Best of Forum (Albumy) vol. 2

Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 05 sie 2023 23:54

UWAGA!

Uruchamiam kolejkę Clear od Bomb The Bass

devotional pisze:
22 cze 2023 11:00
Bomb the Bass - Clear (1995)

Jest już lato, oficjalnie drugi dzień, a to oznacza letnią muzykę. Beka, że 3 miesiące temu jeszcze walił śnieg, a za 3 miesiące równie dobrze może zacząć, czas ucieka, wieczność czeka... Akurat wrzucam Wam, Porcupine Titulo Forumowicze, album, którego zawsze słucham w sierpniu. Jakieś takie przeczucie mam, że akurat do sierpnia dojedziemy z tą pozycją, może nawet na koniec miesiąca (to jeszcze lepiej w sumie), więc nie będę pierd*olił, tylko pisał. Rok 1995 obfitował w interesujące wydarzenia. Debata Kwaśniewski-Wałęsa, o której już wspomniałem w innym wątku, odejście Wildera z ThePech Mode, oblężenie Sarajewa, Ridgway wydaje jedną z najlepszych płyt w swojej karierze i to nie pod swoim nazwiskiem, pierwszy raz pojechałem z rodzicami na wczasy do Mielna, ostatni rok mieszkałem w Łodzi, a w ogóle przyszło wtedy na świat parę osób (głównie AFAB), z którymi ostatnio jakoś dużo mam do czynienia (chyba nawet za dużo...). Ale poza tym ukazało się TO. Bomb the Bass, co o nim wiemy, albo co Wy wiecie... bardziej projekt muzyczny niż zespół sensu stricto, zmontowany w drugiej połowie lat 80. przez Tima Simenona. Simenon był DJem i takim pół-producentem, który zaczął w pewnym momencie mocno eksperymentować z samplami. Do tego stopnia, że swój pierwszy numer wydany pod monikerem Bomb the Bass, tj. Beat Dis, złożył wyłącznie z sampli wziętych z innych utworów (film ten jest oparty na faktach z innych filmów), sam był autorem jedynie linii, hehe, basowej. Poszedł pierwszy album, który jest mocno eksperymentalny w brzmieniu (nawet teraz, a co dopiero wtedy, gdy tego typu muza, oparta o breakbeaty i masowe samplowanie dopiero tak naprawdę raczkowała). Sukces otrąbiony, Simenon został producentem pełną gębą, zrobił np. jeden z moich ulubionych kawałków z końca lat 80., czyli Buffalo Stance Neneh Cherry (w ogóle Neneh Cherry jest super, a kto się nie zgadza ten trąba), ale nie tylko, albowiem miał kolabo moment z moim ulubionym artystą, Johnem Foxxem. Foxx miał na przełomie lat 80. i 90. fazę na acid i house, spiknął się w Londynie z Shemem McCauleyem, znanym w środowisku producentem hip-hopowym (gość już nie żyje btw), a ten przedstawił Foxxa Simenonowi. We 3 założyli grupę Nation 12, która nagrała breakbeatową płytę w stylu mocno lo-fi o tytule Electrofear, ale ta ukazała się oficjalnie dopiero w 2005 roku, a więc 13 lat po premierze dwóch singli z tejże xD Po drodze Simenon zaliczył najlepszy swój moment w karierze z fantastycznym skądinąd krążkiem Unknown Territory (która dzięki okładce i nazwie grupy właściwie załatwiła Timowi bana w brytyjskich mediach na dłuższy czas ze względu na... Wojnę w Zatoce), potem znów uciekł w produkcję, a potem... no cóż, Clear.

Co Simenon robił po Clear to chyba wszyscy wiedzą, w sensie bezpośrednio po, mianowicie produkował Ultrę, która do dziś pozostaje moim ulubionym krążkiem Depeche Mode, od niego zresztą zacząłem swoją przygodę z zespołem już niemal 20 lat temu. Wtedy, w 2004 roku, niespecjalnie mnie obchodziło kto tam Ultrę produkował (tbh nie do końca wiedziałem, że płyty się produkuje czy coś, byłem zje*anym nastolatkiem), to mnie zainteresowało grubo dopiero po przeczytaniu biografii autorstwa Mallinsa. Jakoś w 2006 wpisałem "Bomb the Bass" pierwszy raz w wyszukiwarkę Soulseeka i zassałem cały jeden numer, Winter in July, bo... spodobał mi się tytuł (ciekawe, że to był ich najbardziej udany singiel, w sensie komercyjnie, a pochodzi właśnie z wymienionej wyżej Unknown Territory). Ale wtedy jeszcze nie chwyciło. Jeszcze. Aż nadeszło lato 2007 i wszystko się zmieniło. Przede wszystkim, związane jest to trochę z bardzo specyficznym, nieco wyizolowanym vibem roku 2007 dla mnie, a przynajmniej jego większej części. Lepiej wchodziła wtedy pewna muzyka, jak Recoil w lutym, post-rockowe Talk Talk i Kraftwerk w marcu, Nick Cave w kwietniu, ambient wiosną, a potem, no, np. Bomb the Bass. Ciekawe, że zassałem z 3 (na tamten moment na rynku były tylko 3 albumy Simenona i spółeczki, nowy, zresztą też super, tj. Future Chaos - jego fanem jest Hien - ukazał się w 2008) tylko 2 - Unknown Territory i właśnie Clear. ALE. Nie słuchałem jeszcze wtedy całych płyt od początku do końca, w sensie, miałem bardzo małą empetrójkę i chciałem mieć ze sobą po kilka ulubionych numerów każdego ulubionego wykonawcy. Dałem więc Clear szybki spin i trochę na pałę wylosowałem utwory. Które? Trzy ostatnie xD Towarzyszyły mi całe lato, od wczasów nad Morzem Czerwonym przez obóz nad Adriatykiem po Tatry Wysokie pod koniec wakacji. Wchodziły jak złoto, był to w ogóle ważny moment dla mnie, bo zaczynałem wtedy odkrywać sporo nowej muzyki, która niekoniecznie była grubo osadzona w ejtisach, odstawała od mojego ówczesnego kanonu (a zarzekałem się, że kanon będzie FOREVER), tak naprawdę mój gust się dopiero kształtował. No, co tu dużo mówić, Bomb the Bass sprzedało mnie breakbeatom, trip-hopowi i tym podobnym, choć minęło jeszcze trochę czasu, nim zacząłem innych wykonawców z gatunku eksplorować. Po powrocie ze wszystkich wojaży, jakoś tuż przed początkiem klasy maturalnej (i kursów na prawo jazdy), znów odsłuchałem Clear w całości, i ten klimat albumu, taki trochę senny, trochę nostalgiczno-sentymentalny (zwłaszcza te ostatnie utwory), ten cały feeling "końca lata" (coś, co np. 5 lat później powtórzyło dla mnie słuchane już przez Was Nocturne od Wild Nothing) dojechał mnie strasznie i wepchnął w melancholię. Well, nie, żeby to było specjalnie trudne, jakby Musiał z natury trochę jest ponury, ale jak jeszcze się trafi odpowiedni trigger... Zaczynamy jednak z wysokiego C, zarówno Bug Powder Dust jak i Sleepyhead są jednak raczej energiczne. Na pierwszym głosu udziela Justin Warfield, który sporo później zakładał w ogóle post-punkowy band She Wants Revenge, Sleepyhead już nieco zwalnia tempa (pod każdym względem, robi się nieco eterycznie), w utrzymaniu takiego vibe'u zdecydowanie pomaga jamajski muzyk Bim Sherman (też już w innym, lepszym świecie) i jego wokal. Jednak najlepsze dopiero nadchodzi - następujące po sobie wyjątkowo lubiane przeze mnie numery, a więc pachnące gęsto wręcz new age (czujecie tutaj też Ace of Base lol?) One-to-One Religion, po którym nadjeżdża gęste, niemal dubowe Darkheart, które pachnie jakimś zapyziałym, ale wciąż popularnym klubem w lekko zawilgoconej piwnicy, gdzie półnadzy ludzie poruszają się w slo-mo i oparach jaranego zielska. Jeszcze Spikey T i jego śpiew, czy bardziej melorecytacja z paroma bardziej wokalnymi momentami... Złoto. Uwielbiam ten kawałek, robi mi dobrze na mózg niemal w każdych okolicznościach. Zaraz po tym przecudownym seansie nadchodzi taki duch Bomb the Bass z poprzedniego przynajmniej krążka, w postaci If You Reach the Border, które możnaby właściwie opisać jako zapychacz, gdyby nie to, że ta muzyka jest tak fajna, iż nigdy nie mamy tu do czynienia z zapychaczami. Braindead przynosi po raz kolejny Justina Warfielda przed mikrofonem, sam kawałek brzmi jak nieco lżejsza, ale jednocześnie kwaśniejsza wersja Darkheart, taki przystępniejszy młodszy brat, ale łeb zryty dragami tak czy inaczej (w ogóle zdanie, które otwiera Bug Powder Dust otwierające płytę, myślę, że to najlepiej podsumowuje to, czego słuchamy). 5ml Barrel ciągnie ten klimat muzy z gadaniem, co bardzo przypomina mi z kolei - czy bardziej nasuwa skojarzenia z - Recoil, nie mogę się tego pozbyć z głowy (a na basie Jah Wobble, brakuje, żeby gościnnie wystąpił Eno). Jeszcze przez chwilę jest "mhrocznie", ciężkawo, ale tytułowe CLEAR przyjdzie, trzeba jeszcze kilka chwil wytrzymać, jeszcze tylko moment... Somewhere zdaje się być takim momentem przejścia pomiędzy bardzo gęsto atmosferą poprzednich numerów a tym, co mnie w Clear kupiło od razu. To jest w ogóle ciekawe, zastanawiam się, jak odbierałbym ten album, czy też Bomb the Bass w ogóle, gdybym wtedy nie zabrał ze sobą na wakacje właśnie tych 3 ostatnich ścieżek... Somewhere w ogóle momentami przypomina mi też rzeczy, jakie nagrywał Banco de Gaia. Eksperymentalne, ale wciąż przystępne i w tym konkretnym przypadku mocno osadzone w klimacie całej płyty. No i potem mamy moje Top 3 z Clear - Sandcastles z Bernardem Fowlerem na wokalu, Tidal Wave z wyjątkowo eterycznie brzmiącą Minnie Driver (i jeszcze to pianino na openingu, zawsze mam dreszcze), no i Empire - polityczno-muzyczny i ładnie podany cios w Zjednoczone Królestwo z - wtedy już będącą de facto na oucie showbizowym - Sinead O'Connor. Lepszego zakończenia nie mogło tu być.

No tak, kończy się płyta, kończy się lato (tzn. dopiero się zaczęło, ale kogo próbuję oszukać, jak dotrzemy z tym do początku września to będzie dobrze xD), zaczyna się melancholia i zaczyna się nostalgia, w ogóle jest jakoś tak... no właśnie, już mnie dziwnie skręca w środku. Potrzebuję pojechać nad morze i posłuchać Tidal Wave (cheesy, I know), usiąść na wydmie z browarem i, wicie rozumicie, reflect back on the last 20 years przynajmniej. Albo pomyślę o 1995 roku (może pojadę do Mielna z tej okazji) i o tych wszystkich ludziach, z którymi się ostatnio użerałem. Przypomnę sobie rok 2007, kiedy słuchałem Clear po raz pierwszy i się zachwycałem, ci wszyscy ludzie byli jeszcze srogimi dziećmi a ja uważałem się za Bóg wie jak dorosłego (no bo, kurde, OSIEMNAŚCIE LAT c'nie), a może nic sobie nie będę przypominał, tylko będę czilował... Moja przygoda z Bomb the Bass, co ciekawe, nie trwała jakoś bardzo długo. To był taki wykonawca dla mnie od którego mam ulubione numery, może jedną albo dwie ulubione płyty, ale żeby się tak ze wszystkim zapoznawać... Premierę Future Chaos przegapiłem, dopiero latem 2010 zaciągnąłem Back to Light (to była akurat płyta z tamtego roku) i po niej Future Chaos, ale do tego ostatniego usiadłem dopiero sporo później (tak na serio usiadłem) po rekomendacji Hiena, który też pozostaje tutaj fanem Bomb the Bass i obaj nostalgizujemy do Clear. Premierę ostatniego krążka, tj. In the Sun, co miało miejsce w maju 2013 w ogóle przegapiłem (ale też wiosna 2013 to nie był dla mnie najlepszy czas na cokolwiek trololo) i chyba do dziś jej nie słuchałem xD A przynajmniej - zupełnie szczerze - nie pamiętam. Simenon od tamtej pory zdążył się pożegnać z biznesem muzycznym i prowadzi w Londynie restaurację. Ciekawe, czy z głośników leci Bomb the Bass albo przynajmniej Neneh Cherry xD Także, no, poczujmy lato. Kto wie, ile nam ich jeszcze zostało?

https://www.youtube.com/watch?v=d4NTwMq ... -w&index=1
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 08 sie 2023 12:15

Bomb the Bass – Clear

„Clear” poznałem jakoś pod koniec 00sów, kiedy zainteresowałem się na poważnie Bomb the Bass. Pierwsze przesłuchanie było trudne, bo to była zupełnie inna muzyka względem tego, co już znałem. Wiedziałem, że będzie tam sporo hip-hopu, ale pod wieloma względami, jest to w całości hip-hopowa płyta (mimo, że płytą rapową nie jest nawet w połowie). Ostatecznie jednak płyta zaczęła w mojej głowie wychodzić powoli poza „Tidal Wave” i zataczać szersze kręgi. Pierwszy łącznik i punkt zaczepienia, to to, że znałem Justina Warfielda. Pierwszy raz usłyszałem go w 2003 r., na feacie u Placebo, na płycie „Black Market Music”, gdzie rapował w doskonałym kawałku „Spite & Malice”. Bardzo lubię rap Justina, bardzo miękki, fajny, ale jednocześnie słychać, że raperem był jedynie na pół-etatu (trochę jak Mike Franti z The Disposable Heroes of Hiphoprisy), co można zaobserwować po innych jego sukcesach na zupełnie innym polu (np. w She Wants Revenge).

„Bug Powder Dust” to chyba do dziś najbardziej znany numer z jego udziałem w charakterze rapera i jest doskonały. Z jednej strony, może wprowadzić trochę w błąd, bo ta płyta taka nie jest, ale jednocześnie nie wyobrażam sobie żeby tego tu nie było. Dobry bit, dobry bas i fajny, luźny vibe, który później na „Clear” ustępuje bardziej psychodelicznym i mrocznym klimatom. Z drugiej strony ten tekst na podstawie William Borroughsa wskazuje, że tu również czai się coś ponurego. Szkoda, że kawałek jest taki krótki.

„Sleepyhead” zmienia klimat dosyć gwałtownie, ale to „Clear”, ten typ tak ma. Zgodnie z tytułem, przeważa tu senna atmosfera w tle pomimo tego, że w kawałku pojawia się dosyć bujający bit i podkreślony bas. Bardzo lush wokale. Lubię ten kawałek, ale to dopiero rozgrzewka przed jednym z moich absolutnych faworytów na tym albumie - „One to One Religion”.

Bit trochą jak u Arasha, ale jednocześnie bez tandetnej atmosfery. Może coś jest w tym porównaniu z Ace of Base, ale też bym nie przesadzał. Ładne orientalne dzwonki na początku, ale to typowe BTB. Odnoszę wrażenie, że pojawiają się tu sample z Vangelisa, ale nie jestem w stanie nigdzie tego potwierdzić. Ładny wokal Carltona McCarthy’ego. Bardzo się wkręca ten utwór, momentami można przegapić jak wiele ciekawych rzeczy dzieje się w tle. Tim Simenon przechodzi samego siebie na „Clear”, w tej konwencji nie zrobił już nic lepszego (bo nie zrobił nic), ale mało kto dopchał się do takiego poziomu i nie dziwię się, że facet był potem wziętym i pożądanym producentem.

„Dark Heart” jest w zasadzie przedłużeniem klimatów „1 to 1 Religion”, ale jest tu więcej elektroniki. Powolne tempo, mroczny i wkręcający się refren. Już tutaj Tim pobrzmiewa trochę Recoil, ale jednocześnie słychać w tym jego niepodrabialny styl. Zauważyłem, że mimo bardzo konkretnej atmosfery w tym kawałku, można go słuchać w różnych okolicznościach przyrody, różnych porach, i zawsze znajduje sposób żeby zaklikać w uszach i w głowie. Na wokalu Spikey T, o którym nie słyszałem nigdy poza kontekstem tego albumu, ale facet robi robotę, jak zresztą praktycznie każdy na „Clear”. No, ale tymczasem znowu zmiana klimatu.

„If You Reach the Boarder” to BTB w starym stylu, z pierwszej płyty. Bardzo ejtisowy wstęp, jakieś gadane sample, obowiązkowe dzwonki w tle, czyli wypisz wymaluj „Into the Dragon”. To jedyny taki blast from the past na „Clear”, ale o dziwo brzmi całkiem spoko w towarzystwie tych pozostałych kawałków, nawet jeśli brzmią one jak z kompletnie innej parafii, w innym mieście, na innej planecie, w innej rzeczywistości. O Leslie Winder musiałem poczytać, no proszę, jednak to nie sample, to jest pełnokrwisty feat. Trochę jakby Tim wchodził do tej samej rzeki, ale tym razem z poważnym doświadczeniem i narzędziami. Job well done.

„Brain Dead”, wraca Justin, więc wiadomo, że będzie dobry pseudo-rap. Fajne loopy od samego początku, wyraźnie samplowany Jimi Hendrix, co jest jednym z bardzo niewielu sampli, które są spisane np. na whosampled (a to już o czymś świadczy). Doskonały bit, świetny tekst Justina i zajebisty refren w jego wykonaniu, gość jest po prostu genialny. Rewelacyjna koda, czy doklejony track, nie wiem, szkoda, że tego nie pociągnęli.

„5ml Barrel”, proszę państwa, Recoil 100%. Numer zaczyna się jak coś z „Unsound Methods”, potem wchodzi breakbeat i spoken word Willa Selfa i gdybym tego nie znał, i ktoś by mi to puścił i powiedział, że to jakiś niewydany kawałek Alana nagrany między „Unsound Methods”, a „Liquid”, to bym uwierzył. Przewiduję, że Wujowi się ten fragment płyty bardzo spodoba. Inna sprawa, że w/w albumy Recoil wyszły już po „Clear”, więc możliwe, że to Wilder inspirował się BTB, bardziej niż na odwrót, a może inspiracje szły w obie strony, bo słychać tu też „Bloodline”. W końcu goście się znali (Tim robił remiksy dla DM już pod koniec lat 80-tych). No nie wazne, wracając do „5ml Barrel” - fajny jest ten spoken word, bardzo zaangażowany, fajny bit w tle z fajnym basem. Wszystko tu się ładnie składa w doskonałą całość. Mocno psychodeliczny tekst, no ale trudno żeby nie był.

„Somewhere” znowu wita nas dzwonkami, trochę jak w intrze do „The Air You Breathe”, którego Murzyn i Dragon słuchali w temacie samplowym. Fenomenalny ambient ozdabiający pierwszą połowę kawałka. Znowu pojawia się stare BTB, ale zmiksowane z nowym. W ugruntowane rytmy plemienne wjeżdża świetny bit, w sposób kompletnie niszczący pojęcie rytmu w tym kawałku (ale wszystko to w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu), żeby potem ustąpić klaskaniu i zrobić miejsce na jeszcze inny bit, który znowu wpada w coś rytmicznie z innej bajki, jakby to był mashup. Ten ciągły crossfade bitow to jest masterclass w temacie. Obstawiam, ze to będzie mocno pomijany i niedocenione fragment „Clear”. I znowu zmiana klimatu.

„Sandcastles”, oczywiście dzwonki, klimaty ala 80/90s, jakby to był jakiś zaginiony kawałek z tych czasów, jednocześnie te dzwoneczki bardzo najntisowe, Tim coś miał z nimi. Całość brzmi jakby ktoś połączył „Wait for Me” i „Love Theme” Vangelisa i zrobił z tego piosenkę, no ale akurat to nie jest sekretem, że Simenon był fanem. Bernard Fowler, to postać, o której pewnie powinienem coś wiedzieć, ale dopiero teraz doczytałem kim facet jest i jakie ma osiągnięcia na koncie. Piekne wokale w jego wykonaniu, w tym kawałku. Bardzo przestrzenny klimat, jednocześnie filmowo i dramatycznie, a z drugiej nie (no sorry, tańczenie o architekturze).

O „Tidal Wave” już napisałem dosyć w mojej wrzucie, zrobiłem wam tym możer trochę mylący, ale bardzo przyzwoity teaser dla tego albumu. Kawałek jest piękny, nie mam nic do dodania ponadto co już napisałem miesiąc temu. Mam słabość do Minnie Driver, czemu wyraz dałem małym tributem na czymś pt. „Morze”, co Musiał zna i lubi.

Na sam koniec kolejna lekka zmiana klimatu, jednak w granicach konwecji i w tym momencie właśnie zdałem sobie sprawę, że za każdym razem przechodzę tę drogę, z tym albumem. Wydaje mi się, że ciągle zmienia się tu klimat, i faktycznie tak jest, ale jednocześnie wszystko orbituje wokół typowo BTB atmosfery, palety brzmień, itd., które scalają ten zestaw w jeden, bardzo spójny album. „Empire” z udziałem ś.p. Sinead O’Connor (nigdy nie wgłębiłem się w jej dyskografię poza hitami, ale była i w sumie zawsze będzie fantastyczną wokalistką). Dzieje się tu prawie reggae. Vibe, jeśli mierzyć go w ten sposób, wylewa się litrami. Piękna gra słów w refrenie i mocarny kontrast między wokalami w zwrotkach i chłodnym wejściem Sinead. Te pocięte i wgrane w klawisz męskie chórki, brzmią niemal jak jakiś voodoo mellotron. Świetne zakończenie tej doskonalej płyty.

Leję lukrem mocno, ale co mam robić, spędziłem z tym albumem wiele lat, okres docierania się mam już za sobą, obecnie ciesze się każdą sekundą tej płyty i to raczej nie ulegnie zmianie. Tym samym ta moja „recenzja” może być trochę nudna, ale z drugiej strony, nie jest przynajmniej pisana po paru dniach i kilku przesłuchaniach. Z Bomb the Bass jest tak, że Tim nie nagrał nie wiadomo ile płyt, ale one wszystkie są bardzo dobre. Liczę, że jeszcze kiedyś ten zespół się odrodzi, ale jeśli to się stanie, to będzie to zapewne mocno przeistoczenie się, tak jak to było w 2008 r. Żałuję, że nie udało mi się wpaść do Pragi, do jego knajpy z pulpetami, no ale może dobrze, bo bym tam siedział i truł mu jak kocham BTB, z mordą pełną pulpetów. Trzeba sobie oszczędzać takich upokorzeń.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 09 sie 2023 14:59

Bomb the Bass – Clear

Twórca Bomb The Bass, Tim Simenon, dał się poznać jako producent depeszowej Ultry, więc byłem bardzo ciekawy, jakie są jego własne płyty. Pamiętałem hasło, którym rzucił Gore przy okazji spotkania wprowadzającego w nową sesję nagraniową, że album ma mieć rytm hip-hopowy, więc nastawiałem się na to, że taki też charakter mogą mieć utwory BTB (w końcu chęć współpracy z konkretną osobą skądś się wzięła). Pamiętałem, że to lata 90. i spodziewałem się czegoś podobnie brzmiącego. Nie zawiodłem się. Clear to album pełen kontrastów, o momentami ciężkim brzmieniu, dość intensywnym, które za chwilę przechodzi w muzykę zupełnie lekką, jakby głęboki oddech, przy którym to, co było wcześniej, staje się mało istotne, a te delikatne utwory same w sobie wychodzą na pierwszy plan i sprawiają wrażenie, że całość taka będzie. Wokale ciekawe, a i wyzwalana energia jest w wielu momentach wielka. Płyta po blisko 30 latach prezentuje się znakomicie. Punkt zaczepienia: to, że wielu z gości występujących na płycie współtworzyło znakomitą Ultrę.

Zaczyna się od Bug Powder Bust, zaczyna się od głosu (coś mi to przypomina, jakieś Bornlivedie), wchodzi dynamiczna, dosyć agresywna melodia, hip-hopowy podkład i wypluwający z siebie jak z ckm-u słowa Justin Warfield. Rzecz niesamowicie energiczna, zrywająca do działania, w tym potoku postaci wymienionych w tekście ciekawe postacie można znaleźć, gość jest tutaj znakomity, bit wybitny i trafił na dobry czas u mnie, świetne brzmienie elektroniki, basu, chwytliwy refren, jak połączenie klimatów raperskich, elektronicznych, wyścigów, życia na krawędzi, mocarny kawałek. Fantastyczne otwarcie. A zaraz potem wchodzi Sleepyhead, które w dobrze utrzymuje napięcie. Utwór co prawda zwalnia tempo, a śpiewa kto inny (Bim Sherman), ale bit dalej jest mocarny, a elektronika wciągająca. Kawałek zwalnia, przez co nastrój jest bardziej niepokojący niż "jazda na przebój", trochę jakby zastanowienie się nad następnym krokiem. Kojarzy mi się z jakimiś ciemnymi, miejskimi okolicami, gdzie załatwia się coś podejrzanego i opowiadaniem Suicide Blonde Jarosława Księżyka, które niedawno czytałem. Jest moc.

One To One Religion. Bit świetny, klimat wciąż tajemniczy, zachęcający do zgłębiania tych muzycznych okolic. Wysoki wokal Carltona (aż warto tych gości tu wymienić!), nieco wolniejsze tempo (przy Bug Powder Bust mało co jest szybkie), ciekawe tło, tereny ponure, ale coś się zaczyna rozjaśniać (co tam się w tle dzieje!?) Coś się będzie działo. I jest i ono, jest Darkheart, zdecydowanie jeden z tych momentów, dla których warto było włączyć. Kawałek wyjątkowo ciężki, ponury, mocna psychodela, a zarazem rzecz chwytliwa (refren!) o mocarnym bicie, aż przypomina się przy tym takie Home, w ogóle czuć podobieństwo klimatów ultrowych do bombthebassowych. Zaryzykuję, że Spikey Tee najbardziej mi się tu podoba z wokalistów, a kawałek od razu mnie zdobył. Bit jest kapitalny, można słuchać i słuchać. Te zwolnienia są świetne, a utwór jest dostatecznie długi, by się zdążył wkręcić. Głos to niski, ponury, to wysoki, przejmujący. Przy spokojniejszym śpiewie czuć mocno ten nerw. Refren to jak znaleźć się w epicentrum jakiejś katastrofy. Jeden z highlightów albumu.

Po czterech takich kawałkach napięcie opada, co fajnie było słychać przy pierwszych odsłuchach. Bit stał się jakby prostszy, to już nie to zakręcenie, nie ten nerw, takie uspokojenie po burzy w If You Reach The Border. Może to właśnie ta granica. Teraz już nie gonimy ani nie obezwładnia nas ciemna moc, teraz idziemy dalej przez ten mrok (bo to mroczna płyta, choć ja ją bardziej traktuję jak fajną przygodę; nie wiadomo jednak, co się stanie po większej liczbie odsłuchów). Dwa następne utwory początkowo mi umknęły, po takiej nawałnicy, jak dotąd, nic dziwnego. Ale wróciłem do nich. Braindead chyba jest na dłuższe zgłębianie, w każdym razie wydaje mi się mniej wyrazisty od poprzednich (trzeba jednak przyznać, że ten bit cały czas trzyma napięcie, za to tło jest słabsze). Duża zmiana klimatu i chyba nie do końca do mnie trafia. A potem 5ml Barrel. Faktycznie jest w tym coś z Recoil, ta melodeklamacja na tle mocnego bitu, ciężkich, psychodelicznych klimatów, beznamiętny wokal Willa Selfa też działa na wyobraźnię i chyba ten kawałek przegryzł się szybciej od poprzednika. Unsound Methods, Liquid, mmmm, te klimaty się kłaniają, słychać tę tradycję.

Somewhere i kolejna zmiana klimatu. Wolny, ambientowy kawałek ozdobiony delikatnym bitem, jakimiś perkusjonaliami, aura z początku albumu zupełnie się ulotniła. Potem następuje przełamanie innym bitem i wchodzi Sandcastles. Spokojny wokal, delikatne brzmienie, trochę mi ten środek płyty wydaje się rwany, wokale Fowlera rzeczywiście bardzo dobre, człowiek tu już nie idzie na wojnę czy na wyprawę do piekła, tylko opowiada swoją historię. Rzecz po prostu solidna. Wchodzi Tidal Wave, które kiedyś już tu weszło. Zaczyna się bardzo spokojnie, pani ma ciepłą barwę głosu, a i przyjemnie się go słucha, refren jest chwytliwy i wciągający. Przypomina mi to letnie wieczory nad jeziorem, których ostatnio pogoda mi odmawiała. Wolne tempo, pianino w tle, nieco melancholijny nastrój, delikatny bicik i mamy bardzo ładną piosenkę.

Na finał Empire z Sinead O'Connor (dla mnie to trochę postać pokroju Violetty Villas, czyli kojarząca się bardziej ze skandalami niż ze śpiewem; generalnie zaskoczyło mnie, dla ilu ludzi pani była ważna, bo ja ją raczej omijałem, nie wiem, może kiedyś; złość na świat to taki truizm, że niewiele jest większych banałów). Fajnym dźwiękiem się zaczyna, bit też dobry. Wokale w tle budują nastrój, tak samo chóry, pani śpiewa ciekawie, linia wokalu fajnie poprowadzona. Podoba mi się ten kawałek, wróciły te nieco ponure klimaty z takiego Sleepyhead, ale inaczej, ciemna płyta kończy się w ciemnych klimatach.

Generalnie bardzo podoba mi się początek albumu (pierwsze cztery) i koniec (dwa ostatnie), środek chyba musi się mocniej przegryźć, bo tam nie ma słabych numerów, są za to takie, które potrzebują więcej czasu (Braindead, Sandcastles). Wrzutkę uważam za bardzo udaną.
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 10 sie 2023 15:23

Bomb the Bass Clear

Rock 2023 obfituje w interesujące wydarzenia. Depeche Mode ZNOWU wydają bardzo dobrą płytę, do której chcę wracać z regularnością godną młodziutkiego wiernego fana. Memcen przegrywa potyczkę w radiu z Petru i generalnie błaźni się też w innych miejscach, co koi moje lewackie serduszko. Wypiłem dwa piwa na Narodowym i nie zostałem zgarnięty przez psiarskie. Pierwszy raz w historii byłem na spektaklu, z którego chciałem wyjść w trakcie. Musiał wrzuca bardzo dobrą płytę. Simenon na początku wydawał mi się jakimś przekocurem, ale nigdy nie sprawdzałem bliżej jego twórczości. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem jak on wygląda, to miałem mocno ambiwalentne odczucia, bo wtedy za bardzo przypominał pewnego nielubianego chłopaka z mojej klasy w podstawówce. Odpowiada za Ultrę, która była moją pierwszą największą miłością depeszową. Dzisiaj dzielnie dotrzymuje kroku Exciterowi, ale przez wiele lat było zupełnie inaczej. Dawniej na ejtisowe twory na pograniczu h-h i house'u mógłbym kręcić nosem. Po takim wprowadzeniu NA PEŁNEJ do dyskografii Bomb the Bass najgorszą możliwą reakcją może być co najwyżej chłodna wyrozumiałość i akceptacja. Przed pierwszymi odsłuchami liczyłem na ślady rozwiązań rodem z Ultry, a poza tym podchodziłem z otwartą głową.

Na pewno nie spodziewałem się, że wejdzie praktycznie na dzień dobry. Długi czas nie było takiej płyty w ramach bestki. Początek? "Hmm, no dobra, będzie raczej w porządku, takie mniej dymne i dubowe Massive Attack" Po pół godziny już miałem paru wyraźnych faworytów. Wiedziałem, że potrzebuje tylko lepszego rozeznania, ale będzie obecna na słuchawkach z właściwą regularnością. Album producencki pełną gębą. Nie ma natchnionego konceptu, jest za to sprawność w korzystaniu z różnych rozwiązań, romanse z ciekawymi gatunkami, przyjemna spójność przy dość poważnej różnorodności. Trójca Święta wyłoniła się szybko. Doświadczenie słuchacza podpowiada w głowie Recoil, Massive Attack. Trudno wymyślić koło na nowo, ale trzeba nadać muzyce wyraźny charakter i to się udało. 1:1 Religion mimowolnie przypomina mi trochę Red River Cargo, choć jest mniej uduchowiony. Mamy za to wyraźny bas, a ja znowu muszę coś przepracować, bo myślałem, że śpiewa tutaj kobieta. Mniej psychodeliczny niż po nim idący Darkheart. Wyostrzone bębny, pływający wokal, dużo przestrzeni, a przy tym nie ma przesady z dźwiękami. Wyraźnie pachnie skunem, nocną posiadówką, ale mniej taneczną, prędzej wartą poświęcenia na luźne pląsy i natchnione rozkminy. Coś w tej perce jest Ultra-esque, nie umiem się pozbyć tego skojarzenia. Elektronika mocno osadzona w swoich czasach - lubię ten okres, więc każde blump, ziut, plum mi bardzo pasuje. Potężny Tercet uzupełnia Braindead. O ile Bug Powder Dust to jeszcze spokojne wprowadzenie, trochę jak motyw z jakiegoś wyimaginowanego serialu o skejtach, tak tutaj piekło idzie pełną gębą. Świetny bicior, wolno bujająca perka, akustyczne ozdobniki w kontraście z całą patelą acid dźwięków. Na wspomnianej imprezie dochodzi do zjazdów, erotycznych uniesień i zniesienia moralności. Urocze. Końcówka The Bottom Line brzmi dość podobnie jak Braindead momentami, choć pracuje na zupełnie inny klimat. Outro to już czysta producenka popisówa, ale jeśli ktoś umie, a tu ekipa umie, to warto przyłożyć uszy bliżej. Cała Clear jest utkana z wielu podobnych fragmentów, jeszcze coś o tym napomknę.

Najmniej grzeją mnie Bug Powder Dust właśnie i Empire. Za bardzo modelowe wprowadzenie i zakończenie. Nawet jeśli w tym drugim idzie jakiś angst, to jeszcze potrzebuję trochę czasu, żeby się w niego wgryźć z pełnym rozeznaniem otoczki. Sam aranż stoi do tego w kontrze, ani wokale wyraźnie jakieś, ani perka specjalnie ciekawa. Sandcastles brzmi dość cukierkowo. Jak dla mnie to idealny materiał dla vaporowców. Należy się jakaś wersja chopped & screwed. Trochę muzyczka do telewizji, trochę pod nocny spacer w blasku księżyca. Tidal Wave ładnie uleżało w głowie, choć NA PEWNO wtedy nie liczyłem na tak dobre towarzystwo na płycie. Szanuję, że ostatnie trzy numery były wybrane na pałę, ale to jednak dość zaskakujący wybór sam w sobie, kiedy wiadomo, jak inaczej brzmi reszta Clear. Bardziej kwaśna, narkotyczna, idą różne szeptanki, a tu jest wręcz piosenkowo. Somewhere doskonale robi za moment graniczny. W innych okolicznościach można by się spodziewać jeszcze większego przegięcia, transowych doświadczeń, a tu mamy coś bardzo mi bliskiego, czyli moment zatrzymania. Cudne ambientowe wyciszenie ewoluujące w kolejną efektowną popisówę. Wariacje rytmiczne, tribalowe pochody, już całkiem sporo tego mamy na rozkładzie i to w najrozmaitszej formie. Wcześniej mamy proto Unsound Methods moment, czyli 5ml Barrel. Bardziej oszczędne niż takie Luscious Apparatus, a przy tym nie tak nachalnie filmowe, rozbudowane do przesady. Mniej sugestywne. Sleepyhead za to przypomina trochę coś rodem z epoki Bloodline, perka z tymi dźwiękami idącymi pod zajeżdża jakimś Curse czy Edge to Life. Bardziej dubowo niż u Alana, mniej depresyjnej szarugi, więcej przyjaznego oszołomienia po kontakcie z śmiesznymi substancjami. Nie wspomniałem jeszcze o If You Reach The Border. Na początku trochę rozczarowywało. Po tak gęstych rzeczach liczyłem na coś innego, ale ostatecznie całość na tym zyskuje. Musi być zręcznie na różny sposób, jednowymiarowość mogłaby położyć wiele świetnych wałków. Niby zapychacz, ale też ze specyficznie napiętą atmosferą. Efekt pogadanki przez telefon mocno temu sprzyja. Oszczędny bit również.

Już się uśmiecham na kolejną płytę, bo tego od The Orb to już dawno nie słyszałem. Dev dowiózł świetną płytę, na ten moment faworytka drugiej odsłony Bestki-albumówki. Proszę o więcej, wierny słuchacz.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 10 sie 2023 15:54

Ja ze swojej strony polecę single z tej płyty, bo zawierają naprawdę dobre remiksy i b-side'y. Z pamięci, to były chyba Bug Powder Dust, 1 to 1 Religion i Darkheart.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 12 sie 2023 01:03

W poniedziałek po południu wracam na dobre z wojaży, więc wezmę się za nadrabianie we wszystkich tematach. Również tutaj, bo Clear przesłuchałem w Czarnogórze wystarczającą ilość razy, żeby się wypowiedzieć.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 12 sie 2023 09:13

Bomb The Bass - Clear


Moje dotychczasowe zetknięcia z BTB... były w sumie prawie żadne, munlup wrzucił bardzo spoko numer który omówiliśmy w samplach, wiem że remiksowali coś chyba depeszom? No i wiadomix - Ultra którą wszyscy chyba chwalą za brzmienie, prawdopodobnie najlepiej dopracowane w historii DM. Także no w sumie to się cieszyłem na ten album zwłaszcza że to rok 1995 i byłem ciekaw ile z tutejszych brzmień mogło inspirować Ultrę.

Album otwiera z kopa energetyczny rapowany Bug Powder Dust z totalnie nieznanym mi Justinem Warfieldem na majku. Nie znam typa ale zgrabnie wyrzuca z siebie słowa na tym pomrukującym basowym ale trochę kwaśnym podkładzie i całość robi mi totalnie vibe Beastie Boys albo pewnego lubianego przeze mnie numeru Propellerheads. Z miejsca czuję że jestem totalnie w środku lat 90. i mam przed oczami białych kolesi z fryzurami jak Aaron Carter w spodniach typu baggy i jeżdżących na deskorolkach, klimat kipi gęsto, dobrze jest. Sleepyhead ma bardziej tripowe brzmienie, kojarzy mi się trochę z jakimś numerem Sneaker Pimps, fajne kwaśne przesterowane gitary chwilami i przewijające się sample, solidny KONTYNUATOR klimatu. Wchodzi One To One Religion i mamy pierwszy zgrzyt. Jest tu takie reggae na kiju czyli miszmasz reggae-trip hopowy i wysoki męski wokal a więc coś co źle mi się kojarzy z debiutem Massive Attack i gościnkami Horace Andy'ego. Bit jest mocno drewniany, te zagrywki na misach czy innych dzwonach też mi nie robią. Filler dla mnie. Sytuację poprawia Darkheart, to był pierwszy numer z płyty który mnie chwycił, bardzo fajny basowy bit, jest nieco industrialnie jakby? Wokal też dużo lepszy dla mnie w tym numerze. Vibe mi siedzi bo tu też reggae pierwiastek ale taki bad boyowy bardziej, kojarzy się z dużymi soundsystemami i jakimiś jamajskimi gangusami. To by dobrze leżało choćby obok tego mojego Beware od Zion Train z bestki utworowej. Wraz z If You Reach The Border znów niestety schodzimy na niziny tej płyty. Strasznie generic beat brzmiący jakbym sam go w FL Studio wypluł te X lat temu i przegadany damski wokal, przypomina mi to trochę to co znamy choćby z Would You? od Touch & Go tylko tam zrobiono użytek ze zgrabnego catchphrase'u. Tu wieje nudą. Braindead znowu zabiera mnie z piekła do nieba, kolejny kapitalny numer z Warfieldem, bardziej luzackie tempo i nawijka, swietne sample (serio Hendrix? fajowe), tonę w wajbie po prostu. 5ml Barrel to jest dno, wracamy do przegadanego klimatu ale ani wokal ani muza nie wciągają, trochę jak popłuczyny po Liquid które dopiero Anal nagra za parę lat heh. Somewhere... to jest kurczę highlight ale totalnie z innej bajki, trochę przypomina mi się album Banco de Gaia który omawialiśmy i ogólnie jest to coś co nazywam "sci-fi w dżungli". Słucham tego i totalnie mam przed oczyma Z Archiwum X, choćby odcinek w którym Mulder wybrał się do portorykańskiej dżungli gdzie zdaje się odnotowano obecność UFO. Mega soundtrackowy kawałek, działa mocno na moją wyobraźnię i bardzo mi się podoba, może co najwyżej ten finalny wokal nie całkiem pasuje bo w innym klimacie jest niż to co sobie wizualizuję. Sandcastles... ja pierdziu i co ja mam powiedzieć? To jest tak z dupy a jednocześnie nie wiem czy to nie najlepszy numer z albumu??? Takiego totalnego chilloutu się nie spodziewałem już na tym etapie albumu, piękny luźny vibe, spoko wokal, plażing pełną gębą! Wracamy do Tidal Wave i... ze zdziwieniem lekkim ale stwierdzam że trochę blednie ten numer po tym co się już usłyszało wcześniej, teraz jawi mi się ten numer jako takie stany średnie tego albumu. W ogóle to brzmi on nieco jak jakiś numer Massive Attack z Protection. No i na koniec zostaje Empire które z początku zmehałem też za to reggae na kiju ale uleżał mi się, myślę że najlepszym atutem tego numeru jest ten kontrastujący duet wokalny. W ogóle fajnie usłyszeć cokolwiek innego z udziałem Sinead O'Connor poza jej przebojem, teraz myślę sobie że to może była interesującą postać i może kiedyś jeszcze się o tym przekonam. Numer jest po prostu ok, również te tzw. stany średnie chyba.

No i dojechałem do końca i w sumie co, płyta zasadniczo jest spoko, są numery którymi się jaram mocno i takie na które srogo meham jednakże jak to mówią minusy nie przesłaniają plusów, trzy kawałki na 11 mi nie leżą ale ogólnie dobrze się tego słucha i chyba nie pozostanie mi nic jak jednak wracać do całości. Na pewno było warto, parę świetnych odkryć tu miałem, mogę polecać dalej takie rzeczy.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 13 sie 2023 18:59

Nie chcę już robić bałaganu w temacie większego niż trzeba, i tak wiadomo że wujas wleci na dniach z opóźnieniem, liczę że mentos się ogarnie również do tej pory i wtorek (najpóźniej środa) otworzymy kolejkę dla The Orb które polecam już słuchać bo ta płyta podejrzewam znów może zająć wieczność...
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 13 sie 2023 19:45

Z Orbsami postaram się wlecieć jak najszybciej, starczy jeszcze jeden odsłuch i będę gotowy.
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 15 sie 2023 23:31

Bomb The Bass - Clear

Niby minęły 2 miesiące od wrzucenia tej wrzuty, a lato jak trwało tak trwa. Niestety. Piszę niestety, bo jestem generalnie srogim hejterem tej pory roku - niby już mi się wydawało, że przechodzi, ale ubiegłoroczny sezon letni skutecznie mnie wyleczył z sympatii do tej pory roku, a tegoroczny każe utrzymać w przekonaniach i dużo wskazuje, że w następnych latach się to nie zmieni. No chyba, że wydarzy się cud i nagle cofniemy zmiany klimatu, albo chociaż przynajmniej sprawdzimy, że o tej porze roku będzie dało się wytrzymać.
Tak, postanowiłem miast tradycyjnego wstępu pomarudzić i pojojczeć, bo później nie będę miał ku temu za bardzo szczególnej okazji. O Bomb the Bass bowiem wiem relatywnie niewiele - nazwa się tu często przewijała, chyba nawet jeszcze w 2021 sprawdzałem Future Chaos bodajże i pamiętam, że mi się ten album nawet nawet podobał, ale tak się składa, że jesień tamtego roku była super i wówczas wszystko mi się podobało. Teraz jestem trochę rozsierdzony i w nastroju zrzędliwo-nieprzysiadalnym, więc w idealnym, by się rozładować na Bogu ducha winnej płycie. Zaraz dojdziemy do tego, czy jest tu gdzie wylać kubeł pomyj.
Welp, na pewno nie bardzo można to zrobić na pierwszy kawałek - BUG POWDER DUST. Bo za co? Agresywny, rapowy kawałek z tekstem nawiązującym do Nagiego Lunchu to nie jest coś, co chce oblewać pomyjami. Lubię zadziorność tego bitu, lubię to, że najntisy tu się wylewają z każdego zakątka i może daleko mi tu do jakiegoś megazachwytu, ale jest tu jakiś urok i nie umiem jakoś nie odczuwać sympatii do tego kawałka. Bardzo fajne (wielkie) otwarcie. Następne na płycie jest Sleepyhead, które już zmierza w kierunku trip-hopu - ja tu słyszę dość wyraźnie echa Massive Attack. Może trochę mi brakuje tego charaktystecznego soundu, ale to już czepianie się dla samego czepiania. Jest trochę orientalnie, może i trochę onirycznie, podoba mi się ta leniwa energia przebudzania się z letargu, którą czuję z tego kawałka.
ONE TO THE ONE RELIGION to kawałek, który ma podobną, ale inną energię - mniej leniwą, bardziej... mistyczną? Nie wiem, czy to dobre słowo, najbliższe ku temu, jaką odczuwam z tego kawałka. Podoba mi się bardzo ten motyw, który ciągnie kawałek, jest prosty, ale działa i nikt go nie psuje, a ja nie potrzebuję nic więcej. Jestem zadowolony. Nieco mniej mnie porwał następny track, DARKHEART. Chciałem sobie w tym miejscu pojojczeć, że no wiecie - trochę za długi, że nie siedzi mi ten break ani koniec i w ogóle, ale wszystko się rozbija o to, że ten kawałek nie jest zły. To jest po prostu jeden z przedstawicieli TYCH kawałków, których nie pomijam podczas słuchania całości, ale nigdy nie włączam sam z siebie, bo nie czuję potrzeby. To w sumie może też świadczyć o tym, że pasuje na tę płytę, i chyba tak de facto jest.
IF YOU REACH THE BORDER to dla mnie skit niebędący skitem. Nie umiem traktować tego kawałka inaczej niż przerywnika, brzmi dla mnie totalnie jak jakieś przejście między jedną częścią albumu a drugą, może to też przez to skojarzenie głównego motywu z muzyczką z intra lub menu jakiejś gierki, której nie umiem sprecyzować, może to też przez tytuł. Znowu - to nawet nie jest dla mnie wada w kontekście całości, ale jednocześnie kolejna rzecz, której nie włącze sam z siebie bez tzw. kontekstu albumu. Nie żeby to była jakaś wada lub coś strasznego, ot sobie stwierdzam fakt.
Nie wiem jak u państwa, ale ja teraz słucham BRAINDEAD i ja chciałem się bawić w jakieś porównania z tym drugim kawałkiem z Warfieldem na wokalu, ale to się trochę mija z celem, bo za dużo je dzieli, by to miało sens. Fajny ten industrialny bit, lubię takie powyginane dziwactwa, słyszę tu trochę echa Ultry i wcale to a wcale mnie nie dziwi, że kolo wyprodukował ten album. Ta coda tylko trochę z dupy, ale znowu - leży mi to w kontekście całości. Następny kawałek, 5ML BARRELL, znowu mi Ultrą pachnie, gdy wjechał ten wokal trochę zaleciało Recoil, ale to przez to, że tam praktycznie każdy kawałek zawierał jakąś melodeklamację z dupy, aczkolwiek muzycznie takie porównywanie trochę mija się z celem, bo za dużo tu dubu na takowe. Ponieważ lubię Recoil (raz do roku) i lubię dub, ja takie połączenie kupuję oraz szanuję.
SOMEWHERE kojarzy mi się z sytuacją, w której obserwuje się z poziomu względnie bezpiecznego miejsca jakąś niebezpieczną sytuację - np. rozróbę na mieście siedząc w pokoju albo zadymę z pokoju hotelowego (szczerze mówiąc dzięki tej końcówce moje myśli dryfowały w tym kierunku). Jest tutaj taki specyficzny klimat sytuacji, w której jest się niby bezpiecznym, ale zagrożenie ma się dosłownie na wyciągnięcie ręki, ale jednocześnie człowiek nie przestaje obserwować tej całej akcji, bo jest zbyt nią zafascynowany i nie może oderwać wzroku. To nie do końca to samo, co PODSKÓRNY NIEPOKÓJ, o którym piszę chyba ciut za często, ale w spektrum emocji znajduje się dość blisko. Ja już na tym etapie się pogodziłem niby z tym, że ta płyta stoi kontrastami i zmianami nastrojów, ale SANDCASTLES. Z czymś konkretnym mi się to kojarzy, ale za cholerę nie umiem tego powiązać, mam to dosłownie na końcu języka, ale mój mózg podsuwa mi totalnie randomowe skojarzenia, to w sumie taki ejtisowy pop z aksamitnym wokalem i maksymalnie ejtisowym brzmieniem w pigułce. Szczerze mówiąc, nie jaram się do końca, bo strasznie mnie wkurza ten kick w tym kawałku, brzmiący jakby ktoś młotem walił, który totalnie mi go zabija. Trochę zmarnowany potencjał, ale może kiedyś to odsłyszę i docenię.
TIDALOWEJ FALI nie słucham z Tidala - tak, ktoś musiał to w końcu napisać. O samym kawałku niedawno pisaliśmy w bestce utworowej - z tego co pamiętam, to mi się podobał, ale z tego co widzę, to nic konkretnego o nim nie napisałem, poza tym, że FAJNY i BUJA. Nie podtrzymuję tego, ale tylko dlatego, że teraz uważam, że jest ZAJEBISTY i ŚLICZNY oraz mocno u mnie zaskoczył. De facto teraz dotarło do mnie z siłą uderzenia obuche, że bije od niego specyficzną nostalgią, też mi się kojarzy z Massive Attack jak koledze Murzynowi, acz może nieco bardziej z Mezzazine. Jestem zauroczony i planuję często powroty!
Płytę wieńczy EMPIRE i w sumie trochę szkoda, bo imo poprzedni kawałek byłby idealnym zamykaczem. Albo chociaż bardzo dobrym. Co nie znaczy, że ten jest jakiś zły. Tu krążą mi po głowie jakieś teksty o ORIENTALNEJ ENERGII, które brzmią może i ciut tanio, ale bije z tego kawałka taką specyficzną aurą i mocą. Nie wiem nawet, który "gościnny" wokal jest tu wspanialszy, na szczęście nie muszę wybierać. Jest tu moc i rozpiździel i wszystko. Kapitalna rzecz!
To samo mogę napisać o całym albumie, jednym z lepszych w tej transzy. Świetnie się tego słucha, nawet jeśli na coś jojczałem czy dopatrywałem się zgrzytów to raczej były to drobiazgi, ten album składa się z rzeczy dobrych lub bardzo dobrych, jak nie lepszych. Co ja będę pisać - wróciłem z Warszawki lekko rozsierdzony i smutny, wkurza mnie to lato, ale ten album mi uratował dzisiejszy dzień. Idę spać czy tam grać w Zeldę, zostawiając na klacie Musiała znak jakości Mintaj+.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 15 sie 2023 23:46

Jak ci idzie w te Zelde?
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 16 sie 2023 01:23

Bomb The Bass - Clear

Z tym zespołem miałem już styczność parę lat temu. Ściągnąłem sobie album Back To Light za sprawą rekomendacji Hiena. Posłuchałem ze dwa razy i tak jakoś odłożyłem. Muzyka była niezła, ale nie chwyciło jakoś szczególnie. Może nie dałem tej płycie odpowiedniej szansy zaistnieć, a może po prostu nie była tak dobra jak Clear. Bo już na początku napiszę, że Clear to najzwyczajniej w świecie dobra płyta. I tak jak Honeyroot już zawsze będzie mi się kojarzyć z Maderą, tak Clear będzie mi się kojarzyć z Czarnogórą. Bo właśnie tam ją poznawałem. A że album mi się podoba, więc będą to miłe skojarzenia. Słuchałem Clear właściwie codziennie przed zaśnięciem (na plaży za to robotę robiła Cleo Sol – kolejny wykonawca z naszej bestki). Co do BTB to byłem zaaferowany faktem, że to projekt Tima Simenona – producenta Ultry. A o lepszą rekomendację chyba trudno. No ale to, że ktoś dobrze produkuje czyjeś płyty nie musi automatycznie oznaczać, że równie dobrze sprawdzi się w autorskim projekcie. No ale jest na Clear dobrze nie tylko od strony brzmieniowej, ale i kompozytorskiej.
Album otwiera Bug powder dust. I to otwiera z buta. Nie znam Warfielda, ale podoba mi się jego rapowanie. Utwór ma super energię i świetny refren. Byłem nieco zdziwiony przy pierwszym odsłuchu, bo się rapu raczej nie spodziewałem, ale potem się okazało, że rzeczywiście trochę wprowadza w błąd, bo reszta albumu jest zupełnie inna.
Sleepyhead trochę zwalnia i zmienia klimat. Dobra kompozycja z fajnym basem i różnymi ciekawymi zagrywkami. Spoko wokal. Ale naprawdę dobrze się robi wraz z pierwszymi dźwiękami One to one religion. To jeden z najlepszych utworów na albumie. Przewodni motyw lecący przez cały utwór jest rewelacyjny. Mnóstwo rzeczy dzieje się w tym utworze. Sporo różnych fajnych dzwonkowatych dźwięków. I jeden powtarzający się dźwięk, który na bank jest w którymś utworze DM, tylko nie mogę sobie przypomnieć w którym i czy to było na Ultra (prawdopodobnie tak). W drugiej części numeru świetna gitara lub klawisze brzmiące jak gitara. Świetny utwór.
Dark Heart to kolejna klimatyczna kompozycja. Trochę mroczna. Wspominaliście przy okazji Dark Heart o Recoil i coś w tym jest. Nawet może się skojarzyć z debiutem Massive Attack. Super wokal, super brzmienie. Znowu wyróżniający się refren. Znowu dzwonki. I charakterystyczne klawisze w tle w tych nieco spokojniejszych fragmentach utworu, które pobrzmiewają też i w innych utworach.
If You Reach the Boarder zmienia klimat. Te mówione frazy mocno przypominają mi jeden utwór z bestki utworowej, tylko zapomniałem nazwy. Bit świetny. Naprawdę lubię ten numer.
Brain dead znowu powoduje przyspieszenie tętna z wrażenia. Znowu rewelacyjny Warfield na wokalu. Nie znam Hendrixa, ale podejrzewam, że hendrixowy sampel to ta zajebista zagrywka gitarowa. Super outro. Utwór ekstraklasa.
Hien słusznie podejrzewał, że spodoba mi się 5ml Barrel. To jest brzmienie bardzo bliskie temu, co tworzył Wilder. I nieważne kto się kim inspirował. Ważne, że obaj potrafili generować takie rewelacyjne brzmienia. To chyba najmroczniejszy utwór z Clear. I chyba mój ulubiony. Klimat gęsty jak syrop. Świetny mówiony wokal. A zapętlony przewodni motyw zrywa papę z dachu. Cudo. Uwielbiam takie ciężkie brzmienia.
Pierwsza minuta Somewhere to jest 1000% tego, co mnie jara w muzyce. Zresztą później wcale nie jest gorzej, choć brzmieniowo trochę się zmienia. Ale wciąż jest klimat. W połowie utworu wchodzą jakieś plemienne motywy. W ogóle ten utwór brzmi jak jakiś soundtrack do mega klimatycznej gry. Słysząc co się tu dzieje wiem, że Simenon musiał mieć spory wpływ na brzmienie Ultry. Somewhere wespół z 5ml Barrel to dla mnie hajlajt tego albumu.
Sandcastles kompletnie zmienia klimat. Z ciemnego mroku wychodzimy na słońce. Robi się lekko i przyjemnie. Kolejny świetny wokalista się tu udziela.
Równie lekko jest w Tidal wave. Teraz ten utwór podoba mi się dużo bardziej niż jeszcze niedawno w bestce utworowej. Wtedy go nie doceniłem odpowiednio. Teraz to nadrabiam. Świetne partie klawiszowe, świetny rytm. Piękna piosenka z jednym z nielicznych damskich wokali na płycie. Ale jednak nie najlepsza.
Empire wita nas iście orientalnymi dźwiękami. Potem mówiony męski wokal w towarzystwie fajnego rytmu. No ale refren to jest kolejne cudeńko. Sinead brzmi tu po prostu niewyobrażalnie pięknie. Sama melodia refrenu jest jak z bajki. Piękne zamknięcie tej rewelacyjnej płyty. Płyty opartej o bogate brzmienia, ciekawe melodie, gęste i zmienne klimaty, różnorodne i świetne wokale. Cieszę się, że DM zatrudnili Simenona do produkcji Ultry, bo widać, że to nie lada fachowiec i miał pewnie spory wpływ na jakość tego albumu.
Ta trzecia kolejka bestki albumowej to na razie jakiś kosmiczny poziom. I oby tak zostało do końca.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 16 sie 2023 06:39

Super, brawo Wy. Jedziemy dalej z Orbvs Terrarvm od The Orb zatem, go, go, go!
Malkolit pisze:
22 cze 2023 13:32
Widzę, że wchodzą długie albumy, to ja też spróbuję coś takiego podrzucić. I będzie to rzecz, którą poznałem relatywnie niedawno, bo w roku 2021 (a przynajmniej tak to świadomie pamiętam). To będzie dobre, bo i ja sam się czegoś spróbuję dowiedzieć (stąd w dużej mierze, przepisując o zespole, sam też ogarniam, co to i skąd to). Mówiłem, że będzie kontynuacja klimatów sandrowych - i będzie, bo tę płytę poznawałem mniej więcej w tym czasie, co Paintings In Yellow i wydatnie przyczyniła się mojego nowego, wzmożonego zainteresowania elektroniką. Aura, rzecz jasna, inna. Album, który więcej razy słuchałem niż czytałem o jakimkolwiek kontekście związanym z powstawaniem, odbiorem, inspiracjami w tej muzyce. Jest nim:

The Orb - Orbvs Terrarvm (1995)

The Orb, zespół, którego sercem i mózgiem jest brytyjski muzyk Alex Paterson, a u jego boku pojawiało się wiele innych, ciekawych postaci (z wymienianych już tu i ówdzie warto wspomnieć gitarzystę Steve'a Hillage'a i jego kobietę, Miquette Giraudy). Zespół tworzący elektroniczną muzykę instrumentalną, w dużej mierze opartą na ambiencie (ale tylko opartą, liczba wsamplowanych zaśpiewów, mniej lub bardziej mocnych bitów każe klasyfikować tę twórczość inaczej). Dla mnie te opisy to pewna nowinka, więc trochę się będę na nich opierał (piszą o twórczości The Orb "ambient house", dla mnie, przynajmniej tam, gdzie te bity wchodzą, nabiera to cech trance'u). Początki działalności The Orb to końcówka lat osiemdziesiątych. Razem z Martinem Gloverem i Jimmym Cautym Paterson (wcześniej m.in. techniczny Killing Joke) zaczął nagrywać różnego rodzaju muzykę, z której bardziej chill outowe propozycje zaczęły zyskiwać coraz szersze grono odbiorców, szczególnie, kiedy występowali w londyńskim klubie Heaven jako DJe. Tworzyli muzykę w stylu ambient, unikając perkusji i mocnych bitów. Promował ich potem słynny John Peel. W roku 1990 rozeszły się drogi Patersona i Cauty'ego, ten pierwszy tworzył dalej jako The Orb. W 1991 ukazał się debiut: mocno psychodeliczne The Orb's Adventures Beyond The Ultraworld, który zaczyna się od piania kur, a potem m.in. 40-minutowy singiel Blue Room. Potem wychodziły kolejne płyty, a zespół stale umacniał swoją pozycję jako ważny twórca muzyki elektronicznej, który zajmował też wysokie miejsca na listach i inspirował kolejnych ludzi.
Muzycy się zmieniali i Orbvs Terrarvm nagrywano w składzie: Paterson, Andy Hughes (już zmarł) i Thomas Fehlmann. Oceny, z tego, co widzę, były bardzo różne, kiedy album się ukazał. W moim przekonaniu jest to całkiem uporządkowana muzyka, zwłaszcza w porównaniu z tym, co czasami wrzuca Dragon, oparta na długich, rytmicznych sekwencjach zanurzonych w "plamistej", elektronicznej zawiesinie. Brzmi bardzo lekko, piszą, że dużo bardziej organicznie, przyziemnie w porównaniu z odlotowymi albumami wcześniejszymi, co nie było najlepiej przyjmowane przez kręgi brytyjskie, bardziej docenili ich Amerykanie. Dla mnie jednak, po różnych próbach, to ten album wbił hak w tkankę zespołu i przytrzymał przy nim.
7 utworów, 7 długich utworów, ale, jak już się załapie ten klimat, to pochłania się je jednym ciągiem. I właśnie tak się najlepiej odbiera ten album - jako jedną, długą, spójną całość. Zaczyna się jak wilsonowskie albumy z tamtych lat: słyszymy głosy zza sceny, delikatne rytmy, plamy elektroniki. Valley. Bardzo podobają mi się dźwięki brzmiące jak uderzenia drobnych metalowych przedmiotów o siebie. Muzyka cały czas idzie naprzód, a okoliczności tej przygody trzeba sobie samemu dopowiedzieć. Delikatny bit tworzy odpowiednie napięcie, można słuchać i słuchać i bardzo to relaksuje. Pamiętam, że poznawałem to jako tło do szachów, kiedy transmisje z zawodów trwały po 5 godzin i to się świetnie sprawdzało.
Kawałki bardzo płynnie przechodzą jeden w drugi, w dużej mierze jest to muzyka bogatego, przyjemnego tła (śpiewy ptaków), ale i do odkrywania różnych ciekawostek dziejących się w tym tle (lekkie bębnienie). Plateau jest wręcz jeszcze bardziej odprężające, ładne te dźwięki (aż mi się przypomina końcówka Żółtych Obrazków), plamy brzmiące niemal jak pseudosmyczki. Trochę innym utworem od pozostałych są Oxbow Lakes, w którym na pierwszy plan wysuwają się nie rytmy, nie ambienty, a keyboardy. Wciąż ma to jednak silny charakter tła, bicik wchodzi koło 1:20, brzmi to dosyć melancholijnie. Złota Góra zaczyna się od głosów z zaświatów, potem wchodzi znane nam już, rozmarzone tło, plastyczne są te obrazy, mocno pobudzają wyobraźnię, w sumie nie ma co opisywać szczegółu po szczególe, tego się dobrze słucha, a nie o tym pisze. Koło 4:40 klimat staje się nieco żywszy, brzmi to trochę jakby strumień nabrał żywszego nurtu, po 8:20 atmosfera się zagęszcza, ale to jakby po prostu na moment widoczność znacznie spadła, bity są mocniejsze, metalicznych dźwięków więcej. Płynne przejście w White River Junction, radiowe głosy rodem z jakiegoś Signify (czy raczej: podobne idee). Dźwięki jakby przedmuchiwano coś mocno drgającego. Końcówka przeciągana, spokojna. I tak to leci. Dwa ostatnie kawałki to dwa najdłuższe: Occidental i Slug Dub. Mam nadzieję, że w tym ambientowo-housowo-niewiadomojeszczejakim tyglu każdy znajdzie dla siebie coś dobrego.

https://www.youtube.com/watch?v=tz2rPjY ... Y4EW49mudG

Jest jeszcze druga płyta, z remiksami, słuchania na blisko kolejną godzinę i kwadrans.

https://www.youtube.com/watch?v=K2gemoJ ... nXyuGeqQBH

Smacznego!
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 17 sie 2023 00:59

ale zamulacie panowie

The Orb - Orbvs Terrarvm (1995)

The Orb to klasyka, choć zrozumienie tego faktu zajęło mi całkiem sporo czasu. Jeden z tych zespołów, który odkrywałem i poznawałem latami z różnym skutkiem. Obecność w innych tekstach kultury, przywoływanie jako ważna inspiracja dla wielu innych twórców - prędzej czy później i tak bym się natknął, ale już na początku gimnazjum zaczynałem stawiać pierwsze niepewne kroki, żmudnie przebijając się przez dyskografię. Poważna odkrywka zaczęła się dłuugo później, zanim w pełni nie poczułem klimatu debiutu, zrozumiałem otoczki. Charakterna, żywa muzyka tła, gęsto często czerpiąca z nowinek klubowych, ale po przetworzeniu podanych w nowoczesny, zaskakujący sposób. The Orb, czyli produkcyjny rozmach, tony sampli pracujących na najbardziej wymyślne wrażenia oraz wyobrażenia u słuchacza. Na początku studiów postanowiłem wreszcie krok po kroku przechodzić płyta po płycie, bo do tej pory znałem wyrywkowo coś starszego i nowszego. Cierpliwie dojechałem do następnej po Orbus Terrarum. Choć między płytami bywały duże przerwy czasowe, to jednak wrażenie powtarzalności i coraz mniejszej świeżości dawało wyraźnie o sobie znać. Przerwa była potrzebna, przyniosła zaskakujące efekty, o czym może jeszcze się przekonacie, gdyż jedna z ich płyt wisi w poczekalni płyt do wrzucenia (na pewno nie jest planowana w drugiej dyszce).

Doskonale pamiętam pierwszy odsłuch. Pierwszy semestr studiów, Plac Nankiera, oczekuję na zajęcia w punkcie handlowo-usługowym na IFP. Między zajęciami ponad dwie godziny przerwy. Dość wczesna pora (przed południem), czyli najpewniej czas po zajęciach z łaciny, a przed serią wykładów, któryś wtorek. Dziś to miejsce jest zamknięte na cztery spusty, wtedy tętniło życiem. Ceny niezbyt wygórowane, do tego masa miejsca na rozmówki lub sesje pod naukę lub uporządkowanie doznań. Na poziomie zero normalnie funkcjonujący sklep, a przed nim najlepsze miejsca - skórzane (?) fotele, sofy. Piętro wyżej sztywne, bolące w dupinę krzesełka, lekko naruszone zębem czasu stoły jak w szkole. Bywała rywalizacja o miejscówki premium, ale że nie jestem człowiekiem skorym do walki i skłonnym do nerwów z powodu rzeczy, które uważam za błahe, to raczej zbywałem temat. Nadszedł jednak dzień względnego świętego spokoju, więc postanowiłem skorzystać. Wtedy jeszcze bawiłem się w punktowe notki na własny użytek na temat poszczególnych utworów. Słuchałem całkiem uważnie. Pamiętam dość pozytywne wrażenie, ale jednocześnie nie czułem, że będę w stanie do tego często wracać. Jest to po latach całkowicie zrozumiałe. Sytuacja ukształtowała się w ten sposób, że preferuję mniej rozbudowany ambient. Generalnie wszystkie otępiające, raczej minimalistyczne, mniej eklektyczne, sennie ewoluujące monolity dźwiękowe zawsze będą bliższe mojemu serduszku. Lubię dużo rzeczy, ale Orbsi mają podobny repeat value w moim przypadku co Shpongle, czyli raz na onucowy rok. Częściej wracam do mandarynkowego Zeit niż Are You Shpongled, choć przyznam się wam, że ta druga sprawia mi więcej czystej radochy ze słuchania. Charakter tej muzyki jednak potrafi przytłoczyć, bywa dość dezorientująca. Lubię pamiętać przed chwilą słyszane i dopóki nie przebiję się przez płytę dostatecznie długo (lub nie skojarzy się z konkretnym wydarzeniem w życiu), to robi się mały problem. Orbvs Terrarvm, które czytam jako ORBS TERRARUM, nie postawiłbym na podium moich ulubionych płyt od nich, ale jest lepsza przynajmniej od pozostałych dwóch, trzech jeszcze znanych.

Valley zaczyna płytę w bardzo typowy dla nich sposób, ale po formalnym wprowadzeniu zaskakująco dubowy, dymny klimacik. Bardzo mocno narracyjna opowieść się szykuje, ale nie będzie podpowiadać oczywistych obrazów. Od samego początku uderza nagromadzenie dźwięków. Odgłosy natury, fragmenty dialogów, monologów na basowym szkielecie i cyfrowych, kwaśnych efektach. Moim skromnym zdaniem nie nadaje się do teatru czy galerii sztuki, może jako podkład pod serię zdjęć? Najlepiej po prostu dać się ponieść samej muzyce i z nią płynąć, iść za najbardziej abstrakcyjnymi podpowiedziami wyobraźni. Nie ma takiego transu jak u Szpongli, choć zestawienia brzmień wydają się miejscami równie wystrzałowe. Ambient house/dub pasują idealnie. Tempo nie jest szybkie, nie ma wyraźnego podążania za rytmem. Wprowadzenie do płyty o lekko kosmicznym charakterze. Plateau podążą tą drogą. Wysokie, kojące dźwięki, przestrzenne pętle. Generalnie nie lubię ambientu z wokalami, ale wprowadzenia tego typu (radiowe zapowiedzi zupełnie wbrew charakterowi nadchodzącego utworu lub po prostu deklamowane/czytane opowieści) mogę strawić i polubić. Smyki unoszą coraz wyżej nad ziemię. Ciepły bas, który się nie narzuca. Bardzo subtelna pętla na automacie. Ladies and gentlemen, we are floating in space, choć w znacznie bardziej organiczny sposób, chce się do tego spokojnie pląsać z zamkniętymi oczami. Momentami mamy próby przełamania, ale w satysfakcjonujący sposób szybciutko gasną, nie dochodzą do skutku. Nadchodzą świerszcze. To jest muzyka, która lubi otoczenie nocy, wtedy wchodzi najgłębiej. Poszatkowany rytm i wokalizy, czyli jednak mamy ewolucję w tym obrazku. Dobrze, że dopiero po paru minutach. Może się dziać dużo, ale dobrze robić to z wyczuciem i tak też tutaj jest.

Pianinko w Oxbow Lakes trochę boleśnie wyrywa z błogiego snu. Dużo perkusyjnych dźwięków, cała ta magma pod klawiszem jeszcze w miarę pasuje do poprzedników, z minuty na minutę będzie lepiej. Niespecjalnie rozbudowana partia trochę wybija z rytmu, psuje wrażenie spójności w różnorodności. Dopiero dźwięki a la flet wydają się odpowiednim środkiem. Atmosferyczne pady robią porządek. Oszczędniej i inaczej wykorzystane klawisze pod koniec wchodzą znacznie lepiej, jednak nie mamy zapychacza. Głosowe przerywniki to wręcz ich znak rozpoznawczy. Mimo, że nie dałem rady przesłuchać najnowszej płyty, Prism, to tam wciąż idzie wiele patentów ogrywanych od samego początku aktywności. W tle idzie jeden z tych plastycznych obrazów, o których mówi Melki. Budowany właściwie na jednym dźwięku, dla mnie jak do tej pory najwyraźniejsze mrugnięcie okiem w stronę kawałka zamykającego dwupłytowy debiut. Kolejny znakomity pasaż, z czasem dźwięków dochodzi więcej, mamy lekkie wyostrzenie... potem się łapiemy, że to było w zasadzie intro. Chyba najbardziej reprezentatywny fragment, z wyłączeniem ostrzejszej końcówki. Robi się wręcz jak w latach 70', prawie jak krauty podszyte jazzem. Te bębny znam za dobrze, ale nie mogę sobie przypomnieć skąd, a whosampled nie pomaga. Chamskie przejście do kolejnego utworu, zaczyna się jak kolaż dźwięków z jakimś przekazem - to nie jest koncept album, więc te momenty uznaję za najsłabsze. Potem konkretna basowa pulsacja, poszatkowany rytm, mamy najbardziej "klubowy" numer. Hipnotyczna cyfrowa melodyjka, potem Steve Roach będzie robi setki podobnych, tyle że mocno rozrzedzonych, rozciągniętych - tutaj rewelacja. Ostatnie pół godziny mniej fascynujące i warte grzebania. Dwa numery, dwa wyraziste szkielety. W Occidental miejscami bywa wręcz industrialne, jazzowy sampling w połączeniu z marszowym rytmem to już bardziej muzyka do czytania niż do kontemplowania. Slug Dub zaczyna się spokojniej, ale z czasem podąża w stronę podobnie agresywnych brzmień. Dubowa klamra, choć szkoda, że końcówka nie poszła w stronę znowu bardziej przestrzennych, plastycznych, cieplejszych dźwięków. Mamy chwile wytchnienia, pojawia się space spokój, tylko że po dwudziestu pięciu minutach to już bez większego znaczenia. Spójność dawno pogrzebana. Techno Animal robili podobne rzeczy. U nich zabawa była znacznie bardziej hipnotyczna, narkotyczna. Tu do mety zmierzamy przez fabryki, piwnicę rasta ziomka i nieprzyjemny nieład. Ostatnie minuty lekko nawiązują do tego, co najlepsze, ale przy mocnej perkusji jestem już raczej zmęczony, nasycony. Koniec muzycznej mapy myśli.

Wolę kosmiczne loty niż efekciarskie kolaże dźwiękowe. Do pewnego momentu bomba, a potem uwaga musi się wyraźnie przeobrazić. To dobra płyta, ale trochę drażni aż taki rozstrzał. Wywalić pianinko z Oxbow Lakes, zbędne chwile słuchowisk radiowych i byłoby jeszcze lepiej. Simple little sentimental song, czyli Plateau wyraźnie z przodu. Na początku studiów w tym samym miejscu byłem najbardziej zachwycony. Do całości raczej nie będę wracał, ale seria do Montagne D'Or może się jeszcze wielokrotnie zakręcić. Było dobrze! Nie zamierzam ekspresowo siadać do Achtung Baby, oby coś soczystego drzemało w tych remiksach.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 17 sie 2023 17:57

The Orb - Orbvs Terrarvm

Przyznaję się bez bicia, tak jak dotychczasowe wrzuty albumowe Melczeta mnie nie ruszały tak wraz z The Orb pojawiła się ciekawość, jak na niego była to jakaś ciekawa odmiana. The Orb kojarzę - to dobre słowo - słuchałem coś tam kiedyś debiutu, coś pamiętam, coś mógłbym kiedyś wrzucić w bestkę utworową za sto lat nawet. Spodziewałem się przyjemnego kosmicznego ambientu, czy to się spełniło? Zobaczmy.


Valley otwierają jakieś wokalne sample kojarzące mi się z dialogiem pilota samolotu bądź statku kosmicznego z kontrolerem lotów. Zdecydowanie trudniej mi powiedzieć cokolwiek o muzyce poza faktem że jest elektroniczna, hy, takie no ambienty/progressive electronic, ogólnie swobodnie podróżujące przez kosmos melodie/plamy dźwiękowe. Trochę jak specyficzna zupa w której mam problem z rozpoznaniem co w niej właściwie pływa i może przez to nie potrafię się nią delektować? Ostatecznie po kilku odsłuchach łapie mnie trochę ten delikatny rytm perkusyjny, brzmi nieco plemiennie. Rzetelny otwieracz.

Plateu znów rozpoczyna wokalny sampel który zapowiada "starą, sentymentalna piosenkę" i trochę jest w tym prawdy bo numer kojarzy mi się w przyjemny sposób z innym utworem The Orb - A Huge Ever Growing Pulsating Brain That Rules From the Centre of the Ultraworld znanym mi - a jakże - z GTA 4, była to jedna z zamieszczonych tam smakowitych ambientowych kobył. Tu najbardziej moją uwagę przykuła hipnotyczna gra hi hatów, w połączeniu z subtelnymi synthami pod spodem całość sprawia że mogę się zrelaksować i odpłynąć, pokochałem ten utwór od pierwszego odsłuchu. Podoba mi się zastosowanie reverbu, nadaje kosmiczny, dubowy posmak w dalszej części utworu, cięte wokale też spoko, The Orb robiące The Orb jakie pamiętałem.

Oxbow Lakes stawia na bardziej żywe brzmienie pianina co trochę zmienia klimat. Z tego co czytałem o tym albumie to to bardziej organiczne brzmienie rozczarowało-odepchnęło słuchaczy i w sumie czuję podobnie. Zadziwia mnie fakt że numer ten był singlem. Ostatecznie zepętlona melodia pianina powoli wkręca ale nim się nią nacieszę ona sama zanika ustępując pola elektronice.

Montagne D'Or - dla odmiany - rozpoczyna wokalny sampel, bardzo fajny zresztą IMO - potem znów wjeżdża ambient z jakąś jakby samplowaną gitarą? Do tego te "pływające" synthy, to mi przypomina bardzo klimat albumu Chill Out od KLF. Po 5 minutach rozpoczynają się jakieś pulsacje i głośniejsze klawisze chwilami. Później jakieś bębny, rozmyte wokale, w końcu mocniejsze perkusyjne nawalanie bierze mnie znienacka. Jest to jednak spójne z tym co czytałem o tym bardziej żywym brzmieniu The Orb na tej płycie. Całość wieńczy jednak brzmienie jakby błędu programu komputerowego, jakby się coś wysypało i uległo samozniszczeniu.

White River Junction leci schematem, otwieramy kawałek wokalnymi samplami. Potem jednak stanowi odmianę na tle pierwszej części albumu bo wchodzą jakieś esy floresy i inne kosmiczne wygibasy, specyficzne psychodele.

Occidental brzmi jakby industrialnie i arkejdowo że tak się wyrażę, widziałbym to wykorzystane w jakieś grze wideo, może nawet w takim Machinarium bo przy tym wszystkim brzmi to też trochę tak pokracznie i pociesznie? Ale po tym wstępie wchodzi pauza, wokale, jakiś dziwny odjazd i dopiero za moment wracamy do krainy robotów ze złomowiska. W drugiej połowie utwór przechodzi do bardziej Orb-KLF ambientowych klimatów i tu też przyjemnie można odpłynąć przy tym. W końcówce znów jakiś programistyczny error hehe.

Na koniec Slug Dub, no właśnie, dub, podobno jest to album ambient dubowy ale jakoś tego nie odbieram w ten sposób, tym bardziej nie czuję nigdzie ambient house'u o którym też wspomina się widzę w kontekście tej płyty ale to chyba jakieś strzelanie na oślep łatkami na rymach i wikipediach. Ten numer jako jedyny trąci faktycznie dubem, jest perkusyjne organiczne nawalanie, coś tam bas mruczy w tle. Trochę to przypomina to co słyszeliśmy na albumie DJ Spooky nawet, podejrzewam że jakby to wrzucić na tamten album nikt by się nie pokumał za bardzo. Ale te "głupawe" sample wokalne z "very sweet music" mnie rozbrajają xD

Kurczę no jest to muzyka w gruncie rzeczy całkiem przyjemna - jeśli szukamy czegoś na relaks zwłaszcza, to nie jest muzyka na jakiej potrafię się skupić na dłuższą metę ale bardzo łatwo i przyjemnie można przy niej odpłynąć w drzemkę (sprawdziłem).
Rzuciłem dosłownie uchem na remiksy i to trochę jest drugie tyle tego samego z grubsza więc jeśli odpalę to kiedyś właśnie w celach relaksacyjnych to równie dobrze może i polecieć całość z remiksami. Nie będę odkrywczy zapewne, daję okejkę, nie ma zachwytu może ale na odpowiednie okazje to się sprawdzi. Plateu w czołówce, reszta może z czasem nadgoni.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 18 sie 2023 12:40

The Orb - Orbvs Terrarvm

The Orb to zespół, który z nazwy znałem przez całe lata, ale z premedytacja olewałem, aż nagrali album z Gilmourem. Przesłuchałem tamtą płytą, stwierdziłem, że jest spoko, i to by było na tyle w temacie Munlup/Orb. Melki oferuje korepetycje, na co się ucieszyłem, bo to nie jest tak, że ja The Orb poznawać nie chciałem, ale odkładanie płyt „do posłuchania”, to często odkładanie ich tam gdzie nie słuchanie ich nie będzie przynosiło wyrzutów sumienia, bo przecież one są na tej legendarnej liście „do posłuchania”, więc o co chodzi. Tymczasem wiele z tych albumów/zespołów, czeka tam już od dekad i jakoś nigdy nie ma czasu lub ochoty. Z czasem będzie coraz gorzej z tym, bo uciekanie w strefę komfortu wzmaga się z wiekiem, zatem tym bardziej cieszę się, że mamy te swoją muzyczną wymianę i ona nas obliguje do zapoznania się z nową muzyką. DO RZECZY.

Mniej więcej wiedziałem czego mogę się spodziewać po The Orb i w zasadzie to dostałem. Muzyka do wystawy w muzeum, czy gdzieś, do odtwarzania w Sephorze, czy jakiejś drogerii? Brzmi jakbym kpił, ale to nie prawda. Kiedy mieliśmy jeszcze Sephorę, w centrum handlowym niedaleko miejsca, w którym mieszkałem, często chodziłem tam żeby posłuchać muzyki. Śmiejcie się, ale to była naprawdę dobra muzyka, różnego rodzaju ambienty i elektronika właśnie w stylu The Orb. Kto nigdy nie zatrzymał się z wózkiem w Lidlu żeby posłuchać co leci, niech pierwszy rzuci telefonem z włączonym Shazzamem. Rzucę tym porównaniem po raz setny, ale kojarzyło mi się to mocno z muzyką z Tomb Raidera, którą to muzykę uwielbiam lub, o czym tez wspominałem, z dżinglami z Animal Planet. „ Orbvs Terrarvm” ma zdecydowanie vibe muzyki z Tomb Raidera/Animal Planet, zwłaszcza że często wchodzi w rejony muzyki tła, bardziej wzmagającej klimat, niż żeby wyławiać z niej każdą sekundę. Ja wszystkich waszych płyt słucham na słuchawkach, we względnym skupieniu, więc nie niech sobie Melki nie wyobraża, że odpalałem sobie np. „Plateau” i odkurzałem mieszkanie, itd.

Ten dwuutworowy początek, to jest best of tego albumu, nie będę już kisił intrygi. To jest właśnie to, na co miałem najbardziej ochotę. Swobodny i nienachalny rytm, ambient, jakieś „przyrodnicze” dźwięki, itd. „Valley”, chcąc nie chcąc, zapowiada album wręcz wybitny. „Plateu” ciągnie te klimaty dalej, a nawet je rozwija. Na tym etapie już byłem kupiony, bo to jest dokładnie taka muzyka jakiej lubię słuchać. Końcówka „Plateu” ma taki moment, który mi zaleciał „Oxygene” Jarra, ale to był tylko krótki moment. Zresztą, piłka została odbita kiedy Żauyn Miszel nagrał „Amazonię”.

„Oxbow Lake” wytrąca mnie z tego niekonkretnego, przestrzennego brzmienia, bardzo konkretną zagrywką na pianinie. W pierwszej chwili się skrzywiłem, ale pomyślałem, że najwyraźniej The Orb uznali, że trzeci podobny numer nie przejdzie i może mieli rację, a może nie. Inna sprawa, że kawałek nr 3 szybko przechodzi w podobne do poprzedników klimaty, co najwyżej z większą intensywnością atakowania każdym dźwiękiem. To intro na pianinie wchodziło lepiej z każdym przesłuchaniem płyty, bo wiedząc że to jedyny taki moment na albumie, i do tego krótki, łatwiej mi docenić ten osobliwy przerywnik. Kojarzy mi się trochę z muzyką z save roomów w Resident Evil.

„Montage D’Or” przypomina mi dosyć mocno soundtrack do Thiefa II, czy nawet do trójki, z której wrzucałem wam numer Erica Brosiousa. Jeśli miałbym coś zmienić, to wywaliłbym w kosmos te wszystkie mówione sample, kompletnie niepotrzebne i wybijające z rytmu muzyki. Powracają perkusjonalia, numer powoli zaczyna przypominać Ozric Tentacles, no ale to Melkiego wrzuta. Na końcu strzelający tramwaj.

„White River Junction” zaczyna się w sposób irytujący, trudno mi znieść ten loop „listen to the radio”, na szczęście po 2 minutach to wszystko znika. Dużo ciężkiego, niemal industrialnego perkusjowania, które to kojarzy mi się z niektórymi fragmentami soundtracku z „Shogo”. Jakaś skacząca elektronika jeszcze dochodzi i niby jesteśmy nadal w tej samej rzece, ale prąd się zmienił.
Jest fajnie, ale nagle wszystko się zatrzymuje, wraca to kurewskie „listen to the radio”, po co to, naprawdę… Na szczęście to tylko krótki fragment (co nawet wzmaga jego zdupizm) i wraca ten fajny motyw z początku. „Occidental” rozkręca się z początku jakby miało wejść jakieś Crystal Castles, ale w porę się zatrzymuje i zmienia kierunek. W tym miejscu, album zaczyna mnie trochę tracić. Niby wszystko spoko, muza jest ok, ale repetycje nie działają już tak dobrze, jak w pierwszych dwóch utworach, a do tego jestem już prawie godzinę po rozpoczęciu i siłą rzeczy, biorąc pod uwagę charakter tej muzyki, zaczynam czuć się zmęczony. To, że kawałek wpada w coraz większą i większą kakofonię, też nie pomaga. W 9 minucie robi się jednak ciekawie, wraca nadzieja, że coś tu naprawdę dobrego się zadzieje i faktycznie się dzieje. Mam skojarzenia z Bass Communion, zresztą jestem przekonany, że Steven Wilson The Orb słyszał, o ile nie słuchał. W każdym razie, ostatni kilka minut utworu zdecydowanie nadrabia wcześniejsze niepowodzenia.

„Slug Dub” znowu zaczyna się samplami gadania, co mnie wkurza o tyle, że w tle dzieją się fajne ambientowe rzeczy i w efekcie, są mocno zagłuszane. Ogólnie numer jest takim zbiorem tego, co już na płycie zostało zaprezentowane, do tego przytłacza długością. Najciekawiej robi się chyba od 11 minuty, przemyka tam kilka motywów, które wprawdzie od razu giną, ale mimo wszystko rozpędzają resztę muzyki na tyle, że album ponownie ma moja uwagę. Płyta kończy się jakimiś kuriozalnymi samplami gadania, ale na tym etapie już biorę to na klatę. Trudno.

„Orbs Terrarium” to album, który rzuca na kolana na samym początku, ale tak w połowie płyty już się z tych kolan wstaje i drugi raz się na nich nie ląduje. Chciałbym powiedzieć, ze się bardziej zachwyciłem, ale w sumie i tak odczucia mam pozytywne, więc nie będę męczył tego konia. Ogólnie to jest dobra rzecz. Jedyne co uważam za naprawde słabe i niepotrzebne, to wszystkie te mówione wstawki. Myślę, że pozostała część płyty może jeszcze kiedyś bardziej kliknąć w jakimś innym momencie, teraz raczej trudno mi sobie to wyobrazić. Do pierwszej dwójki z Tomb Raidera na pewno będę wracał. Może nie jest to nic odkrywczego, ale nie o to chodzi w ambiencie, zresztą ten album dobija powoli do 30-tki, więc może jednak było to coś odkrywczego? W taką zadumę popadam, że w czasach przed internetem, tyle płyt człowiekowi przelatywało koło uszu, że to aż przytłaczające. Zastanawiam się jaki musiałby być układ gwiazd na niebie, żebym wtedy trafił na The Orb, chyba musieliby być na jakimś soundtracku z „Godzilli” hehe.

W każdym razie, Melki nawet zaskoczył, bo to jest płyta, które spodziewałbym się po Dragonie i nawet teraz się ciągle mylę i mam wrażenie, że to jego wrzuta. No, ale bardzo spoko album, ciesze się, że miałem okazję go poznać.

Dajcie znać jak te remiksy brzmią, bo tbh trochę mam opory przed poszerzaniem horyzontów w tym kierunku, ale jeśli jest to coś dobrego, to może znajdę chwilę.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 23 sie 2023 10:44

W weekend jakoś startujemy z U2 więc Panowie słuchać i dojeżdżać z The Orb na dniach proszę
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 23 sie 2023 11:18

Obiecuję The Orb do piątku, jestem potwornie zawalony ;(
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 25 sie 2023 08:53

The Orb - Orbvs Terrarvm

W temacie ambientów wciąż jestem nieosłuchanym laikiem, więc mimo wielu przesłuchań albumu wciąż nie jestem pewien jak opisać swoje wrażenia. Nie umiem pisać o takiej muzyce, nie umiem też jednoznacznie powiedzieć, co o niej myślę. Dziwne jest dla mnie to, że coś takiego zaproponował Melki. Nie spodziewałbym się raczej. Dziwna jest też ta płyta. W ogóle przez kilka pierwszych odsłuchów kompletnie mnie odrzucało. Jawiło mi się to jako zalew jakichś chaotycznych dźwięków. Na dodatek takich mało wyrazistych, rozmytych, majaczących gdzieś w tle. Mimo pozornego bogactwa dźwięków wydawało mi się, że na tym albumie NIC się nie dzieje. Murzyn pisał w swoim opisie „Trochę jak specyficzna zupa w której mam problem z rozpoznaniem co w niej właściwie pływa i może przez to nie potrafię się nią delektować?”. Miałem dokładnie tak samo. Mnie muzyka musi chwycić ciekawą melodią, dobrą warstwą brzmieniową albo wykreowanym jakimś konkretnym klimatem. Z uwagi na rodzaj muzyki The Orb nie mogłem liczyć na spektakularne melodie, brzmienie było dla mnie jakieś dziwnie nieokreślone i nie potrafiłem też sobie stworzyć w głowie żadnego klimatu związanego z tą muzyką. Jeszcze wczoraj rano malując deski od ławki i słuchając The Orb byłem kompletnie zniechęcony. Oprócz garści ciekawszych momentów nie potrafiłem wyłowić z tego albumu nic dla siebie. To wszystko było dla mnie wciąż zdecydowanie za mało. Rozmyślałem sobie w jakich okolicznościach lub miejscu mogłoby to zaskoczyć. Dragon pisał o tym, że album lubi towarzystwo nocy. Mnie to do nocy nie pasowało i w ogóle dużo bardziej lubię słuchać muzyki w dzień. Jeszcze raz przeczytałem sobie opis Malkolita. Pisał „Pamiętam, że poznawałem to jako tło do szachów” i „w dużej mierze jest to muzyka bogatego, przyjemnego tła”. Pewnie ma rację, bo to rzeczywiście jest muzyka tła. A do szachów pewnie nadaje się idealnie. Ale i lecąc w tle wciąż nie działało na mnie jak należy. Słuchając potem albumu po raz kolejny poczytałem jeszcze waszych recenzji. Lubię to robić, gdy nie mam jeszcze ugruntowanego zdania o czymś. Czasami czyjeś sugestie czy opisy potrafią zwrócić moją uwagę na coś, czego sam nie dostrzegałem lub nie zwracałem uwagi. I parę uwag rzeczywiście mi nieco pomogło. Ale myślę, że przede wszystkim pomogły mi kolejne odsłuchy. Bo krok po kroku w tej zupie zacząłem rozpoznawać pewne składniki. Część i tak dalej pozostaje nierozpoznana, ale jakiś zarys powstał. Chętnie bym jeszcze z tydzień tego posłuchał i dopiero się wypowiedział, no ale terminy to terminy. Mogłem zacząć słuchać z miesiąc wcześniej.
Valley od początku wydawał mi się jednym z ciekawszych momentów na tym albumie. Początek wcale nie tak daleki od skojarzeń z Recoil. Kilka podobnych niuansików, brzmień, choć nie od razu to wyłapałem. Szczególnie od 1.30 robi się ciekawie. Bas miarowo mruczy, głęboko na tyłach majaczą motywy, które dobrze pasowałyby do np. poziomu Hydro z System Shocka 2. Dobre otwarcie albumu.
Plateau zaczyna się od kolejnych mówionych sampli i od razu zaznaczę, że ja te sample w przeciwieństwie do Hiena bardzo lubię. Kurde ten utwór czy też pewne jego elementy też w sumie nadawałyby się do SS2. A to już jest wreszcie jakiś punkt zaczepienia dla mnie. Jakiś klimacik, mikro świat, zaczyna się kreować. Może te prawie 13 minut to za długo na to, co tu się dzieje. No ale co ja tam wiem o ambientach. Plateau potwornie mnie przy pierwszych odsłuchach nudził i się dziwiłem, że wszyscy właściwie ten utwór wyróżniają. No ale doszedłem do tego etapu, że na mnie też zaczyna działać jak należy.
Oxbow lakes z zaskoczenia atakuje nas zupełnie innym klimatem. Początkowo byłem nieco zdezorientowany, ale ta pianinkowa zagrywka szybko zakodowała mi się w głowie. Naprawdę lubię ten moment i dobrze, że twórcy zdecydowali się na taki zabieg. Hienowi ta zagrywka kojarzy się z save roomami z Resident Evil i ma rację. Czyli kolejne skojarzenie z grami komputerowymi. Sam na to nie wpadłem, ale teraz dzięki tym skojarzeniom z RE lubię ten fragment jeszcze bardziej. Bo miłe dla duszy skojarzenia to przepis na sukces. Na chwilę robi się intensywniej, potem pianino znów na krótko wraca, aż wreszcie utwór ładnie wyhamowuje. Myślę, że to może być mój faworyt z albumu.
Montagne D’Or wita nas znowu mówionymi samplami. Hien wspomina o Thief (kolejna gra!) i Brosiousie, a to już całkowicie tłumaczy zasadność moich skojarzeń z System Shockiem w dwóch pierwszych utworach myślę. W końcówce robi się niezły i hałaśliwy bajzel. Te metaliczne głośne dźwięki początkowo mnie irytowały i nie mogłem zrozumieć ich sensu. Ale teraz uważam to za ciekawy i klimatyczny zabieg. Jeszcze ta końcówka. Ten utwór jest najbardziej „komputerowy” ze wszystkich.
White River Junction rozpoczyna się fantastycznymi mówionymi smplami z szeptami w tle. Bardzo to klimatyczne muszę stwierdzić. Potem jest fragment, który przenosi mnie myślami do pierwszej części Half-life. W końcowej fazie gry jest taki poziom w kosmosie. Bohater biega po jakichś wysepkach zawieszonych w przestrzeni kosmicznej w otoczeniu specyficznej flory i fauny. Nie pamiętam, czy tam w ogóle była jakaś muzyka, ale jakby wyciąć początkowe dwie minuty, to White River Junction idealnie by się tam nadawał. Choć Hien pisze jeszcze o Shogo w kontekście zagrywek perkusyjnych i w sumie też coś w tym jest.
Occidental brzmi specyficznie ale ciekawie. Mnie też jeszcze wczoraj na tym etapie albumu utwór już cholernie nużył. No ale od wczoraj się sporo zmieniło. Właściwie to dzisiejszy dzień i aż kilka odsłuchów jest takim momentem przełomowym dla tego utworu i w ogóle albumu. Kurde mam wrażenie, że jeszcze 2 odsłuchy i 3h temu zaczynając ten opis wyrażałem się w zupełnie innym tonie. Nie byłem do tej muzyki przekonany i nie miałem ugruntowanego zdania. Zawsze jednak opisując muzykę na bieżąco jej jeszcze słucham, czasami nawet kilkukrotnie. I nie pierwszy raz mi się zdarza, że podczas właśnie tych decydujących odsłuchów zmieniam w mniejszym lub większym stopniu nastawienie. Może właśnie tych dwóch słuchnięć mi jeszcze brakowało? Jak dobrze czasami się nie spieszyć z reckami tylko dać muzyce jeszcze jedną szansę, choć może się wydawać, że ona już i tak niczego raczej nie wniesie. Końcówka utworu jest naprawdę dobra. Klimat gęsty jak zupa grochowa, choć wciąż nie wiadomo, co jeszcze oprócz grochu w niej pływa. Ale w sumie nieważne, skoro ta zupa zaczęła smakować.

No i z przyczyn technicznych kończę ten opis jednak w piątek. Ale został w sumie tylko jeden utwór i w dodatku najmniej już mnie interesujący. Długo go w ogóle za bardzo nie akceptowałem, ale przegryzł się jak reszta. Choć lubię najmniej. Dubowy utwór, który rzeczywiście może przywodzić na myśl DJ Spooky, chociaż uważam, że jednak DJ miał na swoim albumie lepsze rzeczy.
Podsumowując - Orbvs Terrarvm to kolejny album, z którym miałem ciężką przeprawę. Ale znowu się udało. Chyba znów dzięki mojemu uporowi. Gdybym pisał reckę po 2-3 odsłuchach to byłyby same narzekania w stylu to nie dla mnie, nie moja bajka, nie przekonuje mnie to. No są oczywiście przypadki, kiedy mimo najlepszych chęci trzeba tak napisać, bo wszystkiego się polubić nie da. Ale jak jest szansa, to trzeba jednak wyciągać z muzyki to co najlepsze i próbować ją zrozumieć, choćby to był żmudny i czasochłonny proces. Orbvs Terrarvm to kawał naprawdę dobrej elektroniki. Nie łatwej do ogarnięcia dla laika takiego jak ja. Jak mówiłem długo słuchając tego nie potrafiłem sobie tej muzyki nigdzie umiejscowić w głowie. Nie chciał się wykreować żaden konkretny klimat. W końcu wyszło na to, że ta muzyka ma sporo wspólnego z klimatami gier komputerowych. Duża w tym zasługa Hiena, którego tu parę razy przytaczałem, a który wychwycił kilka podobieństw do różnych gier skłaniając również mnie do swoich własnych poszukiwań w tym rejonie. Bo nowej muzyki lepiej się słucha wspólnie, gdy można się na bieżąco dzielić wrażeniami i sugestiami. W każdym razie dobrze, że Melki nie zrezygnował z bestki albumowej, bo jak widać ma tutaj jeszcze sporo do powiedzenia.
Mam taką zasadę, że albumów z bestki najpierw słucham z YT lub Sportify. Dopiero jak coś mi podejdzie, to ściągam to na kompa i przenośny player. Jeszcze wczoraj rano wydawało mi się, że nie ma szans na to, bym chciał ściągnąć Orbvs Terrarvm i kontynuować z nim przygodę. No ale wszystko zmieniło się przez właściwie kilka godzin na tyle, że chcę mieć ten album i do niego wracać.
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 26 sie 2023 23:10

Wlatuję jutro, proszę nie poganiać
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA