to on się kończy. Ostatecznie, utwór jest znacznie lepszy niż sugeruje to początek. Szokujący jak na prog-rocka, fade out.
„Hunting Girl” znowu ma intro, które przypomina siusiak wie co, ale oni naprawdę nie umieją w intra na tym albumie, więc macham ręką od razu, bo wiem, że potem będzie lepiej. To co wchodzi dalej, przypomina mi trochę wczesne Goblin, czyli cięty rock i organy, ale potem znowu zmiana, bo partia na flet musi mieć przecież unikalne tło xD Potem wchodzą hard rockowe riffy i wokal, powiem nawet, że jest to pierwszy na tej płycie banger xD Nie wiem, wyczuwam tu coś ze starych heavy metalowych zespołów, ala Black Sabbath, tylko oczywiście tutaj podane w sofciarski, folkowy sposób.
„Ring Out Solstice Bells”, śmiesznie się składa bo mieliśmy przesilenie tydzień temu. Wychodzi na to, że przynajmniej ten utwór, powinien pasować na czerwiec. Fajne są te fragmenty od 1:30, ale potem też jest całkiem spoko, czego oczywiście pierwsze pół minuty nie sugerowało. Pod koniec wchodzą te jingle dzwoneczki i już sam prostytutka nie wiem, co tu się dzieje xD Albo wiem. Tu po prostu chodziło o przesilenie zimowe. SORRY MELKI.
„Velvet Green” zaczyna się jak coś ze średniowiecznej sztuki teatralnej. Na tym etapie płyty, partie na flecie zaczynają przestawać robić wrażenie, bo po prostu Anderson gra w kółko to samo. Fragment po 1:40 kojarzy mi się moooocno z „Blood & Fire” Type O Negative. No, są takie momenty, kiedy Jethro Tull brzmią jak zespół bardzo wpływowy, niemal przepowiadający przyszłosć swoimi pomysłami i performensem. Przed 3 minutą wchodzi znowu coś co kojarzy mi się z jakimś Leprikonem tańczącym na około garnka złota na końcu tęczy. Taki celtic-folk na pełnej. Potem znowu wraca Type O Negative, z fajną tremolo gitarą w tle, która jest tak maksymalnie schowana w miksie, że ledwo ją słychać. Potem znowu średniowiecze, i powiem szczerze, że zadziwiająco mnie ten kocioł wpływów nie wkurza. To jest dobrze zrobiony prog, gdzie z pozoru nie pasujące do siebie elementy, pasują doskonale i nie wydają się tylko miksem zrobionym z kaprysu (czyli złym prog rockiem).
„The Whistler”, szok, ma zajebiste intro. W refrenie znowu wchodzi jakiś zapomniany amerykański hit z Woodstocka i obligatoryjna wstawka na flecie. Te „smutniejsze” fragmenty, przypominają mi bardzo lekko „Entangled” Genesis, który to jest wybitnym utworem. Tutaj nie dochodzi się do takiego poziomu, ale nie oczekuję aż takich fajerwerków. Ostatecznie, Jethro wyjątkowo trzymają się tutaj ograniczonej ilości segmentów, dzięki czemu wszystko jakoś konkretniej płynie. Jeden z moich ulubionych, o ile nie ulubiony fragment płyty.
„Pibroch” zaczyna się jakby jakiś super gitarzysta ala Satriani, czy Bonamassa, grał na stadionie solówkę i milion ludzi wiwatuje, przy czym nie jest na szczeście wankerska solówka. Oczywiście, potem wszystko robi skręt i numer kompletnie zmienia charakter. Tym razem mam skojarzenia z Opeth, ale nie zdziwiłoby mnie jakoś mocno, gdyby się okazało, że Mikael Akerfeldt jest fanen Dżefro, wręcz jestem tego pewien. Kawałek ma ten fajny, wlatujący trochę z dupy segment, który mocno uwypukla celtyckie naleciałości. Flet robi robotę (hehe). Jest tu chyba największe nagromadzenie drobnicy pomysłów, jednak 8 minut z hakiem to format, który trzeba umieć zapełnić tak, żeby się to nie rozleciało. IMO wyszło połowicznie. Ja w pewnym momencie wypadam z tego rollercoastera i nie potrafię się odnaleźć. Mam wręcz wrażenie, że gdzieś w połowie, oni ten numer po prostu zagrali drugi raz, ale od tyłu.
„Fire at Midnight”, kilkusekundowe intro ala doom metalowy band i wracamy do lasu (no ok, nigdy z niego nie wyszliśmy). Ładna, krótka piosenka na zakończenie, gdzie wyjątkowo Dżefro nie przedobrzyli.
Kurde, myślałem, że na tyle jestem osłuchany z progiem różnego rodzaju, żeby nie mieć problemu z takim albumem, ale jednak długo nie potrafiłem się odnaleźć w tym lesie pt. „Songs from the Woods”. Na szczęście po kilku przesłuchaniach zaczęło klikać i zacząłem ogarniać ścieżki, drzewa, drogę do obozowiska, gdzie zespół grzeje sobie zupę nad ogniskiem, itd. Ostatecznie nie zaginąłem i wyszedłem z lasu, aby opowiedzieć wam tę historię. I dzięki Melkiemu, nauczyłem się dużo więcej o Jethro Tull niż te kilkanaście lat temu kiedy trochę nieudolnie zabierałem się do tej muzyki, i zostałem przytłoczony wszystkim co się dało. Ten band nie osiągnął popularności bez powodu, tylko trzeba jednak trochę czasu tej muzyce poświęcić. Banał, ale w sumie mówimy o progresywnym rocku z najlepszych dla tego „gatunku” czasów, a to jednak była muza do słuchania w domu, z gramofonu, bez pierdół które teraz nas rozpraszają (telefon, itd.) i bez łatki „dziaderstwa”, bo wtedy to była hip muza. Myślę, że z czasem może mi to jeszcze bardziej wejść, z czego jestem zadowolony, bo jednak od dłuższego czasu pałam niechęcią do rzeczy progresywnych, a jednak potrafię coś jeszcze dla siebie w tym grajdole znaleźć. Fajnie, że Melki nam przemyca takie rzeczy, bo inaczej byśmy utonęli w post-punku, hip-hopie i dziwnej elektronice.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Jehtro Tull - Songs From the Wood
W żadnym razie nie mogę siebie nazwać fanem prog-rocka. Ba, zanim nie pojawiłem się na tym forum nawet nie wiedziałem, co to za gatunek muzyczny. Dopiero za sprawą Porcupine Tree zajarzyłem, o co chodzi. Potem poznałem jeszcze za sprawą naszych bestek trochę muzyki z tego nurtu i czasami nawet coś kliknęło. No ale jest też jeszcze inna kwestia. Jest grupa zespołów i wykonawców, których od zawsze się bałem jak ognia. Na samą myśl o np. The Doors, Led Zeppelin, Rolling Stones czy właśnie Jehtro Tull skręcały mi się flaki. Potwornie nie podobała mi się ta prastara gitarowa młócka, którą czasami zdarzało mi się gdzieś w tv usłyszeć. Melki wrzucał już JT w utworach i okrutnie się odbiłem, zgodnie zresztą z oczekiwaniami. Już utworu kompletnie nie pamiętam, ale kojarzę ją jako jakieś paskudne rockowe szanty. Podchodząc więc do tego albumu byłem tak bardzo uprzedzony, jak to tylko możliwe. Maciupeńką nadzieję dawała jedynie zachęcająca nazwa albumu (no bo przecież piosenki z lasu powinny być czymś fajnym) i okładka, ale podejrzewałem, że to tylko podstęp i przyjdzie mi i tak zderzyć się z jakąś rockową młócką z czasów, kiedy po świecie chodziły jeszcze dinozaury. I co z tego w sumie wynikło?
Powiem tak – nie taki diabeł był straszny, jak go sobie sam malowałem. Pierwszy odsłuch trochę mnie suma summarum wynudził, bo te wszystkie utwory po prostu zlały mi się w jedną monotonną masę. Wiadomo, pierwszy przesłuch. No ale ta masa nie była tak zła, jak się tego spodziewałem. Zamiast nieustannego rzężenia i zawodzenia bezlitosnych gitar otrzymałem muzykę jednak dużo bardziej przystępną, niż się spodziewałem. Gitary są oczywiście, ale nie tak napastliwe, jak myślałem, czasami nawet bardzo fajnie brzmiące. Ale jest też sporo klawiszy i mnóstwo fleta. Sporo tu takiego brytyjskiego folku, co mnie nawet cieszy. Dev ładnie nazwał to medival-core i ma sporo racji. W wielu miejscach mam wrażenie, jakbym znajdował się na jakimś średniowiecznym dworze czy zamku, gdzie grają muzykę dawną. Ja nawet lubię takie klimaty. Oczywiście najważniejsze to umieć wczuć się w taki klimat. Trzeba myślami przenieść się gdzieś tam do tego zamku czy też lasu, żeby to poczuć i móc się w tym odnaleźć. Słuchanie tego np. na ruchliwej ulicy dużego miasta raczej nie jest dobrym pomysłem. Nie miałem niestety sposobności posłuchania albumu w lesie, bo to jeszcze nie ta pora, żeby się po nim włóczyć. Ale jesienią na pewno wypróbuję i jestem pewny, że będzie dobrze. Ta muzyka kojarzy mi się tez w sposób oczywisty ze światami typowo brytyjskich bohaterów filmowych jak Robin Hood czy William Wallace. Ale też z grami pokroju Age of Empires (te flety). Lubię takie klimaty, więc nie skłamię, jeżeli powiem, że album Songs From the Wood z biegiem czasu i kolejnych odsłuchów coraz bardziej mnie do siebie przekonuje. Są wykonawcy, którzy przyciągają uwagę właściwie tylko i wyłącznie samą muzyką, kompozycjami, brzmieniem. Songs From the Wood to raczej ten rodzaj muzyki, który zyskuje jednak dzięki skojarzeniom z czymś, co lubimy, kreowaniu jakiegoś konkretnego klimatu. Gdy słuchacz po prostu musi wczuć się odpowiednio w ten klimat, żeby tę muzykę zaakceptować.
Nie będę tutaj opisywał kolejno utworów, bo mimo kilku przesłuchań wciąż jestem jeszcze daleko w lesie. Wielu rzeczy tak z pamięci wciąż jeszcze nie rozróżniam. Te utwory wciąż są jeszcze dla mnie nazbyt do siebie podobne. Choć kilka momentów utkwiło mi jednak w pamięci. Np. Pibroch. Po takim dosyć wyraźnie rockowym początku ok. 3:30 wchodzi fantastyczny instrumentalny fragment, który robi na mnie niemałe wrażenie. Brzmi wręcz baśniowo, jak muzyka z jakiegoś filmu Disneya. Bardzo przyjemny fragment. W ogóle w tym utworze następuje kilka zwrotów akcji, nawet jest przez moment barokowo. Ale naprawdę piękny to utwór. Bałem się tych 8 minut, ale one zleciały tak szybko i fajnie, że aż byłem zaskoczony, bo myślałem, że to dopiero gdzieś połowa. Pibroch to na tę chwilę dla mnie zdecydowany ulubieniec z albumu. Ale wyróżnić też mogę jeszcze na pewno Songs From the Wood, Jack-in-the-Green, Hunting Girl czy The Wistler, który ma rzeczywiście ciekawe intro.
Pozostałe utwory też są ok. Te utwory z każdym odsłuchem są dla mnie coraz bardziej rozróżnialne i rozpoznawalne, co na początku wydawało mi się wręcz niemożliwe. Coraz bardziej się w tym muzycznym lesie odnajduję. Odkrywam coraz więcej ukrytych ścieżek, które wcześniej były niewidoczne. Jestem mimo wszystko zaskoczony, że tak a nie inaczej odbieram ten album. A odbieram pozytywnie. Ta bestka nauczyła mnie wiele. Wyzbyłem się wielu uprzedzeń do zespołów, których się bałem i którymi od zawsze gardziłem. Oczywiście nie znaczy to, że stałem się fanem jakiegoś proga z lat 60’ czy 70’. Ale potrafię posłuchać bez zgrzytów i nawet znaleźć sporo ciekawych brzmień dla siebie. A to już spory wyczyn.
Songs From the Wood ma naprawdę fajny klimat. Sztuką jest tylko potrafić się w niego odpowiednio wczuć. A wtedy może być przyjemnie.
W żadnym razie nie mogę siebie nazwać fanem prog-rocka. Ba, zanim nie pojawiłem się na tym forum nawet nie wiedziałem, co to za gatunek muzyczny. Dopiero za sprawą Porcupine Tree zajarzyłem, o co chodzi. Potem poznałem jeszcze za sprawą naszych bestek trochę muzyki z tego nurtu i czasami nawet coś kliknęło. No ale jest też jeszcze inna kwestia. Jest grupa zespołów i wykonawców, których od zawsze się bałem jak ognia. Na samą myśl o np. The Doors, Led Zeppelin, Rolling Stones czy właśnie Jehtro Tull skręcały mi się flaki. Potwornie nie podobała mi się ta prastara gitarowa młócka, którą czasami zdarzało mi się gdzieś w tv usłyszeć. Melki wrzucał już JT w utworach i okrutnie się odbiłem, zgodnie zresztą z oczekiwaniami. Już utworu kompletnie nie pamiętam, ale kojarzę ją jako jakieś paskudne rockowe szanty. Podchodząc więc do tego albumu byłem tak bardzo uprzedzony, jak to tylko możliwe. Maciupeńką nadzieję dawała jedynie zachęcająca nazwa albumu (no bo przecież piosenki z lasu powinny być czymś fajnym) i okładka, ale podejrzewałem, że to tylko podstęp i przyjdzie mi i tak zderzyć się z jakąś rockową młócką z czasów, kiedy po świecie chodziły jeszcze dinozaury. I co z tego w sumie wynikło?
Powiem tak – nie taki diabeł był straszny, jak go sobie sam malowałem. Pierwszy odsłuch trochę mnie suma summarum wynudził, bo te wszystkie utwory po prostu zlały mi się w jedną monotonną masę. Wiadomo, pierwszy przesłuch. No ale ta masa nie była tak zła, jak się tego spodziewałem. Zamiast nieustannego rzężenia i zawodzenia bezlitosnych gitar otrzymałem muzykę jednak dużo bardziej przystępną, niż się spodziewałem. Gitary są oczywiście, ale nie tak napastliwe, jak myślałem, czasami nawet bardzo fajnie brzmiące. Ale jest też sporo klawiszy i mnóstwo fleta. Sporo tu takiego brytyjskiego folku, co mnie nawet cieszy. Dev ładnie nazwał to medival-core i ma sporo racji. W wielu miejscach mam wrażenie, jakbym znajdował się na jakimś średniowiecznym dworze czy zamku, gdzie grają muzykę dawną. Ja nawet lubię takie klimaty. Oczywiście najważniejsze to umieć wczuć się w taki klimat. Trzeba myślami przenieść się gdzieś tam do tego zamku czy też lasu, żeby to poczuć i móc się w tym odnaleźć. Słuchanie tego np. na ruchliwej ulicy dużego miasta raczej nie jest dobrym pomysłem. Nie miałem niestety sposobności posłuchania albumu w lesie, bo to jeszcze nie ta pora, żeby się po nim włóczyć. Ale jesienią na pewno wypróbuję i jestem pewny, że będzie dobrze. Ta muzyka kojarzy mi się tez w sposób oczywisty ze światami typowo brytyjskich bohaterów filmowych jak Robin Hood czy William Wallace. Ale też z grami pokroju Age of Empires (te flety). Lubię takie klimaty, więc nie skłamię, jeżeli powiem, że album Songs From the Wood z biegiem czasu i kolejnych odsłuchów coraz bardziej mnie do siebie przekonuje. Są wykonawcy, którzy przyciągają uwagę właściwie tylko i wyłącznie samą muzyką, kompozycjami, brzmieniem. Songs From the Wood to raczej ten rodzaj muzyki, który zyskuje jednak dzięki skojarzeniom z czymś, co lubimy, kreowaniu jakiegoś konkretnego klimatu. Gdy słuchacz po prostu musi wczuć się odpowiednio w ten klimat, żeby tę muzykę zaakceptować.
Nie będę tutaj opisywał kolejno utworów, bo mimo kilku przesłuchań wciąż jestem jeszcze daleko w lesie. Wielu rzeczy tak z pamięci wciąż jeszcze nie rozróżniam. Te utwory wciąż są jeszcze dla mnie nazbyt do siebie podobne. Choć kilka momentów utkwiło mi jednak w pamięci. Np. Pibroch. Po takim dosyć wyraźnie rockowym początku ok. 3:30 wchodzi fantastyczny instrumentalny fragment, który robi na mnie niemałe wrażenie. Brzmi wręcz baśniowo, jak muzyka z jakiegoś filmu Disneya. Bardzo przyjemny fragment. W ogóle w tym utworze następuje kilka zwrotów akcji, nawet jest przez moment barokowo. Ale naprawdę piękny to utwór. Bałem się tych 8 minut, ale one zleciały tak szybko i fajnie, że aż byłem zaskoczony, bo myślałem, że to dopiero gdzieś połowa. Pibroch to na tę chwilę dla mnie zdecydowany ulubieniec z albumu. Ale wyróżnić też mogę jeszcze na pewno Songs From the Wood, Jack-in-the-Green, Hunting Girl czy The Wistler, który ma rzeczywiście ciekawe intro.
Pozostałe utwory też są ok. Te utwory z każdym odsłuchem są dla mnie coraz bardziej rozróżnialne i rozpoznawalne, co na początku wydawało mi się wręcz niemożliwe. Coraz bardziej się w tym muzycznym lesie odnajduję. Odkrywam coraz więcej ukrytych ścieżek, które wcześniej były niewidoczne. Jestem mimo wszystko zaskoczony, że tak a nie inaczej odbieram ten album. A odbieram pozytywnie. Ta bestka nauczyła mnie wiele. Wyzbyłem się wielu uprzedzeń do zespołów, których się bałem i którymi od zawsze gardziłem. Oczywiście nie znaczy to, że stałem się fanem jakiegoś proga z lat 60’ czy 70’. Ale potrafię posłuchać bez zgrzytów i nawet znaleźć sporo ciekawych brzmień dla siebie. A to już spory wyczyn.
Songs From the Wood ma naprawdę fajny klimat. Sztuką jest tylko potrafić się w niego odpowiednio wczuć. A wtedy może być przyjemnie.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Jethro Tull - Songs From The Woods
Gdy ujrzałem tę wrzutkę trochę niechętnie podchodziłem do myśli o kolejnym spotkaniu z JT choć przecież wrzutka utworowa mi akurat siadła. Ta cała Mysza Policja przywodziła mi na myśl art rockowe dokonania Kate Bush z lekkim hard rockowym zacięciem chwilami, podobała mi się zwariowana poza Andersona i reszty tej kolorowej świty, ba, wiedziony doświadczeniem z Television wiedziałem też że nie ma co się zniechęcać zawczasu.
Songs From The Wood to jednak już inny trochę klimat niż we wrzutce utworowej, ten art rock jest ale dużo pola ustąpił tym folkowym leśnym wpływom, średniowieczny jarmark itede itepe. Dla mnie to naprawdę trudna płyta, ciężko mi się jej słuchało, te numery się mocno zlewały ze sobą i jestem świadom że to wymagałoby naprawdę wielu, wielu odsłuchów aby na dobre okiełznać te melodie. No właśnie, melodię których słuchając tej płyty odczuwałem chwilami przesyt a czasem niedosyt jednocześnie gdyż jak wspomnieli moi przedmówcy już często pojawiały się i znikały one równie nagle nie pozwalając sobie wybrzmieć dostatecznie czy zapisać się w pamięci. Szukałem w głowie odpowiedniego określenia na budowę tej płyty i piosenek i tylko jedno takie mocno melczetowe przychodzi mi do głowy - bigos. Ja wiem że Melki bigos lubi, nie wiem jak w muzyce, dla mnie to trochę brzmi tak jakby właśnie losowo powrzucano do gara partie gitary, fletu, basu, perkusji, dzwoneczków i cholera wie czego jeszcze i zamieszano. A w bigosie jak wiemy najważniejsza jest co? Kapucha, kapucha czyli kompozycje, teksty itd i jeśli to komuś nie siądzie to nie ma mowy żeby chwalił bigos jako całość potem. Ta folkowa kapucha jaką serwuje tu Jethro Tull to totalnie nie jest mój swiat, zdarza mi się lubić jakieś medievalowe klimaty ale z umiarem, żeby słuchać tej płyty od deski do deski musiałbym mieć akurat jakiś dobry setting do tego i nie twierdzę że się nie da - możliwe że postaram się ją wypróbować już podczas następnej rozgrywki w Everdell z żoną bo jako taki leśny soundtrack to może być w punkt.
No dobra bo ja tu gadu gadu a o płycie naprawdę niewiele. Spróbuję cokolwiek jakoś wyróżnić co rzucało się w me uszy. Songs From The Wood to bardzo solidny otwieracz, zgrabne naprawdę zaproszenie do tego folkowego świata, partie acapella są spoko nawet, kiedy ok. 2 minuty jest przełamanie tempa i wchodzi flet czuję się jakbym słuchał Gong albo jakiegoś takiego jazz fusion trochę. W drugim utworze za to już wokal Andersona nabiera tej takiej jak to nazwać - wymuszonej chrypy czy chropowatości która nie podoba mi się na tej płycie akurat często. Hunting Girl wyróżnia się dla mnie na plus swoim żwawszym rytmem, to brzmienie znów zalatuje mi jakimś fusion, może jazz rockowo trochę. Dobra praca basu tak jak zapamiętałem JT z wrzutki utworowej no i te ostrzejsze gitary spoko. Velvet Green z tymi klawiszami (to ten klawikord był) przenosi nas bardziej w barokowe grane, taki barokowy leśny folk i mi to odpowiada, to jest taka idealna muza na wędrówki przez zielone tereny, chętnie puściłbym to sobie w lesie ale zaraz żona by mnie upominała że w lesie się nie hałasuje
To chyba najlepszy numer z płyty. The Whistler kontynuuje ten lekki melodyjny folk, również przyjemnie się tego słucha. Bardzo fajne dzwoneczki we wstępie, KIEDYŚ będę miał takie w pewnej murzyńskiej wrzutce do bestki utworowej.
Pibroch to jedyny numer na płycie który jakoś zdradza te prog rockowe korzenie JT jak dla mnie, całkiem niezła rozbudowana kompozycja, też jakoś dzięki temu wyróżnia się z tej leśnej gęstwiny albumu.
Dobra nie będę więcej wody lał ni ściemniał bo i tak z grubsza wiadomo że odbiłem się trochę - trochę mocno - od tej płyty, CHOĆ na koniec zacząłem dostrzegać jakieś jasne momenty. Nie jest to album zły ale możliwe że z całej bestki to jest propozycja najdalsza mi i mojemu muzycznemu światu, to jest zaczarowany ogród Melczeta i to dla mnie specyficzne miejsce i dziwne, nowe doznanie. Nie będę płakał że takich propozycji ze strony Mela już nie będzie, możliwe że spróbuję wrócić do tej płyty i sprawdzić ją w bardziej konkretnych warunkach jak chociażby wspomniana gra planszowa czy spacery po zielonych terenach, ale z dala od miejskiego zgiełku. Tu najlepiej zdałoby się znów odwiedzić Irlandię i jej Moherowe Klify, byłem, piękne doświadczenie, polecam. Nie będę przedłużał bo wiem że chwilowo więcej z siebie i tej płyty nie wycisnę, mogę jedynie wyrazić skruchę i obiecać poprawę albo i nie, wszak to tylko zabawa i nie będziemy HEHE kruszyć kopii jak to ten medieval folk by mógł nam sugerować.
Gdy ujrzałem tę wrzutkę trochę niechętnie podchodziłem do myśli o kolejnym spotkaniu z JT choć przecież wrzutka utworowa mi akurat siadła. Ta cała Mysza Policja przywodziła mi na myśl art rockowe dokonania Kate Bush z lekkim hard rockowym zacięciem chwilami, podobała mi się zwariowana poza Andersona i reszty tej kolorowej świty, ba, wiedziony doświadczeniem z Television wiedziałem też że nie ma co się zniechęcać zawczasu.
Songs From The Wood to jednak już inny trochę klimat niż we wrzutce utworowej, ten art rock jest ale dużo pola ustąpił tym folkowym leśnym wpływom, średniowieczny jarmark itede itepe. Dla mnie to naprawdę trudna płyta, ciężko mi się jej słuchało, te numery się mocno zlewały ze sobą i jestem świadom że to wymagałoby naprawdę wielu, wielu odsłuchów aby na dobre okiełznać te melodie. No właśnie, melodię których słuchając tej płyty odczuwałem chwilami przesyt a czasem niedosyt jednocześnie gdyż jak wspomnieli moi przedmówcy już często pojawiały się i znikały one równie nagle nie pozwalając sobie wybrzmieć dostatecznie czy zapisać się w pamięci. Szukałem w głowie odpowiedniego określenia na budowę tej płyty i piosenek i tylko jedno takie mocno melczetowe przychodzi mi do głowy - bigos. Ja wiem że Melki bigos lubi, nie wiem jak w muzyce, dla mnie to trochę brzmi tak jakby właśnie losowo powrzucano do gara partie gitary, fletu, basu, perkusji, dzwoneczków i cholera wie czego jeszcze i zamieszano. A w bigosie jak wiemy najważniejsza jest co? Kapucha, kapucha czyli kompozycje, teksty itd i jeśli to komuś nie siądzie to nie ma mowy żeby chwalił bigos jako całość potem. Ta folkowa kapucha jaką serwuje tu Jethro Tull to totalnie nie jest mój swiat, zdarza mi się lubić jakieś medievalowe klimaty ale z umiarem, żeby słuchać tej płyty od deski do deski musiałbym mieć akurat jakiś dobry setting do tego i nie twierdzę że się nie da - możliwe że postaram się ją wypróbować już podczas następnej rozgrywki w Everdell z żoną bo jako taki leśny soundtrack to może być w punkt.
No dobra bo ja tu gadu gadu a o płycie naprawdę niewiele. Spróbuję cokolwiek jakoś wyróżnić co rzucało się w me uszy. Songs From The Wood to bardzo solidny otwieracz, zgrabne naprawdę zaproszenie do tego folkowego świata, partie acapella są spoko nawet, kiedy ok. 2 minuty jest przełamanie tempa i wchodzi flet czuję się jakbym słuchał Gong albo jakiegoś takiego jazz fusion trochę. W drugim utworze za to już wokal Andersona nabiera tej takiej jak to nazwać - wymuszonej chrypy czy chropowatości która nie podoba mi się na tej płycie akurat często. Hunting Girl wyróżnia się dla mnie na plus swoim żwawszym rytmem, to brzmienie znów zalatuje mi jakimś fusion, może jazz rockowo trochę. Dobra praca basu tak jak zapamiętałem JT z wrzutki utworowej no i te ostrzejsze gitary spoko. Velvet Green z tymi klawiszami (to ten klawikord był) przenosi nas bardziej w barokowe grane, taki barokowy leśny folk i mi to odpowiada, to jest taka idealna muza na wędrówki przez zielone tereny, chętnie puściłbym to sobie w lesie ale zaraz żona by mnie upominała że w lesie się nie hałasuje
To chyba najlepszy numer z płyty. The Whistler kontynuuje ten lekki melodyjny folk, również przyjemnie się tego słucha. Bardzo fajne dzwoneczki we wstępie, KIEDYŚ będę miał takie w pewnej murzyńskiej wrzutce do bestki utworowej.
Pibroch to jedyny numer na płycie który jakoś zdradza te prog rockowe korzenie JT jak dla mnie, całkiem niezła rozbudowana kompozycja, też jakoś dzięki temu wyróżnia się z tej leśnej gęstwiny albumu.
Dobra nie będę więcej wody lał ni ściemniał bo i tak z grubsza wiadomo że odbiłem się trochę - trochę mocno - od tej płyty, CHOĆ na koniec zacząłem dostrzegać jakieś jasne momenty. Nie jest to album zły ale możliwe że z całej bestki to jest propozycja najdalsza mi i mojemu muzycznemu światu, to jest zaczarowany ogród Melczeta i to dla mnie specyficzne miejsce i dziwne, nowe doznanie. Nie będę płakał że takich propozycji ze strony Mela już nie będzie, możliwe że spróbuję wrócić do tej płyty i sprawdzić ją w bardziej konkretnych warunkach jak chociażby wspomniana gra planszowa czy spacery po zielonych terenach, ale z dala od miejskiego zgiełku. Tu najlepiej zdałoby się znów odwiedzić Irlandię i jej Moherowe Klify, byłem, piękne doświadczenie, polecam. Nie będę przedłużał bo wiem że chwilowo więcej z siebie i tej płyty nie wycisnę, mogę jedynie wyrazić skruchę i obiecać poprawę albo i nie, wszak to tylko zabawa i nie będziemy HEHE kruszyć kopii jak to ten medieval folk by mógł nam sugerować.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Gdzieś tu powinienem się ustosunkować do waszych recek TELEWIZJI, bo - jak to ja - zapomniałem o swojej mowie końcówej hyhy. W sumie to nie miałem nic szczególnie ciekawego do powiedzenia, bo jednak to był top bezpiecznych z bezpiecznych wyborów, ale też jednocześnie płyta, która w moim mniemaniu nigdy nie dostawała należytej atencyji ze strony tutejszego gremium. Trochę się czuję jak Prometeusz przynoszący ogień oraz sypiący Vegetę na swoje wnętrzności dla przyjemności sępów wrzucając kolejny raz powszechnie szanowaną rzecz, ale ktoś tutaj, do cholery, musi nosić ten oświaty kaganiec. Praktycznie wszyscy kupiliście bez wyjątku tytułowy kawałek, co wcale mnie nie dziwi, relatywnie mało pochwał widzę dla Torn Curtain, które od zawsze brało mnie przepotężnie, ale bywa czasem i tak. No generalnie szacun chłopaki, że się wam udało w tę płytę wgryźć i w ogóle, bo jak sobie tak z ciekawości sprawdziłem coście wypisywali w utworowej, to faktycznie wyszło na to, że Guiding Light było średnim teaserem całości i nie będę ukrywać, że zapomniałem o tym, że został odebrany przez tutejsze gremium TAK SE. Być może powinno mnie to skłonić do rozkmin nad tym jak ja bym odebrał ten kawałek, gdybym go usłyszał w 2023, tak maksymalnie w ciemno, bez znajomości reszty ni jakiegokolwiek kontekstu, ale w dupie to mam haha.
Jehtro Tull - Songs From the Wood
Jehtro Tull, to jest proszę panśtwa, rzecz z którą stykałem się wielokrotnie, w tym specyficznym okresie mojego żywota doczesnego, który można dla ułatwienia zaszufladkować jako okres bycia przeze mnie PROGHEADEM (to trochę naciągana łatka, ale takie opisy zawsze są naciągane, bo nie wierzę w to, by nawet najbardziej zagorzały rockista nie odpalił sobie jakiegoś synthpopu w domowym zaciszu od czasu od czasu). W tej słynnej BIG SIX, którą w sumie nie wiem kto ustalał i którą generalnie mam w dupie, byli zawsze dla mnie gdzieś w środku stawki - hien daleko za Floydami i Crimsonami, ale klasyfikowałem ich wyżej niż takie Yes czy tam nawet Genesis, o ELP nie wspominając, acz głównie przez to, że dyskografie tych zespołów są pełne niskiej jakości nudziarstwa, a jednak Ian Anderson i jego banda leśnych skrzatów trzymały jakiś tam poziom przez większość kariery. BTW nie wiem za bardzo skąd tu się wziął Zappa, w sensie jakoś nie widzę ani nie słyszę szczególnych podobieństw, może gdzieś tam w pewnych momentach humorek Franka i Iana nadaje na tych samych falach, ale tak czy siak uważam to za trochę naciągane.
Ten no, opisywana płyta. Bo ja chyba ponoć mam o jakiejś pisać czy coś. Tutaj od razu znowu dziękuje Melkiemu za to, że kazał mi sięgnąć po coś, co znam od lat, ale czego nie słuchałem gdzieś mniej więcej od czasów, gdy Tusk odszedł z Platformy, przez co mogę sobie zrewidować swoje stare poglądy. Rewizyta zaskoczyła mnie tym razem tym, że w sumie to mnie nie zaskoczyła, bo tak jak lubiłem ten album te 11 lat temu, tak teraz go lubię nadal i w gruncie rzeczy to praktycznie za to samo. Teoretycznie nie powinno mnie to szokować, bo jednak już byłem stary czy tam pełnoletni, gdy słuchałem tej płyty pierwszy raz, ale za każdym razem gdy słyszę wstęp tytułowego kawałka zastanawiam się jakim, u licha, cudem?
I chyba nie znajdę lepszej odpowiedzi niż to, że jestem popierdolony, albo że muzyka jest pojebana, bo to znowu jedna z tych płyt, na których NA PAPIERZE nie powinienem mieć nic dla siebie, a w sumie to jednak się okazuje, że jest inaczej. Bo powiedzmy sobie szczerze - folka to ja praktycznie nie lubię, w lasach nie przesiaduję, bo generalnie jestem mieszczuchem (spędzenie ćwierci wieku na nudnej i zabitej wioskami wsi sprawiło, że tylko w tzw. przestrzeni miejskiej czuję się komfortowo), średniowieczne klimaty i tego typu RÓŻNE TAKIE też mnie nie biorą, bo za bardzo mi się kojarzą ze studentami historii (najgorsi ludzie, sorry Melczet) i w ogóle jakoś nigdy nie byłem w stanie wkręcić się w cokolwiek związanego z tym klimatem. Sumując to wszystko, powinienem otrzymać mocno niestrawną dla siebie mieszankę, tymczasem naprawdę lubię tę płytę i nie umiem nie myśleć o niej ciepło, no i też nie powiem że mi źle z faktem, że się nie odbiłem od tego albumu.
Wychodzę z założenia, że rozbijanie tego albumu na tzw. czynniki pierwsze trochę mija się z celem, więc tym razem sobie to po prostu daruję. Tak, to kolejna z tych płyt, o których piszę, że zdecydowanie "działają" słuchane od A do Z, poszczególne utwory wyrywane z tego kontekstu nie robiłyby na mnie szczególnego wrażenia, albo nawet zaryzykuję tezę, że i wręcz wkurzały. Gdy słucham tego albumu w całości, po prostu nastawiam się na dziką, leśną inbę z wujasem Ianem Andersonem, na której larpujemy średniowiecze, harcujemy z runem leśnym oraz gotujemy w garze wywar z szyszek, gdzieś hen daleko odcięci od świata i cywilizacji. To jest jedna z takich aktywności, co do których piszę, że to rzecz spoza mojej bajki, ale jak już jakimś cudem się na nią zdecyduję, to się okazuje, że świetnie się bawię.
Mimo wszystko, jest tu parę kompozycji na które chciałbym zwrócić uwagę. Songs from the wood na początku mnie mierziło i to były tradycyjne ZŁE MIŁEGO POCZĄTKI, bo zwiastowały coś koszmarnego. Tymczasem po paru odsłuchach mi, ku mojemu zaskoczeniu, tenże kawałek siadł i uważam go za kapitalne wprowadzenie do tej leśnej inby średniowiecznej, w której partycypowałem kilka razy w ostatnich dniach. Bardzo super jest HUNTING GIRL, z fajnym wstępem kojarzącym mi się z jakimś randomowem filmem przygodowym, fajnymi klawiszami oraz niemniej fajnymi zagrywkami na basie. Tu wszystko jest po prostu fajne w taki COOL sposób. Podoba mi się też, że tu się znajduje Ring Out, Solstice Bells, bo w sumie spoko sobie posłuchać pod koniec czerwca jakiejś świątecznej piosenki (która jest niezła). The Whistler mogłoby się znaleźć w soundtracku Wiedźmina czy czegoś podobnego i nawet wyobrażam sobie oczyma wyobraźni scenę z jakimś Jaskrem czy tam innym Zoltanem w siakiejś karczmie typu spelunie, którzy tańcują i świrują pod tę piosenkę.
Także ten, reasumując i wieńcząc ersTĘ kolejkę - właśnie wychodzę z lasu umorusany brudem, z liśćmi pod kołnierzem oraz chowając się przed wiewiórkami (nie zadawajcie pytań). To była całkiem miła i przyjemna leśna eskapada. Kiedyś na pewno ją powtórzę, a na razie idę pod prysznic i przebodźcowywać się swoim smartfonem.
Jehtro Tull - Songs From the Wood
Jehtro Tull, to jest proszę panśtwa, rzecz z którą stykałem się wielokrotnie, w tym specyficznym okresie mojego żywota doczesnego, który można dla ułatwienia zaszufladkować jako okres bycia przeze mnie PROGHEADEM (to trochę naciągana łatka, ale takie opisy zawsze są naciągane, bo nie wierzę w to, by nawet najbardziej zagorzały rockista nie odpalił sobie jakiegoś synthpopu w domowym zaciszu od czasu od czasu). W tej słynnej BIG SIX, którą w sumie nie wiem kto ustalał i którą generalnie mam w dupie, byli zawsze dla mnie gdzieś w środku stawki - hien daleko za Floydami i Crimsonami, ale klasyfikowałem ich wyżej niż takie Yes czy tam nawet Genesis, o ELP nie wspominając, acz głównie przez to, że dyskografie tych zespołów są pełne niskiej jakości nudziarstwa, a jednak Ian Anderson i jego banda leśnych skrzatów trzymały jakiś tam poziom przez większość kariery. BTW nie wiem za bardzo skąd tu się wziął Zappa, w sensie jakoś nie widzę ani nie słyszę szczególnych podobieństw, może gdzieś tam w pewnych momentach humorek Franka i Iana nadaje na tych samych falach, ale tak czy siak uważam to za trochę naciągane.
Ten no, opisywana płyta. Bo ja chyba ponoć mam o jakiejś pisać czy coś. Tutaj od razu znowu dziękuje Melkiemu za to, że kazał mi sięgnąć po coś, co znam od lat, ale czego nie słuchałem gdzieś mniej więcej od czasów, gdy Tusk odszedł z Platformy, przez co mogę sobie zrewidować swoje stare poglądy. Rewizyta zaskoczyła mnie tym razem tym, że w sumie to mnie nie zaskoczyła, bo tak jak lubiłem ten album te 11 lat temu, tak teraz go lubię nadal i w gruncie rzeczy to praktycznie za to samo. Teoretycznie nie powinno mnie to szokować, bo jednak już byłem stary czy tam pełnoletni, gdy słuchałem tej płyty pierwszy raz, ale za każdym razem gdy słyszę wstęp tytułowego kawałka zastanawiam się jakim, u licha, cudem?
I chyba nie znajdę lepszej odpowiedzi niż to, że jestem popierdolony, albo że muzyka jest pojebana, bo to znowu jedna z tych płyt, na których NA PAPIERZE nie powinienem mieć nic dla siebie, a w sumie to jednak się okazuje, że jest inaczej. Bo powiedzmy sobie szczerze - folka to ja praktycznie nie lubię, w lasach nie przesiaduję, bo generalnie jestem mieszczuchem (spędzenie ćwierci wieku na nudnej i zabitej wioskami wsi sprawiło, że tylko w tzw. przestrzeni miejskiej czuję się komfortowo), średniowieczne klimaty i tego typu RÓŻNE TAKIE też mnie nie biorą, bo za bardzo mi się kojarzą ze studentami historii (najgorsi ludzie, sorry Melczet) i w ogóle jakoś nigdy nie byłem w stanie wkręcić się w cokolwiek związanego z tym klimatem. Sumując to wszystko, powinienem otrzymać mocno niestrawną dla siebie mieszankę, tymczasem naprawdę lubię tę płytę i nie umiem nie myśleć o niej ciepło, no i też nie powiem że mi źle z faktem, że się nie odbiłem od tego albumu.
Wychodzę z założenia, że rozbijanie tego albumu na tzw. czynniki pierwsze trochę mija się z celem, więc tym razem sobie to po prostu daruję. Tak, to kolejna z tych płyt, o których piszę, że zdecydowanie "działają" słuchane od A do Z, poszczególne utwory wyrywane z tego kontekstu nie robiłyby na mnie szczególnego wrażenia, albo nawet zaryzykuję tezę, że i wręcz wkurzały. Gdy słucham tego albumu w całości, po prostu nastawiam się na dziką, leśną inbę z wujasem Ianem Andersonem, na której larpujemy średniowiecze, harcujemy z runem leśnym oraz gotujemy w garze wywar z szyszek, gdzieś hen daleko odcięci od świata i cywilizacji. To jest jedna z takich aktywności, co do których piszę, że to rzecz spoza mojej bajki, ale jak już jakimś cudem się na nią zdecyduję, to się okazuje, że świetnie się bawię.
Mimo wszystko, jest tu parę kompozycji na które chciałbym zwrócić uwagę. Songs from the wood na początku mnie mierziło i to były tradycyjne ZŁE MIŁEGO POCZĄTKI, bo zwiastowały coś koszmarnego. Tymczasem po paru odsłuchach mi, ku mojemu zaskoczeniu, tenże kawałek siadł i uważam go za kapitalne wprowadzenie do tej leśnej inby średniowiecznej, w której partycypowałem kilka razy w ostatnich dniach. Bardzo super jest HUNTING GIRL, z fajnym wstępem kojarzącym mi się z jakimś randomowem filmem przygodowym, fajnymi klawiszami oraz niemniej fajnymi zagrywkami na basie. Tu wszystko jest po prostu fajne w taki COOL sposób. Podoba mi się też, że tu się znajduje Ring Out, Solstice Bells, bo w sumie spoko sobie posłuchać pod koniec czerwca jakiejś świątecznej piosenki (która jest niezła). The Whistler mogłoby się znaleźć w soundtracku Wiedźmina czy czegoś podobnego i nawet wyobrażam sobie oczyma wyobraźni scenę z jakimś Jaskrem czy tam innym Zoltanem w siakiejś karczmie typu spelunie, którzy tańcują i świrują pod tę piosenkę.
Także ten, reasumując i wieńcząc ersTĘ kolejkę - właśnie wychodzę z lasu umorusany brudem, z liśćmi pod kołnierzem oraz chowając się przed wiewiórkami (nie zadawajcie pytań). To była całkiem miła i przyjemna leśna eskapada. Kiedyś na pewno ją powtórzę, a na razie idę pod prysznic i przebodźcowywać się swoim smartfonem.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Gratulujemy znalezienia wyjścia z tego leśnego labiryntu. Strażnika ogniska i naczelnego druida Devotees zapraszam do wypowiedzenia się nt. naszego odbioru a jutro nowy dzień i nowa płyta.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Nie wiem skąd to błoto przy takiej ilości wody XD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Dobrnęliśmy (a właściwie: Wy dobrnęliście, i to chyba dobre słowo) do końca przygody z Jethro Tull '77.
Jedziemy po kolei: Dragon. Spodziewałem się negatywnej opinii i taką dostałem, aczkolwiek... Im dłużej żyję (a szczególnie w ostatnim roku), tym bardziej jestem sceptyczny co do otoczki inteligenckiej itd. Sporo takich ludzi poznałem i dziwne jest to, co robią i co prezentują sobą. Mnie raczej liczby sprzedaży tż nie interesują, aczkolwiek wskazują na skalę zainteresowania zespołem (w ogóle: od ilu płyt i jakiej popularności zaczyna się muzyka dla mas?) Fani są dziwni, tak (mnie najbardziej zrazili do siebie fani Crimson, no, ale to kwestia indywidualna). Poglądy? Przeszkadza mi wrogość do elektroniki i swoiste "skostnienie" na inne prądy nienawiązujące do rocka (zwłaszcza począwszy od lat 90.) Chyba jeden z popularnych recenzentów pisał podobnie o tym laboratorium w Tullu (Starostin bodajże gość się zwie, ale on nie jest ściśle fanem proga). Ale, spokojnie, Smoku, podobnych wrzutek chyba już nie będzie
.
Dev, coś w tym jest, co piszesz, a co generalnie jest problemem tej grupy, a mianowicie powtarzalność, ciągłe wracanie do tych samych wątków. Jak to siądzie idealnie, to jest super, ale jak nie, to i na tło się nierzadko nie nadaje. Vibe progowy to trudna rzecz, to nie na każdą okazję, sam tak mam, to rozumiem.
Hien, nawiązanie do wędrówek po lesie i cały ten wstęp z zainteresowaniem przeczytałem. Intro do Hunting Girl, aranżację Velvet Green itp. elektroniczne fragmenty skomponował David (obecnie Dee; tak, pan płeć zmienił i stał się panią) Palmer, duży miał udział w działalności Tulla, ...And The Mouse Police Never Sleeps to też jego, Heavy Horses też (aranżacje). O wpływach Tulla raczej rzadko się czyta (tak jak o ELP), ponoć m.in Iron Maiden inspirowali się nimi (i nagrali swoją wersję Cross Eyed-Mary), ponoć też z Dire Straits zachodziło sprzężenie (a nie tylko że Barre brzmiał w latach 80. jak Knopfler), ale mało się o tym czyta. Bonamassa to też fan Tulla (A New Day Yesterday!), zapowiadał nawet na ich występach (był filmik). Sławę osiągnęli jeszcze w latach 68-72, potem trochę jechali na opinii, od 79 to już głęboki kryzys i nisza.
Shodan, ja też nie lubię gitarowej młócki, właśnie dlatego zabrałem się za proga, bo tam dominują keyboardy i inne cuda
. Rockowe szanty to ci mogę podrzucić
. Ciekawi mnie fenomen Pibroch, to, że ten właśnie utwór zyskał taką uwagę. Age of Empires miało klimat...
Stripped chyba ma rację, kiedy pisze, że czasami tych różnych motywów, melodii jest dużo, a czasem mało i to wchodzi niepostrzeżenie. Skądinąd Anderson nie cierpiał jazzu (bardzo krytycznie o nim mówił wtedy). Z Tull ogólnie jest ten problem, że oni są zaliczani do proga brzmiąc inaczej niż inne czołowe grupy tego nurtu, a jednocześnie zaczynali od blues rocka czy hard rocka + folk + muzyka dawna. A potem totalnie, ni z tego, ni z owego, wsiąkli w prog całkowicie.
Mentos: w starych tekstach sporo jest o sympatii Andersona do Zappy, bardzo cenił go i Captaina Beefhearta (póki nie musiał członkom jego grupy kupić jedzenia, bo kapitan wszystko ukradł dla siebie), często się o tym pisze. Obaj mają specyficzne poczucie humoru (Aqualung!) Tu ogólnie widać problem proga, gdzie melancholijność Floydów w połączeniu z zaangażowanymi tekstami Watersa (dla mnie w ogóle Floydzi są zupełnie inni od progowców), drapieżność i postawienie na instrumentalną współpracę Crimson i pewna baśniowość Yes czy Genesis nie zostawiają wiele przestrzeni dla innych, podobnych (a, no, jeszcze show ELP). Wzmiankę o studentach historii przeoczę
. Palmer zrobił tu świetną robotę, Barriemore Barlow na perkusji też (Solstice Bells też).
Generalnie podoba mi się zróżnicowany odbiór, to, że każdy spróbował znaleźć coś dla siebie, zwrócił uwagę na różne rzeczy, wszedł do lasu i wyszedł z niego cały i zdrowy (choć taki Smok raczej będzie go już omijał, Mudżyn pewnie też), choć 2/3 ekipy zbyt entuzjastycznie nastawiona nie była. Ale nic to, kolejnych wrzutek takich raczej już być nie może, jedziemy dalej!
Jedziemy po kolei: Dragon. Spodziewałem się negatywnej opinii i taką dostałem, aczkolwiek... Im dłużej żyję (a szczególnie w ostatnim roku), tym bardziej jestem sceptyczny co do otoczki inteligenckiej itd. Sporo takich ludzi poznałem i dziwne jest to, co robią i co prezentują sobą. Mnie raczej liczby sprzedaży tż nie interesują, aczkolwiek wskazują na skalę zainteresowania zespołem (w ogóle: od ilu płyt i jakiej popularności zaczyna się muzyka dla mas?) Fani są dziwni, tak (mnie najbardziej zrazili do siebie fani Crimson, no, ale to kwestia indywidualna). Poglądy? Przeszkadza mi wrogość do elektroniki i swoiste "skostnienie" na inne prądy nienawiązujące do rocka (zwłaszcza począwszy od lat 90.) Chyba jeden z popularnych recenzentów pisał podobnie o tym laboratorium w Tullu (Starostin bodajże gość się zwie, ale on nie jest ściśle fanem proga). Ale, spokojnie, Smoku, podobnych wrzutek chyba już nie będzie
Dev, coś w tym jest, co piszesz, a co generalnie jest problemem tej grupy, a mianowicie powtarzalność, ciągłe wracanie do tych samych wątków. Jak to siądzie idealnie, to jest super, ale jak nie, to i na tło się nierzadko nie nadaje. Vibe progowy to trudna rzecz, to nie na każdą okazję, sam tak mam, to rozumiem.
Hien, nawiązanie do wędrówek po lesie i cały ten wstęp z zainteresowaniem przeczytałem. Intro do Hunting Girl, aranżację Velvet Green itp. elektroniczne fragmenty skomponował David (obecnie Dee; tak, pan płeć zmienił i stał się panią) Palmer, duży miał udział w działalności Tulla, ...And The Mouse Police Never Sleeps to też jego, Heavy Horses też (aranżacje). O wpływach Tulla raczej rzadko się czyta (tak jak o ELP), ponoć m.in Iron Maiden inspirowali się nimi (i nagrali swoją wersję Cross Eyed-Mary), ponoć też z Dire Straits zachodziło sprzężenie (a nie tylko że Barre brzmiał w latach 80. jak Knopfler), ale mało się o tym czyta. Bonamassa to też fan Tulla (A New Day Yesterday!), zapowiadał nawet na ich występach (był filmik). Sławę osiągnęli jeszcze w latach 68-72, potem trochę jechali na opinii, od 79 to już głęboki kryzys i nisza.
Shodan, ja też nie lubię gitarowej młócki, właśnie dlatego zabrałem się za proga, bo tam dominują keyboardy i inne cuda
Stripped chyba ma rację, kiedy pisze, że czasami tych różnych motywów, melodii jest dużo, a czasem mało i to wchodzi niepostrzeżenie. Skądinąd Anderson nie cierpiał jazzu (bardzo krytycznie o nim mówił wtedy). Z Tull ogólnie jest ten problem, że oni są zaliczani do proga brzmiąc inaczej niż inne czołowe grupy tego nurtu, a jednocześnie zaczynali od blues rocka czy hard rocka + folk + muzyka dawna. A potem totalnie, ni z tego, ni z owego, wsiąkli w prog całkowicie.
Mentos: w starych tekstach sporo jest o sympatii Andersona do Zappy, bardzo cenił go i Captaina Beefhearta (póki nie musiał członkom jego grupy kupić jedzenia, bo kapitan wszystko ukradł dla siebie), często się o tym pisze. Obaj mają specyficzne poczucie humoru (Aqualung!) Tu ogólnie widać problem proga, gdzie melancholijność Floydów w połączeniu z zaangażowanymi tekstami Watersa (dla mnie w ogóle Floydzi są zupełnie inni od progowców), drapieżność i postawienie na instrumentalną współpracę Crimson i pewna baśniowość Yes czy Genesis nie zostawiają wiele przestrzeni dla innych, podobnych (a, no, jeszcze show ELP). Wzmiankę o studentach historii przeoczę
Generalnie podoba mi się zróżnicowany odbiór, to, że każdy spróbował znaleźć coś dla siebie, zwrócił uwagę na różne rzeczy, wszedł do lasu i wyszedł z niego cały i zdrowy (choć taki Smok raczej będzie go już omijał, Mudżyn pewnie też), choć 2/3 ekipy zbyt entuzjastycznie nastawiona nie była. Ale nic to, kolejnych wrzutek takich raczej już być nie może, jedziemy dalej!
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Za gęsto w tym lesie, bardziej mieszany musi być 
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Zły las mu dałeś, musi spróbować bo różne są
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Niektórym ciężko przeskoczyć choćby gałązkę. 
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
takie z nas leśne prostytutki
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn