Best of Forum VII
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Papa Dance - Czarny śnieg
Ten powrót Papsów w okolicach 2005/06 roku to chyba faktycznie była wielka rzecz, bo nawet ówczesny ja, który w sumie nie wiedział nic o niczym i którego wiedza o bieżących wydarzeniach pochodziła z CD-Action albo tego co tam gdzieś usłyszałem mimochodem, pamiętam jakieś tam wzmianki w ówczesnych mediach. Nie interesowałem się tym, bo były to czasy, gdzie praktycznie byłem odcięty od świata - nie miałem internetu, telewizję oglądałem dość rzadko, gazet nie czytałem. W sumie sam nie wiem, co wówczas robiłem. xD W każdym razie, w jednej rzeczy, mam dość podobne wspomnienia co Murzyn, bo jakoś jesienią 2005 na fali rozwoju telefonii komórkowej ja też dostałem swój własny TELEFON KOMÓRKOWY i... łooo panie, co to było. Do dziś pamiętam, że to był Siemens C60, obsługiwał dzwonki MIDI, całkiem nieźle obsługiwał gry JAVA, miał jakąś prymitywną przeglądarkę internetową po odkryciu której spędziłem godziny w prymitywnym internecie WAP. Hitem była opcja aparatu, którego ten telefon domyślnie nie miał wbudowanego - aby zeń korzystać, należało dokupić perefyryjny aparat, który był niemalże rozmiarów samego telefonu. SMSy też się wysyłało, do dziś pamiętam abstrakcyjną korespondencję z kimś, kto podawał się za jakąś laskę z Krakowa, która napisała tylko dlatego, że miała numer różniący się o cyfrę dla żartu. Do dziś nie wiem kto to był, ale pewnie w lepszym świecie byłaby to moja żona. Albo wasza stara.
Dobra, rozpisałem się o rzeczach naprawdę nieistotnych, a tu jeszcze została muzyka.A muzyka to zaskakujaco przyjemny pop rock (zaraz będzie, że znowu gatunki wymyślam). Może brakuje tego słynnego lurku z ejtisowych papsów, ale w tamtych czasach raczej by to nie przeszło. Aż sam się zdziwiłem jakie to fajne jest, bo niby nic wielkiego, a po paru odsłuchach ta fraza CZARNY ŚNIEG zamieszkała w mojej głowie ot tak. Jest dobrze.
Intermission – Love Sensation
Niesamowite, że powstało coś takiego jak Neverending Story 3 i że zagrał tam mój doppelganger Jack Black. Zawsze dla mnie było coś fascynującego w tych wszystkich VHSowych kontynuacjach i spin-offach wielkich hitów, które poza tytułem i jakimś tam punktem wyjścia nie miały zbyt wiele wspólnego z pierwowzorem. Nie oglądam tych filmów, chyba że cierpię akurat na bezsenność i oglądam coś losowego w telewizorze, ale to dla mnie fascynujące uniwersum, coś jak bootlegowe ubrania z jeżem Soniciem podpisanym jako Mario. Ta wrzuta w sumie to dobry przykład, bo w życiu bym nie powiązał eurodance'u z tym cholernym filmem o latającym psie. xD
W najtisach żyłem krótko i słabo je pamiętam, ale chyba te parę lat odcisnęło na mnie jakieś piętno, bo jakoś tak nigdy nie miałem problemu z eurodance'm, a w ostatnich latach na serio się z tym gatunkiem polubiłem. Może i jest na swój sposób kiczowaty, ale damn - jest w tym urok. W sumie tu nawet tego KICZU nie ma, to jest po prostu całkiem fajna kompozycja. Fragment wybrany przez Munlupa fajny i w ogóle wszystko jest tu fajne.
Wild Nothing - Gemini
Pamiętam swoją przygodę z Wild Nothing z którejś tam beatki kiedyś tam. W sumie nic poza tym nie pamiętam, ot, uznałem, że to taki tam indie pop czy coś w ten deseń i olałem temat, bo kilka lat temu nie chciało się takich rzeczy słuchać. Teraz jestem na etapie, w którym coś mi się w główce poprzestawiało i tego typu granie wchodzi mi o wiele lepiej, ale może to też kwestia tego, że ten utwór jest po prostu lepszy. Podobają mi się te dreampopowe gitarki, podoba mi się ten vibe, który Musiał określił mianem hipsterskiego, ale dla mnie to muzyka, która kojarzy się z okresem, gdy jest się młodym i w miarę szczęśliwym, choć już beztroskim, jest w tym jakiś duch minionej epoki i czasów, które już były, a teraz to nie ma. Kolejne pozytywne zaskoczenie.
Savage Garden – Tears of Pearls
Mówcie co chcecie - w kategorii opisu Shodan rozwala tę rundę. Autentycznie kisłem czytając opis postaci Darka i historie o jego zajawce na tosty czy spirytusie rozdrabnianym w sosie pomidorowym. Gdybym tworzył sitcomy, to zamiast pisać tę bestkę, pisałbym scenariusz do odcinków serialu o przygodach Shodana oraz Darka i byłbym pewien, że zarobię na tym kupę siana. I nie mam pojęcia dlaczego, ale ta wrzuta od pierwszego odsłuchu i odczytania opisu wprost idealnie mi zagrały, bo z jakichś przyczyn ten kawałek w mojej głowie ten kawałek jest idealnym motywem muzycznym dla tego typu randomowej postaci, chociaż w innych okolicznościach pewnie bym pisał, że to typowy fajny pop czy coś. Jak to działa? Nie wiem po co pytam, i tak dobrze wiecie, że sam nie wiem.
Miły ATZ - Groove
Uhm. No nie chce pisać o tym, że wrzuta Smoka to łyżka dziegciu w beczce miodu, bo to nie jest tak. Nie jest zła. W sumie jest okej, doceniam, że faktycznie w bicie słychać nawiązania do tej sceny brytyjskiej, na tyle słyszalne, że nawet ja je dostrzegam. Sęk w tym, że same w sobie mi nie robią, bo tenże jest dla mnie tylko poprawny, a warstwa tekstowa to dla mnie takie mambo dżambo. Nie mam problemu z tym, że to taka paplinina bez znaczenia, problem mam w tym, że nijak mnie to nie porywa ani nie bierze. Przesłuchałem, dałem RZETELKĘ, idę dalej.
Ten powrót Papsów w okolicach 2005/06 roku to chyba faktycznie była wielka rzecz, bo nawet ówczesny ja, który w sumie nie wiedział nic o niczym i którego wiedza o bieżących wydarzeniach pochodziła z CD-Action albo tego co tam gdzieś usłyszałem mimochodem, pamiętam jakieś tam wzmianki w ówczesnych mediach. Nie interesowałem się tym, bo były to czasy, gdzie praktycznie byłem odcięty od świata - nie miałem internetu, telewizję oglądałem dość rzadko, gazet nie czytałem. W sumie sam nie wiem, co wówczas robiłem. xD W każdym razie, w jednej rzeczy, mam dość podobne wspomnienia co Murzyn, bo jakoś jesienią 2005 na fali rozwoju telefonii komórkowej ja też dostałem swój własny TELEFON KOMÓRKOWY i... łooo panie, co to było. Do dziś pamiętam, że to był Siemens C60, obsługiwał dzwonki MIDI, całkiem nieźle obsługiwał gry JAVA, miał jakąś prymitywną przeglądarkę internetową po odkryciu której spędziłem godziny w prymitywnym internecie WAP. Hitem była opcja aparatu, którego ten telefon domyślnie nie miał wbudowanego - aby zeń korzystać, należało dokupić perefyryjny aparat, który był niemalże rozmiarów samego telefonu. SMSy też się wysyłało, do dziś pamiętam abstrakcyjną korespondencję z kimś, kto podawał się za jakąś laskę z Krakowa, która napisała tylko dlatego, że miała numer różniący się o cyfrę dla żartu. Do dziś nie wiem kto to był, ale pewnie w lepszym świecie byłaby to moja żona. Albo wasza stara.
Dobra, rozpisałem się o rzeczach naprawdę nieistotnych, a tu jeszcze została muzyka.A muzyka to zaskakujaco przyjemny pop rock (zaraz będzie, że znowu gatunki wymyślam). Może brakuje tego słynnego lurku z ejtisowych papsów, ale w tamtych czasach raczej by to nie przeszło. Aż sam się zdziwiłem jakie to fajne jest, bo niby nic wielkiego, a po paru odsłuchach ta fraza CZARNY ŚNIEG zamieszkała w mojej głowie ot tak. Jest dobrze.
Intermission – Love Sensation
Niesamowite, że powstało coś takiego jak Neverending Story 3 i że zagrał tam mój doppelganger Jack Black. Zawsze dla mnie było coś fascynującego w tych wszystkich VHSowych kontynuacjach i spin-offach wielkich hitów, które poza tytułem i jakimś tam punktem wyjścia nie miały zbyt wiele wspólnego z pierwowzorem. Nie oglądam tych filmów, chyba że cierpię akurat na bezsenność i oglądam coś losowego w telewizorze, ale to dla mnie fascynujące uniwersum, coś jak bootlegowe ubrania z jeżem Soniciem podpisanym jako Mario. Ta wrzuta w sumie to dobry przykład, bo w życiu bym nie powiązał eurodance'u z tym cholernym filmem o latającym psie. xD
W najtisach żyłem krótko i słabo je pamiętam, ale chyba te parę lat odcisnęło na mnie jakieś piętno, bo jakoś tak nigdy nie miałem problemu z eurodance'm, a w ostatnich latach na serio się z tym gatunkiem polubiłem. Może i jest na swój sposób kiczowaty, ale damn - jest w tym urok. W sumie tu nawet tego KICZU nie ma, to jest po prostu całkiem fajna kompozycja. Fragment wybrany przez Munlupa fajny i w ogóle wszystko jest tu fajne.
Wild Nothing - Gemini
Pamiętam swoją przygodę z Wild Nothing z którejś tam beatki kiedyś tam. W sumie nic poza tym nie pamiętam, ot, uznałem, że to taki tam indie pop czy coś w ten deseń i olałem temat, bo kilka lat temu nie chciało się takich rzeczy słuchać. Teraz jestem na etapie, w którym coś mi się w główce poprzestawiało i tego typu granie wchodzi mi o wiele lepiej, ale może to też kwestia tego, że ten utwór jest po prostu lepszy. Podobają mi się te dreampopowe gitarki, podoba mi się ten vibe, który Musiał określił mianem hipsterskiego, ale dla mnie to muzyka, która kojarzy się z okresem, gdy jest się młodym i w miarę szczęśliwym, choć już beztroskim, jest w tym jakiś duch minionej epoki i czasów, które już były, a teraz to nie ma. Kolejne pozytywne zaskoczenie.
Savage Garden – Tears of Pearls
Mówcie co chcecie - w kategorii opisu Shodan rozwala tę rundę. Autentycznie kisłem czytając opis postaci Darka i historie o jego zajawce na tosty czy spirytusie rozdrabnianym w sosie pomidorowym. Gdybym tworzył sitcomy, to zamiast pisać tę bestkę, pisałbym scenariusz do odcinków serialu o przygodach Shodana oraz Darka i byłbym pewien, że zarobię na tym kupę siana. I nie mam pojęcia dlaczego, ale ta wrzuta od pierwszego odsłuchu i odczytania opisu wprost idealnie mi zagrały, bo z jakichś przyczyn ten kawałek w mojej głowie ten kawałek jest idealnym motywem muzycznym dla tego typu randomowej postaci, chociaż w innych okolicznościach pewnie bym pisał, że to typowy fajny pop czy coś. Jak to działa? Nie wiem po co pytam, i tak dobrze wiecie, że sam nie wiem.
Miły ATZ - Groove
Uhm. No nie chce pisać o tym, że wrzuta Smoka to łyżka dziegciu w beczce miodu, bo to nie jest tak. Nie jest zła. W sumie jest okej, doceniam, że faktycznie w bicie słychać nawiązania do tej sceny brytyjskiej, na tyle słyszalne, że nawet ja je dostrzegam. Sęk w tym, że same w sobie mi nie robią, bo tenże jest dla mnie tylko poprawny, a warstwa tekstowa to dla mnie takie mambo dżambo. Nie mam problemu z tym, że to taka paplinina bez znaczenia, problem mam w tym, że nijak mnie to nie porywa ani nie bierze. Przesłuchałem, dałem RZETELKĘ, idę dalej.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
WTF, dostałem propsy od Seby.
Dodam tylko, że ja na tym NS3 byłem w KINIE XDD I w roli głównej był ten gość co grał w Uwolnić Orkę.
Dodam tylko, że ja na tym NS3 byłem w KINIE XDD I w roli głównej był ten gość co grał w Uwolnić Orkę.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Apap Dance całkiem ciepło przyjęty i widzę że parę osób podobnie do mnie zaskoczyło się że ten numer jednak lepszy był niż się wydawało te 20 lat wstecz. Odpowiadając jeszcze na pytanie munlupa - to nie były płyty, to była jedna płyta CD-RW którą wymazywaliśmy i zapisywaliśmy na nowo. Możliwe że ona sama jeszcze gdzieś jest w domu rodzinnym ale z inną zawartością jeśli nawet.
Tymczasem lecę dalej kręcić lato z radiem.
Enrico Mantini - Life Wine
(1991)
Historia która wiąże się z tym numerem cofa mnie w czasie do lipca 2018 roku, kiedy to po długich namysłach, chcąc mieć coś swojego związanego z muzyką a niekoniecznie jej tworzeniem założyłem sobie fanpage do wrzucania różnej muzyczki, bo śledziłem coraz więcej interesujących kanałów na YT i w sumie czemu by się nie podzielić. Wakacje tamte stały mocno pod znakiem pochłaniania dużej ilości magicznego trunku o nazwie Chai Mate o którym zdaje się już kolega dev tutaj wspominał, jest to napój na bazie yerba mate o pomarańczowym smaku który to tego roku wówczas zdaje się wszedł na rynek i zaczął pojawiać się m. in. w sklepach z pewnym owadem w nazwie. Ja jako zapalony kawosz odkryłem że to zajebista letnia, chłodna alternatywa dla gorącej kawy, która pobudzała trochę w jakby delikatniejszy sposób i fajnie orzeźwiała. Zatem będąc wielkim fanem tego napoju wówczas ochrzciłem moją stronkę Chill Mate (co miało być taką grą słów między schłodzoną yerba mate a brytyjskim zwrotem "chill, mate" - czil mejt, czyli "wyluzuj kolego", ewentualnie oddawało mój stan ducha - "wyluzowany ziomek"). Zrobiłem sobie jakieś fajowe logo, pozapraszałem znajomych do odwiedzania stronki (wówczas nawet zdaje się munlupa i Musiała nawet bo to był czas już po kolaboracjach z Azbestem) i nie mając za bardzo pojęcia o tym jak działają social media zacząłem spamować niewyobrażalne ilości muzyki praktycznie bez jakichś głębszych opisów (bo przecież dobra muzyka broni się sama, nie?). Serio, na początku wrzucałem ze trzy kawałki na dzień, każdy okraszony może jednym zdaniem xD
Anyway, jednym z numerów który dziś po latach nieodzownie kojarzy mi się z tamtymi wakacjami jest na pewno utwór Life Wine niejakiego Enrico Mantiniego. Jest to kawałek w stylistyce włoskiego dream house'u, jak dla mnie to muzyka wybitnie skrojona pod wakacyjny relaks gdzieś nad brzegiem morza. Brzmienia i melodie utworów z tego nurtu mają w sobie jakąś taką nieokreśloną lekkość oraz dla mnie osobiście napawają nostalgią za latami 90. Dla mnie to jest muzyczny odpowiednik takiej chłodnej morskiej bryzy w upalny dzień a może letni wieczór. Ogólnie nie wiem jak to określić, to brzmienie jest takie eleganckie, subtelne, "sophisticated", jak zresztą dużo klubowej muzyki przełomu lat 80. i 90., podobnie jak utwory deep house'owe chociażby. To jest dla mnie vibe za jakim ja jako milenials tęsknię i który później też poniekąd próbowano wskrzesić poprzez brzmienie i estetykę vaporwave. Kawałek pochodzi z 1991 roku ale przez lata nie był oficjalnie wydany, wyszedł dopiero w lipcu 2018 roku wydany na singlu przez wytwórnię PURISM Wave. Natrafiłem na niego dzięki kanałowi Desert_Essence971 na YouTube prowadzonego zdaje się przez grupę fanów muzyki house z Dubaju.
Wracam do tego numeru właśnie z kilku powodów, po pierwsze pasuje mi vibem teraz i zawsze nastraja pozytywnie, po drugie mogę dzięki temu w końcu nawiązać do moich wspominków z czasów zalewania fejsa muzyczką w takim stylu. Poza tym numer ten idealnie oddaje vibe jaki chciałem przekazywać w tych moich muzycznych wrzutkach na tej stronce wtedy łącząc w sobie taneczne rytmy z relaksującym brzmieniem i melodiami. Niestety oczywiście moje nieobycie z mechanizmami Facebooka przełożyło się bardzo szybko na skuteczny spadek zasięgów owej stronki pomimo moich prób nawet korzystania z reklam, także to taka moja historyjka o tym jak nie zostałem muzycznym influenserem xD stanęło na tym że sfrustrowany niepowodzeniami ją usunąłem, później zakładałem kolejne i oczywiście i tak wpadałem w te same pułapki fejsa. Teraz na szczęście nie muszę już robić takich rzeczy by wciskać komuś muzykę do gardła bo realizuję tę ideę poprzez nasze bestki, gdzie ludzie faktycznie posłuchają tej muzy i nawet można otrzymać jakiś feedback.
https://youtu.be/z1Fl1uo_mtk?si=t1McisXjpsI9XpoO
Tymczasem lecę dalej kręcić lato z radiem.
Enrico Mantini - Life Wine
(1991)
Historia która wiąże się z tym numerem cofa mnie w czasie do lipca 2018 roku, kiedy to po długich namysłach, chcąc mieć coś swojego związanego z muzyką a niekoniecznie jej tworzeniem założyłem sobie fanpage do wrzucania różnej muzyczki, bo śledziłem coraz więcej interesujących kanałów na YT i w sumie czemu by się nie podzielić. Wakacje tamte stały mocno pod znakiem pochłaniania dużej ilości magicznego trunku o nazwie Chai Mate o którym zdaje się już kolega dev tutaj wspominał, jest to napój na bazie yerba mate o pomarańczowym smaku który to tego roku wówczas zdaje się wszedł na rynek i zaczął pojawiać się m. in. w sklepach z pewnym owadem w nazwie. Ja jako zapalony kawosz odkryłem że to zajebista letnia, chłodna alternatywa dla gorącej kawy, która pobudzała trochę w jakby delikatniejszy sposób i fajnie orzeźwiała. Zatem będąc wielkim fanem tego napoju wówczas ochrzciłem moją stronkę Chill Mate (co miało być taką grą słów między schłodzoną yerba mate a brytyjskim zwrotem "chill, mate" - czil mejt, czyli "wyluzuj kolego", ewentualnie oddawało mój stan ducha - "wyluzowany ziomek"). Zrobiłem sobie jakieś fajowe logo, pozapraszałem znajomych do odwiedzania stronki (wówczas nawet zdaje się munlupa i Musiała nawet bo to był czas już po kolaboracjach z Azbestem) i nie mając za bardzo pojęcia o tym jak działają social media zacząłem spamować niewyobrażalne ilości muzyki praktycznie bez jakichś głębszych opisów (bo przecież dobra muzyka broni się sama, nie?). Serio, na początku wrzucałem ze trzy kawałki na dzień, każdy okraszony może jednym zdaniem xD
Anyway, jednym z numerów który dziś po latach nieodzownie kojarzy mi się z tamtymi wakacjami jest na pewno utwór Life Wine niejakiego Enrico Mantiniego. Jest to kawałek w stylistyce włoskiego dream house'u, jak dla mnie to muzyka wybitnie skrojona pod wakacyjny relaks gdzieś nad brzegiem morza. Brzmienia i melodie utworów z tego nurtu mają w sobie jakąś taką nieokreśloną lekkość oraz dla mnie osobiście napawają nostalgią za latami 90. Dla mnie to jest muzyczny odpowiednik takiej chłodnej morskiej bryzy w upalny dzień a może letni wieczór. Ogólnie nie wiem jak to określić, to brzmienie jest takie eleganckie, subtelne, "sophisticated", jak zresztą dużo klubowej muzyki przełomu lat 80. i 90., podobnie jak utwory deep house'owe chociażby. To jest dla mnie vibe za jakim ja jako milenials tęsknię i który później też poniekąd próbowano wskrzesić poprzez brzmienie i estetykę vaporwave. Kawałek pochodzi z 1991 roku ale przez lata nie był oficjalnie wydany, wyszedł dopiero w lipcu 2018 roku wydany na singlu przez wytwórnię PURISM Wave. Natrafiłem na niego dzięki kanałowi Desert_Essence971 na YouTube prowadzonego zdaje się przez grupę fanów muzyki house z Dubaju.
Wracam do tego numeru właśnie z kilku powodów, po pierwsze pasuje mi vibem teraz i zawsze nastraja pozytywnie, po drugie mogę dzięki temu w końcu nawiązać do moich wspominków z czasów zalewania fejsa muzyczką w takim stylu. Poza tym numer ten idealnie oddaje vibe jaki chciałem przekazywać w tych moich muzycznych wrzutkach na tej stronce wtedy łącząc w sobie taneczne rytmy z relaksującym brzmieniem i melodiami. Niestety oczywiście moje nieobycie z mechanizmami Facebooka przełożyło się bardzo szybko na skuteczny spadek zasięgów owej stronki pomimo moich prób nawet korzystania z reklam, także to taka moja historyjka o tym jak nie zostałem muzycznym influenserem xD stanęło na tym że sfrustrowany niepowodzeniami ją usunąłem, później zakładałem kolejne i oczywiście i tak wpadałem w te same pułapki fejsa. Teraz na szczęście nie muszę już robić takich rzeczy by wciskać komuś muzykę do gardła bo realizuję tę ideę poprzez nasze bestki, gdzie ludzie faktycznie posłuchają tej muzy i nawet można otrzymać jakiś feedback.
https://youtu.be/z1Fl1uo_mtk?si=t1McisXjpsI9XpoO
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Mam uraz do tego typu płyt ze względu na jedną historięto była jedna płyta CD-RW którą wymazywaliśmy i zapisywaliśmy na nowo
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Nagrywanie na tę samą kasetę po raz WUJ wie który znam z autopsji, ale to samo z CDkami... fiu fiu
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
No ja do dziś pamiętam, jak moi starzy chcieli sobie obejrzeć jakiś tam film na telewizorze w salonie i okazało się, że w domu nie mamy żadnych czystych płyt, ale jakimś cudem wygrzebaliśmy płytę wielokrotnego zapisu. Sęk w tym, że na tej płycie znajdował się jakiś hardkorowy film z kategorii PORNUS - możemy uznać, że kolega zostawił czy coś. Trzy razy sprawdzaliśmy dla pewności, czy na pewno się on nie usunął i czy na pewno nie nagrało się to co trzeba, a nie zgadniecie co i tak poleciało na telewizorze w salonie
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
dopisz tylko jaki kawałek leciał w tym filmie i wrzuta gotowa
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Kurde, nie wiem właśnie, tylko pamiętam, że takie dzwoneczki były
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
body love odpada
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Black Sabbath - Electric Funeral (1971)
Pocztówka z czasów ambitnego poznawania wszystkiego... a przynajmniej tego, co dało się przegryźć lub było za dobre, by móc przespać. Z pewnością wiele podrzucanych artystów znam na poziomie pojedynczych płyt czy piosenek. Nie inaczej jest z Black Sabbath. Jak do dzisiaj nie umiem przegryźć się z Heaven and Hell, choć poznałem jako pierwsze w głębokim dziecięctwie, tak tytułowy debiut zagrał całkiem pięknie. Mniej pozy, więcej prawdziwości i nieweryfikowalnej charyzmy, która po prostu pasuje idealnie. Czuć w tym spójność pod każdym względem. Paranoid to z kolei kontynuowanie kucia standardowego formatu grania heavy. Ostre przebojowe strzały w zestawieniu z czymś bardziej eksperymentalnym, znowu przyjemnie zaskakującego ciekawszymi inspiracjami. Klasyka klasyki BS zawiera ślady bluesa czy progresji, bez dwóch zdań. Bliższy kontakt z muzyką (a nie fanami czy medialnym szumem) pozwolił znaleźć mi w ich muzyce niezbędną dawkę do bardzo satysfakcjonującej wczuty. Nie wiem, czy sukcesywne poznawanie dyskografii to utrzyma. Od lat bujam się na debiucie, Paranoid, 13ce i jest mi z tym dobrze. Nie siedzę w mocnych rytmach, raczej ich nie czuję we krwi codziennie, ALE... w tym przypadku jest to robiące różnicę coś więcej. Jeszcze kilka lat temu miałem takie zrywy z niczego do słuchania częściej Led Zeppelinów, teraz praktycznie nic. BS ma u mnie swoje miejsce w serduszku, stale wracam choć z niezbyt powalającą częstotliwością.
Dwa tygodnie temu na fejsbukach rzuciłem całkiem mocnym zdaniem o ostatnim występie Ozzy'ego. Kwestie wizualne zostawiam na boku, choć wciąż z nimi się zgadzam. Mimo to kontekst ostatnich wydarzeń sprzyja większemu poszanowaniu, w jego przypadku to było coś więcej niż granie, gdy wbrew ograniczeniom podjął się szalonego wręcz wyzwania. Który to już raz, swoją drogą...
Tyle razy łapałem się na skromnym zapominaniu, a potem wyjątkowych zachwytach, że nie mogę zarzucić inaczej. Lubię obskjury debiutu, single 13ki i zawarte głębiej stylowe nawiązania w innych fragmemtach (m.in. do Planet Caravan), ale Electric Funeral to zawsze jest pozytywne zaskoczenie. Jednocześnie mocne, ponure i frywolne. Post-apo spotyka sprawiający wrażenie luzacki dżem godny czegoś mniej ciężkiego, a bardziej wymyślnego dla jeszcze większego efektu WOW. Dostojne riffy, a potem eksplozja. Ozzy wokalnie bez zarzutu. Środek tego utworu to jest dla mnie mistrzostwo gatunku. Mała ucieczka spod budującego się kanonu, stereotypu, a przecież panowie nie byli aż tak w subkultury, które prędzej robiły więcej zamieszania w umysłach słuchaczy i badaczy (kultury). Kanonicznie, ale w zaistniałej sytuacji perły naprzód. Wspaniały utwór.
https://www.youtube.com/watch?v=cIAGtNSTmSw
Pocztówka z czasów ambitnego poznawania wszystkiego... a przynajmniej tego, co dało się przegryźć lub było za dobre, by móc przespać. Z pewnością wiele podrzucanych artystów znam na poziomie pojedynczych płyt czy piosenek. Nie inaczej jest z Black Sabbath. Jak do dzisiaj nie umiem przegryźć się z Heaven and Hell, choć poznałem jako pierwsze w głębokim dziecięctwie, tak tytułowy debiut zagrał całkiem pięknie. Mniej pozy, więcej prawdziwości i nieweryfikowalnej charyzmy, która po prostu pasuje idealnie. Czuć w tym spójność pod każdym względem. Paranoid to z kolei kontynuowanie kucia standardowego formatu grania heavy. Ostre przebojowe strzały w zestawieniu z czymś bardziej eksperymentalnym, znowu przyjemnie zaskakującego ciekawszymi inspiracjami. Klasyka klasyki BS zawiera ślady bluesa czy progresji, bez dwóch zdań. Bliższy kontakt z muzyką (a nie fanami czy medialnym szumem) pozwolił znaleźć mi w ich muzyce niezbędną dawkę do bardzo satysfakcjonującej wczuty. Nie wiem, czy sukcesywne poznawanie dyskografii to utrzyma. Od lat bujam się na debiucie, Paranoid, 13ce i jest mi z tym dobrze. Nie siedzę w mocnych rytmach, raczej ich nie czuję we krwi codziennie, ALE... w tym przypadku jest to robiące różnicę coś więcej. Jeszcze kilka lat temu miałem takie zrywy z niczego do słuchania częściej Led Zeppelinów, teraz praktycznie nic. BS ma u mnie swoje miejsce w serduszku, stale wracam choć z niezbyt powalającą częstotliwością.
Dwa tygodnie temu na fejsbukach rzuciłem całkiem mocnym zdaniem o ostatnim występie Ozzy'ego. Kwestie wizualne zostawiam na boku, choć wciąż z nimi się zgadzam. Mimo to kontekst ostatnich wydarzeń sprzyja większemu poszanowaniu, w jego przypadku to było coś więcej niż granie, gdy wbrew ograniczeniom podjął się szalonego wręcz wyzwania. Który to już raz, swoją drogą...
Tyle razy łapałem się na skromnym zapominaniu, a potem wyjątkowych zachwytach, że nie mogę zarzucić inaczej. Lubię obskjury debiutu, single 13ki i zawarte głębiej stylowe nawiązania w innych fragmemtach (m.in. do Planet Caravan), ale Electric Funeral to zawsze jest pozytywne zaskoczenie. Jednocześnie mocne, ponure i frywolne. Post-apo spotyka sprawiający wrażenie luzacki dżem godny czegoś mniej ciężkiego, a bardziej wymyślnego dla jeszcze większego efektu WOW. Dostojne riffy, a potem eksplozja. Ozzy wokalnie bez zarzutu. Środek tego utworu to jest dla mnie mistrzostwo gatunku. Mała ucieczka spod budującego się kanonu, stereotypu, a przecież panowie nie byli aż tak w subkultury, które prędzej robiły więcej zamieszania w umysłach słuchaczy i badaczy (kultury). Kanonicznie, ale w zaistniałej sytuacji perły naprzód. Wspaniały utwór.
https://www.youtube.com/watch?v=cIAGtNSTmSw
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Jamiroquai - Deeper Underground
Wracam do świata soundtracku z amerykańskiej Godzilli, który to ost jest nierozerwalnie związany z wakacjami. Jamiroquai byli wtedy znani głównie z dosyć nowoczesnego, ale raczej klasycznie brzmiącego funku, a tu takie coś. Elektroniczny funk. Zespół wykorzystał to, że "Deeper Underground" był singlem niealbumowym i trochę zaszaleli. To był dosyć spory hit i do dziś mój ulubiony kawałek Jamiroquai. Zawsze uwielbiałem ten bas, tajemniczy klimat refrenu i wokal Jay Kaya. Utwór kojarzy mi się przede wszystkim z trasą Jastarnia - Jurata, którą pokonywaliśmy rano autem, z moim tatą, jadąc na basen, który mieścił się w nieistniejącym już ośrodku rekreacyjnym w Juracie. Nieistniejącym dosłownie, jakąś dekadę temu zrównano cały kompleks budynków z ziemią, pod budowę hotelu. W międzyczasie, projekt upadł i plac budowy nadal stoi pusty, a inwestycja wisi w prawnym limbo. Soundtrack z Godzilli był też soundtrackiem pod trasę do Juraty, gdzie poza basenem, spędzałem czas grając na automacie w "Die Hard Arcade". Ćwierć wieku+, a "Deeper Underground" praktycznie się nie zestarzał. Wypasiony numer, przywołujący wspomnienia z wypasionych czasów.
https://youtu.be/3Y3tCK7U5Z8?si=WkXwXfPGZoFZ-svM
Wracam do świata soundtracku z amerykańskiej Godzilli, który to ost jest nierozerwalnie związany z wakacjami. Jamiroquai byli wtedy znani głównie z dosyć nowoczesnego, ale raczej klasycznie brzmiącego funku, a tu takie coś. Elektroniczny funk. Zespół wykorzystał to, że "Deeper Underground" był singlem niealbumowym i trochę zaszaleli. To był dosyć spory hit i do dziś mój ulubiony kawałek Jamiroquai. Zawsze uwielbiałem ten bas, tajemniczy klimat refrenu i wokal Jay Kaya. Utwór kojarzy mi się przede wszystkim z trasą Jastarnia - Jurata, którą pokonywaliśmy rano autem, z moim tatą, jadąc na basen, który mieścił się w nieistniejącym już ośrodku rekreacyjnym w Juracie. Nieistniejącym dosłownie, jakąś dekadę temu zrównano cały kompleks budynków z ziemią, pod budowę hotelu. W międzyczasie, projekt upadł i plac budowy nadal stoi pusty, a inwestycja wisi w prawnym limbo. Soundtrack z Godzilli był też soundtrackiem pod trasę do Juraty, gdzie poza basenem, spędzałem czas grając na automacie w "Die Hard Arcade". Ćwierć wieku+, a "Deeper Underground" praktycznie się nie zestarzał. Wypasiony numer, przywołujący wspomnienia z wypasionych czasów.
https://youtu.be/3Y3tCK7U5Z8?si=WkXwXfPGZoFZ-svM
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
odwagi Panowie
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Black Sabbath - Sabbath Bloody Sabbath
Myślę, że nie muszę tłumaczyć czemu się powtarzam, a jak nie wiecie, to sobie wpiszcie "Ozzy Osbourne" w wyszukiwarkę internetową czy coś. Nie chcę tu pisać jakichś pamfletów ani epifatium o tym, że odszedł wielki człowiek albo ktoś dla mnie bardzo ważny, bo to nie było tak, że KSIĄŻE CIEMNOŚCI kimś takim dla mnie był. Nie ukształtował mojej osobowości, nie był dla mnie autorytetem, pewnie pierdolnął parę durnot - byłoby wręcz podejrzane, gdyby mając we krwi tyle alkoholu i używek nie odwalał głupot. Nic z tych rzeczy.
Dla mnie po prostu to był świetny, charyzmatyczny wokalista, który grał w jednym z największych zespołów rockowych w dziejach i bez którego ten zespół zdecydowanie nie byłby tym czym jest. KROPKA. I z tego powodu zasługuje na tę wzmiankę.
A czemu ten wybór? Bo do tej pory nie umiem zdecydować się, który album BS bardziej wolę - vol. 4 czy ten, z którego pochodzi moja wrzuta. I to jest śmieszne, bo jestem świadom, że SBS jest jednak o wiele bardziej konwencjonalne, a ja generalnie to średnio lubię rzeczy konwencjonalne, ale to nie jest tak, że muszę być w każdej materii arcyspójny czy coś. Na szczęście jesteśmy na tym etapie, na którym nie musimy wybierać - i dzięki Bogu.
W sumie to nawet myślę, że ta wrzuta to nawet lepiej się nada jako tzw. hołd dla Ozziego, bo najzwyczajniej w świecie lepiej oddaje ducha BS za jego czasów. Zanim przejdę do napisania, byście brali i słuchania tego, to tylko dodam, że uwielbiam to jak CIĘŻKO i MOCARNIE ten utwór brzmi i to jest dla mnie idealny przykład tzw. CIĘŻKIEGO grania.
Bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=cYZE4vKDqzs
Myślę, że nie muszę tłumaczyć czemu się powtarzam, a jak nie wiecie, to sobie wpiszcie "Ozzy Osbourne" w wyszukiwarkę internetową czy coś. Nie chcę tu pisać jakichś pamfletów ani epifatium o tym, że odszedł wielki człowiek albo ktoś dla mnie bardzo ważny, bo to nie było tak, że KSIĄŻE CIEMNOŚCI kimś takim dla mnie był. Nie ukształtował mojej osobowości, nie był dla mnie autorytetem, pewnie pierdolnął parę durnot - byłoby wręcz podejrzane, gdyby mając we krwi tyle alkoholu i używek nie odwalał głupot. Nic z tych rzeczy.
Dla mnie po prostu to był świetny, charyzmatyczny wokalista, który grał w jednym z największych zespołów rockowych w dziejach i bez którego ten zespół zdecydowanie nie byłby tym czym jest. KROPKA. I z tego powodu zasługuje na tę wzmiankę.
A czemu ten wybór? Bo do tej pory nie umiem zdecydować się, który album BS bardziej wolę - vol. 4 czy ten, z którego pochodzi moja wrzuta. I to jest śmieszne, bo jestem świadom, że SBS jest jednak o wiele bardziej konwencjonalne, a ja generalnie to średnio lubię rzeczy konwencjonalne, ale to nie jest tak, że muszę być w każdej materii arcyspójny czy coś. Na szczęście jesteśmy na tym etapie, na którym nie musimy wybierać - i dzięki Bogu.
W sumie to nawet myślę, że ta wrzuta to nawet lepiej się nada jako tzw. hołd dla Ozziego, bo najzwyczajniej w świecie lepiej oddaje ducha BS za jego czasów. Zanim przejdę do napisania, byście brali i słuchania tego, to tylko dodam, że uwielbiam to jak CIĘŻKO i MOCARNIE ten utwór brzmi i to jest dla mnie idealny przykład tzw. CIĘŻKIEGO grania.
Bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=cYZE4vKDqzs
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
ATB - Here With Me (2004)
Już wiecie, że rok 2004 dla Musiała to przede wszystkim Depeche Mode przez wielkie D i wielkie M. Ale skądś mi do dziś zamiłowanie do gatunku szeroko tutaj określonego jako Eska-core zostało, prawda? Człowiek nie był w stanie ignorować wszystkiego, co latało wtedy w radio lub po telewizyjnych kanałach muzycznych. Była Nadia (nie chce mi się kopiować znaków specjalnych), była Kelis, będą jeszcze inne rzeczy z tamtego okresu. Lato 2004 w ogóle było fajne, choć głównie dlatego, że miałem 15 lat i większość rzeczy w dupie. Niespecjalnie obchodził mnie rząd Belki, ogólna bieda i bezrobocie; zresztą, co to mnie miało obchodzić, skoro było MORZE. Od września tamtego roku miałem pierwszego neta, wkrótce wleciał BearShare, zaczęło się poznawanie muzyki, potem także odważniejsze jej tworzenie, był rower, niczego mi nie brakowało.
Pół dzieciństwa towarzyszył mi w mniejszym lub większym stopniu puszczany z dwoma/trzema numerami WSZĘDZIE niemiecki didżej André Tanneberger, znany szerzej jako ATB. Gościowi wystarczyły dwa hity - cover Adamskiego i Seala w postaci Killera (tutaj: 2000), oraz to nieszczęsne 9 PM (Till I Come), którego gitarowy riff będzie mnie prześladował do końca mych dni. No, ale było jeszcze masywne i genialne YOU'RE NOT ALONE, które na zawsze pozostanie w moim Kanonie Dzieciństwa Muzycznego<TM>. Zawsze ktoś wrzucał to na jakąś kasetę, potem płytkę, coś od ATB musiało być na każdej szkolnej lub kolonijnej dyskotece. Jakoś w 2005 ukazała się kompilacja hiciorów Tannebergera i ktoś... wrzucił ją na tzw. skrzynkę forumową tutaj u nas właśnie. Zassałem i mam tę kopię po dziś dzień lol.
I wracam do niej co lato. Bo ATB to też lato, jakby, kiedy indziej można gościa słuchać? Takie same bity, takie same arpy i basy, te same brzmienia album w album, ale też tak brzmiał trance tamtych lat (może nadal brzmi, nie wiem, nie słucham teraz nowych rzeczy). Amalgamat tych numerów mógłby dać ultimate soundtrack pod reklamy Big Milków z 2003 roku. Póki co jednak jest rok 2004, Musiał siedzi przed TV i widzi kolejny pretensjonalny klip do szyberdziestej iteracji tego samego hitu z połowy najntisów. Na wokalu - Tiffany Lacey, na wszystkim innym - wiadomo kto. Panowie i... well, Panowie, oto letniaczek totalny, który dedykuję Wam wszystkim. Jak wspaniale, że "you are here with me". Na marginesie, No Silence, czyli macierzysty album tego kawałka, był hitem w Polsce. Coś to o czymś mówi (lub nic o niczym).
https://youtu.be/tbChGmJWumg?si=Qm9QwUvW41MZhhRv
Już wiecie, że rok 2004 dla Musiała to przede wszystkim Depeche Mode przez wielkie D i wielkie M. Ale skądś mi do dziś zamiłowanie do gatunku szeroko tutaj określonego jako Eska-core zostało, prawda? Człowiek nie był w stanie ignorować wszystkiego, co latało wtedy w radio lub po telewizyjnych kanałach muzycznych. Była Nadia (nie chce mi się kopiować znaków specjalnych), była Kelis, będą jeszcze inne rzeczy z tamtego okresu. Lato 2004 w ogóle było fajne, choć głównie dlatego, że miałem 15 lat i większość rzeczy w dupie. Niespecjalnie obchodził mnie rząd Belki, ogólna bieda i bezrobocie; zresztą, co to mnie miało obchodzić, skoro było MORZE. Od września tamtego roku miałem pierwszego neta, wkrótce wleciał BearShare, zaczęło się poznawanie muzyki, potem także odważniejsze jej tworzenie, był rower, niczego mi nie brakowało.
Pół dzieciństwa towarzyszył mi w mniejszym lub większym stopniu puszczany z dwoma/trzema numerami WSZĘDZIE niemiecki didżej André Tanneberger, znany szerzej jako ATB. Gościowi wystarczyły dwa hity - cover Adamskiego i Seala w postaci Killera (tutaj: 2000), oraz to nieszczęsne 9 PM (Till I Come), którego gitarowy riff będzie mnie prześladował do końca mych dni. No, ale było jeszcze masywne i genialne YOU'RE NOT ALONE, które na zawsze pozostanie w moim Kanonie Dzieciństwa Muzycznego<TM>. Zawsze ktoś wrzucał to na jakąś kasetę, potem płytkę, coś od ATB musiało być na każdej szkolnej lub kolonijnej dyskotece. Jakoś w 2005 ukazała się kompilacja hiciorów Tannebergera i ktoś... wrzucił ją na tzw. skrzynkę forumową tutaj u nas właśnie. Zassałem i mam tę kopię po dziś dzień lol.
I wracam do niej co lato. Bo ATB to też lato, jakby, kiedy indziej można gościa słuchać? Takie same bity, takie same arpy i basy, te same brzmienia album w album, ale też tak brzmiał trance tamtych lat (może nadal brzmi, nie wiem, nie słucham teraz nowych rzeczy). Amalgamat tych numerów mógłby dać ultimate soundtrack pod reklamy Big Milków z 2003 roku. Póki co jednak jest rok 2004, Musiał siedzi przed TV i widzi kolejny pretensjonalny klip do szyberdziestej iteracji tego samego hitu z połowy najntisów. Na wokalu - Tiffany Lacey, na wszystkim innym - wiadomo kto. Panowie i... well, Panowie, oto letniaczek totalny, który dedykuję Wam wszystkim. Jak wspaniale, że "you are here with me". Na marginesie, No Silence, czyli macierzysty album tego kawałka, był hitem w Polsce. Coś to o czymś mówi (lub nic o niczym).
https://youtu.be/tbChGmJWumg?si=Qm9QwUvW41MZhhRv
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Kolejka 21. (171.)
114. Enrico Mantini - Life Wine (stripped)
115. Black Sabbath - Electric Funeral (Dragon)
116. Jamiroquai - Deeper Underground (Hien)
117. Black Sabbath - Sabbath Bloody Sabbath (mintaj)
118. ATB - Here With Me (devotional)
114. Enrico Mantini - Life Wine (stripped)
115. Black Sabbath - Electric Funeral (Dragon)
116. Jamiroquai - Deeper Underground (Hien)
117. Black Sabbath - Sabbath Bloody Sabbath (mintaj)
118. ATB - Here With Me (devotional)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Black Sabbath - Electric Funeral
Przez ułamek sekundy rozważałem wrzucanie BS w tej kolejce ale uznałem że jednak nie będę zmieniał swoich bestkowych planów. Może i lepiej bo ta kolejka i tak już w połowie przypomina stypę po Ozzym. Electric Funeral to numer który od początku przykuwał swoim... tytułem, ale brzmieniowo też jest całkiem spoko, myślę że można go uznać za jeden z highlightów Paranoid. Ciężki wah-wah riff jest całkiem spoko ale najlepsze i tak dzieje się w przejściu które tak naprawdę jest refrenem heh. Bawi mnie zawsze ten drugi wokal śpiewający ELECTRIC FUNERAL, ELECTRIC FUNERAL, to akurat brzmi dość Muppetowo. Pamiętam że gdy poznałem ten album zachwycałem się jego brzmieniem, miałem wtedy pierwszy raz takie poczucie że kiedyś to było, byli muzycy i był kunszt a potem przyszły syntezatory i sie zesrało. Nie do końca tak jest ale Paranoid to dobry przykład albumu na najwyższym poziomie i PRAWDZIWEGO grania IMO.
Jamiroquai - Deeper Underground
To zdaje się ten numer którego wideoklip widywałem kiedyś często na VH1 ale numer jednocześnie mnie nie wzruszał nigdy. Dobrze zawsze jednak wrócić po latach by zweryfikować swe młodzieńcze osądy. To faktycznie nie jest typowe brzmienie Jamiroquai, nie jest to takie funky jak z żywym basem jednak, tu ten elektroniczny bas robi bardziej kwasowy klimat. Nie widzialem nigdy Godzilli niemniej klimat kawałka pasuje mi jak najbardziej pod późne 90sy i jakiś taki nieco mroczny-noir klimat (z tej okazji np. odświeżyłem sobie numer z Fight Club wrzucany przez młodą do depeszwizji swego czasu). Mniej tanecznie i pozytywnie a bardziej pod kino akcji, mógłby być równie dobrze jakiś Blade albo Matrix podejrzewam, nieco też ta kwasowość kojarzy mi się z niektórymi produkcjami Chemical Brothers z tamtej epoki. Fajnie było wrócić, odświeżyć sobie i docenić po latach taki kawałek.
Black Sabbath - Sabbath Bloody Sabbath
Tu jestem nieco rozdarty muszę przyznać. Mentos wrzucił ten numer niejako reklamując go jako fajny przykład ciężkiego grania, z tym że mając w kolejce już takie Electric Funeral ten numer wypada jak dla mnie nieco blado? Mało tego, największym walorem jak dla mnie są tu te ciche akustyczne przejścia w nim przywodzące na myśl bardziej choćby wrzucane już przez samego mentosa Changes. Mogę się mylić ale odnoszę wrażenie że BS na tych późniejszych płytach trochę straciło ikrę a tym samym trochę fanów. Czytając o albumie widzę że niby jest prejzowany ale na jednym blogu znalazłem zdanie ktore chyba najlepiej oddaje to co chciałem przekazać - że słuchając takiego Sabbath Bloody Sabbath trudno nie odnieść wrażenia że ten numer powinien brzmieć dużo ciężej. Tak to odbieram właśnie że to jest trochę to co już było i znamy ale jednocześnie bez takiej mocy jak we wcześniejszych latach BS. Z tego tytułu plusik za hołd dla Ozzy'ego ale za ten konkretny numer trochę no bonus ode mnie. W ogóle drogi mentosie odnoszę wrażenie że w tej 25. dość często i lekko sięgasz po duble, czyżbyśmy już dotarli do granic Twej banieczki?
ATB - Here With Me
Wiedząc już jak dev jara się COVEREM utworu You're Not Alone trip-hopowej grupy Olive i widząc tytuł dzisiejszej wrzutki zastanawiałem się czy to może z kolei nie będzie jakiś cover Dido xd W sumie to nie wiem czy się cieszyć czy nie że jest to jednak oryginalna kompozycja Andre Tannebergera. Nie byłem nigdy takim klubowiczem, klimaty dance-trance raczej leżały długo na peryferiach moich zainteresowań, z czasem przyszło uznanie dla klasyki lat 90. bardziej, w muzyce ATB nie znajduję chyba jakiegoś interesującego pierwiastka dla siebie. Nie ma tu ciekawej kompozycji, melodii która zadomowiłaby się w głowie, wokal Tiff Lacey przypomina mi trochę Sophie Ellia-Bextor ale ona miała jednak lepiej napisane numery chyba albo miała szczęście do lepszych producentów. Sorry ale ten numer jest dla mnie strasznie nijaki, no bonus
Przez ułamek sekundy rozważałem wrzucanie BS w tej kolejce ale uznałem że jednak nie będę zmieniał swoich bestkowych planów. Może i lepiej bo ta kolejka i tak już w połowie przypomina stypę po Ozzym. Electric Funeral to numer który od początku przykuwał swoim... tytułem, ale brzmieniowo też jest całkiem spoko, myślę że można go uznać za jeden z highlightów Paranoid. Ciężki wah-wah riff jest całkiem spoko ale najlepsze i tak dzieje się w przejściu które tak naprawdę jest refrenem heh. Bawi mnie zawsze ten drugi wokal śpiewający ELECTRIC FUNERAL, ELECTRIC FUNERAL, to akurat brzmi dość Muppetowo. Pamiętam że gdy poznałem ten album zachwycałem się jego brzmieniem, miałem wtedy pierwszy raz takie poczucie że kiedyś to było, byli muzycy i był kunszt a potem przyszły syntezatory i sie zesrało. Nie do końca tak jest ale Paranoid to dobry przykład albumu na najwyższym poziomie i PRAWDZIWEGO grania IMO.
Jamiroquai - Deeper Underground
To zdaje się ten numer którego wideoklip widywałem kiedyś często na VH1 ale numer jednocześnie mnie nie wzruszał nigdy. Dobrze zawsze jednak wrócić po latach by zweryfikować swe młodzieńcze osądy. To faktycznie nie jest typowe brzmienie Jamiroquai, nie jest to takie funky jak z żywym basem jednak, tu ten elektroniczny bas robi bardziej kwasowy klimat. Nie widzialem nigdy Godzilli niemniej klimat kawałka pasuje mi jak najbardziej pod późne 90sy i jakiś taki nieco mroczny-noir klimat (z tej okazji np. odświeżyłem sobie numer z Fight Club wrzucany przez młodą do depeszwizji swego czasu). Mniej tanecznie i pozytywnie a bardziej pod kino akcji, mógłby być równie dobrze jakiś Blade albo Matrix podejrzewam, nieco też ta kwasowość kojarzy mi się z niektórymi produkcjami Chemical Brothers z tamtej epoki. Fajnie było wrócić, odświeżyć sobie i docenić po latach taki kawałek.
Black Sabbath - Sabbath Bloody Sabbath
Tu jestem nieco rozdarty muszę przyznać. Mentos wrzucił ten numer niejako reklamując go jako fajny przykład ciężkiego grania, z tym że mając w kolejce już takie Electric Funeral ten numer wypada jak dla mnie nieco blado? Mało tego, największym walorem jak dla mnie są tu te ciche akustyczne przejścia w nim przywodzące na myśl bardziej choćby wrzucane już przez samego mentosa Changes. Mogę się mylić ale odnoszę wrażenie że BS na tych późniejszych płytach trochę straciło ikrę a tym samym trochę fanów. Czytając o albumie widzę że niby jest prejzowany ale na jednym blogu znalazłem zdanie ktore chyba najlepiej oddaje to co chciałem przekazać - że słuchając takiego Sabbath Bloody Sabbath trudno nie odnieść wrażenia że ten numer powinien brzmieć dużo ciężej. Tak to odbieram właśnie że to jest trochę to co już było i znamy ale jednocześnie bez takiej mocy jak we wcześniejszych latach BS. Z tego tytułu plusik za hołd dla Ozzy'ego ale za ten konkretny numer trochę no bonus ode mnie. W ogóle drogi mentosie odnoszę wrażenie że w tej 25. dość często i lekko sięgasz po duble, czyżbyśmy już dotarli do granic Twej banieczki?
ATB - Here With Me
Wiedząc już jak dev jara się COVEREM utworu You're Not Alone trip-hopowej grupy Olive i widząc tytuł dzisiejszej wrzutki zastanawiałem się czy to może z kolei nie będzie jakiś cover Dido xd W sumie to nie wiem czy się cieszyć czy nie że jest to jednak oryginalna kompozycja Andre Tannebergera. Nie byłem nigdy takim klubowiczem, klimaty dance-trance raczej leżały długo na peryferiach moich zainteresowań, z czasem przyszło uznanie dla klasyki lat 90. bardziej, w muzyce ATB nie znajduję chyba jakiegoś interesującego pierwiastka dla siebie. Nie ma tu ciekawej kompozycji, melodii która zadomowiłaby się w głowie, wokal Tiff Lacey przypomina mi trochę Sophie Ellia-Bextor ale ona miała jednak lepiej napisane numery chyba albo miała szczęście do lepszych producentów. Sorry ale ten numer jest dla mnie strasznie nijaki, no bonus
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Wolę się powtórzyć i wrzucić coś co jest faktycznie spoko, niż szukac na siłęW ogóle drogi mentosie odnoszę wrażenie że w tej 25. dość często i lekko sięgasz po duble, czyżbyśmy już dotarli do granic Twej banieczki?
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
Enrico Mantini - Life Wine
Pamiętam Chai Mate i nawet tamten czas wspominany przez Jacka. Pewien jutuber boży wracający po przerwie od nagrywania zachwalał ten napój w postironiczny sposób (wykorzystał to do żartu/krytyki wobec niesławnego dziś gargamela), a później chyba na serio xD Mi nie smakuje, ale może do dziś jest dostępny w Biedrze? Możliwe. Moja aktywność muzycznego influencerstwa zaczyna się i kończy na forach dyskusyjnych, wielokrotnie wspominanych grupkach na fejsbuku, rekomendacjach wśród znajomych oraz osobistych refleksjach pisanych do zeszytu. Sam numer? Nawet bez wyraźnego podkreślenia roku pochodzenia da się wyczuć klasyczne brzmienie, patenty. Kawałek spokojnego atmosferycznego house'u. Może pod koniec robi się już zbyt monotonnie, ale czasem tak z obskjurami jest. Koniec końców wypada w porządku. Spokojnie zasługiwałoby na propsy w epoce (i może w niszowym środowisku dostał?). Nie wieje kiczem, synthy wypadają w porządku, nawet cyfrowe pianinko użyte bez przesady.
Jamiroquai - Deeper Underground
Nie jestem pewien, czy się nie zestarzało, ale ja lubię najtisy wyraźnie brzmiące najtisami, więc zero problemu. Dawno ich nie słyszałem, nawiasem mówiąc. Ostatnie wzmianki to premiera Automaton (kiedy to było?!?), historia z Trzaskowskim i znalezienie ich pojedynczych płyt przy okazji grzebania w skrzynkach na kiermaszu w wałbrzyskiej galerii handlowej. Poza tym cisza w eterze. Podrzucany kawałek jest niezły, ale brakuje mi w nim czegoś więcej. Tylko troszkę tajemniczy. Ogólne wrażenie spoczko, charakterystyczny wokal, basy, funky groove i ostrzejszy pierwszy plan nie pozwalają ich pomylić z kimkolwiek innym. Trochę przespany pomysł, brakuje czegoś konkretniejszego. Podskórnie właśnie pasuje do filmu, do gry, przy bliższym skojarzeniu z innym tekstem pisałbym co innego... a u mnie nie ma żadnych doświadczeń z Godzillą, więc ten tego. Bezpieczny neutral z plusem, bo sprawiali wrażenie czegoś FAJNEGO zawsze.
Black Sabbath - Sabbath Bloody Sabbath
Lubię BS za to (przynajmniej to co słyszałem), że mimo metalowego korzenia i ostrych gitarowych zagrywek nie byli kliszowi. Jak już na 13ce grają bezpiecznie, to jednak standard jest wysoki, bez zbędnego męczenia buły lub uciekania się do taniochy. Tu Ozzy trochę wkurza zdzieraniem gardła i wysokimi dźwiękami, ale zawsze zaraz potem wchodzi spokojniejszy fragment... albo te ładnie wtłoczone solówki w ogólny muł. Delikatny sznyt PROGRESYWNY też na plus, z tego samego względu lubię/wrzuciłem/zaskakuje mnie Electric Funeral. Na Spotify nie brzmi tak garażowo jak Paranoid, ale tego stylu nie da się podrobić. Bardzo delikatny krok do przodu w ich poczynaniach. Przy takim początku kariery i wierności stylistycznej trudno o odkrywanie koła na nowo. Nie ma co też tego oczekiwać. Siłą rzeczy nie postawię tak wysoko jak wspominanych krążków, ale myślę, że i tutaj przysiadłbym dłuższą chwilę wiedząc o czekających przyjemnostkach. Dzieje się dużo, brzmi to spoko, Ozzy pasuje w punkt (mimo drobnych przeszarżowań).
ATB - Here With Me
Dobrze, że Musiał ma świadomość ikoniczności You're Not Alone (nawet ja jeszcze pamiętam to z głębokiego dziecięctwa!), ale dorzuciłbym Don't Stop. Też kawałek pozytywnego sentymentu... no i sam numer nie jest dramatyczny heh A Ecstasy? Trochę tego było. Nie wszystko aż tak dobre, ale trudno o lepsze wehikuły czasu do okresu szerzej opisywanego przez Deva. Dla mnie źródło pojedynczych obrazków bez kontekstu, bo i trudno coś pamiętać dokładnie, ale w Wałbrzychu takie rytmy trzymały się przynajmniej do 2009 roku, a w bardziej ordynarnych blokowiskach czy rejonach nawet dłużej. Here With Me aż tak mnie nie bierze, bo już czuć bardziej wykorzystywanie bezpiecznego schematu transowej piosenki niż super kreatywny wykwit, ale w takiej stylistyce to wciąż wyższa półka. Trochę chamski rytm przykryty synthowymi padami i pięknie zwyczajnym damskim wokalem. Wówczas recepta na sukces. Miał mocniejsze bangery w talii, nawet wtedy, jednak tego typu kawałkami mógł podtrzymywać zainteresowanie i popularność czymś lepiej niż słuchalnym. Nie jestem trance purystą i nie sądzę, by piosenki stanowiły gwóźdź do trumny tego gatunku... kto chce poszukać wyjątkowo stylowe granie (niekoniecznie tak radiowe), ten wciąż dzisiaj na luzie znajdzie odpowiednie miejsca. Wciąż znacznie lepsze takie kawałki niż udające "stadionowe" kiczowate paskudy, alviny i wiewiórki czy Robert Miles.
Pamiętam Chai Mate i nawet tamten czas wspominany przez Jacka. Pewien jutuber boży wracający po przerwie od nagrywania zachwalał ten napój w postironiczny sposób (wykorzystał to do żartu/krytyki wobec niesławnego dziś gargamela), a później chyba na serio xD Mi nie smakuje, ale może do dziś jest dostępny w Biedrze? Możliwe. Moja aktywność muzycznego influencerstwa zaczyna się i kończy na forach dyskusyjnych, wielokrotnie wspominanych grupkach na fejsbuku, rekomendacjach wśród znajomych oraz osobistych refleksjach pisanych do zeszytu. Sam numer? Nawet bez wyraźnego podkreślenia roku pochodzenia da się wyczuć klasyczne brzmienie, patenty. Kawałek spokojnego atmosferycznego house'u. Może pod koniec robi się już zbyt monotonnie, ale czasem tak z obskjurami jest. Koniec końców wypada w porządku. Spokojnie zasługiwałoby na propsy w epoce (i może w niszowym środowisku dostał?). Nie wieje kiczem, synthy wypadają w porządku, nawet cyfrowe pianinko użyte bez przesady.
Jamiroquai - Deeper Underground
Nie jestem pewien, czy się nie zestarzało, ale ja lubię najtisy wyraźnie brzmiące najtisami, więc zero problemu. Dawno ich nie słyszałem, nawiasem mówiąc. Ostatnie wzmianki to premiera Automaton (kiedy to było?!?), historia z Trzaskowskim i znalezienie ich pojedynczych płyt przy okazji grzebania w skrzynkach na kiermaszu w wałbrzyskiej galerii handlowej. Poza tym cisza w eterze. Podrzucany kawałek jest niezły, ale brakuje mi w nim czegoś więcej. Tylko troszkę tajemniczy. Ogólne wrażenie spoczko, charakterystyczny wokal, basy, funky groove i ostrzejszy pierwszy plan nie pozwalają ich pomylić z kimkolwiek innym. Trochę przespany pomysł, brakuje czegoś konkretniejszego. Podskórnie właśnie pasuje do filmu, do gry, przy bliższym skojarzeniu z innym tekstem pisałbym co innego... a u mnie nie ma żadnych doświadczeń z Godzillą, więc ten tego. Bezpieczny neutral z plusem, bo sprawiali wrażenie czegoś FAJNEGO zawsze.
Black Sabbath - Sabbath Bloody Sabbath
Lubię BS za to (przynajmniej to co słyszałem), że mimo metalowego korzenia i ostrych gitarowych zagrywek nie byli kliszowi. Jak już na 13ce grają bezpiecznie, to jednak standard jest wysoki, bez zbędnego męczenia buły lub uciekania się do taniochy. Tu Ozzy trochę wkurza zdzieraniem gardła i wysokimi dźwiękami, ale zawsze zaraz potem wchodzi spokojniejszy fragment... albo te ładnie wtłoczone solówki w ogólny muł. Delikatny sznyt PROGRESYWNY też na plus, z tego samego względu lubię/wrzuciłem/zaskakuje mnie Electric Funeral. Na Spotify nie brzmi tak garażowo jak Paranoid, ale tego stylu nie da się podrobić. Bardzo delikatny krok do przodu w ich poczynaniach. Przy takim początku kariery i wierności stylistycznej trudno o odkrywanie koła na nowo. Nie ma co też tego oczekiwać. Siłą rzeczy nie postawię tak wysoko jak wspominanych krążków, ale myślę, że i tutaj przysiadłbym dłuższą chwilę wiedząc o czekających przyjemnostkach. Dzieje się dużo, brzmi to spoko, Ozzy pasuje w punkt (mimo drobnych przeszarżowań).
ATB - Here With Me
Dobrze, że Musiał ma świadomość ikoniczności You're Not Alone (nawet ja jeszcze pamiętam to z głębokiego dziecięctwa!), ale dorzuciłbym Don't Stop. Też kawałek pozytywnego sentymentu... no i sam numer nie jest dramatyczny heh A Ecstasy? Trochę tego było. Nie wszystko aż tak dobre, ale trudno o lepsze wehikuły czasu do okresu szerzej opisywanego przez Deva. Dla mnie źródło pojedynczych obrazków bez kontekstu, bo i trudno coś pamiętać dokładnie, ale w Wałbrzychu takie rytmy trzymały się przynajmniej do 2009 roku, a w bardziej ordynarnych blokowiskach czy rejonach nawet dłużej. Here With Me aż tak mnie nie bierze, bo już czuć bardziej wykorzystywanie bezpiecznego schematu transowej piosenki niż super kreatywny wykwit, ale w takiej stylistyce to wciąż wyższa półka. Trochę chamski rytm przykryty synthowymi padami i pięknie zwyczajnym damskim wokalem. Wówczas recepta na sukces. Miał mocniejsze bangery w talii, nawet wtedy, jednak tego typu kawałkami mógł podtrzymywać zainteresowanie i popularność czymś lepiej niż słuchalnym. Nie jestem trance purystą i nie sądzę, by piosenki stanowiły gwóźdź do trumny tego gatunku... kto chce poszukać wyjątkowo stylowe granie (niekoniecznie tak radiowe), ten wciąż dzisiaj na luzie znajdzie odpowiednie miejsca. Wciąż znacznie lepsze takie kawałki niż udające "stadionowe" kiczowate paskudy, alviny i wiewiórki czy Robert Miles.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Chai Mate w Biedrze brak, dziś zamawiamy zgrzewki przez neta 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Enrico Mantini - Life Wine
Pamiętam tamto fp Jacy, to i kilka innych. Była zajawka, potem strona wyparowywała i pojawiała się nowa. Potem Murzyn zorientował się, ze ludzie generalnie mają takie starania w dupie. Przyznam bez bicia, sam rzadko klikałem w linki. Bestka najlepiej pokazuje, ile się trzeba nastarac, żeby ktoś przesłuchał jakieś nasze reko. W każdym razie, Jaca proponuje numer chłodny niczym poranny wiatr po całonocnej ulewie. Bardziej by mi chyba pasował na zimę, ale co ja wiem. Wiem, że jest to bardzo spoko kawałek muzyki. Przypomina mi trochę wrzucane przeze mnie do sąsiedniej zabawy Seafeel. Operowanie monotonią, motoryczność, klimat. Zimna elektronika, 90sowe pianino spadające niczym sople, piękny obrazek się tworzy w głowie. A ja i tak wolę zwykłą, ciepłą kawę, nigdy się nie wkręciłem w chai.
Black Sabbath - Sabbath Bloody Sabbath
Gdybym był zmuszony wskazać moje top 3 Black Szabas, to dwa utwory pochodziłyby z tej płyty, w tym tytułowy wrzucony przez Sebę. Ten drugi na pewno się tu pojawi, ale nie chcę go wrzucać w kontekście śmierci Ozzyego. Ze względów oczywistych, zachowam wspominki związane z poznawaniem tej płyty na później, ale napiszę, że miałem chyba 14 lat i było to dla mnie dosyć spore odkrycie. Powiem wręcz, że była to dla mnie prawdziwa furtka do tego, aby docenić metal. Tytułowy kawałek ma wszystko to, za co pokochałem ten zespół. Jest atmosfera, ciężkie brzmienia z klasą, a do tego intrygująca budowa numeru i ta powalająca na ziemię druga połowa. Do tego TA okładka. Żałuję, że nie wybrałem się na BS kiedy grali w Łodzi 8 lat temu, byli w zasięgu ręki, a teraz ich nie ma.
Black Sabbath - Electric Funeral
Lubię wczesne Szabasy za tę prostotę i czysty fun. Riff Iomiego, to coś, z czego korzystały potem legiony mniej lub bardziej znanych metalowych zespołów, jeżeli szukać miejsca, w którym ktoś zaznaczył kierunek wyraźną, grubą kreską, to na tej płycie. Nie będę się rozpisywał, w budowaniu klimatu za pomocą takich stylistycznych rozwiązań, BS nie mieli sobie równych. Jako koneser fade outu, nie mogę nie zachwycić się doskonałym outrem. Kawałek jest świetny i sprawia, że mam ochotę wrócić do słuchania BS.
ATB - Here With Me
Musiał trochę się zaorał wspominając o You're Not Alone, bo kiedy pomyśli się o tamtym kawałku, to trudno docenić samą wrzute. ATB znam tylko z hitów, nigdy nie czułem potrzeby poznawania czegokolwiek innego. Facet miał mega farta, że wstrzelił się ze swoją muzyką w podatny moment. Z tego co słyszę, każdy numer zaczynał od tego samego projektu, gdzie miał już powgrywane te same brzmienia i efekty. Niemniej, od razu człowiek myśli o ATB kiedy to słyszy, więc szacun za wypracowanie charakterystycznego brzmienia, które pozostali takim do dziś. Here With Me jest fajne i budzi skojarzenia z czasami, do których wrócić można już tylko przez media takie jak muzyka.
Śmieszna kolejka, połowa to Black Sabbath, a połowa to elektronika, która bardziej kojarzy mi się z drugą połową roku. Brakuje trochę Wuja, żeby to przełamał jakąś Sią czy 21Pilots, ale i tak muza na wysokim poziomie.
Pamiętam tamto fp Jacy, to i kilka innych. Była zajawka, potem strona wyparowywała i pojawiała się nowa. Potem Murzyn zorientował się, ze ludzie generalnie mają takie starania w dupie. Przyznam bez bicia, sam rzadko klikałem w linki. Bestka najlepiej pokazuje, ile się trzeba nastarac, żeby ktoś przesłuchał jakieś nasze reko. W każdym razie, Jaca proponuje numer chłodny niczym poranny wiatr po całonocnej ulewie. Bardziej by mi chyba pasował na zimę, ale co ja wiem. Wiem, że jest to bardzo spoko kawałek muzyki. Przypomina mi trochę wrzucane przeze mnie do sąsiedniej zabawy Seafeel. Operowanie monotonią, motoryczność, klimat. Zimna elektronika, 90sowe pianino spadające niczym sople, piękny obrazek się tworzy w głowie. A ja i tak wolę zwykłą, ciepłą kawę, nigdy się nie wkręciłem w chai.
Black Sabbath - Sabbath Bloody Sabbath
Gdybym był zmuszony wskazać moje top 3 Black Szabas, to dwa utwory pochodziłyby z tej płyty, w tym tytułowy wrzucony przez Sebę. Ten drugi na pewno się tu pojawi, ale nie chcę go wrzucać w kontekście śmierci Ozzyego. Ze względów oczywistych, zachowam wspominki związane z poznawaniem tej płyty na później, ale napiszę, że miałem chyba 14 lat i było to dla mnie dosyć spore odkrycie. Powiem wręcz, że była to dla mnie prawdziwa furtka do tego, aby docenić metal. Tytułowy kawałek ma wszystko to, za co pokochałem ten zespół. Jest atmosfera, ciężkie brzmienia z klasą, a do tego intrygująca budowa numeru i ta powalająca na ziemię druga połowa. Do tego TA okładka. Żałuję, że nie wybrałem się na BS kiedy grali w Łodzi 8 lat temu, byli w zasięgu ręki, a teraz ich nie ma.
Black Sabbath - Electric Funeral
Lubię wczesne Szabasy za tę prostotę i czysty fun. Riff Iomiego, to coś, z czego korzystały potem legiony mniej lub bardziej znanych metalowych zespołów, jeżeli szukać miejsca, w którym ktoś zaznaczył kierunek wyraźną, grubą kreską, to na tej płycie. Nie będę się rozpisywał, w budowaniu klimatu za pomocą takich stylistycznych rozwiązań, BS nie mieli sobie równych. Jako koneser fade outu, nie mogę nie zachwycić się doskonałym outrem. Kawałek jest świetny i sprawia, że mam ochotę wrócić do słuchania BS.
ATB - Here With Me
Musiał trochę się zaorał wspominając o You're Not Alone, bo kiedy pomyśli się o tamtym kawałku, to trudno docenić samą wrzute. ATB znam tylko z hitów, nigdy nie czułem potrzeby poznawania czegokolwiek innego. Facet miał mega farta, że wstrzelił się ze swoją muzyką w podatny moment. Z tego co słyszę, każdy numer zaczynał od tego samego projektu, gdzie miał już powgrywane te same brzmienia i efekty. Niemniej, od razu człowiek myśli o ATB kiedy to słyszy, więc szacun za wypracowanie charakterystycznego brzmienia, które pozostali takim do dziś. Here With Me jest fajne i budzi skojarzenia z czasami, do których wrócić można już tylko przez media takie jak muzyka.
Śmieszna kolejka, połowa to Black Sabbath, a połowa to elektronika, która bardziej kojarzy mi się z drugą połową roku. Brakuje trochę Wuja, żeby to przełamał jakąś Sią czy 21Pilots, ale i tak muza na wysokim poziomie.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn