Best of Forum (Albumy) vol. 2
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
U2 - Achtung Baby
O raju, ale Violatorem wujas rzucił w nas, ale w sumie nie dziwota skoro ten album był na topie w jego młodzieńczych czasach to trudno żeby go to ominęło. Jutu... Moja relacja z nimi nigdy nie była zbyt zażyła, w sumie nie była zażyła prawie wcale - acz jest wyjątek z jakimś osobistym tłem który pojawi się w utworach jako moja wrzutka, kiedyś... Zasadniczo goście grają niezłą muzę ale nie wiem czy największym przekleństwem ich nie jest sam Bono i jego pióro spod którego czasem właśnie wylewa się jakaś pretensjonalność, nie wiem, jego styl mi jakoś nigdy nie odpowiadał, nie potrafiłem się wgryźć w te kawałki głębiej. Często gęsto kiedy śpiewa o miłości robi się z tego krindżowy kucykowy rock, tak mi się kojarzyły zwłaszcza przeboje z The Joshua Tree. Achtung Baby lepiej zawsze odbierałem, muzycznie dużo fajniejsze rzeczy się tam działy a kucyka zastąpił image Fly, zapatrzenie w bluesa czy americanę zastąpiło pójście w brudniejsze industrialowe granie, chłodne i europejskie dla mnie bardziej. Podobnie jak Violator u depeszy tak AB zapowiadało nowy, najlepszy rozdział w dziejach zespołu - lata 90. Album ten osłuchiwałem przed laty i z tego co pamiętałem to właśnie nie pamiętałem... jego końcówki, wiedziałem że tam ukryty był dla mnie jakiś mankament i kilka ostatnie utworów nie wryło się nigdy w moją pamięć, szybki rzut oka na playlistę albumu i już w sumie wiem dlaczego tak było. Teraz z pomocą wujka mogę wrócić i odświeżyć pamięć o całym albumie.
Zoo Station paradoksalnie choć singlem nie był znałem jako jeden z pierwszych utworów z tego albumu, ot zwyczajnie z tego względu że swego czasu ściągając jakieś pojedyńcze mp3 tego zespołu trafiło mi się właśnie na jakimś ulub czy innym serwisie. Lubiłem ten kawałek od pierwszego odsłuchu i do dzisiaj jest jednym z moich ulubionych (jeśli nie ulubionym) na płycie i w dyskografii zespołu. Bardzo podobała mi się zawsze ta brudna, metaliczna perkusja i energia tego numeru. Z kopa otwiera album i zapowiada zmiany w brzmieniu kapeli. It's alright, it's alright!
Even Better Than The Real Thing to idealny numer dwa na playliście, z jednej strony kontynuuje energiczny vibe ale zarazem odrobinę opuszcza tempo, tu bardziej na rockowo, też dobry bujający numer.
One to faktycznie jak wspomniał munlup numer cierpiący na kompleks Enjoya trochę, ograny do bólu, najczesciej widywany z singli z płyty podczas oglądania VH1 przed laty. Tu mamy ten typowy dla Jutu klimat przesłania miłości, pokoju i braterstwa, ja tu wyczuwam powiew nadziei wynikający z przemian politycznych w Europie na przełomie dekad. Dla mnie to mi się nieco kojarzy ze skorpionsowym Wind of Change, ale przy tym wszystkim to jednak dobry, lepszy numer.
Until The End Of The World poznałem bliżej/uważniej dzięki Depeche Mode i soundtracku do filmu o tym samym tytule. Okazuje się że poza Death's Door były tam inne fajne numery jak choćby ten kawałek Jutu właśnie. Tu od wejścia mamy intrygujący groove i Bono który - nie potrafię powiedzieć dlaczego - ale w tym numerze przykuwa moją uwagę i wsłuchuję się w tekst, może to kwestia tego jak on tu opowiada bardziej niż śpiewa, trochę przegadany jest ten numer jakby. Podoba mi się lirycznie też.
Who's Gonna Ride Your Wild Horses to dla mnie regres i powrót do tego kucowego romantycznego klimatu z singli z Joshua Tree czy innego Pride. Rzewne balladowe Jutu za jakim nie przepadam.
So Cruel to kolejny już numer zgłębiony dobitniej dzięki Depeche Mode i nagranemu przez nich coverowi, był to dobry pretekst do powrotu do numeru wcześniej nie zauważonego przeze mnie a który uważam za bardzo dobrą balladę o fajnym brzmieniu. Zabawne bo nigdy nie czułem/nie zauważałem tego że bez AB nie byłoby SOFAD, ale faktycznie skoro dzięki So Cruel mamy perkę użytą potem w Higher Love to fajnie że tak się stało, zawsze lubiłem ten bicik i jego brzmienie a sam tego nie wyłapałem.
The Fly zawsze uważałem za takiego kuzyna Zoo Station i dzięki munlupowi tym bardziej nabrało to sensu gdy już wiem że oba ewoluowały z jednego kawałka. Te brzmienia są bardzo podobne, znów ten industrialny brud, fajny gitarowy riff tu jednak wiedzie prym, ogólnie wyobrażam sobie od razu Bono w tych muszych okularach, skórzanej kurtce i szlajającego się gdzieś nocą po jakimś Berlinie po knajpach. Dodatkowo sensu nabiera The Fly w zestawieniu z Zoo Station gdyż oba są otwieraczami stron albumu w wydaniu winylowym/kasetowym.
Mysterious Ways to drugi mój faworyt z albumu obok Zoo Station, tym razem chłopaki grają tu bardziej funky, rytm jest bardziej rwany, bas gruby, bujający dance-rock a ja takie hybrydowe numery tamtej ery łykam jak pelikan. I co zabawne - dopiero zwróciłem uwagę teraz - tak jak w otwieraczu mamy ten zaśpiew "it's alright, it's alright!", tym bardziej czuje się dobrze człowiek :-)
No i bach, dochodzimy do tego momentu - ostatnich czterech numerów na płycie, które kojarzyłem najmniej albo właściwie w ogóle po latach od ostatniego słuchania AB, gdyż jak widać te numery wcześniejsze z różnych względów częściej tłukłem bo albo były singlami, albo wracałem do nich poprzez różne konotacje z DM albo ot miałem do nich wcześniej dostęp jak Zoo Station.
Tryin' To Throw Your Arms Around The World początkowo też mi brzmiał "kucowo" ale potem jak poczytałem reckę Hiena nabrał innego klimatu dla mnie. Jest taki leniwy, kojarzy się właśnie ze zmęczeniem nad ranem po intensywnej nocy bądź ostatnim numerem granym przez kapelę w knajpie, luźno niczym jakiś jam na lekkiej wyjebce. To mógłby być też fajny zamykacz albumu ale wrócę do tego tematu jeszcze.
Ultraviolet... Nie wiem, brzmi tak jakbym już to słyszał na tej płycie w innej formie, dla mnie chyba na tym etapie albumu nie wnosi nic nowego już i ciągnie się jak filler. Nie dziwi mnie że Bono sam miał opory przed własnym tekstem, to bejbe bejbe to straszny banał i dla mnie jest obciachowe.
Acrobat brzmi zdecydowanie poważniej, dramatyczniej, co kojarzy mi się nieco z Bullet The Blue Sky. Tylko jakoś mi ten klimat nie pasuje na AB zwyczajnie, znów numer mi się dłuży, niepotrzebnie wypełnia playlistę.
Album zamyka Love Is Blindness i to zdecydowanie największe odkrycie tych moich odsluchów Achtung Baby teraz. Klimatyczna smutna ballada, fajny aranż, dramatyczna gitara Edge'a i ponury klimat tekstu Bono, znów wciąga mnie lirycznie coś blna tej płycie w końcu. Zamknięcie albumu z przytupem, perełka odkryta po latach na szarym końcu gdzie pewnie rzadko przedtem docierałem.
No i co, niby taki Violator jako że chyba największy hit dyskografii ale zarazem nawet nie Violator, jak dla mnie jakby tu wyciąć ze trzy numery nie miałbym się do czego przyczepić nawet. No ale wtedy miałbym problem - co powinno zamykać album - luźne Tryin' To Throw... czy posępne Love Is Blindness? Jak na mój gust powinni byli wydać album w dwóch wersjach, z zakonczeniem pozytywnym gdzie główny bohater ma kobietę za którą tęskni bo chwilowo on jest w trasie z zespołem bądź z zakończeniem pesymistycznym gdzie zostaje sam jak palec porzucony przez nią. Nie umiałbym tego inaczej rozstrzygnąć.
Album zasadniczo naprawdę dobry a zarazem nie wiem dlaczego jednak nie wracam na codzień do muzyki U2. Nie wiem czy te odsłuchy cokolwiek zmienią, chyba wolę posłuchać czasem kilku ulubionych numerów wplecionych między inne przeboje rockowe epoki. Niemniej fajnie dla odmiany czasem wpaść w kolejce na album do którego wiadomo że powrót będzie udany a prejz pewny.
O raju, ale Violatorem wujas rzucił w nas, ale w sumie nie dziwota skoro ten album był na topie w jego młodzieńczych czasach to trudno żeby go to ominęło. Jutu... Moja relacja z nimi nigdy nie była zbyt zażyła, w sumie nie była zażyła prawie wcale - acz jest wyjątek z jakimś osobistym tłem który pojawi się w utworach jako moja wrzutka, kiedyś... Zasadniczo goście grają niezłą muzę ale nie wiem czy największym przekleństwem ich nie jest sam Bono i jego pióro spod którego czasem właśnie wylewa się jakaś pretensjonalność, nie wiem, jego styl mi jakoś nigdy nie odpowiadał, nie potrafiłem się wgryźć w te kawałki głębiej. Często gęsto kiedy śpiewa o miłości robi się z tego krindżowy kucykowy rock, tak mi się kojarzyły zwłaszcza przeboje z The Joshua Tree. Achtung Baby lepiej zawsze odbierałem, muzycznie dużo fajniejsze rzeczy się tam działy a kucyka zastąpił image Fly, zapatrzenie w bluesa czy americanę zastąpiło pójście w brudniejsze industrialowe granie, chłodne i europejskie dla mnie bardziej. Podobnie jak Violator u depeszy tak AB zapowiadało nowy, najlepszy rozdział w dziejach zespołu - lata 90. Album ten osłuchiwałem przed laty i z tego co pamiętałem to właśnie nie pamiętałem... jego końcówki, wiedziałem że tam ukryty był dla mnie jakiś mankament i kilka ostatnie utworów nie wryło się nigdy w moją pamięć, szybki rzut oka na playlistę albumu i już w sumie wiem dlaczego tak było. Teraz z pomocą wujka mogę wrócić i odświeżyć pamięć o całym albumie.
Zoo Station paradoksalnie choć singlem nie był znałem jako jeden z pierwszych utworów z tego albumu, ot zwyczajnie z tego względu że swego czasu ściągając jakieś pojedyńcze mp3 tego zespołu trafiło mi się właśnie na jakimś ulub czy innym serwisie. Lubiłem ten kawałek od pierwszego odsłuchu i do dzisiaj jest jednym z moich ulubionych (jeśli nie ulubionym) na płycie i w dyskografii zespołu. Bardzo podobała mi się zawsze ta brudna, metaliczna perkusja i energia tego numeru. Z kopa otwiera album i zapowiada zmiany w brzmieniu kapeli. It's alright, it's alright!
Even Better Than The Real Thing to idealny numer dwa na playliście, z jednej strony kontynuuje energiczny vibe ale zarazem odrobinę opuszcza tempo, tu bardziej na rockowo, też dobry bujający numer.
One to faktycznie jak wspomniał munlup numer cierpiący na kompleks Enjoya trochę, ograny do bólu, najczesciej widywany z singli z płyty podczas oglądania VH1 przed laty. Tu mamy ten typowy dla Jutu klimat przesłania miłości, pokoju i braterstwa, ja tu wyczuwam powiew nadziei wynikający z przemian politycznych w Europie na przełomie dekad. Dla mnie to mi się nieco kojarzy ze skorpionsowym Wind of Change, ale przy tym wszystkim to jednak dobry, lepszy numer.
Until The End Of The World poznałem bliżej/uważniej dzięki Depeche Mode i soundtracku do filmu o tym samym tytule. Okazuje się że poza Death's Door były tam inne fajne numery jak choćby ten kawałek Jutu właśnie. Tu od wejścia mamy intrygujący groove i Bono który - nie potrafię powiedzieć dlaczego - ale w tym numerze przykuwa moją uwagę i wsłuchuję się w tekst, może to kwestia tego jak on tu opowiada bardziej niż śpiewa, trochę przegadany jest ten numer jakby. Podoba mi się lirycznie też.
Who's Gonna Ride Your Wild Horses to dla mnie regres i powrót do tego kucowego romantycznego klimatu z singli z Joshua Tree czy innego Pride. Rzewne balladowe Jutu za jakim nie przepadam.
So Cruel to kolejny już numer zgłębiony dobitniej dzięki Depeche Mode i nagranemu przez nich coverowi, był to dobry pretekst do powrotu do numeru wcześniej nie zauważonego przeze mnie a który uważam za bardzo dobrą balladę o fajnym brzmieniu. Zabawne bo nigdy nie czułem/nie zauważałem tego że bez AB nie byłoby SOFAD, ale faktycznie skoro dzięki So Cruel mamy perkę użytą potem w Higher Love to fajnie że tak się stało, zawsze lubiłem ten bicik i jego brzmienie a sam tego nie wyłapałem.
The Fly zawsze uważałem za takiego kuzyna Zoo Station i dzięki munlupowi tym bardziej nabrało to sensu gdy już wiem że oba ewoluowały z jednego kawałka. Te brzmienia są bardzo podobne, znów ten industrialny brud, fajny gitarowy riff tu jednak wiedzie prym, ogólnie wyobrażam sobie od razu Bono w tych muszych okularach, skórzanej kurtce i szlajającego się gdzieś nocą po jakimś Berlinie po knajpach. Dodatkowo sensu nabiera The Fly w zestawieniu z Zoo Station gdyż oba są otwieraczami stron albumu w wydaniu winylowym/kasetowym.
Mysterious Ways to drugi mój faworyt z albumu obok Zoo Station, tym razem chłopaki grają tu bardziej funky, rytm jest bardziej rwany, bas gruby, bujający dance-rock a ja takie hybrydowe numery tamtej ery łykam jak pelikan. I co zabawne - dopiero zwróciłem uwagę teraz - tak jak w otwieraczu mamy ten zaśpiew "it's alright, it's alright!", tym bardziej czuje się dobrze człowiek :-)
No i bach, dochodzimy do tego momentu - ostatnich czterech numerów na płycie, które kojarzyłem najmniej albo właściwie w ogóle po latach od ostatniego słuchania AB, gdyż jak widać te numery wcześniejsze z różnych względów częściej tłukłem bo albo były singlami, albo wracałem do nich poprzez różne konotacje z DM albo ot miałem do nich wcześniej dostęp jak Zoo Station.
Tryin' To Throw Your Arms Around The World początkowo też mi brzmiał "kucowo" ale potem jak poczytałem reckę Hiena nabrał innego klimatu dla mnie. Jest taki leniwy, kojarzy się właśnie ze zmęczeniem nad ranem po intensywnej nocy bądź ostatnim numerem granym przez kapelę w knajpie, luźno niczym jakiś jam na lekkiej wyjebce. To mógłby być też fajny zamykacz albumu ale wrócę do tego tematu jeszcze.
Ultraviolet... Nie wiem, brzmi tak jakbym już to słyszał na tej płycie w innej formie, dla mnie chyba na tym etapie albumu nie wnosi nic nowego już i ciągnie się jak filler. Nie dziwi mnie że Bono sam miał opory przed własnym tekstem, to bejbe bejbe to straszny banał i dla mnie jest obciachowe.
Acrobat brzmi zdecydowanie poważniej, dramatyczniej, co kojarzy mi się nieco z Bullet The Blue Sky. Tylko jakoś mi ten klimat nie pasuje na AB zwyczajnie, znów numer mi się dłuży, niepotrzebnie wypełnia playlistę.
Album zamyka Love Is Blindness i to zdecydowanie największe odkrycie tych moich odsluchów Achtung Baby teraz. Klimatyczna smutna ballada, fajny aranż, dramatyczna gitara Edge'a i ponury klimat tekstu Bono, znów wciąga mnie lirycznie coś blna tej płycie w końcu. Zamknięcie albumu z przytupem, perełka odkryta po latach na szarym końcu gdzie pewnie rzadko przedtem docierałem.
No i co, niby taki Violator jako że chyba największy hit dyskografii ale zarazem nawet nie Violator, jak dla mnie jakby tu wyciąć ze trzy numery nie miałbym się do czego przyczepić nawet. No ale wtedy miałbym problem - co powinno zamykać album - luźne Tryin' To Throw... czy posępne Love Is Blindness? Jak na mój gust powinni byli wydać album w dwóch wersjach, z zakonczeniem pozytywnym gdzie główny bohater ma kobietę za którą tęskni bo chwilowo on jest w trasie z zespołem bądź z zakończeniem pesymistycznym gdzie zostaje sam jak palec porzucony przez nią. Nie umiałbym tego inaczej rozstrzygnąć.
Album zasadniczo naprawdę dobry a zarazem nie wiem dlaczego jednak nie wracam na codzień do muzyki U2. Nie wiem czy te odsłuchy cokolwiek zmienią, chyba wolę posłuchać czasem kilku ulubionych numerów wplecionych między inne przeboje rockowe epoki. Niemniej fajnie dla odmiany czasem wpaść w kolejce na album do którego wiadomo że powrót będzie udany a prejz pewny.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18314
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
No i fajnie Murzyn, ale zauważyłem jedno - niektórzy zwyczajnie zupełnie niepotrzebnie przedkładają tekst ponad muzykę. Muzyka to nie książka. Tu liczy się brzmienie, jakość wokalu, produkcja. Tekst to najmniej istotny element muzyki. Wręcz prawie zupełnie nieistotny.
No ale ok, to jest moje zdanie. Może i dla niektórych ten tekst jest ważny.
No ale ok, to jest moje zdanie. Może i dla niektórych ten tekst jest ważny.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Łatwo Ci mówić bo tak nie szprechasz po ingliszowemu to łatwiej Ci nie zawracać uwagi
poza tym komu to mówisz? Kolesiowi wychowanemu na przegadanych kawałkach w których jednak ten tekst to podstawa i istota gatunku prawie że? Nie ten adres, z resztą co zabawne to samo DM w dużej mierze nauczyło mnie niejako szacunku dla tekściarzy
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18314
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Ja nie kojarzę 90% tekstów DM. A może i więcej. Nawet słuchając polskich wykonawców mam teksty gdzieś.
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Panowie Musiał i mentos - dobijajcie do mety, w piątek chciałbym uruchomić Coil
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Miałem być rano, ale zaspałem, więc będę wieczorem. Ale na pewno dziś!
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Malkolit
- Posty: 6483
- Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
- Ulubiony utwór: World in My Eyes
- Lokalizacja: właściwa
Dziś to już jest 
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Jutro też będzie dziś tylko że jutrzejsze 
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Tak jest, nadeszło jutrzejsze dziś, a teraz już wczorajsze jutro, więc mogę pisać.
U2 - Achtung Baby
No no no, nie spodziewałem się. Tzn. spodziewałem się, że będę słuchał tego albumu, albowiem zapodał go shodan do tej kolejki, więc trudno, by było inaczej. Ale nie spodziewałem się efektu, jaki będzie ten album na mnie miał, srsly. Jak już pewnie wiecie, albo nie wiecie (albo macie to w dupie), swego czasu głównie na Wyspach był podział na fanów U2 albo Simple Minds. Ten podział bywał kopiowany do innych krajów (przede wszystkim do Włoch, gdzie Simple Minds pozostają po dziś dzień ekstremalnie popularni, sam Kerr jest zresztą fanem Włoch, mieszka na stałe na Sycylii od prawie 3 dekad i prowadzi tam hotel, w którym lubi zabawiać gości) i ja oczywiście w którymś tam momencie (pewnie 2005 rok, a jakże) zostałem z nim skonfrontowany w Polsce (choć w niewielkiej banieczce). Jako że wpadałem wtedy w zachwyty nad Simple Minds a U2 po prostu znałem (choć, oczywiście, bardzo lubiłem ten czy inny utwór), no to szybko opowiedziałem się po jednej ze stron i w swoim edgy nastoletnim anturażu jak najbardziej zacząłem Bono i (hehe) Edge'a hejtować. A CO MI TAM. Jednocześnie low key zasłuchiwałem się w Pride, New Year's Day czy nawet obrzydliwie zajechanym radiowo (i na każdy inny sposób też) With Or Without You. Nadmienić jednak muszę, że są utwory U2, których nie znosiłem ongiś i nie znoszę po dziś dzień, np. The Sweetest Thing. No ale mniejsza. Tak sobie więc wesoło hejtowałem U2, zwłaszcza po tym, jak przeczytałem, że brytyjscy krytycy muzyczni rozjechali Street Fighting Years od Simple Minds za to, że brzmi (zwłaszcza w warstwie lirycznej) ekstremalnie podobnie do The Joshua Tree. OCZYWIŚCIE nie wiedziałem wówczas, że to, o co oskarżano Kerra i Burchilla i resztę, to była... prawda, albowiem o ile Simple Minds jeszcze do jakiegoś 1984 roku szli muzycznie swoją drogą mocno eksplorując nową falę, to gdy tamtego właśnie roku Kerr poznał Bono, to zamarzył być jak on i zrobił wszystko, co tylko mógł, żeby przekształcić Simple Minds w band grający rocka stadionowego (i, no cóż, udało mu się to), który będzie tak bardzo podobny do U2, jak to tylko możliwe (zabawnym znajduję fakt, że jednocześnie Kerr miał te wszystkie zarzuty w głębokim poważaniu, albowiem przyjaźnią się z Bono do dziś i niejednokrotnie występowali razem). Moje spojrzenie na U2 zaczęło się zmieniać dopiero pod wpływem mojej pierwszej partnerki, a więc jakieś circa 14-15 lat temu. Była ona wielką fanką U2, marzył się jej koncert, miała prawie kompletną dyskografię, jakieś koncertowe DVD, męczyła mnie tym przepotwornie. Jednocześnie jakoś się tam zaczynałem do nich przekonywać, lub inaczej - traciłem uprzedzenia, które były wyciągnięte za przeproszeniem z dupy (choć faktem jest, że Bono to potworny pozer i strasznie przeszkadza mi jego osobowość). Pożyczyła mi w pewnym momencie How to Dismantle an Atomic Bomb, żebym zapoznał się z bardziej "współczesnym" graniem bandu, który znałem przede wszystkim z hiciorów lat 80. i potem częściowo 90. (to w ogóle ciekawe, albowiem pamiętam okładkę tej płyty i jestem niemal w 100% pewien, że on był gdzieś u mnie w domu na jakimś etapie, czy ktoś mógł go kupić? Dostać? Może mój stary?). Pamiętam, że posłuchałem, ale musiało jednym uchem wlecieć a drugim wylecieć, albowiem nie pamiętam już z niego nic, poza Vertigo (to nie był w sumie taki zły numer; czy HtDaAB przypadkiem nie zostało rozjechane przez krytykę w mediach?). Potem premierę miało No Lights on the Horizon i ja zdaje się postanowiłem ten krążek swojej ówczesnej dziołsze sprezentować. Na pewno pamiętam katowane na Esce Rock Get on Your Boots. Nic odkrywczego, takie trochę byle co. Niestety, nie pamiętam nic więcej (a ze stuprocentowym przekonaniem mogę powiedzieć, że słuchaliśmy tego albumu razem), za to rzuciło mi się w oczy, że za produkcję odpowiadali Eno i Lanois, a do tego jeszcze Steve Lillywhite (to on wymyślił rockowe brzmienie Simple Minds na Sparkle in the Rain, gdzie oryginalne dema brzmiały jak przedłużenie New Gold Dream; plus gość wraz z Eno współprodukował pierwsze dwa krążki Ultravoxu, jeszcze tego z Foxxem), myślę sobie, kurde, to MUSI być dobre (znałem już Eno od paru lat przecież, wiedziałem też, kto to Lanois), ale chyba jednak nie było, jeśli w ogóle nie pozostawiło po sobie żadnego śladu w mojej pamięci. Kojarzyłem jednakowoż, że to nie pierwsza współpraca Eno/Lanois z U2, że był jeszcze jeden album, a nawet dwa, a nawet trzy, no ale nie sięgnąłem po nie, jakoś nie miałem ochoty. Czy mogłem popełnić błąd?
Z perspektywy czasu... taaa, chcielibyście, co nie ku*wa? Nie napiszę, że szkoda, albowiem prawdopodobnie wówczas bym się na niego I TAK zdefekował, z bliżej nieokreślonych powodów nawet, bo jakoś po prostu, wciąż nie byłem fanboyem U2 i wciąż byłem edgy (to jest interesujące, moja eks miała przecież to wydawnictwo w swojej bibliotece, a nie przeszło mi przez myśl, żeby je pożyczyć), chyba by nie przeszło. Albo by przeszło, ale ja bym się do tego nie przyznawał. A tak... Powiem wprost - Wuja dopierniczył do pieca, i to tak porządnie. Achtung Baby jest ŚWIETNE. Naprawdę, podszedł mi ten krążek pod każdym chyba względem (no, z małymi, ale naprawdę małymi wyjątkami). Zacznę od tego (rozmawiałem nawet o tym z kol. Hienem), że ów album... w ogóle nie brzmi tak, jakby został wydany w najntisach, a jednocześnie brzmi bardzo "latodziewięćdziesiąto". Nie wiem, czy to różne pionierskie pomysły zastosowane przez Eno (albo bardziej przez Lanois, Eno w sumie Achtung Baby głównie "pucował"), który postanowił sobie poeksperymentować z tym i owym, czy to nieco inne podejście Bono/Edge'a do piosenkopisarstwa, prawdopodobnie wszystko po trochu. Jeszcze jak się dołoży do tego - ikoniczną bądź co bądź - okładkę, która wygląda jak coś, co mogło z powodzeniem powstać np. tydzień temu, to człowiek autentycznie mierzy się z powagą określenia "ponadczasowe nagranie". Bo Achtung Baby mogło się ukazać zarówno w 1991 roku, jak i w 2001 albo w 2011. Z mojej perspektywy - poważnie. No dobra, ale może tak przejdę do "mięsa"? A więc... Achtung Baby to - od czasu How to Dismantle and Atomic Bomb i ZAPEWNE No Line on the Horizon - moje pierwsze zetknięcie z całym krążkiem od U2. Bałem się początkowo, albowiem wciąż mam w sobie jakieś tam szczątki uprzedzeń (no, umówmy się, po prostu denerwuje mnie Bono, to się tak po prostu nie zmieni), zresztą, po pierwszym odsłuchu nie czułem się jeszcze pewnie (ale czułem też, że coś tam kiełkuje). Łącznie przesłuchałem ten album 5 razy (i, rzecz jasna, teraz, pisząc te słowa, słucham go po raz szósty xD) i z każdym kolejnym zamieniał się w growera (tzn. był nim od samego początku, ale musiałem to wyczuć). Jak się jeszcze do tego dołoży odpowiedni setting... No bo to jest jesienne wydawnictwo, tak fhui. Zimny wrześniowy poranek, ale taki ze słońcem jeszcze (choć JESZCZE lepiej wchodziłoby to pod koniec września, kiedy jesień czuć pełną gębą), aż bym poszedł na spacer do Parku Julianowskiego w Łodzi, gdzie we wrześniu 2005 zasłuchiwałem się w Pride. To jest trochę tak, jak Hien miał rok temu z Nocturne od Wild Nothing (nota bene, w październiku nowy album), po prostu trzeba umieścić Achtung Baby na swoim miejscu w odpowiednim... cóż, miejscu, i wtedy wszystko gra i trąbi. I tak mam tutaj od pierwszych dźwięków Zoo Station, które brzmi dokładnie tak, jakby zrobił to Brian Eno (a tak w istocie było, for more obvious facts please call...). Co więcej, ta perka brzmi niemal identycznie do bębnów numerze Fractal Zoom, który otwierał jego płytę Nerve Net z roku 1992 (a więc raptem rok po Achtung Baby), ktoś się więc tutaj srogo podniecał uzyskanymi efektami. Zoo Station jest... dziwne trochę, nieco inne i na pewno zwracało uwagę u progu ostatniej dekady XX wieku. Coś bardziej "contemporary" wskakuje dopiero na miejsce drugie, ale i tak brzmi dla mnie jak muzyczne przedłużenie tego pierwszego. Even Better Than the Real Thing chwyciło mnie z miejsca już od pierwszego odsłuchu, ot, laurka miłosno-fascynacyjna, ale w jakim stylu, taka z jednej strojy uberpoprawna piosenka pop, a z drugiej ma w sobie energię, którą tylko ci goście byli prawdopodobnie w stanie jej nadać. Zabawne, że w refrenie Bono brzmi trochę jak Kerr w niemal dowolnym numerze z Real Life (album Simple Minds z tego samego roku), za to to, co Edge wyprawia z gitarą od 2:05 to jest złoto. One niestety trochę mi wszystko psuje, ale też... nie do końca. Nie przepadałem nigdy za tym utworem, ale też słyszałem go raptem kilka razy w życiu w wykonaniu U2, i teraz najlepsze - on przeszkadzał mi NIE przez wykonanie U2, a przez dość rozmemłany cover w wykonaniu Lighthouse Family (kolesie od High między innymi). Dopiero po paru odsłuchach w ramach AB zacząłem się w jakiś sposób przekonywać, ale przede wszystkim do tekstu lol, bo muzyka tutaj wymiata. A i Bono lepiej ten tekst śpiewa (choć momentami potwornie tanio jęczy) niż Tunde Baiyewu, co nadaje kawałkowi charakteru. No, powiedzmy, że One nie będzie moim ulubieńcem z płyty, ale nawet ta piosenka mi jej odbioru nie zepsuła (co poczytuję jako sukces). Potem nadchodzą dwa NAPRAWDĘ świetne piosenki, Until the End of the World i Who's Gonna Ride Your Wild Horses. Praca gitar w tym pierwszym jest fenomenalna, podoba mi się solo, podoba mi się perka, niżej śpiewający Bono brzmi nawet lepiej, niż Bono śpiewający wyżej, wszystkie efekty w tle pchają mi do głowy obrazy jesiennej, zatłoczonej Warszawy (będzie trzeba się przejść przez Śródmieście z całą tą płytą wkrótce, naprawdę), przepadłem z miejsca. Drugi utwór jeszcze lepszy, energiczny, taneczny, powalający, to brzmi trochę tak, jak... Simple Minds przełomu lat 80. i 90. i był czas, kiedy ja... szukałem więcej podobnej muzyki i NIE PRZESZŁO MI PRZEZ MYŚL sięgnąć po U2, no bo przecież jak to... Dżizus, jaki ja ograniczony byłem. Nadmienię, że o ile UtEotW pachnie jesienią, to Who's Gonna Ride Your Wild Horses jest muzycznym uosobieniem października dla mnie (ale wciąż słonecznego, tylko zimnego i pełnego porannych mgieł). To zdecydowanie JEST jeden z moich ulubieńców na płycie (jeszcze wyszło jako singiel rok później, i to w listopadzie; zresztą, AB w ogóle ukazało się w listopadzie, lepszego timingu na taki album chyba nie mogło być). So Cruel zwalnia troszeczkę i znów wraca w rejony bezpiecznego, radiowego, ale też nieco alternatywnego pop-rocka (ciekawe, mogę być jedyną osobą na tym forum, która nie słyszała wersji Depeche Mode, jakoś... nie czuję potrzeby). Przyjemnie buja, Bono nadal mnie nie denerwuje wokalnie (plot twist, nie będzie już przez cały album, choć te jęki mógłby sobie darować), gitar zdecydowanie mniej (prawie w ogóle), ale pianino i smyki robią robotę. The Fly brzmi z kolei jak coś, czym Simple Minds mogli się inspirować robiąc niektóre ze swoich interpretacji na autorski cover album pt. Neon Lights (tak, jest tam cover Kraftwerk w ich wykonaniu, i jest on wyjątkowo dobry). Bono znów brzmi jak Kerr kurde; w ogóle, wybaczcie, że ja tak ciągle nawiązuję, ale to też moje osobiste rozliczenie z hejtem na U2 spowodowanym ślepą pseudomiłością względem Simple Minds właśnie, teraz widzę, że po prostu obydwa zespoły są super i mają mnóstwo dobrej muzyki do zaoferowania (choć mieli też wtopy, i jedni i drudzy). Znów kupują mnie przede wszystkim gitary, choć bas też ładnie chodzi. Mysterious Ways to trochę zejście z wysokiego poziomu, ale głównie dlatego, że brzmi dla mnie jak amalgamat kilku poprzednich numerów na krążku, coś pomiędzy One a The Fly właśnie, ale muszę przyznać, że refren jest chwytliwy jak diabli i po chwili pierwszego mehania sam podśpiewywałem "IT'S ALRIGHT, IT'S ALRIGHT, AAALRIIIGHT", także widzicie sami, PT Forumowicze, wpadłem. Następny numer z jednej strony cziluje i wprowadza mnie w podobny stan, z drugiej znów kilkoma rozwiązaniami (gitary, damnit) nieco kopiuje to, co na AB już było (ale nie psuje to niczego, ot, łatwiej o spójny odbiór). Podoba mi się myk z wprowadzaniem do tekstu łatwej do zapamiętania i wpadającej w ucho frazy (tutaj "gonna run to you", etc.), potrafi to wyciągnąć niemal każdą piosenkę, nawet, jeśli ta z pozoru nie wydaje się nie wiadomo jak interesująca, a Bono to potrafi (zresztą, sam stosuję w swoich tekstach podobne zabiegi). Ultra Violet już totalnie brzmi jak pożeranie przez band i Lanois i Eno itp. własnego ogona na tym albumie, ale jednocześnie ten album jest TAK dobry, że to się niemal z automatu wybacza, to trochę tak, jakby U2 wiedzieli, że ludzie lubią ich za to i za to, i po prostu zaoferowali "milion godzin tego samego", ale po pierwsze - zrobiło to U2, a po drugie - pomogli im w tym Eno i Lanois, no kurde, był czas, że czego Eno nie dotknął, to zamieniało się w złoto (a w latach 80. to on głównie produkował). Muszę jednak przyznać, że jeszcze jeden utwór w tym klimacie i pewnie nawet ja przy srogim deepthroatowaniu tego albumu bym się porzygał. Na szczęście nadchodzi (Adobe) Acrobat i wprowadza mi dokładnie to, czego potrzebowałem teraz, a więc pewną dawkę melancholii (Achtung Baby jest brzmieniowo... trochę za pozytywne xD). Kiedy myślę, że nie może być lepiej, to całość dostaje zamknięcie w postaci spokojnego, na poły akustycznego wręcz i bardzo intymnego Love Is Blindness. Powiem tak - można było to spieprzyć oferując kolejną inkarnację Even Better, a udało się zrobić tak, jak trzeba. Smaku dodaje też to, że utwór ów brzmi momentami jakby niedokończony, jak trochę może nie tyle demo, co studyjne nagranie na (prawie) setkę, co mu wyłącznie pomaga. Aczkolwiek nie wiem, czy zakończyłbym go fade outem, ew. przedłużyłbym go trochę. Taki album jak ten trzeba wygaszać niespiesznie. No, ale wiadomo, aby słuchacz nie dostał wzwodu kropla dziegciu w łyżce miodu. Tyle, że mnie to nie przeszkadza.
Ufff, dotarłem do końca. Może powinienem strzelić jakieś podsumowanie? Przede wszystkim, z tej historii płynie morał - nie warto być uprzedzonym. Ja byłem i straciłem naprawdę dużo fajnych doświadczeń, a przede wszystkim dużo fajnej muzyki. Oczywiście, wciąż myślę, że bardziej bym się zakumplował z Kerrem niż z Bono, będącym okrutnie pretensjonalnym burakiem przekonanym o swojej politycznej sprawczości (co jest bzdurą), ale nie to się chyba liczy, aye? Achtung Baby to naprawdę kawał dobrej muzyki, ba! ŚWIETNEJ muzyki, która swoim brzmieniem wyprzedzała sam początek lat 90. o kilka długości (i lata 90. tak w ogóle, dla mnie przynajmniej, ale wiem też, że nie tylko dla mnie). W ogóle śmieszna sprawa, poza One nie pamiętam, bym kiedykolwiek słyszał jakikolwiek inny singiel z tej płyty, a przecież U2 było i pozostaje bardzo popularne w Polsce, więc jakieś radio musiało to grać. Swoją drogą, próbuję to sobie wyobrazić, gdy teraz Achtung Baby brzmi dla mnie jak coś, co mogło się ukazać w takim 2011 czy NAWET 2021 roku, a tu gość a la Wuja w smutnym listopadzie 1991 (jeszcze jeżdżą tramwaje z Łodzi do Rzgowa i Aleksandrowa Łódzkiego lol) maszeruje krzywym chodnikiem jakiejś szarej i dołującej ulicy dowolnego polskiego miasta do jeszcze przecież istniejącego Pewexu i kupuje lśniący jewel case z tym właśnie albumem, obok pomykają duże fiaty i wołgi, na parkingach syrenki i zaporożce, wciąż istnieje Związek Radziecki (choć już tylko przez chwilę)... odjazdowe to jest, jak się o tym pomyśli (albo w ogóle, ale mnie jara). Bardzo się cieszę, że zapoznałem się z tym krążkiem a jeszcze bardziej się cieszę, że zrobiłem to teraz. Achtung Baby już się flakuje na mój komputer, będzie to centralny punkt tej jesieni. Wuja rozbił bank kilkakrotnie, U2 odczarowane, klątwa zdjęta, Musiał zadowolony (a to dopiero początek!). Teraz poproszę o polecajki, co następne
BYLE NIE HOW TO DISMANTLE.
U2 - Achtung Baby
No no no, nie spodziewałem się. Tzn. spodziewałem się, że będę słuchał tego albumu, albowiem zapodał go shodan do tej kolejki, więc trudno, by było inaczej. Ale nie spodziewałem się efektu, jaki będzie ten album na mnie miał, srsly. Jak już pewnie wiecie, albo nie wiecie (albo macie to w dupie), swego czasu głównie na Wyspach był podział na fanów U2 albo Simple Minds. Ten podział bywał kopiowany do innych krajów (przede wszystkim do Włoch, gdzie Simple Minds pozostają po dziś dzień ekstremalnie popularni, sam Kerr jest zresztą fanem Włoch, mieszka na stałe na Sycylii od prawie 3 dekad i prowadzi tam hotel, w którym lubi zabawiać gości) i ja oczywiście w którymś tam momencie (pewnie 2005 rok, a jakże) zostałem z nim skonfrontowany w Polsce (choć w niewielkiej banieczce). Jako że wpadałem wtedy w zachwyty nad Simple Minds a U2 po prostu znałem (choć, oczywiście, bardzo lubiłem ten czy inny utwór), no to szybko opowiedziałem się po jednej ze stron i w swoim edgy nastoletnim anturażu jak najbardziej zacząłem Bono i (hehe) Edge'a hejtować. A CO MI TAM. Jednocześnie low key zasłuchiwałem się w Pride, New Year's Day czy nawet obrzydliwie zajechanym radiowo (i na każdy inny sposób też) With Or Without You. Nadmienić jednak muszę, że są utwory U2, których nie znosiłem ongiś i nie znoszę po dziś dzień, np. The Sweetest Thing. No ale mniejsza. Tak sobie więc wesoło hejtowałem U2, zwłaszcza po tym, jak przeczytałem, że brytyjscy krytycy muzyczni rozjechali Street Fighting Years od Simple Minds za to, że brzmi (zwłaszcza w warstwie lirycznej) ekstremalnie podobnie do The Joshua Tree. OCZYWIŚCIE nie wiedziałem wówczas, że to, o co oskarżano Kerra i Burchilla i resztę, to była... prawda, albowiem o ile Simple Minds jeszcze do jakiegoś 1984 roku szli muzycznie swoją drogą mocno eksplorując nową falę, to gdy tamtego właśnie roku Kerr poznał Bono, to zamarzył być jak on i zrobił wszystko, co tylko mógł, żeby przekształcić Simple Minds w band grający rocka stadionowego (i, no cóż, udało mu się to), który będzie tak bardzo podobny do U2, jak to tylko możliwe (zabawnym znajduję fakt, że jednocześnie Kerr miał te wszystkie zarzuty w głębokim poważaniu, albowiem przyjaźnią się z Bono do dziś i niejednokrotnie występowali razem). Moje spojrzenie na U2 zaczęło się zmieniać dopiero pod wpływem mojej pierwszej partnerki, a więc jakieś circa 14-15 lat temu. Była ona wielką fanką U2, marzył się jej koncert, miała prawie kompletną dyskografię, jakieś koncertowe DVD, męczyła mnie tym przepotwornie. Jednocześnie jakoś się tam zaczynałem do nich przekonywać, lub inaczej - traciłem uprzedzenia, które były wyciągnięte za przeproszeniem z dupy (choć faktem jest, że Bono to potworny pozer i strasznie przeszkadza mi jego osobowość). Pożyczyła mi w pewnym momencie How to Dismantle an Atomic Bomb, żebym zapoznał się z bardziej "współczesnym" graniem bandu, który znałem przede wszystkim z hiciorów lat 80. i potem częściowo 90. (to w ogóle ciekawe, albowiem pamiętam okładkę tej płyty i jestem niemal w 100% pewien, że on był gdzieś u mnie w domu na jakimś etapie, czy ktoś mógł go kupić? Dostać? Może mój stary?). Pamiętam, że posłuchałem, ale musiało jednym uchem wlecieć a drugim wylecieć, albowiem nie pamiętam już z niego nic, poza Vertigo (to nie był w sumie taki zły numer; czy HtDaAB przypadkiem nie zostało rozjechane przez krytykę w mediach?). Potem premierę miało No Lights on the Horizon i ja zdaje się postanowiłem ten krążek swojej ówczesnej dziołsze sprezentować. Na pewno pamiętam katowane na Esce Rock Get on Your Boots. Nic odkrywczego, takie trochę byle co. Niestety, nie pamiętam nic więcej (a ze stuprocentowym przekonaniem mogę powiedzieć, że słuchaliśmy tego albumu razem), za to rzuciło mi się w oczy, że za produkcję odpowiadali Eno i Lanois, a do tego jeszcze Steve Lillywhite (to on wymyślił rockowe brzmienie Simple Minds na Sparkle in the Rain, gdzie oryginalne dema brzmiały jak przedłużenie New Gold Dream; plus gość wraz z Eno współprodukował pierwsze dwa krążki Ultravoxu, jeszcze tego z Foxxem), myślę sobie, kurde, to MUSI być dobre (znałem już Eno od paru lat przecież, wiedziałem też, kto to Lanois), ale chyba jednak nie było, jeśli w ogóle nie pozostawiło po sobie żadnego śladu w mojej pamięci. Kojarzyłem jednakowoż, że to nie pierwsza współpraca Eno/Lanois z U2, że był jeszcze jeden album, a nawet dwa, a nawet trzy, no ale nie sięgnąłem po nie, jakoś nie miałem ochoty. Czy mogłem popełnić błąd?
Z perspektywy czasu... taaa, chcielibyście, co nie ku*wa? Nie napiszę, że szkoda, albowiem prawdopodobnie wówczas bym się na niego I TAK zdefekował, z bliżej nieokreślonych powodów nawet, bo jakoś po prostu, wciąż nie byłem fanboyem U2 i wciąż byłem edgy (to jest interesujące, moja eks miała przecież to wydawnictwo w swojej bibliotece, a nie przeszło mi przez myśl, żeby je pożyczyć), chyba by nie przeszło. Albo by przeszło, ale ja bym się do tego nie przyznawał. A tak... Powiem wprost - Wuja dopierniczył do pieca, i to tak porządnie. Achtung Baby jest ŚWIETNE. Naprawdę, podszedł mi ten krążek pod każdym chyba względem (no, z małymi, ale naprawdę małymi wyjątkami). Zacznę od tego (rozmawiałem nawet o tym z kol. Hienem), że ów album... w ogóle nie brzmi tak, jakby został wydany w najntisach, a jednocześnie brzmi bardzo "latodziewięćdziesiąto". Nie wiem, czy to różne pionierskie pomysły zastosowane przez Eno (albo bardziej przez Lanois, Eno w sumie Achtung Baby głównie "pucował"), który postanowił sobie poeksperymentować z tym i owym, czy to nieco inne podejście Bono/Edge'a do piosenkopisarstwa, prawdopodobnie wszystko po trochu. Jeszcze jak się dołoży do tego - ikoniczną bądź co bądź - okładkę, która wygląda jak coś, co mogło z powodzeniem powstać np. tydzień temu, to człowiek autentycznie mierzy się z powagą określenia "ponadczasowe nagranie". Bo Achtung Baby mogło się ukazać zarówno w 1991 roku, jak i w 2001 albo w 2011. Z mojej perspektywy - poważnie. No dobra, ale może tak przejdę do "mięsa"? A więc... Achtung Baby to - od czasu How to Dismantle and Atomic Bomb i ZAPEWNE No Line on the Horizon - moje pierwsze zetknięcie z całym krążkiem od U2. Bałem się początkowo, albowiem wciąż mam w sobie jakieś tam szczątki uprzedzeń (no, umówmy się, po prostu denerwuje mnie Bono, to się tak po prostu nie zmieni), zresztą, po pierwszym odsłuchu nie czułem się jeszcze pewnie (ale czułem też, że coś tam kiełkuje). Łącznie przesłuchałem ten album 5 razy (i, rzecz jasna, teraz, pisząc te słowa, słucham go po raz szósty xD) i z każdym kolejnym zamieniał się w growera (tzn. był nim od samego początku, ale musiałem to wyczuć). Jak się jeszcze do tego dołoży odpowiedni setting... No bo to jest jesienne wydawnictwo, tak fhui. Zimny wrześniowy poranek, ale taki ze słońcem jeszcze (choć JESZCZE lepiej wchodziłoby to pod koniec września, kiedy jesień czuć pełną gębą), aż bym poszedł na spacer do Parku Julianowskiego w Łodzi, gdzie we wrześniu 2005 zasłuchiwałem się w Pride. To jest trochę tak, jak Hien miał rok temu z Nocturne od Wild Nothing (nota bene, w październiku nowy album), po prostu trzeba umieścić Achtung Baby na swoim miejscu w odpowiednim... cóż, miejscu, i wtedy wszystko gra i trąbi. I tak mam tutaj od pierwszych dźwięków Zoo Station, które brzmi dokładnie tak, jakby zrobił to Brian Eno (a tak w istocie było, for more obvious facts please call...). Co więcej, ta perka brzmi niemal identycznie do bębnów numerze Fractal Zoom, który otwierał jego płytę Nerve Net z roku 1992 (a więc raptem rok po Achtung Baby), ktoś się więc tutaj srogo podniecał uzyskanymi efektami. Zoo Station jest... dziwne trochę, nieco inne i na pewno zwracało uwagę u progu ostatniej dekady XX wieku. Coś bardziej "contemporary" wskakuje dopiero na miejsce drugie, ale i tak brzmi dla mnie jak muzyczne przedłużenie tego pierwszego. Even Better Than the Real Thing chwyciło mnie z miejsca już od pierwszego odsłuchu, ot, laurka miłosno-fascynacyjna, ale w jakim stylu, taka z jednej strojy uberpoprawna piosenka pop, a z drugiej ma w sobie energię, którą tylko ci goście byli prawdopodobnie w stanie jej nadać. Zabawne, że w refrenie Bono brzmi trochę jak Kerr w niemal dowolnym numerze z Real Life (album Simple Minds z tego samego roku), za to to, co Edge wyprawia z gitarą od 2:05 to jest złoto. One niestety trochę mi wszystko psuje, ale też... nie do końca. Nie przepadałem nigdy za tym utworem, ale też słyszałem go raptem kilka razy w życiu w wykonaniu U2, i teraz najlepsze - on przeszkadzał mi NIE przez wykonanie U2, a przez dość rozmemłany cover w wykonaniu Lighthouse Family (kolesie od High między innymi). Dopiero po paru odsłuchach w ramach AB zacząłem się w jakiś sposób przekonywać, ale przede wszystkim do tekstu lol, bo muzyka tutaj wymiata. A i Bono lepiej ten tekst śpiewa (choć momentami potwornie tanio jęczy) niż Tunde Baiyewu, co nadaje kawałkowi charakteru. No, powiedzmy, że One nie będzie moim ulubieńcem z płyty, ale nawet ta piosenka mi jej odbioru nie zepsuła (co poczytuję jako sukces). Potem nadchodzą dwa NAPRAWDĘ świetne piosenki, Until the End of the World i Who's Gonna Ride Your Wild Horses. Praca gitar w tym pierwszym jest fenomenalna, podoba mi się solo, podoba mi się perka, niżej śpiewający Bono brzmi nawet lepiej, niż Bono śpiewający wyżej, wszystkie efekty w tle pchają mi do głowy obrazy jesiennej, zatłoczonej Warszawy (będzie trzeba się przejść przez Śródmieście z całą tą płytą wkrótce, naprawdę), przepadłem z miejsca. Drugi utwór jeszcze lepszy, energiczny, taneczny, powalający, to brzmi trochę tak, jak... Simple Minds przełomu lat 80. i 90. i był czas, kiedy ja... szukałem więcej podobnej muzyki i NIE PRZESZŁO MI PRZEZ MYŚL sięgnąć po U2, no bo przecież jak to... Dżizus, jaki ja ograniczony byłem. Nadmienię, że o ile UtEotW pachnie jesienią, to Who's Gonna Ride Your Wild Horses jest muzycznym uosobieniem października dla mnie (ale wciąż słonecznego, tylko zimnego i pełnego porannych mgieł). To zdecydowanie JEST jeden z moich ulubieńców na płycie (jeszcze wyszło jako singiel rok później, i to w listopadzie; zresztą, AB w ogóle ukazało się w listopadzie, lepszego timingu na taki album chyba nie mogło być). So Cruel zwalnia troszeczkę i znów wraca w rejony bezpiecznego, radiowego, ale też nieco alternatywnego pop-rocka (ciekawe, mogę być jedyną osobą na tym forum, która nie słyszała wersji Depeche Mode, jakoś... nie czuję potrzeby). Przyjemnie buja, Bono nadal mnie nie denerwuje wokalnie (plot twist, nie będzie już przez cały album, choć te jęki mógłby sobie darować), gitar zdecydowanie mniej (prawie w ogóle), ale pianino i smyki robią robotę. The Fly brzmi z kolei jak coś, czym Simple Minds mogli się inspirować robiąc niektóre ze swoich interpretacji na autorski cover album pt. Neon Lights (tak, jest tam cover Kraftwerk w ich wykonaniu, i jest on wyjątkowo dobry). Bono znów brzmi jak Kerr kurde; w ogóle, wybaczcie, że ja tak ciągle nawiązuję, ale to też moje osobiste rozliczenie z hejtem na U2 spowodowanym ślepą pseudomiłością względem Simple Minds właśnie, teraz widzę, że po prostu obydwa zespoły są super i mają mnóstwo dobrej muzyki do zaoferowania (choć mieli też wtopy, i jedni i drudzy). Znów kupują mnie przede wszystkim gitary, choć bas też ładnie chodzi. Mysterious Ways to trochę zejście z wysokiego poziomu, ale głównie dlatego, że brzmi dla mnie jak amalgamat kilku poprzednich numerów na krążku, coś pomiędzy One a The Fly właśnie, ale muszę przyznać, że refren jest chwytliwy jak diabli i po chwili pierwszego mehania sam podśpiewywałem "IT'S ALRIGHT, IT'S ALRIGHT, AAALRIIIGHT", także widzicie sami, PT Forumowicze, wpadłem. Następny numer z jednej strony cziluje i wprowadza mnie w podobny stan, z drugiej znów kilkoma rozwiązaniami (gitary, damnit) nieco kopiuje to, co na AB już było (ale nie psuje to niczego, ot, łatwiej o spójny odbiór). Podoba mi się myk z wprowadzaniem do tekstu łatwej do zapamiętania i wpadającej w ucho frazy (tutaj "gonna run to you", etc.), potrafi to wyciągnąć niemal każdą piosenkę, nawet, jeśli ta z pozoru nie wydaje się nie wiadomo jak interesująca, a Bono to potrafi (zresztą, sam stosuję w swoich tekstach podobne zabiegi). Ultra Violet już totalnie brzmi jak pożeranie przez band i Lanois i Eno itp. własnego ogona na tym albumie, ale jednocześnie ten album jest TAK dobry, że to się niemal z automatu wybacza, to trochę tak, jakby U2 wiedzieli, że ludzie lubią ich za to i za to, i po prostu zaoferowali "milion godzin tego samego", ale po pierwsze - zrobiło to U2, a po drugie - pomogli im w tym Eno i Lanois, no kurde, był czas, że czego Eno nie dotknął, to zamieniało się w złoto (a w latach 80. to on głównie produkował). Muszę jednak przyznać, że jeszcze jeden utwór w tym klimacie i pewnie nawet ja przy srogim deepthroatowaniu tego albumu bym się porzygał. Na szczęście nadchodzi (Adobe) Acrobat i wprowadza mi dokładnie to, czego potrzebowałem teraz, a więc pewną dawkę melancholii (Achtung Baby jest brzmieniowo... trochę za pozytywne xD). Kiedy myślę, że nie może być lepiej, to całość dostaje zamknięcie w postaci spokojnego, na poły akustycznego wręcz i bardzo intymnego Love Is Blindness. Powiem tak - można było to spieprzyć oferując kolejną inkarnację Even Better, a udało się zrobić tak, jak trzeba. Smaku dodaje też to, że utwór ów brzmi momentami jakby niedokończony, jak trochę może nie tyle demo, co studyjne nagranie na (prawie) setkę, co mu wyłącznie pomaga. Aczkolwiek nie wiem, czy zakończyłbym go fade outem, ew. przedłużyłbym go trochę. Taki album jak ten trzeba wygaszać niespiesznie. No, ale wiadomo, aby słuchacz nie dostał wzwodu kropla dziegciu w łyżce miodu. Tyle, że mnie to nie przeszkadza.
Ufff, dotarłem do końca. Może powinienem strzelić jakieś podsumowanie? Przede wszystkim, z tej historii płynie morał - nie warto być uprzedzonym. Ja byłem i straciłem naprawdę dużo fajnych doświadczeń, a przede wszystkim dużo fajnej muzyki. Oczywiście, wciąż myślę, że bardziej bym się zakumplował z Kerrem niż z Bono, będącym okrutnie pretensjonalnym burakiem przekonanym o swojej politycznej sprawczości (co jest bzdurą), ale nie to się chyba liczy, aye? Achtung Baby to naprawdę kawał dobrej muzyki, ba! ŚWIETNEJ muzyki, która swoim brzmieniem wyprzedzała sam początek lat 90. o kilka długości (i lata 90. tak w ogóle, dla mnie przynajmniej, ale wiem też, że nie tylko dla mnie). W ogóle śmieszna sprawa, poza One nie pamiętam, bym kiedykolwiek słyszał jakikolwiek inny singiel z tej płyty, a przecież U2 było i pozostaje bardzo popularne w Polsce, więc jakieś radio musiało to grać. Swoją drogą, próbuję to sobie wyobrazić, gdy teraz Achtung Baby brzmi dla mnie jak coś, co mogło się ukazać w takim 2011 czy NAWET 2021 roku, a tu gość a la Wuja w smutnym listopadzie 1991 (jeszcze jeżdżą tramwaje z Łodzi do Rzgowa i Aleksandrowa Łódzkiego lol) maszeruje krzywym chodnikiem jakiejś szarej i dołującej ulicy dowolnego polskiego miasta do jeszcze przecież istniejącego Pewexu i kupuje lśniący jewel case z tym właśnie albumem, obok pomykają duże fiaty i wołgi, na parkingach syrenki i zaporożce, wciąż istnieje Związek Radziecki (choć już tylko przez chwilę)... odjazdowe to jest, jak się o tym pomyśli (albo w ogóle, ale mnie jara). Bardzo się cieszę, że zapoznałem się z tym krążkiem a jeszcze bardziej się cieszę, że zrobiłem to teraz. Achtung Baby już się flakuje na mój komputer, będzie to centralny punkt tej jesieni. Wuja rozbił bank kilkakrotnie, U2 odczarowane, klątwa zdjęta, Musiał zadowolony (a to dopiero początek!). Teraz poproszę o polecajki, co następne
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Wyjmij z dupy moje polecajki, bo pewnie nadal tam są.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Na tym etapie musisz mi o nich przypomnieć, a ja muszę je spisać 
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Na tym etapie to tylko kolonoskopia jest w stanie je dosięgnąć hehe
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
mintaj
- Posty: 6842
- Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
- Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
- Lokalizacja: się biorą dzieci?
U2 - Achtung Baby
Podchodziłem do tej płyty z tą swoją słynną PEWNĄ NIEŚMIAŁOŚCIĄ, bo U2 to nie jest zespół, który byłby w moim panteonie wykonawców - delikatnie rzecz ująwszy. No dobra, szczerze mówiąc, to ja za nimi nie za bardzo przepadam - Bono uważam za pretensjonalnego bubka i klasycznego białasowskiego pseudofilantropa, który wyciera sobie gębę robieniem sobie zdjęć z papieżem oraz głodnymi dziećmi w Afryce, a sam zespół za nudne i pretensjonalne pitolenie, z wyłączeniem paru niezłych rzeczy z początków kariery. Podchodziłem do ich muzyki wielokrotnie - praktycznie zawsze bezskutecznie. Jeszcze będąc w liceum kupiłem DVD z koncertówką z tej trasy koncertowej z 2009 roku, w sumie nie weim po co, ale nigdy tego koncertu w całości nie obejrzałem - raz spróbowałem i po prostu zasnąłem xD. Tak samo odbijałem się od większości długograjów - najmocniej od Joshua Tree, które zawsze miałem za przereklamowane nudziarstwo, aczkolwiek nawet te lepiej wspominane przeze mnie płyty (czyli War i Pop) nie były dla mnie aż tak dobre, bym chciał do nich przez te wszystkie lata wracać.
Dlatego więc byłem ciekaw tej płyty i mojego odbioru tejże po latach, bo tak się niefortunnie składa, że jestem od dobrych paru lat na etapie, gdzie zamiast poznawać nowe rzeczy, wolę dawać kolejne szanse rzeczom, które mi gdzieś tam umykały, które znałem słabo, których nie doceniałem, albo wręcz nie przepadałem - jak tutaj. A że i w tej zabawie staram się podchodzić do waszych propozycji bez uprzedzeń i z otwartą głową (może to widać, może nie) zatem pojawiła się tu podwójna okazja do odkupienia win przez Krawędzia, Bona i spółkę.
Pierwsze wrażenie - ok, 55 minut to może być trochę za długo, ale nie takie porcje muzyki udawało się ogarniać w tej zabawie, drugie - podoba mi się ta okładka. Tak po prostu o, spoko motyw, fajny kolaż, będzie fajnie wyglądać w tygodniowej na laście (hehe), jest w tym coś intrygującego, jakaś taka ikoniczność wręcz i sugestia, że będziemy tu mieli do czynienia z czymś ciekawym, nieszablonowym i zróżnicowanym. Odpalam odtwaracz i leci u mnie ZOO STATION - słyszę jakieś brudne gitary, jakiś tam jazgot i z tego wszystkiego wyłania się może i intrygująco brzmiący, ale jednak typowy poprockowy kawałek. To nie jest tak, że liczyłem na freejazzową atonalną kanonadę dźwięków, dostałem com chciał i jest to rzecz całkowicie okej pod kątem wprowadzenia do albumu i po jej przesłuchaniu z grubsza jestem świadom z czym będę przez tę godzinę miał do czynienia. Solidny rocker z fajnym refrenem i fajną końcówką, w sumie to samo mogę napisać o EVEN BETTER THAN THE REAL THING. No, może tutaj będę akurat ciut mniej pozytywnie nastawiony, bo tak się składa, że tutaj poczucie obcowania z czymś do bólu zwykłym było znacznie silniejsze, ale to nie jest zła rzecz - pasuje na płytę, nie przeszkadza, ale też nie wywołuję żadnych emocji. No, może trochę intro mnie wkurza, generalnie dziwne intra to jest znak rozpoznawczy tej płyt.
ONE to jeden z tych kawałków - byłoby może i śmiesznie jakbym na tym skończył, aczkolwiek napiszę, że powrót do tego kawałka był dla mnie dziwny, bo czułem się tak jakbym przypomniał sobie coś bardzo odległego i intensywnego, ale jednocześnie mocno zapomnianego i tkwiącego gdzieś w meandrach mojej pamięci. Wiem niby, że to był hicior nad hiciory i w ogóle, ale przez długie lata nie miałem z tym kawałkiem żadnej styczności i nie był obecny w moim życiu w żaden sposób, a jednocześnie bardzo dobrze go pamiętam. Kwestia też jest taka, że ja tego kawałka też długo nie lubiłem i chyba po prostu nie zdołał mi się ograć w swoim zakutym łbie. Ten kosmiczny dystans najwyraźniej mi pomógł, bo chyba w końcu po tych wszystkich latach mogę napisać, że to spoko piosenka, nawet jeśli nie przeforsowałbym jej na pierwsze miejsce w Topie Trójki. Jeszcze bardziej mi się podoba następny kawałek UNTIL THE END OF THE WORLD - może i nie wiem co sądzić o tym abstrakcyjnym intro, na tekst to raczej przymykam oko niż nim przewracam, ale kurczę podoba mi się aura tego kawałka, którą roboczę nazwę zmysłowo-kameralną, będąc świadomym, że może i brzmi to kretyńsko, ale oddaje moje odczucia, jest tu gorycz rozstania, są emocje i jest wszystko, czego mi trza. Podoba mi się to jak śpiewa tu Bono i dużo tu fajnych momentów na gitarkach, zwłaszcza jak wlatuje solo. Fajoska rzecz.
Jak to w życiu bywa, po tym jak to bywa fajnie bywa niefajnie - WHO'S GONNA RIDE YTOUR WILD HORSES mnie, delikatnie rzecz ujmując, nie chwyciło. KOLEJNE KRETYŃSKIE INTRO, ja już prostytutka nie wiem co z tą płytą pod tym aspektem jest nie tak, ale wszystko jest tu takie jakieś nijakie, płaskie, irytujące i w ogóle - a to wokal Bono, a to płaskie brzmienie, a to sialala, no jak ja tego słucham, to nie chcę może niczego rozwalać, ale chcę tego nie słuchać. To jest w zasadzie dźwiękowe wcielenie wszystkich rzeczy dla których nie lubię U2 i nie chcę ich słuchać. PS wkurwiają mnie te kastaniety.
SO CRUEL - taki byłem dla poprzedniego kawałka. Dla tego aż taki nie będę, ale przyznaję, że tutaj też się odbiłem. Nawet jeśli mocno mi się to kojarzy ze starą telewizją, tj. serio ten motyw co się pojawia w piątej sekundzie i potem przewija mocno mi się kojarzy ze starą muzyką z programu dnia na TVP. xd Odbijam się, bo Bono znowu wyje, pieje i zawodzi, za dużo pompy, patosu i w ogóle męczy mnie to niemożebnie, totalnie z tym nie rezonuję, a całość jest za długa. Standardowo, jak to w życiu, gdy zaczynam szkalować cokolwiek za wokal Bono (myślę, że wokal Bono jest odpowiedzialny za wiele klęsk i tragedii na świecie, więc mu się należy), wjeżdza kawałek U2, który za wokal chcę pochwalić. Jest nim THE FLY, gdzie podoba mi się ten wręcz melodeklamujący PAUL HEWSON, zresztą kij z tym co robi, byleby nie piał. Te gitarki faktycznie są bardzo "brudne" momentami, kojarzą mi się z rzeczami, których zazwyczaj nijak bym z U2 nie łączył, są wręcz punkowe i bardzo mnie to intryguje. Całość jest po prostu przyjemna.
Tak se słucham tego MYSTERIOUS WAYS i jak se tak patrzę na notatki z odsłuchów, to widzę, że raczej na gorąco byłem na tak, twierdząc że to fajny STADIONOWIEC, ale jak tak teraz sobie słucham, to w sumie to nie wchodzi, zatem najbezpieczniej będzie, jeśli uznam, że to po prostu jeden z tych kawałków na który trzeba mieć nastrój czy tam humor. To za dobra rzecz, by napisać, że jest słaba i za słaba, by napisać, że jest dobra, gdy zaczyna mi się wkręcać, to coś w niej mnie drażni i na odwrót. Kij z tym, bo wjeżdza z buta TRYIN TO THROW YOUR ARMS AROUND THE WORLD, ale prawdę powiedziawszy - nie czuję tego kawałka. Ot, taka tam pościelówa, nie czuję tego klimatu, nie czuję tych emocji, nie czuję tu w zasadzie nic - może nie mam wrażliwości, może kumpel mnie nie wystawił, może coś tam, nie będę wykrzesywać z siebie nic na siłę, bo to nie w tym rzecz chyba.
Koniec tego grzania, czas płyty tejże zakończywania. ULTRAVIOLET z jednej strony fajnie się zaczyna, z drugiej jest za długie, z trzeciej bywa trochę groteskowe, zwłaszcza jak słyszę to zawodzenie UUUU BEJBE BEJBE, z czwartekcoś tam coś tam, ale z piątej ma fajne gitarki i wychodzi z tego klasyczne NIE WIEM, czyli kawałek który czeka na swoje odkupienie, ale co do którego nie mogę niczego obiecywać. Murarz tynkarz ACROBAT to chyba jakiś deep cut, nie wiem, nie znałem tego, a szkoda, bo to akurat bardzo fajny kawałek i po tej serii roastów aż mnie piecze, że całość tak nie brzmi. Wszystko tu gra i leży i bynajmniej nie buczy, są fajne gitary, jest urokliwy refren, Bono znowu ma charyzmę i w ogóle jestem zauroczony. DA SIĘ? NO DA SIĘ.
Pytę wieńczy LOVE IS BLINDLESS i to jest kolejny z powodów, dla których się cieszę, że do tego albumu wróciłem, bo to drugi dawno niesłyszany przeze mnie track, o którego zajebistości zdążyłem przez lata zapomnieć. Ten kawałek to jest MAGIA, tu wszystko gra, tu wszystko jest piękne, wywołuje we mnie ciary, wzruszenie i multum różnych emocji, korowód, coś tam, ekstaza, Bono znowu jest charyzmatyczny. Nawet może i zabawne jest to, że ja tu nigdy w tym wszystkim nie słyszałem smutku i goryczy, tylko wręcz przeciwnie - nadzieję, ale tak to jest jak się człowiek nie sugeruje tekstami, tylko własnymi urojeniami. Tak czy siak - finał jest arcymocarny.
Po tej blisko godzinnej podróży z U2 nie doszło do jakiegoś wielkiego redemption arc, w moim pokoju nie zawiśnie plakat U2, a ja sam nie zmienie nicku na Seba_JoshuaTree69, ale nie żałuję tego powrotu. Były rzeczy mocarne, były rzeczy na których ziewałem, ale jednak przypomniałem sobie o jednej świetnej rzeczy oraz o istnieniu One, jedną odkryłem, usłyszałem parę niezłych kawałków i parę nijakich. Zostawię sobie dwa ostatnie kawałki, do reszty może też wrócę kiedyś tam, ale szkalując w przyszłości ten zespół, będę miał w pamięci, że jednak nagrał parę spoko rzeczy. I AMEN (jakoś mi to pasuje do podniosłego nastroju tego albumu).
Podchodziłem do tej płyty z tą swoją słynną PEWNĄ NIEŚMIAŁOŚCIĄ, bo U2 to nie jest zespół, który byłby w moim panteonie wykonawców - delikatnie rzecz ująwszy. No dobra, szczerze mówiąc, to ja za nimi nie za bardzo przepadam - Bono uważam za pretensjonalnego bubka i klasycznego białasowskiego pseudofilantropa, który wyciera sobie gębę robieniem sobie zdjęć z papieżem oraz głodnymi dziećmi w Afryce, a sam zespół za nudne i pretensjonalne pitolenie, z wyłączeniem paru niezłych rzeczy z początków kariery. Podchodziłem do ich muzyki wielokrotnie - praktycznie zawsze bezskutecznie. Jeszcze będąc w liceum kupiłem DVD z koncertówką z tej trasy koncertowej z 2009 roku, w sumie nie weim po co, ale nigdy tego koncertu w całości nie obejrzałem - raz spróbowałem i po prostu zasnąłem xD. Tak samo odbijałem się od większości długograjów - najmocniej od Joshua Tree, które zawsze miałem za przereklamowane nudziarstwo, aczkolwiek nawet te lepiej wspominane przeze mnie płyty (czyli War i Pop) nie były dla mnie aż tak dobre, bym chciał do nich przez te wszystkie lata wracać.
Dlatego więc byłem ciekaw tej płyty i mojego odbioru tejże po latach, bo tak się niefortunnie składa, że jestem od dobrych paru lat na etapie, gdzie zamiast poznawać nowe rzeczy, wolę dawać kolejne szanse rzeczom, które mi gdzieś tam umykały, które znałem słabo, których nie doceniałem, albo wręcz nie przepadałem - jak tutaj. A że i w tej zabawie staram się podchodzić do waszych propozycji bez uprzedzeń i z otwartą głową (może to widać, może nie) zatem pojawiła się tu podwójna okazja do odkupienia win przez Krawędzia, Bona i spółkę.
Pierwsze wrażenie - ok, 55 minut to może być trochę za długo, ale nie takie porcje muzyki udawało się ogarniać w tej zabawie, drugie - podoba mi się ta okładka. Tak po prostu o, spoko motyw, fajny kolaż, będzie fajnie wyglądać w tygodniowej na laście (hehe), jest w tym coś intrygującego, jakaś taka ikoniczność wręcz i sugestia, że będziemy tu mieli do czynienia z czymś ciekawym, nieszablonowym i zróżnicowanym. Odpalam odtwaracz i leci u mnie ZOO STATION - słyszę jakieś brudne gitary, jakiś tam jazgot i z tego wszystkiego wyłania się może i intrygująco brzmiący, ale jednak typowy poprockowy kawałek. To nie jest tak, że liczyłem na freejazzową atonalną kanonadę dźwięków, dostałem com chciał i jest to rzecz całkowicie okej pod kątem wprowadzenia do albumu i po jej przesłuchaniu z grubsza jestem świadom z czym będę przez tę godzinę miał do czynienia. Solidny rocker z fajnym refrenem i fajną końcówką, w sumie to samo mogę napisać o EVEN BETTER THAN THE REAL THING. No, może tutaj będę akurat ciut mniej pozytywnie nastawiony, bo tak się składa, że tutaj poczucie obcowania z czymś do bólu zwykłym było znacznie silniejsze, ale to nie jest zła rzecz - pasuje na płytę, nie przeszkadza, ale też nie wywołuję żadnych emocji. No, może trochę intro mnie wkurza, generalnie dziwne intra to jest znak rozpoznawczy tej płyt.
ONE to jeden z tych kawałków - byłoby może i śmiesznie jakbym na tym skończył, aczkolwiek napiszę, że powrót do tego kawałka był dla mnie dziwny, bo czułem się tak jakbym przypomniał sobie coś bardzo odległego i intensywnego, ale jednocześnie mocno zapomnianego i tkwiącego gdzieś w meandrach mojej pamięci. Wiem niby, że to był hicior nad hiciory i w ogóle, ale przez długie lata nie miałem z tym kawałkiem żadnej styczności i nie był obecny w moim życiu w żaden sposób, a jednocześnie bardzo dobrze go pamiętam. Kwestia też jest taka, że ja tego kawałka też długo nie lubiłem i chyba po prostu nie zdołał mi się ograć w swoim zakutym łbie. Ten kosmiczny dystans najwyraźniej mi pomógł, bo chyba w końcu po tych wszystkich latach mogę napisać, że to spoko piosenka, nawet jeśli nie przeforsowałbym jej na pierwsze miejsce w Topie Trójki. Jeszcze bardziej mi się podoba następny kawałek UNTIL THE END OF THE WORLD - może i nie wiem co sądzić o tym abstrakcyjnym intro, na tekst to raczej przymykam oko niż nim przewracam, ale kurczę podoba mi się aura tego kawałka, którą roboczę nazwę zmysłowo-kameralną, będąc świadomym, że może i brzmi to kretyńsko, ale oddaje moje odczucia, jest tu gorycz rozstania, są emocje i jest wszystko, czego mi trza. Podoba mi się to jak śpiewa tu Bono i dużo tu fajnych momentów na gitarkach, zwłaszcza jak wlatuje solo. Fajoska rzecz.
Jak to w życiu bywa, po tym jak to bywa fajnie bywa niefajnie - WHO'S GONNA RIDE YTOUR WILD HORSES mnie, delikatnie rzecz ujmując, nie chwyciło. KOLEJNE KRETYŃSKIE INTRO, ja już prostytutka nie wiem co z tą płytą pod tym aspektem jest nie tak, ale wszystko jest tu takie jakieś nijakie, płaskie, irytujące i w ogóle - a to wokal Bono, a to płaskie brzmienie, a to sialala, no jak ja tego słucham, to nie chcę może niczego rozwalać, ale chcę tego nie słuchać. To jest w zasadzie dźwiękowe wcielenie wszystkich rzeczy dla których nie lubię U2 i nie chcę ich słuchać. PS wkurwiają mnie te kastaniety.
SO CRUEL - taki byłem dla poprzedniego kawałka. Dla tego aż taki nie będę, ale przyznaję, że tutaj też się odbiłem. Nawet jeśli mocno mi się to kojarzy ze starą telewizją, tj. serio ten motyw co się pojawia w piątej sekundzie i potem przewija mocno mi się kojarzy ze starą muzyką z programu dnia na TVP. xd Odbijam się, bo Bono znowu wyje, pieje i zawodzi, za dużo pompy, patosu i w ogóle męczy mnie to niemożebnie, totalnie z tym nie rezonuję, a całość jest za długa. Standardowo, jak to w życiu, gdy zaczynam szkalować cokolwiek za wokal Bono (myślę, że wokal Bono jest odpowiedzialny za wiele klęsk i tragedii na świecie, więc mu się należy), wjeżdza kawałek U2, który za wokal chcę pochwalić. Jest nim THE FLY, gdzie podoba mi się ten wręcz melodeklamujący PAUL HEWSON, zresztą kij z tym co robi, byleby nie piał. Te gitarki faktycznie są bardzo "brudne" momentami, kojarzą mi się z rzeczami, których zazwyczaj nijak bym z U2 nie łączył, są wręcz punkowe i bardzo mnie to intryguje. Całość jest po prostu przyjemna.
Tak se słucham tego MYSTERIOUS WAYS i jak se tak patrzę na notatki z odsłuchów, to widzę, że raczej na gorąco byłem na tak, twierdząc że to fajny STADIONOWIEC, ale jak tak teraz sobie słucham, to w sumie to nie wchodzi, zatem najbezpieczniej będzie, jeśli uznam, że to po prostu jeden z tych kawałków na który trzeba mieć nastrój czy tam humor. To za dobra rzecz, by napisać, że jest słaba i za słaba, by napisać, że jest dobra, gdy zaczyna mi się wkręcać, to coś w niej mnie drażni i na odwrót. Kij z tym, bo wjeżdza z buta TRYIN TO THROW YOUR ARMS AROUND THE WORLD, ale prawdę powiedziawszy - nie czuję tego kawałka. Ot, taka tam pościelówa, nie czuję tego klimatu, nie czuję tych emocji, nie czuję tu w zasadzie nic - może nie mam wrażliwości, może kumpel mnie nie wystawił, może coś tam, nie będę wykrzesywać z siebie nic na siłę, bo to nie w tym rzecz chyba.
Koniec tego grzania, czas płyty tejże zakończywania. ULTRAVIOLET z jednej strony fajnie się zaczyna, z drugiej jest za długie, z trzeciej bywa trochę groteskowe, zwłaszcza jak słyszę to zawodzenie UUUU BEJBE BEJBE, z czwartekcoś tam coś tam, ale z piątej ma fajne gitarki i wychodzi z tego klasyczne NIE WIEM, czyli kawałek który czeka na swoje odkupienie, ale co do którego nie mogę niczego obiecywać. Murarz tynkarz ACROBAT to chyba jakiś deep cut, nie wiem, nie znałem tego, a szkoda, bo to akurat bardzo fajny kawałek i po tej serii roastów aż mnie piecze, że całość tak nie brzmi. Wszystko tu gra i leży i bynajmniej nie buczy, są fajne gitary, jest urokliwy refren, Bono znowu ma charyzmę i w ogóle jestem zauroczony. DA SIĘ? NO DA SIĘ.
Pytę wieńczy LOVE IS BLINDLESS i to jest kolejny z powodów, dla których się cieszę, że do tego albumu wróciłem, bo to drugi dawno niesłyszany przeze mnie track, o którego zajebistości zdążyłem przez lata zapomnieć. Ten kawałek to jest MAGIA, tu wszystko gra, tu wszystko jest piękne, wywołuje we mnie ciary, wzruszenie i multum różnych emocji, korowód, coś tam, ekstaza, Bono znowu jest charyzmatyczny. Nawet może i zabawne jest to, że ja tu nigdy w tym wszystkim nie słyszałem smutku i goryczy, tylko wręcz przeciwnie - nadzieję, ale tak to jest jak się człowiek nie sugeruje tekstami, tylko własnymi urojeniami. Tak czy siak - finał jest arcymocarny.
Po tej blisko godzinnej podróży z U2 nie doszło do jakiegoś wielkiego redemption arc, w moim pokoju nie zawiśnie plakat U2, a ja sam nie zmienie nicku na Seba_JoshuaTree69, ale nie żałuję tego powrotu. Były rzeczy mocarne, były rzeczy na których ziewałem, ale jednak przypomniałem sobie o jednej świetnej rzeczy oraz o istnieniu One, jedną odkryłem, usłyszałem parę niezłych kawałków i parę nijakich. Zostawię sobie dwa ostatnie kawałki, do reszty może też wrócę kiedyś tam, ale szkalując w przyszłości ten zespół, będę miał w pamięci, że jednak nagrał parę spoko rzeczy. I AMEN (jakoś mi to pasuje do podniosłego nastroju tego albumu).
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
No to dwa słowa podsumowania Wujasa i jutro uruchamiam Coil
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
shodan
- Posty: 18314
- Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
- Ulubiony utwór: Halo
Violator od U2 zebrał niezłe noty. Dwie zacne recki od Hiena i deva. Z tym, że Hien to znał od dawna, a dev nie. Zatem taka nowa owieczka w stadzie szczególnie cieszy (raz na jakiś czas potrafię deva zauroczyć, co jest zajebiste). Dwie dobre noty od Murzyna i Dragona, choć już nie aż tak entuzjastyczne. Ale wciąż dobre. No i dwie takie sobie. Ta od Mentosa trochę bardziej na plus w sumie (choć myślałem, że akurat Mentos to łyknie jak młody pelikan), no i dosyć słabowato od Melkiego, któremu przeszkadzają akurat najlepsze rzeczy z albumu, czyli gitary, którymi wali w swoich wrzutach na prawo i lewo. Ale generalnie jestem zadowolony. No i w sumie jestem mocno zdziwiony, że tak wielu z Was tego nie znało lub nie pamiętało. W końcu to U2.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
W dzisiejszych czasach U2 to parias, odrzuca się bez słuchania, bo siara.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
-
stripped
- Posty: 13774
- Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
- Ulubiony utwór: hajerlow
Jestem, jestem, uruchamiam maszynę dalej.
Lecimy z Coil - The Ape of Naples
Lecimy z Coil - The Ape of Naples
mintaj pisze:01 lip 2023 11:49Dobra
Coil - The Ape of Naples
Chyba nadeszła i pora na kalafiora, tj. na wrzucenie tej mitycznej SPRĘŻYNKI do bestki albumowej. To musiało, do cholery, kiedyś nastąpić, a kiedy niby jest lepszy czas na poznawanie dziwacznych projektów muzycznych niż w środku upalnego lata? Zwłaszcza, że już was na to po części przygotowałem jakiś czas temu i nawet pamiętam, że otrzymałem dość pozytywny feedback, więc czemu nie.
O samym zespole już pewnie pisałem, ale tak w teleekspresowym i telegraficznym skrócie nadmienię, że to był projekt niejakiego Johna Balance (nie, nie tego od butów), zioma który przewinął się przez wrzucane tutaj Psychic TV i mnóstwo innych popierdolonych projektów z tego industrialnego uniwersum i jego partnera Petera Christophersona, który dla odmiany też był członkiem miliarda popierdolonych zespołów oraz grafikiem (odpowiedzialnym za okładki pierwszych trzech płyt Gabriela czy Wish You Were Here). Tak jak zapewne musiałem pisać rok temu, mimo tego iż bardzo Coil lubię, to jestem świadom, że ledwo co ich muzyki liznąłem, bo szczerze mówiąc nagrali tego od cholery - niby liczba albumów studyjnych nie jest jakaś porażająca, ale trzeba uwzględniać epki, kompilacje, materiały wydawane po śmierci muzyków oraz wszelkiej maści kolaboracje i inne ustrojstwa wydawane pod różnymi szyldami, a tego jest tak ze dwie kopy i trzy tuziny, a może nawet więcej.
Poniekąd chcę się wyłamać z trendu wrzucania randomowych propozycji z listy 1001 najsłynniejszych albumów które musisz przesłuchać przed śmiercią, bo mniemam, że tej płyty tam nie ma, ale poniekąd też wrzucam wam coś, co kolega Jakub mógłby określić czymś pokroju ichniejszego Violatora, bo to płyta powszechnie uważana za magnum opus i generalnie mocno PREJZOWANA. W sumie można byłoby i tak go określić, można byłoby też porównywać całość do A Moon Shaped Pool, bo to też jest kompilacja teoretycznie odrzutów z dawnych sesji, ale można też nie marnować klawiatury na tak durne porównania.
Szukam słów, którymi mógłbym opisać ten album, by nie popaść w banał i jak to w moim przypadku bywa - mam z tym nie lada kłopot. Nic nowego, ktoś by powiedział. Ale to jest dla mnie płyta z gatunku tych kompletnych, ja tu nie jestem w stanie mówić o jakichkolwiek słabszych momentach, a co dopiero utworach. Tak jak napisałem parę linijek wyżej, całość jest kompozycją niepublikowanych wcześniej nagrań, uściślając to wydano ją w 2005 roku po śmierci Balance'a, co myślę, że jest dość ważną, a może i nawet kluczową informacją w kontekście omawania tej płyty, bo te wszystkie intensywne i popierdolone stany oraz emocje, jakie człowiek - mniemam - jest w stanie czuć po utracie wieloletniego partnera. Ja trochę się czuję jakbym majaczył, ale naprawdę słyszę na tej płycie jakiegoś metafizycznego, animalistycznego ducha, którego nie potrafię opisać bez popadania w śmieszność, więc zamiast podejmować się jakiejś próby napiszę jeno, że to dziwne, cholerne ustrojstwo z okładki imo całkiem nieźle go oddaje.
Nie zakładam i nie spodziewam się aż takich peanów z waszej strony, ale wątpie w to, by nikt tu nie znalazł nic dla siebie. Wujasy mogą odnaleźć coś dla siebie w rzeczach najbliższym piosenkowym formom. tj. Fire of the Mind czy Tatooed Man. Smoku w instrumentalu Triple Sun, zalatującym nieco klasykami elektroniki. Nie wierzę w to, że nikt nie polubi The Last Amethyst Deceiver. Może jakiś Munlup doceni Going Up - nie wiem czemu mu to "przypisałem", ale całkiem możliwe, że się okaże, że to miało więcej sensu, niż się mi pierwotnie wydawało, może Musiał doceni Teenage Lightning 2005, bo wtedy LucekDM wrzucił je niechcący na forum 80s.
Jestem cholernie ciekaw co wy tu usłyszycie i co z tej płyty wyciągniecie. Bierzcie i słuchajcie jej po prostu.
https://www.youtube.com/playlist?list=O ... 3zAqA2B4x4
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
-
devotional
- Posty: 7377
- Rejestracja: 26 lut 2005 18:00
- Ulubiony utwór: Master And Servant
- Lokalizacja: bezdomny
Coil - The Ape of Naples
Album, który mógłby zapodać równie dobrze Dragon, a zapodał Mentos. Prawdę mówiąc, ta płyta to jest całkiem sporo Dragona w Mentosie, i jednocześnie bardzo, bardzo dużo Mentosa w Dragonie. Ale jakby dłużej pomyśleć, to nie mógłby wrzucić tego nikt inny, tylko właśnie Mentos. Mentos to jest dla mnie taki gość, który na pewno siedzi pewną nogą - przynajmniej jedną! - w lore Throbbing Gristle i wszystkiego, co się urodziło z tego bądź co bądź ciekawego bandu nawet, jeśli wiele osób uzna ich muzykę (którą często ciężko muzyką nazwać) za cokolwiek trudną w odbiorze. PsychicTV było pod tym względem nieco lżejsze, ale nie zawsze, zaś Coil... coś tam już chyba pisałem w utworówce, Coil to dla mnie taka muzyka z pogranicza świadomości, i to tej - choć zabrzmi to nieco pretensjonalnie zapewne - mrocznej świadomości. Śmierć, podniety i niepokój w jednym ciągu wydawnictw, jednak też nie poznałem aż tak dużo Coil, w kółko sobie obiecuję, że to się prędzej czy później zmieni, ale jakoś zebrać się nie mogę... Seba ułatwia sprawę serwując cały album. Album, który jest dość ciężki, ale też mam zwyczajnie problem ze słuchaniem go w taką aurę. To jest dobry krążek do odpalenia sobie w listopadowe, mgliste popołudnie. Nie pasuje mi po prostu do tego, co się teraz dzieje za oknem xD Duet Peter Christopherson i Jhonn Balance (jak później kazał się tytułować) dostarcza treści, która nadaje się zarówno na odpalenie sobie na dobrych słuchawkach w śnieżną Wigilię, jak i na soundtrack do afterów po imprezach typu Sodoma czy Somasutra. Tylko wszyscy mają ciężki zjazd, niektórzy wpadają w bad trip, ja wpadam w dziwną i średnio wytłumaczalną nerwówkę. Nie zmienia to jednakowoż faktu, że to, co wrzuca nam Mintaj jest serio dobre. Momentami trochę za bardzo soundtrackowe, trochę zbyt dłużące się, ale wciąż dobre. Nie będę więcej pieprzył od rzeczy, czas na małą analizę.
Już sama okładka budzi jakiś niepokój, nie potrafię tego do końca wyjaśnić, ale trochę się przecież spodziewałem, jaką muzykę tu znajdę, coś tam wiem o tym wykonawcy, to też i okładka nastrajała mnie odpowiednio xD Ale, żeby nie było, jest fajna, jednakowoż... Nieważne, muzyka. Pierwsze dźwięki Fire of the Mind już mówią, że będzie to interesująca podróż, i raczej mało optymistyczna. Przeczytałem w necie, że Christopherson montując ten krążek z różnych produkcji studyjnych poprzedzających jego wydanie 10-ciu lat nabrał do niego właściwego podejścia właśnie po tragicznej i zupełnie przypadkowej (gość spier*olił się z antresoli we własnym mieszkaniu, c'mon) śmierci Balance'a. Tak więc to, czym jestem tutaj raczony, jest po prostu jednym wielkim epitafium, żałobnym tworem, które jak raz zacznie z tą tematyką, tak nie odpuści do końca. Fire of the Mind zajeżdża numerem, który mógłby otwierać (lub zamykać) film jakiegoś kina alternatywnego, koniecznie czarno-biały, koniecznie główny motyw musi dotyczyć jakiejś straty, może niszowa produkcja wojenna, nie wiem. Całe instrumentarium poprzez te masywne ściany dźwięku buduje mocno grobowy nastrój, potrafię sobie wyobrazić, że ktoś po prostu wyłącza po nim odtwarzanie. Ale przykuwa, lubię takie rzeczy, choć zostawiają w głowie jakiś taki nieprzyjemny ślad. O The Last Amethyst Deceiver sam Seba mówił, że niemożliwym jest, aby komuś się ten kawałek nie spodobał. Kawałek to solidny, ponad 10 minut muzyki, która jest czymś pomiędzy niespiesznym muzakiem, znów tłem dla jakiejś sceny filmowej (koniecznie przedłużonej, ze skupieniem na każdym detalu), a po prostu dobrym i przyjemnie minimalistycznym ambientem, takim w sam raz do czytania o niemieckich zbrodniach na frontach II wojny światowej. Aż szkoda, że kończy się... tak szybko, to zdecydowanie kawałek, który odpalałem najczęściej. Tattooed Man znów wraca w rejony soundtrackowe, znów robi się... hmm, nieco alternatywnie? Tzn. niszowe to kino, oczywiście czerń i biel, a także zestaw niepokojących ujęć. Właściwie te filmowe porównania będą mi towarzyszyły do samego końca. I powiem, że o ile możnaby się spodziewać, iż taka pozycja byłaby kawałkiem pretensjonalnego gówna, to odpaliłbym z przyjemnością, dla samej muzyki. Jest melancholijnie, taki Nick Cave pozbawiony Nicka Cave'a, muzycznie bardzo mi to "wajbuje" z The Bad Seeds z początków ich działalności, jakieś Your Funeral My Trial, ale też trochę And No More Shall We Part. Co więcej, sam Balance w tym numerze brzmi momentami tak, jakby starał się imitować charakterystyczną manierę wokalną Kejwa. Jakkolwiek głos gość miał specyficzny, tak mu to jednak... wychodzi. Te pierwsze trzy numery są raczej - jak na to, co znam od Coil - dość lajtowe, bardziej "typowo" robi się przy czwartymi, Tripe Sun zdaje się być nieco agresywniejsze, upakowane różnymi dźwiękowymi przeszkadzajkami, które przywodzą mi na myśl Gazelle Twin (sama Elizabeth Bernholz wspominała o tym, że Coil to dla niej inspiracja). Zapowiada nieco zmianę kierunku, w którym album się rozkręcał. It's in My Blood jest tego potwierdzeniem, obok I Don't Get It to jest utwór, który najbardziej mi pachnie Throbbing Gristle na tym krążku. Właściwie brak sensownej struktury, pojedyncze elektroperkusyjne uderzenia, powtarzające się efekty, mocno przetworzone brzmienie basopodobne, no i wrzaski nieco z piekła rodem, dramatyczne smyki, znów wracamy do klimatów ścieżkodźwiękowych, ale teraz ewidentnie do Ludzkiej Stonogi. I Don't Get It, poza tym, co już napisałem, brzmi trochę jak strona B wymyślonego singla w postaci swojego poprzednika. Wciąż jest dość dramatycznie, ale teraz mamy afterglow, pianino, jakiś jeszcze elektroniczny klawisz, kawalkada mocno alarmujących odgłosów (przypominają nieco Journey Through a Body od TG), nasz alternatywny film zamienia się w indie horror. Po nim nadchodzi znów coś, co przypomina mniej więcej w miarę normalną muzykę xD Zrobiło się darkłejwowo, ale dość lajtowo darkłejwowo, za to Balance ma tutaj absolutnie kapitalny wokal, który przypomina trochę piosenkarza VAST w Pretty When You Cry. Podoba mi się to, że utwór brzmi tak, jakby zmierzał w stronę jakiegoś climaxu, który jednak nie nadchodzi (chyba, że policzymy zań ten cyfrowy distort na samym końcu). Jest mocno klimatycznie, zdecydowanie jeden z moich ulubionych tutaj. Cold Cell z kolei buduje fantastyczny nastrój izolacji i opuszczenia, tutaj znajduję echa The Cure, ale również Cave'a i jego tworów lirycznych w okolicach wymienionego już przeze mnie albumu. Powtarzanie mantrycznie AMEN na samym końcu robi transowe wrażenie i takież generuje odczucia. Zrobiło się gęsto. Teenage Lightning zdecydowanie wcześniej nie słyszałem, nie jestem też w stanie ocenić, czy jest to coś, co mógłby wrzucić na forum80s.pl ktokolwiek, choć może LucekDM słuchał wtedy Coil, cholera go wie xD Kolejny dźwiękowy chaos, ale tym razem troszkę bardziej ułożony. Tutaj Balance recytuje głosem tak beznamiętnym, że aż nie sposób nie spodziewać się jakiegoś ciosu, który padnie przy tej złowrogo rozkręcającej się warstwie muzycznej. Jeśli bad trip miałby swój własny motyw muzyczny, zdecydowanie byłby to ten numer. Jakże niewinnie brzmi ta kalimba w tle, a może wcale nie? Amber Rain wraca w ambientowe rejony i znów zrobiło się soundtrackowo, teraz z kolei do głowy przyszedł mi Alan Wake (świetna gra btw, ale o tym już pisałem przy wrzutce klipowej z Poets of the Fall). Czuć, że dochodzi się trochę do końca tego Balance'owego epitafium, coś takiego mogliby puścić na moim pogrzebie (wiem, cheesy, ale co ja poradzę). Karawaniarski klimat kontynuowany jest na Going Up, które brzmi jak przedłużenie Amber Rain, a jednocześnie jak coś, co powstało w ramach tej samej sesji, co otwieracz i Tattooed Man. Czytam, że wokal Balance'a został tutaj wsamplowany z wykonu tego kawałka na żywo, gdzie tekst został w ogóle przez niego zaimprowizowany. Jak się rzuci nań okiem to czuć, że to faktycznie ma charakter wyśpiewanej nagrobnej inskrypcji, ciężkimi nutami zamykając tę również przecież nielekką płytę (prawie nagrobną lol). Urgh, czuję, że mam trochę dość.
Mam trochę dość, ale też nie będę kłamał - podobał mi się ten seans, chociaż nie należał do najbardziej oczyszczających, że tak to eufemistycznie ujmę. Album to jest ciężki, orbitujący wokół ciężkiego tematu i stanowiący - zdaje się - najlepsze muzyczne podsumowanie tego, co Coil tworzyli i wydawali. Christopherson miał później okazję jeszcze w muzyce podziałać, wszak jakoś jeszcze za życia Balance'a zeszło się Throbbing Gristle (w oryginalnym składzie), zdążyli podpisać kontrakt z Mute i wydać całą jedną płytę (która jest jak na nich całkiem słuchalna i bardzo spoko), a potem zagrać trochę koncertów, aż sam Christopherson wziął i umarł w dość tajemniczych okolicznościach 6 lat po swoim partnerze muzycznym. Coil to taka ciekawa sprawa, że ja wiem całkiem sporo o tym zespole i o życiorysach ludzi kręcących się wokół niego, ale muzyki za dużo nie liznąłem (znam też całkiem sporo osób, które się Coil jarają). Nie wiem, czy zaczynanie od końca to dobry pomysł, ale mam na to ochotę, z tym, że nie teraz, nie, kiedy za oknem wciąż prawie 30 stopni. To będzie potrzebowało revivalu mojego łażenia po ciemnych parkach w czarnym płaszczu po Halloween. Tak czy inaczej, solidne wejście z wysokim tegoż wejścia progiem. W ciemno biorę The Last Amethyst Deceiver i znów czytam, że to rozwinięta wersja utworu o podobnym tytule z minialbumu wydanego akurat na okazję równonocy jesiennej. Czyli chyba mam następną rzecz do zassania.
Album, który mógłby zapodać równie dobrze Dragon, a zapodał Mentos. Prawdę mówiąc, ta płyta to jest całkiem sporo Dragona w Mentosie, i jednocześnie bardzo, bardzo dużo Mentosa w Dragonie. Ale jakby dłużej pomyśleć, to nie mógłby wrzucić tego nikt inny, tylko właśnie Mentos. Mentos to jest dla mnie taki gość, który na pewno siedzi pewną nogą - przynajmniej jedną! - w lore Throbbing Gristle i wszystkiego, co się urodziło z tego bądź co bądź ciekawego bandu nawet, jeśli wiele osób uzna ich muzykę (którą często ciężko muzyką nazwać) za cokolwiek trudną w odbiorze. PsychicTV było pod tym względem nieco lżejsze, ale nie zawsze, zaś Coil... coś tam już chyba pisałem w utworówce, Coil to dla mnie taka muzyka z pogranicza świadomości, i to tej - choć zabrzmi to nieco pretensjonalnie zapewne - mrocznej świadomości. Śmierć, podniety i niepokój w jednym ciągu wydawnictw, jednak też nie poznałem aż tak dużo Coil, w kółko sobie obiecuję, że to się prędzej czy później zmieni, ale jakoś zebrać się nie mogę... Seba ułatwia sprawę serwując cały album. Album, który jest dość ciężki, ale też mam zwyczajnie problem ze słuchaniem go w taką aurę. To jest dobry krążek do odpalenia sobie w listopadowe, mgliste popołudnie. Nie pasuje mi po prostu do tego, co się teraz dzieje za oknem xD Duet Peter Christopherson i Jhonn Balance (jak później kazał się tytułować) dostarcza treści, która nadaje się zarówno na odpalenie sobie na dobrych słuchawkach w śnieżną Wigilię, jak i na soundtrack do afterów po imprezach typu Sodoma czy Somasutra. Tylko wszyscy mają ciężki zjazd, niektórzy wpadają w bad trip, ja wpadam w dziwną i średnio wytłumaczalną nerwówkę. Nie zmienia to jednakowoż faktu, że to, co wrzuca nam Mintaj jest serio dobre. Momentami trochę za bardzo soundtrackowe, trochę zbyt dłużące się, ale wciąż dobre. Nie będę więcej pieprzył od rzeczy, czas na małą analizę.
Już sama okładka budzi jakiś niepokój, nie potrafię tego do końca wyjaśnić, ale trochę się przecież spodziewałem, jaką muzykę tu znajdę, coś tam wiem o tym wykonawcy, to też i okładka nastrajała mnie odpowiednio xD Ale, żeby nie było, jest fajna, jednakowoż... Nieważne, muzyka. Pierwsze dźwięki Fire of the Mind już mówią, że będzie to interesująca podróż, i raczej mało optymistyczna. Przeczytałem w necie, że Christopherson montując ten krążek z różnych produkcji studyjnych poprzedzających jego wydanie 10-ciu lat nabrał do niego właściwego podejścia właśnie po tragicznej i zupełnie przypadkowej (gość spier*olił się z antresoli we własnym mieszkaniu, c'mon) śmierci Balance'a. Tak więc to, czym jestem tutaj raczony, jest po prostu jednym wielkim epitafium, żałobnym tworem, które jak raz zacznie z tą tematyką, tak nie odpuści do końca. Fire of the Mind zajeżdża numerem, który mógłby otwierać (lub zamykać) film jakiegoś kina alternatywnego, koniecznie czarno-biały, koniecznie główny motyw musi dotyczyć jakiejś straty, może niszowa produkcja wojenna, nie wiem. Całe instrumentarium poprzez te masywne ściany dźwięku buduje mocno grobowy nastrój, potrafię sobie wyobrazić, że ktoś po prostu wyłącza po nim odtwarzanie. Ale przykuwa, lubię takie rzeczy, choć zostawiają w głowie jakiś taki nieprzyjemny ślad. O The Last Amethyst Deceiver sam Seba mówił, że niemożliwym jest, aby komuś się ten kawałek nie spodobał. Kawałek to solidny, ponad 10 minut muzyki, która jest czymś pomiędzy niespiesznym muzakiem, znów tłem dla jakiejś sceny filmowej (koniecznie przedłużonej, ze skupieniem na każdym detalu), a po prostu dobrym i przyjemnie minimalistycznym ambientem, takim w sam raz do czytania o niemieckich zbrodniach na frontach II wojny światowej. Aż szkoda, że kończy się... tak szybko, to zdecydowanie kawałek, który odpalałem najczęściej. Tattooed Man znów wraca w rejony soundtrackowe, znów robi się... hmm, nieco alternatywnie? Tzn. niszowe to kino, oczywiście czerń i biel, a także zestaw niepokojących ujęć. Właściwie te filmowe porównania będą mi towarzyszyły do samego końca. I powiem, że o ile możnaby się spodziewać, iż taka pozycja byłaby kawałkiem pretensjonalnego gówna, to odpaliłbym z przyjemnością, dla samej muzyki. Jest melancholijnie, taki Nick Cave pozbawiony Nicka Cave'a, muzycznie bardzo mi to "wajbuje" z The Bad Seeds z początków ich działalności, jakieś Your Funeral My Trial, ale też trochę And No More Shall We Part. Co więcej, sam Balance w tym numerze brzmi momentami tak, jakby starał się imitować charakterystyczną manierę wokalną Kejwa. Jakkolwiek głos gość miał specyficzny, tak mu to jednak... wychodzi. Te pierwsze trzy numery są raczej - jak na to, co znam od Coil - dość lajtowe, bardziej "typowo" robi się przy czwartymi, Tripe Sun zdaje się być nieco agresywniejsze, upakowane różnymi dźwiękowymi przeszkadzajkami, które przywodzą mi na myśl Gazelle Twin (sama Elizabeth Bernholz wspominała o tym, że Coil to dla niej inspiracja). Zapowiada nieco zmianę kierunku, w którym album się rozkręcał. It's in My Blood jest tego potwierdzeniem, obok I Don't Get It to jest utwór, który najbardziej mi pachnie Throbbing Gristle na tym krążku. Właściwie brak sensownej struktury, pojedyncze elektroperkusyjne uderzenia, powtarzające się efekty, mocno przetworzone brzmienie basopodobne, no i wrzaski nieco z piekła rodem, dramatyczne smyki, znów wracamy do klimatów ścieżkodźwiękowych, ale teraz ewidentnie do Ludzkiej Stonogi. I Don't Get It, poza tym, co już napisałem, brzmi trochę jak strona B wymyślonego singla w postaci swojego poprzednika. Wciąż jest dość dramatycznie, ale teraz mamy afterglow, pianino, jakiś jeszcze elektroniczny klawisz, kawalkada mocno alarmujących odgłosów (przypominają nieco Journey Through a Body od TG), nasz alternatywny film zamienia się w indie horror. Po nim nadchodzi znów coś, co przypomina mniej więcej w miarę normalną muzykę xD Zrobiło się darkłejwowo, ale dość lajtowo darkłejwowo, za to Balance ma tutaj absolutnie kapitalny wokal, który przypomina trochę piosenkarza VAST w Pretty When You Cry. Podoba mi się to, że utwór brzmi tak, jakby zmierzał w stronę jakiegoś climaxu, który jednak nie nadchodzi (chyba, że policzymy zań ten cyfrowy distort na samym końcu). Jest mocno klimatycznie, zdecydowanie jeden z moich ulubionych tutaj. Cold Cell z kolei buduje fantastyczny nastrój izolacji i opuszczenia, tutaj znajduję echa The Cure, ale również Cave'a i jego tworów lirycznych w okolicach wymienionego już przeze mnie albumu. Powtarzanie mantrycznie AMEN na samym końcu robi transowe wrażenie i takież generuje odczucia. Zrobiło się gęsto. Teenage Lightning zdecydowanie wcześniej nie słyszałem, nie jestem też w stanie ocenić, czy jest to coś, co mógłby wrzucić na forum80s.pl ktokolwiek, choć może LucekDM słuchał wtedy Coil, cholera go wie xD Kolejny dźwiękowy chaos, ale tym razem troszkę bardziej ułożony. Tutaj Balance recytuje głosem tak beznamiętnym, że aż nie sposób nie spodziewać się jakiegoś ciosu, który padnie przy tej złowrogo rozkręcającej się warstwie muzycznej. Jeśli bad trip miałby swój własny motyw muzyczny, zdecydowanie byłby to ten numer. Jakże niewinnie brzmi ta kalimba w tle, a może wcale nie? Amber Rain wraca w ambientowe rejony i znów zrobiło się soundtrackowo, teraz z kolei do głowy przyszedł mi Alan Wake (świetna gra btw, ale o tym już pisałem przy wrzutce klipowej z Poets of the Fall). Czuć, że dochodzi się trochę do końca tego Balance'owego epitafium, coś takiego mogliby puścić na moim pogrzebie (wiem, cheesy, ale co ja poradzę). Karawaniarski klimat kontynuowany jest na Going Up, które brzmi jak przedłużenie Amber Rain, a jednocześnie jak coś, co powstało w ramach tej samej sesji, co otwieracz i Tattooed Man. Czytam, że wokal Balance'a został tutaj wsamplowany z wykonu tego kawałka na żywo, gdzie tekst został w ogóle przez niego zaimprowizowany. Jak się rzuci nań okiem to czuć, że to faktycznie ma charakter wyśpiewanej nagrobnej inskrypcji, ciężkimi nutami zamykając tę również przecież nielekką płytę (prawie nagrobną lol). Urgh, czuję, że mam trochę dość.
Mam trochę dość, ale też nie będę kłamał - podobał mi się ten seans, chociaż nie należał do najbardziej oczyszczających, że tak to eufemistycznie ujmę. Album to jest ciężki, orbitujący wokół ciężkiego tematu i stanowiący - zdaje się - najlepsze muzyczne podsumowanie tego, co Coil tworzyli i wydawali. Christopherson miał później okazję jeszcze w muzyce podziałać, wszak jakoś jeszcze za życia Balance'a zeszło się Throbbing Gristle (w oryginalnym składzie), zdążyli podpisać kontrakt z Mute i wydać całą jedną płytę (która jest jak na nich całkiem słuchalna i bardzo spoko), a potem zagrać trochę koncertów, aż sam Christopherson wziął i umarł w dość tajemniczych okolicznościach 6 lat po swoim partnerze muzycznym. Coil to taka ciekawa sprawa, że ja wiem całkiem sporo o tym zespole i o życiorysach ludzi kręcących się wokół niego, ale muzyki za dużo nie liznąłem (znam też całkiem sporo osób, które się Coil jarają). Nie wiem, czy zaczynanie od końca to dobry pomysł, ale mam na to ochotę, z tym, że nie teraz, nie, kiedy za oknem wciąż prawie 30 stopni. To będzie potrzebowało revivalu mojego łażenia po ciemnych parkach w czarnym płaszczu po Halloween. Tak czy inaczej, solidne wejście z wysokim tegoż wejścia progiem. W ciemno biorę The Last Amethyst Deceiver i znów czytam, że to rozwinięta wersja utworu o podobnym tytule z minialbumu wydanego akurat na okazję równonocy jesiennej. Czyli chyba mam następną rzecz do zassania.
Dialog jest językiem kapitulacji. ~Fronda.pl
-
Dragon
- Posty: 10300
- Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
- Ulubiony utwór: Sexy Doll
- Lokalizacja: woj. wałbrzyskie
wkracza kandydat do mojej najdłuższej recki
Coil The Ape of Naples
Trudno jednocześnie opisywać muzykę tego pokroju i nie wyjść na lekko nawiedzonego. Z drugiej strony wkraczamy w świat artystów nawiedzonych, więc nie ma sensu udawać. Trochę czasu czekałem na powrotne odsłuchy. Niby znam tę płytę parę lat, ale nie mam wrażenia, że poznałem ją w stu procentach. Niby wiem co się na niej znajduje, ale za każdym razem wchodzę w ten świat na nowo. Dochodzę do wniosku, że nigdy do końca jej nie zrozumiem. Odkąd pamiętam działa na mnie w ten sam sposób, który postaram się poniżej wyłożyć. Ja już o tym pisałem przy okazji Psychic TV, ale muszę wrócić, bo czuję ulatujące myśli, które mogą się na dobre zatrzeć w pamięci. Jeszcze zanim zacząłem słuchać muzyki z tej całej Industrialnej Rodziny (TG, PTV, Coil, itd.) dużo o nich czytałem. Do tej pory raczej sięgałem po bezpieczne i niekontrowersyjne projekty, a tu nagle kontakt z czymś, co podważa podstawowe elementy funkcjonowania. Płeć, seksualność, religijność, sens zjawisk tabu, kontrowersja, bluźnierstwo. Niepokojąca szata graficzna i lekko przerażający wizerunek sceniczny. Zanim przesłuchałem to odczuwałem faktycznie jakiś niepokój, że oto zaraz wejdę w kontakt z czymś z zupełnie innego świata. Po setkach spektakli, dziesiątkach koncertów, gruntownych zmianach w moim życiu coraz trudniej o tak intensywne wrażenia, a to pamiętam na tyle dobrze, że jestem w stanie to do pewnego stopnia odtworzyć. Co lepsze, ta muzyka spełnia opisywane oczekiwania. Sama z siebie potrafi te emocje podbić, podkręcić, wzbudzić uważane za złe emocje uniwersalnie u każdego. Albo te odjechane pomysły na niektóre płyty, tu nie chcę napisać za dużo, bo coś z repertuaru wokół Coil mam na liście rezerwowej, możemy do tego jeszcze wrócić... Nie bali się, bo w życiu prywatnym też balansowali na granicy. Życie bardzo bliskie sztuce, ale nie w stylu wieści z pierwszych stron gazet, chyba że mówimy o gazetkach z historiami kryminalnymi. Jest poważnie. W dyskografii Coil nie ma żadnego łatwiejszego momentu. Od czego nie zaczniesz to i tak dostaniesz na dzień dobry poważny orzech do zgryzienia. Niby znam całkiem dużo, ale to kropla w morzu najróżniejszych wydawnictw. Charakter tej muzyki działa na mnie w ten sposób, że za często do niej nie wracam. Młodzieńczy dreszczyk w jakimś stopniu przetrwał do dziś. Przejedzenie mogłoby się skończyć czymś niepokojącym. Najwygodniejsze są te czysto atmosferyczne, ambientowe płyty. Nie będą jednak wcale wygodne dla ludzi, którzy nie są wielbicielami Tangerine Dream i kosmische tworów z lat 70' (ale nie tylko). Potrafię zrozumieć czemu akurat Ape of Naples jest wskazywana jako ta najważniejsza, tylko że im dalej w las, tym wielu innym płytom Coil należałoby się podobnie dużo uwagi i docenienia. No cóż, takie uroki podejmowania wyboru. Coś kosztem czegoś.
Często jest tak, że zanim siądę do pisania to najpierw sięgam po inne głosy na temat omawianej płyty. Szukam, sprawdzam się z innymi. W przypadku Coil nie ma lekko, bo poza forum raczej trafiam na dziwne, miejscami dość infantylne albo właśnie zbyt oschłe, nieznośnie bezosobowe teksty. Chyba ostatecznie wolę indywidualne strumienie świadomości niż punktowe, techniczne notki, zawsze łatwiej odnaleźć coś tożsamego z moim odczuciem. Tematyka płyty skłania do czegoś takiego, bo dotyka bardzo osobistych pobudek. Punkt wyjścia to stan po utracie najbliższego partnera. Co tu przedstawić - formę przepracowania bólu czy jakąś wspomnikową pamiątkę po wspólnie spędzonych latach? Czemu jednego nie połączyć z drugim? Goście zajmowali się sztuką w sposób nieszablonowy. Chciałbym na bezczelnego zobaczyć z boku jak to wszystko powstawało, co Christopherson miał w głowie. Wyszła płyta, która pogrąża, przytłacza, otumania. Serio, słuchając jej za każdym razem ogarnia mnie senność, wpadam mimowolnie w lekki trans. Wczoraj wreszcie odpaliłem całość, a po 45 minutach już byłem pozbawiony całej energii. Nie da się tego słuchać za dnia, bo otoczenie w ogóle nie pomaga, ale w nocy jest jeszcze gorzej, bo ta apatia jest zajebiście sugestywna. Może właśnie o to chodziło... To, że w ogóle ten tekst powstał to zasługa naprawdę silnej woli, bo nigdy nie słuchałem tej płyty dzień po dniu.
Fire of the Mind, czyli uwertura dla tego otępiającego słuchowiska. Nawet nie próbuję walczyć z tekstami, są mocno zanurzone w poważniejszych rozkminach, a my nie jesteśmy akurat od tego. Mroczne pady, cyfrowe organy, coś w stylu akordeonu. Między jakąś niesłychanie mroczną przyśpiewką śpiewaną ot tak w upadłym mieście a atmosferą mszy pogrzebowej. Bardzo kanciaste brzmienne, nie za bardzo przestrzenne. Dość nieprzyjemne w odbiorze. Specyficzne brzmiący wokal, jakby z głębi tego wszystkiego. Zanosi się na kontakt z czymś zakończonym, przeszłym.
The Last Amethyst Deceiver. Zaskakujący optymizm Seby, bo np. dla mnie to była pierwsza podstawowa przeszkoda w przejściu całości. Wokal bardziej z przodu. Specyficznie przyjemny muzak, ni to elektroniczny, ni to dżezowy, ale jakby stworzony po paru specyfikach. Balance brzmi jak nawiedzony kaznodzieja, atmosfera dość niepokojąca, ale poważną sieczkę w mózgu robi ta marimba przygrywająca co jakiś czas. Pozornie delikatne, dystansujące brzmienie, a efekt jest dość dziwny. Nie, że zły czy coś. Nieuchwytne wrażenie. Słuchany w pełnym skupieniu mocno mnie muli. Ja już na tym etapie miewałem lekkie bóle głowy. Monotonne frazy zdają się powtarzać w nieskończoność. Muzyczny obraz resztek sił, kompletnego pogodzenia się z rzeczywistością. Apatia na pełnej, nie ma nic poza skalą szarości.
Tattooed Man. We wspominanym mieście po końcu świata działa jeszcze mała knajpa, gdzie można się upodlić jakąś berbeluchą. W tle przygrywa odpowiedni do takich okoliczności wspomnikowy love song trochę przypominający standard. Jest miejsce na wspomnienia, melancholię, ale brudne, gorzkie w opór. Znowu ta marimba, z lewej strony z czasem atakują spowolnione wokale, instrumenty. Muzyczna wycieczka po kolejnym kręgu piekła. Smętny wokal atakuje w ten sam sposób. Całkiem do zapamiętania jest ta melodia z początku i powtarzane I love him, I hate him.
Triple Sun trochę wyrywa z tego mocno posępnego klimatu. Robi się bardziej filmowo, ilustracyjnie, jest w tym jakiś dystans od reszty, ale z czasem dobrze znane elementy wracają. Ładna rytmiczna pętla. Znowu z podziemi wyrasta dodatkowo zniekształcony wokal. Niby jedna linijka, ale i ona dostaje masę linijek wyjaśnienia, więc siedzę cicho. Mieliśmy modelowy wstęp, mamy mały przerywnik między poważniejszymi uderzeniami.
It's In My Blood odsłania bardziej industrialowe korzenie towarzystwa. Głęboki hipnotyczny bas, marszowy rytm. Dochodzi czasem więcej dźwięków perkusyjnych. Mam mały problem z tym jazgotem na początku, no nie brzmi to dziś za dobrze. Tu najlepiej słychać kanciastą produkcję. Orkiestra z innego świata, a cała reszta z innego. W dziwnym połączeniu jest jakaś metoda. Jak do tej pory najsłabszy moment, no nie siedzi za bardzo.
I Don't Get It. Wraca ten dystopijny postapo klimat. W ogóle niewyraźne wokale, elektroniczne efekty i hipnotyczne zagrywki. Podoba mi się ten dźwięk ni to flet czy inny obój, może nawet tutaj bliżej klasycznym inspiracjom jak na Musick to Play in the Dark? Niektóre wyziewy trochę drażnią, cała reszta baardzo dobra.
Heaven's Blade i znowu atak z zupełnie innej strony. Gliczy jeszcze nie było, do tego jeszcze kilka świdrujących dźwięków z prawej do lewej i w drugą. Balance znowu ma coś więcej do przekazania z drugiej strony rzeki, znów brzmi jak wyraźnie doklejony do reszty. Bardzo dziwna struktura. Tu zawsze nadchodziło drugie uderzenie senności i odlotu. Niepokojąco uduchowiona kolejna symfonia pod koniec, rozpada się razem z wokalem, dość mocny zabieg.
Cold Cell, tu już na serio bez dodatkowych znaczeń wkraczamy w świat wierzeń. Muzyczna litania ku pokrzepieniu serc przeciwko niedostatkom, zjawiskom uprzykrzającym życie. Jak do tej pory nie było aż tak oszczędnie i przejrzyście. Z tego sennego obrazu wyłaniają się czasem konkrety.
Teenage Lightning 2005. Końcówkę płyty pamiętam najsłabiej, no ale nie ma się czemu dziwić wobec powyższej relacji. Hipnotyczny rytmiczny instrumental znowu przyozdobiony tą złowrogą marimbą. Jak na filmach można się czasem bać klaunów, tak w muzyce podobne wrażenie robią tego typu dźwięki przy niepokojącym, mrocznym tle. Podoba mi się ta powracająca melodia. Kolejny kawałek bardziej ilustracyjny niż kontemplacyjny. Podobnie jak marimba działa tutaj wokal. Razem z nim dochodzi jeszcze więcej drażniących dźwięków, choć Balance jedzie tu z czymś w rodzaju kołysanki. No i co z tego, że rodem z horroru? Przy dłuższym kontakcie z Coilami człowiek na swój sposób się oswaja. Tylko ten śmiech... cholerny jumpscare, ale u Klausa też nie brakuje takich. Moje poważne odkrycie po tylu latach.
Amber Rain. Chyba już na poważnie pozbyliśmy się sennych teł, teraz mrok odbywa się w inny sposób. Upiorne partie na instrumentach i poważniejsza rola wokalu JB. Tutaj podoba mi się najbardziej, bo wykonuje urokliwe melodie, choć na pogrzebową, trupią modłę. Słychać, że potrafił wykrzesać z siebie znacznie więcej technicznie. W środku mamy jakąś muzyczną pocztówkę z Bliskiego Wschodu. Udziela się znowu bliżej nieokreślona duchowa otoczka. Nie jest przeciągnięte, dzieje się dość dużo. Że też nigdy nie wpadłem na to, żeby wrócić po prostu do trzech ostatnich kawałków...
...bo Going Up też jest bardzo zacne. Zaczyna się jak podkład do dramatycznej sceny lub ekspresyjnej ballady. Świetny fletoobój, marimba odpowiednio na drugim planie, coś się właśnie dopełnia. Przypomina trochę Psychic TV z Force the Hand of Chance, tylko że tutaj atmosfera bardziej rozmyta. Mistrz ceremonii i główny bohater, który jakby jeszcze dopytuje sam siebie, czy to już odpowiedni moment. Nie znam się na brytyjskich sitcomach, nie chcę sobie psuć tego poważnego wrażenia, ale lubię takie przechwycenia. Wykorzystanie jakiegoś tekstu w zupełnie inny sposób, żeby wydobyć nowe znaczenie. Robi wrażenie. Nie bez nutki ironicznego komentarza, ale zrobione z pompą.
Dawniej oceniłem to dość wysoko na RYMie i raczej nie zamierzam tego zmieniać. Mocna płyta, która po czasie chyba wreszcie zaskoczyła w sposób, jakiego do tej pory nie doświadczyłem. Do tej końcówki zamierzam wracać. Poważna łamigłówka wreszcie sensownie odkodowana od początku do końca. Na podstawie osobistego doświadczenia wyszła rzecz mówiąca o czymś więcej, poprowadzona z pomysłem i precyzją. Dość trudna w odbiorze, ale warta odbycia tej przygody.
Coil The Ape of Naples
Trudno jednocześnie opisywać muzykę tego pokroju i nie wyjść na lekko nawiedzonego. Z drugiej strony wkraczamy w świat artystów nawiedzonych, więc nie ma sensu udawać. Trochę czasu czekałem na powrotne odsłuchy. Niby znam tę płytę parę lat, ale nie mam wrażenia, że poznałem ją w stu procentach. Niby wiem co się na niej znajduje, ale za każdym razem wchodzę w ten świat na nowo. Dochodzę do wniosku, że nigdy do końca jej nie zrozumiem. Odkąd pamiętam działa na mnie w ten sam sposób, który postaram się poniżej wyłożyć. Ja już o tym pisałem przy okazji Psychic TV, ale muszę wrócić, bo czuję ulatujące myśli, które mogą się na dobre zatrzeć w pamięci. Jeszcze zanim zacząłem słuchać muzyki z tej całej Industrialnej Rodziny (TG, PTV, Coil, itd.) dużo o nich czytałem. Do tej pory raczej sięgałem po bezpieczne i niekontrowersyjne projekty, a tu nagle kontakt z czymś, co podważa podstawowe elementy funkcjonowania. Płeć, seksualność, religijność, sens zjawisk tabu, kontrowersja, bluźnierstwo. Niepokojąca szata graficzna i lekko przerażający wizerunek sceniczny. Zanim przesłuchałem to odczuwałem faktycznie jakiś niepokój, że oto zaraz wejdę w kontakt z czymś z zupełnie innego świata. Po setkach spektakli, dziesiątkach koncertów, gruntownych zmianach w moim życiu coraz trudniej o tak intensywne wrażenia, a to pamiętam na tyle dobrze, że jestem w stanie to do pewnego stopnia odtworzyć. Co lepsze, ta muzyka spełnia opisywane oczekiwania. Sama z siebie potrafi te emocje podbić, podkręcić, wzbudzić uważane za złe emocje uniwersalnie u każdego. Albo te odjechane pomysły na niektóre płyty, tu nie chcę napisać za dużo, bo coś z repertuaru wokół Coil mam na liście rezerwowej, możemy do tego jeszcze wrócić... Nie bali się, bo w życiu prywatnym też balansowali na granicy. Życie bardzo bliskie sztuce, ale nie w stylu wieści z pierwszych stron gazet, chyba że mówimy o gazetkach z historiami kryminalnymi. Jest poważnie. W dyskografii Coil nie ma żadnego łatwiejszego momentu. Od czego nie zaczniesz to i tak dostaniesz na dzień dobry poważny orzech do zgryzienia. Niby znam całkiem dużo, ale to kropla w morzu najróżniejszych wydawnictw. Charakter tej muzyki działa na mnie w ten sposób, że za często do niej nie wracam. Młodzieńczy dreszczyk w jakimś stopniu przetrwał do dziś. Przejedzenie mogłoby się skończyć czymś niepokojącym. Najwygodniejsze są te czysto atmosferyczne, ambientowe płyty. Nie będą jednak wcale wygodne dla ludzi, którzy nie są wielbicielami Tangerine Dream i kosmische tworów z lat 70' (ale nie tylko). Potrafię zrozumieć czemu akurat Ape of Naples jest wskazywana jako ta najważniejsza, tylko że im dalej w las, tym wielu innym płytom Coil należałoby się podobnie dużo uwagi i docenienia. No cóż, takie uroki podejmowania wyboru. Coś kosztem czegoś.
Często jest tak, że zanim siądę do pisania to najpierw sięgam po inne głosy na temat omawianej płyty. Szukam, sprawdzam się z innymi. W przypadku Coil nie ma lekko, bo poza forum raczej trafiam na dziwne, miejscami dość infantylne albo właśnie zbyt oschłe, nieznośnie bezosobowe teksty. Chyba ostatecznie wolę indywidualne strumienie świadomości niż punktowe, techniczne notki, zawsze łatwiej odnaleźć coś tożsamego z moim odczuciem. Tematyka płyty skłania do czegoś takiego, bo dotyka bardzo osobistych pobudek. Punkt wyjścia to stan po utracie najbliższego partnera. Co tu przedstawić - formę przepracowania bólu czy jakąś wspomnikową pamiątkę po wspólnie spędzonych latach? Czemu jednego nie połączyć z drugim? Goście zajmowali się sztuką w sposób nieszablonowy. Chciałbym na bezczelnego zobaczyć z boku jak to wszystko powstawało, co Christopherson miał w głowie. Wyszła płyta, która pogrąża, przytłacza, otumania. Serio, słuchając jej za każdym razem ogarnia mnie senność, wpadam mimowolnie w lekki trans. Wczoraj wreszcie odpaliłem całość, a po 45 minutach już byłem pozbawiony całej energii. Nie da się tego słuchać za dnia, bo otoczenie w ogóle nie pomaga, ale w nocy jest jeszcze gorzej, bo ta apatia jest zajebiście sugestywna. Może właśnie o to chodziło... To, że w ogóle ten tekst powstał to zasługa naprawdę silnej woli, bo nigdy nie słuchałem tej płyty dzień po dniu.
Fire of the Mind, czyli uwertura dla tego otępiającego słuchowiska. Nawet nie próbuję walczyć z tekstami, są mocno zanurzone w poważniejszych rozkminach, a my nie jesteśmy akurat od tego. Mroczne pady, cyfrowe organy, coś w stylu akordeonu. Między jakąś niesłychanie mroczną przyśpiewką śpiewaną ot tak w upadłym mieście a atmosferą mszy pogrzebowej. Bardzo kanciaste brzmienne, nie za bardzo przestrzenne. Dość nieprzyjemne w odbiorze. Specyficzne brzmiący wokal, jakby z głębi tego wszystkiego. Zanosi się na kontakt z czymś zakończonym, przeszłym.
The Last Amethyst Deceiver. Zaskakujący optymizm Seby, bo np. dla mnie to była pierwsza podstawowa przeszkoda w przejściu całości. Wokal bardziej z przodu. Specyficznie przyjemny muzak, ni to elektroniczny, ni to dżezowy, ale jakby stworzony po paru specyfikach. Balance brzmi jak nawiedzony kaznodzieja, atmosfera dość niepokojąca, ale poważną sieczkę w mózgu robi ta marimba przygrywająca co jakiś czas. Pozornie delikatne, dystansujące brzmienie, a efekt jest dość dziwny. Nie, że zły czy coś. Nieuchwytne wrażenie. Słuchany w pełnym skupieniu mocno mnie muli. Ja już na tym etapie miewałem lekkie bóle głowy. Monotonne frazy zdają się powtarzać w nieskończoność. Muzyczny obraz resztek sił, kompletnego pogodzenia się z rzeczywistością. Apatia na pełnej, nie ma nic poza skalą szarości.
Tattooed Man. We wspominanym mieście po końcu świata działa jeszcze mała knajpa, gdzie można się upodlić jakąś berbeluchą. W tle przygrywa odpowiedni do takich okoliczności wspomnikowy love song trochę przypominający standard. Jest miejsce na wspomnienia, melancholię, ale brudne, gorzkie w opór. Znowu ta marimba, z lewej strony z czasem atakują spowolnione wokale, instrumenty. Muzyczna wycieczka po kolejnym kręgu piekła. Smętny wokal atakuje w ten sam sposób. Całkiem do zapamiętania jest ta melodia z początku i powtarzane I love him, I hate him.
Triple Sun trochę wyrywa z tego mocno posępnego klimatu. Robi się bardziej filmowo, ilustracyjnie, jest w tym jakiś dystans od reszty, ale z czasem dobrze znane elementy wracają. Ładna rytmiczna pętla. Znowu z podziemi wyrasta dodatkowo zniekształcony wokal. Niby jedna linijka, ale i ona dostaje masę linijek wyjaśnienia, więc siedzę cicho. Mieliśmy modelowy wstęp, mamy mały przerywnik między poważniejszymi uderzeniami.
It's In My Blood odsłania bardziej industrialowe korzenie towarzystwa. Głęboki hipnotyczny bas, marszowy rytm. Dochodzi czasem więcej dźwięków perkusyjnych. Mam mały problem z tym jazgotem na początku, no nie brzmi to dziś za dobrze. Tu najlepiej słychać kanciastą produkcję. Orkiestra z innego świata, a cała reszta z innego. W dziwnym połączeniu jest jakaś metoda. Jak do tej pory najsłabszy moment, no nie siedzi za bardzo.
I Don't Get It. Wraca ten dystopijny postapo klimat. W ogóle niewyraźne wokale, elektroniczne efekty i hipnotyczne zagrywki. Podoba mi się ten dźwięk ni to flet czy inny obój, może nawet tutaj bliżej klasycznym inspiracjom jak na Musick to Play in the Dark? Niektóre wyziewy trochę drażnią, cała reszta baardzo dobra.
Heaven's Blade i znowu atak z zupełnie innej strony. Gliczy jeszcze nie było, do tego jeszcze kilka świdrujących dźwięków z prawej do lewej i w drugą. Balance znowu ma coś więcej do przekazania z drugiej strony rzeki, znów brzmi jak wyraźnie doklejony do reszty. Bardzo dziwna struktura. Tu zawsze nadchodziło drugie uderzenie senności i odlotu. Niepokojąco uduchowiona kolejna symfonia pod koniec, rozpada się razem z wokalem, dość mocny zabieg.
Cold Cell, tu już na serio bez dodatkowych znaczeń wkraczamy w świat wierzeń. Muzyczna litania ku pokrzepieniu serc przeciwko niedostatkom, zjawiskom uprzykrzającym życie. Jak do tej pory nie było aż tak oszczędnie i przejrzyście. Z tego sennego obrazu wyłaniają się czasem konkrety.
Teenage Lightning 2005. Końcówkę płyty pamiętam najsłabiej, no ale nie ma się czemu dziwić wobec powyższej relacji. Hipnotyczny rytmiczny instrumental znowu przyozdobiony tą złowrogą marimbą. Jak na filmach można się czasem bać klaunów, tak w muzyce podobne wrażenie robią tego typu dźwięki przy niepokojącym, mrocznym tle. Podoba mi się ta powracająca melodia. Kolejny kawałek bardziej ilustracyjny niż kontemplacyjny. Podobnie jak marimba działa tutaj wokal. Razem z nim dochodzi jeszcze więcej drażniących dźwięków, choć Balance jedzie tu z czymś w rodzaju kołysanki. No i co z tego, że rodem z horroru? Przy dłuższym kontakcie z Coilami człowiek na swój sposób się oswaja. Tylko ten śmiech... cholerny jumpscare, ale u Klausa też nie brakuje takich. Moje poważne odkrycie po tylu latach.
Amber Rain. Chyba już na poważnie pozbyliśmy się sennych teł, teraz mrok odbywa się w inny sposób. Upiorne partie na instrumentach i poważniejsza rola wokalu JB. Tutaj podoba mi się najbardziej, bo wykonuje urokliwe melodie, choć na pogrzebową, trupią modłę. Słychać, że potrafił wykrzesać z siebie znacznie więcej technicznie. W środku mamy jakąś muzyczną pocztówkę z Bliskiego Wschodu. Udziela się znowu bliżej nieokreślona duchowa otoczka. Nie jest przeciągnięte, dzieje się dość dużo. Że też nigdy nie wpadłem na to, żeby wrócić po prostu do trzech ostatnich kawałków...
...bo Going Up też jest bardzo zacne. Zaczyna się jak podkład do dramatycznej sceny lub ekspresyjnej ballady. Świetny fletoobój, marimba odpowiednio na drugim planie, coś się właśnie dopełnia. Przypomina trochę Psychic TV z Force the Hand of Chance, tylko że tutaj atmosfera bardziej rozmyta. Mistrz ceremonii i główny bohater, który jakby jeszcze dopytuje sam siebie, czy to już odpowiedni moment. Nie znam się na brytyjskich sitcomach, nie chcę sobie psuć tego poważnego wrażenia, ale lubię takie przechwycenia. Wykorzystanie jakiegoś tekstu w zupełnie inny sposób, żeby wydobyć nowe znaczenie. Robi wrażenie. Nie bez nutki ironicznego komentarza, ale zrobione z pompą.
Dawniej oceniłem to dość wysoko na RYMie i raczej nie zamierzam tego zmieniać. Mocna płyta, która po czasie chyba wreszcie zaskoczyła w sposób, jakiego do tej pory nie doświadczyłem. Do tej końcówki zamierzam wracać. Poważna łamigłówka wreszcie sensownie odkodowana od początku do końca. Na podstawie osobistego doświadczenia wyszła rzecz mówiąca o czymś więcej, poprowadzona z pomysłem i precyzją. Dość trudna w odbiorze, ale warta odbycia tej przygody.
-
Hien
- Posty: 24613
- Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
- Lokalizacja: Sam's Town
Coil - The Ape of Naplet
Powiem szczerze, borykam się teraz z pewnymi problemami, które powodują, że jest mi średnio wesoło, a ta płyta jest chyba najgorszym albumem, który mógłbym sobie włączyć jako soundtrack. Każdy odsłuch był trudny, niezbyt przyjemny, wpychał mnie w jeszcze większą depresję, niż ta w której już byłem. Postaram się być obiektywny, ale tak loteria życia wylosowała.
Coil, na podstawie tej płyty oraz tego czego słuchałem wcześniej (a było tego mało), jawi mi się jako zespół dla kilku grup. Po pierwsze, dla smutnych ludzi, którzy lubią emanować tym smutkiem, bo myślą, że to jest cool, a w rzeczywistości to jest tylko smutne i odpychające. Po drugie, dla ludzi, którym jest w życiu za spokojnie, za wesoło i szukają jakiejś odmiany w skrajnie brzmiących źródłach (Wuja mi tu przychodzi do głowy). Po trzecie, dla muzbawkowców, którzy lubią hajpować rzeczy z premedytacją srające na mainstream. Nie wrzucam Seby do żadnej z tych kategorii, bo to nie jest taki prosty egzemplarz żebym go szufladkował, ale pewnie swoje powody jakieś ma.
Nie zmienia to wszystko faktu, że jest to grupa interesująca, a ich muzyka jest dobra, przynajmniej obiektywnie oceniając po jakimś tam ułamku dyskografii. Małe są szanse, że kiedykolwiek się zagłębię w tylni katalog, więc traktuję tę wrzute jako osamotnioną przygodę, ale jednak przygodę.
„Fire of the Mind” to stypa 100%. Od samego początku mnie to dobiło. Murzyn mi podrzucił skojarzenie płyty z Akrą, ale za nic album Arki taki nie był. Może i Arka smęciła, ale nie zasmucała. Była w tym jakaś nadzieja. Tutaj jest przyćpany Bernard Sumner na jakimś pogrzebie. Nawet nie potrafię poskładać myśli na temat muzyki, bo pragnę od niej jak najszybciej uciec.
„The Last Amethyst Deceiver” na szczęście idzie w odrobinę innym kierunku, na tyle innym, że mi się to podoba. Pojawia się marimba, instrument, który ubóstwiam. Minimalistyczna muza w tle przypomina mi jakieś dungeon music z Zeldy. Jest ok. Zdecydowanie jeden z najlepszych fragmentów płyty, a dla mnie, przy pierwszym przesłuchaniu, to była olbrzymia ulga, że są tu momenty dla mnie.
„Tattooed Man” brzmi jak intro do „Allo Allo” gdyby to był serial reżyserowany przez Tima Burtona. Numer ma silny vibe Tom Waitsa i trochę Nicka Cave’a, a to są skojarzenia miłe, chociaż nie powiem żebym nawet w wykonaniu w/w panów szalał jakoś za takim brzmieniem. Jest ok part 2.
„Tripple Sun” brzmi jak te memy „evil …. be like”, w tym wypadku to jest Evil Moby. Elektronika, marimby, jakieś trąbki i sample. Nie jest to złe, na pewno jak na to, co do tej pory słyszałem.
A potem wchodzi „It’s In My Blood” i czar pryska. To jest naprawdę coś dla edgy nastolatków, żeby zadziwiali wszystkich jakich pojebieństw słuchają, i jacy są inni, nonkomformistyczni, i EDŻI. Myślę, że mogę powiedzieć spokojnie, wyrosłem z takiego czegoś, nie robi to na mnie żadnego wrażenia. Te trąby, jakby ktoś polowanie inicjował, są fajne, ale cała reszta brzmi jak jakaś piosenka śpiewana przez Golluma, siedzącego na srająco w jaskini.
„I Don’t Get It” zaczyna się jak słynna muza z Pokemona, która podobno sprawiała, że japońskie dzieci wpadały w panikę i moczyły się w łóżku, jakby ktoś nie wiedział ocb, a pewnie nikt nie wie, chodzi o to
https://www.youtube.com/watch?v=-sOadAaGiq4
Druga połowa utworu zaczyna rozwijać się w interesujący sposób, wchodzą te jazzujące wstawki i jest to ciekawe, przypomina mi „Slow It All Down” no-mana, ale w krzywym zwierciadle. Przetworzone odgłosy brzmią tandetnie, ale na pewno lepiej się komponują z muzyka niż to wycie z poprzedniego kawałka. Nie wiem, odnoszę wrażenie słuchając tego, że Coil próbują być bardzo na siłę. Tak pod każdym względem, każdy pomysł jaki mają, każde rozwiązanie na jakie się decydują, wydaje się być mocno przegięte, jakby na autopilocie wszystko musiało być zrobione +300. To jest ledwo interesujące na papierze, a w ogóle nieinteresujące i niezbyt przyjemne w odbiorze samej twórczości.
„Heaven’s Blade” wraca w końcu do rejonów dla mnie przyjaznych. Fajna elektronika, wokal jak wokal, przyćpany Sumner part deux, ciekawe rzeczy w tle (też elektroniczne), interesujące industrialowe wstawki. Klimat nie wali taką beznadzieją, jest mrocznie ale przyjemnie mrocznie. Żeby ta płyta cała taka była. „Cold Cell” nie pada jakoś bardzo daleko od tego, ale jednocześnie jest tu tylko vibe, nic więcej, piosenka sama w sobie (o ile w ogóle można to tak nazwać) to taka mantra bez pomysłu.
„Teenage Lightning 2005” to odtrutka. O ile, na tym albumie przynajmniej, Coil kompletnie nie umieją w piosenki, tak w długasy, które zmierzają donikąd już bardziej. Pojawia się znowu marimba i brzmi wyjątkowo dobrze. Wokal jest kompletnie zbędny, numer tylko by zyskał gdyby wywalić to zawodzenie, ale już nie będę się czepiał. Nadal jest to na swój sposób męczące, ale myślę, że w dawce pozaalbumowej, gdzieś kiedyś pojedynczo, mogłoby fajnie wejść. Może i kawałek zmierza donikąd, ale nie przeszkadza mi to dopóki po prostu brzmi dobrze.
„Amber Rain” nie zmienia za bardzo wajbu, ale jednak brzmi to inaczej. Wokal brzmi jak jakaś tradycyjna, staroceltycka przyśpiewka, co dodaje folkowego sznytu. Dziwne dźwięki tym razem nie robią problemu, są klimatyczne, wchodzą w dobrych momentach, itd. Znowu pojawiają się jazzowe elementy w formie instrumentów dętych (klarnet jest wybitny), ich użycie jest dobre i mi się podoba. Jeden z najlepszych fragmentów albumu.
„Going Up” jest ok, ale na tym etapie, po godzinie spędzonej z tą muzyką, nie wnosi ani nic nowego, ani nic specjalnie dobrego. Wokale ala Arka w domu na kiju nie biorą mnie już tutaj w ogóle, nic mnie tu już w sumie nie bierze. Obiektywnie wiem, że to jest dobre, ale ja nie mam już na to siły. Docieram do końca z szacunku dla Mentosa i szanownego grona uczestników.
Każdy odsłuch tej płyty to była dla mnie męczarnią. To było wyzwanie. Część z was prychnie śmiechem, ale mi nie jest aktualnie do śmiechu. Przyznaję, że płyty słuchałem za pierwszym razem ponad dwie godziny, bo między każdym kawałkiem robiłem sobie 10 minut przerwy. Niemniej, starałem się podejść do sprawy trzeźwo i chyba się udało, bo są na tym albumie mocno dołujące kawałki, które jednak mi się podobały i uznaję je za dobre. Reszta była przyzwoita, lub średnia, a nawet słaba. Nie jestem i chyba nigdy nie byłem takim człowiekiem, żeby świadomie pławić się w takich klimatach. Seba, jako rasowy troll, wrzucił to do „letniej” kolejki, możemy się jedynie cieszyć, że wałkujemy „The Ape Of Naples” w połowie września, a nie na przykład na przełomie lipca i sierpnia. To było najtrudniejsze doświadczenie dla mnie w albumowej bestce, tak wyszło. Album dla fanów, zespołu lub tego typu brzmienia, dla reszty do obadania, docenienia (lub nie) i zostawienia za sobą.
Powiem szczerze, borykam się teraz z pewnymi problemami, które powodują, że jest mi średnio wesoło, a ta płyta jest chyba najgorszym albumem, który mógłbym sobie włączyć jako soundtrack. Każdy odsłuch był trudny, niezbyt przyjemny, wpychał mnie w jeszcze większą depresję, niż ta w której już byłem. Postaram się być obiektywny, ale tak loteria życia wylosowała.
Coil, na podstawie tej płyty oraz tego czego słuchałem wcześniej (a było tego mało), jawi mi się jako zespół dla kilku grup. Po pierwsze, dla smutnych ludzi, którzy lubią emanować tym smutkiem, bo myślą, że to jest cool, a w rzeczywistości to jest tylko smutne i odpychające. Po drugie, dla ludzi, którym jest w życiu za spokojnie, za wesoło i szukają jakiejś odmiany w skrajnie brzmiących źródłach (Wuja mi tu przychodzi do głowy). Po trzecie, dla muzbawkowców, którzy lubią hajpować rzeczy z premedytacją srające na mainstream. Nie wrzucam Seby do żadnej z tych kategorii, bo to nie jest taki prosty egzemplarz żebym go szufladkował, ale pewnie swoje powody jakieś ma.
Nie zmienia to wszystko faktu, że jest to grupa interesująca, a ich muzyka jest dobra, przynajmniej obiektywnie oceniając po jakimś tam ułamku dyskografii. Małe są szanse, że kiedykolwiek się zagłębię w tylni katalog, więc traktuję tę wrzute jako osamotnioną przygodę, ale jednak przygodę.
„Fire of the Mind” to stypa 100%. Od samego początku mnie to dobiło. Murzyn mi podrzucił skojarzenie płyty z Akrą, ale za nic album Arki taki nie był. Może i Arka smęciła, ale nie zasmucała. Była w tym jakaś nadzieja. Tutaj jest przyćpany Bernard Sumner na jakimś pogrzebie. Nawet nie potrafię poskładać myśli na temat muzyki, bo pragnę od niej jak najszybciej uciec.
„The Last Amethyst Deceiver” na szczęście idzie w odrobinę innym kierunku, na tyle innym, że mi się to podoba. Pojawia się marimba, instrument, który ubóstwiam. Minimalistyczna muza w tle przypomina mi jakieś dungeon music z Zeldy. Jest ok. Zdecydowanie jeden z najlepszych fragmentów płyty, a dla mnie, przy pierwszym przesłuchaniu, to była olbrzymia ulga, że są tu momenty dla mnie.
„Tattooed Man” brzmi jak intro do „Allo Allo” gdyby to był serial reżyserowany przez Tima Burtona. Numer ma silny vibe Tom Waitsa i trochę Nicka Cave’a, a to są skojarzenia miłe, chociaż nie powiem żebym nawet w wykonaniu w/w panów szalał jakoś za takim brzmieniem. Jest ok part 2.
„Tripple Sun” brzmi jak te memy „evil …. be like”, w tym wypadku to jest Evil Moby. Elektronika, marimby, jakieś trąbki i sample. Nie jest to złe, na pewno jak na to, co do tej pory słyszałem.
A potem wchodzi „It’s In My Blood” i czar pryska. To jest naprawdę coś dla edgy nastolatków, żeby zadziwiali wszystkich jakich pojebieństw słuchają, i jacy są inni, nonkomformistyczni, i EDŻI. Myślę, że mogę powiedzieć spokojnie, wyrosłem z takiego czegoś, nie robi to na mnie żadnego wrażenia. Te trąby, jakby ktoś polowanie inicjował, są fajne, ale cała reszta brzmi jak jakaś piosenka śpiewana przez Golluma, siedzącego na srająco w jaskini.
„I Don’t Get It” zaczyna się jak słynna muza z Pokemona, która podobno sprawiała, że japońskie dzieci wpadały w panikę i moczyły się w łóżku, jakby ktoś nie wiedział ocb, a pewnie nikt nie wie, chodzi o to
https://www.youtube.com/watch?v=-sOadAaGiq4
Druga połowa utworu zaczyna rozwijać się w interesujący sposób, wchodzą te jazzujące wstawki i jest to ciekawe, przypomina mi „Slow It All Down” no-mana, ale w krzywym zwierciadle. Przetworzone odgłosy brzmią tandetnie, ale na pewno lepiej się komponują z muzyka niż to wycie z poprzedniego kawałka. Nie wiem, odnoszę wrażenie słuchając tego, że Coil próbują być bardzo na siłę. Tak pod każdym względem, każdy pomysł jaki mają, każde rozwiązanie na jakie się decydują, wydaje się być mocno przegięte, jakby na autopilocie wszystko musiało być zrobione +300. To jest ledwo interesujące na papierze, a w ogóle nieinteresujące i niezbyt przyjemne w odbiorze samej twórczości.
„Heaven’s Blade” wraca w końcu do rejonów dla mnie przyjaznych. Fajna elektronika, wokal jak wokal, przyćpany Sumner part deux, ciekawe rzeczy w tle (też elektroniczne), interesujące industrialowe wstawki. Klimat nie wali taką beznadzieją, jest mrocznie ale przyjemnie mrocznie. Żeby ta płyta cała taka była. „Cold Cell” nie pada jakoś bardzo daleko od tego, ale jednocześnie jest tu tylko vibe, nic więcej, piosenka sama w sobie (o ile w ogóle można to tak nazwać) to taka mantra bez pomysłu.
„Teenage Lightning 2005” to odtrutka. O ile, na tym albumie przynajmniej, Coil kompletnie nie umieją w piosenki, tak w długasy, które zmierzają donikąd już bardziej. Pojawia się znowu marimba i brzmi wyjątkowo dobrze. Wokal jest kompletnie zbędny, numer tylko by zyskał gdyby wywalić to zawodzenie, ale już nie będę się czepiał. Nadal jest to na swój sposób męczące, ale myślę, że w dawce pozaalbumowej, gdzieś kiedyś pojedynczo, mogłoby fajnie wejść. Może i kawałek zmierza donikąd, ale nie przeszkadza mi to dopóki po prostu brzmi dobrze.
„Amber Rain” nie zmienia za bardzo wajbu, ale jednak brzmi to inaczej. Wokal brzmi jak jakaś tradycyjna, staroceltycka przyśpiewka, co dodaje folkowego sznytu. Dziwne dźwięki tym razem nie robią problemu, są klimatyczne, wchodzą w dobrych momentach, itd. Znowu pojawiają się jazzowe elementy w formie instrumentów dętych (klarnet jest wybitny), ich użycie jest dobre i mi się podoba. Jeden z najlepszych fragmentów albumu.
„Going Up” jest ok, ale na tym etapie, po godzinie spędzonej z tą muzyką, nie wnosi ani nic nowego, ani nic specjalnie dobrego. Wokale ala Arka w domu na kiju nie biorą mnie już tutaj w ogóle, nic mnie tu już w sumie nie bierze. Obiektywnie wiem, że to jest dobre, ale ja nie mam już na to siły. Docieram do końca z szacunku dla Mentosa i szanownego grona uczestników.
Każdy odsłuch tej płyty to była dla mnie męczarnią. To było wyzwanie. Część z was prychnie śmiechem, ale mi nie jest aktualnie do śmiechu. Przyznaję, że płyty słuchałem za pierwszym razem ponad dwie godziny, bo między każdym kawałkiem robiłem sobie 10 minut przerwy. Niemniej, starałem się podejść do sprawy trzeźwo i chyba się udało, bo są na tym albumie mocno dołujące kawałki, które jednak mi się podobały i uznaję je za dobre. Reszta była przyzwoita, lub średnia, a nawet słaba. Nie jestem i chyba nigdy nie byłem takim człowiekiem, żeby świadomie pławić się w takich klimatach. Seba, jako rasowy troll, wrzucił to do „letniej” kolejki, możemy się jedynie cieszyć, że wałkujemy „The Ape Of Naples” w połowie września, a nie na przykład na przełomie lipca i sierpnia. To było najtrudniejsze doświadczenie dla mnie w albumowej bestce, tak wyszło. Album dla fanów, zespołu lub tego typu brzmienia, dla reszty do obadania, docenienia (lub nie) i zostawienia za sobą.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn