Fred Wesley & The Jobblows - Blow Your Head
Murzyn wrzuca funk, coś z jego, jak sam podkreślił, jednego z głównych kojców. Pojarałem się, pomyślałem, że będzie fajnie, ale nie jest tak kolorowo. W zasadzie ten kawałek to trochę pitolenie. Zaczyna się spoko, perkusja od razu daje po uszach materiałem na dobre samplowanie w hip/trip-hopie (no, ale w końcu James Brown xD). Z czasem niestety ten bit zginie gdzieś w tle, przez co ten funk kompletnie straci groove, a to jest niewybaczalne. Trąbeczki sobie są, pachną jakąś amerykańską paradą i laskami wywijającymi tymi kijkami (nie wiem jak to się fachowo nazywa). Syntezator przyjemnie sobie pierdzi przez cały kawałek, chociaż w pewnym momencie zaczyna po prostu wkurzać, bo nie dzieje się z nim nic ciekawego. Bas wygrywa bardzo fajny groove, ale jest potwornie zagrzebany w miksie, przykryty tym cholernym syntezatorkiem i trąbeczką (czy tam innym instrumentem). Murzyn pisał o tym jak nagle i z dupy kończy się „Easter Dinner”, to co ja mam powiedzieć o zakończeniu „Blow Your Head”? XD Tyle, że mnie to akurat nie przeszkadza, nawet fajnie wyszło. Nie wiem, dla mnie ten kawałek to jakiś outtake z przemarszu na 4 lipca, coś dla ludzi żeby sobie pomachali flagami w kierunku tych wielkich, ruchomych podestów z atrakcjami. Nie potrafię znaleźć tutaj tego, za co lubię ten nurt, nie buja mnie to. Niestety funkowy debiut Murzyna, wypadł blado
Queen - I'm Going Slightly Mad
Melki zapodaje coś, co mogę docenić zarówno „na sucho”, jak i sentymentalnie. Płytę „Innuendo” poznałem 32 lata temu, mając jakieś 5 lat. Rodzice, sympatycy Queen, kupili tę kasetę i leciała ona non stop podczas wakacji, które spędziliśmy w Dźwirzynie. Freddie jeszcze żył. Klip do „Slightly Mad” leciał często, zresztą teraz doczytałem, że to był singiel tylko w Europie. Mercury wyglądał na nim jak ciężko chory, bo heh, był ciężko chory, tylko mało kto zdawał sobie z tego sprawę. Bardzo lubię ten kawałek (teledysk również). Na tamtej płycie niby wracali do grania czegoś bardziej progresywnego, ale imo tak to ludzie leniwie nazywają. Moim zdaniem, to jest po prostu trochę mroczniejsze, bardziej pokręcone Queen, przepuszczone przez doświadczenia nabrane przez zespół w ciągu tych kilkunastu lat od grania rzeczy ala „Ogre Battle”. Mercury miał fajne poczucie humoru i to jest tego dobry przykład. Facet umierał, ale potrafił przy tym parsknąć śmiechem, przyironizować, puścić oko. „I’m Going Slightly Mad” to wypadkowa Queen z Live Aid i Queen, które z oczywistych względów, stało się zespołem stricte studyjnym, co dawało więcej luzu w komponowaniu utworów i tworzeniu aranżacji. Coś jak późniejsze Talk Talk i XTC, a co ciekawe, wszystkie te grupy tworzyły mniej więcej w tym samym czasie. W każdym razie, lubię ten kawałek i doceniam. Plus za basową figurkę Deacona na końcu, zawsze to lubiłem.
Touch and Go - Would You...?
Smutne są chwile, kiedy wiem, że utwór muszę zjechać i nic tego nie zmieni, bo go znam od lat i moja opinia jest ugruntowana. Nienawidzę tego kawałka. To jest poziom cringu, który mnie po prostu rzuca na kolana. EEE… MMMM… I FIND U VERY ATRAKTIW… EEE…. MMMM.. KURWAAAA. NOOOO…. EEEEEE…. WYREMONTUJECIE NASZ DOM? W tle jakieś intro do Kuby Wojewódzkiego na sterydach, pod kątem serowości, jak to ładnie Murzyński ujął, przypomina mi „Lilly Was Here”, ale o kilkaset klas niżej. Nie mam naprawdę nic więcej do napisania o tym, nawet nostalgia nie ratuje numeru u mnie. Jest to gówno, które atakuje mnie z różnych stron regularnie, bo chętnie korzystają z tego producenci reklam, programów tv, itd., tak jakby to było w podstawowym zestawie stockowych gówien do użycia w mediach. Uprzedzałem Musiała wcześniej, że tu nie będę miał litości nad tym kawałkiem, to jest oficjalnie najgorsza rzecz jaką do tej pory wrzucił w tej zabawie. Najsmutniejsze, jak zaznaczyłem na wstępie, jest to, że tutaj nie ma jakiejś nawet ewentualnej perspektywy na to, że moja opinia się z czasem zmieni, bo była pielęgnowana kolejnymi odsłuchami przez ćwierć wieku. No bonus.
Yellow Magic Orchestra - 1000 Knives
Dlaczego jest tak, że musi umrzeć jakiś wielki artysta, żeby Dragon wracał do wrzucania porządnej muzyki? Strach myśleć, co ta bestka może wywołać we wszechświecie. No, ale to już nie jest jakiś obskjur z muzbawki, to jest klasyka. To, co z syntezatorami robili YMO w czasach, w których takich rzeczy się nie robiło, to jest wątek na zupełnie osobny temat na forum. Nie będę używał oczywistego porównania z wydanym w tym samym roku „Speak & Spell”, bo chłopaki zaczynali i jednak celowali w coś bardziej tradycyjnego, ale samo „1000 Knives” brzmi jak coś nagranego przynajmniej 8 lat później, o ile nie rok temu xD Piękne są te typowo „japońskie” motywy, które oni wplatali do muzyki. Wychowałem się na filmach o Godzilli, i może to jest z dupy porównanie, ale te zabiegi to coś co jest mocno zakorzenione u japońskich twórców, i po prostu znam to z soundtracków Ifukube, Koroku, czy Sugiyamy, tylko w innej formie. „1000 Knives” jest doskonałym kawałkiem i kipi od kreatywności tych typów. Ok, ja na tym forum jestem znany z tego, że faworyzuję Japończyków, ale tutaj naprawdę nie idzie się do czegokolwiek doczepić. Piękna rzecz. RIP Ryuchi Sakamoto.
Maria Mena - Leaving You
Kurde, ciężki to jest orzech do zgryzienia, bo to jest kawałek, który się może przebić z czasem. Co działa na jego niekorzyść przy pierwszych odsłuchach, to niesamowita wręcz generyczność. I to wszystkiego. Wokalu, tekstu, muzyki, melodii, akordów, piosenki jakotakiej, produkcji. To brzmi jak wyplute przez „2010s young adult female pop generator”. To by mogła zaśpiewać Sia, czy ktoś podobny, gdyby jej taki numer podłożyć. Najgorsze, że pod tym zapewne czai się szczery kawałek, napisany gdzieś w domu przez tę dziewczynę. Poczytałem trochę, Mena pochodzi z muzykalnej rodziny, stary był muzykiem, tak więc widać, że to nie jest jakaś laska z łapanki. No, ale tak to brzmi niestety. Z drugiej strony, kawałek jest spoko. Jak już się wyjdzie poza to męczące pierwsze wrażenie i oleje to, że bardziej wtórnego kawałka Wuja w tej zabawie do tej pory nie wrzucił, to idzie tego słuchać z przyjemnością i nawet jakimś małym uznaniem. To jest niestety czasami ciężka walka, żeby doszukać się czegoś prawdziwego i szczerego pod skorupą hurtowej aranżacji, ale czasami się da. To jest zdecydowanie coś, co będzie potrzebowało czasu i być może przy podsumowaniu tej 25-tki będę mógł się jakoś cieplej wypowiedzieć.
Tears for Fears - Shout
SHOUT SHOUT REDI OR NAT. To tak nie leci, ale jak byłem mały, to tak to słyszałem. Nie będzie żarcików o enjoyowym charakterze muzyki i wrzucającego, nie tym razem. Tak się śmiesznie składa, że zarówno wrzutką albumową, jak i utworową (że już zaspoileruję) w kwestii Tears for Fears, omijam pewien zabawny moment w moim życiu, w którym to załapałem największą fazę na ten zespół. Wspominałem w opisie „The Tipping Point” o motywie z szefową, nie będę tego powtarzał, ale wiązało się to z innym enjoyem tego zespołu „Everybody Wants To Rule the World”. Tak się składa, że oprócz tego, „Shout” też był w ciągłej rotacji i mi zupełnie nie przeszkadzało to, że to taki obdarciuch, bo w takich okolicznościach natury go nie doświadczałem. Piszę „szefowa” jakby to było jakieś MILF action, ale laska była raptem 2-3 lata starsza (czyli wtedy miała jakieś 25 lat, prawie dziecko). No, nie powiem, to były fajne wakacje, które spędziłem w dużej mierze pracując w tamtym dziale promocji, ale było zajebiście, pomijając nawet ten śmieszny flirt, który zresztą został szybko ucięty, ale o tym będę pisał w jednej z wakacyjnych wrzutek (i to, o dziwo, nie TFF). O ile podryw się skończył, to faza na Tears for Fears nie. Nadrobiłem wtedy wszystko, co było do nadrobienia i tutaj muszę jeszcze nawiązać do kwestii słuchania hitów. O ile TFF mają naprawdę grube wory doskonałych utworów niehitowych, nawet biorąc pod uwagę takie, bardzo szanowany wśród fanów rzeczy jak „Memories Fade”, czy kawałki z czasów kiedy zespół hitów praktycznie nie miał (dwa albumy Orzabala), to wśród samych przebojów, trudno znaleźć coś, co by w jakikolwiek sposób odrzucało artystycznie. Można wymieniać długo: Pale Shelter, Advice For the Young at Heart, Head Over Heels, Sowing the Seeds of Love, Woman in Chains, czy wspomniana wcześniej najbardziej znana dwójka, naprawdę długo można jechać z tym zespołem na samym Greatest Hits. Oczywiście nie mogę się zgodzić, że należy zamykać się tylko w latach 80, no ale rozmowa jest z Mentosem, który po sylwestrze 89 roku, słuchał już tylko zespołów kolegów i tego co akurat było popularne na offie. Dobra, pora napisać coś o „Shout”. Po latach i porządnym osłuchaniu, nie słyszę już żadnych podobieństw do Depeche Mode. Wiem z czego takowe skojarzenia wynikają, nie wyśmiewam tego, ale jak się poświęci odpowiednią ilość czasu jednemu i drugiemu zespołowi, to słychać wyraźnie, że mają one bardzo mało ze sobą wspólnego. W „Shout” się można naprawdę zagrzebać na całego i długo nie czuć potrzeby słuchania czegokolwiek innego (nie tylko TFF). Pamiętam jak Steven Wilson opowiadał o pracy nad 5.1 i nowym miksem stereo „Big Chair”, za które odpowiadał, i wspominał o tym ile czasu dochodził do tego, w którym kanale zaczynają się dzwoneczki, bo różne wydania, robiły to inaczej. To jest ten poziom zaangażowania w ten utwór, jaki ja sam miałem wtedy w 2008 r. Utwór idealny, przebój idealny? Dwa razy tak. Była jeszcze fajna live wersja z taką typowo 80/90s rapowaną wstawką (zalatującą Milli Vanilli), której wtedy słuchałem. Może się łudzę, ale zgodzę się z Mentosem, że tutaj nie mają prawa pojawić się jakieś negatywne recenzje.
Dziwna kolejka. Sporo rzeczy, które znałem już wcześniej. Na przodzie zdecydowanie Mentos, Dragon i Melki, z naciskiem na "Shout", gdzieś w czyśćcu siedzą Murzyn z niebujającym funkiem i Wuja z generycznym damskim popem, a na szarym końcu, tam gdzie nikt nie powinien zaglądać, Musiał z Tacz n goł. I pomyśleć, że namawiałem gościa żeby został w bestce, a on dowalił tym xDDDD