Best of Forum V
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
To, że Musiał nie czyta naszych opisów i recenzji, to wiadomo nie od dziś.
W każdym razie, trochę zasko i smutek, że tak naprawdę tylko Smoku w pełni poznał się na "Correspondences", ale generalnie wyszło tak pół na pół. Tym bardziej motywuje mnie to aby wrzucić cały album. Miałem Rajcy pisać żeby wpadł i zobaczył, ale może lepiej nie lol. Lecimy dalej, przywołujemy wiosnę.
Talk Talk – Time It’s Time
Talk Talk zacząłem poznawać od płyty „Colour of Spring” i tak się składa, że nadal, wybierając pojedynczy numer z ich dyskografii, skłaniam się ku finałowi w/w albumu. Jeżeli coś krzyczy wiosną głosem Marka Hollisa, to jest to „Time It’s Time”. Wszystko tu jest pięknie skonstruowane, począwszy od bitu, ikonicznego basu, zestawu klawiszy i innych instrumentów, chórków, itd. Nie chcę się rozpisywać zanadto, wszystko usłyszycie i mam nadzieję, że wyciągniecie coś dobrego dla siebie (poza tymi, którzy już znają i kochają). Od lat, utwór ten towarzyszy mi przy nadejściu wiosny, i może nie widać i nie czuć jej teraz za bardzo, to wierzę, że może jakoś uda nam się ją przywołać. Góra różnych wspomnień wiąże się dla mnie z tym kawałkiem.
https://youtu.be/vwM77SSxLp8
W każdym razie, trochę zasko i smutek, że tak naprawdę tylko Smoku w pełni poznał się na "Correspondences", ale generalnie wyszło tak pół na pół. Tym bardziej motywuje mnie to aby wrzucić cały album. Miałem Rajcy pisać żeby wpadł i zobaczył, ale może lepiej nie lol. Lecimy dalej, przywołujemy wiosnę.
Talk Talk – Time It’s Time
Talk Talk zacząłem poznawać od płyty „Colour of Spring” i tak się składa, że nadal, wybierając pojedynczy numer z ich dyskografii, skłaniam się ku finałowi w/w albumu. Jeżeli coś krzyczy wiosną głosem Marka Hollisa, to jest to „Time It’s Time”. Wszystko tu jest pięknie skonstruowane, począwszy od bitu, ikonicznego basu, zestawu klawiszy i innych instrumentów, chórków, itd. Nie chcę się rozpisywać zanadto, wszystko usłyszycie i mam nadzieję, że wyciągniecie coś dobrego dla siebie (poza tymi, którzy już znają i kochają). Od lat, utwór ten towarzyszy mi przy nadejściu wiosny, i może nie widać i nie czuć jej teraz za bardzo, to wierzę, że może jakoś uda nam się ją przywołać. Góra różnych wspomnień wiąże się dla mnie z tym kawałkiem.
https://youtu.be/vwM77SSxLp8
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Busta Rhymes - Turn Me Up Some
(2002, prod. J. Dilla)
Uwaga:
Ten kawałek normalnie ma na końcu doklejony idiotyczny ha-ha skit, link który znalazłem to jedyny upload gdzie to wycięto, więc jakość pewnie nie jest najlepsza ale przynajmniej skit nie psuje odbioru wyrywając słuchającego brutalnie ze swojego klimatu, hy.
Wracając...
Długo biłem się z myślami czy wrzucać tutaj ten kawałek bo moja relacja z nim jest trochę pokomplikowana. Nie chodzi o to żebym go nie lubił czy coś bo go uwielbiam choć tak naprawdę... wcale nie dzięki Busta Rhymesowi. Tak naprawdę wielbię go głównie i przede wszystkim za produkcję, za ten bit którego autorem jest J. Dilla. Będzie to więc jeszcze jedna z cyklu moich wrzutek producenckich a przy okazji pomyślałem sobie że tam gdzie ta rola producenta będzie dla mnie istotna to w nagłówkach będę dopisywał kto te bity robił obok roku premiery.
Tak naprawdę to ja już byłem w ogródku i witałem się z gąską - czytajcie nastawiałem się że naprawdę wiosna za rogiem i jakieś lżejsze klimaty we wrzutkach będę zapodawał a tymczasem aura za oknem sprawiła mi psikusa, zrobiła krok wstecz, nawet coś sypnęło śniegiem i wtedy zrozumiałem - MARZEC K*RWA. A marzec mili Państwo to miesiąc w moim życiu szczególny, niestety ze względów nie takich jak bym chciał, mianowicie jakoś tak się nieszczęśliwie złożyło że właśnie w marcu rozpadały się dwie takie pierwsze najważniejsze przyjaźnie w moim życiu, do tej drugiej historii jeszcze kiedyś dojdziemy myślę, Busta zaś wiąże się z tą pierwszą czyli moim ziomo z czasów gimbazy (który okazał się ch*jkiem jak już wspominałem wrzucając Me, Myself & I autorstwa Beyonce).
Ziomo sam w sobie niewart jest już w sumie wspominania, krzyż na drogę, nie on pierwszy i nie ostatni okazał się fałszywcem, ale w momencie kiedy to się okazało ja zdaje się jeszcze katowałem drugi poznany w moim życiu album Busty czyli It Ain't Safe No More którego rzecz jasna piracką kopię na cedeku posiadł mój starszy brat. Jak też już pewnie kiedyś wspominałem w moich wczesnych latach fascynacji rapem zawsze odsłuchując albumy zwykłem grawitować ku najbardziej dołującym numerom na nich (nastoletni czas, taki klimat), i nie inaczej było z Turn Me Up Some którego bit mówiąc krótko mnie zaczarował. I w sumie nie wiem czemu wahałem się nad tą wrzutką bo to co Dilla tu wysmażył to jest jakiś kosmos, muzyka która robi mi FEELSY tysiąc procent, skrojona pod zamulanie, pod stan jakiegoś otępienia i zawieszenia i to doskonale oddawało emocje jakie siedziały we mnie gdy z dnia na dzień najbliższy TFU przyjaciel odwrócił się ode mnie i zaczął traktować jak obcego człowieka. Już pal licho że to wtedy oczywiście bolało ale rzecz w tym jak nieludzkie było to zachowanie i jak ryło mi beret że można coś takiego odjebać. Byłem wtedy jeszcze cichym, zamkniętym w sobie i niepewnym swojej wartości nastolatkiem, mocno potrzebowałem właśnie takiego rozkręcenia się towarzysko (tak metaforycznie tłumaczyłem sobie wtedy tytułowe "turn me up some!") a zgaszono mnie jak peta. Jedyne co mi wtedy pozostało to zapętlać ten numer i wsłuchiwać się w ten bit.
https://youtu.be/VThi4PLikx4?si=kDXNmmZlmyn2dej_
(2002, prod. J. Dilla)
Uwaga:
Ten kawałek normalnie ma na końcu doklejony idiotyczny ha-ha skit, link który znalazłem to jedyny upload gdzie to wycięto, więc jakość pewnie nie jest najlepsza ale przynajmniej skit nie psuje odbioru wyrywając słuchającego brutalnie ze swojego klimatu, hy.
Wracając...
Długo biłem się z myślami czy wrzucać tutaj ten kawałek bo moja relacja z nim jest trochę pokomplikowana. Nie chodzi o to żebym go nie lubił czy coś bo go uwielbiam choć tak naprawdę... wcale nie dzięki Busta Rhymesowi. Tak naprawdę wielbię go głównie i przede wszystkim za produkcję, za ten bit którego autorem jest J. Dilla. Będzie to więc jeszcze jedna z cyklu moich wrzutek producenckich a przy okazji pomyślałem sobie że tam gdzie ta rola producenta będzie dla mnie istotna to w nagłówkach będę dopisywał kto te bity robił obok roku premiery.
Tak naprawdę to ja już byłem w ogródku i witałem się z gąską - czytajcie nastawiałem się że naprawdę wiosna za rogiem i jakieś lżejsze klimaty we wrzutkach będę zapodawał a tymczasem aura za oknem sprawiła mi psikusa, zrobiła krok wstecz, nawet coś sypnęło śniegiem i wtedy zrozumiałem - MARZEC K*RWA. A marzec mili Państwo to miesiąc w moim życiu szczególny, niestety ze względów nie takich jak bym chciał, mianowicie jakoś tak się nieszczęśliwie złożyło że właśnie w marcu rozpadały się dwie takie pierwsze najważniejsze przyjaźnie w moim życiu, do tej drugiej historii jeszcze kiedyś dojdziemy myślę, Busta zaś wiąże się z tą pierwszą czyli moim ziomo z czasów gimbazy (który okazał się ch*jkiem jak już wspominałem wrzucając Me, Myself & I autorstwa Beyonce).
Ziomo sam w sobie niewart jest już w sumie wspominania, krzyż na drogę, nie on pierwszy i nie ostatni okazał się fałszywcem, ale w momencie kiedy to się okazało ja zdaje się jeszcze katowałem drugi poznany w moim życiu album Busty czyli It Ain't Safe No More którego rzecz jasna piracką kopię na cedeku posiadł mój starszy brat. Jak też już pewnie kiedyś wspominałem w moich wczesnych latach fascynacji rapem zawsze odsłuchując albumy zwykłem grawitować ku najbardziej dołującym numerom na nich (nastoletni czas, taki klimat), i nie inaczej było z Turn Me Up Some którego bit mówiąc krótko mnie zaczarował. I w sumie nie wiem czemu wahałem się nad tą wrzutką bo to co Dilla tu wysmażył to jest jakiś kosmos, muzyka która robi mi FEELSY tysiąc procent, skrojona pod zamulanie, pod stan jakiegoś otępienia i zawieszenia i to doskonale oddawało emocje jakie siedziały we mnie gdy z dnia na dzień najbliższy TFU przyjaciel odwrócił się ode mnie i zaczął traktować jak obcego człowieka. Już pal licho że to wtedy oczywiście bolało ale rzecz w tym jak nieludzkie było to zachowanie i jak ryło mi beret że można coś takiego odjebać. Byłem wtedy jeszcze cichym, zamkniętym w sobie i niepewnym swojej wartości nastolatkiem, mocno potrzebowałem właśnie takiego rozkręcenia się towarzysko (tak metaforycznie tłumaczyłem sobie wtedy tytułowe "turn me up some!") a zgaszono mnie jak peta. Jedyne co mi wtedy pozostało to zapętlać ten numer i wsłuchiwać się w ten bit.
https://youtu.be/VThi4PLikx4?si=kDXNmmZlmyn2dej_
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Gdybym był złosliwy, to bym napisał, że z jego recki wiem więcej o jego stosunku do The Cinematic Orchestra niż do Coltrane'a, ale nie jestem. Generalnie to fajnie że siadło, ale jak widać Coltrane jest tak dobry, że nawet wuja zmehał go z taką pewną nieśmiałością, a to już coś
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Jori Hulkkonen - Titans [feat. Ernesto] (2008)
Joriego Hulkkonena już trochę poznaliście przez ostatnią edycję Depeszwizji, niedługo (chciałbym lol) poznacie go też w albumowej za sprawą duetu z Juho Paalosmąą (lol), czyli Sin Cos Tan, a teraz dostaniecie coś jeszcze. Titans to utwór, który pochodzi z jego w dużej mierze autobiograficznej płyty pt. Errare Machinale Est, która ukazała się na rynku akurat w marcu 2008. I to jest z mojej strony dopięcie tzw. ciągu marcowego. Śmiesznie, bo ja ten album poznałem w całości dopiero 5 lat po premierze, tj. w marcu 2013. W 2008 to ja nie wiedziałem, kim Hulkkonen w ogóle jest. Dowiedziałem się rok później. Jak? Przez Johna Foxxa oczywiście, ale chyba już o tym napomknąłem we wrzutce albumowej. Tl;dr - Hulkkonen wychowywał się na muzyce Foxxa, zaprosił go kiedyś do udziału w nagraniach i tak Foxx wylądował z utworem Dislocated na krążku Dualizm (to z niego pochodzi Science z Nickiem Trianim z Depeszwizji), Hulkkonen zrobił muzę, Foxx napisał słowa i zaśpiewał. Tak im ładnie pykło, że Foxx dołączył do Hulkkonena na jeszcze następnym albumie, tj. właśnie Errare Machinale Est z utworem Never Been Here Before (na marginesie, oba te kawałki były singlami). Never Been Here Before poznałem z kolei dopiero w maju 2012... Pokręcone to u mnie wszystko. Tak czy inaczej, bo długiej ekspozycji na samo Dislocated i krótszej na jego "następcę" w końcu postanowiłem zassać obydwa albumy. A potem poszło, zassałem więcej, nowe, stare, czekałem na premiery... zostałem fanem.
Errare Machinale Est to obok Dualizm i Oh But I Am moja ulubiona płyta Fina (Hulkkonen jest z Finlandii jbc). Nie brakuje tam naprawdę fajnych rzeczy, mocno wręcz eksperymentalnych (zważywszy na fakt, że gość zaczynał od techno i house'u), i Titans chyba się do tej grupy zalicza. Elektroniki jest tutaj tylko tyle, ile potrzeba. Mamy za to nastrojową gitarę, kompletny brak bitu (zabawne jak na gościa od techno, najpierw Science, teraz to lol) i towarzyszący muzycznym kreacjom Hulkkonena głos bliżej mi nieznanego szwedzkiego wokalisty o pseudonimie Ernesto, który naprawdę nazywa się Jonatan Bäckelie i gra future jazz. Nie słuchałem go nigdy solo, może zacznę, kto wie. Hulkkonen z reguły współpracuje z naprawdę fajnymi muzykami. Titans trwa dość długo, prawie 8 minut, oparty jest o mniej więcej ten sam zestaw brzmień, ale ma w sobie coś niesamowicie melodyjnego i takiego... hmmm, jak to dobrze nazwać... to jest po prostu dobra muzyka na marzec. W marcu słuchałem tej płyty pierwszy raz i co marzec do niej wracam, i choć nie brakuje na niej innych dobrych numerów, tak ten jest dla mnie wyjątkowo emocjonalny. Wciąż jest szaro, ale ciemno robi się sporo później, w powietrzu już trochę czuć wiosnę, ale listków na drzewach próżno szukać (no dobra, to się akurat ostatnio zmienia, ale w kontekście tej grobowej aury niewiele zmienia), ciągle zza węgła złowrogo wygląda jesień i podszeptuje, że wróci szybciej, niż byśmy tego chcieli. Więc no co, mamy to wciąż w głowach, czyż nie? Zapraszam.
https://youtu.be/W4295UYzHWk?si=PNvfyC9lYyXBlUd8
Joriego Hulkkonena już trochę poznaliście przez ostatnią edycję Depeszwizji, niedługo (chciałbym lol) poznacie go też w albumowej za sprawą duetu z Juho Paalosmąą (lol), czyli Sin Cos Tan, a teraz dostaniecie coś jeszcze. Titans to utwór, który pochodzi z jego w dużej mierze autobiograficznej płyty pt. Errare Machinale Est, która ukazała się na rynku akurat w marcu 2008. I to jest z mojej strony dopięcie tzw. ciągu marcowego. Śmiesznie, bo ja ten album poznałem w całości dopiero 5 lat po premierze, tj. w marcu 2013. W 2008 to ja nie wiedziałem, kim Hulkkonen w ogóle jest. Dowiedziałem się rok później. Jak? Przez Johna Foxxa oczywiście, ale chyba już o tym napomknąłem we wrzutce albumowej. Tl;dr - Hulkkonen wychowywał się na muzyce Foxxa, zaprosił go kiedyś do udziału w nagraniach i tak Foxx wylądował z utworem Dislocated na krążku Dualizm (to z niego pochodzi Science z Nickiem Trianim z Depeszwizji), Hulkkonen zrobił muzę, Foxx napisał słowa i zaśpiewał. Tak im ładnie pykło, że Foxx dołączył do Hulkkonena na jeszcze następnym albumie, tj. właśnie Errare Machinale Est z utworem Never Been Here Before (na marginesie, oba te kawałki były singlami). Never Been Here Before poznałem z kolei dopiero w maju 2012... Pokręcone to u mnie wszystko. Tak czy inaczej, bo długiej ekspozycji na samo Dislocated i krótszej na jego "następcę" w końcu postanowiłem zassać obydwa albumy. A potem poszło, zassałem więcej, nowe, stare, czekałem na premiery... zostałem fanem.
Errare Machinale Est to obok Dualizm i Oh But I Am moja ulubiona płyta Fina (Hulkkonen jest z Finlandii jbc). Nie brakuje tam naprawdę fajnych rzeczy, mocno wręcz eksperymentalnych (zważywszy na fakt, że gość zaczynał od techno i house'u), i Titans chyba się do tej grupy zalicza. Elektroniki jest tutaj tylko tyle, ile potrzeba. Mamy za to nastrojową gitarę, kompletny brak bitu (zabawne jak na gościa od techno, najpierw Science, teraz to lol) i towarzyszący muzycznym kreacjom Hulkkonena głos bliżej mi nieznanego szwedzkiego wokalisty o pseudonimie Ernesto, który naprawdę nazywa się Jonatan Bäckelie i gra future jazz. Nie słuchałem go nigdy solo, może zacznę, kto wie. Hulkkonen z reguły współpracuje z naprawdę fajnymi muzykami. Titans trwa dość długo, prawie 8 minut, oparty jest o mniej więcej ten sam zestaw brzmień, ale ma w sobie coś niesamowicie melodyjnego i takiego... hmmm, jak to dobrze nazwać... to jest po prostu dobra muzyka na marzec. W marcu słuchałem tej płyty pierwszy raz i co marzec do niej wracam, i choć nie brakuje na niej innych dobrych numerów, tak ten jest dla mnie wyjątkowo emocjonalny. Wciąż jest szaro, ale ciemno robi się sporo później, w powietrzu już trochę czuć wiosnę, ale listków na drzewach próżno szukać (no dobra, to się akurat ostatnio zmienia, ale w kontekście tej grobowej aury niewiele zmienia), ciągle zza węgła złowrogo wygląda jesień i podszeptuje, że wróci szybciej, niż byśmy tego chcieli. Więc no co, mamy to wciąż w głowach, czyż nie? Zapraszam.
https://youtu.be/W4295UYzHWk?si=PNvfyC9lYyXBlUd8
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
IDLES - Samaritans (2018)
Joy as an Act of Resistance to było zjawisko wielkiego formatu. Może dobrze, że zatrzymałem się na tej płycie. Podobno późniejsze, a najnowszy TANGK w szczególności, to już zjadanie własnego ogona. Nie mam wyższej potrzeby sprawdzania. Cieszę się z ograniczonej znajomości ich muzyki. Licealne ekscesy z artystyczną młodzieżą, pląsy z darciem japy w tle na niejednej ciekawszej interakcji. Mimo upływu lat dalej poznaję ludzi w podobnym wieku, dla których to było coś ważnego. Zdarza się nawet w pracy. Nie płynie we mnie krew punkowca czy poważnego wielbiciela gitarowej naparzanki, a jednak tutaj znajduję wiele dobrego dla siebie do dziś. Między nawiązaniami do Dirty Dancing, muzyką z dzieciństwa (Katy Perry np. właśnie tutaj), motywami queerowymi, a dość prostymi, ale dobrze przemyślanymi tekstami czuję się jak w domu. Od początku do końca panowie jadą ostro, lecz z klasą.
Samaritans musi się pojawić z wielu względów. Podoba mi się kompozycja z mocniejszym zakończeniem. Do tego chyba najlepszy tekst jako całość. Robił mi myśleć na tyle, że w czasie przed pandemią zamierzałem wykorzystać ten track w spektaklu, do którego pierwszy raz napisałem pełnoprawny scenariusz. Miało być ascetycznie, z lekkim łamańcem rytmicznym. Na surowo, oczywiście na elektronicznie, syntezatorowo. Junior Boys, tylko poważniejszy minimal. Nic nie pobije oryginału, więc chciałem chociaż spróbować ugryźć temat z innej strony. Marszowe zwrotki, subtelna puenta w refrenie. Punkt kulminacyjny w mostku, wiadomo. Niezrozumiałe żarty na bok, czas na konkretne stanowisko w ramach podsumowania dyskusji.
Może wrzucę całą płytę? Dawno jej nie słuchałem. O wielu kawałkach regularnie myślę. Do niektórych wracam, choć na streamingach czasem tego nie widać. Jest tutaj zbyt wiele złota, by zamknąć temat na pojedynczej wrzutce. Mimo to w kwestii wyboru od samego początku nie miałem żadnych wątpliwości. Jest MOC. Nie ma rady, trzeba tej nocy odpalić przynajmniej zestaw najważniejszych numerów.
https://www.youtube.com/watch?v=1xbSftC4fIc
Joy as an Act of Resistance to było zjawisko wielkiego formatu. Może dobrze, że zatrzymałem się na tej płycie. Podobno późniejsze, a najnowszy TANGK w szczególności, to już zjadanie własnego ogona. Nie mam wyższej potrzeby sprawdzania. Cieszę się z ograniczonej znajomości ich muzyki. Licealne ekscesy z artystyczną młodzieżą, pląsy z darciem japy w tle na niejednej ciekawszej interakcji. Mimo upływu lat dalej poznaję ludzi w podobnym wieku, dla których to było coś ważnego. Zdarza się nawet w pracy. Nie płynie we mnie krew punkowca czy poważnego wielbiciela gitarowej naparzanki, a jednak tutaj znajduję wiele dobrego dla siebie do dziś. Między nawiązaniami do Dirty Dancing, muzyką z dzieciństwa (Katy Perry np. właśnie tutaj), motywami queerowymi, a dość prostymi, ale dobrze przemyślanymi tekstami czuję się jak w domu. Od początku do końca panowie jadą ostro, lecz z klasą.
Samaritans musi się pojawić z wielu względów. Podoba mi się kompozycja z mocniejszym zakończeniem. Do tego chyba najlepszy tekst jako całość. Robił mi myśleć na tyle, że w czasie przed pandemią zamierzałem wykorzystać ten track w spektaklu, do którego pierwszy raz napisałem pełnoprawny scenariusz. Miało być ascetycznie, z lekkim łamańcem rytmicznym. Na surowo, oczywiście na elektronicznie, syntezatorowo. Junior Boys, tylko poważniejszy minimal. Nic nie pobije oryginału, więc chciałem chociaż spróbować ugryźć temat z innej strony. Marszowe zwrotki, subtelna puenta w refrenie. Punkt kulminacyjny w mostku, wiadomo. Niezrozumiałe żarty na bok, czas na konkretne stanowisko w ramach podsumowania dyskusji.
Może wrzucę całą płytę? Dawno jej nie słuchałem. O wielu kawałkach regularnie myślę. Do niektórych wracam, choć na streamingach czasem tego nie widać. Jest tutaj zbyt wiele złota, by zamknąć temat na pojedynczej wrzutce. Mimo to w kwestii wyboru od samego początku nie miałem żadnych wątpliwości. Jest MOC. Nie ma rady, trzeba tej nocy odpalić przynajmniej zestaw najważniejszych numerów.
https://www.youtube.com/watch?v=1xbSftC4fIc
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Fugees – Ready or Not (1996)
Od samego początku bestek ten amerykański zespół hip-hopowy był na mojej liście, chociaż z innym utworem. Miałem zamiar zamieścić Killing me Softly, który od zawsze uwielbiam. Ale pewnego razu, gdy po latach odświeżyłem sobie ich album z 1996r. „The Score” i ponownie usłyszałem Ready or Not, to postanowiłem zmienić utwór do bestki właśnie na ten. Już naprawdę zapomniałem jaki ten numer jest dobry. Ready or Not zawiera fragment utworu Enyi, który użyli bez jej zgody o co się nawet sądzili. Skończyło się jednak polubownie. Refren oparty jest z kolei na utworze zespołu Delfonics.
Muzyka Fugees określana jest jako alternatywny hip-hop z elementami R&B, soulu, a nawet reggae. W skład zespołu wchodzą raper i producent haitańskiego pochodzenia Wyclef Jean, amerykański raper Pras Michel oraz niepowtarzalna Lauryn Hill. Jej wokal to niepodważalny atut muzyki Fugees. A sam utwór emanuje niesamowicie niepokojącym klimatem. Ready or Not był podobno pierwszym utworem hip-hopowym, którego budżet teledysku przekroczył milion dolców. Rzeczywiście jest bardzo efektowny i klimatyczny, ale to już raczej materiał na inną bestkę. Póki co kto jeszcze nie zna Ready or Not niech posłucha. A kto zna to też niech posłucha.
https://www.youtube.com/watch?v=PWOa_eeKzO0
Od samego początku bestek ten amerykański zespół hip-hopowy był na mojej liście, chociaż z innym utworem. Miałem zamiar zamieścić Killing me Softly, który od zawsze uwielbiam. Ale pewnego razu, gdy po latach odświeżyłem sobie ich album z 1996r. „The Score” i ponownie usłyszałem Ready or Not, to postanowiłem zmienić utwór do bestki właśnie na ten. Już naprawdę zapomniałem jaki ten numer jest dobry. Ready or Not zawiera fragment utworu Enyi, który użyli bez jej zgody o co się nawet sądzili. Skończyło się jednak polubownie. Refren oparty jest z kolei na utworze zespołu Delfonics.
Muzyka Fugees określana jest jako alternatywny hip-hop z elementami R&B, soulu, a nawet reggae. W skład zespołu wchodzą raper i producent haitańskiego pochodzenia Wyclef Jean, amerykański raper Pras Michel oraz niepowtarzalna Lauryn Hill. Jej wokal to niepodważalny atut muzyki Fugees. A sam utwór emanuje niesamowicie niepokojącym klimatem. Ready or Not był podobno pierwszym utworem hip-hopowym, którego budżet teledysku przekroczył milion dolców. Rzeczywiście jest bardzo efektowny i klimatyczny, ale to już raczej materiał na inną bestkę. Póki co kto jeszcze nie zna Ready or Not niech posłucha. A kto zna to też niech posłucha.
https://www.youtube.com/watch?v=PWOa_eeKzO0
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
O, miłe zaskoczenie, hit dzieciństwa, r o z w a ż a ł e m
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Big Black - Karosene
Szczerze mówiąc, nie rozważałem wrzucenia tego kawałka teraz lub w najbliższym czasie, ale skoro imć Munlup zasugerował, że potrafię wrzucać do bestek najpierw Big Black tuż przed Coltranem, to uznałem, że przezabawnie będzie, gdy wrzucę Big Black po Coltranie.
Ale to też nie jest tak, że wrzucam ten kawałek dla żartu, bo prędzej czy później musiał się tu pojawić. Nie tylko dla jakiejkolwiek reprezentacji Big Black w bestce utworowej, ale, co równie istotne, w celu zaprezentowania Atomizera. Tak się bowiem składa, że kocham oba albumy długogrające Big Black miłością może nie tyle matczyną, co piwniczaka trafiającego na nich w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie w swoim życiu. A ponieważ już jedną z tych płyt przesłuchaliście, to w tej zabawie otrzymujecie "zaledwie" mojego faworyta z tego drugiego albumu.
Tak sobie myślę pisząc te słowa, że trafienie na te płyty w odpowiednim MIEJSCU jest równie istotne, jak odkrycie ich w odpowiednim czasie czy stanie mentalności. W tym przypadku mentalnego gówniarza, chociaż nie będę polemizować ze stwierdzeniem, że jakkolwiek wyewoluowałem. W każdym razie w tym nieszczęsnym 2013 roku żyłem bowiem na wsi, która była znacząco oddalona od jedynej miejscowości, która oferowała cokolwiek więcej niż sklep monopolowy i kosz na śmieci, o jakichkolwiek miastach oferujące sensowne perspektywy nie wspominając. No, się znaczy, zawsze mogła wchodzić w moim przypadku opcja szukania czegokolwiek w Krakowie, ale te ponad dziesięć lat temu nikt tam za bardzo, z pewnych przyczyn, nie chciał dać pracy dzieciakowi bez studiów, prawa jazdy i w sumie to czegokolwiek, nie mówiąc już o tym słynnym wykluczeniu komunikacyjnym, o czym pisałem nieco szerzej chociażby wrzucając France Gall do albumowej.
No i jeszcze trzeba do tego dodać, że w tamtym czasie moja paczka znajomych może nie tyle co się posypała, co po prostu prowadziła JAKIEŚ życie - tu ktoś poszedł na studia, tam do technikum, jeszcze ktoś inny miewał przygody w lokalnym warsztacie czy innej pracy tego typu. I nawet ówczesna sytuacja społeczna, jeśli można to tak określic, mnie dobijała, bo niby zewsząd człowiek słyszał, że jest lepiej, ładniej (to akurat prawda, mam czasem wrażenie, że po Euro 2012 mieszkam może nie tyle w innym kraju, co w jakiejś wersji HD), a ja nie za bardzo byłem w stanie to dostrzec wokół siebie.
Zebrawszy to do kupy, to w sumie nic dziwnego, że ktoś drący pizdę o tym, że mieszka w mieście, gdzie nie ma nic do roboty i pewnie tam umrze z nudów, trafił w mój gust w stu procentach.
Teraz już może ten przekaz nie robi na mnie jakiegoś większego wrażenia, ale nadal wywołuje takowe u mnie warstwa muzyczna. Te sześć minut jest przepełnione GNIEWEM, AGRESJĄ, BRUDEM, PRZEMOCĄ i WŚCIEKŁOŚCIĄ - i tak, będę to pisać WIELKIMI LITERAMI, bo te emocje są tu naprawde INTENSYWNE. Napisałbym, że nie znam innej równie dobrej muzycznej reprezentacji ww. negatywnych uczuć, ale przypomniałem sobie, że istnieje druga płyta tego zespołu. W każdym razie nastawcie się na kilka minut mocnego, rockowego łojenia parafrazując klasyka i napieprzania hałaśliwymi gitarami.
A, i okładka. Jest arcypiękna i z chęcią bym sobie ją oprawił w antyramę czy coś w ten deseń.
Żeby nie przeciągać - bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=EXV6EmSBULY
Szczerze mówiąc, nie rozważałem wrzucenia tego kawałka teraz lub w najbliższym czasie, ale skoro imć Munlup zasugerował, że potrafię wrzucać do bestek najpierw Big Black tuż przed Coltranem, to uznałem, że przezabawnie będzie, gdy wrzucę Big Black po Coltranie.
Ale to też nie jest tak, że wrzucam ten kawałek dla żartu, bo prędzej czy później musiał się tu pojawić. Nie tylko dla jakiejkolwiek reprezentacji Big Black w bestce utworowej, ale, co równie istotne, w celu zaprezentowania Atomizera. Tak się bowiem składa, że kocham oba albumy długogrające Big Black miłością może nie tyle matczyną, co piwniczaka trafiającego na nich w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie w swoim życiu. A ponieważ już jedną z tych płyt przesłuchaliście, to w tej zabawie otrzymujecie "zaledwie" mojego faworyta z tego drugiego albumu.
Tak sobie myślę pisząc te słowa, że trafienie na te płyty w odpowiednim MIEJSCU jest równie istotne, jak odkrycie ich w odpowiednim czasie czy stanie mentalności. W tym przypadku mentalnego gówniarza, chociaż nie będę polemizować ze stwierdzeniem, że jakkolwiek wyewoluowałem. W każdym razie w tym nieszczęsnym 2013 roku żyłem bowiem na wsi, która była znacząco oddalona od jedynej miejscowości, która oferowała cokolwiek więcej niż sklep monopolowy i kosz na śmieci, o jakichkolwiek miastach oferujące sensowne perspektywy nie wspominając. No, się znaczy, zawsze mogła wchodzić w moim przypadku opcja szukania czegokolwiek w Krakowie, ale te ponad dziesięć lat temu nikt tam za bardzo, z pewnych przyczyn, nie chciał dać pracy dzieciakowi bez studiów, prawa jazdy i w sumie to czegokolwiek, nie mówiąc już o tym słynnym wykluczeniu komunikacyjnym, o czym pisałem nieco szerzej chociażby wrzucając France Gall do albumowej.
No i jeszcze trzeba do tego dodać, że w tamtym czasie moja paczka znajomych może nie tyle co się posypała, co po prostu prowadziła JAKIEŚ życie - tu ktoś poszedł na studia, tam do technikum, jeszcze ktoś inny miewał przygody w lokalnym warsztacie czy innej pracy tego typu. I nawet ówczesna sytuacja społeczna, jeśli można to tak określic, mnie dobijała, bo niby zewsząd człowiek słyszał, że jest lepiej, ładniej (to akurat prawda, mam czasem wrażenie, że po Euro 2012 mieszkam może nie tyle w innym kraju, co w jakiejś wersji HD), a ja nie za bardzo byłem w stanie to dostrzec wokół siebie.
Zebrawszy to do kupy, to w sumie nic dziwnego, że ktoś drący pizdę o tym, że mieszka w mieście, gdzie nie ma nic do roboty i pewnie tam umrze z nudów, trafił w mój gust w stu procentach.
Teraz już może ten przekaz nie robi na mnie jakiegoś większego wrażenia, ale nadal wywołuje takowe u mnie warstwa muzyczna. Te sześć minut jest przepełnione GNIEWEM, AGRESJĄ, BRUDEM, PRZEMOCĄ i WŚCIEKŁOŚCIĄ - i tak, będę to pisać WIELKIMI LITERAMI, bo te emocje są tu naprawde INTENSYWNE. Napisałbym, że nie znam innej równie dobrej muzycznej reprezentacji ww. negatywnych uczuć, ale przypomniałem sobie, że istnieje druga płyta tego zespołu. W każdym razie nastawcie się na kilka minut mocnego, rockowego łojenia parafrazując klasyka i napieprzania hałaśliwymi gitarami.
A, i okładka. Jest arcypiękna i z chęcią bym sobie ją oprawił w antyramę czy coś w ten deseń.
Żeby nie przeciągać - bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=EXV6EmSBULY
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Talk Talk - Time It's Time
Podoba mi się ten perkusyjny rytm oraz ten dźwięk robiący za werbel - przed wejściem właściwego werbla. Fajne operowe chórki w refrenie, dobrze mi się kojarzą. Hollis na wokalu nie męczy, w spokojniejszych zwrotkach nawet ładnie brzmi jego wokal, te chórki jednak chyba są najmocniejszym punktem utworu dla mnie. Świąteczne dzwonki też całkiem spoko, wchodzi też melodica którą lubię - na plus. Na końcu jednak do całej orkiestry dołączają fleciki i te niezbyt mi odpowiadają, brzmi jak wstawka z jakiegoś utworu dla dzieci, jakieś Fasolki vibe to dostaje niepotrzebnie. Niestety zarzynają one końcówkę utworu który mógł się zgrabnie zamknąć w 5 minutach.
Jori Hulkkonen - Titans
Fajna gitarowa pętla, ładnie się mieni to brzmienie że tak powiem. Dobrze uzupełnia ją elektronika pod spodem, smyki ok ale jeszcze lepszy ten wah-wah basowy synth który wjeżdża nieco później. Delikatny wokal, całość jest dość senna i leniwa, bardziej pod wypoczynek na łące w słoneczny dzień niż te chłodne wciąż jeszcze marcowe dni ale to się wróci inną porą i sprawdzi jeszcze. Po 5 minutach kolejny synth wygrywa prostą melodię na finał, podkład w tym czasie się powoli wycisza, fajny zabieg. Na koniec wracamy do gitary jako jedynego elementu wygrywającego instrumentalne outro. Lubię numery które się tak mozolnie rozkręcają i wyciszają, nawet moja broszka bym rzekł.
IDLES - Samaritans
Numer taki trochę punkowy ale w specyficzny sposób. Wokal brzmi trochę jak kolo ze Sleaford Mods, może po prostu przez to mi się kojarzy że jest to takie przegadane z akcentem itd. Utwór traktujący o masce męskości jaką często zmuszone są przez społeczeństwo nosić osoby niekoniecznie tej męskości pewne. Naprawdę dobry numer, spoko tekst i ciekawa aranżacja. Nawiązanie do Katy Perry - złoto. W kwestii wrzutek około-queerowych od Smoka ta może być najlepsza.
Fugees - Ready or Not
Nie liczyłem dokładnie ale wydaje mi się że dzięki poprzedniej i obecnej kolejce Wujek śmiało wychodzi na pozycję lidera ukradzionych mi wrzutek. Na całe szczęście nie są to utwory z którymi byłbym osobiście związany wspominkami a zwyczajnie dobre kawałki które chciałem by prędzej czy później tu zawitały. W kwestii Fugees chyba trudno o bardziej zachęcający wstęp do poznawania ich twórczości niż właśnie ten numer na samplu z Enyi i interpolujący Delfonics (kolejne propsy za trivię dla Wuja), to byłaby jeszcze lepsza wrzutka do bestki samplowej nawet, no ale - uciekło. Muzycznie całkiem przyjemnie, sample plus lekka perkusja, dobrze to płynie sobie. Na mikrofonie najjaśniej z grupy oczywiście świeci Lauryn Hill, ma dobry wokal więc poza rapowaniem ogarnia też refren. W pamięć najbardziej zapadły mi finalne wersy jej zwroty skierowane do wszelkiej maści rapowych mafiozów wyskakujących wówczas jak grzyby po deszczu (również Biggie jak już wiecie z albumowej wrzuty). Stary dobry klasyk i dobrze że wpadł do bestki.
Big Black - Kerosene
Na koniec kolejki mentos odpala gitarową bombę w wykonaniu Big Black. Jedynym powiedzmy minusem jest fakt że znamy już ich muzykę z wrzuty albumowej i drugi raz już nie ma tego bonusu w formie zaskoczenia. Panowie odstawiają niezłą rzeźnię, gitary tną niczym żyletki, basowa betoniarka rzęzi, angstowy wokal dolewa oliwy do ognia. Prosty numer z którym łatwo mogę relować bo od urodzenia mieszkam w małym mieście bez większych perspektyw na życie. Tym przesłaniem kawałek zgrabnie broni się w formie takiej solowej wrzutki, udany wybór.
Podoba mi się ten perkusyjny rytm oraz ten dźwięk robiący za werbel - przed wejściem właściwego werbla. Fajne operowe chórki w refrenie, dobrze mi się kojarzą. Hollis na wokalu nie męczy, w spokojniejszych zwrotkach nawet ładnie brzmi jego wokal, te chórki jednak chyba są najmocniejszym punktem utworu dla mnie. Świąteczne dzwonki też całkiem spoko, wchodzi też melodica którą lubię - na plus. Na końcu jednak do całej orkiestry dołączają fleciki i te niezbyt mi odpowiadają, brzmi jak wstawka z jakiegoś utworu dla dzieci, jakieś Fasolki vibe to dostaje niepotrzebnie. Niestety zarzynają one końcówkę utworu który mógł się zgrabnie zamknąć w 5 minutach.
Jori Hulkkonen - Titans
Fajna gitarowa pętla, ładnie się mieni to brzmienie że tak powiem. Dobrze uzupełnia ją elektronika pod spodem, smyki ok ale jeszcze lepszy ten wah-wah basowy synth który wjeżdża nieco później. Delikatny wokal, całość jest dość senna i leniwa, bardziej pod wypoczynek na łące w słoneczny dzień niż te chłodne wciąż jeszcze marcowe dni ale to się wróci inną porą i sprawdzi jeszcze. Po 5 minutach kolejny synth wygrywa prostą melodię na finał, podkład w tym czasie się powoli wycisza, fajny zabieg. Na koniec wracamy do gitary jako jedynego elementu wygrywającego instrumentalne outro. Lubię numery które się tak mozolnie rozkręcają i wyciszają, nawet moja broszka bym rzekł.
IDLES - Samaritans
Numer taki trochę punkowy ale w specyficzny sposób. Wokal brzmi trochę jak kolo ze Sleaford Mods, może po prostu przez to mi się kojarzy że jest to takie przegadane z akcentem itd. Utwór traktujący o masce męskości jaką często zmuszone są przez społeczeństwo nosić osoby niekoniecznie tej męskości pewne. Naprawdę dobry numer, spoko tekst i ciekawa aranżacja. Nawiązanie do Katy Perry - złoto. W kwestii wrzutek około-queerowych od Smoka ta może być najlepsza.
Fugees - Ready or Not
Nie liczyłem dokładnie ale wydaje mi się że dzięki poprzedniej i obecnej kolejce Wujek śmiało wychodzi na pozycję lidera ukradzionych mi wrzutek. Na całe szczęście nie są to utwory z którymi byłbym osobiście związany wspominkami a zwyczajnie dobre kawałki które chciałem by prędzej czy później tu zawitały. W kwestii Fugees chyba trudno o bardziej zachęcający wstęp do poznawania ich twórczości niż właśnie ten numer na samplu z Enyi i interpolujący Delfonics (kolejne propsy za trivię dla Wuja), to byłaby jeszcze lepsza wrzutka do bestki samplowej nawet, no ale - uciekło. Muzycznie całkiem przyjemnie, sample plus lekka perkusja, dobrze to płynie sobie. Na mikrofonie najjaśniej z grupy oczywiście świeci Lauryn Hill, ma dobry wokal więc poza rapowaniem ogarnia też refren. W pamięć najbardziej zapadły mi finalne wersy jej zwroty skierowane do wszelkiej maści rapowych mafiozów wyskakujących wówczas jak grzyby po deszczu (również Biggie jak już wiecie z albumowej wrzuty). Stary dobry klasyk i dobrze że wpadł do bestki.
Big Black - Kerosene
Na koniec kolejki mentos odpala gitarową bombę w wykonaniu Big Black. Jedynym powiedzmy minusem jest fakt że znamy już ich muzykę z wrzuty albumowej i drugi raz już nie ma tego bonusu w formie zaskoczenia. Panowie odstawiają niezłą rzeźnię, gitary tną niczym żyletki, basowa betoniarka rzęzi, angstowy wokal dolewa oliwy do ognia. Prosty numer z którym łatwo mogę relować bo od urodzenia mieszkam w małym mieście bez większych perspektyw na życie. Tym przesłaniem kawałek zgrabnie broni się w formie takiej solowej wrzutki, udany wybór.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Kyrie elejson, pomyśleć że kiedyś rozmawialiśmy o kolejkach w 5 dni xddddd
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Ezu, wreszcie prawie tydzień spokoju...
Talk Talk Time It's Time
Miły gest ze strony Hiena, że też sięga po coś z Colour of Spring. Dla mnie brzmi bardziej jesieniarsko, ale nie wypada najgorzej na początku przebudzenia wiosennego. Niby takie oczywiste ze względu na tytuł, jednak powrót do życia nie skłania do ulegania melancholii czy aż tak delikatnym, lekkim rzeczom. Z drugiej strony naturalnie w głowie zaczęło grać Happiness Is Easy czy Life's What You Make It. Talk Talk to byli prawdziwi szefowie, a Hollis jedyny słuszny kierownik orkiestry. Piękny finał znakomitej płyty. W pół drogi między synthpopową wrażliwością i syntezatorowym rozmachem a opanowaniem ciszy, czymś bardzo intymnym, kameralnym, eterycznym. Finał z pompą stanowi dobrą klamrę w połączeniu z dziecięcymi chórkami w Happiness Is Easy. Pompa z lekkim dreszczykiem i nerwem w tle. Najbardziej cenię dramatyczne zawieszenie przed, a potem dość gęstą atmosferę w refrenie. Zawsze w serduszku. To przedstawiciel lepszej połowy płyty. Wracam ze szczerej potrzeby.
Busta Rhymes Turn Me Up Some
Kurde blaszka, chyba nawet ja tam w sakiewce jakieś rapsy na smutki i wszechogarniający wkurw. Bicik całkiem przyjemny samograj. Nie jakaś awangarda czy przełomowy patent, po prostu solidnie brzmiący standard. BR znam dzięki collabo z Missy Elliott czy Pussycat Dolls. Cała płyta mogłaby drażnić ze względu na brzmienie głosu pana rapera. Jakiś czas temu zwracałem uwagę na to, że takie skrzeczące żaby mimowolnie mnie męczą i wkurzają. Tutaj jest jeszcze okej, tło naprawdę nieźle pomaga. Ze względu na brzmienie trochę przechodzę obok tekstu, ale rozumiem kontekst. Niesie się klimat nocnych piwnicznych rozkminek o rozczarowaniach, rozliczeniach, rozejściach. W porządku/10
Jori Hulkkonen Titans
Problem z dopasowywaniem muzyki do pory roku, klimatu za oknem czy pozycji w kalendarzu zazwyczaj jest taki, że każdy po prostu odbiera to inaczej. Jeszcze jakby zaproponować wspólny gatunek czy styl to mogłoby ujść na sucho, a tak to z dystansem czasowym zabieramy się za różne marce, które dla mnie nie są szczególnie marcowe. BTW Hulkkonen z Depeszwizji był znacznie ciekawszy, tak po prostu. Może nawet lepiej by pasował? Tam było eksperymentalnie, a jednocześnie z pomysłem, lekkością, czymś godnym zapamiętania. W przypadku wrzutki bestkowej robi się gorzej. Niestety, kolejna dziesiętna propozycja na gitarowo, przy czym ta zagrywka jest całkiem nudna. Do tego nieszczególnie wyróżniające się tło. Wokal też mocno RAMowy albo po prostu rodem z kompilacji tańszych chilloutów na jazzowo do picia amerikany. Sam numer o jakieś cztery minuty za długi. No nie poczułem tego, muza o zerowej wartości emocjonalnej.
reFugees Ready or Not
Shodan wraca na pozycje soczystych bangerów klasyków. Trochę nie wierzę w deklarowaną emanację niepokojącym klimatem. To przede wszystkim zasługa treściwego, bujającego bitu i zabójczo zaraźliwego refrenu. Spooky sampling podkręca atmosferę, ale połączenie wszystkich elementów wychodzi naprawdę lekko. Jakoś nie czuję ciarek, gdy jedna z pań nawija coś o defekowaniu na majka... Killing Me Softly też zacne. Znane, lubiane, poszanowane. Nie wracam, ale w pamięci od lat. Obowiązkowa obecność w kompilacjach z epoki.
Big Black Kerosene
Kolejny problem z rzucaniem klasyków. Kwestia osobistych historii poznawania rzeczy, obijania o uszy późniejszych tworów na podobne tematy sprawia, że do protoplastów po latach podchodzi się z dystansem, wyrozumiałością. W tym momencie raczej wrzucam relację z procesu poznawania na dzień dobry. Kiedy dam szansę całemu Atomizerowi, prześlę wieści o ewentualnej zmianie podejścia. Mocno reluję do sączonej przez Sebę opowieści, ale z Siekierą, Suicide czy innym Mitt Fochem w tle. Moja ulica w sercu miasta, mój dom murem podzielony, idziemy przez las, oddajcie blokowiska, itepe, iTede. Kumam pomysł na ten numer. Taki jazgotliwy manifest wkurwu, frustracji na otaczającą beznadzieję, apatię, bylejakość. Dobrze oddaje odczucia bijące z tekstu. Nie jestem mocno podjarany, ale z czasem, w kontekście całości czy akurat przy okazji kolejnego osobistego wkurwienia na lokalne gówno obecne dookoła (po wyborach pewnie?) może się przypomnieć. Za ostatnim razem przestało się nawet dłużyć. Początkowo to mi trochę przeszkadzało, mając w pamięci krótkie, zwarte bangery z płyty z piosenkami o seksowaniu. Teraz jest naprawdę dobrze. Okładka też git majonez.
Talk Talk Time It's Time
Miły gest ze strony Hiena, że też sięga po coś z Colour of Spring. Dla mnie brzmi bardziej jesieniarsko, ale nie wypada najgorzej na początku przebudzenia wiosennego. Niby takie oczywiste ze względu na tytuł, jednak powrót do życia nie skłania do ulegania melancholii czy aż tak delikatnym, lekkim rzeczom. Z drugiej strony naturalnie w głowie zaczęło grać Happiness Is Easy czy Life's What You Make It. Talk Talk to byli prawdziwi szefowie, a Hollis jedyny słuszny kierownik orkiestry. Piękny finał znakomitej płyty. W pół drogi między synthpopową wrażliwością i syntezatorowym rozmachem a opanowaniem ciszy, czymś bardzo intymnym, kameralnym, eterycznym. Finał z pompą stanowi dobrą klamrę w połączeniu z dziecięcymi chórkami w Happiness Is Easy. Pompa z lekkim dreszczykiem i nerwem w tle. Najbardziej cenię dramatyczne zawieszenie przed, a potem dość gęstą atmosferę w refrenie. Zawsze w serduszku. To przedstawiciel lepszej połowy płyty. Wracam ze szczerej potrzeby.
Busta Rhymes Turn Me Up Some
Kurde blaszka, chyba nawet ja tam w sakiewce jakieś rapsy na smutki i wszechogarniający wkurw. Bicik całkiem przyjemny samograj. Nie jakaś awangarda czy przełomowy patent, po prostu solidnie brzmiący standard. BR znam dzięki collabo z Missy Elliott czy Pussycat Dolls. Cała płyta mogłaby drażnić ze względu na brzmienie głosu pana rapera. Jakiś czas temu zwracałem uwagę na to, że takie skrzeczące żaby mimowolnie mnie męczą i wkurzają. Tutaj jest jeszcze okej, tło naprawdę nieźle pomaga. Ze względu na brzmienie trochę przechodzę obok tekstu, ale rozumiem kontekst. Niesie się klimat nocnych piwnicznych rozkminek o rozczarowaniach, rozliczeniach, rozejściach. W porządku/10
Jori Hulkkonen Titans
Problem z dopasowywaniem muzyki do pory roku, klimatu za oknem czy pozycji w kalendarzu zazwyczaj jest taki, że każdy po prostu odbiera to inaczej. Jeszcze jakby zaproponować wspólny gatunek czy styl to mogłoby ujść na sucho, a tak to z dystansem czasowym zabieramy się za różne marce, które dla mnie nie są szczególnie marcowe. BTW Hulkkonen z Depeszwizji był znacznie ciekawszy, tak po prostu. Może nawet lepiej by pasował? Tam było eksperymentalnie, a jednocześnie z pomysłem, lekkością, czymś godnym zapamiętania. W przypadku wrzutki bestkowej robi się gorzej. Niestety, kolejna dziesiętna propozycja na gitarowo, przy czym ta zagrywka jest całkiem nudna. Do tego nieszczególnie wyróżniające się tło. Wokal też mocno RAMowy albo po prostu rodem z kompilacji tańszych chilloutów na jazzowo do picia amerikany. Sam numer o jakieś cztery minuty za długi. No nie poczułem tego, muza o zerowej wartości emocjonalnej.
reFugees Ready or Not
Shodan wraca na pozycje soczystych bangerów klasyków. Trochę nie wierzę w deklarowaną emanację niepokojącym klimatem. To przede wszystkim zasługa treściwego, bujającego bitu i zabójczo zaraźliwego refrenu. Spooky sampling podkręca atmosferę, ale połączenie wszystkich elementów wychodzi naprawdę lekko. Jakoś nie czuję ciarek, gdy jedna z pań nawija coś o defekowaniu na majka... Killing Me Softly też zacne. Znane, lubiane, poszanowane. Nie wracam, ale w pamięci od lat. Obowiązkowa obecność w kompilacjach z epoki.
Big Black Kerosene
Kolejny problem z rzucaniem klasyków. Kwestia osobistych historii poznawania rzeczy, obijania o uszy późniejszych tworów na podobne tematy sprawia, że do protoplastów po latach podchodzi się z dystansem, wyrozumiałością. W tym momencie raczej wrzucam relację z procesu poznawania na dzień dobry. Kiedy dam szansę całemu Atomizerowi, prześlę wieści o ewentualnej zmianie podejścia. Mocno reluję do sączonej przez Sebę opowieści, ale z Siekierą, Suicide czy innym Mitt Fochem w tle. Moja ulica w sercu miasta, mój dom murem podzielony, idziemy przez las, oddajcie blokowiska, itepe, iTede. Kumam pomysł na ten numer. Taki jazgotliwy manifest wkurwu, frustracji na otaczającą beznadzieję, apatię, bylejakość. Dobrze oddaje odczucia bijące z tekstu. Nie jestem mocno podjarany, ale z czasem, w kontekście całości czy akurat przy okazji kolejnego osobistego wkurwienia na lokalne gówno obecne dookoła (po wyborach pewnie?) może się przypomnieć. Za ostatnim razem przestało się nawet dłużyć. Początkowo to mi trochę przeszkadzało, mając w pamięci krótkie, zwarte bangery z płyty z piosenkami o seksowaniu. Teraz jest naprawdę dobrze. Okładka też git majonez.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Busta Rhymes - Turn Me Up Some
Trochę mam odwrót od amerykańskiego hip-hopu, nie potrafię wykrzesać z siebie jakichś gorętszych uczuć i reakcji, więc podejdę do tematu na chłodno. Bit od razu jest super, zresztą link nie daje nam wyboru, nie da się nie zauważyć tego (PROD. J DILLA).MP4. No, ale J Dilla to marka. Busta Rhymes kojarzy mi się przede wszystkim z tym, że w filmie „Halloween: Resurrection”, zabił Michaela Mayersa za pomocą ciosów kung-fu. Jako jedyny w całej serii.
Zresztą, co ja będę pisał
https://www.youtube.com/watch?v=dtHlJOnk-WA&t=55s
TRICK OR TREAT MOTHERFUCKER, jest już absolutnie legendarnym cytatem. I jeśli mam być szczery, to głównie kojarzę Bustę jako takie popkulturowe zjawisko, aktora i rapera z okładek, niż z faktycznych piosenek. Numer jest dobry, podoba mi się rap, który jest kompletnie inny niż to co zazwyczaj słyszę, a raczej głos Busty jest inny, przez co rap wypada inaczej. Fajny chillowy numer. Niby nic nowego, ale co z tego.
Jori Hulkkonen – Titans
O, ta zagrywka gitarowa kojarzy mi się z czymś, co nagrał kiedyś mój znajomy (którego Dev zresztą zna) oraz Steven Wilson. Zacnie się to zaczyna. Miałem już stękać, że Musiał zmarnował „Science”, na Depeszwizję, ale tu chyba nie ma przegranych, a Jori ma więcej atutów. Ciekawe, że akurat Dev wybiera totalnie nieelektroniczny numer elektronicznego artysty, ale szanuję. Pięknie to wchodzi w przedwielkanocny klimat. Piosenkowo, instrumentowo, produkcyjnie, wszystko tutaj pic glanc. Czekam na solo Hulkkonena w albumowej.
IDLES - Samaritans
Rzadko się zdarza, że Smoku uderza w gitary, a jak już uderza, to zazwyczaj jest fajnie. Tutaj trochę jakby wyjął numer Sebie z szafy, gdy nie patrzy Kim. Gitary mocno post-rock-punkowe, z elementami szuGEJzu, a to taka mieszanka, która działa, lub nie (Paolo Coelho). Tutaj działa dzięki temu żelaznemu rytmowi, który fajnie trzyma ten gitarowy tramwaj na odpowiednio mocnych szynach. Wokal taki od niechcenia, ale dobrze robi. Może ten mostek ala Red Hot Chilli Peppers za bardzo wybija z transu, ale nie ważne, jest to bardzo zacna propozycja i daję jej znak jakości Seby.
Fugees – Ready or Not
Wujas jak za coś po dupie dostanie, to szybko wraca z jakimś hitem, który zamyka wszystkim buzie. Nie będę się pastwił, że Enjoy, bardzo lubię ten kawałek, kojarzy mi się z dzieciństwem, z czasami beztroskimi, czasami kiedy nie miałem jeszcze wyrobionego gustu muzycznego i po prostu chłonąłem wszystko z typowo dziecięcą ciekawością i bez niepotrzebnych uprzedzeń. Dobry, minimalistyczny bit i muzyka, doskonały refren, fajny i nienachalny rap. Klasyk nie bez powodu. „Killing Me Softly” też bym chwalił.
Big Black - Karosene
Myślałem nawet ostatnio o Big Black, bo miałem ochotę na coś bezkompromisowego. Do Albiniego nadal mam stosunek ambiwalentny (albiwalentny), ale do BB się nie przyczepię, album wspominam dobrze, a w/w numer doskonały. Podoba mi się, że pomimo narzuconej niejako formy, skrajnego minimalizmu, o ile nie wręcz prostackości, ci ludzie są w stanie zrobić coś muzycznie ciekawego i intrygującego. Peter Gabriel powiedział kiedyś, że im więcej masz możliwości, tym mniej twórczy się stajesz, a mając do dyspozycji małą ilość narzędzi, wykorzystujesz je na 100%. Takie odnoszę właśnie wrażenie, kiedy słucham „Karosene”. Niby młotek, siekierka i kilka gwoździ, a jednak szopa z tego zbudowana ładna, trwała i sexy. Produkcja tutaj czyni cuda, bo te gitary naprawdę brzmią jakby Godzilla wparowała do Tokio i zaczęła wszystko rozpierdalać. Cenię Big Black i cenię taki jazgot. Dobrze zaprezentowane ‘zdenerwowanie’.
Przepraszam za być może krótkie opisy, ale ten tydzień był u mnie tak ciasny i męczący, że jestem po prostu wyczerpany, a nie chcę spowalniać bestki (dobrze, że chociaż przez Sebą zdążyłem). Widzę, że nie tylko ja się ociągałem, więc proszę żebyśmy się do jutra wyrobili z tą kolejką, bo nastepna jest ŚWIĄTECZNA i mam numer dedykowany (mimo, że nie jest to "Marillion - Easter").
Trochę mam odwrót od amerykańskiego hip-hopu, nie potrafię wykrzesać z siebie jakichś gorętszych uczuć i reakcji, więc podejdę do tematu na chłodno. Bit od razu jest super, zresztą link nie daje nam wyboru, nie da się nie zauważyć tego (PROD. J DILLA).MP4. No, ale J Dilla to marka. Busta Rhymes kojarzy mi się przede wszystkim z tym, że w filmie „Halloween: Resurrection”, zabił Michaela Mayersa za pomocą ciosów kung-fu. Jako jedyny w całej serii.
Zresztą, co ja będę pisał
https://www.youtube.com/watch?v=dtHlJOnk-WA&t=55s
TRICK OR TREAT MOTHERFUCKER, jest już absolutnie legendarnym cytatem. I jeśli mam być szczery, to głównie kojarzę Bustę jako takie popkulturowe zjawisko, aktora i rapera z okładek, niż z faktycznych piosenek. Numer jest dobry, podoba mi się rap, który jest kompletnie inny niż to co zazwyczaj słyszę, a raczej głos Busty jest inny, przez co rap wypada inaczej. Fajny chillowy numer. Niby nic nowego, ale co z tego.
Jori Hulkkonen – Titans
O, ta zagrywka gitarowa kojarzy mi się z czymś, co nagrał kiedyś mój znajomy (którego Dev zresztą zna) oraz Steven Wilson. Zacnie się to zaczyna. Miałem już stękać, że Musiał zmarnował „Science”, na Depeszwizję, ale tu chyba nie ma przegranych, a Jori ma więcej atutów. Ciekawe, że akurat Dev wybiera totalnie nieelektroniczny numer elektronicznego artysty, ale szanuję. Pięknie to wchodzi w przedwielkanocny klimat. Piosenkowo, instrumentowo, produkcyjnie, wszystko tutaj pic glanc. Czekam na solo Hulkkonena w albumowej.
IDLES - Samaritans
Rzadko się zdarza, że Smoku uderza w gitary, a jak już uderza, to zazwyczaj jest fajnie. Tutaj trochę jakby wyjął numer Sebie z szafy, gdy nie patrzy Kim. Gitary mocno post-rock-punkowe, z elementami szuGEJzu, a to taka mieszanka, która działa, lub nie (Paolo Coelho). Tutaj działa dzięki temu żelaznemu rytmowi, który fajnie trzyma ten gitarowy tramwaj na odpowiednio mocnych szynach. Wokal taki od niechcenia, ale dobrze robi. Może ten mostek ala Red Hot Chilli Peppers za bardzo wybija z transu, ale nie ważne, jest to bardzo zacna propozycja i daję jej znak jakości Seby.
Fugees – Ready or Not
Wujas jak za coś po dupie dostanie, to szybko wraca z jakimś hitem, który zamyka wszystkim buzie. Nie będę się pastwił, że Enjoy, bardzo lubię ten kawałek, kojarzy mi się z dzieciństwem, z czasami beztroskimi, czasami kiedy nie miałem jeszcze wyrobionego gustu muzycznego i po prostu chłonąłem wszystko z typowo dziecięcą ciekawością i bez niepotrzebnych uprzedzeń. Dobry, minimalistyczny bit i muzyka, doskonały refren, fajny i nienachalny rap. Klasyk nie bez powodu. „Killing Me Softly” też bym chwalił.
Big Black - Karosene
Myślałem nawet ostatnio o Big Black, bo miałem ochotę na coś bezkompromisowego. Do Albiniego nadal mam stosunek ambiwalentny (albiwalentny), ale do BB się nie przyczepię, album wspominam dobrze, a w/w numer doskonały. Podoba mi się, że pomimo narzuconej niejako formy, skrajnego minimalizmu, o ile nie wręcz prostackości, ci ludzie są w stanie zrobić coś muzycznie ciekawego i intrygującego. Peter Gabriel powiedział kiedyś, że im więcej masz możliwości, tym mniej twórczy się stajesz, a mając do dyspozycji małą ilość narzędzi, wykorzystujesz je na 100%. Takie odnoszę właśnie wrażenie, kiedy słucham „Karosene”. Niby młotek, siekierka i kilka gwoździ, a jednak szopa z tego zbudowana ładna, trwała i sexy. Produkcja tutaj czyni cuda, bo te gitary naprawdę brzmią jakby Godzilla wparowała do Tokio i zaczęła wszystko rozpierdalać. Cenię Big Black i cenię taki jazgot. Dobrze zaprezentowane ‘zdenerwowanie’.
Przepraszam za być może krótkie opisy, ale ten tydzień był u mnie tak ciasny i męczący, że jestem po prostu wyczerpany, a nie chcę spowalniać bestki (dobrze, że chociaż przez Sebą zdążyłem). Widzę, że nie tylko ja się ociągałem, więc proszę żebyśmy się do jutra wyrobili z tą kolejką, bo nastepna jest ŚWIĄTECZNA i mam numer dedykowany (mimo, że nie jest to "Marillion - Easter").
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Talk Talk – Time It’s Time
Ten zespół kojarzę od bardzo dawna. Już w młodości słyszałem parę utworów na stacjach muzycznych w tv. Czyli znałem ich jak wiele innych zespołów czy wykonawców, którzy mi absolutnie nie przeszkadzali, ale i nie zachęcali do słuchania. Za sprawą bestek mam okazję posłuchać ich ponownie i to na dodatek rzeczy, których wcześniej nie słyszałem. Album Hiena to dopiero opiszę, natomiast te utwory, które się tutaj ukazały, prezentowały zawsze dobry poziom. I Time It’s Time też jest dobre. Po kilku odsłuchach doceniłem jakość kompozycji. Ta melodia wbiła się już w pamięć. Podoba mi się brzmienie utworu. To takie brzmienie, z jakiego właśnie ten zespół zawsze kojarzyłem. Podoba mi się gitara basowa. Te chórki z klawisza też są super. W ogóle aranż bardzo przyjemny. Końcówka wręcz zachwycająca. Ten wielokrotnie powtarzany motyw jest świetny. To jeden z tych utworów, których nie sposób nie docenić zarówno za ładną melodię jak i klasowe brzmienie.
Wokal to już inna sprawa, ale utwór jest tak dobry, że nawet głos Hollisa nie przeszkadza.
Busta Rhymes - Turn Me Up Some
Rhymesa już trochę poznałem dzięki wrzutce clipowej Murzyna, która mnie z kolei skłoniła do przesłuchania całego albumu. I Genesis całkiem dobrze weszło. Szczerze mówiąc na Genesis słyszałem kilka lepszych utworów od Turn Me Up Some, ale to też jest dobry utwór. Nie wyjątkowy, nie najlepszy. Taki po prostu solidny. Dobry bit owszem, choć przesadnie mnie też nie jara. Słyszałem lepsze, ciekawsze. Głos i sposób rapowania Busty lubię. “Ujadanie psów” ciekawe.
W ogóle dzięki Jackowi nikt się już u mnie w pracy nie dziwi słysząc czarną muzykę.
Jori Hulkkonen - Titans
Kolejna propozycja deva, w którą zamieszany jest nie kto inny jak Foxx xD Ta zagrywka gitarowa rzeczywiście mi też przypomina nieco Wilsona. Ale na tym się podobieństwa kończą. Poza tym nie wiem, co tu jeszcze napisać. Przelatuje to tak po prostu bez echa u mnie. Zawiewa nudą niestety od zimnego Fina. Utwór przede wszystkim o jakieś 4 minuty za długi. Prosta, krótka i nieangażująca melodia rozciągnięta do granic możliwości. Wokalista kompletnie nie wyróżniający się niczym. Te synthy, o których pisał stripped też niczego ciekawego nie dodają. Jak będą miał ochotę na odrobinę melancholii i klimatu to naprawdę wolę włączyć dowolny utwór od no-man.
IDLES – Samaritans
Niestety dla Dragona też nie mam tym razem dobrych wieści. Bo o ile Hulkkonen przelatywał po prostu obojętnie, to tutaj włączają się już u mnie odruchy obronne. Jakby wziąć pod uwagę osobno linię basową, gitarową, pętlę perkusyjną to nie jest źle. Ale zebrane do kupy w tej irytującej kompozycji po prostu szargają mi nerwy. Refren naprawdę paskudny. A wokal to w ogóle jakiś koszmar. Wiadomo jak to z wokalem – rzecz odbierana indywidualnie przez każdego słuchacza. Ja takich głosów jak tu kompletnie nie toleruję. Zdecydowanie jestem na nie.
Big Black - Karosene
Tutaj kolejny szrpidrut, ale jakże inaczej przeze mnie odbierany. To jest dziwne, że większość wykonawców takiego ostrego gitarowego rocka mnie odstrasza, a Steve Albini zarówno w Big Black jak i w Shellac bardzo mi pasuje. Sam się dziwię i nie wiem jak on to robi, ale to mi się podoba. Nie wiem, czy to kwestia tego brudnego i różnorodnego brzmienia samych gitar, sposobu używania tychże gitar, dobrego wokalu czy może wszystkiego na raz. Jest ostro, bardzo ciekawie, jest super. Nawet ta pozornie chaotyczna i wykrzyczana linia melodyczna robi wrażenie. Wkurza mnie, że Big Black nie ma na Spotify. Parę razy miałem ochotę ostatnio posłuchać i nie mogłem. Nie obejdzie się chyba bez poszukiwań na Soulseeku poczciwych plików mp3.
Ten zespół kojarzę od bardzo dawna. Już w młodości słyszałem parę utworów na stacjach muzycznych w tv. Czyli znałem ich jak wiele innych zespołów czy wykonawców, którzy mi absolutnie nie przeszkadzali, ale i nie zachęcali do słuchania. Za sprawą bestek mam okazję posłuchać ich ponownie i to na dodatek rzeczy, których wcześniej nie słyszałem. Album Hiena to dopiero opiszę, natomiast te utwory, które się tutaj ukazały, prezentowały zawsze dobry poziom. I Time It’s Time też jest dobre. Po kilku odsłuchach doceniłem jakość kompozycji. Ta melodia wbiła się już w pamięć. Podoba mi się brzmienie utworu. To takie brzmienie, z jakiego właśnie ten zespół zawsze kojarzyłem. Podoba mi się gitara basowa. Te chórki z klawisza też są super. W ogóle aranż bardzo przyjemny. Końcówka wręcz zachwycająca. Ten wielokrotnie powtarzany motyw jest świetny. To jeden z tych utworów, których nie sposób nie docenić zarówno za ładną melodię jak i klasowe brzmienie.
Wokal to już inna sprawa, ale utwór jest tak dobry, że nawet głos Hollisa nie przeszkadza.
Busta Rhymes - Turn Me Up Some
Rhymesa już trochę poznałem dzięki wrzutce clipowej Murzyna, która mnie z kolei skłoniła do przesłuchania całego albumu. I Genesis całkiem dobrze weszło. Szczerze mówiąc na Genesis słyszałem kilka lepszych utworów od Turn Me Up Some, ale to też jest dobry utwór. Nie wyjątkowy, nie najlepszy. Taki po prostu solidny. Dobry bit owszem, choć przesadnie mnie też nie jara. Słyszałem lepsze, ciekawsze. Głos i sposób rapowania Busty lubię. “Ujadanie psów” ciekawe.
W ogóle dzięki Jackowi nikt się już u mnie w pracy nie dziwi słysząc czarną muzykę.
Jori Hulkkonen - Titans
Kolejna propozycja deva, w którą zamieszany jest nie kto inny jak Foxx xD Ta zagrywka gitarowa rzeczywiście mi też przypomina nieco Wilsona. Ale na tym się podobieństwa kończą. Poza tym nie wiem, co tu jeszcze napisać. Przelatuje to tak po prostu bez echa u mnie. Zawiewa nudą niestety od zimnego Fina. Utwór przede wszystkim o jakieś 4 minuty za długi. Prosta, krótka i nieangażująca melodia rozciągnięta do granic możliwości. Wokalista kompletnie nie wyróżniający się niczym. Te synthy, o których pisał stripped też niczego ciekawego nie dodają. Jak będą miał ochotę na odrobinę melancholii i klimatu to naprawdę wolę włączyć dowolny utwór od no-man.
IDLES – Samaritans
Niestety dla Dragona też nie mam tym razem dobrych wieści. Bo o ile Hulkkonen przelatywał po prostu obojętnie, to tutaj włączają się już u mnie odruchy obronne. Jakby wziąć pod uwagę osobno linię basową, gitarową, pętlę perkusyjną to nie jest źle. Ale zebrane do kupy w tej irytującej kompozycji po prostu szargają mi nerwy. Refren naprawdę paskudny. A wokal to w ogóle jakiś koszmar. Wiadomo jak to z wokalem – rzecz odbierana indywidualnie przez każdego słuchacza. Ja takich głosów jak tu kompletnie nie toleruję. Zdecydowanie jestem na nie.
Big Black - Karosene
Tutaj kolejny szrpidrut, ale jakże inaczej przeze mnie odbierany. To jest dziwne, że większość wykonawców takiego ostrego gitarowego rocka mnie odstrasza, a Steve Albini zarówno w Big Black jak i w Shellac bardzo mi pasuje. Sam się dziwię i nie wiem jak on to robi, ale to mi się podoba. Nie wiem, czy to kwestia tego brudnego i różnorodnego brzmienia samych gitar, sposobu używania tychże gitar, dobrego wokalu czy może wszystkiego na raz. Jest ostro, bardzo ciekawie, jest super. Nawet ta pozornie chaotyczna i wykrzyczana linia melodyczna robi wrażenie. Wkurza mnie, że Big Black nie ma na Spotify. Parę razy miałem ochotę ostatnio posłuchać i nie mogłem. Nie obejdzie się chyba bez poszukiwań na Soulseeku poczciwych plików mp3.
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Talk Talk – Time It’s Time
Odnoszę wrażenie, że Talk Talk jakoś wyjątkowo często od pewnego czasu się przewija na tym forum, ale uważam to za całkiem dobrą wiadomość, bo to bardzo dobry zespół i cały czas mam wrażenie, że nie poświęcam mu należytej uwagi. Cenię i ten wczesny, upopowiony okres, jak i ten późniejszy, "ambitny", post-rockowy, no i cenię też wrzuconą przez Munlupa płytę z motylkami, która jest spoko pomostem między tymi erami i to słychać, widać i czuć. Tak nawiasem mówiąc mam z tego albumu zupełnie innego faworyta, może i ciut bardziej oczywistego, ale wrzuta Munlupa też jest ładna. Bardzo dobry pop, taki Z AMBICJAMI, a jednocześnie przystępny i w ogóle to jakbym miał puścić komu ś coś, co brzmi jak muzyczny zapis wiosny, to bym chyba wybrał ten kawałek. Bdb rzecz.
Busta Rhymes - Turn Me Up Some
Marzec-Śmarzec. Próbuje sobie w meandrach pamięci przypomnieć, czy w którymkolwiek marcu roku któregokolwiek doszło do czegoś, co miałoby NAPRAWDĘ jakiś ważny wpływ na moje dalsze życie i nic nie mogę sobie przypomnieć. Ot, miesiąc jak miesiąc - kiedyś autentycznie dygałem przed nadejściem września z powodu tego, że co roku w tymże miesiącu działo się coś średnio przyjemnego, ale już nawet nie pamiętam kiedy i ten miesiąc stał się miesiącem jak każdy. I kawałek Murzyna w sumie jest takim muzycznym odpowiednikiem marca - niby nic złego się tu nie dzieje, niby spoko, ale jakoś nie czuję uczuć wyższych ni głębszych. Może nie mam nastroju na takie klimaty, może po prostu potrzebuję czegoś innej próbki zamiast tego kawałka, by się wkręcić, może coś tam - no jest OKEJ, jest RZETELNIE, chciałbym wiecej, ale jednocześnie jakichś wyższych i głębszych uczuć brak.
Jori Hulkkonen - Titans
Momentami zdarzało mi się mieć wrażenie, że niektórzy z was na tym forum umawiają się na priv, że zamienią się wrzutami dla tzw. beki i mam tak znowu w przypadku tej edycji - na luzie mógłbym założyć, że Musiał poprosił Hiena o wruzcenie w jego imieniu Gadu-Gadu (wszak niedawno sam ich zaproponował), otrzymawszy z drugiej strony ten kawałek. Bo to jest tak Munlupowe, że się nie da chyba bardziej. Mocno mi to trąci projektami Wilsona, zwłaszcza gdy słucham wokalu, chociaż gitarki też brzmią łudząco podobnie. Generalnie to lepsze na pewno niż ta rzecz z Depeszwizji, ale imo chyba faktiko aura za oknem średnia do tego typu muzyki, to jest mocny JESIENIARA core. Na pewno jest to przyjemne, nie wiem jak siadłoby mi to w większej dawce, ale powiedzmy, że zostałem zaintrygowany.
IDLES - Samaritans
IDLES znam wiadomo skąd i wiadomo dzięki jakim ludziom. Szczerze mówiąc, to od dłuższego czasu te okołooffowe rzeczy mi się tak zlewają, że aż musiałem sprawdzić czy ja ich czasem na żywo na którejś edycji nie widziałem, bo wcale to a wcale nie zdziwiłoby mnie to, gdyby tak było. xD W każdym razie fajne to po prostu. Jest tu energia, jest nieszablonowa kompozycja, są fajne gitarki i w sumie to niczego więcej od dobrego post-punka nie oczekuję. Pisanie, że tekst spoko będzie trącić banałem, zwłaszcza w kontekście tego co napisał Robert, ale no jest spoko i doceniam tę parafrazę Katy Perry - zwłaszcza że pojawia się w tym kulminacyjnym, mocarnym momencie. Generalnie to też jestem zainteresowany i może nawet sięgnę po więcej, bo czemu nie?
Fugees – Ready or Not
Kurde, w sumie to nie kojarzę tego kawałka. No, mogłem go gdzieś słyszeć w radio, ale chyba jestem za młody by pamiętać, że to był w swoim czasie megahicior z klipem za milion dolarów (w ogóle pamiętacie ten motyw jak bodaj Radio ZET zapłaciło Madonnie siedmiocyfrową kwotę za kilka sekund występu w reklamie? Nie wiem dlaczego mi się przypomniał). W każdym razie jedna z tych rzeczy, których słucha mi się dobrze, ale znowu - ciężko o jakiś punkt zahaczenia, o coś co mógłbym wyszczególnić. Brzmi okej, ale tylko okej, refren jest spoko, ale tylko i aż spoko, nie ma tu nic co by mnie porwało lub wyrwało z kapci. Dobry kawałek, dobrze się tego słucha i kolejny RZETELNIAK.
Być może ostatnio za bardzo nie mam serca do słuchania muzyki i te moje recki brzmią jakbym chciał chwalić, a nie mógł. Generalnie nic mnie nie odrzuciło, wszystko na poprawnym poziomie, ale na ten moment to chyba tylko IDLES mnie zaciekawiło w stopniu takim, który kazałby mi sprawdzić cokolwiek więcej.
Odnoszę wrażenie, że Talk Talk jakoś wyjątkowo często od pewnego czasu się przewija na tym forum, ale uważam to za całkiem dobrą wiadomość, bo to bardzo dobry zespół i cały czas mam wrażenie, że nie poświęcam mu należytej uwagi. Cenię i ten wczesny, upopowiony okres, jak i ten późniejszy, "ambitny", post-rockowy, no i cenię też wrzuconą przez Munlupa płytę z motylkami, która jest spoko pomostem między tymi erami i to słychać, widać i czuć. Tak nawiasem mówiąc mam z tego albumu zupełnie innego faworyta, może i ciut bardziej oczywistego, ale wrzuta Munlupa też jest ładna. Bardzo dobry pop, taki Z AMBICJAMI, a jednocześnie przystępny i w ogóle to jakbym miał puścić komu ś coś, co brzmi jak muzyczny zapis wiosny, to bym chyba wybrał ten kawałek. Bdb rzecz.
Busta Rhymes - Turn Me Up Some
Marzec-Śmarzec. Próbuje sobie w meandrach pamięci przypomnieć, czy w którymkolwiek marcu roku któregokolwiek doszło do czegoś, co miałoby NAPRAWDĘ jakiś ważny wpływ na moje dalsze życie i nic nie mogę sobie przypomnieć. Ot, miesiąc jak miesiąc - kiedyś autentycznie dygałem przed nadejściem września z powodu tego, że co roku w tymże miesiącu działo się coś średnio przyjemnego, ale już nawet nie pamiętam kiedy i ten miesiąc stał się miesiącem jak każdy. I kawałek Murzyna w sumie jest takim muzycznym odpowiednikiem marca - niby nic złego się tu nie dzieje, niby spoko, ale jakoś nie czuję uczuć wyższych ni głębszych. Może nie mam nastroju na takie klimaty, może po prostu potrzebuję czegoś innej próbki zamiast tego kawałka, by się wkręcić, może coś tam - no jest OKEJ, jest RZETELNIE, chciałbym wiecej, ale jednocześnie jakichś wyższych i głębszych uczuć brak.
Jori Hulkkonen - Titans
Momentami zdarzało mi się mieć wrażenie, że niektórzy z was na tym forum umawiają się na priv, że zamienią się wrzutami dla tzw. beki i mam tak znowu w przypadku tej edycji - na luzie mógłbym założyć, że Musiał poprosił Hiena o wruzcenie w jego imieniu Gadu-Gadu (wszak niedawno sam ich zaproponował), otrzymawszy z drugiej strony ten kawałek. Bo to jest tak Munlupowe, że się nie da chyba bardziej. Mocno mi to trąci projektami Wilsona, zwłaszcza gdy słucham wokalu, chociaż gitarki też brzmią łudząco podobnie. Generalnie to lepsze na pewno niż ta rzecz z Depeszwizji, ale imo chyba faktiko aura za oknem średnia do tego typu muzyki, to jest mocny JESIENIARA core. Na pewno jest to przyjemne, nie wiem jak siadłoby mi to w większej dawce, ale powiedzmy, że zostałem zaintrygowany.
IDLES - Samaritans
IDLES znam wiadomo skąd i wiadomo dzięki jakim ludziom. Szczerze mówiąc, to od dłuższego czasu te okołooffowe rzeczy mi się tak zlewają, że aż musiałem sprawdzić czy ja ich czasem na żywo na którejś edycji nie widziałem, bo wcale to a wcale nie zdziwiłoby mnie to, gdyby tak było. xD W każdym razie fajne to po prostu. Jest tu energia, jest nieszablonowa kompozycja, są fajne gitarki i w sumie to niczego więcej od dobrego post-punka nie oczekuję. Pisanie, że tekst spoko będzie trącić banałem, zwłaszcza w kontekście tego co napisał Robert, ale no jest spoko i doceniam tę parafrazę Katy Perry - zwłaszcza że pojawia się w tym kulminacyjnym, mocarnym momencie. Generalnie to też jestem zainteresowany i może nawet sięgnę po więcej, bo czemu nie?
Fugees – Ready or Not
Kurde, w sumie to nie kojarzę tego kawałka. No, mogłem go gdzieś słyszeć w radio, ale chyba jestem za młody by pamiętać, że to był w swoim czasie megahicior z klipem za milion dolarów (w ogóle pamiętacie ten motyw jak bodaj Radio ZET zapłaciło Madonnie siedmiocyfrową kwotę za kilka sekund występu w reklamie? Nie wiem dlaczego mi się przypomniał). W każdym razie jedna z tych rzeczy, których słucha mi się dobrze, ale znowu - ciężko o jakiś punkt zahaczenia, o coś co mógłbym wyszczególnić. Brzmi okej, ale tylko okej, refren jest spoko, ale tylko i aż spoko, nie ma tu nic co by mnie porwało lub wyrwało z kapci. Dobry kawałek, dobrze się tego słucha i kolejny RZETELNIAK.
Być może ostatnio za bardzo nie mam serca do słuchania muzyki i te moje recki brzmią jakbym chciał chwalić, a nie mógł. Generalnie nic mnie nie odrzuciło, wszystko na poprawnym poziomie, ale na ten moment to chyba tylko IDLES mnie zaciekawiło w stopniu takim, który kazałby mi sprawdzić cokolwiek więcej.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Btw beka z tego że nie ma Big Black na Spotify, na tidalu normalnie wisi
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Przykre. Trzeba będzie się w mp3 zaopatrzyć kiedy
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Potwierdzam, Tidal ma BB, Sportify to gówno
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
NADJEŻDŻAM, CZAS NAJWYŻSZY, KURDEBELE.
Talk Talk - Time It's Time
Hien zbiera ekstremalnie łatwy prejz, i właściwie na tym mógłbym zakończyć. Kocham ten utwór odkąd pierwszy raz go usłyszałem, a było to jakoś jesienią 2005 (październik ani chybi). Najbardziej tłukłem go rok później (też w październiku), kiedy to wraz z klasą ze swojego ogólniaka wybrałem się na wycieczkę szkolną do Krakowa - piękna pogoda, cudowna złota jesień, na empetrójce (cholerny Zen Micro) dwa albumy Camouflage, Sensor i Relocated, bestka Roxy Music i właśnie The Colour of Spring. Śmiesznie mi się tego słucha pod koniec marca, no ale wszyscy tutaj wiedzą, że dla mnie Kolory Wiosny to tak naprawdę jesień i łódzki Park Julianowski. No matter. Utwór jest wybitny, niby długi, niby dużo tego samego, a jest totalnie, całkowicie fantastyczny. Uwielbiam wszystko, co się w nim dzieje, muzycznie, wokalnie, to kapitalne solo (na Bóg wie jakim instrumencie właściwie) blisko końca, długa i wciąż angażująca coda... Hollis wielkim poetą był i ch*j, ten numer to jest kwintesencja kunsztu Talk Talk i znakomite podsumowanie całego krążka, który zaczyna się dość ascetycznie przecież. Złoto, złoto, po trzykroć złoto (i piękna zieleń za oknem).
Busta Rhymes - Turn Me Up Some
Teraz się zastanawiam, czy ja dobrze zapamiętałem ten numer, co Busta Rhymes miał wraz z Alicią Keys bodajże ("Baby if you give it to me, I give to you, I know what you want", pamiętacie chyba), ale też sprawdzać mi się nie chce. Skąd ta uwaga? Bo Busta Rhymes ni cholery nie przypomina (po raz kolejny już, po wrzutce klipowej swego czasu) mi żadnego gangsta rapera, bardziej jakiegoś mikrofonowego jajcarza, który skity rozbudowuje do godności całych utworów. Jakby, sam sposób rapowania w tym numerze jest tak skrajnie niepoważny, że nie wiem, czy da się jeszcze bardziej. Ale podoba mi się to xD Utwór trąci trochę grozą, trochę komedią, a przede wszystkim, no cóż, dobrą produkcją. Ja się tam na rapie średnio znam, tym czarnym zwłaszcza, ale mogę bardzo subiektywnie powiedzieć - to jest dobre i tyle. Mentos tam wyżej jęczy, że to muzyczny odpowiednik marca, i ja się z tym częściowo zgodzę - wyglądam za okno i mam tam zeszłoroczną połowę kwietnia, zielono, kwieciście, ciepło. Ten kawałek jest dla mnie raczej takim okołowiosennym podejściem (przez co faktycznie do marców zapamiętanych przeze mnie nie pasuje ni huhu, kto jeszcze kojarzy, kiedy koniec marca bywał ciepły, ale pełny jeszcze złogów śnieżnych w wielu miejscach, błota i pluchy i garstki przebiśniegów...), z którym idealnie wajbuję. Murzyn zna się na rzeczy.
IDLES - Samaritans
Dragon dokonuje kolejnego przełamania w tej kolejce, po klasycznym (ale wciąż ejtisowym w produkcji) niemalże już art rocku wjeżdża staroszkolny rap, za nim angstowe napieprzanie w gitary. O IDLES nie słyszałem wcześniej, tak więc siłą rzeczy nie mogłem słyszeć tego numeru (i też nie do końca wiedziałem, czego się spodziewać). Dźwiękowy chaos, jaki towarzyszy tej wrzutce, lekko niepokojący głos wokalisty oraz cokolwiek intrygujący tekst, nie powiem, zostałem kupiony (choć nie od razu). I właśnie ten tekst najbardziej moją uwagę związał sobą, w pewnym momencie najbardziej koncentrowałem się na sposobie wyśpiewywania poszczególnych słów niż na warstwie muzycznej. Brzmi jak coś, czym nawet mógłbym się zainteresować mając te 17-18 lat, gdybym A) słuchał wtedy muzyki typowo gitarowej (lol), oraz B) wiedziałbym, że taka muza istnieje w ogóle. Trochę zaskoczenie tej kolejki (ale nie jedyne, do tego jeszcze wrócę), jak najbardziej pozytywne. Wuja trochę narzeka, że to jest szargające nerwy rzępolenie, ale czasem człowiek i czegoś takiego potrzebuje (a na pewno ja). Czy jestem zirytowany? Tak. Czy mi się to podoba. Również tak.
Fugees - Ready or Not
Wuja otwiera moją osobistą puszkę Pandory pt. nostalgiczne wspomnienia sprzed lat, i co ciekawe, już po samym tytule miałem przynajmniej podejrzenia, co to jest za kawałek. Ale w głowie się nie sklejało, dopóki tego po prostu nie usłyszałem. I nagle kliknęło iii... Well, w rapowym pojedynku tego rozdania zdecydowanie wygrywa dla mnie Murzyn (głównie dlatego, że zapodał coś, czego wcześniej nie znałem), aczkolwiek tutaj mamy rapowe drugie miejsce, choć - nie będę ukrywał - głównie ze względu na tę nostalgię muzyczną (gdyż po prostu ten utwór pamiętam). Do tej pory nie wiedziałem, że częścią tego projektu był Wyclef Jean (i tak znam go może z jeszcze 2 czy 3 innych utworów solo i z jednego fajnego kolabo z Mary J. Blige. Bicik przyjemny, choć oszczędny, zwrotki lepsze od refrenu pod kątem wykonania (choć refren ikoniczny, ale zdaje się, że nie ich oryginalnie), bardziej na pochmurny, marcowy wieczór. A ja już potrzebuję życia w życiu. Still, nie będę się do niczego na siłę przypieprzał, bo i MIMO WSZYSTKO za bardzo do czego nie ma.
Big Black - Kerosene
Po odsłuchaniu tego kawałka nabrałem ochoty na zalanie kanistra naftą (albo dwóch, Jacob keeps asking why), a następnie zmoczenie tąże naftą Zgierza. Co zrobiłym potem, to chyba łatwo się domyśleć. Ciekawa zakładka powstała w tej kolejce, najpierw ja i Hien atakujący z zupełnie innych (ale wciąż podobnych w jakiś sposób do siebie) miejsc na spektrum, a potem na zmianę rap z wioślarskim łojeniem. Jest ociężale, jest ospale, a jednocześnie ostro i wkur*iająco, IDLES na sterydach i coś, co podoba mi się nawet bardziej od Songs About Fucking zapodanego przez Sebę w albumowej. 6 minut naprawdę tego samego muzycznie, budowane niemal w nieskończoność napięcie, które właściwie nie znajduje pełnego ujścia (potrafię sobie wyobrazić podmiot liryczny dorastający wraz z postępem utworu do decyzji o zastrzeleniu losowego słuchacza), no miodzio po prostu. I znów, warstwa liryczna, w końcu tekst Big Black, który słyszę wyraźnie i znajduję dobre powody do wajbu. Wypisz wymaluj dowolna powiatowa dziura w tym pięknym kraju. Mocarne zamknięcie, mocarny utwór, jestem wyjątkowo zadowolony.
Kurde, Panowie, to jest naprawdę bardzo dobra kolejka. Nic mnie tutaj jakoś nie rozczarowało, były aż 3 naprawdę dobre nowości, do tego 2 nostalgiczne powroty, czego chcieć więcej? NASTĘPNEJ KOLEJKI OFC!
Talk Talk - Time It's Time
Hien zbiera ekstremalnie łatwy prejz, i właściwie na tym mógłbym zakończyć. Kocham ten utwór odkąd pierwszy raz go usłyszałem, a było to jakoś jesienią 2005 (październik ani chybi). Najbardziej tłukłem go rok później (też w październiku), kiedy to wraz z klasą ze swojego ogólniaka wybrałem się na wycieczkę szkolną do Krakowa - piękna pogoda, cudowna złota jesień, na empetrójce (cholerny Zen Micro) dwa albumy Camouflage, Sensor i Relocated, bestka Roxy Music i właśnie The Colour of Spring. Śmiesznie mi się tego słucha pod koniec marca, no ale wszyscy tutaj wiedzą, że dla mnie Kolory Wiosny to tak naprawdę jesień i łódzki Park Julianowski. No matter. Utwór jest wybitny, niby długi, niby dużo tego samego, a jest totalnie, całkowicie fantastyczny. Uwielbiam wszystko, co się w nim dzieje, muzycznie, wokalnie, to kapitalne solo (na Bóg wie jakim instrumencie właściwie) blisko końca, długa i wciąż angażująca coda... Hollis wielkim poetą był i ch*j, ten numer to jest kwintesencja kunsztu Talk Talk i znakomite podsumowanie całego krążka, który zaczyna się dość ascetycznie przecież. Złoto, złoto, po trzykroć złoto (i piękna zieleń za oknem).
Busta Rhymes - Turn Me Up Some
Teraz się zastanawiam, czy ja dobrze zapamiętałem ten numer, co Busta Rhymes miał wraz z Alicią Keys bodajże ("Baby if you give it to me, I give to you, I know what you want", pamiętacie chyba), ale też sprawdzać mi się nie chce. Skąd ta uwaga? Bo Busta Rhymes ni cholery nie przypomina (po raz kolejny już, po wrzutce klipowej swego czasu) mi żadnego gangsta rapera, bardziej jakiegoś mikrofonowego jajcarza, który skity rozbudowuje do godności całych utworów. Jakby, sam sposób rapowania w tym numerze jest tak skrajnie niepoważny, że nie wiem, czy da się jeszcze bardziej. Ale podoba mi się to xD Utwór trąci trochę grozą, trochę komedią, a przede wszystkim, no cóż, dobrą produkcją. Ja się tam na rapie średnio znam, tym czarnym zwłaszcza, ale mogę bardzo subiektywnie powiedzieć - to jest dobre i tyle. Mentos tam wyżej jęczy, że to muzyczny odpowiednik marca, i ja się z tym częściowo zgodzę - wyglądam za okno i mam tam zeszłoroczną połowę kwietnia, zielono, kwieciście, ciepło. Ten kawałek jest dla mnie raczej takim okołowiosennym podejściem (przez co faktycznie do marców zapamiętanych przeze mnie nie pasuje ni huhu, kto jeszcze kojarzy, kiedy koniec marca bywał ciepły, ale pełny jeszcze złogów śnieżnych w wielu miejscach, błota i pluchy i garstki przebiśniegów...), z którym idealnie wajbuję. Murzyn zna się na rzeczy.
IDLES - Samaritans
Dragon dokonuje kolejnego przełamania w tej kolejce, po klasycznym (ale wciąż ejtisowym w produkcji) niemalże już art rocku wjeżdża staroszkolny rap, za nim angstowe napieprzanie w gitary. O IDLES nie słyszałem wcześniej, tak więc siłą rzeczy nie mogłem słyszeć tego numeru (i też nie do końca wiedziałem, czego się spodziewać). Dźwiękowy chaos, jaki towarzyszy tej wrzutce, lekko niepokojący głos wokalisty oraz cokolwiek intrygujący tekst, nie powiem, zostałem kupiony (choć nie od razu). I właśnie ten tekst najbardziej moją uwagę związał sobą, w pewnym momencie najbardziej koncentrowałem się na sposobie wyśpiewywania poszczególnych słów niż na warstwie muzycznej. Brzmi jak coś, czym nawet mógłbym się zainteresować mając te 17-18 lat, gdybym A) słuchał wtedy muzyki typowo gitarowej (lol), oraz B) wiedziałbym, że taka muza istnieje w ogóle. Trochę zaskoczenie tej kolejki (ale nie jedyne, do tego jeszcze wrócę), jak najbardziej pozytywne. Wuja trochę narzeka, że to jest szargające nerwy rzępolenie, ale czasem człowiek i czegoś takiego potrzebuje (a na pewno ja). Czy jestem zirytowany? Tak. Czy mi się to podoba. Również tak.
Fugees - Ready or Not
Wuja otwiera moją osobistą puszkę Pandory pt. nostalgiczne wspomnienia sprzed lat, i co ciekawe, już po samym tytule miałem przynajmniej podejrzenia, co to jest za kawałek. Ale w głowie się nie sklejało, dopóki tego po prostu nie usłyszałem. I nagle kliknęło iii... Well, w rapowym pojedynku tego rozdania zdecydowanie wygrywa dla mnie Murzyn (głównie dlatego, że zapodał coś, czego wcześniej nie znałem), aczkolwiek tutaj mamy rapowe drugie miejsce, choć - nie będę ukrywał - głównie ze względu na tę nostalgię muzyczną (gdyż po prostu ten utwór pamiętam). Do tej pory nie wiedziałem, że częścią tego projektu był Wyclef Jean (i tak znam go może z jeszcze 2 czy 3 innych utworów solo i z jednego fajnego kolabo z Mary J. Blige. Bicik przyjemny, choć oszczędny, zwrotki lepsze od refrenu pod kątem wykonania (choć refren ikoniczny, ale zdaje się, że nie ich oryginalnie), bardziej na pochmurny, marcowy wieczór. A ja już potrzebuję życia w życiu. Still, nie będę się do niczego na siłę przypieprzał, bo i MIMO WSZYSTKO za bardzo do czego nie ma.
Big Black - Kerosene
Po odsłuchaniu tego kawałka nabrałem ochoty na zalanie kanistra naftą (albo dwóch, Jacob keeps asking why), a następnie zmoczenie tąże naftą Zgierza. Co zrobiłym potem, to chyba łatwo się domyśleć. Ciekawa zakładka powstała w tej kolejce, najpierw ja i Hien atakujący z zupełnie innych (ale wciąż podobnych w jakiś sposób do siebie) miejsc na spektrum, a potem na zmianę rap z wioślarskim łojeniem. Jest ociężale, jest ospale, a jednocześnie ostro i wkur*iająco, IDLES na sterydach i coś, co podoba mi się nawet bardziej od Songs About Fucking zapodanego przez Sebę w albumowej. 6 minut naprawdę tego samego muzycznie, budowane niemal w nieskończoność napięcie, które właściwie nie znajduje pełnego ujścia (potrafię sobie wyobrazić podmiot liryczny dorastający wraz z postępem utworu do decyzji o zastrzeleniu losowego słuchacza), no miodzio po prostu. I znów, warstwa liryczna, w końcu tekst Big Black, który słyszę wyraźnie i znajduję dobre powody do wajbu. Wypisz wymaluj dowolna powiatowa dziura w tym pięknym kraju. Mocarne zamknięcie, mocarny utwór, jestem wyjątkowo zadowolony.
Kurde, Panowie, to jest naprawdę bardzo dobra kolejka. Nic mnie tutaj jakoś nie rozczarowało, były aż 3 naprawdę dobre nowości, do tego 2 nostalgiczne powroty, czego chcieć więcej? NASTĘPNEJ KOLEJKI OFC!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl