Best of Forum III

Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 13 kwie 2023 11:46

Może jeszcze słowo podsumowania: w sumie nie wiem, co napisać, z zainteresowaniem przeczytałem opinie i te bardziej pozytywne, i te bardziej sceptyczne. Najbardziej mnie rozbawił Mentos, który napisał, że zespół jest przereklamowany, bo JEGO nie bierze i to bez rozbudowanego wyjaśnienia :lol:. Dev, bawi mnie, że ludzie postrzegają muzyków pop jako tak łagodnych jak estetyka ich piosenek. A to przecież zupełnie nie współgra :lol:. Ja to traktuję zupełnie serio, tzn. jest dla mnie naturalne, że ludzie lubią się bawić, miło spędzać czas itd. Część mojej rodziny jest taka właśnie i dla nich dołowanie się przy Pink Floyd byłoby czymś bardzo sztucznym, nie pasującym do nich. Nie wiem, o co chodzi z byciem "skrajnie grzecznym", zresztą, samo w sobie bycie łobuzem nie nobilituje przecież. Różni "buntownicy" też się stawali megagwiazdami i to mnie bardzo bawi, bo ich fani tu hipokryzji nie widzą. Jakby w ogóle ten aspekt ich nie obchodził :lol:. To są przecież tylko fragmenty wizerunku. Istotne, ale nie całość. W sumie to tylko i aż popkultura.
Shodan, to moja mama zupełnie nie słucha radia i lecących tam piosenek. Od niej to znam klasykę polskiej piosenki, bigbit, poezję śpiewaną, jakąś muzykę klasyczną słyszę, ale takiej typowej, jaką my to wrzucamy, to zupełnie nie.

To co, jedziemy z następną rundą?

Queen - I'm Going Slightly Mad
https://www.youtube.com/watch?v=za1YYK6dkO4

Z klimatów rodzinnych przenosimy się w klimaty licealne, bo piosenkę tę poznałem na lekcji angielskiego (rzadki przykład poznania ciekawego piosenki na lekcji). Pamiętam jeszcze, że mieliśmy w podręczniku Bananaramę. Wtedy kawałek kojarzył mi się z przedstawieniem obłędu, szaleństwa i to jeszcze w dodatku połączonego z upadkiem i śmiercią człowieka, dziś ten kontekst przestał być dla mnie istotny. Wcześniej to kojarzyłem Queen głównie z I Want To Break Free itp. hitami, cały czas się zbieram, żeby się dokładnie za nich zabrać. Innuendo było chyba pierwszym albumem, jaki w całości poznałem i od razu mnie uderzyło, że poza paroma mocno podniosłymi fragmentami (ale też teatralnymi, jak cały zespół Queen) płyta brzmi trochę, jakby nie było żadnych większych problemów w zespole. Życie toczy się dalej (choć jedno z nich już bardzo wolno i niedługo). W sumie fajnie obejrzeć też klip i zobaczyć, jak maskowano fatalny już stan zdrowia wokalisty.
I'm Going Slightly Mad zaczyna się od dźwięków, które trochę brzmią jak wahanie: "czy wchodzić do środka?" Piosenka z narastającym napięciem, zmierzającym do wybuchu w punkcie kulminacyjnym, ze śmiechami w tle, trzymającym rytmem bardzo szybko chwyta. Znakomicie brzmi i to samo w sobie też się świetnie sprawdza, ale ja ogólnie lubię brzmienia z tamtego okresu (przypominam, rok 1991). Kolejne zwrotki, refreny, zmiana w sposobie ich śpiewania to jak zmiany w postrzeganiu problemu, jak ostateczne pogodzenie się z nim na końcu. Mogę powiedzieć, że kupił mnie ten kawałek od razu, do tej pory pozostał jednym z najbardziej rozpoznawalnych ich hitów. A nie mogłem wczuć się w aurę tamtych dni z autopsji, bo w roku śmierci Freddie'ego ja przyszedłem na świat. Zawsze miałem wiele sympatii dla tych gości. Spędziłem miłe, rodzinne popołudnie przy Bohemian Rhapsody (i rozumiem familijne zabarwienie tego dzieła, w sumie to przy każdym takim znanym zespole maskuje się całe mnóstwo okropieństw, może jakoś dużo się nie naczytałem o tym, ale wystarczająco, żeby widzieć, że to w ogóle nie zależy od gatunku, po prostu ludzie są, jacy są, People Are People ;().
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 13 kwie 2023 18:45

Fink – Truth Begins

Czekałem z tym utworem na rozpoczęcie wiosny, dlatego jego pozycja na liście była mocno ruchoma, było kilka falstartów tej pory roku przez ostatnie miesiące, ale teraz można już chyba uznać, że MAMY TO.

Finka pierwszy raz usłyszałem jakoś 10 lat temu, w radiu, i zwrócił moją uwagę tym, że przypominał mi Dave’a Matthews’a. To było takie porównanie do przełknięcia kiedy się faceta zna bardzo pobieżnie, trochę jak śmieszne porównania Czeza z kawałkami DM, bo tam jakieś pół sekundy uderzenia w strunę się zgadza. Tu bardziej chodziło o vibe, i faktycznie panowie raz na jakiś czas się do siebie zbliżają, ale nigdy w naprawdę dużym stopniu. Los chciał, że dopiero w 2015 r. wsiąknąłem w Finka na dobre, a to za sprawą koncertu, który odbył się w Łodzi, w klubie Scenografia, na którym byłem. W ramach przygotowań, odsłuchałem dwie najnowsze wtedy płyty i doznałem szoku porównywalnego do pierwszych odsłuchów Fishmans. Koncert dołożył drugie tyle pojary, bo gość jest na żywo doskonały. Od tamtej pory widziałem go jeszcze 3 razy (tego samego roku w osranym, katowickim Mega Clubie, potem w Stodole w 2017 r. i w Palladium w 2019) i za każdym razem to był sztos.

Jest coś w wokalu Fina Greenala, coś w jego grze na gitarze i jego piosenkach, co mnie po prostu kręci. Gość zaczynał od bycia producentem (pracował między innymi z Amy Winehouse) i DJem grającym chilloutowe sety. Debiut Fink (wydany w Ninja Tune) dokładnie tym jest. Wtedy, Fin doznał objawienia, że go to już nie jara, zniknął na kilka lat i wrócił jako gitarzysta, wokalista i singer-songwriter (dosyć konkretna metamorfoza). Z takimi albumami właśnie osiągnął największy sukces. Facet potrafi oddać melancholię, bez popadania w depresję, smutek, lament. Od paru lat, „Truth Begins” towarzyszy mi przy otwarciu kolejnych wiosen, kiedy świat budzi się do życia, itd., banały, ale jednak warte zaklęcia w muzyce. Muza Finka to jest dla mnie coś mocno osobistego i dobrze oddającego munlupizm. Jest to Munlup-core do kwadratu, no ale co ma być.

https://www.youtube.com/watch?v=5KaJZF9hQmU
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 14 kwie 2023 08:14

Touch and Go - Would You...? (1998)

W ramach odświeżania hiciorów sprzed bardzo wielu lat (damn, 25 dokładnie xD), co stanowi element mojego nostalgicznego powrotu w przeszłość, proponuję jeszcze-nie-tak-zapomniany numer, który swego czasu latał po stacjach radiowych ostrzej niż latawce po kabulskim niebie zaraz po upadku pierwszych rządów Talibów (ciekawostka - zapodany przeze mnie utwór był hitem głównie w Europie Wschodniej, czyli również u nas). Touch and Go to jazzowy właściwie duet (jedna laska i jeden typ na trąbce), który był wspomagany przez iluśtam muzyków sesyjnych. Wydali... całą jedną płytę, choć nigdy działalności nie zakończyli (właściwie ciągle istnieją i koncertują od czasu do czasu). Płyta zatytułowana jest I Find You Very Attractive, co stanowi zresztą kawałek tekstu (bardzo rozbudowanego lol) głównego z niej singla, a więc właśnie Would You...? Piosenka jest prosta jak nie powiem co i traktuje o nie powiem czym, że tak to eufemistycznie ujmę. Motyw na trąbce zna chyba każdy, zresztą, jak bardzo cheesy by nie był (chociaż wynika to głównie z zajechania tego numeru na tysiąc sposobów przez tysiąc rozgłośni) wkręca się przeokrutnie. Nie ukrywam - bardzo go lubię. Mam takie "serowe" utwory sprzed wielu dekad, do których bardzo lubię wracać, albowiem niosą ze sobą spory ładunek przyjemnych wspomnień. Trochę jak Coe Jocker z poprzedniego rozdania. Znów wracam do lat 90., kiedy moim największym zmartwieniem było to, czy mama da radę wracając z pracy zajrzeć do kiosku na Plac Słoneczny i kupić mi nowego Giganta (względnie to, czy będę mógł pograć w Gexa dłużej niż pół godziny po zrobieniu wszystkich lekcji). Podobnie jak w przypadku Don't Let Me Be Misunderstood wszystko kręci się wokół siedzenia w jadalni i słuchania Zetki z tamtego śmiesznego budzikoradia. Touch and Go byli na nim częstymi gośćmi, a ja ich już wtedy bardzo lubiłem. Oczywiście nie miałem bladego pojęcia, co za słowa wypowiada wokalistka (długo myślałem, że to jest zsamplowane cholera wie skąd), choć trochę po angielsku już cisnąłem. Gdy w końcu to ogarnąłem, nie byłem specjalnie zaskoczony. Klimat kawałka jest taki barowo-podrywowy, bardzo najntisowy zresztą, także nie tylko jadalnia i Kaczor Donald się przeglądają w tym lustrze. Jestem bardziej niż pewien, że Would You...? znacie dobrze, może nawet lubicie? Let's find out. Chyba zmontuję sobie składankę poświęconą wyłącznie tamtej dekadzie... Są zainteresowani? xD

https://www.youtube.com/watch?v=5yQcacQ6O6M
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 14 kwie 2023 22:05

Nie mogę dojść do siebie, przekonałem tylu ludzi do Death Grips, a tak źle poszło mi z Siksą ehh

Nie ma chętnych? Obywatel RM melduje się po raz kolejny jako naczelny grabarz oraz elektroniczny dziaders tego forum. W hołdzie dla zmarłego niedawno Sakamoto wracam myślami do jesieni 2020 roku. Wbrew pozorom ciekawy czas. Krótkotrwałe otwarcie się świata na nowo. Małe wspomnienie tego, co było codziennością rok wcześniej. Dojazdy na uczelnię. Spotkania ze znajomymi w Wałbrzychu, ale nie tylko. Eleganckie dyskusje przy napojach wyskokowych. Wznowieniowe próby do naszego ostatniego popisu w ramach amatorskiej grupy. Martini na świeżym powietrzu w okolicach Książa. Żadnego gorącego romansu w tle, raczej cieszyłem się gęstym kalendarzem wydarzeń mniej intensywnych pod względem uczuciowym i fizycznym. Podstawowym soundtrackiem w podróży do różnych miejsc była muzyka Yellow Magic Orchestra.

To nie był pierwszy poważniejszy kontakt z nimi. Zainspirowany innymi dziadami udzielającymi się w sieci lub po prostu pełny ciekawości godną licealisty z nerwem artystowskim w sobie sprawdziłem ich najbardziej (tak myślę) rozpoznawalny krążek, czyli Solid State Survivor. RYM podpowiada początek 2018 roku i jestem w stanie przywołać konkretne miejsce, w którym np. raz słuchałem tych nagrań w tamtym czasie. Niby dla wielu to taka japońska odpowiedź na Kraftwerk, ale jak to z nieuprawnionymi uproszczeniami bywa - pasują no tak średnio bym powiedział. Jest możliwość, że wizerunkowo i do pewnego stopnia muzycznie byli podobni, ale trudno byłoby pominąć działania Niemców, nie ulec wielkiemu wrażeniu, nie zainspirować się niektórymi rozwiązaniami. YMO na szczęście nie kończy się na Behind the Mask czy moich ulubionych Technopolis i Day Tripper. Kolejne płyty pokazują szersze horyzonty sympatycznego tercetu. Romans z synthpopem na zachodnią modłę, epizod bardziej mroczny, a w najtisach krótki powrót z wyraźnie techno materiałem (który się broni). Jest wiele kawałków, które chciałbym wrzucić, ale nie chcę też do końca oszukiwać reguł. Zastanawiałem się parę dni i doszedłem do wniosku, że to będzie najuczciwsze rozwiązanie. Podrzucam utwór, który jest odświeżoną wersją kompozycji samego Sakamoto. Jak ktoś się orientuje w jego dyskografii, to jest to oczywiste, ale w innym przypadku... to numer otwierający jego debiutancką solową płytę pod tym samym tytułem. Wyszła w 1978 roku i jest bardziej eklektyczna w porównaniu do muzyki YMO. Tutaj mamy samą elektronikę, u Sakamoto idą np. gitary, głos przepuszczony przez vocoder, a całość trwa prawie dziesięć minut. Tu brzmienie bardziej spójne, wypolerowane, ale panowie nie zgubili przebojowego (yhm!) potencjału. Zamierzam wrócić na dobre do ich muzyki, zarówno YMO jak i samego Sakamoto. Pierwszy kontakt z Ryuichi solo wydarzył się później niż Solid State Survivor i tak naprawdę przez długi czas tylko ten numer mi się podobał. Ładna klamra ostatecznie, bo kiedy odświeżona wersja w ramach odsłuchu BGM zaskoczyła, to on na dobre wypędziła z głowy pierwowzór.

W tym roku straciliśmy również Yukihiro Takahashiego, ze składu YMO został z nami już tylko Haruomi Hosono. Nie wykluczam, że wrócę do tego tematu jeszcze w ramach bestek, ale troochę musi minąć. Słuchać, doceniać, szukać dalej. Basta!

Yellow Magic Orchestra - 1000 Knives (1981)

https://www.youtube.com/watch?v=G2d37oy ... Aga25pdmVz

PS Mało który projekt zasłużył u mnie na dedykowaną playlistę na Spotify. Japończycy są w tym zaszczytnym gronie obok TD, Bowiego, Depeche Mode...
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 16 kwie 2023 00:25

Maria Mena - Leaving You

Maria Mena to norweska piosenkarka pop. Jej matka jest Norweżką, zaś ojciec Nikaraguańczykiem. Natrafiłem na nią przypadkiem parę lat temu. Słuchałem sobie utworu innej dobrze Wam już znanej Norweżki Susanne Sundfor "Mitt Lille Land". I na bocznym pasku wyświetliło mi ten sam utwór w wykonaniu nieznanej mi wtedy Meny. Wersja Meny była zupełnie inna od wersji Sundfor, ale również bardzo mi się spodobała. Poczytałem więc o niej na wikipedii i posłuchałem paru innych utworów. Spodobało mi się na tyle, że ściągnąłem jej wszystkie albumy. Jest na nich sporo dobrej muzyki. Maria specjalizuje się szczególnie w nastrojowych balladach. I właśnie takim utworem jest Leaving You. Piękna i bardzo ładnie zaaranżowana kompozycja. Piosenka jest fajnie zbudowana. Ma momenty zwolnienia i wyciszenia, co bardzo lubię. Pięknie pracuje perkusja, która to pojawia się, to znika. Do tego pianino, werble. Klawisze w tle kreują iście baśniowe krajobrazy. No i przede wszystkim Maria czaruje swoim fascynującym głosem. Piękny klimat.

https://www.youtube.com/watch?v=6hhOtJSBVWU
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 16 kwie 2023 01:53

Najbardziej mnie rozbawił Mentos, który napisał, że zespół jest przereklamowany, bo JEGO nie bierze i to bez rozbudowanego wyjaśnienia
Uczyłem się od najlepszych, tj. Czesława Michniewicza w Hejt Parku. Po prostu nie jestem w stanie zrozumieć skali tego fenomenu, lubię dobry pop i potrafię go jeść nawet nie łyżeczkami, a wiadrami, uwielbiam Pet Shop Boys, lubię nawet forsowaną przez Ciebie Sandrę, kuźwa no przecież ja jestem fanbojem Papa Dance. Zgodnie z logiką, na tej podstawie ABBIE powinienem wystawiać pomniki wręcz, tymczasem jest zupełnie odwrotnie. Ktoś mi lata temu polecał ich bestkę argumentując to tym, że akurat w tym przypadku to nie jest jakaś straszna ignorancja, bo faktycznie zawiera się na niej to co najlepsze w tym zespole, i szczerze mówiąc - było to jedno z moich większych muzycznych rozczarowań.
Niemniej, to było parę dobrych lat temu i moooże po latach moja opinia się diametralnie zmienić - tego nie wykluczam, skoro udało mi się polubić Radiohead tak na serio z 1,5 roku temu. Wtedy pewnie wrócę do tego posta i będę się z tego śmiał. Na razie, w ramach kompromisu, możemy po porstu założyć, że mam przyjebany gust muzyczny.

To by w sumie wyjaśniało, dlaczego okazało się, że moje obawy przed skrajnie negatywnym odbiorem NMH były płonne. Jak już pisałem, ten album dość mocno polaryzował niektóre społeczności, w których przebywałem na początku poprzedniej dekady - gdzie nie trafiałem, zawsze znajdowały się jakieś indywiduua, które forsowały go jako jedno z najwybitniejszych dzieł w historii muzyki, w sposób jaki robią to zawsze psychofani, czyli może nazbyt nachalny, ale za to mocno intensywny. Takie rzeczy prawie zawsze wywołują kontrreakcję, więc nie dziwcie się jeśli po przeczytaniu 29294 skrajnych opinii na temat tej płyty czuję lekki dysonans, gdy widzę ludzi, którzy po prostu uznali tytułowy kawałek z tego albumu za po prostu normalny. xD Nah, niby człowiek chciałby uniknąć oceniania przez pryzmat fanbase'u, kontekstu, opinii, ale nigdy nie da się od tego w stu procentach uciec i przeczytanie opinii osób, którym w większości ta nazwa niewiele mówi była dość ciekawym doświadczeniem.

Lecimy dalej.

Tears for Fears - Shout

No tym razem czas na wrzutę, gdzie raczej nie liczę na jakiekolwiek negatywne opinie dotyczące kawałka. Bardziej na teksty o postowaniu Radia Złote Przeboje, ale nic na to nie poradzę. Nic nie poradzę na to, że są takie zespoły, w których przypadku faktycznie ichniejszy Enjoy jest dla mnie rzeczą najlepszą i tyle. No to jest właśnie ten przypadek, bo ja nic nie poradzę na to, że tę płytę z poprzedniego roku obadałem tylko z racji mojego udziału w bestce albumowej i co prawda nie żałuję tego w żadnym stopniu, ale to też nie jest płyta, bez której moje życie okazałoby się być uboższe. Dla mnie najlepsze Tears for Fears to to z pierwszych dwóch płyt, maksymalnie ejtisowe i to które wszyscy mylili z Depeche Mode do tego stopnia, że nawet Orazabala mówiła do niego per Dave.
O samym zespole nie będę pisać za wiele, bo w sumie kolega MUNLUP w Hejtpa eee tj. bestce albumowej wszystko pięknie wyjaśnił, zresztą sami znacie ich biografię przynajmniej równie dobrze co ja, a nawet i lepiej - ja np. nie wiedziałem, że oni byli względnie aktywni przez dwie ostatnie dekady, ale też prawdę powiedziawszy nie była to rzecz, która by mnie jakoś mocno intrygowała. Moja osobista przygoda z tym zespołem zaczęła się w czasach prehistorycznych - RYM sugeruje, że Piosenki z wielkiego krzesła oceniłem pierwszy raz jakoś w 2011, a skoro tak tam stoi, że to zakładam, że jest coś na rzeczy. Pamiętam, że Shout i kawałek o tym, że każdy chce rządzić światem przewijały się przez moje playlisty praktycznie odkąd słucham muzyki na ciut bardziej poważnie - jakoś tak się to zlało w mojej pamięci, że po prostu mam wrażenie, że znam ich od zawsze. Kiedyś się natknąłem na taki termin COMFORT SHOW, który z grubsza oznacza serial/film, do którego wraca się co jakiś czas w jakichś przejebanych momentach celem zachowania względnej równowagi psychicznej, no i czymś takim w muzyce jest dla mnie ten zespół, bo też sobie wracam do niego raz na jakiś czas i jeszcze na żadnym z powrotów do tego bandu się nie zawiodłem. Nawet wręcz przeciwnie - pluję sobie wtedy w brodę, zadając retoryczne pytania nt. tego dlaczego ja nie wracam do nich częściej, katuję przez jakiś okres, po czym wracam ponownie do nich za jakiś czas i proces się powtarza.
Dlaczego Shout? Hmmm, czy odpowiedź że to po prostu mój ulubiony kawałek tego zespołu będzie was satysfakcjonować? Jeśli nie to spoko. To jest niezwykły przypadek na temat tego, jak nielogiczne i absurdalne jest słuchanie muzyki, bo lubię bardzo tę piosenkę od dobrych kilkunastu lat, od zawsze jest u mnie na mega propsie, a dopiero w grudniu poprzedniego roku zaskoczyła u mnie tak, że katowałem ją na okrągło, wręcz nałogowo, tak jakby coś mi w końcu po tych latach kliknęło w głowie.
W sumie to rzadko robię tu wycieczki personalne do tak nieodległej przeszłości, ale to był taki okres, w którym lizałem rany po paru niepowodzeniach życiowych z okresu lata/jesieni 2022 - w sumie to wydarzyło się wtedy chyba wszystko, co mogło nie tak, bo straciłem pracę, musiałem się natychmiastowo przeprowadzić, a w międzyczasie w tle przewijała się relacja towarzyska, co do której miałem oczekiwania i powiedzmy, że wydarzyło się w Łodzi coś, co sprawiło, że trochę ta relacja się popsuła. Grudzień to już był ten czas, gdy zaczynałem nową pracę, w tle był mundial, który pozwalał mi zapomnieć o większości tego syfu i jakoś to zaczęło powoli się wyprostowywać. W jakieś nudne popołudnie ktoś mi podesłał linka do kanału z archiwalnymi programami telewizyjnymi, jednym z klipów tam był fragment odcinka 5-10-15 z 1991, gdzie z jakichś przyczyn (chyba jakiś kącik nauki angielskiego czy coś) wyemitowano teledysk do tej piosenki z polskimi napisami. Puściłem sobie to z ciekawości, potem drugi, potem sobie przypomniałem, że mam lepsze opcje odsłuchu tej piosenki niż jakiś biedavhsrip i poszło już z góry - od tamtej pory praktycznie codziennie zaczynałem wyjście do pracy od odsłuchu tego kawałka.
No i taka to historia, może mało ciekawa, ale za to nudna. Bierzcie i słuchajcie tego kawałka po prostu.

https://www.youtube.com/watch?v=hMSnIFbglNY
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 16 kwie 2023 05:40

Alleluja, są mentos i wuja...

Kolejka 13. (63.):

https://youtube.com/playlist?list=PL9wm ... TowX0m1hWY
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 16 kwie 2023 21:42

Queen - I'm Going Slightly Mad

Nie kojarzyłem po tytule, pierwsze akordy klawiszy coś mi mówiły jakby ale dopiero zerknięcie na klip o którym wspomniał Melki pomogło w odświeżeniu pamięci, trochę problem w tym że akurat w kwestii wideoklipów to najbardziej znienawidzony przeze mnie klip Queen (widok Freediego z kiścią bananów na głowie to coś co chciałbym odzobaczyć i podejrzewam coś czego niewiele osób pewnie chciało widzieć w ostatnich chwilach tego artysty). Utwór w odosobnieniu od tego obrazka wchodzi dużo lepiej, choć poza główną synthową zagrywką pierwsze skrzypce gra dla mnie po prostu Freddie ze swoim wokalem i całą teatralnością w nim. Numer ma nastrój nieco paranoiczny, nieco spooky, zastanawiam się czy tytułowe szaleństwo nie jest po prostu metaforą odchodzenia z tego świata w chorobie. Trochę jak z Super Trouper u mnie, wróciłem do numeru który omijałem, okazało się że nie był taki straszny w gruncie rzeczy ale miłością nie zapałałem.

Fink - Truth Begins

Słysząc ten numer poczułem się znów jak gdy jesienią siedziałem na zajęciach u Profesora Munlupa na WSSiM (Wyższa Szkoła Songwritingu i Melancholii). Z miejsca przypomniały mi się prace domowe w postaci The Smile czy Thymme Jonesa, lubiłem tamte zajęcia bardzo. A teraz co, jest wiosna ale niczego to nie zmienia bo dobra melancholijna muzyka wchodzi nawet o tej porze roku (pamiętamy Vangelisa!). Utwór dobrze napisany, skomponowany i wykonany, fajne brzmienie gitary i fajny reverb na perkusji, Profesor Munlup w formie. W pierwszym odruchu siegałem też po Nicka Drake'a do zestawu, ogólnie zachwyt był z miejsca, broniłem się przed tym uczuciem hehe.

Touch and Go - Would You?

Captain Obvious serowych hitów powraca. No ok, może nie do końca bo zwykle rzuca większym obskjurem a to to jest taki numer co to było pewne że w końcu tu wyląduje, choćby jako rekomendacja z mojej strony za 5 lat tej zabawy. Kiedyś nie zwracałem na niego uwagi, pewnego razu wróciłem przypominając sobie takie one hit wondery. Serowość jak dla mnie jeszcze jest tu nawet umiarkowana, numer w moim uchu leży gdzieś między US3 a Lou Begą z jego Mambo no 5. Druga połowa lat 90, przyjemny hit z epoki Cool Britannia, czasem można posłuchać i w sumie tyle.

YMO - 1000 Knives

Spodobało mi się to brzmienie z miejsca w sumie, czuć ten futuryzm wczesnego synthpopu w tym, słuchając tego widzę przed oczyma miłe dla oka lata 80., przeszklone biurowce, eleganckie sportowe wozy, wszystko co tylko pachnące ówczesną NOWOCZESNOŚCIĄ. Sam utwór jednak uważam za dość średni, zmierza do nikąd, od pewnego momentu przynudza, mogłoby to mieć 3 minuty i nic bym nie stracił mam wrażenie. Zaintrygowany brzmieniem sięgnąłem po album, rzuciłem uchem, najlepiej siadło mi Ballet, trochę bardziej bujający numer ale ostatecznie nic nie pokochałem jakoś szczególnie. Interesujące, nie znałem ich poza nazwą, może trzeba będzie wrócić do ich twórczości jeszcze.

Maria Mena - Leaving You

Początek zapowiadał się ciekawie dopóki Pani nie zaczęła śpiewać :p pierwsze co ugryzło mnie w ucho to jej sztucznie wyrazisty angielski, wraz z tymi szybko śpiewanymi wersami rozbawiło mnie to jakby, z miejsca miałem wrażenie jakbym słuchał jakiejś parodii cheesy ballady. Bo ten numer jest taki serowy, tani, dosłowność w tekście też bije mnie po uszach, to jest kurde złe jak dla mnie. Wujas na pewno inaczej do tego podchodzi bo jak wiemy leje na teksty ale ja tego nie mogę słuchać po prostu. Podkład też dość generic, trochę amalgamat różnych wrzutek które już tu się pojawiały z różnych stron, niczym się nie wyróżnia zbytnio, te werble to za mało.

Tears For Fears - Shout

Jeju, serio, muszę? Pisanie o tym numerze to doświadczenie najbliższe opisywaniu dowolnego numeru DM w tej bestce. Koń jaki jest każdy widzi że tak powiem, to jest taki klasyk, taki ENDŻOJ że aż szkoda gadać, hejtować też nie ma co wiadomo, tego się słucha i tym się jara bo to jest dobre po prostu. Słuchałem nie tak dawno bo nabyłem dopiero co Songs From The Big Chair, zresztą wzmiankowałem na FB na ten temat to wiecie. Szczerze to głośno westchnąłem w myślach jak ujrzałem tę wrzutę ale na szczęście mentos ma faktycznie jakiś osobisty background do niej, bałem się że zdecydował się rzucić po prostu HITEM ale rzucając czymś tego kalibru sprawił że pomyślałem że chyba serio skończyły mu się już wrzutki xd sorry mentos, w moim przypadku Twój opis dziś ciekawszy od tej mojej recki ale tu naprawdę nie mam nic więcej do dodania.


W kolejce bieżącej poza fajną melancholią od munlupa nie zaznałem nic więcej wartego wzmiankowania gdyż hity które tym razem wjeżdżały przeważnie znałem i lubiłem od dawna więc obcowanie z nimi nie wywoływało też żadnych emocji właściwie. Postaram się pamiętać jednak o furtce w postaci dyskografii YMO do obadania jak najdzie mnie ochota.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 17 kwie 2023 12:54

Fred Wesley & The Jobblows - Blow Your Head

Murzyn wrzuca funk, coś z jego, jak sam podkreślił, jednego z głównych kojców. Pojarałem się, pomyślałem, że będzie fajnie, ale nie jest tak kolorowo. W zasadzie ten kawałek to trochę pitolenie. Zaczyna się spoko, perkusja od razu daje po uszach materiałem na dobre samplowanie w hip/trip-hopie (no, ale w końcu James Brown xD). Z czasem niestety ten bit zginie gdzieś w tle, przez co ten funk kompletnie straci groove, a to jest niewybaczalne. Trąbeczki sobie są, pachną jakąś amerykańską paradą i laskami wywijającymi tymi kijkami (nie wiem jak to się fachowo nazywa). Syntezator przyjemnie sobie pierdzi przez cały kawałek, chociaż w pewnym momencie zaczyna po prostu wkurzać, bo nie dzieje się z nim nic ciekawego. Bas wygrywa bardzo fajny groove, ale jest potwornie zagrzebany w miksie, przykryty tym cholernym syntezatorkiem i trąbeczką (czy tam innym instrumentem). Murzyn pisał o tym jak nagle i z dupy kończy się „Easter Dinner”, to co ja mam powiedzieć o zakończeniu „Blow Your Head”? XD Tyle, że mnie to akurat nie przeszkadza, nawet fajnie wyszło. Nie wiem, dla mnie ten kawałek to jakiś outtake z przemarszu na 4 lipca, coś dla ludzi żeby sobie pomachali flagami w kierunku tych wielkich, ruchomych podestów z atrakcjami. Nie potrafię znaleźć tutaj tego, za co lubię ten nurt, nie buja mnie to. Niestety funkowy debiut Murzyna, wypadł blado :(

Queen - I'm Going Slightly Mad

Melki zapodaje coś, co mogę docenić zarówno „na sucho”, jak i sentymentalnie. Płytę „Innuendo” poznałem 32 lata temu, mając jakieś 5 lat. Rodzice, sympatycy Queen, kupili tę kasetę i leciała ona non stop podczas wakacji, które spędziliśmy w Dźwirzynie. Freddie jeszcze żył. Klip do „Slightly Mad” leciał często, zresztą teraz doczytałem, że to był singiel tylko w Europie. Mercury wyglądał na nim jak ciężko chory, bo heh, był ciężko chory, tylko mało kto zdawał sobie z tego sprawę. Bardzo lubię ten kawałek (teledysk również). Na tamtej płycie niby wracali do grania czegoś bardziej progresywnego, ale imo tak to ludzie leniwie nazywają. Moim zdaniem, to jest po prostu trochę mroczniejsze, bardziej pokręcone Queen, przepuszczone przez doświadczenia nabrane przez zespół w ciągu tych kilkunastu lat od grania rzeczy ala „Ogre Battle”. Mercury miał fajne poczucie humoru i to jest tego dobry przykład. Facet umierał, ale potrafił przy tym parsknąć śmiechem, przyironizować, puścić oko. „I’m Going Slightly Mad” to wypadkowa Queen z Live Aid i Queen, które z oczywistych względów, stało się zespołem stricte studyjnym, co dawało więcej luzu w komponowaniu utworów i tworzeniu aranżacji. Coś jak późniejsze Talk Talk i XTC, a co ciekawe, wszystkie te grupy tworzyły mniej więcej w tym samym czasie. W każdym razie, lubię ten kawałek i doceniam. Plus za basową figurkę Deacona na końcu, zawsze to lubiłem.

Touch and Go - Would You...?

Smutne są chwile, kiedy wiem, że utwór muszę zjechać i nic tego nie zmieni, bo go znam od lat i moja opinia jest ugruntowana. Nienawidzę tego kawałka. To jest poziom cringu, który mnie po prostu rzuca na kolana. EEE… MMMM… I FIND U VERY ATRAKTIW… EEE…. MMMM.. KURWAAAA. NOOOO…. EEEEEE…. WYREMONTUJECIE NASZ DOM? W tle jakieś intro do Kuby Wojewódzkiego na sterydach, pod kątem serowości, jak to ładnie Murzyński ujął, przypomina mi „Lilly Was Here”, ale o kilkaset klas niżej. Nie mam naprawdę nic więcej do napisania o tym, nawet nostalgia nie ratuje numeru u mnie. Jest to gówno, które atakuje mnie z różnych stron regularnie, bo chętnie korzystają z tego producenci reklam, programów tv, itd., tak jakby to było w podstawowym zestawie stockowych gówien do użycia w mediach. Uprzedzałem Musiała wcześniej, że tu nie będę miał litości nad tym kawałkiem, to jest oficjalnie najgorsza rzecz jaką do tej pory wrzucił w tej zabawie. Najsmutniejsze, jak zaznaczyłem na wstępie, jest to, że tutaj nie ma jakiejś nawet ewentualnej perspektywy na to, że moja opinia się z czasem zmieni, bo była pielęgnowana kolejnymi odsłuchami przez ćwierć wieku. No bonus.

Yellow Magic Orchestra - 1000 Knives

Dlaczego jest tak, że musi umrzeć jakiś wielki artysta, żeby Dragon wracał do wrzucania porządnej muzyki? Strach myśleć, co ta bestka może wywołać we wszechświecie. No, ale to już nie jest jakiś obskjur z muzbawki, to jest klasyka. To, co z syntezatorami robili YMO w czasach, w których takich rzeczy się nie robiło, to jest wątek na zupełnie osobny temat na forum. Nie będę używał oczywistego porównania z wydanym w tym samym roku „Speak & Spell”, bo chłopaki zaczynali i jednak celowali w coś bardziej tradycyjnego, ale samo „1000 Knives” brzmi jak coś nagranego przynajmniej 8 lat później, o ile nie rok temu xD Piękne są te typowo „japońskie” motywy, które oni wplatali do muzyki. Wychowałem się na filmach o Godzilli, i może to jest z dupy porównanie, ale te zabiegi to coś co jest mocno zakorzenione u japońskich twórców, i po prostu znam to z soundtracków Ifukube, Koroku, czy Sugiyamy, tylko w innej formie. „1000 Knives” jest doskonałym kawałkiem i kipi od kreatywności tych typów. Ok, ja na tym forum jestem znany z tego, że faworyzuję Japończyków, ale tutaj naprawdę nie idzie się do czegokolwiek doczepić. Piękna rzecz. RIP Ryuchi Sakamoto.

Maria Mena - Leaving You

Kurde, ciężki to jest orzech do zgryzienia, bo to jest kawałek, który się może przebić z czasem. Co działa na jego niekorzyść przy pierwszych odsłuchach, to niesamowita wręcz generyczność. I to wszystkiego. Wokalu, tekstu, muzyki, melodii, akordów, piosenki jakotakiej, produkcji. To brzmi jak wyplute przez „2010s young adult female pop generator”. To by mogła zaśpiewać Sia, czy ktoś podobny, gdyby jej taki numer podłożyć. Najgorsze, że pod tym zapewne czai się szczery kawałek, napisany gdzieś w domu przez tę dziewczynę. Poczytałem trochę, Mena pochodzi z muzykalnej rodziny, stary był muzykiem, tak więc widać, że to nie jest jakaś laska z łapanki. No, ale tak to brzmi niestety. Z drugiej strony, kawałek jest spoko. Jak już się wyjdzie poza to męczące pierwsze wrażenie i oleje to, że bardziej wtórnego kawałka Wuja w tej zabawie do tej pory nie wrzucił, to idzie tego słuchać z przyjemnością i nawet jakimś małym uznaniem. To jest niestety czasami ciężka walka, żeby doszukać się czegoś prawdziwego i szczerego pod skorupą hurtowej aranżacji, ale czasami się da. To jest zdecydowanie coś, co będzie potrzebowało czasu i być może przy podsumowaniu tej 25-tki będę mógł się jakoś cieplej wypowiedzieć.

Tears for Fears - Shout

SHOUT SHOUT REDI OR NAT. To tak nie leci, ale jak byłem mały, to tak to słyszałem. Nie będzie żarcików o enjoyowym charakterze muzyki i wrzucającego, nie tym razem. Tak się śmiesznie składa, że zarówno wrzutką albumową, jak i utworową (że już zaspoileruję) w kwestii Tears for Fears, omijam pewien zabawny moment w moim życiu, w którym to załapałem największą fazę na ten zespół. Wspominałem w opisie „The Tipping Point” o motywie z szefową, nie będę tego powtarzał, ale wiązało się to z innym enjoyem tego zespołu „Everybody Wants To Rule the World”. Tak się składa, że oprócz tego, „Shout” też był w ciągłej rotacji i mi zupełnie nie przeszkadzało to, że to taki obdarciuch, bo w takich okolicznościach natury go nie doświadczałem. Piszę „szefowa” jakby to było jakieś MILF action, ale laska była raptem 2-3 lata starsza (czyli wtedy miała jakieś 25 lat, prawie dziecko). No, nie powiem, to były fajne wakacje, które spędziłem w dużej mierze pracując w tamtym dziale promocji, ale było zajebiście, pomijając nawet ten śmieszny flirt, który zresztą został szybko ucięty, ale o tym będę pisał w jednej z wakacyjnych wrzutek (i to, o dziwo, nie TFF). O ile podryw się skończył, to faza na Tears for Fears nie. Nadrobiłem wtedy wszystko, co było do nadrobienia i tutaj muszę jeszcze nawiązać do kwestii słuchania hitów. O ile TFF mają naprawdę grube wory doskonałych utworów niehitowych, nawet biorąc pod uwagę takie, bardzo szanowany wśród fanów rzeczy jak „Memories Fade”, czy kawałki z czasów kiedy zespół hitów praktycznie nie miał (dwa albumy Orzabala), to wśród samych przebojów, trudno znaleźć coś, co by w jakikolwiek sposób odrzucało artystycznie. Można wymieniać długo: Pale Shelter, Advice For the Young at Heart, Head Over Heels, Sowing the Seeds of Love, Woman in Chains, czy wspomniana wcześniej najbardziej znana dwójka, naprawdę długo można jechać z tym zespołem na samym Greatest Hits. Oczywiście nie mogę się zgodzić, że należy zamykać się tylko w latach 80, no ale rozmowa jest z Mentosem, który po sylwestrze 89 roku, słuchał już tylko zespołów kolegów i tego co akurat było popularne na offie. Dobra, pora napisać coś o „Shout”. Po latach i porządnym osłuchaniu, nie słyszę już żadnych podobieństw do Depeche Mode. Wiem z czego takowe skojarzenia wynikają, nie wyśmiewam tego, ale jak się poświęci odpowiednią ilość czasu jednemu i drugiemu zespołowi, to słychać wyraźnie, że mają one bardzo mało ze sobą wspólnego. W „Shout” się można naprawdę zagrzebać na całego i długo nie czuć potrzeby słuchania czegokolwiek innego (nie tylko TFF). Pamiętam jak Steven Wilson opowiadał o pracy nad 5.1 i nowym miksem stereo „Big Chair”, za które odpowiadał, i wspominał o tym ile czasu dochodził do tego, w którym kanale zaczynają się dzwoneczki, bo różne wydania, robiły to inaczej. To jest ten poziom zaangażowania w ten utwór, jaki ja sam miałem wtedy w 2008 r. Utwór idealny, przebój idealny? Dwa razy tak. Była jeszcze fajna live wersja z taką typowo 80/90s rapowaną wstawką (zalatującą Milli Vanilli), której wtedy słuchałem. Może się łudzę, ale zgodzę się z Mentosem, że tutaj nie mają prawa pojawić się jakieś negatywne recenzje.

Dziwna kolejka. Sporo rzeczy, które znałem już wcześniej. Na przodzie zdecydowanie Mentos, Dragon i Melki, z naciskiem na "Shout", gdzieś w czyśćcu siedzą Murzyn z niebujającym funkiem i Wuja z generycznym damskim popem, a na szarym końcu, tam gdzie nikt nie powinien zaglądać, Musiał z Tacz n goł. I pomyśleć, że namawiałem gościa żeby został w bestce, a on dowalił tym xDDDD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 19 kwie 2023 13:26

Blow Your Head

Kurde, skomplikowana sprawa. Albowiem na samym początku, tj. przy pierwszym odsłuchu byłem niemal zachwycony. Z kolejnymi mój entuzjazm malał, nie spadł może jakoś nisko, ale generalnie podpisuję się pod Hienowskim - tam jest sporo fajnych rzeczy, które giną za bardzo. Bit przede wszystkim. Na plus zdecydowanie sekcja dmuchana, trąbki brzmią fantastycznie, taka odtrutka na Would You xD Pomimo tego, że kawałek to prawie 5 minut tego samego w gruncie rzeczy, to nie męczy i nie nudzi, ale jednak... pozostawia niedosyt. Brakuje mi tam czegoś. I ten pierdzący klawisz na początku trochę denerwuje, ale poza tym jest spoko. Nie na tyle, by znaleźć się na podium (choć na początku było blisko; w ogóle to ciekawe jest, że z reguł jest odwrotnie - numer wzrasta w uszach, a nie bardziej wnerwia xD), ale nie będę skreślał. Funkowo miało być i było, może posłucham czegoś jeszcze? Się zobaczy, na razie jeszcze raz zapuszczę to xD

I'm Going Slightly Mad

Melczet trochę przypadkiem wyciągnął mi trupa NN z szafy, albowiem ja zapomniałem, że znam ten numer, ale też właściwie w ogóle zapomniałem o tym numerze xD Wystarczyły pierwsze dźwięki klawisza, żeby mi wszystko przypomnieć, i po raz kolejny wylądowałem myślami w latach 90. lol. Zrobiło się nostalgicznie aż, albowiem pamiętam ten numer właśnie z tamtych czasów (u mnie w domu też się słuchało Queenów, choć nie tak intensywnie jak u Kuby podejrzewam). I bardzo go lubiłem za dzieciaka, aczkolwiek mam wrażenie, że nieco inaczej go zapamiętałem xD W sensie wydawało mi się, że tam w środku działo się trooochę więcej muzycznie i wokalnie ze strony Merkurego, no ale już (nota bene, w tamtych samych czasach mieszały mi się w głowie w jeden numer Voulez-vous i Gimme Gimme Gimme Abby, więc możliwe, że umysł robi sobie ze mnie jaja). Bardzo fajna piosenka, dobra wrzutka, podoba mi się i propsuję, przyjemnie było wrócić po takim czasie. Szczególnie wyróżniam tekst, który tak naprawdę dopiero teraz porządnie ogarnąłem.

Truth Begins

Kurek dalej się na mnie mści, już sam nie wiem, za co dokładnie. Ewidentnie jednak ma powody (tak, jakbym mu ich nie dostarczał wiadrami przez te 14 lat naszej znajomości), a ja mogę tylko siedzieć na dupie i cierpieć. Przede wszystkim - piosenka jest to genialna, wybitna, fenomenalna. Jaram się nią niemożebnie, wszystko jest na swoim miejscu (a jest jeszcze więcej), outro w ogóle mnie chwyta za serce. Niestety, to znów wyciskacz łez dla mnie xD Popadam w srogą melancholię, robi się smutno i przygnębiająco, jeszcze na zewnątrz niby wiosna, ale zimno, co chwila deszcz, wieje, zero słońca. Fin de siecle w kwietniu, kto by pomyślał. O Finku coś tam wiedziałem, bo i Hien i jego była bardzo lubili i często mi suflowali. W końcu utknąłem z płytą Resurgam podczas wymiany mojej i Hiena już parę ładnych lat temu. Podchodziłem do niej trochę, musiała się przegryźć, ale pykło, mam tam kilka numerów, do których lubię wracać. Tu dla odmiany numer zachęca mnie do poznania reszty albumu, choć może to być bardzo bolesne przeżycie xD Niestety, jakoś tak się składa, że najlepsze rzeczy w tych bestkach pod mój nastrój są serwowane głównie przez Hiena, i wszystkie wciskają mnie w ten nastrój jeszcze bardziej. Słuchałem pierwszy raz tej kolejki w niedzielę, kiedy wiozłem A2 większość swojego stuffu z Warszawy do Zgierza, aura podobna jak teraz, tak więc klimat zrobił się trochę sam, i zrobiło się oczywiście smutno. Nic poradzić, tylko słuchać i płakać. Złoto.

1000 Knives

Śmieszna sprawa trochę, albowiem nazwę Yellow Magic Orchestra to usłyszałem po raz pierwszy w jakimś 2005, na forum80s.pl, i oczywiście miałem to w dupie xD Chociaż wątek im poświęcony był duży. Chyba mój tępy łeb wmówił sobie, że grają głównie... disco (???; nota bene, podobnie miałem z Falco, którego ktoś zestawił wtedy z Fancy i odebrało mi to chęć na poznawanie gościa xD Nadrobiłem to 13 lat później). Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, ale już wiecie dobrze, że najnormalniej to tam nie jest. Wracając do wrzutki... jest dobra. Naprawdę. Co do postaci Sakamoto, to wiedziałem głównie tyle, że jest i czym się zajmuje (zajmował raczej). Wiedziałem, że jest ważną postacią w muzyce tak w ogóle, że robił z Wilsonem, że robił z Sylvianem, podobno Foxx bardzo chciał z nim współpracować, ale nie pykło (współpracował za to z Jansenem). Nie słuchałem jednocześnie niczego, co zrobił solo, podobnie YMO, w ogóle mało słuchałem, i teraz mi wstyd. Cieszę się, że jest bestka, i że Dragon zaatakował czymś, co leży wyłącznie na granicy Robert-core, bo dzięki temu mogę nadrobić nieco zaległości. Cieszę się podwójnie, albowiem 1000 Knives wpada w mój gust. Jest ejtisowo, ale też minimalistycznie (przypomina mi się trochę Linear Movement), motoryczny bit z plumkającym, zniżonym basem w tle robią robotę doskonale. Przebijające się tu i ówdzie motywy orientalne też mnie kupują. Kurde, to dobra muzyka jest. Czemu ja tak mało o niej wiem xD Moją ignorancję dodatkowo niech podkreśla fakt, że jak Sylvian (a raczej jego profil FB) wrzucił na początku tylko jakieś mało wyraźne zdjęcie i lata życia, to w pierwszej chwili pomyślałem, że nie żyje właśnie Sylvian (on nie ma przypadkiem białaczki?), także, no, walić w łeb i patrzeć, czy równo puchnie. Chyba muszę się zaprzyjaźnić z jakąś bestką.

Leaving You

Wuja pewnie założył, że zjadę Eilish i postanowił zadać cios wyprzedzający (albo po prostu dogadał się z Hienem). Znów numer, który chce mi wydłubać oczy, albo nie wiem, za bardzo pozwalam, żeby muzyka kształtowała moje emocje (bo wcale nie robi tego zewnętrze lol). Może powinienem zacząć słuchać Smerfnych Hitów, nie wiem, NIE WIEM. Dobre to jest, znowu. Podoba mi się. Nie było tak od razu, coś mi trochę nie pasowało w sposobie akcentowania i śpiewie samym w sobie, ale ostatecznie uczucia te minęły. Przegryzłem się też z głosem Marii. Oszczędna aranżacja bardzo do mnie przemawia, pady budują świetny nastrój, do tego wykręcany co jakiś czas pogłos na wokalu... Znowu, szkoda, że jak naprawdę dobry i "duszoszczipatielnyj" numer, to musi być kurde przygnębiający as fuck xD Hien pisze, że jest nieco wtórnie, ale też ja swojego czasu dużo słuchałem właśnie takich rzeczy i dla mnie nie jest to jakaś wielka wada. Może też jednak za mało słuchałem takich rzeczy w wykonaniu akurat lekko płaczących pań. Dla mnie jest okejka, choć muszę wysmarkać nos (chlip, chlip). Żeby Wuja tylko takie rzeczy wrzucał, to już będzie super.

SHOUT

Ja to nie wiem, czy jest cokolwiek, co mogę o tym numerze napisać. To jest monument, a nie piosenka. I to taki, co z biegiem lat ani się nie kruszy, ani nie blednie, ani nic generalnie. Powiedzieć, że trzyma poziom, to nie powiedzieć wiele. Uwielbiam, kocham, szaleję. Oczywiście pierwszy raz usłyszałem jakoś w latach 90., potem na pewno widziałem wideo na MTV Classic, potem - pewnie w 2005 roku - ściągnąłem. Pamiętam zresztą taką sytuację, że na BearShare (kto pamięta tego klienta) niemal WSZYSTKIE wersje extended tej piosenki były oznaczone dodatkowo jako DEPECHE MODE. Dlaczego? Nie mam bladego pojęcia. TFF generalnie ubóstwiam, nie nagrali dla mnie złej płyty (nawet zjechane przez krytykę Raoul and the Kings of Spain było bardzo spoko), za to single mieli bardziej niż fenomenalne. Shout jest zgrane, zajechane, wymęczone, a jednocześnie ani się nie zgrywa, ani nie zajeżdża, ani nie męczy. Chce się nagle biegać po górach i drzeć (hehe) mordę. Orzabal wspina się dla mnie tutaj na wyżyny swoich możliwości (powtózył to imho jeszcze przy Head Over Heels), a solo, które serwuje na koniec do dziś pozostaje jedną z moich ulubionych gitarowych solówek ever. Taki dowód na to, że ejtisy nie muszą być cheesy, kiedy jednocześnie są ejtisami nie tylko przez dekadę ukazania się danej piosenki czy płyty. Także, no, C'MOOON, I'M TALKING TO YOUUU MENTOS, trochę handicap, ale jednak platyna i absolutny zwycięzca kolejki, nie da się inaczej, po prostu nie i hui.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 19 kwie 2023 13:50

devotional pisze:
19 kwie 2023 13:26
Żeby Wuja tylko takie rzeczy wrzucał, to już będzie super.
Masz to jak w banku, że będzie więcej. :D
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 20 kwie 2023 01:43

Touch and Go Would You...?

Numer, który poznasz po pierwszych taktach, a nazwa zespołu odpowiedzialnego zań i jego oficjalny tytuł mówią tyle, co nic. Zgadzam się z tow. Musiałem, że całości nie służy zarżnięcie przez radia. Wydaje mi się jednak, że w ostatnich latach pojawia się znacznie rzadziej, a może nawet w ogóle przestali go puszczać. Czy ja wiem, czy ten motyw jest tak bardzo serowy? Podstawowy problem tkwi w ewentualnym za częstym kontakcie, bo wbrew pozorom nie zasługuje na specjalne traktowanie oraz szczególnie intensywną krytykę. Ot co, gdyby się ułożyło inaczej... Poza tym można by pomyśleć, że to kolejna perełka odgrzebana przez PT Adriana, który któregoś dnia słuchał sobie którejś tam z rzędu kompilacji jazzu do oglądania pralek w sklepie lub picia kawy w galerii handlowej i nagle OŚWIECENIE. Prędzej George Clooney w reklamie Nespresso niż Kaczor Donald. Do klipów promujących produkty, spotów ogłaszających wiosenną ramówkę stacji X jak znalazł. Ciekawe, że chyba żadna stacja w PL nie połakomiła się na taki kąsek... Seksu w powietrzu nie ma (tym bardziej w wielkim mieście), jest za to po prostu atmosfera potencjalnie dobrze rozwijającego się wieczoru. Niekoniecznie zobowiązującego, z nutką dystansu. Bardzo delikatnie wyciągam kciuk do góry.

Fred Weasley & The Jonas Brothers - Topic Blow Your Head

Kurczę, rozumiem 1974 rok, ale ten syntezator brzmi jak gówno, sorry. Po prostu przeszkadza reszcie. Trudno na czymś takim improwizować w sposób, który nie sieje spustoszenia w całej kompozycji. Być może to jest kanon, być może to dla pasjonatów rzeczą wielką jest... mi podchodzą jedynie te fragmenty, w których powtarza się ten groove, który wjeżdża na dzień dobry. W międzyczasie robi się bardziej technicznie, a solówki nie są zbytnio porywające, ale gdy wygrzebie się tonę surówki, to właściwe funky mięsko jest na miejscu i robi robotę. Nie dostaje za dużo czasu, jest zduszone przez resztę. Numer kończy się tak, jakby był żywcem wyrwany z dłuższej kompozycji. Czy tak jest czy nie - elektroniczna klamra zabija klimat. Nie jest też przez nią specjalnie bardziej kwaśnie, psychodelicznie, ciepło. Umarły wraca do żywych tylko momentami, a potem znów melduje się na kwadracie w Hadesie.

Depeche Mode Shout

Seba dostarcza opowieść starotelewizyjną z nutką introspekcji, a do tego soundtrack dojeżdża. Mówiąc szczerze, trochę nie kumam, jak można było przypisywać ten kawałek Depeche Mode. Usprawiedliwiam tych, którzy ewentualnie po prostu mało słyszeli albo raz w życiu dawniej natknęli się na depeszowe Shout i przez lata po prostu nie było możliwości weryfikacji. Reszta leci do zsypu. Śmiesznie, jeśli kiedykolwiek się tutaj do tego przyznałem, ale raczej nie, bo od samego początku coś mi tutaj nie pasowało. Zresztą... kojarzyłem daty, stylistyki obu zespołów, trudno długo racjonalizować takiego fikoła xD Miło, że Seba wybrał po bożemu wersję albumową. Pamiętam z głębokiego dzieciństwa pobyt u wujków mieszkających na Kaszubach. Wracając z Trójmiasta z obiadu na mieście, najbardziej interesowało mnie to, co leci z odtwarzacza w samochodzie. Do tej pory musiałem kojarzyć Shout tego poprzez jakąś singlową edycję, bo ten "dłuższy remiks" (tak wtedy myślałem) zrobił na mnie bardzo duże wrażenie. Poza kanonicznym refrenem działały (robią to do dziś) te dodatkowe błyskotki na perkusji, do bólu ejtisowe, ale satysfakcjonujące klawisze. Podobnie było z albumowym Personal Jesus, bo do tamtej pory byłem osłuchany z tym, co wykorzystano w GTA San Andreas i też przez pewien czas zastanawiałem się, gdzież to się znajduje wersja z tym obłędnym elektronicznym outro... oj było to dawno, naprawdę! Lata minęły, Songs From The Big Chair znam do dzisiaj dość dokładnie, niektóre kawałki stawiam wyżej niż Shout, ale i ten ma u mnie status nieśmiertelnego klasyka. Nostalgia prosto w serduszko.

Queen I'm Going Slightly Mad

Późne Queen moim zespołu wcieleniem ulubionym jest. Pod względem teatralizacji znacznie subtelniej albo akcenty po prostu są rozłożone inaczej. Kontrowersyjna opinia, ale ten oszczędniejszy, mniej ozdobnikowy wokal Freddiego lubię najbardziej. Nie lubię słuchać rzeczy z Innuendo czy The Miracle, nakładając sobie na to kontekst choroby i czającej się w tle śmierci. Ostatecznie przecież tego tutaj nie słychać. Teledysk uzupełnia tekst, w który wreszcie zajrzałem dokładniej, tutaj zasługa opisu Melkiego. Bardzo sprawnie to wszystko wychodziło w czarnobiałej estetyce. Opowieść o lekkiej odklejce, którą jeszcze bohater ogarnia, ale nie w tamtym stopniu, by móc ją przezwyciężyć. Zaczyna się od tak oklepanego brzmienia klawiszy... nigdy nie brałem tego do końca na poważnie. Jak już odbierać to w kategoriach patosu, powagi, napięcia i nadęcia to właśnie jako coś bardzo konwencjonalnego, teatralnego, wymyślonego dla określonego efektu i wywołania konkretnych reakcji. Gra zdemaskowana. Poza tym to bardzo ładne melodie, gitary zawsze traktowałem w tym kawałku jako mniejsze lub większe tło. Zmyślne są te małpie wokalizy w jednym z mostków, na takich hakach stoi całość. Podoba mi się niezmiennie od lat, choć wolę takie These Are The Days Of Our Lives. Lubię tego Freddiego w peruce z bananami, z klasą.

Maria Magdalena Leaving You

Cóż byśmy uczynili, gdyby nie Nikaragua? Szanuję tę intensywność, z jaką shodan zabiera się za twórczość dopiero co poznanych artystów. Mnie te Sundfor skojarzenia i źródła w ogóle nie dziwią. Przyjemna, lekko mroźna balladka z niezbyt ofensywnym biciorem. Może trochę jednym uchem wpada, a drugim wypada, ale co tam. Wokal przyjemny, ciekawie mogłaby wypaść w czymś bardziej zbliżonym do r&b. Przez pewien czas jeszcze pamiętam ten refren, ale nie sądzę, bym dał jej szansę na dystansie jakiejś całej płyty. Na plus, choć bez serduszka, w takiej estetyce shodan już lepiej trafiał.

Fink Truth Begins

No to niezłe otwarcie wiosny. W dniu, w którym zamykam kolejkę, dookoła były jakieś cztery stopnie, słońce znowu przez większość dnia wolało się taktycznie schować, przez co zapachniało znowu doomerstwem. Podobnie było, gdy słuchałem niektórych propozycji pierwszy raz. Mam nadzieję, patrząc na prognozy IMIGW, że to ostatni taki dzień na długo. Od początku wcurwiała mnie tylko jedna rzecz - nie wiem o co chodzi z tymi wybijającymi się dodatkowymi biciami, niby drobiazg, ale lekko rozbija subtelnie budowany klimat. Poza tym nie mam żadnych zastrzeżeń, Hien wjeżdża w bestkę kolejną gęstą balladą, w której jest sporo flegmatycznego wokalu, uchwycony znowu specyficzny moment zawieszenia, pożegnanie z minionym, niepewne nowe początki. Ach, naprawdę, gdyby nie te bicia, to byłbym zachwycony, ale może przy częstszym kontakcie osłucham się na tyle, że przestanę na to zwracać uwagę (spoiler: za którymś razem już przestaje robić różnicę). Przyjemnie nienachalna gitara. Całość przyjemnie się rozwija. Znowu pojawia się refren, który po prostu wżera się pod czaszkę. Nie ma lamentu na pokaz, kto ma poczuć, ten czuje od razu. I tak jest dobrze.

Dobra kolejka, piknie :--
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 20 kwie 2023 08:24

Dramat z tą wiosną. Myślałem, że to już, że może trochę sprawy przyspieszę tą wrzutką, ale gówno. Też już jestem zmęczony tym syfem za oknem i temperaturą bliższą zeru. Obsuwa ze strony Wuja trochę nie dała mi wyboru, wypadł mi jeden slot i trzeba było lecieć z tym Finkiem, trudno. Na dziś zapowiadają w czasie dnia ciepło i słońce, zobaczymy.

Tego dodatkowego bitu nie ma w porozrzucanych na yt wersjach live czy studio session, więc idzie uratować. Zabawne jak niektórym ten motyw robi numer (Murzyn), a innym przeszkadza (Smoku). Tzn, w sumie normalne, ale i tak zabawne xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 20 kwie 2023 08:51

To tak jak z tym syntezatorem, jednym robi (Murzyn) innym nie (Reszta Świata)
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 20 kwie 2023 10:35

To co, tradycyjnie został duet M&M's plus nowy członek klubu wyjebania - Wuja.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 20 kwie 2023 10:37

A więc tzw. trzecie M - Maruder
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 20 kwie 2023 10:39

Przecież wiecie, że znowu byłem "na wojnie". :|
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 20 kwie 2023 10:40

Po prostu wolisz słuchać Olivii Rodrigo niż naszych propozycji, wiemy wiemy
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 20 kwie 2023 10:42

Słuchałem wrzutek, ale z telefonu, więc scrobbli nie ma. A nie ma kiedy zrobić opisów, bo po ćwiczeniu jest więcej roboty z rozliczeniem wszystkiego, niż przed. Wieczorem przysiądę.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 20 kwie 2023 10:51

Ludzie na wojnie książki pisali xD
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn