Best of Forum IV

Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 17 lis 2023 12:01

No, ale ogólnie nostalgizmu też się średnio trzyma, bo jednak większość wzdycha do dobrych, a nie złych czasów xd
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 17 lis 2023 12:34

it's complicated

bo z jednej strony wspomina się pewne dobre chwile ale i ma się czasem z tyłu głowy refleksję nad tym jak i dlaczego one się skończyły

zresztą będą o tym wrzutki jeszcze xd
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 17 lis 2023 12:36

Szczerze mówiąć to nie rozumiem jak ludzie pamiętajacy lepiej niż ja lata 90 i zerowe mogą romantyzować przeszłość
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 17 lis 2023 12:41

Sam sobie odpowiedziałeś
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 17 lis 2023 12:43

Fisz Polepiony

Ballady i protesty męczyłem bardzo długo, ale to bardzo późny, momentami wręcz dziaderski Fisz. Tutaj kontakt z twórczością na początku dalekiej drogi do Tworzywa. Czuję opisywany klimat, choć raczej dzięki refrenowi niż reszcie. Za każdym razem lekko odbijam się od niemożliwie przegadanych zwrotek. Pewnie to jakoś pasuje do tematu, ale dla mnie jest tego stanowczo za dużo. Bit swoje, Fisz swoje, a do tego rymy też poszły na spacer. Co innego przyjemnie mieszczący się we wszystkim refren... choć do ostatniego razu nie wyłapałem pogłosu - też jest zbędny xD Pewnie w 2000 roku robiło wrażenie jakością produkcji, kominkowo-salonowo-dżezowym klimatem i sensownym pomysłem na opowieść. Instrumental przyjemny. Po przetyraniu repertuaru RAMopodobnego musiałbym zrobić sobie poważny detoks by wyrazić coś więcej niż grzeczną, lecz dość oschłą aprobatę. Albo jestem zbyt roztrzaskany jeszcze przed należytym polepieniem. Podzielam stejtment Musiała. Wolę Łonę z tych samych powodów. Panowie robią trochę co innego, ale klepanie tekstu stawiam poniżej zmyślnych punchy, łatwiejszych do wyłapania historyjek czy po prostu oszczędniejszej nawijki. Te 21 lat później Fisz mocno zwolni i stanie się dla mnie bardziej przyswajalny.

Piano Magic The Nostalgist

Tu od samego początku wszystko mówi, że nie da się polubić, ale powalczymy. Całkiem niezły aranż, choć te serowe cyfrowe chóry w tle nie siedzą mi za bardzo. Trudno nie usłyszeć gęstego, introwertycznego, mocno wsobnego klimatu. Nic tylko właśnie zamknąć się w sobie, zakryć kołdrą, dać płynąć kolejnym minutom i godzinom bez poważniejszego działania. Gdybym słuchał takiej muzyki w epoce, czyli na wysokości gimnazjum/liceum i to na dodatek przy okazji podobnej aury jak teraz... nawet wtedy starałem się nie aranżować sytuacji totalnego pogrążenia, bo nie byłoby za ciekawie. Jest coś no-man'owego w wokalu. Znów dość delikatny głos. Całkiem wysokie dźwięki podawane z manierą, jak gdyby za moment miało coś pęknąć w środku. Moment przed burzą. Czuję podobnie przesycony nastrój jak przy okazji płyt Giles Corey. Dla mnie na takie granie jest już za późno, choć tam była jeszcze bardziej bezpośrednia doomerskość i przygnębienie. Poza tym jest po prostu solidnie, w dalszej części podobają mi się gitary.

Tarzan Skibidi (Pepsi Sieknij Mi)

Zaczyna się jak jakaś La camisa negra, grubo. Już myślałem, że skończy się na totalnym dystansie i zlaniu całego kawałka, jednak potem było ciekawiej. Może to nie jest najbardziej oryginalny popowy kawałek, ale na swój sposób buja. Bez doświadczeń Wujasowych z regionu to tylko namiastka klimatu i wczutki. W folku tego typu jest coś naturalnie pretensjonalnego. Zawsze muszą być fragmenty z jakimiś wyjcami oraz poważniejszymi smykami, które drażnią niezależnie kto je wykonuje. Na szczęście tutaj nie ma tego za dużo, bardziej chodzi o piosenkę niż smęcenie dla smęcenia w stylu charakterystycznym dla. Sam język dodatkowo podkręca efekt obcości, brzmi dość dziwnie z tymi świstami, ostrymi sylabami. Niby po prostu zwykły, radiowy kawałek, a jednak ma coś drapieżnego w sobie. Oczywiście nie ma co przesadzać, to bardzo luźne wrażenia. Chyba bardziej na plus niż minus.

Princess Chelsea No Church On Sunday

No Church On Sunday? Ja bardziej Take Me To Church... Fajne to takie mniej elektroniczne Chvrches. Oni nie nagraliby takiej żwawej ballady, za to PC pewnie mieliby problem z trzyminutowym synthpopowym hitem. Całość trochę za długa. Solówka gitarowa nie robi, a w połączeniu z tym basowopodobnym bulbaniem w tle robi się mdło. Jeśli cała płyta jest zrobiona na taką modłę to mogę mieć problem ze strawieniem, ale nie byliby wyjątkiem. Podobnie miałem właśnie z Chvrches czy Let's Eat Grandma chociażby. Wystarczy mi 10-15 minut w podobnym klimacie i jestem najedzony, dokładki nie chcę, proszę więcej nie wciskać. Przyjemny wokal, niezbyt inwazyjne tło, które się sprawdza. Taak, jak nie mam ochoty na Klausa, to prędzej sięgnę po tego typu hipsterkę pod panujące dookoła chłody niż doomerstwo najwyższej próby. Refren przyjemnie huczy w głowie jeszcze po zakończeniu. Na początku było dla mnie za bardzo rozmyte, ale teraz już się odnalazłem. Ejdrien eM wraca na właściwe tory.

The The This Is the Day

Muszę kiedyś poważnie przysiąść do tej całej chmary brytyjskich zespołów, które niby kojarzę, ale nawet z przystawionym pistoletem do głowy nie byłbym w stanie niczego zanucić. Od The The przez Public Enemy do ABC, jest tego sporo. Kawałek się zaczyna i nie mam żadnych wątpliwości, kto nam to przemyca. Ian Curtis nawijający pod aranż w stylu Papa Dance, podoba mi się. Akordeon wprowadza trochę zamieszania, dość nieoczywisty ozdobnik. Moje serduszko bije w rytmie 100 BPM wyznaczanym przez automat perkusyjny, dlatego mam do tego dużo naturalnej sympatii. Infantylność i wesołość za sprawą syntezatorów mocno przełamana powagą, patosem, wyczuwalną w powietrzu ZMIANĄ za sprawą całej reszty. Do tego ta rysowana nie-Frida Kahlo na okładce. Kolejny solidny ejtisowy strzał, od którego do tej pory się uchylałem.

Każdy kolejny numer siadał coraz bardziej, ale PC i TT postawiłbym na równi. Oj, dobrze się ta kolejka rozkręciła.
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 17 lis 2023 16:20

Fisz - Polepiony

Murzyn rozhulał się już z tymi hip-hopami na całego. Ale co przejdzie w przypadku amerykańskiego rapu, to niekoniecznie przejdzie z polskimi gadaczami. Nie podoba mi się to ani trochę. Gość smęci strasznie, podkład też nijaki. Nie zawsze pianino da radę uratować wszystko. Tym bardziej, że tu owo pianino wygrywa trochę kakofoniczne melodyjki. Tekstu nawet nie zarejestrowałem jak zwykle, ale choćby był najlepszy, to nie udźwignie w pojedynkę utworu. Krótko mówiąc stripped - nie tym razem. Strasznie mi się te 4 minuty za każdym razem dłużyły. Może też czuję już przesyt tym gatunkiem?

Piano Magic - The Nostalgist

Ooo zrobiło się nastrojowo. I to bardzo. Najlepszy utwór Hiena w tej 25-ce. Stworzony za pomocą prostych środków, ale robiący wrażenie. Te klawiszowe akordy w tle strasznie mi się podobają. Robią cały klimat. A klimat jest owszem nostalgiczny, ale też niepokojący, smutny, przygnębiający. Odpowiedni na wiele okazji. I w to mi graj. To jest to, co lubię. Wokalista bardzo mi odpowiada. Rzeczywiście trochę może przypominać Bownessa. Gitary i bębny robią robotę. Nawet kościelne dzwony są spoko. Piękna nastrojowa melodia. Utwór niesamowicie na mnie działa. Wywołuje emocje, a to już coś. Przywołuje różne skojarzenia, pobudza wyobraźnię. A to już coś. Do tego super okładka.
Trzeba sprawdzić chyba coś więcej.

Mery Spolsky - Kosmiczna dziewczyna


Ja może też jestem stary smęciarz, ale nie stronię od młodych wykonawców i współczesnego brzmienia bynajmniej. Choć to też nie jest tak, że wszystko łykam. Szczególnie w polskiej muzyce. Bardzo elektroniczny utwór. Gęste brzmienie. Może nawet za gęste. Trochę przekombinowane chwilami. Początek fajny, melodia spoko. Potem włącza się za dużo przeszkadzajek. Mery ma takie momenty, że strasznie irytuje swoim wokalem. Np. w drugiej zwrotce przed refrenem. Jakby celowo się wygłupiała. Albo po tej pauzie. Śpiew w refrenie jest spoko, ale wypluwane w tle wersy o cekinowych rzeczach pozostawiają sporo do życzenia. Nie przepadam za takimi akcjami. Syntezatory przez większość utworu brzmią dobrze, są odpowiednio stonowane. W końcówce dla odmiany nadmiernie rozbuchane. Takie brzmienie już mi średnio pasuje.
Podsumowując to jest niezły utwór mający swoje zalety, ale i wady. Generalnie plusy raczej przeważają. Ale mogło być lepiej.

Princess Chelsea - No Church on Sunday

Całkiem dobry utwór, chociaż wokal też mi niezbyt leży. Fragmentami ma się wrażenie, jakby wokalistka udawała dziecko. Przypomina się od razu Grimes.
Utwór może i lekko przydługi, ale kreuje fajny klimat. Niezgorsza melodia, choć nie wybitna. Ale cała otoczka wokół jest spoko. Podoba mi się szczególnie instrumentalny fragment piosenki. Ładnie gitary grają. Klawisze też mi nie przeszkadzają, ale gitary jednak robią lepszą robotę. Te dzwoneczkowate dźwięki może trochę zbędne, ale nie będę się czepiał szczegółów. Ogólnie jest ok.

The The - This Is The Day

Nie słyszałem nigdy The The. I nie chciałem słyszeć, bo zawsze byłem przekonany, że to zespół typu starych, długowłosych pierników grających jakieś prastare progowo-rockowe gówno. Spodziewałem się więc wszystkiego najgorszego. A tu się po prostu całkiem miło zdziwiłem. Nie, żebym padał na kolana z wrażenia, ale jak się człowiek spodziewał katorgi, a dostał taki fajny i rezolutny numer, to jak się tu nie cieszyć. Wesoła i dobra piosenka. Wokal oczywiście na plus. Fajny rytm. A jak wchodzi akordeon i harmonijka, to robi się wręcz lekko country. Zajeżdża mi takimi kowbojskimi klimatami, które po prostu lubię. I utwór zyskuje wraz z kolejnymi odsłuchami. Fajny klimat po prostu.
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 17 lis 2023 17:19

To podoba się czy nie xD
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 17 lis 2023 17:39

Nie wiem. :D
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 17 lis 2023 17:53

Skąd ten pomysł, że The The mogłoby być progiem?
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 17 lis 2023 17:59

Też nie wiem w sumie. :/
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 17 lis 2023 18:19

Wujkowi kończą się absurdalne powody żeby czegoś nie słuchać
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 17 lis 2023 18:23

Żeby każdy słuchał tak jak ja.
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 18 lis 2023 00:07

DZIĘKUJĘ ZA ŻYCZENIA

Fisz - Polepiony

Ten no, moja znajomość z Fiszem ogranicza się do znajomości żartu nawiązującego do jednego z wokalistów Marillion, bo zawsze jakoś tej jego muzyki unikałem. Trochę jak wuja unikałem na podstawie nieco urojonych uprzedzeń, uważając typa za jakiegoś rapera-intelektualistę, a jest to połączenie, które jest dla mnie mocną czerwoną flagą i w ogóle nudziarza z polskiej sceny alternatywnej. Nie będę elaborować, bo jestem za stary jestem na to, by się pogrążać w tak oczywisty sposób. Kolejna tylko i aż fajna rzecz, której nieźle się słucha i wszystko jest tu spoko, ale jednocześnie bez tego czegoś, co by sprawiało dla mnie, że ten utwór byłby dla mnie czymś więcej. Na pewno bez takiej historii w tle, bo miałem niedawno podobną, ale z nieco mniej przyjemnym zakończeniem heh. W każdym razie zapuściłem sobie ten kawałek kilka razy pod rząd, by dostrzec tutaj cokolwiek, co mógłbym wyróżnić i tak jak każdy odsłuch był git, tak jedncześnie niczego mocno charakterystycznego nie usłyszałem. Ląduję na stertę rzeczy, które szanuję, podziwiam i nazywam rzetelnymi.

Piano Magic – The Nostalgist

Chciałem tę notkę zacząć od rantu na idealizowanie przeszłości, bo to moim zdaniem mało zdrowa sprawa i ja generalnie to wychodzę z założenia, że generalnie to kiedyś nie było wcale lepiej i że jest to jedna z pułapek ludzkiego myślenia, ale potem sobie uświadomiłem, że prowadzę stronkę o starej telewizji na fejsbuku, więc nie zabrzmiałbym szczególnie przekonująco. Ja jesienią 2007 to w gimnazjum byłem i oglądałem kreskówki, ale domyślam się, że studiowanie w tamtych czasach mogło być spoko i w sumie to cieszyłbym się na miejscu kolegi Jakuba, że nie dostałem się na ASP z perspektywy czasu.
Sam zespół to kolejny z przedstawicieli gatunku, które znam z nazwy, bo widywałem często u ww. kolegi na laście w czasach pradawnych i kolejny z gatunku tych, których nie słuchałem, bo nie. W ramach bezużytecznej ciekawostki świadczącej o mojej głupocie jeno nadmienię, że przez długi czas, bez żadnego sensownego powodu, myślałem, że to kolejny projekt Wilsona albo coś mocno z nim powiązanego. Utwór faktycznie klimatyczny, te gitarki mocno mi się kojarzą z jednym z kawałków The Cure, którego tytuł wyleciał mi z głowy. Generalnie jest jesiennie, smutno i melancholijnie, czyli tak jak to bywa u tego OPa. Bardzo dobra rzecz, daję solidną okejkę i znak jakości, nie wykluczam powrotów.

Mery Spolsky - Kosmiczna Dziewczyna

Kurde, niesamowite jest to, że już za chwilę, już za moment stuknie ciupciane pół dekady od 2020 roku i tej całej covidowej inby (btw znajoma z pracy złapała to gówno, więc uważajcie na siebie, bo to nie jest tak, że to badziewie zniknęło z powierzchni ziemi z początkiem poprzedniego roku). Styczeń tamtego roku też był dla mnie koszmarny, a nawet nie byłem wtedy w Wałbrzychu ani Kłodzku, w sumie ja też byłem w mocnym dołku, ale to jest temat na oddzielną wrzutę (albo i nie).
Tej kolegi Roberta to się trochę bałem, bo Mery Spolsky nie kojarzy mi się z niczym dobrym - tj. ostatnio mi śmignęło parę jej... dość specyficznych wypowiedzi. I wiecie, to nie było tak, że laska pieprzyła coś skrajnie durnego czy szkodliwego, bo w sumie to nawet nie, ale i tak czułem te mityczne CIARY WSTYDU. I tak jest dokładnie z tym kawałkiem - on sam w sobie nie jest niby okropny czy tam tragiczny, na pewno nie w warstwie muzycznej, bo z tekstową jest ciut gorzej, ale bije z niego takim vibe'm, który mnie odpycha i nie jestem w stanie się przez to przebić. Nie strącam do lochu za tę wrzutę, ale podziękuję.

Tarkan - Sikidim (Hepsi Senin Mi)

Ożesz, wuja nie bierze jeńców. Skądś to kojarzę, ale ni cholery nie wiem skąd i gdzie to słyszałem. Może w jakimś tureckim serialu na dwójce, może w budzie z kebabem gdzieś tam. No to generalnie muzyka, która wywołuje tego typu skojarzenia, widzę, że nie jestem tu oryginalny. Nie wiem, staram się szukać pozytywów, plusów, zalet, czegokolwiek, ale robię to na siłę i nie wypadłbym w tym przekonująco, a chyba też nie do końca chodzi o to, by robić tu fikoły. No, ewentualnie mógłbym napisać, że te wersje tego kawałka, które wygrzebał Jaca faktycznie brzmią lepiej, to jest nie są zmaltertowane przez amatorską produkcję DJa Ahmeda, który dostał w kebabie darmową wersję Fruity Loops i chciał pobawić się w drugiego Pitbulla i ujdą jako pop, ale chyba się też obawiam, że wuja nie chciał usłyszeć o tym, że faktycznie wybrał najsłabszą wersję tego kawałka, jaką mógł znaleźć. Sory, no bonus. xd

Princess Chelsea - No Church On Sunday

Tak se zacząłem tego słuchać i myślę O KOLEJNA FAJNA WRZUTA KOLEGI ROBERTA, ale potem sobie uświadomiłem, że on tu już coś wrzucił. xD Odnoszę wrażenie, że kolega Adrian jest coraz bardziej szczegółówy z opisywaniem dat i przedziałów czasowych swoich zajawek i w którejś z kolejnych wrzut dostaniemy informację o długości fazy na jakiegoś - rzecz jasna HIPSTERSKIEGO - artystę co do ułamków sekundy. W sumie to nadal nie wiem co oznacza słowo hipster, ale nie będę brnąć w rozważania na ten temat, dla mnie to kolejne pusty termin, który ni to opisuje zjawisko, ni to jest obelgą. Kij jednak z tym. Fajny kawałek taki, w sumie też nic szczególnie specjalnego, ale przyjemnie się tego słucha, ma to fajny klimat, może w większej dawce by mogło zmęczyć, ale jako taki singielek to czemu nie. Nie chce mi się sprawdzać w sumie tego, czy forsował to jakiś Pitchfork czy inny Fantano, tudzież inny Porcys, bo to rzecz, która zdecydowanie miałaby na to potencjał. Ja wiem, że to nie brzmi jak żadna rekomendacja, ale mimo to lekko uchylam kciuka w górę i wrzucam na swoją "rzetelną" stertę.

No panowie, tym razem średnio. DZIĘKUJE ZA ŻYCZENIA i Piano Magię, Chelsa oraz Fish ujdą, reszta... reszta jest złotem, jeśli założymy, że milczenie jest złotem.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 18 lis 2023 00:52

Ja to tylko powiem, że w sumie sam bardziej romantyzuję, niż idealizuję przeszłość. Nie uważam, że kiedyś było lepiej, czy że teraz jest lepiej, czy że kiedyś będzie lepiej, zwłaszcza że żyję w Polsce, a tu się z grubsza niewiele zmienia. Tłumaczyłem to już Murzynowi na privie, ale dla mnie przeszłość jest trochę jak bajka, coś już tak zatartego czasem, że ma kształt bardzo płynny, impresjonistyczny, itd. Wiele wspomnień ma dziury i te dziury wypełnia jakaś taka typowo nostalgiczna substancja, trochę przekłamująca rzeczywistość. Te czasy, te realia, już nie istnieją, więc to taka wieczna rekonstrukcja zachodząca w głowie. Raz wyjdzie "Ecce Homo", a innym razem coś sensownego, ale generalnie uważam to za fascynujące. I tyle. Nostalgia to nie tylko pieprzenie ala "ZA PRL BYŁO LEPIEJ", a mam wrażenie, że niektórzy tylko w taki sposób to odbierają. Tymczasem oryginalne pojęcie nostalgii, jak zresztą już tam wspominał Musiał, tyczyło się tęsknoty za krajem i nawet nie miało czystej konotacji z czasem przeszłym.

Tak czy inaczej, Piano Magic się ładnie przyjęło, u Dragona lekki meh, ale on chyba zmehał 14 czy coś z 16 moich wrzutek z tej 25, więc chylę copkę za konsekwencję. Będzie miał teraz więcej szans do tego, bo oto proszę państwa, kolejkę otwiera

Steven Wilson – Veneno Para Las Hadas

Przeskakujemy rok względem poprzedniej wrzuty, bo do jesieni 2008 r. Pozytywnie naładowany Latem 2008(TM), rozpocząłem kolejny sezon oczekując przynajmniej zbliżonych wrażeń muzycznych, co w roku wcześniejszym. Wpływ na kształt tamtego czasu na pewno miało to, że dołączyłem do ekipy Żaka. Poszedłem tam z dwójką znajomych, dla towarzystwa, a zostałem na (na ten moment) 15 lat. Szybko zostałem wciągnięty przez towarzystwo progresywne i moja muzyczna dieta była mieszaniną staroci prog-rocka, pierwszej solówki Thoma Yorka i polskich zespołów indie. Co ciekawe, chłopaki nie lubili Stevena Wilsona, ani Porcupine Tree. A ja lubiłem, przy czym moje wstępne zainteresowanie tym zespołem trochę osłabło po 2003 r. i dopiero zaczynało wzrastać za sprawą wrzucanego przez Wujka „Normal”, który chodził za mną późną wiosną. Jeden mój dobry znajomy, który wykonał podobny zwrot muzyczny co ja (słuchał electro, ale skręcił w progresywnego rocka) bardzo mocno czekał na pierwsze solo Wilsona „Insurgentes”, które miało wyjść w listopadzie. No i zaraził mnie tym czekaniem. Kiedy tylko ta płyta wyciekła, to czekał na mnie gorący jeszcze link na fejsie no i wieczór miałem już zaplanowany. Last.fm wskazuje, że to był 27 listopada. Słuchałem sobie tej płyty późnym wieczorem, podobało mi się to co słyszałem, pamiętam że czytałem do tego jakąś książkę Harlana Cobena. No i weszły pierwsze akordy „Veneno”, a ja zostałem powalony na ziemię już wtedy. Znacie te zagrywkę, ponieważ jest to cytat z tytułowego kawałka na „The Sky Moves Sideways” Porcupine Tree. To był kolejny moment, w którym moje życie dokonało mocnego zakrętu i było to przy dźwiękach „Veneno Para Las Hadas”, utworu który wydał mi się wtedy tak piękny, jakbym nie słyszał piękniejszego w życiu.

Ten utwór i tamten album, były głównym kickstarterem mojego powrotu do Stevena Wilsona i jego projektów oraz przeolbrzymiej fazy na jego twórczość, z czego przez lata byłem na tym forum najbardziej znany (i chyba zawsze będę). Podobnie jak w przypadku poprzedniej wrzuty, nie będę się rozpisywał o numerze, bo obsram go bełkotem, którego nikt nie chce czytać. Powiem tylko, że moja opinia o „Veneno” nie zmieniła się przez te wszystkie lata, to jest nadal mój ulubiony solowy kawałek Stefana i jeden z najlepszych jakie dane mi było słyszeć.

https://youtu.be/HeID2NrYWB0
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 18 lis 2023 09:52

Tera będzie niehiphopowo i niemurzyńsko, może skończą się narzekania.

Radiohead - Everything In Its Right Place
(2000)

Czas na kolejną wrzutkę wspominkowo-rocznicową, tym razem jednak będę wracał wspomnieniami do mniej wesołych wydarzeń i to całkiem świeżych bo sprzed 2 lat. Wszystko zaczęło się jakoś wiosną 2021 kiedy w wyniku nagromadzenia różnych zdarzeń nabawiłem się przepukliny kręgosłupa lędźwiowego. Objawiało się to dokuczliwą rwą kulszową która pomimo przeróżnych moich starań nie chciała ustąpić, leczenie farmakologiczne pomagało jedynie doraźnie i wyglądało to tak że funkcjonowałem jedynie dzięki wsparciu tramadolu. Ostatecznie przyszła konsultacja z neurochirurgiem i wyrok - zabieg jest konieczny. Pierwotnie miał się odbyć w połowie października ale przeziębiłem się i przeniesiono go na koniec listopada.

Traf chciał że niedługo przed tym terminem - sprawdziłem teraz dokładną datę nawet i szokłem - dokładnie w niedzielę 7 listopada (w tą moją rocznicę związku zatem) miałem mały incydent podczas spaceru z psem, zwyczajnie nie zdążyłem go ściągnąć i szarpnął mnie chcąc się wyrwać do innego psa. Efekt był taki że coś w tym moim kręgosłupie się mocno popieprzyło przez to że skręciłem się nagle podczas tej akcji. Od tej pory pogorszenie było nagłe i wyraźne, z każdym dniem było gorzej, poniedziałek był słaby i zdaje się we wtorek miałem już w pracy problem by przejść choćby dystans 20 metrów bez przystawania. Wieczorem szpital, tam zastrzyk przeciwbólowy i zwolnienie na środę z nadzieją że będzie lepiej. Jednak pomogło raptem na noc, rano ledwie mogłem poruszać się po mieszkaniu, w miarę możliwości wyciagnałem torbę i zacząłem pakować rzeczy do szpitala gdzie pojechaliśmy popołudniu gdy narzeczona wróciła z pracy. Przyjęto mnie na neurologię by spróbować jakoś mnie tam przetrzymać do terminu zabiegu odległego o 2 tygodnie. Na salę wszedłem już o balkoniku.

Jeśli mnie zatem pamięć nie myli obudziłem się na drugi dzień na szpitalnej sali 11 listopada w totalnie ch*jowym nastroju i... ta piosenka Radiohead po prostu przyszła mi do głowy sama...

"Yesterday I woke up sucking a lemon"

Yup, to było dokładnie to. Ten moment gdy budzisz się w totalnie zje*anym nastroju, tak było dzień wcześniej, tak było i wtedy, totalne dno, to był najczarniejszy czas w moim życiu od naprawdę wielu lat, sercowe problemy przy tym były błahostką. Do tego jeszcze to "everything in its right place", poczytywałem to jako Yorke'ową ironię, takie jego "jest super, jest super, więc o co Ci chodzi". No i to tło, specyficzne ciepłe klawisze (nie wiem na czym to nagrywali ale obstawiałbym jakieś analogi). Yorke'owe lamenty są chyba najlepszym soundtrackiem na najgorsze momenty w życiu hy :|

Co ciekawe sam numer znałem o wiele wcześniej, jako jeden z dwóch - trzech na Kid A które zwracały moją uwagę obok wrzucanych tu Idioteque oraz The National Anthem. Ostatecznie ten podchodził mi najbardziej, był dla mnie najlepszą kompozycją, piosenką, na swój sposób był chyba najbardziej singlowy z tej płyty. Nie sądziłem jednak że przyjdzie moment w życiu kiedy tak srogo mi wejdzie jak wówczas w szpitalu właśnie. Tak oto w jednej chwili wparował na stałe do kompilacji best of Murzyn. Połowa albo większość z Was już zna, kto nie zna niech się zapozna.

https://youtu.be/NUnXxh5U25Y?si=hNqLhoV0a49NMwwk
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18313
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 18 lis 2023 16:16

Andrea Parker – Melodious Thunk

Andrea Parker to brytyjska dj-ka, producentka muzyki elektronicznej i właścicielka wytwórni płytowej. Andreę poznałem - a jakże – dzięki naszemu forum. Już nie pamiętam dokładnie kiedy. Moje pliki mp3 z albumem Kiss My Arp, który mam na dysku mają datę modyfikacji 2013r., ale last pokazuje pierwsze scrobble już w 2011. Pamiętam jedynie, że moje zainteresowanie muzyką pani Parker zaczęło się od poznania jej remiksu utworu DM It’s No Good. I pamiętam, że Hien polecał jej muzykę. Tak więc wychodzi na to, że znam ją już od ok. 12 lat. Nie słuchałem jej może zbyt często, ale jej muzykę wciąż mam w sercu. A w szczególności utwór Melodious Thank właśnie. Utwór pochodzi z 1996r. Potem został również zamieszczony na wspomnianym albumie Kiss My Arp (1999). Nie będę tu go opisywał, bo nawet nie potrafię tego robić. Zresztą niektórzy na pewno ten utwór znają. Jest to po prostu kawałek dobrej elektronicznej muzyki. Podoba mi się oczywiście brzmienie, ale w szczególności wykreowany klimat. Klimat bardzo niepokojący, gęsty jak smoła, poruszający wyobraźnię. Zawsze jak słucham Melodious Thunk czy w ogóle czegokolwiek od Andrei, to moje myśli od razu wybiegają gdzieś w kosmos. To byłby idealny soundtrack do jakichś przerażających wydarzeń gdzieś w kosmosie, na jakiejś obcej planetoidzie czy ogromnym kosmicznym wahadłowcu. Thriller s-f czy gra w takich klimatach byłyby idealnym środowiskiem dla tej muzyki. Ja mam zawsze właśnie takie skojarzenia związane z tą muzyką. A jakie Wy macie?

https://www.youtube.com/watch?v=5p2peWJTgiM
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 18 lis 2023 21:11

zdziwiłbym się pozytywnymi opiniami tbh

czas na moje ulubione zagranie, czyli na trójkę odpowiedz dwudziestką

Godspeed You! Black Emperor - Static (2000)

Dobrze się składa. Mniej więcej rok temu Seba zarzucił nam coś nowszego z repertuaru GY!BE. Ja też byłem w tamtym czasie bliski wrzucenia czegoś od nich. Wtedy klimat jednak uleciał albo po prostu po sprawdzającym odsłuchu nie byłem pewien tego wyboru. Dlatego byli w mojej rozpisce na szczególnym miejscu. Do tej pory otwierali segment rzeczy, które straciły okazję na szybsze wylądowanie w bestce za sprawą bardziej spontanicznych, ale lepszych w danym moment wrzutek. Teraz w sumie nie mam w głowie konkretnej serii. Na pewno zostało mi całkiem sporo różnych nagrań, które muszą się pojawić. Static jest jednym z nich. Dziś jestem tego pewien, ale początki z muzyką Godspeedów wcale nie były takie kolorowe.

Pierwszy kontakt? Pewnie jakaś wzmianka na jednej z grupek fejsbukowych. Wydawało mi się, że jestem już taki poważny słuchacz, a tu - o dziwo - całkiem dużo zostało do odkrycia. Wychodzenie z elektronicznej bańki trochę trwało, na pewno wcześniej już coś o tym pisałem. Pamiętam to dziwne uczucie, nieuzasadnione bycie przemądrzałym. Jak coś jest wyraźnie doceniane, promowane i uznawane za must hear w pewnych środowiskach to młodszy Robert często wolał na złość babci odmrozić sobie uszy. Połowa 2017 roku, odbijam się od F♯A♯∞ - poprzedniczki tej, z której pochodzi Static. Spora w tym zasługa dziwnych oczekiwań i średniego osłuchania. Tak dobry zespół i nie zaskoczyło od razu? Oj, to na pewno z nimi coś było nie tak, przecież nie ze mną? Temat jednak z czasem coraz bardziej nie dawał spokoju. Trudno było się zebrać do konkretnego posiedzenia przy kolejnej płycie, ale po paru miesiącach wreszcie uznałem, że trzeba zrobić sobie samemu na przekór. Gdyby nie dzisiejszy odsłuch to pewnie nie pamiętałbym tego tak dobrze, coś zaskoczyło pod czaszką. Sam początek 2018 roku. Ostatnie miesiące starego sposobu funkcjonowania przed queerowo-teatralną rewolucją. Długie włosy, utrwalony wizerunek lekkiego freeka ubierającego się zawsze w czarne koszule i dżinsy. Do tego niezapomniane chwile przy miniaturowym notebooku, nie miałem wtedy poważniejszego sprzętu w domu. Zgłosiłem się do udziału w olimpiadzie historycznej. W pierwszym etapie trzeba było wysmażyć jakiś wielostronnicowy esej/rozprawkę do 10 tysięcy znaków. Czas mijał, a ja pierdziałem w stołek. Ostatecznie chyba napisałem coś o Napoleonie. Nic trudnego, bo wtedy byłem jednym z lepszych młodocianych historyków w szkole, ale i tak trwało to kilka godzin. Właśnie podczas pisania tej pracy puściłem sobie w tle m.in. Lift Yr. Skinny Fists Like Antennas To Heaven. Static jest drugim utworem na płycie. Pamiętam dobrze, że w takich okolicznościach jak nic odbył się pierwszy odsłuch. Początkowo myślałem tak: ot, całkiem niezłe tło, te Godspeedy nie są takie złe. Zabawa zaczęła się wraz z pierwszymi sekundami Static. Tu już wyraźnie muzyka zaczęła zwracać uwagę. W pewnym momencie poddałem się i na chwilę musiałem przerwać pisanie. Od tamtej pory mój stosunek do zespołu uległ poważnej zmianie.

Po latach słuchaczowania i tworzenia myślę, że wolę bardziej klarowne i spójne kompozycje, szczególnie gdy są podobnej długości, niż zestaw kilku różnych elementów spięty w bardzo umowny i uznaniowy sposób. Może dlatego F♯A♯∞ i słuchana później płyta z 2021 roku aż tak nie zaskoczyły? Nie wiem. To nie jest muzyka do częstych odsłuchów, więc do tej pory nie mam pewności. Wiem na pewno, że Static to jest ich najlepszy utwór. Tu naprawdę są blisko geniuszu. Od pierwszego razu minęło sporo czasu. Nikogo nie zdziwię gdy powiem, że całość uderza w dość pesymistyczne, apokaliptyczne, depresyjne tony. Potrafi mocno wciągnąć słuchacza w gorszym nastroju. Dlatego między innymi 18 listopada 2023 to dobry dzień na GY!BE, bo średnio się czuję. Przez te niecałe sześć lat było kilka dni, w których Static też potrafiło w pewnym sensie pomóc. Na smutki, frustracje, stany zwątpienia, generalnie stan wyższej chujowości. To jest tak, że najpierw warto pozwolić sobie na totalny meltdown, by później łatwiej wrócić do pionu. Nawet teraz, gdy znacznie trudniej o poważny melodramat i długotrwałą chandrę, to jednak miałem ciarki, a budowany nastrój naprawdę poważnie się udzielił. Przy ambientowej zajawce łatwiej przyjmuję wyraźnie spokojniejszy początek i wstęp. Wszystko jednak zaczyna się i kończy na tej nieszczęsnej jedenastej minucie, gdy rusza główny punkt programu. Cała instrumentalna maszyneria rusza do pracy, a efekt jest szalenie porywający. Perkusja, gitary, ostrzejsze dźwięki bardziej z tyłu, skrzypce i wiolonczela dopełniają dzieła zniszczenia. Dawniej potrafiłem się tutaj poważnie rozkleić, przez pewną chwilę trwać w tym uczuciu. Do dzisiaj uważam ten moment za jedną z lepszych rzeczy w post-rocku. Słuchany odpowiednio często wciąż robi we mnie to coś.

Nie ma lekkiej gry. Nastawiam się raczej na dobre zapamiętanie i powrót w należytym czasie niż zachwyty na dzień dobry. Godspeedy były naprawdę mocne, a ja staram się uchwycić ten peak i wam go tutaj dostarczyć. Zapraszam na poważny seans.

https://www.youtube.com/watch?v=RW86oMO80Ms
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 20 lis 2023 08:17

Panowie M&M to chyba jeszcze na salach koncertowych siedzą dalej tak ich z kapci wyrwało
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
devotional
Posty: 7377
Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
Ulubiony utwór: Master And Servant
Lokalizacja: bezdomny

Post 20 lis 2023 09:49

Panie Murzyn, wyluzuj Pan. Nie siedzę przyklejony non stop do kompa (tylko do telefonu).

Mark Lanegan - Daylight in the Nocturnal House (2020)

Ktoś powie, że to trochę oszukane, bo Lanegan już tu był, ale to nie do końca prawda, bo wtedy był Lanegan z zespołem (Mark Lanegan Band), a teraz jest Lanegan solo (Mark Lanegan). Wbrew pozorom ma to spore znaczenie, albowiem Lanegan solo zawsze brzmi nieco inaczej, niż gdy grał ze swoją "grupą wsparcia". Co jest o tyle ciekawe, iż swoich solowych krążków też nie nagrywał sam i zawsze mu ktoś tam towarzyszył i pomagał. Still, tutaj jest bardziej intymnie, że tak to ujmę, produkcja troszkę inna, itp. itd. Materiał porównawczy może zapodałem o tyle średni, że No Bells on Sunday było na wskroś elektroniczne, zaś tutaj wszystko opiera się o gitarę akustyczną, ale za to w jaki sposób. Lanegan zawodzi w piosence, której motywem przewodnim zdaje się być jakieś metaforyczne zmartwychwstanie, tyle że chyba głównie po to, by znów trafić do grobu. W tle trochę elektryka, chórek, na koniec cudownie brzmiące i jeszcze cudowniej podkreślające klimat piosenki pady. Właściwie nie wiem, co więcej mogę napisać. Więc dodam to, co już dodawałem przy wcześniejszym Laneganie - to jest wprost niesprawiedliwe, że typ już nie żyje (choć, co tu dużo mówić, na własne życzenie trochę).

Dodam jeszcze, że numer pochodzi z płyty Straight Songs of Sorrow, którą Lanegan wydał w roku 2020, w maju jeśli o ścisłość chodzi. Jest to jego dwunasty (licząc wydawnictwa w MLB) album, no i z wiadomych przyczyn ostatni. Bardzo osobisty, oparty o swój pamiętnik, który zresztą wydał miesiąc przed premierą płyty. Cały jest bardzo dobry, ja zanurzyłem się weń stosunkowo późno, albowiem dopiero we wrześniu ubiegłego roku. Pamiętam, jak słuchałem go po raz pierwszy w całości jadąc pociągiem z Warszawy do Krakowa, zrobił wtedy na mnie piorunujące wrażenie. Wracam od czasu do czasu, ostatnio coraz częściej. Zwłaszcza zaś do jednej piosenki, która swoim stylem i produkcją jest dla mnie w jego twórczości najbliżej pożenienia typowo amerykańskiego songwritingu z klimatem starego Manchesteru, którego Lanegan był przecież fanem. W Święto Niepodległości musiałem dostać się z centrum Warszawy za Łazienki, a że ze względu na odbywający się wówczas marsz zbiorkom nie jeździł, pokonałem tę drogę pieszo. Późnopopołudniowa szarówka Ujazdowa perfekcyjnie zgrała się z tym kawałkiem. Lepszej na niego pory nie będzie. Słuchajcie i tońcie w jesieni, póki ta wróciła.

https://www.youtube.com/watch?v=ToMgSKgra38
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13774
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 20 lis 2023 10:13

devotional pisze:
20 lis 2023 09:49
Ktoś powie, że to trochę oszukane, bo Lanegan już tu był, ale to nie do końca prawda, bo wtedy był Lanegan z zespołem (Mark Lanegan Band), a teraz jest Lanegan solo (Mark Lanegan).
O widzisz, już wiem czego nie dałem jeszcze w tej setce unikając dubli hehe
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup