Best of Forum IV
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
No muszę przyznać że ładnie się spięliście Panowie, myślałem że do poniedziałku będziemy się bujać z tą kolejką jeszcze. Całkiem niezły odbiór mojej wrzutki, chętnie się dowiem czy ktoś potem sprawdzi całość która była mocno specyficzna z tego co pamiętam. Chyba najbardziej zaskoczył mnie prejz od mentosa a może nie powinien bo on lubi jednak takie dziwne, wykręcone, surowe czy jak to nazwać rzeczy. Na razie chwilowo listopadowe mroki odkładam na bok, czas na wrzutkę wspominkową, rocznicową, czyli kolejny odcinek M jak Murzyn.
Fisz - Polepiony
(2000)
Na czym to ja ostatnio skończyłem mą opowieść? A, chyba na tym że znalazłem się w takim zawieszeniu po tych wielu życiowych wybojach i zakrętach i chciałem zwyczajnie kontaktu z drugim człowiekiem, miałem dość poszukiwań i myślałem o ludziach z przeszłości przy których jednak zawsze dobrze się czułem. No i wtedy na początku października 2016 wpadłem w pracy na moją przyjaciółkę z którą już dawniej coś mnie łączyło, jednak na przestrzeni lat odbijalismy się od siebie i od innych osób w międzyczasie i ostatecznie nic z tego nie wychodziło. Prawdę mówiąc nie miałem w planach odzywać się jeszcze do niej bo wiedziałem że sporo przeszła odkąd ostatni raz się widzieliśmy i obawiałem się że znów wyjdzie z tego jakiś bałagan. Jednak upłynął miesiąc z hakiem aż się poddałem i zdecydowałem się do niej napisać na Facebooku (z braku innych kanałów komunikacji wówczas). Zaproponowałem jakąś wspólną kawę, była zaskoczona ale przystała na propozycję spotkania, problemem była niewielka ilość wolnego czasu jedynie i do spotkania doszło dopiero chyba po dwóch tygodniach. Wpadłem do niej, siedzieliśmy, rozmawialiśmy, napiliśmy się wina, było naprawdę dobrze, ja miałem potrzebę żeby się wygadać przed kimś kto mnie zrozumie i zawsze wesprze dobrym słowem i ona chyba też tego potrzebowała. Później były kolejne spotkania które miały dla mnie bardzo duży wymiar terapeutyczny bez mała, w tamtym czasie byłem naprawdę wrakiem i ona swoją osobą powoli pomogła mi poskładać się do kupy.
W tym miejscu przerwę i przejdę do kawałka który znałem na pewno wcześniej ale (tu niestety już pamięć zawodzi) albo słuchałem go w tamtym czasie albo po prostu po czasie bardzo mocno kojarzy mi się z tamtym okresem tych pierwszych spotkań po latach. "Polepiony" to kawałek Fisza, wyprodukowany przez Emade czyli tak naprawdę dzieło dwóch braci Waglewskich, synów Wojciecha Waglewskiego z grupy Voo Voo. Numer ten zasadniczo traktuje o osobie która jest jednym wielkim bałaganem, który to z kolei ogarnąć i uporządkować potrafi tylko jedna osoba - kobieta, w domyśle ukochana. Dla mnie ten kawałek ma podwójny wręcz wymiar gdyż zwrotki opowiadające o bohaterze utworu oczywiście kojarzą mi się ze sobą i moim chaotycznym charakterem, niewykluczone że wynikającym z podwójnej natury zodiakalnego Bliźniaka, jest to coś co myślę już niejeden raz doskonale mieliście okazję zaobserwować nawet na tym forum kiedy często potrafię zmienić zdanie o 180 stopni w różnych kwestiach. Druga kwestia to refren mowiący o tej kobiecie która ten bałagan ogarnia, to oczywiście kojarzy mi się z tamtymi pierwszymi spotkaniami i po prostu z tym jak moja obecna żona kawałek po kawałku swoją obecnością pomogła mi zebrać się do kupy po serii życiowych niepowodzeń. Z moim trudnym charakterem męczy się niestety do dzisiaj na własne życzenie :-) Jest to numer bardzo bliski mojemu sercu, niewykluczone że w kwestii polskiego rapu jest nawet najważniejszy, dozgonnie będzie już ciepło przypominał mi te jesienne wieczory przy winie i ten lód który topniał wtedy w moim serduchu. Kominkowy rap w sam raz na tą porę, przyjemne pianino i zaskakująco dobre, soczyste bębny który przypominają mi dokonania Q-Tipa czy J Dilli, neurotyczne zwrotki zestawione z kojącym jak balsam refrenem, czego więcej chcieć?
P.S.
I nie dopisałem czemu to wrzutka rocznicowa, ajjj.
Zastanawialiśmy się swego czasu z żoną od kiedy właściwie jesteśmy razem i jeszcze przed ślubem uznaliśmy że najlepszą datą do świętowania będzie po prostu 7 listopada - dzień kiedy do niej napisałem, ten najważniejszy pierwszy (po przerwie) krok.
https://youtu.be/7bwypUV_v2c?si=FI45l2ySDHVtmI7H
Fisz - Polepiony
(2000)
Na czym to ja ostatnio skończyłem mą opowieść? A, chyba na tym że znalazłem się w takim zawieszeniu po tych wielu życiowych wybojach i zakrętach i chciałem zwyczajnie kontaktu z drugim człowiekiem, miałem dość poszukiwań i myślałem o ludziach z przeszłości przy których jednak zawsze dobrze się czułem. No i wtedy na początku października 2016 wpadłem w pracy na moją przyjaciółkę z którą już dawniej coś mnie łączyło, jednak na przestrzeni lat odbijalismy się od siebie i od innych osób w międzyczasie i ostatecznie nic z tego nie wychodziło. Prawdę mówiąc nie miałem w planach odzywać się jeszcze do niej bo wiedziałem że sporo przeszła odkąd ostatni raz się widzieliśmy i obawiałem się że znów wyjdzie z tego jakiś bałagan. Jednak upłynął miesiąc z hakiem aż się poddałem i zdecydowałem się do niej napisać na Facebooku (z braku innych kanałów komunikacji wówczas). Zaproponowałem jakąś wspólną kawę, była zaskoczona ale przystała na propozycję spotkania, problemem była niewielka ilość wolnego czasu jedynie i do spotkania doszło dopiero chyba po dwóch tygodniach. Wpadłem do niej, siedzieliśmy, rozmawialiśmy, napiliśmy się wina, było naprawdę dobrze, ja miałem potrzebę żeby się wygadać przed kimś kto mnie zrozumie i zawsze wesprze dobrym słowem i ona chyba też tego potrzebowała. Później były kolejne spotkania które miały dla mnie bardzo duży wymiar terapeutyczny bez mała, w tamtym czasie byłem naprawdę wrakiem i ona swoją osobą powoli pomogła mi poskładać się do kupy.
W tym miejscu przerwę i przejdę do kawałka który znałem na pewno wcześniej ale (tu niestety już pamięć zawodzi) albo słuchałem go w tamtym czasie albo po prostu po czasie bardzo mocno kojarzy mi się z tamtym okresem tych pierwszych spotkań po latach. "Polepiony" to kawałek Fisza, wyprodukowany przez Emade czyli tak naprawdę dzieło dwóch braci Waglewskich, synów Wojciecha Waglewskiego z grupy Voo Voo. Numer ten zasadniczo traktuje o osobie która jest jednym wielkim bałaganem, który to z kolei ogarnąć i uporządkować potrafi tylko jedna osoba - kobieta, w domyśle ukochana. Dla mnie ten kawałek ma podwójny wręcz wymiar gdyż zwrotki opowiadające o bohaterze utworu oczywiście kojarzą mi się ze sobą i moim chaotycznym charakterem, niewykluczone że wynikającym z podwójnej natury zodiakalnego Bliźniaka, jest to coś co myślę już niejeden raz doskonale mieliście okazję zaobserwować nawet na tym forum kiedy często potrafię zmienić zdanie o 180 stopni w różnych kwestiach. Druga kwestia to refren mowiący o tej kobiecie która ten bałagan ogarnia, to oczywiście kojarzy mi się z tamtymi pierwszymi spotkaniami i po prostu z tym jak moja obecna żona kawałek po kawałku swoją obecnością pomogła mi zebrać się do kupy po serii życiowych niepowodzeń. Z moim trudnym charakterem męczy się niestety do dzisiaj na własne życzenie :-) Jest to numer bardzo bliski mojemu sercu, niewykluczone że w kwestii polskiego rapu jest nawet najważniejszy, dozgonnie będzie już ciepło przypominał mi te jesienne wieczory przy winie i ten lód który topniał wtedy w moim serduchu. Kominkowy rap w sam raz na tą porę, przyjemne pianino i zaskakująco dobre, soczyste bębny który przypominają mi dokonania Q-Tipa czy J Dilli, neurotyczne zwrotki zestawione z kojącym jak balsam refrenem, czego więcej chcieć?
P.S.
I nie dopisałem czemu to wrzutka rocznicowa, ajjj.
Zastanawialiśmy się swego czasu z żoną od kiedy właściwie jesteśmy razem i jeszcze przed ślubem uznaliśmy że najlepszą datą do świętowania będzie po prostu 7 listopada - dzień kiedy do niej napisałem, ten najważniejszy pierwszy (po przerwie) krok.
https://youtu.be/7bwypUV_v2c?si=FI45l2ySDHVtmI7H
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Piano Magic – The Nostalgist
Ten zespół i ten utwór powinny już dawno temu znaleźć się w tej bestce, ale że pierwsza 25-tka miała tylko 25 pozycji, a potem bardziej mi odpowiadało rocznicowo-sezonowe podejście do sprawy, to jedna z moich ulubionych grup musiała czekać do czwartej transzy. W każdym razie, trochę historii: Piano Magic poznałem w 2002 r., słysząc pewien utwór, który był grubym kontenderem do pojawienia się w bestce i obstawiam, że ostatecznie się w niej pojawi, ale w późniejszym terminie. Jest to zespół o muzycznie bardzo niespójnych początkach, niech przykładem będzie to, że debiut był niemal w całości elektroniczny, a drugi album post-rockowy. Z biegiem lat, Piano Magic wykształcili indywidualny styl, który został bardzo trafnie określony jako ghost rock. Zespół znany jest z zapraszania wielu gościnnych wokalistów, ale ja zaprezentuję utwór, w którym rolę tę pełni lider i wokalista PM – Glen Johnson.
„The Nostalgist” to kawałek, który wspaniale oddaje to, co przechodzą ludzie chorobliwie nostalgiczni, tacy jak ja i Musiał. Utwór kojarzy mi się przede wszystkim z jesienią 2007 r., kiedy zacząłem studia i moje życia z gównianego, nagle zaczęło się robić spoko. Znowu znalazłem się w towarzystwie ludzi w moim wieku (i co warto podkreślić, zajebistych ludzi), korzystałem ze wszystkich plusów bycia studentem, mogłem w końcu dać głowie odpocząć, po dwóch latach nieskutecznych prób dostania się na ASP i czucia się jak gówno najgorszego sortu. To była niezwykle mroczna jesień, bardzo deszczowa, generalnie cały czas było ciemno. Siedziałem wtedy w domu wieczorami i odkrywałem nową dla siebie muzykę. Z tego okresu będzie pochodziło wiele, wiele przyszłych wrzutek. Akurat Piano Magic nie byli żadną nowością, natomiast przyjechali tamtego roku na dwa koncerty do Polski, jeden odbył się na Off Festiwalu (dowiedziałem się o nim kiedy już było za późno), a drugi, w listopadzie, w Chorzowie z okazji festiwalu Ars Cameralis, który odbywał się w Teatrze Rozrywki. Idealne miejsce na koncert takiego zespołu. Pojechałem tam z ojcem, który potem mi bardzo za to dziękował i do dziś sam słucha PM.
„The Nostalgist” już wtedy był mocno faworyzowanym przeze mnie kawałkiem. Nie wiem ilu z Was miało Myspace’a w latach jego świetności, czyli w latach 2005-2006, ja miałem zarówno profil muzyczny, jak i prywatny. Na tym drugim, można było ustawić sobie piosenkę, która odpalała się po wejściu na profil, no i ja miałem ustawione „The Nostalgist”, to było jakoś w 2006 r. Koncert w 2007 r. mocno mnie zultrasował. Zagrali wtedy „The Nostalgist” i wyszło to wybitnie, zresztą cały ten koncert to było niezwykłe doświadczenie i trudno mi uwierzyć, że to było 16 lat temu. Tamten wieczór zresztą zmienił być może kierunek, w którym zmierzało moje życie, więc co bym nie napisał o nim, to będzie mało.
O utworze samym w sobie więcej nie będę pisał, bo tu nie ma co psuć wrażeń jakimś moim bełkotem, po prostu tego posłuchajcie i tyle.
https://youtu.be/Qaoj03TU848
Ten zespół i ten utwór powinny już dawno temu znaleźć się w tej bestce, ale że pierwsza 25-tka miała tylko 25 pozycji, a potem bardziej mi odpowiadało rocznicowo-sezonowe podejście do sprawy, to jedna z moich ulubionych grup musiała czekać do czwartej transzy. W każdym razie, trochę historii: Piano Magic poznałem w 2002 r., słysząc pewien utwór, który był grubym kontenderem do pojawienia się w bestce i obstawiam, że ostatecznie się w niej pojawi, ale w późniejszym terminie. Jest to zespół o muzycznie bardzo niespójnych początkach, niech przykładem będzie to, że debiut był niemal w całości elektroniczny, a drugi album post-rockowy. Z biegiem lat, Piano Magic wykształcili indywidualny styl, który został bardzo trafnie określony jako ghost rock. Zespół znany jest z zapraszania wielu gościnnych wokalistów, ale ja zaprezentuję utwór, w którym rolę tę pełni lider i wokalista PM – Glen Johnson.
„The Nostalgist” to kawałek, który wspaniale oddaje to, co przechodzą ludzie chorobliwie nostalgiczni, tacy jak ja i Musiał. Utwór kojarzy mi się przede wszystkim z jesienią 2007 r., kiedy zacząłem studia i moje życia z gównianego, nagle zaczęło się robić spoko. Znowu znalazłem się w towarzystwie ludzi w moim wieku (i co warto podkreślić, zajebistych ludzi), korzystałem ze wszystkich plusów bycia studentem, mogłem w końcu dać głowie odpocząć, po dwóch latach nieskutecznych prób dostania się na ASP i czucia się jak gówno najgorszego sortu. To była niezwykle mroczna jesień, bardzo deszczowa, generalnie cały czas było ciemno. Siedziałem wtedy w domu wieczorami i odkrywałem nową dla siebie muzykę. Z tego okresu będzie pochodziło wiele, wiele przyszłych wrzutek. Akurat Piano Magic nie byli żadną nowością, natomiast przyjechali tamtego roku na dwa koncerty do Polski, jeden odbył się na Off Festiwalu (dowiedziałem się o nim kiedy już było za późno), a drugi, w listopadzie, w Chorzowie z okazji festiwalu Ars Cameralis, który odbywał się w Teatrze Rozrywki. Idealne miejsce na koncert takiego zespołu. Pojechałem tam z ojcem, który potem mi bardzo za to dziękował i do dziś sam słucha PM.
„The Nostalgist” już wtedy był mocno faworyzowanym przeze mnie kawałkiem. Nie wiem ilu z Was miało Myspace’a w latach jego świetności, czyli w latach 2005-2006, ja miałem zarówno profil muzyczny, jak i prywatny. Na tym drugim, można było ustawić sobie piosenkę, która odpalała się po wejściu na profil, no i ja miałem ustawione „The Nostalgist”, to było jakoś w 2006 r. Koncert w 2007 r. mocno mnie zultrasował. Zagrali wtedy „The Nostalgist” i wyszło to wybitnie, zresztą cały ten koncert to było niezwykłe doświadczenie i trudno mi uwierzyć, że to było 16 lat temu. Tamten wieczór zresztą zmienił być może kierunek, w którym zmierzało moje życie, więc co bym nie napisał o nim, to będzie mało.
O utworze samym w sobie więcej nie będę pisał, bo tu nie ma co psuć wrażeń jakimś moim bełkotem, po prostu tego posłuchajcie i tyle.
https://youtu.be/Qaoj03TU848
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
this one is for A
Mery Spolsky - Kosmiczna dziewczyna (2019)
Na początku studiów dalej żyłem w bańce fałszywych wyobrażeń na temat różnych interakcji międzyludzkich. Jak kochać to w pełni gorliwie, ale bez pełnej świadomości tego, z czym się wiąże cała emocjonalna fiksacja. Jak rozstania to w atmosferze tych poważnych rozmów, które nie prowadzą do sensownego finału, a jedynie zwiększają napięcie, nerwy, stres. Wtedy pewnie myślałem, że przyjdzie to naturalnie razem ze zmianą otoczenia. Nic bardziej mylnego. Potrzeba było jeszcze więcej nowych impulsów, totalnego odcięcia. Pozostawienia przy sobie tylko tych, których obecność wokół miała sens i znaczenie.
Rok 2020 zaczynał się obiecująco. Sylwestra spędziłem w domu rodzinnym, ale potem jak nigdy dotąd obrodziło w wyjazdy, spotkania plenerowe, luźne biby z najbliższymi przyjaciółmi. Było tak pomimo przesiedzenia w domu przynajmniej trzech miesięcy bez przerwy. W pierwszych dniach stycznia nikt nie brałby takiego scenariusza na poważnie. Szczególnie ja, wtedy poważnie myślący o bliższej relacji z niedawno poznaną osobą z okolic Kłodzka. Właśnie tam pojechałem parę dni po Sylwestrze pojechałem, by się spotkać. Wcześniej kontakt internetowy był całkiem niezły, momentami dość bogaty w ostrzejsze wymiany. To był pierwszy raz pociągiem w tamtą stronę. Trasa Wałbrzych-Kłodzko to jeden z piękniejszych szlaków kolejowych w Polsce, otoczenie wzmacniało wrażenie wyprawy w ciekawe miejsce, by wreszcie na żywo poznać dość introwertyczną, frapującą duszyczkę. Pobujaliśmy się po centrum, poszliśmy na pizzę, samochodem objechaliśmy okolicę. Byłem pod bardzo dobrym wrażeniem. Szybko jednak wyparowało, gdy zorientowałem się, że niedługo potem trwały już pochody pod innego gościa. Nic w tym złego, ale poczułem się oszukany. Po czasie myślę, że sporą zasługę dla takiego myślenia zrobiła wtedy jeszcze klasyczna strategia zbyt dokładnego rozmyślania kroków na drodze do czegoś na kształt związku. Gdy przestałem drobiazgowo analizować, rozkminiać i dzielić włos na czworo, wszystko stało się znacznie ciekawsze, wygodniejsze, atrakcyjniejsze, bogatsze w doznania. Wtedy byłem tego świadomy, ale miałem w sobie jeszcze trochę oporu. Mieliśmy bliższy kontakt przez kolejne tygodnie. Potem chyba sam zasugerowałem, że chodzi mi o coś więcej, co druga strona odebrała z lekkim zaskoczeniem. Wtedy skończyło się poważną dramą i zerwaniem kontaktu. Dobrze wyszło, bo po dłuższej przerwie wróciło z ciekawszą energią, a nawet interesującymi, choć być może toksycznymi możliwości rozwoju relacji w dotychczas nieuwzględnianym kierunku. Nie trzeba pisać codziennie, by być z kimś w komitywie. Do dziś drzemie w tym potencjał na kolejne ciekawe anegdotki na przyszłość. Ciekawy umysł i dobra sylwetka...
A Mery Spolsky? Leciała właśnie podczas wspominanej przejażdżki samochodem. Możliwe, że Kosmiczna dziewczyna została w głowie najdłużej, bo po dramie wróciłem w pierwszej kolejności do niej. Pocieszałem się, że chociaż dobra muzyka potowarzyszy mi dłuższą chwilę... to już prawie cztery lata od tamtych chwil, ale niektóre kawałki z Dekalogu Spolsky wciąż odbieram z podobną świeżością, pełną energią. Kosmiczna dostała swój moment podczas tegorocznego incydentu warszawskiego, choć okazała się za ciężka jak na klimat panujący na chacie. Fani Mery pewnie odbierają ten kawałek bardziej pesymistycznie. W sytuacji ogólnej chujowości nastroju też dostrzegam tu pewne smutki, ale poza tym to po prostu kawałek dobrego, nastrojowego electropopu. Lubię ten bit, zbiegające w różne strony efekty, leciutko tajemniczy tekst. Żyję z tym kawałkiem dobrze, choć jest tu zaklęta konkretna atmosfera i dzień w kalendarzu. Podskórnie po latach dostrzegam w tym tekście swoją perspektywę w relacji z tamtych czasów... Teraz to już tylko materiał na takie oderwane w czasie historyjki, a cekinowe loty i tak są spoko. Pozwólcie sobie na jeden.
https://www.youtube.com/watch?v=XdvcHHUBxzU
hmm to mogę wracać do najnowszego singla młodej leokadii, banger
Mery Spolsky - Kosmiczna dziewczyna (2019)
Na początku studiów dalej żyłem w bańce fałszywych wyobrażeń na temat różnych interakcji międzyludzkich. Jak kochać to w pełni gorliwie, ale bez pełnej świadomości tego, z czym się wiąże cała emocjonalna fiksacja. Jak rozstania to w atmosferze tych poważnych rozmów, które nie prowadzą do sensownego finału, a jedynie zwiększają napięcie, nerwy, stres. Wtedy pewnie myślałem, że przyjdzie to naturalnie razem ze zmianą otoczenia. Nic bardziej mylnego. Potrzeba było jeszcze więcej nowych impulsów, totalnego odcięcia. Pozostawienia przy sobie tylko tych, których obecność wokół miała sens i znaczenie.
Rok 2020 zaczynał się obiecująco. Sylwestra spędziłem w domu rodzinnym, ale potem jak nigdy dotąd obrodziło w wyjazdy, spotkania plenerowe, luźne biby z najbliższymi przyjaciółmi. Było tak pomimo przesiedzenia w domu przynajmniej trzech miesięcy bez przerwy. W pierwszych dniach stycznia nikt nie brałby takiego scenariusza na poważnie. Szczególnie ja, wtedy poważnie myślący o bliższej relacji z niedawno poznaną osobą z okolic Kłodzka. Właśnie tam pojechałem parę dni po Sylwestrze pojechałem, by się spotkać. Wcześniej kontakt internetowy był całkiem niezły, momentami dość bogaty w ostrzejsze wymiany. To był pierwszy raz pociągiem w tamtą stronę. Trasa Wałbrzych-Kłodzko to jeden z piękniejszych szlaków kolejowych w Polsce, otoczenie wzmacniało wrażenie wyprawy w ciekawe miejsce, by wreszcie na żywo poznać dość introwertyczną, frapującą duszyczkę. Pobujaliśmy się po centrum, poszliśmy na pizzę, samochodem objechaliśmy okolicę. Byłem pod bardzo dobrym wrażeniem. Szybko jednak wyparowało, gdy zorientowałem się, że niedługo potem trwały już pochody pod innego gościa. Nic w tym złego, ale poczułem się oszukany. Po czasie myślę, że sporą zasługę dla takiego myślenia zrobiła wtedy jeszcze klasyczna strategia zbyt dokładnego rozmyślania kroków na drodze do czegoś na kształt związku. Gdy przestałem drobiazgowo analizować, rozkminiać i dzielić włos na czworo, wszystko stało się znacznie ciekawsze, wygodniejsze, atrakcyjniejsze, bogatsze w doznania. Wtedy byłem tego świadomy, ale miałem w sobie jeszcze trochę oporu. Mieliśmy bliższy kontakt przez kolejne tygodnie. Potem chyba sam zasugerowałem, że chodzi mi o coś więcej, co druga strona odebrała z lekkim zaskoczeniem. Wtedy skończyło się poważną dramą i zerwaniem kontaktu. Dobrze wyszło, bo po dłuższej przerwie wróciło z ciekawszą energią, a nawet interesującymi, choć być może toksycznymi możliwości rozwoju relacji w dotychczas nieuwzględnianym kierunku. Nie trzeba pisać codziennie, by być z kimś w komitywie. Do dziś drzemie w tym potencjał na kolejne ciekawe anegdotki na przyszłość. Ciekawy umysł i dobra sylwetka...
A Mery Spolsky? Leciała właśnie podczas wspominanej przejażdżki samochodem. Możliwe, że Kosmiczna dziewczyna została w głowie najdłużej, bo po dramie wróciłem w pierwszej kolejności do niej. Pocieszałem się, że chociaż dobra muzyka potowarzyszy mi dłuższą chwilę... to już prawie cztery lata od tamtych chwil, ale niektóre kawałki z Dekalogu Spolsky wciąż odbieram z podobną świeżością, pełną energią. Kosmiczna dostała swój moment podczas tegorocznego incydentu warszawskiego, choć okazała się za ciężka jak na klimat panujący na chacie. Fani Mery pewnie odbierają ten kawałek bardziej pesymistycznie. W sytuacji ogólnej chujowości nastroju też dostrzegam tu pewne smutki, ale poza tym to po prostu kawałek dobrego, nastrojowego electropopu. Lubię ten bit, zbiegające w różne strony efekty, leciutko tajemniczy tekst. Żyję z tym kawałkiem dobrze, choć jest tu zaklęta konkretna atmosfera i dzień w kalendarzu. Podskórnie po latach dostrzegam w tym tekście swoją perspektywę w relacji z tamtych czasów... Teraz to już tylko materiał na takie oderwane w czasie historyjki, a cekinowe loty i tak są spoko. Pozwólcie sobie na jeden.
https://www.youtube.com/watch?v=XdvcHHUBxzU
hmm to mogę wracać do najnowszego singla młodej leokadii, banger
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
PS Wróciłem do tego Bonus Fruita i jednak wraca na listę potencjalnych kandydatów do wylądowania w albumówce, w kontekście całej płyty stanie się jasne, czemu uważam to za vapor
Szanuję tych, którzy poczuli vibe. Dissatisfied to muzyczny emocjonalny rollercoaster, dobrze że poznaliście pierwszy etap tej przejażdżki.
Szanuję tych, którzy poczuli vibe. Dissatisfied to muzyczny emocjonalny rollercoaster, dobrze że poznaliście pierwszy etap tej przejażdżki.
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Tarkan - Sikidim (Hepsi Senin Mi)
Tarkan to mieszkający w Niemczech syn tureckich imigrantów. Miał swego czasu swoje 5 minut dzięki przebojowi Simarik. Często był puszczany w eterze, a sam Tarkan nazywany był „królem tureckiej muzyki pop”. Jakoś pod koniec lat 90’ kupiłem sobie album „Tarkan” z 1998 będący kompilacją jego przebojów nagranych między 1994-97. Było tam kilka dobrych popowych przebojów z Sidikim na czele. Co prawda arabskiego twardego folku nie lubię (a w Syrii mimowolnie się tego nasłuchałem niejako przy okazji), ale lubię w muzyce popularnej te arabskie wpływy. Sidikim to popowy przebój z typowo orientalnymi akcentami. Zarówno w warstwie brzmieniowej jak i wokalnej. Dużo tu smyków jak na muzykę arabską przystało. Jest wyrazista melodia, ładna akustyczna gitara, dobry głos Tarkana. Jest przebojowo. Do tego tekst w języku tureckim dodaje kolorytu piosence. Zawsze właśnie ten utwór z repertuaru Tarkana szczególnie lubiłem i nadal lubię. Macie więc ode mnie odrobinę orientalnej muzyki w ten mglisty listopadowy dzień.
Nie muszę chyba dodawać, że słuchanie Tarkana w Syrii pośród pustego, jałowego i kamienistego arabskiego krajobrazu było niezwykle klimatycznym przeżyciem.
https://www.youtube.com/watch?v=5HQRgkrafSM
Tarkan to mieszkający w Niemczech syn tureckich imigrantów. Miał swego czasu swoje 5 minut dzięki przebojowi Simarik. Często był puszczany w eterze, a sam Tarkan nazywany był „królem tureckiej muzyki pop”. Jakoś pod koniec lat 90’ kupiłem sobie album „Tarkan” z 1998 będący kompilacją jego przebojów nagranych między 1994-97. Było tam kilka dobrych popowych przebojów z Sidikim na czele. Co prawda arabskiego twardego folku nie lubię (a w Syrii mimowolnie się tego nasłuchałem niejako przy okazji), ale lubię w muzyce popularnej te arabskie wpływy. Sidikim to popowy przebój z typowo orientalnymi akcentami. Zarówno w warstwie brzmieniowej jak i wokalnej. Dużo tu smyków jak na muzykę arabską przystało. Jest wyrazista melodia, ładna akustyczna gitara, dobry głos Tarkana. Jest przebojowo. Do tego tekst w języku tureckim dodaje kolorytu piosence. Zawsze właśnie ten utwór z repertuaru Tarkana szczególnie lubiłem i nadal lubię. Macie więc ode mnie odrobinę orientalnej muzyki w ten mglisty listopadowy dzień.
Nie muszę chyba dodawać, że słuchanie Tarkana w Syrii pośród pustego, jałowego i kamienistego arabskiego krajobrazu było niezwykle klimatycznym przeżyciem.
https://www.youtube.com/watch?v=5HQRgkrafSM
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Princess Chelsea - No Church on Sunday (2015)
Był już Lanegan ze swoim zespołem jako No Bells on Sunday, czas na No Church on Sunday, właściwie te dwie rzeczy się w jakiś sposób ze sobą łączą, czyż nie? Jednakowoż obydwu wykonawców postawić obok siebie nie sposób, może jako-tako przez pochodzenie - celtycko-amerykański Lanegan obok anglosasko-nowozelandzkiej Chelsea Nikkel, jakaś tam wspólnota kulturowa może istnieje. Muzycznie dwa różne światy.
Princess Chelsea to pseudonim artystyczny Chelsea Nikkel właśnie, nowozelandzkiej piosenkarki, która zdobyła niemały fejm nieco przypadkiem - wideo do jej pierwszego singla ever, jakim była (jest) piosenka The Cigarette Duet stało się synonimem hipsterstwa u początków drugiej dekady XXI wieku (2011 rok, o ile mnie pamięć nie myli, a rzadko mnie myli w takich kwestiach). Kto nie widział, niech zobaczy, zrozumie ocb. Piosenka owa, będąca ładnie podanym dissem na palaczy stała się dzięki klipowi viralem, który wystrzelił jej popularność raptem w okolicach premiery pierwszej płyty. Płyty, za którą odpowiedzialny był jej chłopak (zdaje się, że wciąż jest to jej chłopak)... Jonathan Bree, którego już tutaj raz wrzucałem. Obydwa te uniwersa się przenikają. Bree robi za drugi wokal na The Cigarette Duet, gra u niej na gitarach, współprodukuje płyty, za to Princess Chelsea robi mu chórki i klawisze na jego solowych dziełach (teraz znów oboje koncertują, obecnie po Stanach). Jak na nią wpadłem? Przez miniaturkę wideo do The Cigarette Duet właśnie xD Miałem wtedy jeszcze - a był to początek jesieni 2015 - trochę fazy na hipsterskie granie (trwała u mnie niemal nieprzerwanie od lutego 2012), no i gdzieś słyszałem o tym kawałku, ale nie sam kawałek. Odpaliłem, spodobało mi się, zassałem album, spodobało mi się jeszcze bardziej. Akurat się tak złożyło, że tamtego roku, tj. 2015, wydała ona nowy krążek, który też szybko wpadł w moje ręce. Nazywa się The Great Cybernetic Depression i moim zdaniem jest lepszy od tego pierwszego. Wylazły z niego 3 single, w tym kolejny, gdzie śpiewa razem z Bree, i nawet się zastanawiałem, czy go nie wrzucić, ale No Church on Sunday jest jednak lepsze i lepiej oddaje moje nastroje z czasów słuchania tej płyty po raz pierwszy. Był to przełom października i listopada 2015, spędzałem tamten czas z pewnych powodów właściwie w pojedynkę (choć byłem w związku, skomplikowana historia), jesień była mroczna i szaro-czarna, ale bardzo mi się to wtedy podobało. Warszawa przypominała przez kilka chwil tę, którą zapamiętałem z lutego 2007 - pusta, wyludniona, jakaś taka obca. Mieszkałem w lesie (dosłownie do tego samego lasu teraz wracam) i było spoko. Zwłaszcza muzycznie.
No Church on Sunday to dość melancholijny numer, do którego tekst napisała kumpela Chelsea Nikkel. Charakter brzmienia kawałka pachnie oczywiście hipsterką, ale raczej nie taką do tańczenia a do typowo jesiennej kontemplacji wszechrzeczy. Princess Chelsea ma bardzo dziewczęcy głos, który świetnie pasuje do takiej muzyki, choć słyszałem już opinie, że zbyt długa nań ekspozycja powoduje rozdrażnienie. Nie u mnie, na pewno nie w każdym kawałku, ale no każdemu jego porno. Mnie się osobiście podoba, wczoraj był taki piękny i ekstremalnie szary dzień, do którego ta właśnie piosenka stanowiła idealne tło. Wracam więc 8 lat do tyłu (nie jestem w stanie wciąż uwierzyć w to, że tyle czasu od tamtej pory minęło, to jest wprost odjazd) i zanurzam się w jesieni. I Wam polecam serdecznie, miłego słuchania ^^
https://www.youtube.com/watch?v=KTp2n0DN_ns
Był już Lanegan ze swoim zespołem jako No Bells on Sunday, czas na No Church on Sunday, właściwie te dwie rzeczy się w jakiś sposób ze sobą łączą, czyż nie? Jednakowoż obydwu wykonawców postawić obok siebie nie sposób, może jako-tako przez pochodzenie - celtycko-amerykański Lanegan obok anglosasko-nowozelandzkiej Chelsea Nikkel, jakaś tam wspólnota kulturowa może istnieje. Muzycznie dwa różne światy.
Princess Chelsea to pseudonim artystyczny Chelsea Nikkel właśnie, nowozelandzkiej piosenkarki, która zdobyła niemały fejm nieco przypadkiem - wideo do jej pierwszego singla ever, jakim była (jest) piosenka The Cigarette Duet stało się synonimem hipsterstwa u początków drugiej dekady XXI wieku (2011 rok, o ile mnie pamięć nie myli, a rzadko mnie myli w takich kwestiach). Kto nie widział, niech zobaczy, zrozumie ocb. Piosenka owa, będąca ładnie podanym dissem na palaczy stała się dzięki klipowi viralem, który wystrzelił jej popularność raptem w okolicach premiery pierwszej płyty. Płyty, za którą odpowiedzialny był jej chłopak (zdaje się, że wciąż jest to jej chłopak)... Jonathan Bree, którego już tutaj raz wrzucałem. Obydwa te uniwersa się przenikają. Bree robi za drugi wokal na The Cigarette Duet, gra u niej na gitarach, współprodukuje płyty, za to Princess Chelsea robi mu chórki i klawisze na jego solowych dziełach (teraz znów oboje koncertują, obecnie po Stanach). Jak na nią wpadłem? Przez miniaturkę wideo do The Cigarette Duet właśnie xD Miałem wtedy jeszcze - a był to początek jesieni 2015 - trochę fazy na hipsterskie granie (trwała u mnie niemal nieprzerwanie od lutego 2012), no i gdzieś słyszałem o tym kawałku, ale nie sam kawałek. Odpaliłem, spodobało mi się, zassałem album, spodobało mi się jeszcze bardziej. Akurat się tak złożyło, że tamtego roku, tj. 2015, wydała ona nowy krążek, który też szybko wpadł w moje ręce. Nazywa się The Great Cybernetic Depression i moim zdaniem jest lepszy od tego pierwszego. Wylazły z niego 3 single, w tym kolejny, gdzie śpiewa razem z Bree, i nawet się zastanawiałem, czy go nie wrzucić, ale No Church on Sunday jest jednak lepsze i lepiej oddaje moje nastroje z czasów słuchania tej płyty po raz pierwszy. Był to przełom października i listopada 2015, spędzałem tamten czas z pewnych powodów właściwie w pojedynkę (choć byłem w związku, skomplikowana historia), jesień była mroczna i szaro-czarna, ale bardzo mi się to wtedy podobało. Warszawa przypominała przez kilka chwil tę, którą zapamiętałem z lutego 2007 - pusta, wyludniona, jakaś taka obca. Mieszkałem w lesie (dosłownie do tego samego lasu teraz wracam) i było spoko. Zwłaszcza muzycznie.
No Church on Sunday to dość melancholijny numer, do którego tekst napisała kumpela Chelsea Nikkel. Charakter brzmienia kawałka pachnie oczywiście hipsterką, ale raczej nie taką do tańczenia a do typowo jesiennej kontemplacji wszechrzeczy. Princess Chelsea ma bardzo dziewczęcy głos, który świetnie pasuje do takiej muzyki, choć słyszałem już opinie, że zbyt długa nań ekspozycja powoduje rozdrażnienie. Nie u mnie, na pewno nie w każdym kawałku, ale no każdemu jego porno. Mnie się osobiście podoba, wczoraj był taki piękny i ekstremalnie szary dzień, do którego ta właśnie piosenka stanowiła idealne tło. Wracam więc 8 lat do tyłu (nie jestem w stanie wciąż uwierzyć w to, że tyle czasu od tamtej pory minęło, to jest wprost odjazd) i zanurzam się w jesieni. I Wam polecam serdecznie, miłego słuchania ^^
https://www.youtube.com/watch?v=KTp2n0DN_ns
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Fajnie, że moja wrzuta spotkała się z niemal jednoznacznym aplauzem. Nie spodziewałem się, ale to pewnie dlatego, że ja generalnie w życiu nie spodziewam się niczego dobrego. Cykl o zmianach odraczam na czas nieokreślony, najpewniej na świętego Nigdy
The The - This Is The Day
No dobra, w sumie to tak po prawdzie ta wrzuta miała tenże cykl zainaugorwać. Jako człowiek, który jednocześnie lubi planować i taki, którego plany wyglądają tak, że macham ręką i stwierdzam, że idę grać w CSa, rozważałem kilka koncepcji jak się za coś takiego zabrać. A to chciałem objąć klamrą pewien okres, który wydawał mi się kluczowy i już w sumie nawet takowy sobie wybrałem, po czym twierdziłem, że jednak muszę go poszerzyć, a potem zwęzić, a później to w ogóle stwiedziłem, że ta epoka nie była tak przełomowa, jak mi się wydawało, bo wtedy i owedy wydarzyło się coś tam. Potem to w ogóle chciałem w ogóle pisać o wszystkich epokowych momentach mojego zycia, ale uznałem, że momentami tej prywaty byłoby za dużo jak na miejsce, w którym jestem zarejestrowanym pod nickiem, z którego kojarzy mnie większość znajomych, a w ogóle to jakby robię to zazwyczaj.
Moje dywagacje kończą się na tym, że wrzucam The The. Zespół istnieje od końca lat 70, jego jedynym stałym członkiem przez cały czas jest Matt Johnson, swego czasu wydawało ich 4AD i w sumie to tyle, bo znowu nie wkręcałem się jakoś szczególnie w dyskografię ani uniwersum tego zespołu, toteż nie rozpiszę o tym, kto tam przychodził, kto tam odchodził, a kto grał na tamburynach i czemu polecam płytę wydaną po reaktywacji w 2003, chociaż zna ją tylko 7 osób, a lubi -3. Prawdę powiedziawszy znam tylko powszechnie szanowany debiut, więc jestem pozerem na maksa, bez cukru, bo poza tym to w ogóle zapodaję wam singla, a jakby tego było mało, to jeden z tych "Endżojów". Szczerze mówiąc, wydawało mi się, że w sumie to tak być nie musi, że może i mają na koncie jakieś większe przeboje, ale szybko postanowiłem to sprawdzić. O ile odtworzenia na laście można traktować bardziej jako ciekawostkę w 2023 roku, tak Spotify jasno twierdzi, że nic takiego nie ma, także ten.
Niemniej, jest to kawałek dla mnie ważny i w ogóle. Pewnikiem nikt z was nie zadaje sobie pytania dlaczego miałby pojawić się w tym niesamowitym cyklu o zmianach? Ano dlatego, że mocno mi się kojarzy z pewnym okresem w moim życiu, w którym - nie uwierzycie - doszło do poważnych zmian, w którym można powiedzieć, że zakończyła się pewna epoka. Pewna era, która trwała kilka lat, która zaczynała się od czasów tak mrocznych i podłych, że myślałem, że to koniec, że to totalne dno, ale parę decyzji, które mogłyby się wydawać niepopularne i nielogiczne, szczypta szczęścia oraz odrobina dziwactwa sprawiły, że wspominam ją z uśmiechem na ustach. Nie muszę mówić, że chodzi o koniec kadencji Nawałki, chociaż można byłoby zaryzykować tezę, że rozstanie z ówczesną dziewczyną oraz przeprowadzka też były dla mnie trochę ważnymi wydarzeniami.
Jakkolwiek niepoważny byłby powyższy aka, tak jednak serio to był pewien koniec pewnej ery i początek kolejnej, raczej dość chujowej. O późniejsych niepowodzeniach i porażkach rozpisywałem się i pewnie rozpiszę, ale generalnie to LIPNIE było aż do wybuchu pandemii, która paradoksalnie wyrwała mnie z rutyny marazmu, ale cokolwiek na lepsze zaczęło się zmieniać dopiero latem '21, o którym pewnie coś skrobnę, bo w sumie to jakoś nie było okazji, gdyż zawsze uważałem, że to zbyt nieodległa przeszłość czy coś tam. W każdym razie, jakoś tego nie wiedziałem, więc to nie było tak, że tkwiłem w totalnym maraźmie - miałem jeszcze jakieś paczki znajomych, odnowiłem znajomość z innymi i generalnie przez jakiś czas próbowałem nadrabiać tzw. zaległości społeczno-towarzysko-kulturalno-siakieś tam. Szybko się okazało, że nie mam ich na tyle, by zajmowały mnie aż tak, że większość znajomości, które zdechły nie bez powodu zdechły, a z nawiązywaniem nowych w pewnym wieku i będąc obcym jest trudniejsze, niż mi się wydawało, ale no cusz.
W tym okresie ni to marazmu, ni to nadziei, ni towania elementów karbonowych towarzyszyła mi ta piosenka. Nie wiem co tu jeszcze napisać, więc zakończę klasycznym bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=7ZYgKCbFbWY
The The - This Is The Day
No dobra, w sumie to tak po prawdzie ta wrzuta miała tenże cykl zainaugorwać. Jako człowiek, który jednocześnie lubi planować i taki, którego plany wyglądają tak, że macham ręką i stwierdzam, że idę grać w CSa, rozważałem kilka koncepcji jak się za coś takiego zabrać. A to chciałem objąć klamrą pewien okres, który wydawał mi się kluczowy i już w sumie nawet takowy sobie wybrałem, po czym twierdziłem, że jednak muszę go poszerzyć, a potem zwęzić, a później to w ogóle stwiedziłem, że ta epoka nie była tak przełomowa, jak mi się wydawało, bo wtedy i owedy wydarzyło się coś tam. Potem to w ogóle chciałem w ogóle pisać o wszystkich epokowych momentach mojego zycia, ale uznałem, że momentami tej prywaty byłoby za dużo jak na miejsce, w którym jestem zarejestrowanym pod nickiem, z którego kojarzy mnie większość znajomych, a w ogóle to jakby robię to zazwyczaj.
Moje dywagacje kończą się na tym, że wrzucam The The. Zespół istnieje od końca lat 70, jego jedynym stałym członkiem przez cały czas jest Matt Johnson, swego czasu wydawało ich 4AD i w sumie to tyle, bo znowu nie wkręcałem się jakoś szczególnie w dyskografię ani uniwersum tego zespołu, toteż nie rozpiszę o tym, kto tam przychodził, kto tam odchodził, a kto grał na tamburynach i czemu polecam płytę wydaną po reaktywacji w 2003, chociaż zna ją tylko 7 osób, a lubi -3. Prawdę powiedziawszy znam tylko powszechnie szanowany debiut, więc jestem pozerem na maksa, bez cukru, bo poza tym to w ogóle zapodaję wam singla, a jakby tego było mało, to jeden z tych "Endżojów". Szczerze mówiąc, wydawało mi się, że w sumie to tak być nie musi, że może i mają na koncie jakieś większe przeboje, ale szybko postanowiłem to sprawdzić. O ile odtworzenia na laście można traktować bardziej jako ciekawostkę w 2023 roku, tak Spotify jasno twierdzi, że nic takiego nie ma, także ten.
Niemniej, jest to kawałek dla mnie ważny i w ogóle. Pewnikiem nikt z was nie zadaje sobie pytania dlaczego miałby pojawić się w tym niesamowitym cyklu o zmianach? Ano dlatego, że mocno mi się kojarzy z pewnym okresem w moim życiu, w którym - nie uwierzycie - doszło do poważnych zmian, w którym można powiedzieć, że zakończyła się pewna epoka. Pewna era, która trwała kilka lat, która zaczynała się od czasów tak mrocznych i podłych, że myślałem, że to koniec, że to totalne dno, ale parę decyzji, które mogłyby się wydawać niepopularne i nielogiczne, szczypta szczęścia oraz odrobina dziwactwa sprawiły, że wspominam ją z uśmiechem na ustach. Nie muszę mówić, że chodzi o koniec kadencji Nawałki, chociaż można byłoby zaryzykować tezę, że rozstanie z ówczesną dziewczyną oraz przeprowadzka też były dla mnie trochę ważnymi wydarzeniami.
Jakkolwiek niepoważny byłby powyższy aka, tak jednak serio to był pewien koniec pewnej ery i początek kolejnej, raczej dość chujowej. O późniejsych niepowodzeniach i porażkach rozpisywałem się i pewnie rozpiszę, ale generalnie to LIPNIE było aż do wybuchu pandemii, która paradoksalnie wyrwała mnie z rutyny marazmu, ale cokolwiek na lepsze zaczęło się zmieniać dopiero latem '21, o którym pewnie coś skrobnę, bo w sumie to jakoś nie było okazji, gdyż zawsze uważałem, że to zbyt nieodległa przeszłość czy coś tam. W każdym razie, jakoś tego nie wiedziałem, więc to nie było tak, że tkwiłem w totalnym maraźmie - miałem jeszcze jakieś paczki znajomych, odnowiłem znajomość z innymi i generalnie przez jakiś czas próbowałem nadrabiać tzw. zaległości społeczno-towarzysko-kulturalno-siakieś tam. Szybko się okazało, że nie mam ich na tyle, by zajmowały mnie aż tak, że większość znajomości, które zdechły nie bez powodu zdechły, a z nawiązywaniem nowych w pewnym wieku i będąc obcym jest trudniejsze, niż mi się wydawało, ale no cusz.
W tym okresie ni to marazmu, ni to nadziei, ni towania elementów karbonowych towarzyszyła mi ta piosenka. Nie wiem co tu jeszcze napisać, więc zakończę klasycznym bierzcie i słuchajcie tego.
https://www.youtube.com/watch?v=7ZYgKCbFbWY
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Piano Magic - The Nostalgist
Kolega Kuba powoli widzę rozkręca się ze swoim -corem, tym razem walnął chłodnym mokrym listopadem po całości. Możnaby pewnie inaczej odbierać ten numer gdyby nie jeden prosty chłodny synth którym podszyty jest cały numer u spodu. Do tego mamy przyjemną lekką perkusję i fajne melodie gitary. Może jedynie przesadą było wrzucanie tego odgłosu kościelnego dzwonu, nawet bez niego czuję się jak w krypcie słuchając tego. Nostalgizm po całości, temat mi nieobcy, choć staram się jak mogę nie żyć przeszłością bo w niczym to nie pomaga a teraźniejszość nie jest wcale taka najgorsza więc po co sobie robić kuku rozmyślaniami o tym co człowiek źle zrobił dawniej. Gdyby to jeszcze było takie proste, czasem wystarczy drobna rzecz, ot choćby zasłyszana gdzieś piosenka by przenieść się w czasie i by dawne emocje ożyły na nowo. Yet another munlup classic słowem podsumowania, jest okejka z mej strony, mogę to dokleić do rzeczy z minionej jesieni i przyklepać Bark Psychosis na dokładkę.
I just want to get on, but I...
Mery Spolsky - Kosmiczna Dziewczyna
Smoku z kolei wraca do swoich cekinowych wrzutek, jest hipstersko, delikatnie i elektronicznie, pachnie warszafką mocno dla mnie. Numer jak rozumiem traktuje o dziewczynie z nałogami, z problemami, pewnie mogłaby być bohaterką jakiegoś filmu wrzucanego przez Dragona w innym temacie. Osobiście tematyka mi nieco obca, nie miałem nigdy do czynienia z takim typem kobiet, niemniej nie będę udawał że ten refren się nie wkręca bo trochę za mną chodził nawet. Fajny jest ten główny synth w sumie z tym takim opóźnionym atakiem jakby, te takie jakby cięte chipmunkowe/przefiltrowane wokale też. Dobry zabieg z tym outro po drobnej pauzie. Jak najbardziej rozumiem że w odpowiedniej sytuacji - przy kontakcie z odpowiednią osobą - mogło ugryźć mocniej.
Tarkan - Sikidim
Tu mam trochę zagwozdkę z wujkową wrzutką. W pierwszym odruchu mocno przewróciłem oczyma ale z biegiem słuchania okazało się że nie jest wcale źle, ba, nawet mi to podchodzi. Problem zrobił się kiedy załapałem po czasie że w swym lenistwie i ignorancji dobrze nie sprawdziłem i słuchałem Shikidim ze Spotify które jest wersją anglojęzyczną i mocno odświeżoną xD wracamy na start zatem, opiszę wrażenia najpierw z wersji wujkowej tj. tej z bestki którą Wujas zakupił, singlowa wersja 1998. Najmocniejszą stroną kawałka zasadniczo jest melodia z refrenu na smyczkach, nieco za nią istotna jest też rytmicznie pogrywająca gitara akustyczna, perkusja w tej wersji jest taka... mocno zwyczajna, czuć po prostu żywą perkę, wzbogacona jest ona jeszcze jakimiś bębenkami w tle. Kiedu Tarkan wchodzi wokalem w charakterystyczne tureckie zawodzenie dochodzą kolejne melodie na smykach. Zasadniczo w tej wersji jest to po prostu kawałek takiego poprawnego europopu podszytego folkiem, nie jest to jednak poziom Simarik. Wersja anglojęzyczna której słuchałem najwięcej pochodzi z roku 2006 i ukazała się na jego ówczesnym albumie. Tu od wejścia czuć powiew świeżości i bardziej zachodnią rękę. Żywa perka zastąpiona jest bitem, brzmienie werbla wymieszanego z clapami, spoko stopa, całość brzmi tak pudełkowo ale robi takie wrażenie produkcji ala Timbaland (albo Neptunes może nawet bardziej). Zniknęły arabskie bębenki w tle, doszła odrobina kwaśnej elektroniki. Akustyczna gitarę chyba zastąpił elektryk, ma na pewno lekki pazur w brzmieniu. Wpuszczono też jakby więcej powietrza, przestrzeni do tej produkcji. Tę wersję uważam za najlepszą i wartą uwagi więc podsyłam link:
https://youtu.be/cuLtWjHRdwA?si=D4g6zGvo5mEKRWeL
Potem jak poczytałem okazało się że jest jeszcze jedna wersja tego numeru - oryginalna z roku 1994 i ją też zbadałem. Tu już czuć taki folk-pop po całości najbardziej, prym wiedzie gitara akustyczna - w dużej mierze grająca solo - uzupełniona tylko częściami perkusją z charakterystyczną klapą od kibla na werblu i smyczkami, niemniej całość i tak uważam jest wciąż lepsza od sugerowanej przez Wuja wersji '98, tu najbardziej skręcamy w tureckie klimaty, gitara jest bardzo spoko i mi to jako komuś interesującemu się klimatami world music podchodzi. Tu również zostawiam link do sprawdzenia zainteresowanym:
https://youtu.be/AtAq3mxOqQk?si=LUWSzxRtwK77UPmd
Podsumowując powiem tyle - jak dla mnie klasyczny Wujas - nawet jak ma coś fajnego do wrzucenia to przeważnie sięgnie albo po lichą jakość wrzuty albo najmniej ciekawą wersję, nie umie chłopina dobrze zareklamować swoich propozycji często ale dla chcącego nic trudnego, nie wiem jednak czy dokonałbym takiego dogłębnego śledztwa gdyby nie ta moja pomyłka na początku. Niemniej za dobre chęci daję okejkę, spodziewałem się meha a jest spoko.
Princess Chelsea - No Church On Sunday
Chelsea poznałem kiedyś, tzn. na coś tam natrafiłem kiedyś i jeden jej numer lubię, może za sto lat wrzucę. Ta propozycja podeszła mi od razu w sumie bo to myślę dobra piosenka jest albo przynajmniej tak zrobiona, w sensie takimi prostymi chwytliwymi rozwiązaniami przyciąga. Też dość chłodno listopadowo jak u Kuby, gitara albo chyba bas wysoko grany przywodzi na myśl New Order czy jakieś post-punki, tym bardziej chłodne synthy na wejściu to robią - czuję mglisty klimat Faith kjurów (swoją drogą cholernie pomijany przeze mnie album nadal, zbrodnia, trzeba to zmienić). Jakoś problem mam z pisaniem o tym numerze, jest tak mam wrażenie cholernie poprawnie zrobiony pod linijkę, jeszcze z tym ostrzejszym instrumentalnym mostkiem na koniec, jednocześnie wszystko spoko ale też bez większych emocji, muzyczny ekwiwalent smacznej zupy pomidorowej, zjadłem, jestem syty i zadowolony ale pewnie wspominać nie będę długo.
The The - This Is The Day
Widziałem to swego czasu na laście u mentosa i zastanawiałem się kiedy to wrzuci. Numeru nie znam bądź nie pamiętam już a jednocześnie wykonawcę i tytuł znam doskonale, odnoszę wrażenie że siedząc w poszukiwaniu muzy na YouTube i mając w miarę szerokie horyzonty muzyczne trudno na niego nie natrafić. To numer który jutubowy algorytm wciskał mi wielokrotnie i albo sprawdziłem i zapomniałem albo nie sprawdziłem a jednocześnie widziałem też w propozycjach różnorakie "reaction videos" do tego numeru, mam zatem poczucie że to taki numer co każdy o nim słyszał przynajmniej, że to taki najbardziej znany w internecie muzyczny obskjur. Mając na względzie powyższe rzekłbym że to MUSIAŁO wyjść od mentosa w końcu w tej bestce.
Kawałek to taki - znów użyję tego słowa - lekki, happy popowy numer. Taki jest bo i o tym jest, o pozytywnych zmianach, o szczęśliwym dniu kiedy wszystko zmienia się na lepsze. Numer jest cheerful do bólu, handclapy w refrenie podkreślają to bezlitośnie. Akordeon w duecie ze skrzypcami sprawia że przypomina mi się harmonijka ustna z Karma Chameleon. Jak najbardziej rozumiem że mając odpowiedni setting to może grubo siedzieć, ja obecnie akurat nie mam najlepszego humoru i nie umiem cieszyć sie tym numerem odpowiednio więc będzie musiał poczekać na swój moment u mnie. Poza tym uważam że jest to taki o spoko numer, patrząc na jego popularność na YouTube nawet myślę sobie że może ma większy hajp niż na niego zasługuje i że te ejtisowe obskjury które mentos nam serwuje jednak z jakiegoś powodu tymi obskjurami się stały. Ten kawałek jest taką specyficzną mieszanką radości i melancholii, dla mnie osobliwą ciekawostką bardziej niż perłą z lamusa ale zobaczymy jak ocenię go za jakiś czas.
W sumie spoko kolejeczka, bardzo wyrównana w moim odczuciu, nic na co bym mehał, a właściwe prejzy jeszcze mogą nadejść, całość ma potencjał growerowy myślę.
Kolega Kuba powoli widzę rozkręca się ze swoim -corem, tym razem walnął chłodnym mokrym listopadem po całości. Możnaby pewnie inaczej odbierać ten numer gdyby nie jeden prosty chłodny synth którym podszyty jest cały numer u spodu. Do tego mamy przyjemną lekką perkusję i fajne melodie gitary. Może jedynie przesadą było wrzucanie tego odgłosu kościelnego dzwonu, nawet bez niego czuję się jak w krypcie słuchając tego. Nostalgizm po całości, temat mi nieobcy, choć staram się jak mogę nie żyć przeszłością bo w niczym to nie pomaga a teraźniejszość nie jest wcale taka najgorsza więc po co sobie robić kuku rozmyślaniami o tym co człowiek źle zrobił dawniej. Gdyby to jeszcze było takie proste, czasem wystarczy drobna rzecz, ot choćby zasłyszana gdzieś piosenka by przenieść się w czasie i by dawne emocje ożyły na nowo. Yet another munlup classic słowem podsumowania, jest okejka z mej strony, mogę to dokleić do rzeczy z minionej jesieni i przyklepać Bark Psychosis na dokładkę.
I just want to get on, but I...
Mery Spolsky - Kosmiczna Dziewczyna
Smoku z kolei wraca do swoich cekinowych wrzutek, jest hipstersko, delikatnie i elektronicznie, pachnie warszafką mocno dla mnie. Numer jak rozumiem traktuje o dziewczynie z nałogami, z problemami, pewnie mogłaby być bohaterką jakiegoś filmu wrzucanego przez Dragona w innym temacie. Osobiście tematyka mi nieco obca, nie miałem nigdy do czynienia z takim typem kobiet, niemniej nie będę udawał że ten refren się nie wkręca bo trochę za mną chodził nawet. Fajny jest ten główny synth w sumie z tym takim opóźnionym atakiem jakby, te takie jakby cięte chipmunkowe/przefiltrowane wokale też. Dobry zabieg z tym outro po drobnej pauzie. Jak najbardziej rozumiem że w odpowiedniej sytuacji - przy kontakcie z odpowiednią osobą - mogło ugryźć mocniej.
Tarkan - Sikidim
Tu mam trochę zagwozdkę z wujkową wrzutką. W pierwszym odruchu mocno przewróciłem oczyma ale z biegiem słuchania okazało się że nie jest wcale źle, ba, nawet mi to podchodzi. Problem zrobił się kiedy załapałem po czasie że w swym lenistwie i ignorancji dobrze nie sprawdziłem i słuchałem Shikidim ze Spotify które jest wersją anglojęzyczną i mocno odświeżoną xD wracamy na start zatem, opiszę wrażenia najpierw z wersji wujkowej tj. tej z bestki którą Wujas zakupił, singlowa wersja 1998. Najmocniejszą stroną kawałka zasadniczo jest melodia z refrenu na smyczkach, nieco za nią istotna jest też rytmicznie pogrywająca gitara akustyczna, perkusja w tej wersji jest taka... mocno zwyczajna, czuć po prostu żywą perkę, wzbogacona jest ona jeszcze jakimiś bębenkami w tle. Kiedu Tarkan wchodzi wokalem w charakterystyczne tureckie zawodzenie dochodzą kolejne melodie na smykach. Zasadniczo w tej wersji jest to po prostu kawałek takiego poprawnego europopu podszytego folkiem, nie jest to jednak poziom Simarik. Wersja anglojęzyczna której słuchałem najwięcej pochodzi z roku 2006 i ukazała się na jego ówczesnym albumie. Tu od wejścia czuć powiew świeżości i bardziej zachodnią rękę. Żywa perka zastąpiona jest bitem, brzmienie werbla wymieszanego z clapami, spoko stopa, całość brzmi tak pudełkowo ale robi takie wrażenie produkcji ala Timbaland (albo Neptunes może nawet bardziej). Zniknęły arabskie bębenki w tle, doszła odrobina kwaśnej elektroniki. Akustyczna gitarę chyba zastąpił elektryk, ma na pewno lekki pazur w brzmieniu. Wpuszczono też jakby więcej powietrza, przestrzeni do tej produkcji. Tę wersję uważam za najlepszą i wartą uwagi więc podsyłam link:
https://youtu.be/cuLtWjHRdwA?si=D4g6zGvo5mEKRWeL
Potem jak poczytałem okazało się że jest jeszcze jedna wersja tego numeru - oryginalna z roku 1994 i ją też zbadałem. Tu już czuć taki folk-pop po całości najbardziej, prym wiedzie gitara akustyczna - w dużej mierze grająca solo - uzupełniona tylko częściami perkusją z charakterystyczną klapą od kibla na werblu i smyczkami, niemniej całość i tak uważam jest wciąż lepsza od sugerowanej przez Wuja wersji '98, tu najbardziej skręcamy w tureckie klimaty, gitara jest bardzo spoko i mi to jako komuś interesującemu się klimatami world music podchodzi. Tu również zostawiam link do sprawdzenia zainteresowanym:
https://youtu.be/AtAq3mxOqQk?si=LUWSzxRtwK77UPmd
Podsumowując powiem tyle - jak dla mnie klasyczny Wujas - nawet jak ma coś fajnego do wrzucenia to przeważnie sięgnie albo po lichą jakość wrzuty albo najmniej ciekawą wersję, nie umie chłopina dobrze zareklamować swoich propozycji często ale dla chcącego nic trudnego, nie wiem jednak czy dokonałbym takiego dogłębnego śledztwa gdyby nie ta moja pomyłka na początku. Niemniej za dobre chęci daję okejkę, spodziewałem się meha a jest spoko.
Princess Chelsea - No Church On Sunday
Chelsea poznałem kiedyś, tzn. na coś tam natrafiłem kiedyś i jeden jej numer lubię, może za sto lat wrzucę. Ta propozycja podeszła mi od razu w sumie bo to myślę dobra piosenka jest albo przynajmniej tak zrobiona, w sensie takimi prostymi chwytliwymi rozwiązaniami przyciąga. Też dość chłodno listopadowo jak u Kuby, gitara albo chyba bas wysoko grany przywodzi na myśl New Order czy jakieś post-punki, tym bardziej chłodne synthy na wejściu to robią - czuję mglisty klimat Faith kjurów (swoją drogą cholernie pomijany przeze mnie album nadal, zbrodnia, trzeba to zmienić). Jakoś problem mam z pisaniem o tym numerze, jest tak mam wrażenie cholernie poprawnie zrobiony pod linijkę, jeszcze z tym ostrzejszym instrumentalnym mostkiem na koniec, jednocześnie wszystko spoko ale też bez większych emocji, muzyczny ekwiwalent smacznej zupy pomidorowej, zjadłem, jestem syty i zadowolony ale pewnie wspominać nie będę długo.
The The - This Is The Day
Widziałem to swego czasu na laście u mentosa i zastanawiałem się kiedy to wrzuci. Numeru nie znam bądź nie pamiętam już a jednocześnie wykonawcę i tytuł znam doskonale, odnoszę wrażenie że siedząc w poszukiwaniu muzy na YouTube i mając w miarę szerokie horyzonty muzyczne trudno na niego nie natrafić. To numer który jutubowy algorytm wciskał mi wielokrotnie i albo sprawdziłem i zapomniałem albo nie sprawdziłem a jednocześnie widziałem też w propozycjach różnorakie "reaction videos" do tego numeru, mam zatem poczucie że to taki numer co każdy o nim słyszał przynajmniej, że to taki najbardziej znany w internecie muzyczny obskjur. Mając na względzie powyższe rzekłbym że to MUSIAŁO wyjść od mentosa w końcu w tej bestce.
Kawałek to taki - znów użyję tego słowa - lekki, happy popowy numer. Taki jest bo i o tym jest, o pozytywnych zmianach, o szczęśliwym dniu kiedy wszystko zmienia się na lepsze. Numer jest cheerful do bólu, handclapy w refrenie podkreślają to bezlitośnie. Akordeon w duecie ze skrzypcami sprawia że przypomina mi się harmonijka ustna z Karma Chameleon. Jak najbardziej rozumiem że mając odpowiedni setting to może grubo siedzieć, ja obecnie akurat nie mam najlepszego humoru i nie umiem cieszyć sie tym numerem odpowiednio więc będzie musiał poczekać na swój moment u mnie. Poza tym uważam że jest to taki o spoko numer, patrząc na jego popularność na YouTube nawet myślę sobie że może ma większy hajp niż na niego zasługuje i że te ejtisowe obskjury które mentos nam serwuje jednak z jakiegoś powodu tymi obskjurami się stały. Ten kawałek jest taką specyficzną mieszanką radości i melancholii, dla mnie osobliwą ciekawostką bardziej niż perłą z lamusa ale zobaczymy jak ocenię go za jakiś czas.
W sumie spoko kolejeczka, bardzo wyrównana w moim odczuciu, nic na co bym mehał, a właściwe prejzy jeszcze mogą nadejść, całość ma potencjał growerowy myślę.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
No cóż, wiele razy mówiłem, że to mój top i nie robię nic pod publiczkę.stripped pisze:15 lis 2023 08:31jak dla mnie klasyczny Wujas - nawet jak ma coś fajnego do wrzucenia to przeważnie sięgnie albo po lichą jakość wrzuty albo najmniej ciekawą wersję, nie umie chłopina dobrze zareklamować swoich propozycji
Ale jak ktoś trudzi się i sprawdza inne wersje, to chwała mu za to. Znaczy się, że potrafiłem go w jakiś sposób zainteresować.
A Sikidim z 2006r. muzycznie jest spoko, ale j. ang. psuje jednak wg mnie wszystko.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ten moment kiedy wchodzi się do tematu myśląc, że Wujek napisał recenzje, a tu tylko komentarz.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
Heh, miałem tak samo z tobą
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
PACZKA
-
shodan
- Posty: 18313
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
A ja z Wami oboma.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Ja...
ja się nawet nie będę wkur*iał
ja się nawet nie będę wkur*iał
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
haha
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Fisz - Polepiony
Zacznę od tego, że to chyba pierwszy numer Fisza, który słyszę, a na pewno (raczej na pewno) pierwszy, jaki słyszę świadomie. Typ, podobnie zresztą jak Emade, kojarzył mi się (kojarzyli mi się obaj) z jakimś potwornie nadętym i pretensjonalnym graniem, jako że obaj są synami jednego z najbardziej nadętych i pretensjonalnych muzyków w tym kraju, jakim jest Waglewski. Voo Voo mają dosłownie jeden numer, który mi się autentycznie podoba, a kiedy bracia wydali płytę razem ze starym, to Męska Muzyka zdaje się była, to przyznam szczerze, że ostro gardziłem, i im bardziej jedna moja dobra przyjaciółka mi tę płytę wciskała, tym bardziej nią gardziłem i generalnie było mi z tym "edżyzmem" bardzo dobrze. Im bardziej coś jest popularne, tym bardziej ja będę miał to najpierw w dupie, a potem będę temu okazywał jawną pogardę, do dziś szczycę się tym, że nigdy nie jadłem zupy miso i nigdy nie piłem bubble tea i żeby pasy mieli ze mnie drzeć to tego nie zrobię. Adrian Krawędziowy, pleased to meet you. A teraz już o samym kawałku - jest zaskakująco dobry. Podoba mi się bit, podoba mi się to jazzujące pianino w tle, które jest takie czilowe i takie... eerie jednocześnie, jak to się ładnie po angielsku mówi, jakby ten pogłos się zwiększał na nim, idę korytarzem, który się wydłuża, całość ociera się o złowrogość, wprost. Tekst z kolei odczytuję jako lekko schizofreniczny, co więcej, ja tu w ogóle nie słyszę rozmowy podmiotu lirycznego z jakąś kobietą, zważywszy na, że tak to ujmę, problematykę tegoż tekstu, to jest dla mnie dialog wewnętrzny jednej części osoby śpiewającej z drugą, próba jakiegoś, hmm, pogodzenia się ze sobą? Z wiedzą, że właściwie nikt i nic z zewnątrz nie może danej osoby naprawić (bo to generalnie jest niemożliwe, naprawić można się wyłącznie samemu, choć może to być z czyjąć pomocą). Jakby, nie wiem, jedna część mówi drugiej, że się teraz jakoś poskładają i będzie można jakoś funkcjonować. Przynajmniej ja tak to widzę. Ale może też dlatego, że nauczony doświadczeniem wiem, iż nie ma absolutnie nic gorszego niż poleganie pod tym względem na drugim człowieku, swoje problemy trzeba rozwiązywać samemu i dopiero tak rozwiązanym wychodzić do tworzenia głębszych, powiedzmy, że romantycznych, relacji. No, ale mniejsza, trochę, ale tylko trochę męczy mnie flow Fisza, który jest nieco nazbyt, no, pretensjonalny xD Już wolę zabawę słowem a la Łona. Ale naprawdę, w ostatecznym rozrachunku jest fajnie, Murzyn zapodaje jesienny czil, w którym jest jednak coś nie tak...
Piano Magic - The Nostalgist
Numer oczywiście znam, co ja będę gadał, pochodzi on z jednej z dwóch płyt Piano Magic, które imć Hien polecił mi swego czasu (OIDP był to rok 2017, jesień ofc). No i co jeszcze, identyfikuję się bardzo xD Jestem psychopatycznym nostalgikiem, i to właściwie źle, albowiem momentami trochę za bardzo trzyma mnie to w przeszłości, którą jednocześnie potwornie idealizuję i romantyzuję, a wcale taka różowa nie była. Well, jeszcze nie tak dawno temu nostalgia była uważana za chorobę psychiczną (jako taką ją sklasyfikowano w XIX wieku, możliwe, że odrobinę wcześniej, jako chorobę żołnierzy tęskniących za domem na dalekich wyprawach wojennych, a jedną z metod walki z nią u tychże żołnierzy było zamykanie ich w izolatkach i głodzenie, także xD), także traktuję to jako jeden ze swoich "wyjątkowych" traitów. No, ale może tak o numerze? No to numer jest wyśmienity, odpowiednio nastrojowy, z delikatną dawką mroku, zarówno warstwa liryczna jak i sposób jej delikatnego wyśpiewywania przez Johnsona mają w sobie coś wyjątkowo niepokojącego, może to akurat jest w głowie wokalisty śpiewane w korytarzu jakiegoś szpitala? Bardzo fajnie normalna perka gra z tą elektroniczną, gitary to już w ogóle. No co ja mam się rozpisywać, to dla mnie jeden z tych utworów, które się po prostu czuje, a ten utwór po prostu czuję i na tym chyba poprzestanę. Bardzo fajna piosenka i żałuję trochę, że nie poznałem jej jeszcze wcześniej niż w tym 2017, choć tamta jesień była dla mnie mocno taką jesienią rozliczeń, wspomnień, ostrego nostalgizowania, mijała dekada od innej ważnej dla mnie jesieni, było równie ciężko i gęsto, choć ostatecznie wyszły z tego ciekawe rzeczy. Piano Magic bardzo mi wtedy towarzyszyło, choć z nieco innym repertuarem, chyba jeszcze cięższym i gęstszym. Niemniej jednak, daję stuprocentowy znak jakości i okejkę, a teraz idę usiąść w fotelu i mędzić, że KIEDYŚ TO BYŁO A TERAZ JUŻ NIE MA. Następnym razem jak się spotkam z kol. Hienem to będę zapewne jęczał, a on też będzie jęczał, i będziemy sobie słuchali Piano Magic. Albo i nie, bo to już nie to samo.
Mery Spolsky - Kosmiczna Dziewczyna
Kurde, zastanawiam się, co mogę o tym numerze napisać, więc zacznę od tego, że ostatnio miałem okazję być na jakiejś prapremierze jej najnowszej płyty (nie wiem, czy ona się już ukazała, czy zaraz się to stanie), a która miała miejsce w jednym z bardziej popularnych ostatnio (i mocno queerowych) lokali w Warszawie, gdzie moja dobra kumpela ma przyjemność (powiedzmy) być A&R managerką, a także jedną ze stałych postaci występujących (przy okazji szefuje też dość sporemu house'owi ballroomowemu). Z samej prapremiery pamiętam głównie tyle, że Mery potwornie bluzgała ze sceny, zaśpiewała ze 3-4 swoje numery (z czego chyba tylko jeden był z tej nadchodzącej płyty), a potem wręczała nagrody ludziom, którzy byli ubrani najbardziej podobnie do jej stylizacji z przeróżnych wideoklipów. A, i był fajny drag show w międzyczasie, to by było na tyle xD O Mery Spolsky słyszałem już parę lat temu, albowiem moja ostatnia była była jej wielką fanką, i nawet chciała iść na jakiś koncert (ale ja miałem to w dupie), ale tbh nie mam pojęcia do końca kto to jest i skąd się ona w ogóle wzięła. Mam dość specyficzne skojarzenia z takimi osobami, dziwaczna, mocno "przeprodukowana" muzyka, specyficzna stylówa postaci, która nie zdążyła wydać jeszcze ani jednego singla, a wszyscy już wiedzą kto to jest, to jest dla mnie dość bewzględnie sparowane z byciem wyjątkowo bogatym bananem z wyjątkowo bogatymi starymi i rozbudowaną siecią kontaktów (vide Taco Hemingway czy, nie wiem, Mata). Nie twierdzę przy tym, że talentu brak (choć nie jest to mój styl), ale ta laska dosłownie w moich oczach wzięła się znikąd, a jeszcze zdążyła... napisać książkę, nie wiem o czym xD W ogóle koncept muzyków piszących książki o pierdołach (vide Nosowska np.) jest dla mnie potwornie krindżowy, zestaw randomowych przemyśleń pier*olniętych na papier i tak przez zapewne jakiegoś ghostwritera o poziomie mądrości Coelho, ale nazwisko jest lokomotywą. Nie wiem, z jednej strony nie mam za bardzo się do czego przypieprzyć w tym kawałku, ot, jakiś nowoczesny polski elektropop, Smoku na pewno ma dodatkowy ładunek kojarzący mu się ostro z tym utworem ze względów oczywistych, nie wiem, może jakbym był sporo młodszy i za czasów młodości obracał się w takim towarzystwie, w jakim obracam się teraz, to byłoby inaczej. Jednak wracam do słuchania The Advisory Circle.
Tarkan - Sikidim (czy raczej Şıkıdım)
Trololo, jestem prawie pewien, że już to kiedyś słyszałem, w sensie ten właśnie kawałek, i w ogóle głos tego typa jest dość charakterystyczny i też go kojarzę, czy on nie miał jeszcze jakichś hiciorów? Cóż, ten numer brzmi jak Turcja, w której nigdy nie byłem, bo jestem biedakiem, a do której zawsze chciałem się wybrać. Tak mniej więcej widzę zatłoczone uliczki istambulskiego starego miasta, kebaby (ale te prawdziwe), masa obrzydliwie słodkich deserów straszących z okolicznych lad, pamiątkowa tandeta i czajchany, oprócz tego, rzecz jasna, zapach smakowych tytoni z barów sziszowych. No i taka właśnie bliskowschodnio-azjomniejsza popsa, która brzmi jak coś, co spokojnie mogłoby się znaleźć na Eurowizji (i ją wygrać). Refren się tak bardzo wkręca, że aż musiałem sprawdzić, co to słowo w ogóle oznacza (po turecku znam całe 3). Podoba mi się, jak pisane z S bez ogonka i z normalnym I (I bez kropek nad czyta się jako Y), Google Translate tłumaczy to jako "fucked", ale już zapisane prawidłowo jako "byłem stylowy", wtf xD Zaś całe wyrażenie z refrenu (tj. oynama sikidim) znaczy mniej więcej tyle, co "nie trzęś się gdy tańczysz". W ogóle jak rzuciłem okiem na tekst, to to jest takie zarywanie do tańczącej laski, ale w ewidentnie bliskowschodnim stylu, czyli z masą metafor, niedopowiedzeń, dziwnych zabiegów słownych, etc. Taka kulturowa ciekawostka, ale still fajna. Ten refren się strasznie wkręca, gość jeszcze ma bardzo charakterystyczną, melodyjną manierę śpiewu i tych specyficznych dla tamtego regionu świata zaśpiewów, które czynią orient interesującym w oczach człowieka okcydentu, choć na okcydentalną modłę (bo to jednak radiowy pop). No, ale co będę mówił, fajna wrzutka, jeszcze jak się poczyta o osobistych z nią doświadczeniach Wuja to już w ogóle nabiera lokalnego kolorytu. Ja tam propsuję, na pewno lepsze to od Mery Swielkopolsky (sorry Robert
).
The The - This Is the Day
Ileż to ja razy widziałem tę okładkę, czy to w necie, czy przy jakichś piczforkowo-quietusowych zestawieniach najlepszych albumów muzycznych z lat 80., czy na różnych grupach fejsbukowych poświęconych ejtisom, których jestem członkiem. Wszyscy się tam spuszczali nad tym krążkiem, i nad The The in general, i w ogóle każdy mówił, że The The trzeba znać, a kto nie zna ten trąba i w ogóle niech wraca do mieszkania i natychmiast odpala jakiegoś eMule'a i ściąga i niech się zapoznaje, bo to jest Klasyka przez duże K, i w ogóle jak można nie znać THE THE (REPORTER). No ja np. nie znałem, i nawet te brzmienia nie są mi jakoś znane czy bliskie, tzn. wykluczam, bym to słyszał kiedykolwiek, wliczając w to najbardziej ejtisowo eklektyczny okres w moim życiu (choć w sumie były dwa takie okresy), a więc jesień 2005 (ten drugi to jesień 2018). Sam numer... No nie wiem, nie porywa mnie jakoś. Tzn. nie jest zły, ale jak na "własnego Enjoya", to z kapci nie wyrywa, dupy nie urywa, fajnie się słucha (choć na dłuższą metę te harmoszki denerwują, to brzmi jak Formacja Nieżywych Schabuff), ale niewiele ponad to. Ja rozumiem, każdy ma tutaj do czegoś osobisty stosunek, i pewnie dla Mintaja (RAZ JESZCZE WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO) ten numer jest wspaniały, dla mnie stanowi wyłącznie ciekawostkę. Fajna jest perka, fajny jest ten synthowy bas, fajnie się robi, gdy wokal wchodzi na wyższy rejestr przy refrenie, ale naprawdę, ten akordeon mi wszystko trochę psuje. A, pady mi się też podobają. No ale serio, niewiele więcej, nie tym razem się obawiam, choć pewnie dam mu szansę jeszcze z raz czy dwa. Chyba znów wolę tureckie kebabowe szlagiery.
Zacznę od tego, że to chyba pierwszy numer Fisza, który słyszę, a na pewno (raczej na pewno) pierwszy, jaki słyszę świadomie. Typ, podobnie zresztą jak Emade, kojarzył mi się (kojarzyli mi się obaj) z jakimś potwornie nadętym i pretensjonalnym graniem, jako że obaj są synami jednego z najbardziej nadętych i pretensjonalnych muzyków w tym kraju, jakim jest Waglewski. Voo Voo mają dosłownie jeden numer, który mi się autentycznie podoba, a kiedy bracia wydali płytę razem ze starym, to Męska Muzyka zdaje się była, to przyznam szczerze, że ostro gardziłem, i im bardziej jedna moja dobra przyjaciółka mi tę płytę wciskała, tym bardziej nią gardziłem i generalnie było mi z tym "edżyzmem" bardzo dobrze. Im bardziej coś jest popularne, tym bardziej ja będę miał to najpierw w dupie, a potem będę temu okazywał jawną pogardę, do dziś szczycę się tym, że nigdy nie jadłem zupy miso i nigdy nie piłem bubble tea i żeby pasy mieli ze mnie drzeć to tego nie zrobię. Adrian Krawędziowy, pleased to meet you. A teraz już o samym kawałku - jest zaskakująco dobry. Podoba mi się bit, podoba mi się to jazzujące pianino w tle, które jest takie czilowe i takie... eerie jednocześnie, jak to się ładnie po angielsku mówi, jakby ten pogłos się zwiększał na nim, idę korytarzem, który się wydłuża, całość ociera się o złowrogość, wprost. Tekst z kolei odczytuję jako lekko schizofreniczny, co więcej, ja tu w ogóle nie słyszę rozmowy podmiotu lirycznego z jakąś kobietą, zważywszy na, że tak to ujmę, problematykę tegoż tekstu, to jest dla mnie dialog wewnętrzny jednej części osoby śpiewającej z drugą, próba jakiegoś, hmm, pogodzenia się ze sobą? Z wiedzą, że właściwie nikt i nic z zewnątrz nie może danej osoby naprawić (bo to generalnie jest niemożliwe, naprawić można się wyłącznie samemu, choć może to być z czyjąć pomocą). Jakby, nie wiem, jedna część mówi drugiej, że się teraz jakoś poskładają i będzie można jakoś funkcjonować. Przynajmniej ja tak to widzę. Ale może też dlatego, że nauczony doświadczeniem wiem, iż nie ma absolutnie nic gorszego niż poleganie pod tym względem na drugim człowieku, swoje problemy trzeba rozwiązywać samemu i dopiero tak rozwiązanym wychodzić do tworzenia głębszych, powiedzmy, że romantycznych, relacji. No, ale mniejsza, trochę, ale tylko trochę męczy mnie flow Fisza, który jest nieco nazbyt, no, pretensjonalny xD Już wolę zabawę słowem a la Łona. Ale naprawdę, w ostatecznym rozrachunku jest fajnie, Murzyn zapodaje jesienny czil, w którym jest jednak coś nie tak...
Piano Magic - The Nostalgist
Numer oczywiście znam, co ja będę gadał, pochodzi on z jednej z dwóch płyt Piano Magic, które imć Hien polecił mi swego czasu (OIDP był to rok 2017, jesień ofc). No i co jeszcze, identyfikuję się bardzo xD Jestem psychopatycznym nostalgikiem, i to właściwie źle, albowiem momentami trochę za bardzo trzyma mnie to w przeszłości, którą jednocześnie potwornie idealizuję i romantyzuję, a wcale taka różowa nie była. Well, jeszcze nie tak dawno temu nostalgia była uważana za chorobę psychiczną (jako taką ją sklasyfikowano w XIX wieku, możliwe, że odrobinę wcześniej, jako chorobę żołnierzy tęskniących za domem na dalekich wyprawach wojennych, a jedną z metod walki z nią u tychże żołnierzy było zamykanie ich w izolatkach i głodzenie, także xD), także traktuję to jako jeden ze swoich "wyjątkowych" traitów. No, ale może tak o numerze? No to numer jest wyśmienity, odpowiednio nastrojowy, z delikatną dawką mroku, zarówno warstwa liryczna jak i sposób jej delikatnego wyśpiewywania przez Johnsona mają w sobie coś wyjątkowo niepokojącego, może to akurat jest w głowie wokalisty śpiewane w korytarzu jakiegoś szpitala? Bardzo fajnie normalna perka gra z tą elektroniczną, gitary to już w ogóle. No co ja mam się rozpisywać, to dla mnie jeden z tych utworów, które się po prostu czuje, a ten utwór po prostu czuję i na tym chyba poprzestanę. Bardzo fajna piosenka i żałuję trochę, że nie poznałem jej jeszcze wcześniej niż w tym 2017, choć tamta jesień była dla mnie mocno taką jesienią rozliczeń, wspomnień, ostrego nostalgizowania, mijała dekada od innej ważnej dla mnie jesieni, było równie ciężko i gęsto, choć ostatecznie wyszły z tego ciekawe rzeczy. Piano Magic bardzo mi wtedy towarzyszyło, choć z nieco innym repertuarem, chyba jeszcze cięższym i gęstszym. Niemniej jednak, daję stuprocentowy znak jakości i okejkę, a teraz idę usiąść w fotelu i mędzić, że KIEDYŚ TO BYŁO A TERAZ JUŻ NIE MA. Następnym razem jak się spotkam z kol. Hienem to będę zapewne jęczał, a on też będzie jęczał, i będziemy sobie słuchali Piano Magic. Albo i nie, bo to już nie to samo.
Mery Spolsky - Kosmiczna Dziewczyna
Kurde, zastanawiam się, co mogę o tym numerze napisać, więc zacznę od tego, że ostatnio miałem okazję być na jakiejś prapremierze jej najnowszej płyty (nie wiem, czy ona się już ukazała, czy zaraz się to stanie), a która miała miejsce w jednym z bardziej popularnych ostatnio (i mocno queerowych) lokali w Warszawie, gdzie moja dobra kumpela ma przyjemność (powiedzmy) być A&R managerką, a także jedną ze stałych postaci występujących (przy okazji szefuje też dość sporemu house'owi ballroomowemu). Z samej prapremiery pamiętam głównie tyle, że Mery potwornie bluzgała ze sceny, zaśpiewała ze 3-4 swoje numery (z czego chyba tylko jeden był z tej nadchodzącej płyty), a potem wręczała nagrody ludziom, którzy byli ubrani najbardziej podobnie do jej stylizacji z przeróżnych wideoklipów. A, i był fajny drag show w międzyczasie, to by było na tyle xD O Mery Spolsky słyszałem już parę lat temu, albowiem moja ostatnia była była jej wielką fanką, i nawet chciała iść na jakiś koncert (ale ja miałem to w dupie), ale tbh nie mam pojęcia do końca kto to jest i skąd się ona w ogóle wzięła. Mam dość specyficzne skojarzenia z takimi osobami, dziwaczna, mocno "przeprodukowana" muzyka, specyficzna stylówa postaci, która nie zdążyła wydać jeszcze ani jednego singla, a wszyscy już wiedzą kto to jest, to jest dla mnie dość bewzględnie sparowane z byciem wyjątkowo bogatym bananem z wyjątkowo bogatymi starymi i rozbudowaną siecią kontaktów (vide Taco Hemingway czy, nie wiem, Mata). Nie twierdzę przy tym, że talentu brak (choć nie jest to mój styl), ale ta laska dosłownie w moich oczach wzięła się znikąd, a jeszcze zdążyła... napisać książkę, nie wiem o czym xD W ogóle koncept muzyków piszących książki o pierdołach (vide Nosowska np.) jest dla mnie potwornie krindżowy, zestaw randomowych przemyśleń pier*olniętych na papier i tak przez zapewne jakiegoś ghostwritera o poziomie mądrości Coelho, ale nazwisko jest lokomotywą. Nie wiem, z jednej strony nie mam za bardzo się do czego przypieprzyć w tym kawałku, ot, jakiś nowoczesny polski elektropop, Smoku na pewno ma dodatkowy ładunek kojarzący mu się ostro z tym utworem ze względów oczywistych, nie wiem, może jakbym był sporo młodszy i za czasów młodości obracał się w takim towarzystwie, w jakim obracam się teraz, to byłoby inaczej. Jednak wracam do słuchania The Advisory Circle.
Tarkan - Sikidim (czy raczej Şıkıdım)
Trololo, jestem prawie pewien, że już to kiedyś słyszałem, w sensie ten właśnie kawałek, i w ogóle głos tego typa jest dość charakterystyczny i też go kojarzę, czy on nie miał jeszcze jakichś hiciorów? Cóż, ten numer brzmi jak Turcja, w której nigdy nie byłem, bo jestem biedakiem, a do której zawsze chciałem się wybrać. Tak mniej więcej widzę zatłoczone uliczki istambulskiego starego miasta, kebaby (ale te prawdziwe), masa obrzydliwie słodkich deserów straszących z okolicznych lad, pamiątkowa tandeta i czajchany, oprócz tego, rzecz jasna, zapach smakowych tytoni z barów sziszowych. No i taka właśnie bliskowschodnio-azjomniejsza popsa, która brzmi jak coś, co spokojnie mogłoby się znaleźć na Eurowizji (i ją wygrać). Refren się tak bardzo wkręca, że aż musiałem sprawdzić, co to słowo w ogóle oznacza (po turecku znam całe 3). Podoba mi się, jak pisane z S bez ogonka i z normalnym I (I bez kropek nad czyta się jako Y), Google Translate tłumaczy to jako "fucked", ale już zapisane prawidłowo jako "byłem stylowy", wtf xD Zaś całe wyrażenie z refrenu (tj. oynama sikidim) znaczy mniej więcej tyle, co "nie trzęś się gdy tańczysz". W ogóle jak rzuciłem okiem na tekst, to to jest takie zarywanie do tańczącej laski, ale w ewidentnie bliskowschodnim stylu, czyli z masą metafor, niedopowiedzeń, dziwnych zabiegów słownych, etc. Taka kulturowa ciekawostka, ale still fajna. Ten refren się strasznie wkręca, gość jeszcze ma bardzo charakterystyczną, melodyjną manierę śpiewu i tych specyficznych dla tamtego regionu świata zaśpiewów, które czynią orient interesującym w oczach człowieka okcydentu, choć na okcydentalną modłę (bo to jednak radiowy pop). No, ale co będę mówił, fajna wrzutka, jeszcze jak się poczyta o osobistych z nią doświadczeniach Wuja to już w ogóle nabiera lokalnego kolorytu. Ja tam propsuję, na pewno lepsze to od Mery Swielkopolsky (sorry Robert
The The - This Is the Day
Ileż to ja razy widziałem tę okładkę, czy to w necie, czy przy jakichś piczforkowo-quietusowych zestawieniach najlepszych albumów muzycznych z lat 80., czy na różnych grupach fejsbukowych poświęconych ejtisom, których jestem członkiem. Wszyscy się tam spuszczali nad tym krążkiem, i nad The The in general, i w ogóle każdy mówił, że The The trzeba znać, a kto nie zna ten trąba i w ogóle niech wraca do mieszkania i natychmiast odpala jakiegoś eMule'a i ściąga i niech się zapoznaje, bo to jest Klasyka przez duże K, i w ogóle jak można nie znać THE THE (REPORTER). No ja np. nie znałem, i nawet te brzmienia nie są mi jakoś znane czy bliskie, tzn. wykluczam, bym to słyszał kiedykolwiek, wliczając w to najbardziej ejtisowo eklektyczny okres w moim życiu (choć w sumie były dwa takie okresy), a więc jesień 2005 (ten drugi to jesień 2018). Sam numer... No nie wiem, nie porywa mnie jakoś. Tzn. nie jest zły, ale jak na "własnego Enjoya", to z kapci nie wyrywa, dupy nie urywa, fajnie się słucha (choć na dłuższą metę te harmoszki denerwują, to brzmi jak Formacja Nieżywych Schabuff), ale niewiele ponad to. Ja rozumiem, każdy ma tutaj do czegoś osobisty stosunek, i pewnie dla Mintaja (RAZ JESZCZE WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO) ten numer jest wspaniały, dla mnie stanowi wyłącznie ciekawostkę. Fajna jest perka, fajny jest ten synthowy bas, fajnie się robi, gdy wokal wchodzi na wyższy rejestr przy refrenie, ale naprawdę, ten akordeon mi wszystko trochę psuje. A, pady mi się też podobają. No ale serio, niewiele więcej, nie tym razem się obawiam, choć pewnie dam mu szansę jeszcze z raz czy dwa. Chyba znów wolę tureckie kebabowe szlagiery.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Fisz - Polepiony
Uprzedziłem Murzyna zawczasu, że ja to raczej Fisza nie lubię za bardzo, był jakiś tam numer Tworzywa, który mi się podobał, ale on mi się podobał 20 lat temu, więc heh, nie wiem. No, ale włączam. Powiem tak, jestem już chyba trochę zmęczony hip-hopem, bo nawet ewidentnie dobre bity, zaczynają mnie nużyć. No, ale po paru razach zaczęło się jednak coś przebijać. Z początku miałem zjechać rap, za to gdakanie, i to pedo mruczenie na początku, ale ostatecznie, jak ucho się przyzwyczai, to jest ok. Pewnie ten sam problem mają ludzie, którzy pierwszy raz stykają się z L.U.C.iem. Podoba mi się delay na wokalu w refrenie, wprowadza to taką mgielną, lekko surrealistyczną i jesienną atmosferę. Jaca to jednak umie wrzucać sezonówki, na pewno jest to perfekcyjna jesienna wrzuta. Nie wiem na ile to wpływa na odbiór, ale ostatecznie daję dużą okejkę temu kawałkowi. Co ciekawe, bas przypomina pewien kawałek, który nagraliśmy z kolegą Adrianem M. Nie moge nie pochwalić. Bonusowo, wszystkiego najlepszego dla Murzyn i Żony Murzyna (prawie jak Córka Rybaka) z okazji rocznicy. Takie okazje warto pielęgnować.
Mery Spolsky - Kosmiczna dziewczyna
Bałem się tej wrzuty. Nazwę „Mery Spolsky” znam od jakiegoś czasu, zawsze sobie myślałem „jezu, jaka durna ksywa”, no ale żyjemy w post-Męskie Granie czasach, to jakby obliguje wykonawców do tworzenia sobie takich ‘hehe’ kryptonimów. Nie ważne to jest zresztą, cytując Noela Gallaghera „LET’S TALK ABOUT MUSIC, MUSIC, MUSIC, MUSIC, MUSIC...”.
Arp na początku jak z Thoma Yorka, wyrywa mnie z tego porównania trapowy bit. „Rap”, o ile można to tak nazwać, dosyć irytujący, bo i głos Mery jest taki sobie. Refren, śpiewany normalnie, wypada znacznie lepiej, chociaż jednocześnie wali trochę Nosowską, a to nie jest z mojej strony komplement. Do tego taki infantylny klimat, jakby wszyscy ci wykonawcy z lekko 'kontrowersyjnym' repertuarem, musieli wykonywać te kawałki jakby robili sobie jaja, jakby ich samych cringowało to o czym śpiewają. Muzycznie jest tu spoko, na pewno dużo lepiej niż w pewnych tik-tokach od Smoka, ale irytują mnie te wszystkie nowoczesno-hopowe zabiegi, jakieś glitchowe, dźwiekotwórcze wokale, jakieś celowo tandeciarskie synthy, nie wiem, jestem po prostu starym grzybem everybody, trudno. Niemniej, w sytuacji życiowej opisanej przez Roberta, to pewnie inaczej zupełnie bym odbierał ten numer, zresztą zakładam, że Mery Spolsky to jest coś czego ludzie z pokolenia Dragona masowo słuchają i jest jakby, nie wiem, oczywiste. Trochę jak za moich czasów oczywiste było, że się słucha Linkin Park. Jest to neutralna wrzuta, po prostu nie dla mnie. Nie lubię mehać na naładowane emocjonalnie wrzuty, ale trudno, Dragon by to samo zrobił na moim miejscu. Inna sprawa, że to nie jest taki stuprocentowy meh, to nie jest zły numer, ale z innym targetem odbiorców niż jakiś smęciaż Munlup.
Tarkan - Sikidim (Hepsi Senin Mi)
A co to za Arash? Nie przepadam za takimi rzeczami, moja sympatia do tego typu brzmień kończy się chyba na Opa Opa Opa Opa Szara Morda Zniszczył Klopa. Pewnie jadąc przez Syrię, robi to odpowiedni klimat, ale ja nigdy nie byłem w Syrii, ani w Turcji. Byłem w Niemczech, ale takiej muzyki nie pamiętam lol. Słyszałem jednak w życiu gorsze rzeczy w tym stylu. Nie znaczy to niestety, że dam okejkę. To jest trochę intro do jakiejś tureckiej telenoweli, ewentualnie numer z bollywoodzkiego musicalu, coś z czego można się pośmiać, ale nie traktować poważnie. Musiałbym mieć jakąś sytuację fajną do tego, żeby to zadziałało, jakieś wspomnienia, cokolwiek. Na sucho to w po prostu nie wchodzi. Wracałem do tego kawałka wielokrotnie, bo nie chciałem tak Wujkowi mehać dwóch kawałków pod rząd, ale już wolałbym chyba słuchać Sary Konon. O ile ktoś nie zaprosi mnie do pięciogwiazdkowego hotelu, w którym tancerka brzucha będzie przede mną tańczyć z tym w tle, to raczej nie wyrobię sobie żadnych ciekawych wspomnień w związku z „Sikidim” i nie będę miał ochoty do niego wracać. Ale, żeby nie było, wlatywały w bestkach dużo gorsze rzeczy niż to. To jest na pewno przyzwoite w swojej kategorii, a że mi z całą kategorią nie po drodze, to już problem innego rodzaju.
Princess Chelsea - No Church on Sunday
Faktycznie wokal jest dziewczęcy, powiem nawet, że dziecięcy. To jest chyba największy zgrzyt u mnie, bo mi się ten wokal zwyczajnie nie podoba. Nie przepadam za takim miauczeniem, cały czas odnoszę wrażenie, że słucham jakiejś wyliczanki w wykonaniu przedszkolaków (tudzież w poprawnej, przedszkolnej wymowie – pszeczkolaków). Muzycznie jest spoko, nie zostałem powalony na ziemię, ale też nie mogę powiedzieć, że jest źle. Zimna fala, fajne gitary w stylu, który lubię. Szkoda, że to nie jest numer Jonathana Bree, bo jego wokal był akurat ok, a Princess in another Chelsea castle mi nie podchodzi. Odbija się to najgorszym rodzajem dream popu, brakuje tylko żeby laska zaczęła na końcu robić takie gdaczące, przedrzeźniające lalala, nanana. W kwestii muzyki, wywaliłbym tez część klawiszy, w zasadzie zostawił bym tylko ten chłodny ambient synth-pad, który otwiera utwór, a resztę pozostawił gitarom. No, ale nie będę tu robił festiwalu ‘czego by Munlup chciał’, bo to niczego nie zmieni. W każdym razie, mam uczucia mieszane. Podkład bardzo spoko, klimat utworu spoko, ale ten wokal odrzuca mnie niestety, na co Musiał był pewnie przygotowany, bo wie, że ja hejtuje najczęściej takie rzeczy.
The The - This Is The Day
Po trzech utworach, które mnie nie ruszyły, Mentos (WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO) wjeżdża z numerem, który w sumie mi się podoba. The The znam tylko z nazwy, bo to nazwa popularna, ale jeśli mam być szczery, to bardziej byłem zaznajomiony z DeDe mieszkającym w Suwałkach i nadających reportaże, niż z muzyką w/w zespołu. Nie wiem, czy nie słucham The The po raz pierwszy ever. Czy tego się spodziewałem? Nie wiem, chyba nie spodziewałem się niczego, czy raczej niczego nie zakładałem. Numer rusza i z początku myślę sobie, heh, trochę wiochą trącą te klawisze, a potem wjechał akordeon i sobie myślę, heh, wesoło… Ale potem wchodzi jeszcze harmonijka i ten wokal, który brzmi trochę jak Stan Ridgeway udający Stana Ridgewaya. Trochę to pobrzmiewa kawałkiem z jakiegoś musicalu z lat 80tych. Tańcząca młodzież, jakaś bekowa choreografia, pląsy na stołach w barze, obowiązkową ze słomą wysypującą się butów, itd. Oglądałbym. Poza tym, vibe jest tak rozbrajający, że nie potrafię czegoś takiego nie polubić. Momentami to schodzi w stronę tego bardziej country Culture Club, czy czegoś. Nie wiem, czy rzucę się na dyskografię The The, w tej chwili nie czuję takiej potrzeby, ale chrzest przeszedłem i czuje się po tym wyjątkowo dobrze.
Jeden bardzo dobry kawałek od Murzyna, jeden spoko kawałek od Mentosa (WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO) oraz trzy średniaki od reszty Porcupine Tree Kolegów. Nie gniewajcie się.
Uprzedziłem Murzyna zawczasu, że ja to raczej Fisza nie lubię za bardzo, był jakiś tam numer Tworzywa, który mi się podobał, ale on mi się podobał 20 lat temu, więc heh, nie wiem. No, ale włączam. Powiem tak, jestem już chyba trochę zmęczony hip-hopem, bo nawet ewidentnie dobre bity, zaczynają mnie nużyć. No, ale po paru razach zaczęło się jednak coś przebijać. Z początku miałem zjechać rap, za to gdakanie, i to pedo mruczenie na początku, ale ostatecznie, jak ucho się przyzwyczai, to jest ok. Pewnie ten sam problem mają ludzie, którzy pierwszy raz stykają się z L.U.C.iem. Podoba mi się delay na wokalu w refrenie, wprowadza to taką mgielną, lekko surrealistyczną i jesienną atmosferę. Jaca to jednak umie wrzucać sezonówki, na pewno jest to perfekcyjna jesienna wrzuta. Nie wiem na ile to wpływa na odbiór, ale ostatecznie daję dużą okejkę temu kawałkowi. Co ciekawe, bas przypomina pewien kawałek, który nagraliśmy z kolegą Adrianem M. Nie moge nie pochwalić. Bonusowo, wszystkiego najlepszego dla Murzyn i Żony Murzyna (prawie jak Córka Rybaka) z okazji rocznicy. Takie okazje warto pielęgnować.
Mery Spolsky - Kosmiczna dziewczyna
Bałem się tej wrzuty. Nazwę „Mery Spolsky” znam od jakiegoś czasu, zawsze sobie myślałem „jezu, jaka durna ksywa”, no ale żyjemy w post-Męskie Granie czasach, to jakby obliguje wykonawców do tworzenia sobie takich ‘hehe’ kryptonimów. Nie ważne to jest zresztą, cytując Noela Gallaghera „LET’S TALK ABOUT MUSIC, MUSIC, MUSIC, MUSIC, MUSIC...”.
Arp na początku jak z Thoma Yorka, wyrywa mnie z tego porównania trapowy bit. „Rap”, o ile można to tak nazwać, dosyć irytujący, bo i głos Mery jest taki sobie. Refren, śpiewany normalnie, wypada znacznie lepiej, chociaż jednocześnie wali trochę Nosowską, a to nie jest z mojej strony komplement. Do tego taki infantylny klimat, jakby wszyscy ci wykonawcy z lekko 'kontrowersyjnym' repertuarem, musieli wykonywać te kawałki jakby robili sobie jaja, jakby ich samych cringowało to o czym śpiewają. Muzycznie jest tu spoko, na pewno dużo lepiej niż w pewnych tik-tokach od Smoka, ale irytują mnie te wszystkie nowoczesno-hopowe zabiegi, jakieś glitchowe, dźwiekotwórcze wokale, jakieś celowo tandeciarskie synthy, nie wiem, jestem po prostu starym grzybem everybody, trudno. Niemniej, w sytuacji życiowej opisanej przez Roberta, to pewnie inaczej zupełnie bym odbierał ten numer, zresztą zakładam, że Mery Spolsky to jest coś czego ludzie z pokolenia Dragona masowo słuchają i jest jakby, nie wiem, oczywiste. Trochę jak za moich czasów oczywiste było, że się słucha Linkin Park. Jest to neutralna wrzuta, po prostu nie dla mnie. Nie lubię mehać na naładowane emocjonalnie wrzuty, ale trudno, Dragon by to samo zrobił na moim miejscu. Inna sprawa, że to nie jest taki stuprocentowy meh, to nie jest zły numer, ale z innym targetem odbiorców niż jakiś smęciaż Munlup.
Tarkan - Sikidim (Hepsi Senin Mi)
A co to za Arash? Nie przepadam za takimi rzeczami, moja sympatia do tego typu brzmień kończy się chyba na Opa Opa Opa Opa Szara Morda Zniszczył Klopa. Pewnie jadąc przez Syrię, robi to odpowiedni klimat, ale ja nigdy nie byłem w Syrii, ani w Turcji. Byłem w Niemczech, ale takiej muzyki nie pamiętam lol. Słyszałem jednak w życiu gorsze rzeczy w tym stylu. Nie znaczy to niestety, że dam okejkę. To jest trochę intro do jakiejś tureckiej telenoweli, ewentualnie numer z bollywoodzkiego musicalu, coś z czego można się pośmiać, ale nie traktować poważnie. Musiałbym mieć jakąś sytuację fajną do tego, żeby to zadziałało, jakieś wspomnienia, cokolwiek. Na sucho to w po prostu nie wchodzi. Wracałem do tego kawałka wielokrotnie, bo nie chciałem tak Wujkowi mehać dwóch kawałków pod rząd, ale już wolałbym chyba słuchać Sary Konon. O ile ktoś nie zaprosi mnie do pięciogwiazdkowego hotelu, w którym tancerka brzucha będzie przede mną tańczyć z tym w tle, to raczej nie wyrobię sobie żadnych ciekawych wspomnień w związku z „Sikidim” i nie będę miał ochoty do niego wracać. Ale, żeby nie było, wlatywały w bestkach dużo gorsze rzeczy niż to. To jest na pewno przyzwoite w swojej kategorii, a że mi z całą kategorią nie po drodze, to już problem innego rodzaju.
Princess Chelsea - No Church on Sunday
Faktycznie wokal jest dziewczęcy, powiem nawet, że dziecięcy. To jest chyba największy zgrzyt u mnie, bo mi się ten wokal zwyczajnie nie podoba. Nie przepadam za takim miauczeniem, cały czas odnoszę wrażenie, że słucham jakiejś wyliczanki w wykonaniu przedszkolaków (tudzież w poprawnej, przedszkolnej wymowie – pszeczkolaków). Muzycznie jest spoko, nie zostałem powalony na ziemię, ale też nie mogę powiedzieć, że jest źle. Zimna fala, fajne gitary w stylu, który lubię. Szkoda, że to nie jest numer Jonathana Bree, bo jego wokal był akurat ok, a Princess in another Chelsea castle mi nie podchodzi. Odbija się to najgorszym rodzajem dream popu, brakuje tylko żeby laska zaczęła na końcu robić takie gdaczące, przedrzeźniające lalala, nanana. W kwestii muzyki, wywaliłbym tez część klawiszy, w zasadzie zostawił bym tylko ten chłodny ambient synth-pad, który otwiera utwór, a resztę pozostawił gitarom. No, ale nie będę tu robił festiwalu ‘czego by Munlup chciał’, bo to niczego nie zmieni. W każdym razie, mam uczucia mieszane. Podkład bardzo spoko, klimat utworu spoko, ale ten wokal odrzuca mnie niestety, na co Musiał był pewnie przygotowany, bo wie, że ja hejtuje najczęściej takie rzeczy.
The The - This Is The Day
Po trzech utworach, które mnie nie ruszyły, Mentos (WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO) wjeżdża z numerem, który w sumie mi się podoba. The The znam tylko z nazwy, bo to nazwa popularna, ale jeśli mam być szczery, to bardziej byłem zaznajomiony z DeDe mieszkającym w Suwałkach i nadających reportaże, niż z muzyką w/w zespołu. Nie wiem, czy nie słucham The The po raz pierwszy ever. Czy tego się spodziewałem? Nie wiem, chyba nie spodziewałem się niczego, czy raczej niczego nie zakładałem. Numer rusza i z początku myślę sobie, heh, trochę wiochą trącą te klawisze, a potem wjechał akordeon i sobie myślę, heh, wesoło… Ale potem wchodzi jeszcze harmonijka i ten wokal, który brzmi trochę jak Stan Ridgeway udający Stana Ridgewaya. Trochę to pobrzmiewa kawałkiem z jakiegoś musicalu z lat 80tych. Tańcząca młodzież, jakaś bekowa choreografia, pląsy na stołach w barze, obowiązkową ze słomą wysypującą się butów, itd. Oglądałbym. Poza tym, vibe jest tak rozbrajający, że nie potrafię czegoś takiego nie polubić. Momentami to schodzi w stronę tego bardziej country Culture Club, czy czegoś. Nie wiem, czy rzucę się na dyskografię The The, w tej chwili nie czuję takiej potrzeby, ale chrzest przeszedłem i czuje się po tym wyjątkowo dobrze.
Jeden bardzo dobry kawałek od Murzyna, jeden spoko kawałek od Mentosa (WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO) oraz trzy średniaki od reszty Porcupine Tree Kolegów. Nie gniewajcie się.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Ale to chyba jest sedno bycia chorobliwym nostalgikiem, to idealizowanie i romantyzowanie przeszłości. Ja osobiście, wypieram większość złych wspomnień, lub nabieram odpowiedniego dystansu, dzięki któremu obserwuje te wydarzenia jakby z daleka, na pewno emocjonalnego. Dlatego jak Murzyn pisze, że "po co sobie robić kuku rozmyślaniami o tym co człowiek źle zrobił dawniej", to ja odpowiadam, że tego nie robię xD Moja nostalgia opiera się raczej tylko na wspomnieniach pozytywnych lub neutralnych, a te gorsze też kompresuje w takim stopniu, że stają się neutralne, lub obracam je w żart. To jest materiał na większą dyskusję, ale kiedy Glen śpiewa, że współczuje wszystkim, którzy nie mogą ruszyć do przodu, oprócz siebie, to się z tym utożsamiam, bo z jednej strony widzę wady takiego stanu rzeczy, ale je akceptuję. No, ale dzwonek na przerwę jest, więc dokończymy na kolejnej lekcji.devotional pisze:17 lis 2023 07:57przeszłości, którą jednocześnie potwornie idealizuję i romantyzuję
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Tzn. ja nie napisałem że Ty tak robisz, to była uwaga ogólna nt. "nostalgizmu" ale już ciiii bo biolożka idzie
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup