Best of Forum (Albumy) vol. 2

Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18314
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Re: Best of Forum (Albumy) vol. 2

Post 26 sie 2023 23:42

Mentos ruchy.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 27 sie 2023 00:00

Jutro to Ty wylatujesz hehe
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 27 sie 2023 11:18

mintaj pisze:
26 sie 2023 23:10
Wlatuję jutro, proszę nie poganiać
Nie twórz sytuacji, w których trzeba cie poganiać xddd
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 28 sie 2023 12:37

The Orb - Orbus Terrarum

O The Orb wcześniej właściwie tylko słyszałem. Nie znam tego wykonawcy, latami nie miałem pojęcia, jakiego rodzaju muzykę wykonuje. Journey FM nie było moją ulubioną stacją w GTAIV, to też słuchałem jej rzadko, a nawet jeśli, to nie miałem pojęcia, czyje numery tam latają (rozpoznawałem chyba tylko Jarre'a). Jednak mam tę nazwę w swojej bibliotece muzycznej... no tak, zrobili remiks numeru You Gotta Say Yes to Another Excess Yello na ich krążek z remiksami o nazwie Hands on Yello. Nie podobał mi się. To tyle.

Przyznam szczerze, że jak Melki wrzucił swoją propozycję to w ogóle umknęła mi nazwa, a potem umknął mi gatunek. Co to oni właściwie robią? Nie wiem i nie chciało mi się sprawdzać choćby na Discogs. Po prostu nie i już. No, ale dobra, odpalmy i poczytajmy. O, ambient. O, house ambient, zapowiada się coraz ciekawiej. Włączyłem i... sam nie wiem, czy jestem bardziej rozczarowany, czy też nie. Hien dobrze ujął to w swojej recce - to jest taka muzyka z Sephory, albo do Sephory, albo do innego dowolnego centrum handlowego (zwłaszcza Plateau tak mi brzmi na wejściu, trochę jak podrasowana muzyczna z jedynej galerii handlowej w Vice City). Albo muzyka do... programów przyrodniczych, ale w vibie 2000 utopian scholastic world, żadna tam duchologia spod znaku Ghost Box (Belbury Poly na kiju), tylko encyklopedie multimedialne od Eyewitness (na pewno kojarzycie ten słynny opening). Animowane papugi, interaktywne sale do zwiedzania, jakieś planetarium, symulator lądowania na Księżycu i takie tam. No to pod tym względem ta muzyka to wygryw. Nie jestem w stanie, jak pozostali, opisywać tutaj pojedynczych numerów. Dla mnie ta płyta jest niby instalacja artystyczna Eno z muzyką generowaną na żywo na podstawie ustawień wymyślonych przez niego programów, za każdym razem coś innego. I ja dosłownie coś innego słyszę, gdy odpalam ten album raz po raz (przesłuchałem go łącznie 3 razy). To jest wyśmienity OST na urlop w pojedynkę, ale gdzieś na jakiejś wyspie albo w jakiejś głuszy. Zupełnie moje klimaty, więc się jaram. Poza Eno słyszę tu Banco de Gaię, więc jaram się podwójnie. Bardzo lubię rzeczy powtarzalne w muzyce, przyjemnie jest zatopić się w podkładzie, który leci niezmieniony przez ponad 10 minut i tylko jakieś pojedyncze dźwięki są na nim rysowane, dokładane, dobijane. Valley, Plateau i White River Junction (na tym ostatnim najbardziej słyszałem house z całego albumu) najmocniej się dla mnie pod tym względem wyróżniają. Generalnie najbardziej wchodzą mi rzeczy takie... chillowe tutaj, lekkie i nieobezwładniające za bardzo, albo też - lepsze słowo - nieprzytłaczające. Niestety, o ile pierwsze 2 numery mnie zachwyciły, to takie Oxbow Lakes z tym pianinem brzmiało dosyć tanio (no ok, 1995 rok, ale to też żadna wymówka), Occidental zwyczajnie z kolei zmęczyło. Montagne D'Or brzmi jak z soundtracku do jakiejś kosmicznej gry arcade, co robi bardzo fajny klimat (nawet z tymi mówionymi wstawkami, choć tłuczenie w gary pod koniec troszkę psuje odbiór). Slug Dub jest pół na pół, ale jednak mi się podoba - i tym, że jest dość wolne i tym, że jest zwyczajnie kwaśne (ok, Occidental też takie było trochę, ale to jednak nie mój klimat chyba, na pewno nie dziś), a kwaśne rzeczy są spoko. Najbardziej te reverby na loopach perkusyjnych, które sprawiają wrażenie słuchania ich z kibla (nie pytajcie). To jest płyta dość przestrzenna, potrafię sobie w głowie wygenerować setting, w której bym jej słuchał (a może nawet będę). Taki mój klimat z przebitkami nie mojego klimatu... Płyta do wajbowania - i dwa pierwsze kawałki rozkładają mnie na łopatki. Potem robi się troszkę gorzej, ale w ostatecznym rozrachunku i tak jest fajnie. Jednak no, najczęściej wracałem do Valley i Plateau. Ewidentnie mam wyczucie na Eno-podobne rzeczy (a to naprawdę brzmi jak 77 Million Paintings). Nie wiem jednakowoż, co i jak tutaj dać xD

Nie lubię wjeżdżać z reckami późno choćby z tego jednego powodu, że przedmówcy mają zwyczaj walenia ścian tekstu (no, wiadomo, ja też), ale kiedy ja NAPRAWDĘ nie czuję, że mam coś więcej do powiedzenia, to nie jestem w stanie z siebie wypluć więcej tekstu i potem mam wyrzuty sumienia, że wszyscy się tak bardzo rozpisali, a ja w Gazwybie wierszówką zarobiłbym najwyżej na Harnolda i bułkę z przedziałkiem. No ale nic nie poradzę, poważnie. Czy mnie się The Orb podoba... W sumie tak. Nie będę może wracał do tego tak często, jak do niektórych propozycji Dragona, ale skłamałbym mówiąc, że nie wrócę w ogóle. Może powinienem się zapoznać z innymi ich krążkami? Na razie myślę o Art of Noise, także po kolei. Tutaj jest spoko, jest chillowo, bywa nudnawo i niepotrzebnie, ale nie odrzucam, tylko po prostu odpalam w pętli 2 pierwsze ścieżki. I od razu humor gituwa. A, no i odpaliłem jeszcze raz You Gotta Say Yes to Another Excess w ich wersji. Dalej mi się nie podoba.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 28 sie 2023 21:13

The Orb - Orbus Twojastarrus

Fajnie, że w tej edycji melczesław wrzucił płytę dragona, za to dragon nie wrzucił płyty melczeta i mamy dwie płyty dragona. CHOCIAŻ CHOCIAŻ jakby się tak zastanowić, to rozstrzał stylistyczny jaki nam tu zaprezentował w bestkach kolega poeta Tomasz ze Śląska jest na tyle szeroki, że mógłby i wrzucić Junior Boys (btw liczę na powrót do best of utworowej). Tym razem zapodał nam The Orb - projekt jakoś tam mi znany. Wieki temu (wg ryma w lutym 2016) słuchałem debiutu, który pamiętam jako nieco za długi, ale mimo wszystko nadal rzetelny ambient, taki co to człowiek mu daje 7/10, czasem se wraca, myśli generalnie ciepło, ale też nie umieszcza w panteonie życia - ot, wyższa średnia. Ktoś mi tu przypomniał o tym kolabie z Gilmourem, o którym słyszałem conieco tudzież i ówdzież w 2010 roku, ale nie dam sobie głowy urwać za to, czy go słuchałem czy nie - żadnych dowodów na ten stan rzeczy bynajmniej nie znalazłem, więc uznam, że nie.
Zanim przejdę do sedna, to tylko napiszę, że jestem na melczeta jednocześnie wkurzony i jednocześnie mu serdecznie dziękuje. Wkurzony, bo dzięki niemu muszę pisać reckę ambientowej płyty, a idąc za powiedzeniem, że pisanie o muzyce jest jak tańczenie o literaturze, to pisanie o ambiencie jest jak tańczenie breakdance w pokoju 2m2 o książkach Tokarczuk. A wdzięczny z racji tego iż, skurczybyk, po prostu sprzedał nam tutaj wszystkim zgromadzonym naprawdę dobry album!
Ponieważ pisanie o muzyce nie ma sensu, jeszcze większego nie ma rozkładanie płyt takich jak ta na czynniki pierwsze. Zanim do tego przejdę uprzejmie proszę tylko o zakreślenie w bingo moich recenzji zwrotów "płyta rośnie z każdym odsłuchem" oraz "jest to album, który zdecydowanie najlepiej przyswaja się w całości" - właśnie niniejszym padły, bowiem właśnie taka jest prawda tej płyty.
Płytę otwiera Valley i moje luźne wypierdy umysłu, które roboczo nazywałem notatkami spisywani podczas odsłuchów, dryfowały wobec klimatów typu łąki, lasy, pola i wypasające się sarenki - wiecie o cho, taki tam sielankowy widoczek beztroskiej natury. Mój lakoniczny opis sugerowałby, że ciut przesłodzony, ale właśnie w tym cały ambaras, że nie, że po prostu jest przyjemnie, błogo i w tym nastroju, że nie potrzebuje się zbyt wiele do szczęścia. Może i specyficznie interpretuję tę muzykę, nie wiem, nie znam się na niej wszak, co wielokrotnie interpretowałem, ale na swój sposób bardzo podoba mi się to intro i to jak przechodzi do "właściwego" kawałka, w sensie trochę to odbieram jako muzyczne przedstawienie takiej właśnie ucieczki z jakiegoś tam zgiełku czy cholera wie skąd do miejsca w którym jest fajno i w ogóle. Jest dobrze i wiele więcej mi do szczęścia nie trzeba.
Plateau też w sumie jest fajne, w niektórych momentach zalatuje mi tymi albumami GASa, które znam. Tutaj też tkwię w przyjemnej zamule i też jest miło, podoba mi się główny motyw, a jeśli pozostałe dźwięki go uzupełniają tak jak tutaj, to ja naprawdę nie będę się czepiać, ani rozpisywać, tylko napierdalam czilerę jak to mawia młodzież (nie no, tak naprawdę to nikt tak nie mówi). W sumie dość ciekawe (lub nie), że moje myśli tutaj dryfowały w kierunku soundtracku do jakiegoś etapu w dżungli ze starej platformówki, ale ja czasem sam nie rozumiem czemu moje myśli podrożują w tych lub innych kierunkach. Jest supcio.
Oxbow Lakes zaskakuje wstępem, wybudza z letargu i w ogóle to ten motywik zalatuje mi jakimś programem z TVP 1 z lat 90. Na nasze szczęście (lub nie), telewizor na którym ten nienazwany program szybko tonie w gąszczu dźwięków, które kojarzą mi się z inbą w tropikalnym lesie. Szamany przywołują deszcz czy tam torturują Michała Kydryńskiego przywiązanego do pala - nie znam się na tych klimatach, ale ten no... też jest miło, jak same skojarzenia wskazują. Ta oniryczno-kosmiczna końcówka jest intrygująca, ale pisząc intrygująca nie mam na myśli niczego negatywnego.
Lubię strukturę Montagne D'Or (Der Gute Berg), od tego narastania powolnego, spokojnego motywu, poprzez galopadę, po której następuje NAPIERDALANKA, a po napierdalance wszystko się gliczuje i rozpada. O dziwo, tutaj akurat moje myśli nie dryfują w stronę starych gierek, w sumie faktycznie trochę tych Oziriców słychać. Znowu wyrażam się ciepło, ale nic nie poradzę, że ja generalnie lubię w muzyce buodwanie napięcia pod napieprz i jeszcze bardziej lubię jak całość się dekonstruuje na moich uszach. Rozjebany tramwaj też na plus - wszakże mieszkam we Wrocławiu.
Jak se tak czytam co pisałem na bieżąco o White River Junction, to niby wynika z tego, że to powinien być najsłabszy moment tej płyty, ale kruca bomba wcale tak nie jest, tj. nawet jeśli, to jakoś tak nie odczuwam tego podczas słuchania całości czy tam nawet tego tracka. Ciekawe czy odgłosy tych żab puszczali w Żabce hehehe. W sumie to nawet nie tyle kojarzy mi się z grami video, co z tymi programami na Hyperze, gdzie puszczali gameplay'e z gierek pod jakąś muzykę - ja wiem, że tam zazwyczaj był jakiś metal po prostu, ale to mi jakoś pasuje pod prezentację etapu z bossem czy innej sceny walki. Końcówka mi trochę zalatuję jakimś Boards of Canada, mówię o ostatnich 2 minutach ofc, a nie tym psychośmiechu - to miało być psychodeliczne i ten no kurna jest.
Płynnie przechodzę do Occidental, bo jest następne na trackliście. Znowu dźwięki z gierek i nie wiem czy to ja jestem tak spaczony, czy faktycznie je cały czas słyszę, ten przetworzony, ciut zdeformowany motyw, co to tak słychać w tle przez pierwszą połowę kawałka też mi się z czymś tam kojarzy, ale diabli nie pozwalają mi skojarzyć z czym. W sumie to nawet bym się pod to mógł pogibać, gdyby nie to, że znowu mam awersję do tańca i różnego rodzaju fikołów i wygibasów - ot, muza do tańca i do różańca, bo zamula się przy tym równie fajnie. Motyw z drugiej połowy nieco mniej fajny, ale też spoko i fajnie, że wszystko się tu rozpierdala.
Na końcu bynajmniej nie zostają same ziemniaczki, samo fuj-fuj czy resztki z pańskeigo stołu. Slug Dub jest super, ale tu nawet nie będę ukrywać, że mam jakieś szczególne obrazy, porównania czy cokolwiek. To jest po prostu dobra muzyka, kocham to "tekturowe" i jednocześnie slackerskie brzmienie i po prostu daje się jemu ponieść, zamiast szukać słów, co mają jakiś większy sens, zresztą sami słyszeliście.
No i ten no - trochę ambientu, trochę egzotyki, trochę psychodelii, jest też muzyka ze starych gierek i trochę fajnie pretensjonalnych starych sampli, które i tak są fajne (gdyż są fajne). Fajnie mi to zaskoczyło, Melczet jak jednak chce, to wylosuje za pomocą swojego Koła Fortuny coś ekstra. Podoba mi się to, jest super, otake rzeczy nic nie robiłem. Daję OKEJKE!
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
3/5
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 28 sie 2023 21:27

No i jupikajej że tak powiem, dobiliśmy do brzegu, FKOŃCU. Melki może pisać podzięki a tymczasem dla formalności uprzedzę: ODSUŃCIE SIE ON WRZUCA JUTU

U2 – Achtung Baby
shodan pisze:
29 cze 2023 09:28
U2 – Achtung Baby

Może teraz rzucam czymś oczywistym i mało oryginalnym, ale Achtung Baby to była jedna z absolutnie najważniejszych płyt mojej młodości. Okres 1990-91 wspominam rewelacyjnie, no bo przecież wtedy poznałem Violator i DM w ogóle, wyszły najlepsze dla mnie albumy Stinga, a-ha, U2 właśnie i jeszcze parę innych. Achtung Baby nie był pierwszym kontaktem z zespołem U2. Słuchałem go już chwilę wcześniej jarając się poprzednimi albumami. Już Wam opisywałem historię kupna kasety Boy. W technikum zespół U2 cieszył się dużą popularnością wśród młodzieży, więc było z kim dyskutować o ich muzyce i wspólnie czasami słuchać po szkole. Na Achtung Baby miałem naprawdę przepotężną fazę. Znałem album właściwie na pamięć i chodząc w niedziele z rodzicami pieszo do ciotki mieszkającej parę kilometrów za Chojnicami odtwarzałem sobie album w myślach sekunda po sekundzie na pełnym dystansie. Ale to też już chyba opisywałem w bestce utworowej. Gdyby wtedy istniał ogólnie dostępny internet i last.fm, to pewnie Achtung Baby w moich rekordach byłby bardzo wysoko. Bo to były dziesiątki, jak nie setki odsłuchów. Album był sporą zmianą stylistyczną w stosunku do tego, co zespół prezentował na wcześniejszych albumach. Praca nad nim była podobno bardzo burzliwa i o mało nie doprowadziła do rozpadu zespołu. Ale jednak jak widać po końcowym efekcie czasem warto dokonać jakiejś rewolucji zamiast tkwić wciąż w tym samym miejscu. Przypomina mi to trochę sytuację DM i nagrywania SOFAD.
Producentem Achtung Baby był Daniel Lanois, który wyprodukował im również kilka innych płyt.
Już otwierający album Zoo Station to mocna rzecz. Te gitary mocno wbijają się do świadomości młodego shodana (choć wtedy nie używałem jeszcze tej ksywki, ani nawet Jazon, a znany byłem jako Pinio). Jak wchodzi perka i bas, to już jest wręcz rewelacyjnie. Przetworzony wokal Bono pasuje idealnie do muzyki. Jeden z moich ulubionych momentów na płycie. Ale następny Even Better Than The Real Thing wcale nie jest gorszy. Intro niezwykle efektowne. Gitary wciąż bardzo efektowne. W ogóle podoba mi się na Achtung Baby to brudne brzmienie gitar. Widać, że The Edge zna się na swojej robocie jak mało kto. O One nie ma co się uzewnętrzniać, bo to chyba zna każdy. Po prostu piękna rockowa ballada, na którą można było się nadziać wszędzie, gdzie by się człowiek nie ruszył. Ale ballada z typu tych, że ile razy by się jej nie słyszało, to nie odczuwało się jakiegoś przesytu. Po prostu jest zbyt dobra, żeby się znudziła. Te klawiszowe, iście filmowe tło jest tak dobre.
Until The End of The World ma zajebiste gitarowo-basowe intro. Te gitary tak charakterystyczne dla zespołu są naprawdę dobre. Who's Gonna Ride Your Wild Horses to kolejna wolna kompozycja, w której gitary czarują swoim brzmieniem. Wreszcie dochodzimy do najlepszego w moim mniemaniu fragmentu albumu. Duet So Cruel i The Fly to moi ulubieńcy na dobre i na złe. So Cruel od początku robiło na mnie piorunujące wrażenie. Potem jak wiadomo DM coverowało ten utwór, ale nawet moi ulubieńcy nie byli w stanie zbliżyć się poziomem do oryginału. A singlowy The Fly zachwyca znowu brudnym i niezwykle interesującym brzmienie gitar. Świetna solówka. Tak jak od dawna nie jestem już generalnie fanem rockowego grania, tak U2 na Achtung Baby (i nie tylko w sumie) używają tego instrumentu w sposób tak dobry, że nie sposób nie docenić. Bardzo ciekawie w The Fly brzmi też wokal Bono.
Mysterious Ways to kolejny singiel. Wciąż dobry, choć to już nie poziom The Fly. Tryin' To Throw Your Arms Around The World pod względem rytmu i tempa przypomina One. Wciąż dobry utwór, choć już na pewno nie tak znany. Druga część albumu to już może nie takie wodotryski, co na pierwszej, ale wysoki poziom jest jednak nadal utrzymany. Ultraviolet (Light My Way) to ostatni dynamiczny numer. Acrobat wyraźnie zwalnia. To bardzo ładna kompozycja z fajnymi gitarowymi zagrywkami. Album kończy zaś posępna ballada Love Is Blindness, bazująca na wyrazistym basie.
Nie słucham już Achtung Baby tak zawzięcie jak te 3 dekady temu, ale wciąż robi na mnie duże wrażenie. To nie tylko kwestia nostalgicznych wspomnień, choć te oczywiście są i suną z mocą śnieżnej lawiny. Bo przypominają mi młodość, technikum, moje rodzinne miasto, niedzielne wycieczki do ciotki, kolegów słuchających U2, zawzięte dyskusje o tej muzyce. To jest dla mnie naprawdę dobra i ponadczasowa płyta. I najbardziej równa. Taki ich Violator bym powiedział. Nawet nie podejrzewałem, że w 2023 roku będę o tym albumie pisał tak entuzjastycznie.
Zwraca też uwagę ładna okładka będąca po prostu ciekawą kompilacją różnych mniejszych obrazków, na których można zobaczyć słynne spodnie w cekiny The Edge'a jak i kultowego Trabanta. :)

https://www.youtube.com/watch?v=tkoEGVA ... Oe0sOFsk8i
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 29 sie 2023 13:56

U2 – Achtung Baby

Koszmarnie trudno będzie mi pisać o tym albumie, bo słucham go od ponad 20 lat. Generalnie, może nie zaznaczam tego na forum w każdym poście, ale jestem fanatolem U2, podobają mi się wszystkie płyty, potrafię ignorować kretynizmy, które wyprawia Bono, itd. Uważam, że hejt na U2 jest wyolbrzymiony, zbytnio oparty o kwestie niemuzyczne i generalnie sporo osób odrzuca ten zespół bez słuchania. Jak ja zacząłem ich słuchać, to było jakoś pod koniec lat 90-tych, zresztą praktycznie w tym samym czasie kiedy zacząłem słuchać Depeche Mode, to nie mówiono o U2 w taki sposób. Szczyt mojej fazy to okres między 2002, a 2005 rokiem, wtedy to był dla mnie zespół na równi z DM i na samym szczycie. Gdybym wszedł wtedy do jakiegoś sklepu z muzycznego, to też by mówili „zróbcie przejście, on chce kupić U2”.

Nie będę się rozpisywał więcej, bo jak można się domyślić, sam kiedyś gdzieś wrzucę U2. „Achtung Baby” to album, który trząsł moimi emocjami jakoś koło 2003 r. razem z jego bratnią „Zooropą”. Miałem 16/17 lat, więcej nie trzeba mówić, przeżywało się wszystko bardziej niż teraz.
Kiedy ten album wychodził, to byłem gówniakiem, pamiętam „One” z tv, pamiętam klipy z Bono przebranym za The Fly, itd., ale nie ogarniałem tego, dla mnie ważniejszy był soundtrack z „Pana Kleksa”. Dla fanów wtedy to był gruby album. Ostatni koncert w 1989 r. Bono kończył wynurzeniem, które wielu odebrało jako rozwiązanie zespołu i wypalenie. Potem U2 zniknęli i w ciszy pracowali w studiu. Zespół faktycznie był wtedy wypalony, bliski rozpadowi, wstępne sesje nagraniowe nie przynosiły żadnych wartościowych utworów (kilkanaście godzin tych sesji wyciekło przed premierą „AB”, o ile nie są to złe rzeczy, to słychać, że zespół się męczy). Potem nagle coś kliknęło, to chyba było po nagraniu „One”, kiedy U2 obudziło się z tego twórczego letargu. Potem wszystko poszło z górki. Nad albumem pracowali Brian Eno i Daniel Lanois. Zespół powrócił z jednym z najbardziej wpływowych albumów lat 90-tych. Kończę ten tryb Marka Sierockiego, bo trzeba pogadać o utworach.

Z „Zoo Station” długo się docierałem, jakoś mi nie wchodził ten kawałek, ale w końcu wszedł. To jest doskonały opener dla tej płyty, od razu wywalają kawę na ławę, że to już trochę inne U2, że to nie jest już klasyczne rockowe granie, że będzie tu więcej zabawy producenckiej i eksperymentów (mimo, że kawałek sam w sobie jest bardzo klasyczny). Brzmienie perkusji Larry’ego Mullena niemal industrialne, do czego zespół będzie jeszcze wracał na „Zooropie” w kawałkach takich jak „Daddy’s Gonna Pay For Your Crashed Car” na przykład.

„Even Better Than the Real Thing” przez lata słyszałem w tylu różnych wersjach, remiksach, wykonaniach koncertowych, że aż szokłem słuchając albumowej, bo dawno po nią nie sięgałem.
Ten kawałek ma hawajskie korzenie, pomimo że kompletnie tego nie słychać, bo w tej wersji całkowicie to zagrzebali w aranżacji, ale to nadal czuć. To, między innymi, lubię na tej płycie i w ogóle w U2, że z taką łatwością łączą style i wpływy, potrafią stworzyć w ten sposób coś fajnego, a jednocześnie nie pobrzmiewającego zdupizmem, a to jednak sztuka. Te dwa pierwsze kawałki są bardzo spoko, ale najlepsze, IMO przynajmniej, dopiero nadchodzi.

„One” cierpi trochę na kompleks „Enjoya” i przez to swego czasu miałem na niego alergię, ale z czasem i z wiekiem, przestałem na to zwracać uwagę, a raczej przekierowałem ją na to jak ten kawałek jest dobry. Zasłużony hit, ale nie brakuje mu rzeczy do odkrywania podczas słuchania na słuchawkach, a nie z radia w taksówce. Historia powstawania tego kawałka jest dosyć fascynująca i inspirująca, znam z autopsji momenty kiedy w ostatniej chwili wpada się na salę żeby jeszcze coś dograć, bo w korytarzu przyszedł pomysł na zagrywkę lub coś innego. Fun fact: „One” oraz leżące w dalszej części płyty „The Fly” i „Ultraviolet” wszystkie pochodzą z jednego kawałka pt. „Lady With a Spinning Head”, który przepoczwarzył się i dał życie aż trzem numerom. Sam zresztą też wyszedł jako b-side, ale już w nieco innej wersji. „One” wielkie jest, ma ten podniosły, uduchowiony klimat, a jednocześnie pozbawione jest kompletnie pretensjonalności (którą się często zespołowi zarzuca).

EDIT: sprawdziłem kwestię LWaSH i to jest jeszcze bardziej skomplikowane. Z tego kawałka powstały "Zoo Station", "The Fly" i "Ultraviolet", po czym samo "Ultraviolet" rozdzieliło się na "One" i "Ultraviolet (Light My Way)".

„Until the End of Time” wolę chyba w wersji live, bo ma w sobie znacznie więcej energii, która tutaj trochę się rozmydla. Ten perkusyjny kocioł jest chyba odrobinę za gęsty, trochę zamula ten kawałek. Nadużywam słowa „chyba”, bo to się u mnie często zmienia. Kawałek opowiada historię miłosną poprzez metaforę relacji Judasza i Jezusa, co w sumie zawsze mi się podobało, ale jest też pożywką dla hejterów Bono. Co zrobić. Mała uwaga na boku, że jak na alternatywkowy album, sporo robi się tutaj przy wykorzystaniu samych gitar. Nawet dziś robi to wrażenie.

„Who’s Gonna Ride Your Wild Horses” swego czasu wolałem w wersji singlowej, wygładzonej, bardziej akustycznie-brzmiącej, ale po latach sam już nie wiem, bardziej mnie chyba obecnie ciągnie do tej albumowej, z jazgotliwą gitarą w kontrze z jakimś kwartetem smyczkowym. Refren wkręca się grubo.

„So Cruel” znany jest fanom U2 głównie z tego, że bardzo rzadko był wykonywany na żywo i tylko akustycznie. Za niedługo, U2 zaczną swoją rezydenturę w Las Vegas, gdzie będą grać całe „Achtung Baby”, ciekawe jak sobie poradzą z tym kawałkiem po 30+ latach. Dawno nie słuchałem wersji studyjnej, jest świetna. Bono wykonuje tu konkretne akrobacje wokalne, które dziś są już całkowicie poza jego zasięgiem (z tego też powodu zastanawia mnie jak oni to ogarną live). W każdym razie, U2 mieli (czasami nadal mają) talent do pisania prostych piosenek, którym nie da się odmówić uroku. Może to przez te refreny?

„The Fly” otwiera prawdopodobnie najlepszy segment płyty. Sam kawałek przesłuchałem w milionie wersji, niektóre koncertowe były mocno odjechane, np. ta

https://www.youtube.com/watch?v=6lygFjHzTho

i ta

https://www.youtube.com/watch?v=Iv-6PhFqFdM

Ponownie, klasyczny rockowy numer, ale usmażony w sposób, w jaki nikt wtedy tego nie robił, co jest z pewnością zasługą Eno. Ten kawałek ma 3 rzeczy, które w moich uszach stanowią o jego zajebistości. Po pierwsze, jeden z najbardziej ekscytujących gitarowych riffów ever, zaraz za „Take It Easy Chicken” Mansun. Po drugie, jedna z najbardziej ekscytujących i melodyjnych gitarowych solówek, jakie dane mi było słyszeć w mainstreamie. Po trzecie, TEN refren. Bonusowy plus za zajebisty tekst. Nie mam w zasadzie nic więcej do napisania, jeden z najlepszych kawałków U2. The Edge ugruntował tu swoją pozycję w panteonie na zawsze.

„Mysterious Ways” kojarzy mi się z dwiema kompletnie niemuzycznymi i osobistymi rzeczami. Po pierwsze, użyto tego w swoim czasie do promocji gry „Tomb Raider II”. Miałem wtedy nagrany z Polonii 1 odcinek programu „Escape”, w którym to leciało, oglądałem go milion razy i znałem ten fragment utworu na pamięć. Drugie wspomnienie, to słuchanie tego kawałka na początku lat 00wych, kiedy kupiłem sobie „Best of 1990 – 2000” i rozmyślałem o pewnej lasce z gimnazjum, do której wtedy wzdychałem. Czytałem też wtedy „Sekretny dziennik Adriana Mole’a” więc możecie sobie dodać to wszystko do siebie. The Egde pornosuje zdrowo, takiego użycia z wah-wah chyba nigdzie nie słyszałem. Larry wraca do bardzo gęstego zestawu perkusji, ale tutaj działa to doskonale. Potem na żywo było im trudno uzyskać ten sam efekt, ale nadrobili innymi elementami, prawie 8-minutowe wykonania z Zoo TV są już dziś legendarne, zwłaszcza że na scenie, podczas „Mysterious Ways”, tańczyła tancerka brzucha i przyszła żona The Edge’a (facet grał mocno natchnione solówki wtedy). To jest numer, którego najlepiej słucha się z gęstym wąsem po nosem.

„Trying to Throw Your Arms Around the World” to utwór, na który miałem niegdyś wyjątkowo mocną fazę i do dziś go uwielbiam. Z czym mi się kojarzy? Z pewnym porankiem, kiedy zbierałem się na wycieczkę do kopalni w Błechatowie xD Wyjeżdżaliśmy o jakiejś wczesnej godzinie, chyba 6. W tamtym czasie, mieliśmy z moim z najlepszym ziomem (tym co mnie wystawił rok temu na pierwszego) zwyczaj oglądania w niedzielę filmów z Hong-Kongu na TV4, które zaczynały się jakoś zaraz po północy. Stwierdziliśmy, że nie ma sensu nawet się kłaść po ten 2 w nocy i że zarywamy nockę. Obejrzałem ten film i chciało mi się spać, ale w końcu się umówiliśmy, więc jakoś dobrnąłem do 5, w ciemnym pokoju (żeby nie świecić rodzicom), słuchając „Achtung Baby” xD Wschód słońca pamiętam właśnie z w/w kawałkiem w tle. Potem poczłapałem pod szkołę gdzie czekał już bus i co prostytutka? Okazało się, że ziomek był zmęczony, olał kompletnie oglądanie filmu i poszedł spać. On był wyspany, ja czułem się jak zombie. Chłop ma niezłe cv wystawiania mnie do wiatru, nie wiem jak to jest, że my się po 20 latach jeszcze przyjaźnimy lol. Wycieczka była bardzo spoko, ciekawe co robił wtedy Murzyn? No, ale wracając do TTTYAATW. Numer ma niesamowicie luźny vibe, który się udziela, a do tego kolejny tekst traktujący o kobietach. Można mówić co się chce o Bono, ale facet potrafił pisać o kobietach, do mnie to przemawiało. W szkielecie tego kawałka czai się blues, ale na szczęście jest mocno opakowany w nowoczesny sposób. Piekna rzecz i wspomnienia.

„Ultraviolet” to chyba nadal mój ulubiony kawałek na tej płycie. Składa się tutaj w zasadzie wszystko za co lubię tego typu U2 – świetne melodie, wkręcające się riffy Edga, vibe i dobry tekst. Ten kawałek również kojarzy mi się mocno z tamtym porankiem, o którym pisałem przy okazji „Trying to Throw...”. Bejbe, bejbe, bejbe, to coś czego nawet wtedy Bono się bał, że zostanie za to wyśmiany, ale zespół i producenci namówili go żeby to jebał i nagrywał jak uważa. BEJBE BEJBE BEJBE, mnie to chwyta. Jak się jedzie kiblem na Śląsk to się mija wieś „Baby”, zawsze myślę wtedy o tym kawałku. Inne skojarzenie to, jak wspominałem, ten sam poranek co w poprzednim kawałku. Dwójka ludzi z klasy zaczęła wtedy ze sobą chodzić, co było dosyć „głośne” xD ale zawsze jest kiedy w klasie takie coś się zaczyna dziać w liceum. Laska mi się nie podobała, a gość był kompletnym idiotą, ale im zazdrościłem, bo sam nikogo wtedy nie miałem i było mi z tego powodu dosyć chujowo, na zasadzie „nie wierzę, że siedzę tu sam, a Adamczewski ma dziewczynę”. Ehh liceum. Rozmyślałem wtedy na te tematy, patrząc na wschodzące słońce i słuchając „Ultraviolet”, a są emocje w tym numerze i to nie tylko takie powierzchowne. Około 3:10, Larry upuszcza pałeczkę i to zostawili. Przy tak producencko opakowanej płycie, perfekcjonizmie zespołu i takiej skali płynącej na to forsy, ten ruch robi wrażenie do dziś, ale w tym rzecz. U2 nie zagubili w tym wszystkim emocji, która powinna płynąć nie tylko z odbioru, ale też z wykonania muzyki. Rewelacyjny jest ten kawałek. BEJBE BEJBE BEJBE. To są ostatnie optymistyczne dźwięki tego albumu, bo od tego momentu klimat nagle spada w przepaść i to drastycznie.

„Acrobat” to legendarny deep cut z tej płyty. Do 2018 r. nie był wykonywany na żywo, bo zespół nie czuł się gotowy (istniało jedno nagranie z próby w 1992 r., do tego wersja na akustyczną gitarę i wokal). Kawałek jest nabity emocjonalnie pod korek, refren chwyta za serce jak nic na „Achtung Baby”. Nagle robi się mrocznie, zarówno instrumentalnie, jak i lirycznie. Niedzielni słuchacze zwabieni radiem, nie spodziewali się takiego finiszu, ale U2 lubowali się w takich zmyłach, vide pierdoInięcie „Bullet the Blue Sky” zaraz po singlowej trójce na „The Joshua Tree”. Jak na U2, to mamy tu niemal do czynienia z post-rockiem, dużo jazgotu, solówka Edzia wżera się jak piła, emocje sięgają zenitu pod koniec kawałka. Powiem szczerze, że te wykonania od 2018 r. nie oddają honoru temu numerowi. Kilka dekad za późno, brakuje wkurwu, który powinien się wylewać z tego numeru, Bono nie wyrabia wokalnie, itd. Rzetelnie, ale to nie jest kawałek, który powinien być wykonywany rzetelnie, to jest kawałek, który powinien być wypluwany z zespołu na dużych emocjach, bez mozliwości grania tego na kilkudziesięciu koncertach pod rząd, bez wizyty u psychologa. Wersja studyjna ma to jednak wszystko zamkniętę w sobie na zawsze.

(EDIT: przypomniałem sobie wersję live z AB30, live albumu wydanego rok temu, i nie jest aż tak źle jak zapamiętałem, są emocje, ale jednak za mało)

„Love is Blindness” to już kompletne dobicie leżącego jeśli chodzi o atmosferę. Otwierające numer organy nawiązują do gitary z „Acrobat”, a potem wszystko rusza w kierunku, z którego wieje brakiem nadziei i przygnębieniem. Pamiętam jak mój znajomy z liceum (w liceum) opowiadał mi jak na pewnej imprezie wyznał miłość koleżance z klasy (zresztą naszej wspólnej) i dostał kosza, a w tle leciał ten kawałek. Nie chciałbym być na jego miejscu. Legenda głosi, że The Edge nagrywał solo z tego kawałka będąc w środku dosyć wyniszczającego rozwodu. Ten drone w zwrotkach, w drugiej połowie kawałka, który ciągnie się w tle aż do końca, również rzuca na kolana. Zadziwia mnie, że mieli jaja i siły, wykonywać to na wielu koncertach na trasie Zoo TV. Oczywiście od tamtej pory, leżał nieruszony poza chyba jednym wykonaniem akustycznym. Finał płyty, który kopie po jajach, i którego nikt się nie spodziewał. Jednocześnie U2, to zespół który potrafi umieścić na jednym albumie „Love is Blindness” i „Even Better Than the Real Thing” i nadać temu sens. Jest jakaś logika w tym, jak „Achtung Baby” konsekwentnie zmienia kolor z jasnego, w czarny, wraz z każdym kolejnym utworem. Potem zakończeniu, można tylko siedzieć w ciszy przez przynajmniej kilka minut.

I tyle. Album perfekcyjny, pd wieloma względami. Jak pewnie zauważyliście, to była moja płyta „z liceum”. Pamiętacie jeszcze siebie z liceum? Pomyślcie o tym podczas słuchania „Achtung Baby”. Dobra, bo to zaczyna już brzmieć idiotycznie, ale mam nadzieję, że wiecie ocb. Nie wiem, czy bym teraz też się aż tak zachwycił tym albumem, słuchając go jako prawie 37-letni kacap, obawiam się, że słuchałbym zbyt rzetelnie, a za mało emocjonalnie. No, ale taka jest kolej rzeczy.

Bałem się pisania o tym albumie, bo za dobrze go znam, za dużo wspomnieć, zbyt wiele lat, żeby o tym sensownie pisać. Wiedziałem, że wkradnie się trochę bełkotu, ale ogólnie nie wyszło chyba aż tak źle. Trochę treści udało mi się w tym zawrzeć. To chyba pierwszy album w tej bestce, który znam aż tak dobrze i tak długo, może poza „Violatorem” hehe.

W ramach poszerzania horyzontów, przesłuchałem sobie znany już wprawdzie mi, ale dawno nie słuchany, zestaw demówek pt „Baby Achtung Baby”. Niektóre wersje mnie zaskoczyły, zwłaszcza ponad 7miominutowa, jeszcze bardziej dziwaczna i mistyczna wersja „Love is Blindness”.

Dobra, kończę ten wywód. Wuja dostaje 6 z plusem. AVE U2.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 01 wrz 2023 17:42

U2 - Achtung Baby (1991)

JuTu to całkiem przereklamowany zespół, który zeżarł swój ogon i bez żenady zabiera się za resztę cielska. Nie wiem skąd taka awersja do nich, nie kojarzyli mi się nigdy za dobrze. Dawniej trafiałem tylko na te najpopularniejsze, prostsze, niespecjalnie wyróżniające się single z początku XXI wieku. Wyjście poza wąskie ramy Vertigo czy Beautiful Day odsłoniło dość niespodziewany obraz zespołu. Myślałem, że oni z tymi pop rockowymi pierdółkami to cały czas, a tu guzik prawda. Nie trafiłem też od razu na te znacznie lepsze przeboje. Pomogło zarówno Joshua Tree z bardziej nastrojowym graniem, jak i single pokroju Sweetest Thing czy Ordinary Love. Bez żadnych wątpliwości i zgrzytów mogę mówić, że coś mi się podoba w U2. Mieli talent do pisania charakternych melodii, pomysłowo ogrywali wiele sprasowanych patentów. Najwięcej problemu miałem zawsze z manierycznym wokalem, ale po JT znalazłem i pod tym względem coś dla siebie. Łatwiej też było się przekonać do piosenek, które wcześniej drażniły. Nawet to wspomniane Vertigo można strawić bez konsekwencji. Poza wspomnianymi rzeczami nie znam za dużo, to mój pierwszy kontakt z Achtung Baby. Nie zachęcił mnie depeszowy cover i różne rekomendacje napotkane na przestrzeni lat. Teraz chyba najłatwiej mi do tego siąść, zniknęły poważne uprzedzenia... choć pierwszy odsłuch wcale nie zapowiadał niczego dobrego. Przed ostatnim razem i napisaniem wrażeń siadam jednak do płyty z uśmiechem wiedząc, że czeka mnie tutaj parę dobrych momentów. Uważam to za spore zaskoczenie. Zadziałał mechanizm odpowiedniego nastroju, pomogły różne skojarzenia.

Zoo Station mocno kojarzy mi się z produkcjami Eno i Bowiego. W pewnym momencie odpowiadały za nie te same osoby co tutaj, więc nic w tym dziwnego. Solidny otwieracz z lekko podostrzoną perkusją, efektem na wokalu. Nieźle przemyślana muzyka, która nie budzi większych emocji. Trochę życia w refrenie i nic ciekawego poza tym. W następnym Even Better panowie wpuszczają więcej rock'n'rolla, z drugiej strony drażni trochę dziaderska perkusja z tamburynem. Bardziej siada niż poprzednik, ale najchętniej słuchałbym w trakcie tłuczenia jakiejś wyścigówki. One pamiętałem jakkolwiek w porównaniu do reszty za sprawą mocno smętnego i pretensjonalnego refrenu. Nie byłem świadomy tego, że Craig David właśnie stąd zaczerpnął pomysł na wstęp do rewelacyjnego Walking Away. Podobieństwo naprawdę duże, a to całkiem skuteczna metoda na to, by zaakceptować materiał źródłowy. Zaakceptować, docenić robotę na gitarach, ale nie utonąć w zachwycie. Znowu tamburino, wokal Bono cały w dość irytujących manierach. Przynajmniej bardzo dobra klimatyczna końcówka tutaj idzie. W zależności od nastroju od mniejszej irytacji do całkiem pozytywnego odbioru. Ciekawie zaczyna się Until the End, ma to coś amerykańskiego w sobie. Gitara wyraźnie z przodu, ale też wreszcie można usłyszeć bas. Bono prawie w formie melodeklamacji. W sumie podoba mi się tylko ta zagrywka idąca na początku. Wild Horses jak wspomnienie z Joshua Tree, choć w bardziej gorzkim otoczeniu. Sialala na lekkiej wyjebce, a potem dobry refren. Gdzieś w tym momencie na początku zacząłem się lekko nudzić, bo wszystko zbyt podobne do siebie. Z osłuchaniem przynajmniej wiadomo czego się spodziewać, ale pierwsza połówka wyraźnie słabsza od drugiej. Zapowiedzią poważnej zmiany jest So Cruel. Ciekawsza, bardziej bujająca perka. Charakterystyczne klawisze, które Gore przerobił na analogowy, dość niepokojący sygnał. Tutaj jest znacznie lżej mimo dość poważnej atmosfery, kawałek płynie dość swobodnie. Nawet ten mocno zakopany bas się broni. W pojedynku na interpretacje remis, DM i U2 zapodały wersje z dwóch różnych światów. Ta pierwotna też mi się podoba, wolałbym właśnie do niej częściej wracać.

The Fly to jeszcze nie to, ale tendencja rosnąca, choć gitarki i szeptane wokale zaczynają się zlewać w jedno. Robotę robi kontrastujący refren plus Bono na wyższych rejestrach. Solówka też niczego sobie. Wbrew pozorom idzie tutaj kawałek nieoczywistego rockowego grania. Miła poczekalnia przed Mysterious Ways, które podoba mi się od samego początku. Najciekawiej podrasowana gitarka, super pomysł na perkę, której jest dużo wszędzie z każdej strony, wyrastający z podziemia potężny bas. Nie da się do niczego przyczepić, klasa. Bono w takim towarzystwie brzmi zaskakująco świeżo, takiego U2 bym się nie spodziewał. Następny kawałek zwiastują gęste bębny, ale później dzieje się najbardziej pościelowe Massive Attack, jakiego jeszcze nie było. Niby wracamy do lekkich opowiadanek-ballad, tyle że żadna nie była tak dobra do tej pory. Poetyckie gitarki z tyłu, wreszcie solidny bas jest z nami na dłużej. Snujący się równie sielsko Bono bardzo tutaj pasuje. Atmosfera się zaostrza, przypomina to taki spacer wczesnym wieczorem, gdy wychodzisz z domu przy świecącym słońcu, po drodze ono zachodzi, a na końcu niebo staje się różowe, żeby zrobić miejsce dla księżyca. Niebo było różowe, a więc tak wygląda nasz koniec. Płyta zwalnia, robi się coraz bardziej melancholijna. Ultra Violet to kolejny bardzo dobry strzał. Rozbiegane gitary, a nie nałożona lekko płaczliwa zagrywka. Bono intonujący tytułową frazę trafia prosto w serduszko. Tym razem cały urok działa. Niekończące się zaśpiewy na koniec... tak, takie U2 lubię najbardziej. Zacząłem się zastanawiać, jak to się wszystko skończy, bo misternie uknuto tu jakąś poważną operację. Acrobat robi za satysfakcjonujący moment przed burzą. Bono brzmi tutaj już prawie jak Thom Yorke. Ja bym się nie zdziwił, gdyby radiogłowi często gęsto ich słuchali. Pablo Honey, The Bends, tak. Acrobat to kawałek Radiohead przed narodzinami Radiohead. Szczery komplement. Na końcu czeka prawdziwy brylancik. W sumie ten ostatni raz to nastawiłem się właśnie na Love Is Blindness. Ciemność zapanowała dookoła, to nie dziwota, że ślepota. Cudowne organowe wprowadzenie, a potem mały popis Bono na tle dziwnie nostalgicznych dźwięków. Gorycz, która smakuje najlepiej. Gwoździem do trumny doskonale zgaszona w zarodku solówka gitarowa. Ta właściwa idąca później to już co innego. Bono prowadzi korowód do samego końca. Finito.

Nie mam nic do dodania. Bardzo miłe zaskoczenie dobrą płytą.
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 02 wrz 2023 04:05

Parę słów podsumowania The Orb - Orbus Terrarum. Podoba mi się opinia Dragona - żywa muzyka tła podana w nowoczesny sposób. Rozmach w działaniu. Aczkolwiek ja zwykle daję się porwać temu klimatowi i nie odczuwam specjalnie niespójności. Gołemu przyznam, że nie skupiam się zupełnie na takiej muzyce, bo nie muszę i właśnie to jest w niej takie dobre. Hien ma rację, taka muzyka w sklepie potrafi przyciągnąć uwagę, czasami można ciekawe rzeczy wychwycić (ale chyba nie posłużę się tu konkretem). Mówione wstawki przywodzą mi na myśl... Stevena Wilsona i jego Signify (i wcześniejsze dokonania). Shodan: cieszę się, że przebrnąłeś. Cierpliwość to cnota, a cierpliwość do muzyki zwłaszcza. Dev: tak, przyjemnie się zatopić i pozwolić temu płynąć. A jak już się załapie vibe, to droga biegnie już lekko. Mentos: fajnie, że mogłeś popisać tak dużo o muzyce ambient. Generalnie widzę, że dwa pierwsze utwory, Valley i Plateau, górują w opiniach nad resztą. I jestem ukontentowany rzeczonymi opiniami. Idźmy dalej.


U2 - Achtung Baby

U2 to zespół, który w czasach zamierzchłych (czyli kiedy miałem kilka, a nawet kilkanaście lat) wymieniany był wśród największych. Poznałem go bardzo szybko z kilku największych przebojów (One, With Or Without You) i... jakoś nie miałem potrzeby, żeby się w niego zagłębiać. Początkowo dlatego, że nie interesowałem się taką muzyką, potem, bo mnie odrzuciło od płyty typu Best of i pomyślałem, że skoro tak wygląda Best of, to nie jest to muzyka dla mnie. Po drodze była dość ciekawa czeska składanka piosenek Pet Shop Boys, na której znalazło się także Where The Streets Have No Name (tak, to wtedy ten kawałek jakoś bardziej zaczął się przebijać do mojej świadomości). Nie czułem jednak potrzeby zapoznawania się z całymi albumami. Dodatkowo odrzucała mnie otoczka, Bono był jedną z pierwszych postaci popkultury, które uważałem za wyjątkowo pretensjonalne. I jego głos też niespecjalnie zachęcał, a to dla mnie bardzo ważna kwestia. I przybył Shodan i wrzucił Achtung Baby.

Zaczyna się od jakiegoś gitarowego zgrzytu, jakiegoś wybijanego rytmu, który przechodzi w Zoo Station. Specyficzne, rockowe brzmienie z efektem na wokalu Bono i niemałą energią przykrytą produkcją. Nieźle to zamulone, trochę takie I Feel You na relanium. W sumie szkoda, że to nie wybucha, bo aż by się o to prosiło. Wchodzi Even Better Than The Real Thing. Niespecjalnie podoba mi się brzmienie gitary, już bardziej to metaliczne brzmienie perkusji. Rzeczywiście kojarzy się z wyścigiem, jak to napisał Dragon, niezła motoryka, chętnie bym posłuchał w innej aranżacji, bo ta zmierza w kierunku, za którym średnio przepadam. Dużo przytłumionej energii.

Długo nie umiałem zapamiętać, jak leci One. Śmieszne, ale gdybym miał zanucić utwór, który tyle razy w różnych radiach tyle razy słyszałem, to przez długi czas w ogóle nie potrafiłbym tego zrobić, bo z kawałka pamiętałem głównie wokal. Zdecydowanie najbardziej chwytliwy moment płyty, znacznie delikatniejszy od dwóch poprzednich i następnego. Bas schowany z tyłu, słychać głównie gitarę i perkusję. W spokojniejszych kawałkach (czy: bardziej emocjonalnych) Bono brzmi lepiej niż w rockowych. Nie przeszkadza mi, że się nieco popisuje, duża część tej zabawy na tym polega. Dużo ciekawszy kawałek niż to, jakim go pamiętałem. Until The End of the World zaczyna się zabawowej zagrywki na gitarze, takiej rodem z zabawy pt. "teraz pokażemy, na co nas stać", te efekty z początku nie do końca mnie przekonują, potem robi się z tego normalny rockowy kawałek. Spokojny wokal Bono. Ta gitara to jakieś jaja. Rzecz mało zapamiętywalna poza tym elementem. Końcówka z tym zaśpiewem też jakaś dziwna. Ewidentnie nie jestem targetem takiej muzyki.

Who's Gonna Ride Your Wild Horses. Znowu to paskudne brzmienie gitary Edge'a, no, nie leży mi bardzo. Sam kawałek bardzo spokojny, więc po co ten denerwujący jazgot w tle? Działa mi na nerwy, ubija subtelność muzyki, zaśpiewów wokalisty, wcale niezłych melodii. Sia la la, czyli Bon Jovi przed Queen of New Orleans, ha, ha! Aż się zastanawiam, co by było, gdybym panów z New Jersey pierwszy raz dziś usłyszał. W gruncie rzeczy bardzo mało emocji, jak na razie, wywarła na mnie ta płyta (piszę przy którymś tam, kolejnym odsłuchu, z każdym właściwie wrażenie jest dosyć podobne). A to piąta ścieżka. So Cruel znałem dotąd z coveru DM, słuchałem niewiele razy i nie wywarł na mnie wrażenia, zupełnie nie pamiętałem oryginału. Taka spokojna dosyć piosenka, koło 3 minuty wchodzi mocny zaśpiew Bono, perkusja mocno rąbie i wybija się prawie na pierwszy plan, tak dosyć kwadratowo, kończy się dosyć bezwiednie.

Zaczyna się The Fly i znów wchodzi ta cholerna gitara. Nie potrafię się przez nią w pełni zaangażować w tę muzykę, ten element mnie odrzuca. Ten efekt denerwuje, gdyby nie on, gdyby to była zwykła elektryczna gitara, mogłoby być spoko. Wokal na wpół śpiewany, na wpół szeptany, ten śpiew w tle od 3:30 jęczący i zawodzący, okropnie to brzmi. Mysterious Ways brzmi dosyć amerykańsko i z tym "it's alright", i tą gitarą, i tym bujającym rytmem. Właśnie, w warstwie rytmicznej tu się dzieje coś ciekawego, te rwane zagrywki gitarowe pasują, budują napięcie, kolejne kroki w tej historii, kończąca kawałek perkusja, chyba jeden z najlepszych fragmentów płyty jak dotąd. Tryin' To Throw Your Arms Around The World to spokojna rockowa piosenka, bez jakiegoś szczególnego wyrazu, ot, Bono śpiewa na tle muzyki, która pulsuje sobie dość spokojnie w tle, śpiewy w tle takie sobie, generalnie jest ok. Ultra Violet (Light My Way) zaczyna się, jak kilka wcześniejszych piosenek, od oszczędnego brzmienia, Bono sobie śpiewa i... wchodzi gitara rodem z Until The End of the World. Mmmm... bigos! Bejbe, bejbe, bejbeeee!

Zaczyna się Acrobat. Jest oszczędnie, wolno, ciekawy klimat wykreowany na początku. Gitara nie brzmi już tak agresywnie, robi się dużo bardziej nastrojowo, poważnie, emocjonalnie, Bono śpiewa i dźwiga tę piosenkę na poziom najlepszego chyba kawałka na płycie. Brzmi to bardzo ciekawie, w tle dzieje się dużo i faktycznie może być tak, że trudno to dobrze oddać w jakiejś innej wersji. Perełka. Przyznam, że czegoś równie intrygującego już się nie spodziewałem. Kończy się urokliwą, wolną piosenką Love Is Blindness. Inny dobór brzmień, więcej subtelności, bez napieprzania, spokojny śpiew Bono, jakby śpiewał może nie kołysankę, ale opowiadał o czymś ważnym i ten finisz płyty jest bardzo dobry.

Ufff, dotrwałem do końca i powiem, że ciężko było, głównie z powodu The Edge'a i tego brzmienia. Pisano o SOFAD-zie, że to Achtung Baby 2. Taka retrospekcja jest wyjątkowo durna, więc dobrze, że nie znałem tej narracji wcześniej razem z płytą. Generalnie jednak I Feel You >>> Zoo Station, a dalej jest tak samo. Obawiam się, że powrotów nie będzie, chyba że puszczę sobie tę gitarę z Until The End of the World, bo to może budzić uśmiech. Lub powrotów do dwóch ostatnich ścieżek, bo są świetne. Generalnie jednak fajnie było posłuchać i przekonać się, że jeśli w pierwszej części albumu większość kawałków była dla mnie koszmarem, o tyle im dalej w las, tym ciekawiej, tym więcej miała płyta do zaoferowania.

+Acrobat, Love Is Blindness, One, może Mysterious Ways
-gitara The Edge'a, otwarcie płyty, Until The End of the World, The Fly

Nie wiem, czy to się równoważy, jestem sceptyczny. Tym niemniej ciekawie było w końcu ugryźć mocniej to U2, usłyszeć lepiej jego plusy i minusy.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 02 wrz 2023 11:16

Myślę Melki, że dokładnie o to chodziło w Who's Gonna Ride żeby "brzydką" (lol) gitarę zestawić ze spokojnym utworem. Ten album nie miał powielać schematów, ale je łamać.

Swoją drogą, wydanie AB miało wpływ na SOFAD, czy fani tego chcą czy nie. Zresztą działa to w obie strony, bo Bono był widziany na koncertach DM w, 1990 r.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18314
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 02 wrz 2023 12:40

Myślę, że ta brzydka gitara powoduje, że U2 nie jest kolejnym nudnym rockowym zespołem.
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 02 wrz 2023 16:19

Dla mnie właśnie jest kolejnym nudnym, rockowym zespołem :).
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 02 wrz 2023 20:24

Mocne słowa jak na fana Midnight Oil.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 02 wrz 2023 21:23

Nie są aż tak nudni, Melki, nawet ja polubiłem
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 02 wrz 2023 23:05

Hien pisze:
02 wrz 2023 20:24
Mocne słowa jak na fana Midnight Oil.
Lubię gości, ale żebym miał się nazwać jakimś zagorzałym fanem? ;)
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 02 wrz 2023 23:09

Nie napisał, że jesteś zagorzałym fanem
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
3/5
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 02 wrz 2023 23:15

Nawet fan to chyba za dużo. Sympatyk.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 02 wrz 2023 23:23

Pisałeś o nich na forum sam do siebie przez 10 lat, a to już o czymś jednak świadczy
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 02 wrz 2023 23:24

Całe 14 postów w temacie.
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 02 wrz 2023 23:39

Ale jakich
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn