Uruchamiam kolejkę Clear od Bomb The Bass
devotional pisze:22 cze 2023 11:00Bomb the Bass - Clear (1995)
Jest już lato, oficjalnie drugi dzień, a to oznacza letnią muzykę. Beka, że 3 miesiące temu jeszcze walił śnieg, a za 3 miesiące równie dobrze może zacząć, czas ucieka, wieczność czeka... Akurat wrzucam Wam, Porcupine Titulo Forumowicze, album, którego zawsze słucham w sierpniu. Jakieś takie przeczucie mam, że akurat do sierpnia dojedziemy z tą pozycją, może nawet na koniec miesiąca (to jeszcze lepiej w sumie), więc nie będę pierd*olił, tylko pisał. Rok 1995 obfitował w interesujące wydarzenia. Debata Kwaśniewski-Wałęsa, o której już wspomniałem w innym wątku, odejście Wildera z ThePech Mode, oblężenie Sarajewa, Ridgway wydaje jedną z najlepszych płyt w swojej karierze i to nie pod swoim nazwiskiem, pierwszy raz pojechałem z rodzicami na wczasy do Mielna, ostatni rok mieszkałem w Łodzi, a w ogóle przyszło wtedy na świat parę osób (głównie AFAB), z którymi ostatnio jakoś dużo mam do czynienia (chyba nawet za dużo...). Ale poza tym ukazało się TO. Bomb the Bass, co o nim wiemy, albo co Wy wiecie... bardziej projekt muzyczny niż zespół sensu stricto, zmontowany w drugiej połowie lat 80. przez Tima Simenona. Simenon był DJem i takim pół-producentem, który zaczął w pewnym momencie mocno eksperymentować z samplami. Do tego stopnia, że swój pierwszy numer wydany pod monikerem Bomb the Bass, tj. Beat Dis, złożył wyłącznie z sampli wziętych z innych utworów (film ten jest oparty na faktach z innych filmów), sam był autorem jedynie linii, hehe, basowej. Poszedł pierwszy album, który jest mocno eksperymentalny w brzmieniu (nawet teraz, a co dopiero wtedy, gdy tego typu muza, oparta o breakbeaty i masowe samplowanie dopiero tak naprawdę raczkowała). Sukces otrąbiony, Simenon został producentem pełną gębą, zrobił np. jeden z moich ulubionych kawałków z końca lat 80., czyli Buffalo Stance Neneh Cherry (w ogóle Neneh Cherry jest super, a kto się nie zgadza ten trąba), ale nie tylko, albowiem miał kolabo moment z moim ulubionym artystą, Johnem Foxxem. Foxx miał na przełomie lat 80. i 90. fazę na acid i house, spiknął się w Londynie z Shemem McCauleyem, znanym w środowisku producentem hip-hopowym (gość już nie żyje btw), a ten przedstawił Foxxa Simenonowi. We 3 założyli grupę Nation 12, która nagrała breakbeatową płytę w stylu mocno lo-fi o tytule Electrofear, ale ta ukazała się oficjalnie dopiero w 2005 roku, a więc 13 lat po premierze dwóch singli z tejże xD Po drodze Simenon zaliczył najlepszy swój moment w karierze z fantastycznym skądinąd krążkiem Unknown Territory (która dzięki okładce i nazwie grupy właściwie załatwiła Timowi bana w brytyjskich mediach na dłuższy czas ze względu na... Wojnę w Zatoce), potem znów uciekł w produkcję, a potem... no cóż, Clear.
Co Simenon robił po Clear to chyba wszyscy wiedzą, w sensie bezpośrednio po, mianowicie produkował Ultrę, która do dziś pozostaje moim ulubionym krążkiem Depeche Mode, od niego zresztą zacząłem swoją przygodę z zespołem już niemal 20 lat temu. Wtedy, w 2004 roku, niespecjalnie mnie obchodziło kto tam Ultrę produkował (tbh nie do końca wiedziałem, że płyty się produkuje czy coś, byłem zje*anym nastolatkiem), to mnie zainteresowało grubo dopiero po przeczytaniu biografii autorstwa Mallinsa. Jakoś w 2006 wpisałem "Bomb the Bass" pierwszy raz w wyszukiwarkę Soulseeka i zassałem cały jeden numer, Winter in July, bo... spodobał mi się tytuł (ciekawe, że to był ich najbardziej udany singiel, w sensie komercyjnie, a pochodzi właśnie z wymienionej wyżej Unknown Territory). Ale wtedy jeszcze nie chwyciło. Jeszcze. Aż nadeszło lato 2007 i wszystko się zmieniło. Przede wszystkim, związane jest to trochę z bardzo specyficznym, nieco wyizolowanym vibem roku 2007 dla mnie, a przynajmniej jego większej części. Lepiej wchodziła wtedy pewna muzyka, jak Recoil w lutym, post-rockowe Talk Talk i Kraftwerk w marcu, Nick Cave w kwietniu, ambient wiosną, a potem, no, np. Bomb the Bass. Ciekawe, że zassałem z 3 (na tamten moment na rynku były tylko 3 albumy Simenona i spółeczki, nowy, zresztą też super, tj. Future Chaos - jego fanem jest Hien - ukazał się w 2008) tylko 2 - Unknown Territory i właśnie Clear. ALE. Nie słuchałem jeszcze wtedy całych płyt od początku do końca, w sensie, miałem bardzo małą empetrójkę i chciałem mieć ze sobą po kilka ulubionych numerów każdego ulubionego wykonawcy. Dałem więc Clear szybki spin i trochę na pałę wylosowałem utwory. Które? Trzy ostatnie xD Towarzyszyły mi całe lato, od wczasów nad Morzem Czerwonym przez obóz nad Adriatykiem po Tatry Wysokie pod koniec wakacji. Wchodziły jak złoto, był to w ogóle ważny moment dla mnie, bo zaczynałem wtedy odkrywać sporo nowej muzyki, która niekoniecznie była grubo osadzona w ejtisach, odstawała od mojego ówczesnego kanonu (a zarzekałem się, że kanon będzie FOREVER), tak naprawdę mój gust się dopiero kształtował. No, co tu dużo mówić, Bomb the Bass sprzedało mnie breakbeatom, trip-hopowi i tym podobnym, choć minęło jeszcze trochę czasu, nim zacząłem innych wykonawców z gatunku eksplorować. Po powrocie ze wszystkich wojaży, jakoś tuż przed początkiem klasy maturalnej (i kursów na prawo jazdy), znów odsłuchałem Clear w całości, i ten klimat albumu, taki trochę senny, trochę nostalgiczno-sentymentalny (zwłaszcza te ostatnie utwory), ten cały feeling "końca lata" (coś, co np. 5 lat później powtórzyło dla mnie słuchane już przez Was Nocturne od Wild Nothing) dojechał mnie strasznie i wepchnął w melancholię. Well, nie, żeby to było specjalnie trudne, jakby Musiał z natury trochę jest ponury, ale jak jeszcze się trafi odpowiedni trigger... Zaczynamy jednak z wysokiego C, zarówno Bug Powder Dust jak i Sleepyhead są jednak raczej energiczne. Na pierwszym głosu udziela Justin Warfield, który sporo później zakładał w ogóle post-punkowy band She Wants Revenge, Sleepyhead już nieco zwalnia tempa (pod każdym względem, robi się nieco eterycznie), w utrzymaniu takiego vibe'u zdecydowanie pomaga jamajski muzyk Bim Sherman (też już w innym, lepszym świecie) i jego wokal. Jednak najlepsze dopiero nadchodzi - następujące po sobie wyjątkowo lubiane przeze mnie numery, a więc pachnące gęsto wręcz new age (czujecie tutaj też Ace of Base lol?) One-to-One Religion, po którym nadjeżdża gęste, niemal dubowe Darkheart, które pachnie jakimś zapyziałym, ale wciąż popularnym klubem w lekko zawilgoconej piwnicy, gdzie półnadzy ludzie poruszają się w slo-mo i oparach jaranego zielska. Jeszcze Spikey T i jego śpiew, czy bardziej melorecytacja z paroma bardziej wokalnymi momentami... Złoto. Uwielbiam ten kawałek, robi mi dobrze na mózg niemal w każdych okolicznościach. Zaraz po tym przecudownym seansie nadchodzi taki duch Bomb the Bass z poprzedniego przynajmniej krążka, w postaci If You Reach the Border, które możnaby właściwie opisać jako zapychacz, gdyby nie to, że ta muzyka jest tak fajna, iż nigdy nie mamy tu do czynienia z zapychaczami. Braindead przynosi po raz kolejny Justina Warfielda przed mikrofonem, sam kawałek brzmi jak nieco lżejsza, ale jednocześnie kwaśniejsza wersja Darkheart, taki przystępniejszy młodszy brat, ale łeb zryty dragami tak czy inaczej (w ogóle zdanie, które otwiera Bug Powder Dust otwierające płytę, myślę, że to najlepiej podsumowuje to, czego słuchamy). 5ml Barrel ciągnie ten klimat muzy z gadaniem, co bardzo przypomina mi z kolei - czy bardziej nasuwa skojarzenia z - Recoil, nie mogę się tego pozbyć z głowy (a na basie Jah Wobble, brakuje, żeby gościnnie wystąpił Eno). Jeszcze przez chwilę jest "mhrocznie", ciężkawo, ale tytułowe CLEAR przyjdzie, trzeba jeszcze kilka chwil wytrzymać, jeszcze tylko moment... Somewhere zdaje się być takim momentem przejścia pomiędzy bardzo gęsto atmosferą poprzednich numerów a tym, co mnie w Clear kupiło od razu. To jest w ogóle ciekawe, zastanawiam się, jak odbierałbym ten album, czy też Bomb the Bass w ogóle, gdybym wtedy nie zabrał ze sobą na wakacje właśnie tych 3 ostatnich ścieżek... Somewhere w ogóle momentami przypomina mi też rzeczy, jakie nagrywał Banco de Gaia. Eksperymentalne, ale wciąż przystępne i w tym konkretnym przypadku mocno osadzone w klimacie całej płyty. No i potem mamy moje Top 3 z Clear - Sandcastles z Bernardem Fowlerem na wokalu, Tidal Wave z wyjątkowo eterycznie brzmiącą Minnie Driver (i jeszcze to pianino na openingu, zawsze mam dreszcze), no i Empire - polityczno-muzyczny i ładnie podany cios w Zjednoczone Królestwo z - wtedy już będącą de facto na oucie showbizowym - Sinead O'Connor. Lepszego zakończenia nie mogło tu być.
No tak, kończy się płyta, kończy się lato (tzn. dopiero się zaczęło, ale kogo próbuję oszukać, jak dotrzemy z tym do początku września to będzie dobrze xD), zaczyna się melancholia i zaczyna się nostalgia, w ogóle jest jakoś tak... no właśnie, już mnie dziwnie skręca w środku. Potrzebuję pojechać nad morze i posłuchać Tidal Wave (cheesy, I know), usiąść na wydmie z browarem i, wicie rozumicie, reflect back on the last 20 years przynajmniej. Albo pomyślę o 1995 roku (może pojadę do Mielna z tej okazji) i o tych wszystkich ludziach, z którymi się ostatnio użerałem. Przypomnę sobie rok 2007, kiedy słuchałem Clear po raz pierwszy i się zachwycałem, ci wszyscy ludzie byli jeszcze srogimi dziećmi a ja uważałem się za Bóg wie jak dorosłego (no bo, kurde, OSIEMNAŚCIE LAT c'nie), a może nic sobie nie będę przypominał, tylko będę czilował... Moja przygoda z Bomb the Bass, co ciekawe, nie trwała jakoś bardzo długo. To był taki wykonawca dla mnie od którego mam ulubione numery, może jedną albo dwie ulubione płyty, ale żeby się tak ze wszystkim zapoznawać... Premierę Future Chaos przegapiłem, dopiero latem 2010 zaciągnąłem Back to Light (to była akurat płyta z tamtego roku) i po niej Future Chaos, ale do tego ostatniego usiadłem dopiero sporo później (tak na serio usiadłem) po rekomendacji Hiena, który też pozostaje tutaj fanem Bomb the Bass i obaj nostalgizujemy do Clear. Premierę ostatniego krążka, tj. In the Sun, co miało miejsce w maju 2013 w ogóle przegapiłem (ale też wiosna 2013 to nie był dla mnie najlepszy czas na cokolwiek trololo) i chyba do dziś jej nie słuchałem xD A przynajmniej - zupełnie szczerze - nie pamiętam. Simenon od tamtej pory zdążył się pożegnać z biznesem muzycznym i prowadzi w Londynie restaurację. Ciekawe, czy z głośników leci Bomb the Bass albo przynajmniej Neneh Cherry xD Także, no, poczujmy lato. Kto wie, ile nam ich jeszcze zostało?
https://www.youtube.com/watch?v=d4NTwMq ... -w&index=1