Best of Forum (Albumy) vol. 2

Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18314
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Re: Best of Forum (Albumy) vol. 2

Post 15 wrz 2023 13:56

Coil - The Ape of Naplet

Pamiętam Coil z bestki utworowej. Był tam taki zwariowany utwór, który mi się podobał. Na tyle, że ściągnąłem cały album, z którego ów utwór pochodził. Przesłuchałem go raz i w sumie zapomniałem o nim, gdyż uznałem, że reszta albumu jednak znacząco odbiega od The first five minutes after death i średnio mi się podoba. The Ape of Naplet jest więc drugim kontaktem z Coil. Spodziewałem się dziwacznej muzyki, muzyki, do jakiej w sumie nie przywykłem za bardzo. I taką też otrzymałem. Pierwsze 3 odsłuchy były traumatycznym przeżyciem. Pomiędzy nimi robiłem sobie parodniowe przerwy nie mając po prostu ochoty wracać (a pierwszy odsłuch był na długo przed rozpoczęciem omawiania albumu). Po owym trzecim odsłuchu miałem już w głowie gotową recenzję, którą tylko w wolnej chwili miałem wstukać do kompa. Ja lubię w sumie mroczne klimaty, nawet jakieś dołujące, depresyjne. Ale album Coil wydał mi się jednak przegięty pod tym względem. A głównie za sprawą wokalisty. Bo nie chodziło mi wcale o warstwę dźwiękową, a wokalną właśnie. Pan Balance tak potwornie swoim zawodzeniem i smęceniem obrzydzał mi samą muzykę, że myślałem, iż nigdy nie będę w stanie tego przeskoczyć. Stwarzał aurę takiej kompletnej beznadziei, że człowiekowi aż odechciewało się po prostu żyć. I w sumie nadal to w pewnym stopniu podtrzymuję. Wokal jest najsłabszą rzeczą na tym albumie. Pamiętam jak kiedyś próbowałem muzyki polskiego zespołu Lunatic Soul. Tam wokalista stwarzał bardzo podobne wrażenie. Tak po prostu smęcił, że po 3-4 utworach dostawałem szału. Do tego same utwory były smętne, więc dałem sobie spokój z tym bandem. Gdybym sam z siebie próbował poznawać album The Ape of Naplet, to zapewne też bardzo szybko dałbym sobie z nim spokój. No ale to jest bestka i nie można odpuszczać za łatwo.
Kolejne odsłuchy powoli zaczęły wzbudzać moje zainteresowanie od strony brzmieniowej. Na tyle, że już nawet nauczyłem się przymykać oko na smętne wyczyny Balance’a. Kompozycje nawet bez wokalu same w sobie stanowią soundtrack do jakiegoś pogrzebu i tylko momentami aura się nieco zmienia. Zanim przejdę do omawiania utworów powiem, że generalnie album mi się podoba. Musiałem przełamać tę początkową niechęć, wyrwać się z tej atmosfery otępiającej beznadziei i spojrzeć na tę muzykę z trochę innej strony. Wokal nadal mnie wkurza i psuje mi nastrój, ale brzmieniowo jest interesująco. Zgadzam się też z przedmówcami, że to nie jest zbytnio album na obecną porę roku. W pochmurne dni listopada pasowałby bardziej.
Fire of the mind to niezłe otwarcie. Te dudy (czy też lira korbowa jak wyczytałem) fajnie brzmią. Utwór co prawda od początku do końca opiera się na tej samej zapętlonej melodii, ale na szczęście nie jest jakoś bardzo długi. To pierwszy utwór, więc nawet wokalista jeszcze tak nie męczy.
The last amethyst deceiver opiera się na kontrabasie lub czymś bardzo podobnym i to mnie od razy wzięło, bo uwielbiam to brzmienie. Fantastycznym instrumentem jest też marimba (choć dotychczas nie wiedziałem nawet, że to tak się nazywa). Do tego fajne zagrywki klawiszowe. Wolałbym naprawdę, żeby to był utwór instrumentalny. Bo już przy wokalu zapala mi się ostrzegawcza lampka. Ten gość ma naprawdę bardzo nieprzyjemny głos. No ale mimo wszystko jest dobrze, choć utwór jest prawdopodobnie sporo za długi.
Tattooed Man od początku kojarzy mi się z jakimś cyrkiem czy lunaparkiem. Ale nie takim dla dzieci, raczej jakimś z horroru, gdzie bilety sprzedawałby klaun z „It” Stephena Kinga. Ładna smutna melodia. Nawet Balance nieźle tym razem ciągnie tę melodię. Jest akordeon, co jest niewątpliwym plusem. Podoba mi się.
Tripe sun to zupełna zmiana klimatu. Jest wciąż niepokojąco, ale w inny sposób. Całkiem przyjemny instrumentalny (no prawie) przerywnik pomiędzy psycho circus a czeluściami piekła.
It’s In My Blood od początku budzi niepokój, który potem przeradzać się może nawet w strach. Hien pisze, że wyrósł z takich rzeczy i go to nie rusza. Mnie się podoba, bo nigdy podobnych rzeczy nie słuchałem. Trochę klimatycznie kojarzy mi się to z utworem Dragona od Diagnose Lebensgefahr. Muzycy z Coil chcieli tu pewnie wywołać u słuchaczy jakiś rodzaj szoku czy coś. Mnie to tam nie tyle szokuje, co po prostu podoba mi się warstwa dźwiękowa. Ten głęboki bas dochodzący z trzewi samego piekła. Dudniąca marszowo elektronika. Jak jakaś ogromna krocząca maszyneria nie do powstrzymania. Przypominają mi się moje senne koszmary z dzieciństwa. Miałem taki jeden sen, który wielokrotnie się powtarzał zawsze wywołując u mnie potworne przerażenie. Jakaś ogromna kula niezidentyfikowanej materii z przerażająco straszną nieludzką twarzą napierała na inną kulę, która pod tym naporem się cofała i kurczyła w przerażeniu. Ta zła kula była tak niewyobrażalnie wielka, była jakimś uosobnieniem wszelkiego zła i w tym śnie wiedziałem, że nic jej nie jest w stanie powstrzymać, że zaraz pożre cały świat reprezentowany niejako przez tę drugą tłamszoną kulę. Takie to miałem koszmarki w dzieciństwie, które pamiętam do dziś. Czułem wtedy zawsze tak niewyobrażalne uczucie beznadziei i strachu, że łkałem przez sen, aż przychodził któryś z rodziców mnie uspokajać. Ten utwór od razu skojarzył mi się z tym snem. Przywodzi podobne odczucia beznadziei. I gdybym słuchał tego jako dziecko, to na pewno bym się bał. Gdy Balance zaczyna krzyczeć i jęczeć jak jakiś potępieniec to przychodzi mi też do głowy mimowolnie obrazek, że stoję na krawędzi jakiejś czarnej niewyobrażalnie głębokiej dziury w ziemi, a z dołu dochodzą do mnie te dźwięki pochodzące niechybnie z czeluści piekieł. Balance zaś to potępieniec gotowany w smole przez jakiegoś diabła i wyje w potwornych mękach. No utwór wywołuje różne skojarzenia, ale przede wszystkim dobrze brzmi. Te różne klawiszowe wstawki są super. Niektóre brzmią bardzo znajomo (jak z gry Dark colony), inne jak zagrywka z czołówki jakiegoś programu tv. A smyczkowe momenty mogłyby nawet zaistnieć w soundtracku do Aliens. Myślę, że jakby wyciąć te wokalne popisy, to byłby naprawdę klimatyczny numer. Bo darcie japy przez Balanca choć tu pasuje, to jednocześnie powodować może u niektórych uczucie przegięcia. A warstwa instrumentalna jest bardzo interesująca.
I jeszcze jedno – jak nałożyłem słuchawki z tym utworem córce, to patrzyła się na mnie jak na wariata nie mogąc zrozumieć, czemu słucham takiej szatańskiej muzyki. :D
I Don’t Get It też mi się podoba. Znowu co prawda można by sobie darować „wokalne” wstawki, ale nie psują one jednak dobrego wrażenia. Ta muzyczka brzmi jak soundtrack z jakiejś starej przygodowo-horrorowej platformówki. Albo gry w stylu King Quest. Ten flet jest fantastyczny. W ogóle klimat tego utworu bardzo mi się podoba. Melodia fantastyczna. Klimat fantastyczny (ale tak, wyciąłbym jednak te wszystkie wokalne sample).
Heaven’s Blade to bardzo dobry elektroniczny utwór. Taki bardziej z tych mniej horrorzastych, choć mroczny klimacik nadal jest. Ale bardziej z jakichś filmów sci-fi z akcją osadzoną na ziemi ileś tam setek lat do przodu, gdzie samochody latają w powietrzu wśród drapaczy chmur. Bardzo dobra rzecz.
Cold cell też klimatyczne, choć powraca znowu mocno smęcący Balance. Brzmi to z jego wokalem, jak jakaś modlitwa. Z każdym utworem zastanawiam się, czemu ten album nie jest instrumentalny?
Teenage Lightning 2005 to kolejny dobry numer z zupełnie niepotrzebnym wokalem. Ten basowy syntezator świetny, marimba rewelacyjna. Fajne outro. Jeden z lepszych utworów.
Amber rain to znowu powrót do lunaparku, tyle że nie tak psychodelicznego, jak w Tattooed Man. Zapętlona muzyczka na klarnecie świetna. Super zagrywka na pianinie. Jest klimacik znowu i nawet Balance brzmi przystępnie. To znowu w wersji instrumentalnej mogłoby pogrywać w jakiejś starej gierce.
Going up to spokojne zakończenie płyty. Ładnie marimba pogrywa na drugim planie. Ciekawy gościnny wokal. Dobre zakończenie albumu.
Podsumowując – bardzo źle się rozpoczęła moja przygoda z tym albumem. Przytłaczał mnie smętny i dołujący wokal Balance’a. Ale wreszcie jak się trochę osłuchałem, to doceniłem klimat tej płyty, brzmienie, zastęp ciekawych instrumentów. Zaczęły przychodzić do głowy różne fajne skojarzenia w związku z niektórymi utworami. Po raz kolejny przebrnąłem przez niezliczone ilości kłód pod nogami, ale się opłaciło. Czy będę wracał? Pewnie tak. Przynajmniej od czasu do czasu, bo za często w takich ciężkich klimatach się nie da obracać. Myślę, że powroty byłyby znacznie częstsze, gdyby to była płyta instrumentalna. Tak wiem, że wciąż się powtarzam w temacie wokalu, ale to jest naprawdę jedyny poważny minus tego albumu.
Przesłuchałem ten album pisząc tę recenzję dwukrotnie, więc teraz dla odtrucia i nabrania odrobiny optymizmu idę posłuchać cieplutkiego, słonecznego i przyjemnego London Grammar. :D
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13775
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 18 wrz 2023 09:10

Coil - The Ape of Naples

Mentos, mentos, mentos, kenciusiii, somtajms Twe wrzuty hypnotajz mi...

A czasami nie. Ale ostatnimi czasy mintaj stara się porzucić gębę kolesia od wrzutek z książki o najlepszych albumach wszechczasów i próbuje zaserwować coś bardziej niszowego może? Czym to się kończy - ano tym że wrzutek mentosa się nie słucha, je się przeżywa. To nie jest wiecie jakaś tam muzyczka co to sobie poleci przy sprzątaniu i się człek pogibie tylko jakiś syrenii śpiew co zaczarowuje człowieka albo takie szatańskie coś co sieknie go po trzewiach. Coś jak ta kolejna wrzutka by Jimi Mentos Experience.


Fire of the Mind otwierające album niejako z miejsca zapowiada że będziemy mieć do czynienia z płytą żałobną (a jednocześnie pośmiertną, dziwne to takie że niejako Balance sam sobie nad grobem zaśpiewał). Jest to jedna z bardziej piosenkowych kompozycji na płycie i jedna z lepszych zarazem, smutna co prawda ale te synthy w połączeniu z bębnami robią ładny klimat (usłyszałem od znajomka że to by się też nadało na ost do Wikingów jak Fever Ray i przyznałem mu rację). The Last Amethyst Deceiver to długi numer z klimatem nieco szpiegowskim a trochę nie wiem dystopijnym? Wyczuwam też tu nieco klimaty deszczowego miasta jak na Edgeland które wrzucał dev. Numer ni grzeje ni ziębi, trwa i jest ok po prostu. Tattooed Man to jedna z bardziej dramatyzujących, pogrzebowych nutek na albumie, tutaj klimat tworzy smutny akordeon i rozpaczliwy wokal Balance'a. Tekst też jest mocno przygnębiający, raczej numer który chętniej omijam niż słucham. Tripe Sun jest przykładem szablonowego numeru przez pryzmat których postrzegam ten album nieco - "długi elektroniczny przerywnik" z odrobiną wokalu. It's In My Blood to psycho klimaty faktycznie trochę jak z tej jednej wrzuty Dragona co to miała niby udawać psychiatryk a była bardziej przykra i stygmatyzująca niż oddająca panujący tam klimat. SKIP. I Don't Get It faktycznie od strony muzyki mógłby być fajnym wspomnieniem Lavender Town (jedna z najfajniejszych melodyjek z gier Pokemon) gdyby nie te przykre wokalne wstawki rodzącego się Golluma. Szkoda tej trąbki trochę. Heaven's Blade to jeden z lżejszych momentów na płycie, przypomina trochę pod tym kątem neutralny numer o ametyście, tu elektronika jest nieco arkejdowa, brzmi jak coś z osta do Machinarium nawet. Stosunek znów full neutral. Cold Cell to taki smutny kawałek nagrany jakby przez tonącego z dna studni, przypomina mi pod tym kątem nieco Starshine z debiutu Gorillaz które kiedyś bardzo lubiłem. Teenage Lightning to kolejny długi elektroniczny przerywnik z odrobiną wokalu. Amber Rain to utwór który najlepiej puentuje jak wygląda obcowanie z tym albumem - "what an awful way to find out you're alive", bo kiedy człowiek to puści sobie to od razu wie że jego zmartwienia są malutkie i nie ma czym się dołować, żyć trzeba nie umierać. Ciężar przygniatający, przełączam. No i wieńczące dzieło Going Up, podobno że to jakaś przeróbka numeru z jakiegoś serialu? Nawet nie sprawdzam, ta wersja jest znakomita i jest fenomenalnym zwieńczeniem takiej płyty jak ta. Chyba najlepsza kompozycja z płyty, idealnie wyważone proporcje, trochę wracamy do początku bo to ładna klamra z otwierającym album Fire of the Mind. Żal tylko że pomiędzy nimi mieści się podróż przez siedem bram piekieł. Piękny utwór, bardziej wzrusza niż dołuje. To byłby świetny kandydat do bestki utworowej IMO i wystarczyłby aby ładnie przedstawić Coil bez "babrania" się w tym albumie.

Dobrnąłem do brzegu ale zmachałem się jak pieron bo słuchając tego bez mała przepłynąłem Styks w obie strony, umarłem i odrodziłem się na nowo. Z pewnością nie była to wycieczka na jaką liczyłem w kolejce LETNIEJ gdzie każdy bardziej serwował raczej last minute w jakieś przyjemne rejony, tu czułem się jakbym wyrwany z wakacji musiał nagle lecieć na pogrzeb, szkoda nieco że mentos nie bierze pod uwagę chyba takich czynników no ale trudno, jego strata albo strata dla Coil bo pierwszy raz jest raz w życiu i nie wiem czy z własnej nieprzymuszonej woli zechcę do tego wracać listopadową porą a wiem, czuję, że przy odpowiednim settingu to może ostro wsiąść na bańkę. Tym razem mam lekki niedosyt że chyba nie całkiem należycie przeżywałem tę wrzutkę, z drugiej strony życzę sobie żeby to mi nigdy nie siadło mocniej bo to będzie oznaczało chyba tylko że coś tragicznego się w moim życiu wydarzyło. Z jednej strony powiedzmy że doceniam to jak spójny ten album wyszedł mimo wszystko choć posklejany był trochę jak to ((speak)) od no-man, ładne epitafium muzyczne wyszło a z drugiej poza tą fajną klamrą tego albumu jego środek niespecjalnie wart jest uwagi, choć nie powiem też żeby to był zły album wcale. Nie czuję jednak potrzeby obcowania z takim klimatem, z 15 lat temu mógłbym to łatwiej łyknąć.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13775
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 19 wrz 2023 11:52

Melki kończmy to Coil i jedziesz z wrzutką na następną kolejkę
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 20 wrz 2023 21:05

Dobra, wróciłem, wkrótce Coil wjedzie.
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 21 wrz 2023 00:18

Coil - The Ape of Naples

Jestem pewien, że słyszałem wcześniej Coila i to nieraz, ale nie zapadł mi ten zespół wcześniej w pamięci. Dlatego te odsłuchy mogę traktować jak początek przygody z zespołem. Ale do rzeczy. Rozpoczyna się płyta od Fire of the Mind. Od razu zwraca uwagę bardzo chłodne brzmienie połączone z nieco baśniowym, odrealnionym klimatem, wokal dobiega jakby z zaświatów. Rytmika jest taka, że brzmi to jak dosyć złowroga baśń, no, nie słucha się tego przyjemnie, towarzyszy temu bliżej nieokreślone napięcie, syntezator nieco rzęzi, ciężki kawałek. Co czeka słuchacza po ponurym wprowadzeniu? The Last Amethyst Deceiver. Spokojniejsze, łagodniejsze brzmienie, ciekawa rytmika, pogrzebowy wokal, aura też pogrzebowa. Ten głos zaczyna wywoływać średnio przyjemny dreszczyk, to of the amethyst brzmi dość przerażająco, od dłuższego słuchania można mieć bardzo nieprzyjemne doznania. Inaczej się tego słucha na słuchawkach (jak ja w drodze do czy z pracy - aura niesamowicie przytłaczająca), inaczej bez - nieco spokojniej. Przypomina to jakieś pseudoludowe, czarne święto. Długie to. Marimba ciekawa.
Tattooed Man zaczyna się jak jakiś kryminał. Wchodzi wokal i znów robi się bardzo nieprzyjemnie, kojarzy się to z jakimś groteskowym klaunem i odnoszę wrażenie, że te wszystkie zabiegi są jak najbardziej celowe, a autor to był niezły dziwak. Przegięte są te wykręcone wokale. Ten drugi wokal w tle, te efekty brzmią groteskowo złowrogo, budzą duże napięcie. Całość brzmi jak jeden długi marsz żałobny. Tripe Sun znów brzmi nieprzyjemnie i coraz bardziej to irytuje (ile można słuchać kogoś, kto tak bardzo chce drażnić?) Akcenty chóralne chyba przerysowane. Po co ten wokal tam jest? Trochę niepokojące klimaty. Jak dotychczasowe kawałki budziły różne, najczęściej mieszane uczucia, tak It's in My Blood to jest przegięcie. Połączenie dźwięków z horroru na początku, chorego wokalu czy właściwie ryku (słuchałem tego, jak jechałem na Port Poetycki do Chorzowa i z każdą chwilą czułem się coraz bardziej wbity w krzesełko autobusu). Koło 2:10 wchodzi jakiś poryty głos, gość ewidentnie bardzo chce budzić grozę, mam wrażenie, że to kolejna wrzutka z gatunku "nienawidzę normalnych ludzi". Jakby gość chciał zwymiotować. Te teatralnie przeciągnięte wokale... Zdecydowanie najgorszy utwór na płycie. Chociaż widzę plus - trwa niecałe 5 minut, a mógłby 20.
I Don't Get It psują te dziwne wstawki, tak to cały kawałek mógłby być niezłym soundtrackiem do jakiegoś filmu przygodowego/fantasy. Straszne są te dźwięki, jakby miał zaraz Campslaughter wyskoczyć z nożem zza krzaków i dokonać kolejnej masakry. Heaven's Blade znowu chce straszyć słuchacza wokalem i buczącym dźwiękiem syntezatora. Sam kawałek w miarę spokojny, neutralny, jak to napisał Stripped i pasuje do jakichś gier. Ale wokal znów przerysowany. Oj, nie polubimy się. Cold Cell to chyba najspokojniejszy kawałek jak dotąd, aura nadal pogrzebowa, dudniące brzmienie. Fajnie brzmi marimba w Teenage Lightning, fajnie sobie leci utwór i wchodzi TEN GŁOS. To jest dramat, sorry, ale rzadko w naszych bestkach trafiało się coś równie potwornego jak to.
Amber Rain to wolny, dołujący jak większość tutaj utwór, tu by się przydał Brendan Perry lub ktoś podobny, generalnie brzmi to jak siła, która powoli napływa i niszczy wszystko na drodze. Bardzo ciężki, przygnębiający to album, dobrze, że piszę to w domu, a nie gdzieś w drodze, bo już do Chorzowa ciężko było dotrzeć z tą upiorną aurą. Going Up fajnie to kończy, nieco filmowe synthy, spokojne zaśpiewy, aura bardziej uroczysta niż pogrzebowa, choć trochę.

Ufff, dobrnąłem do końca, chociaż ciężko było. Może i dobrze, że nie umiem się za bardzo w to wczuć, bo chyba musiałbym być w stanie jakiejś totalnej, emocjonalnej zapaści. Albo armagedon by przyszedł. Bardzo ciężki album z nieco filmową aurą, budujący nieznośne długimi chwilami napięcie, koszmarny wokal (to mógłby być zbiór instrumentali), obawiam się, że zbyt często wracać nie będę (jeśli w ogóle), grozi podcięciem żył w razie mocnego przeżywania. It's In My Blood to wyjątkowy potworek, ale nie on sam. Całość utrzymuje ten pogrzebowy klimat, może to trochę za długie, ciężko coś tak ciężkiego szczególnie miłować. A teraz posłucham sobie czegoś przyjemniejszego dla ucha, takie One Caress może być. Albo Earth, Wind & Fire.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13775
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 21 wrz 2023 02:58

Tak, to może być dobra odtrutka, hy.

Melkiego zapraszam do drugiego tematu celem uzupełnienia wrzuty na dalszą kolejkę a mentos ma chwilę by tutaj podsumować.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 22 wrz 2023 10:33

Okej, dziękuje za wasze recenzje. Na swój sposób podoba mi się to, że zazwyczaj były pozytywne, ale mimo wszystko daleko wam do czołobitności, z którą ten album jest traktowany pośród autystów i innych ludzi, który stanowczo za rzadko dotykają trawy. Przekłuwanie baloników zawsze spoko. Chyba to faktycznie jest płyta, którą trzeba poznać albo mając jakieś poważne zaburzenia i/lub po prostu w odpowiednim czasie. No tak się złożyło, że u mnie było "i", więc dlatego zapodałem wam to ja, a nie kolega Robert czy ktokolwiek inny. Zarzuty dotyczące intensywności materiału jestem w stanie zrozumieć, chociaż dla mnie ten album jest za dobry, bym kiedykolwiek odczuwał znużenie nim wywołane, NO ALE TO TEŻ JA. Zabawnym odnalazłem nieco też fakt, że niemal komitywnie zjechaliście It's In My Blood, bo ja tam ten kawałek bardzo lubię, ale jak se tak myślę, to to potwierdzenie mojej tezy o poznawaniu rzeczy w odpowiednim czasie. Albo i moja słabość do brzmień i klimatów rodem z psychiatryka, chociaż w sumie to nigdy w takim nie byłem lol. Mocno was tutaj przeczołgałem tak czy siak, w sumie faktycznie trochę dziwny wybór jak na LATO, ale jak sobie tak myślę o swoim tegorocznym, to pasuje. Jak cuś, to w najbliższych kolejkach nie planuję jednak podobnych kobył, więc możecie spać spokojniej.
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
3/5
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13775
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 22 wrz 2023 11:43

Dzięki. Kolejeczkę wakacyjną uważam zatem za zamkniętą, sporo dobroci daliście tym razem i nawet nie zawaham się by napisać że była to najlepsza jak dotąd kolejka albumowa od początku zabawy.

Otwieramy rundę jesienną, na pierwszy ogień idzie China Crisis z albumem Diary of a Hollow Horse
devotional pisze:
07 wrz 2023 16:32
Zaczynam!

China Crisis - Diary of a Hollow Horse (1989)

Ehh, powiem Wam, PT Forumowicze, że miałem straszny problem ze zdecydowaniem się na to, jaki album wrzucić następny w naszej bestce. Tzn. wiedziałem, że będzie to China Crisis, ale miałem aż 4 pozycje na stole (a w "przypadku rozszerzonym" aż 5 trololo). Stanęło w końcu na tzw. opcji środkowej, i - przyznaję zupełnie szczerze - najlepszej dla mnie spośród tych wyżej wspomnianych 4 (5). CHOCIAŻ podobną sumę pieniędzy postawiłbym na ich ostatni krążek, którym niespodziewanie powrócili w roku 2015 (od tamtej pory wyłącznie koncertują). Krążek, który... ale od początku.

China Crisis to przede wszystkim duet - śpiewająco-klawiszujący Gary Daly i czasem-śpiewająco-gitarujący Eddie Lundon. Rzucili szkołę pod koniec lat 70. krótko przed brytyjskim odpowiednikiem naszych matur, albowiem stwierdzili, że będą nagrywać muzykę i z tego się utrzymywać. Początkowo chcieli grać punk, ale ten szybko im się nudził, poza tym Daly wolał kupić sobie klawisz niż bas albo drugą gitarę (Lundon już grał na gitarze i pisał proste piosenki). Postawili więc na synthpop, inspirując się mocno OMD i... Depeche Mode. I w takim też klimacie ukazał się ich pierwszy album o absurdalnie długim tytule, który wyspawnował 2 istotne hity - African & White i Christian - a był to rok 1982. Grupa zdążyła się wówczas rozrosnąć do tria (ale trzeci gość, Dave Reilly dołączył na bębny tylko na ten jeden krążek) i zyskać nieco rozgłosu, supportowali np. Toma Verlaine'a z Television. Zauważył ich John Peel i zaprosił do siebie. Ponagrywali kilka sesji, dołączył do nich Gazza Johnson na basie i Kevin Wilkinson (wiele lat później popełni samobójstwo) jako pałker i tak powstał ich drugi album, zdecydowanie ważniejszy od pierwszego i mocno hitowy - wyprodukował on ich największy hit ejtisowy, a więc Wishful Thinking. Band był wówczas czymś z pogranicza popu i nowej fali, raczej bardzo lajtowe granie, zupełnie inne od tego, co ja tutaj zapodaję. Nie utrzymali tego stylu zbyt długo zresztą z jednego prostego powodu - duży wpływ na ich kolejne dzieła miał Walter Becker, połowa duetu Steely Dan, który od trzeciej aż do piątej płyty China Crisis (piątej, a więc tej, którą wrzucam) był ich producentem. Bardzo było czuć zmianę w stylu granej muzyki, która robiła się odrobinkę bardziej "rockowa", ale bez przesady oczywiście. Po Diary of a Hollow Horse nastąpiło kilka lat przerwy i nagle ukazał się album Warped By Success, który właściwie został nagrany już wyłącznie przez duet Daly-Lundon (zresztą, myślałem, czy właśnie tegoż nie wstawić, albo któregoś z dwóch pierwszych). A potem cisza, aż do 2015 roku i fantastycznego Autumn in the Neighbourhood (to też chciałem wstawić xD; musi Wam wystarczyć utworowa).

Ja poznałem China Crisis w 2005 roku, czyli tym "przełomowym" muzycznie dla mnie, kiedy zacząłem chłonąć ejtisy na potęgę. Zaczęło się od tego, kiedy zobaczyłem na MTV Classic wideo do... no właśnie, po dziś dzień nie pamiętam, co to była za piosenka, choć znam ich niemal kompletną dyskografię xD Jak to możliwe? Fragment teledysku, który pamiętam, wskazuje na Wishful Thinking - ale muzyka w mojej głowie się nie zgadza. Prawdopodobnie mózg robi sobie ze mnie jaja, no ale nic na to już nie poradzę. Warto zauważyć, że poza Depeche Mode czy Simple Minds (względnie Alphaville i ELO), to ja wtedy - a więc jesienią 2005 - nie poznawałem innych wykonawców albumami, a pojedynczymi utworami. Wyjątkiem z tamtego czasu były Disintegration The Cure, oraz druga płyta China Crisis - Working With Fire and Steel (a więc właśnie ta z Wishful Thinking). Przepadłem w niej strasznie, takich new-wave-like-pop bardzo mi się wtedy podobał (kogo ja próbuję oszukać, wciąż mi się podoba). Z jakichś powodów wkrótce potem w moje ręce wpadła bestka CC, która chyba była samoróbką - większość numerów na tejże było piosenkami z Warped By Success. Dało się zauważyć przepaść (choć nie taką znów dużą) w formie, ale wciąż mnie to kupiło. Z Dziennika Pustego Konia znałem wówczas tylko 2 albo 3 piosenki. Po czasie zasysałem więcej, ale nie przychodziło mi do głowy posłuchać całości jako całości. Aż do mniej więcej 2012 roku, kiedy - już w Warszawie mieszkając - postanowiłem się wybrać z tym albumem na wczesnojesienny spacer. Ale no... nie kliknęło wtedy. Wolałem słuchać hipsterskich rzeczy w stylu Blouse czy tam Wild Nothing. To jeszcze nie był ten setting, to jeszcze nie był ten czas. Kiedy nadszedł TEN czas?

3 lata później, jesienią 2015. Tak, to TA jesień, ta REMBERTOWSKA jesień, las, piękna pogoda, choć jesienny chłód, dobra muzyka i mieszkanie de facto w pojedynkę (choć de iure już nie). Raz, że postanowiłem wtedy wrócić do China Crisis choćby z tego powodu, że udało mi się zassać ich najnowszy album, który ukazał się wówczas 3 miesiące wcześniej (a więc wspominane już Autumn in the Neighbourhood), to jeszcze jorgnąłem się, że w 2013 ukazała się reedycja Diary of a Hollow Horse w wersji deluxe, z drugim krążkiem wypakowanym bonusami. Jak się jeszcze do tego dołoży fakt, że w 2015 wypadała dokładnie okrągła, dziesiąta rocznica mojego Wielkiego Odkrywania Muzyki<TM>, to już w ogóle hype na pełnej. A więc zassałem Dzienniki Rozszerzone, do tego ten nowy, no i łaziłem po Rembertowie (po innych częściach Warszawy też) i słuchałem. Słuchałem dużo, i to był ten właściwy setting, to był ten właściwy czas. Wikipedia opisuje styl tej płyty jako art rock. Jeśli porównać to do Roxy Music chociażby (tego późniejszego), to tego typu łatka nie wytrzymuje konfrontacji. Dla mnie to po prostu solidnie zrealizowany pop. Ale w jakim stylu! To zdecydowanie najbardziej dojrzała produkcja China Crisis, Becker na pewno pomógł. Ciekawe, że w ostatniej chwili podmieniono na płycie trzy numery - oryginalnie wyprodukował je Becker, ale Virgin wolało wersje Mike'a Thorne'a (które, moim skromnym zdaniem, są lepsze, bardziej "powerful", dobre na single, zresztą jako takie się ukazały). Niestety, wytwórnia olała kompletnie (z jakichś powodów) promocję albumu i ten przepadł na listach. Szkoda, bo moim zdaniem jest fantastyczny - od otwierającego go St. Saviour Square, będącego ciekawym komentarzem społecznym (w pewnym uproszczeniu), przez niesamowicie chillowe Stranger By Nature, rozczulające Sweet Charity in Adoration, filmowe In Northern Skies i przebojowe All My Prayers, aż po gorzkie w brzmieniu Age Old Need (jak dla mnie mogliby na tym skończyć album, ale wersja CD ma jeszcze jeden numer, który jednak średnio mi się podoba). Generalnie... jesienne złoto w całej okazałości.

China Crisis, jak już wspomniałem, od 2015 roku występują tylko na żywo, już nic nie nagrywają (choć podobno przymiarki były). Szkoda, bo o ile wiele grup z ejtisów, które jakoś jeszcze tam podlazło pod lata 90. po wieeelu latach wypuszczało w ramach Wielkich Comebacków<TM> straszne guano, tak Daly i Lundon zrobili naprawdę świetny album, który zresztą został w całości zcrowdfundowany. Gdy się ukazał nie mogłem tego przegapić (tylko długo szukałem go w necie) i zachwyciłem się tymi gośćmi na nowo. Tak więc lata 2005 i 2015 zostały dla mnie China Crisis wręcz naznaczone. Jak będzie z rokiem 2025? A wiecie, że ten album ma właściwie tyle lat, co ja? xD

https://youtube.com/playlist?list=OLAK5 ... YCprx5Aj1s

PS. Z jakichś powodów otwieracz jest z teledyskiem (który, nota bene, premierę miał dopiero na YT, albowiem choć powstał on wraz z albumem w roku 1989, to Virgin nigdy go nie wypuściło lol), ta wersja ma 30 sekund utworu mniej, ale myślę, że to do przeżycia. Względnie można zobaczyć osobno (na drugiej playliście, wrzuconej przez jakiegoś randoma, w ogóle nie ma otwieracza) i wciąż się zachwycać.
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13775
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 26 wrz 2023 20:29

China Crisis - Diary of a Hollow Horse

Nasz forumowy kolega niezwykle palił się by otworzyć kolejkę jesienną swoim następnym albumem, byłem zatem przygotowany na coś naprawdę ekstra. Moje obawy pojawiły się kiedy zobaczyłem że ma to być pop z końca lat 80., to taka era która moim zdaniem lepiej wypadała w one hit wonderach niż konkretnych albumach. Pełen obaw ale zaciekawiony odpaliłem album jakoś wkrótce po tym jak go dev wrzucił, a od tamtej pory odpaliłem jeszcze kilka razy...

Saint Saviour Square to dość typowy pop-rock przełomu dekad, no bardziej ejtisami trąci w sumie niż latami 90. Bardzo lekka produkcja, lekka perkusja, chwilami zalatująca klasyczną ejtisową klapą od kibla. Gospelowe chórki w tym numerze mnie drażnią. Wkurza mnie niemożebnie to jak wokalista śpiewa SEJnt SEEJJJwio skłer, to jego akcentowanie jest okropne.
Stranger By Nature skręca bardziej w sophisti-popowe rejony (z grubsza ten album tak się buja od pop-rocku do tego sophisti-popu znaczonego smooth jazzowymi zagrywkami na dęciakach lub klawiszach). Jest bardziej chillowo niż przebojowo, spoiler, te klimaty będą mi bardziej wchodziły na albumie. Do tego saksu jakąś słabość mam, jest w tym vaporwave value. Trzeci numer na płycie jest w swym klimacie taki pomiędzy tymi dwoma pierwszymi numerami. Kiedy wchodzi refren odczuwam nagle mega vibe jakby to było XTC z Nonsuch - spoiler - to wrażenie będzie mi towarzyszyć przy paru innych numerach, tu chyba jakoś za sprawą wokalu, zwłaszcza gdy zaczynając refren wchodzi to pierwsze SWEEET.
Day After Day wraca w te chillowe smooth jazzem pachnące rejony, tym razem za sprawą klawiszy. Znów wyrazistszy akcent na wokalu gdy wchodzi DEJ, potem jeszcze grają takie klawisze/organy jakby i to też mi przypomina nieco Nonsuch. Co do panującego na płycie klimatu - jest lekko ale pasuje mi to na jesień tylko tą właśnie wczesną, złotą czy też kolorową i przyjemną a nie szaroburą i zimną. Znów saksofon nadający lekką nutkę melancholii. Wchodzi tytułowy numer i mamy tu taką fajną zagrywkę na gitarze, ogólnie melodia taka "rwana", nieco funky, przyjemna odmiana po takich bardziej zwyczajnych popowych numerach. Klawisze nieco cukierkowe, o i znowu... saksofon, heh. Ogólnie teraz (przy bagatela... 5 odsłuchu bodajże) numer wychodzi na prowadzenie gdyż... w końcu coś zaczyna chwytać, do tej pory wszystko mi się zlewało a w każdym razie nic nie zostawało w pamięci. Red Letter Day brzmi dla mnie totalnie jak coś z Nonsuch tyle że... coś czego bym nie lubił. Wkurza mnie znów maniera śpiewania, tym razem te wokalne przyspieszenia mi nie robią. I znowu chórki, ugh, Musiał zlituj się, ile tego sera można. In Northern Skies... wchodzi refren i ja na wokalu znów słyszę... Nonsuch, WTF. Singing The Praises itd. po prostu jest ale niczym się nie wyróżnia jakoś szczególnie, no ma damskie chórki z kolei ale nie robią mi one ale też nie straszą. Wchodzi All My Prayers... i zaczyna się od tych cringe'owych męskich chórków, słodki devu, niedobrze, od pierwszej nutki jestem na nie i jakoś I CAN'T SHAKE THIS FEELING. Age Old Need czyli pierwotny zamykacz płyty faktycznie brzmi jak klasyczny zamykacz - numer o brzmieniu odmiennym od reszty płyty który z braku laku upchnięto na końcu, hy. To jakby ballada wzbogacona o wojskowo brzmiące werble. Bardzo dziwny jest to utwór jak dla mnie, te klawisze/organy pod koniec najlepiej tu wchodzą. Kompaktowo bonusowy Back Home to kolejny żwawszy pop rockowy numer... w dziejach muzyki (sorry, nie znalazłem bardziej oryginalnego określenia na ten numer ;( faktycznie zbędny bonus).

Trochę inny był ten album niż się spodziewałem, przynajmniej pod kątem brzmienia bo celowałem bardziej w skojarzenia z wrzutami Stinga i a-ha bardziej a tu więcej patrzyłem w stronę Nonsuch czego się nie spodziewałem a jednocześnie songwritersko w ogóle mnie tu nic nie chwytało pomimo 4 odsłuchów z hakiem. Serio, te numery są dla mnie tak generic, spływały po mnie obojętnie mocno. Ostatecznie na plus wyhylił się na ostatniej prostej utwór tytułowy ale czy będę o nim pamiętał za miesiąc czasu - nie wiem. Męczyłem się z tą płytą coś jak z Alphaville wiosną, jak kocham lata 80. tak Musiał skutecznie mi je swoimi albumami obrzydza, tu ma powiedzmy usprawiedliwienie tego typu że z przełomu 80s/90s mam wrażenie trudno wyciągnąć albumy warte uwagi na całej długości, mało co jest Violatorem czy Achtung Babym, zwłaszcza jeśli zamiast wyznaczać nowe trendy doi wymierające wtedy trendy w muzyce. Jest tu lekkość i pastelowy róż wszechobecny ale jak dla mnie - nie ma tu dobrych numerów po prostu.

P.S.

Zapomniałem dodać że okładka wygląda jakby AI miało wygenerować jakaś okładkę The Cure, koleś po środku z tą pozą wygląda jak Szmit, rozciągnięte postacie jak z klipu do Just Like Heaven a czcionka u góry też w ich stylu jak jakieś Head On The Door czy coś :P
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 28 wrz 2023 12:46

China Crisis – Diary of a Hollow Horse

China Crisis poznałem w 2017 r., kiedy Dev podrzucił mi ich album „Working With Fire and Steel” w ramach naszej wymiany muzycznej. Miałem wtedy crisis, bo mi ta płyta mocno nie podeszła, ilości ejtisowej tandety jakie się z niej wylewały, wybiły poza skalę i bardzo trudno mi było się przebić przez tamte piosenki. Byłem wtedy z Musiałem szczery, że to słaby album i tworzy wrażenie słabego zespołu. W reakcji na to, po dwóch latach, również w ramach naszej wymiany, Dev zaproponował kolejny album China Crisis xD Ale, stała się rzecz niesłychana, bo to nie był zły album. Tak się składa, że to był właśnie „Diary of a Hollow Horse”. Wchodzę zatem do tej samej rzeki (nie pierwszy raz w przypadku Musiała), ale nie do końca, bo niewiele pamiętałem z tego albumu. Różnica jest olbrzymia. „Working With Fire...” to był dosyć tandeciarski synth, ale minęło jednak 6 lat i zespół się zmienił. „Diary of Hollow Horse” ma zdecydowanie więcej wspólnego ze środkowym Talk Talk, późnym Roxy Music, czy innymi zespołami art rockowymi. Jest organicznie i lekko, może czasami wkradają się pewne ślady tandety (zwłaszcza w klawiszach), ale są to tylko ślady, a nie całe bazowe brzmienie.

„St. Saviour Square” brzmi legitnie w wersji Waltera Beckera, ale na albumie zamieszczono wersję, która brzmi trochę gorzej. Wkrada się tutaj ta taniocha, za którą nie lubiłem wcześniejszego wcielenia China Crisis, zwłaszcza klawisze zostały zrujnowane typowym ejtisowym, jarmarcznym brzmieniem. Nie byłem do końca przekonany do tego kawałka póki nie usłyszałem oryginalnego miksu na wersji rozszerzonej płyty, okazało się, że jest naprawdę dobry. Wiem o co Musiałowi chodzi z tym powerem wersji singlowej, ale IMO zbyt wiele kompromisów poszło z tym w parze.

„Stranger by Nature” uderzyło mnie od razu tym, że to nie jest to samo China Crisis, co w 1983 r. Numer jest fenomenalny, ma klimat ballad Prince’a i to sax solo na końcu mogłoby trwać w nieskończoność (czy istnieje wersja extended?). Murzyn zaznajomił mnie z terminem sophisti-pop jeszcze podczas rozmowy na fejsie, i w sumie brzmi to w ten sposób, ale też odnoszę wrażenie, że namnożyło się potwornie dużo fikuśnych z nazwy łatek, które znaczą zasadniczo to samo. W każdym razie, kawałek jest świetny.

W „Sweet Charity of Adoration” wokalista, Gary Daly, pobrzmiewa niczym Roland Orzabal połączony z wczesnym Davidem Sylvianem. Sam kawałek ma też lekki vibe Tears for Fears i mi się to podoba. Świetna jest gitara w tym utworze oraz wokale, o czym będę jeszcze niejednokrotnie pisał, albowiem Gary Daly to facet nie tylko mający dobry głos, ale bardzo duży talent i wyczucie melodii.

„Day After Day” wraca trochę do klimatów „Stranger by Nature” ale w trochę lżejszej formie. Znowu pojawia się saksik i jest super. Podoba mi się też ten rytm i basik ala „Everybody Wants to Rule the World”. Mam słabość do tych organicznych, późnych ejtisów w popie. Nadal wszystko tonie w reverbie, ale jednocześnie ma niepowtarzalny urok. Refren znowu trąci trochę TFF, ale oczywiście to u mnie zawsze będzie na plus. Najmilsze i najbardziej wyraźne skojarzenie to jednak XTC. Gary Daly śpiewa nawet dokładnie w stylu Andy’ego Partridge’a.

„Diary of a Hollow Horse” ma w sumie również zbliżony klimat, zresztą znowu pojawia się tez sax i to na dłużej. Bardzo lajtowe brzmienie, bardzo lajtowe piosenki. Vibe kojarzy mi się z „Brilliant Trees” Sylviana, chociaż to nie do końca to samo. Powiem nawet, że ten album byłby jednak lepszy na wiosnę, ale teraz też wchodzi ok. Jak zwykle na tej płycie, melodie wokalu robią robotę, ale piosenka sama w sobie też jest świetna. Wersja akustyczna z deluxa jest świetna, podobnie jak akustyczne demo, i chyba najlepiej pokazuje jakimi dobrymi piosenkopisarzami byli ci panowie.

„Red Letter Day” trochę podkręca tempo (ale lekko). To mój ulubiony utwór na albumie. Wokalista brzmi momentami jak Anthony Kiedis, kiedy tak szybko wypluwa zwrotki xD Pre-chorus, chyba i refren są świetne, w takich chwilach wypływa songwriterski geniusz tych facetów. Zajebisty kawałek, który przypomina mi odrobinę intro jednego numeru Fishmans.

https://youtu.be/goRV4EwT7Ko?list=PL_Gj ... a9Cnvwa00-

W tym wypadku, podobają mi się oba miksy. Słychać, że Mike Thorne był mocno zasiedziały w typowo ejtisowych zabiegach, więc u niego klapa od sracza wali zdrowo, a w wersji Beckera nie. Ta druga wydaje mi się nieco bardziej ponadczasowa, ALE singlowy mix ma swój niepowtarzalny urok, który mi się podoba. Myślę, że w tej wersji kawałek brzmi jednak bardziej kompletnie, zatem gdybym miał koniecznie wybrać jeden, to chyba postawiłbym na Thorne’a. Jest jeszcze jedna wersja z deluxa, która podpisana jest „Bazilington DJ Vibe Mix”. Spodziewałem się jakiegoś klubowego szajsu, a tu się okazuje, że to jest bardzo wierny i subtelny mix/edit wersji singlowej. Demo też jest super, ma takie fajne pady, których nie ma w żadnej innej wersji. W każdym razie, uwielbiam ten numer, jest piękny.

„In Northern Skies” kojarzy mi się z wieloma rzeczami, to takie ejtisy, które lubię, ale co najważniejsze, pod spodem naprawdę dobra piosenka. Bas brzmi jakby to Mick Karn był na feacie. Fajne pianino, wokal i vibe. Zajebiste zakończenie. Po raz kolejny na tym albumie uderza mnie jaki talent do pisania melodii wokalu ma Gary Daly. Facet mógłby te numery śpiewać acapella i byśmy wszyscy potrafili je zanucić.

„Singing the Praises of Finer Things” przyjemne i ogólnie podoba mi się ten luźny klimat, ale momentami numer przynudza, bo już panowie China Crisis zaczynają się lekko powtarzać. W tle chórki jakby to było jakieś „Time” Pink Floyd. Utwór ok, ale lepiej wypada pojedynczo, może po prostu słabo go umiejscowiono w trackliście. Aura jaką ten kawałek tworzy jest bardzo letnia, ale jednocześnie mam wrażenie, że mogłaby pasować w każdych okolicznościach, taki paradoks.

„All My Prayers” uderza fenomenalnym wokalem od samego początku. Muzycznie, mam skojarzenia z Mike & The Mechanics, którzy też specjalizowali się w tego typu zagrywkach gitarowych i łączeniu tego z klawiszami. Ok, może te klawisze czasami za bardzo zalatują festynem, ale jestem w stanie to wybaczyć, a nawet słuchać z przyjemnością. Mix Beckera trochę mniej ejtisowy, ale też trochę suchy, więc ostatecznie skłaniam się bardzo delikatnie w stronę Thorne’a.

„Age Old Need” zrywa z lekką atmosferą albumu, żeby nas wygonić na jakiś plac manewrowy dla wojskowych. Lekko przyciężkawa atmosfera, która dziwnie komponuje się z krystalicznie czysta produkcją. Utwór jest dobry, ale bardzo mocno wytrąca z atmosfery, która była kreowana przez praktycznie cały album. Dziwne, ale na swój sposób fajne są te fragmenty lunaparkowe.

„Back Home” imo jest dobrym zakończeniem, nawet jeśli nim faktycznie nie jest. IMO lepiej to wypada kiedy album finiszuje w bardziej pogodnej, lekkiej atmosferze, niż wojskowym marszu z poprzedniego utworu. No i piosenka jest bardzo dobra.

Kiedy zobaczyłem China Crisis we wrzucie to instynktownie się wystraszyłem, ale zapomniałem po prostu jak dobry był ten album, w porównaniu do tego drugiego, którego słuchałem (a może i tamten teraz by lepiej wszedł, myślę, że warto sprawdzić). I to taki dobry, dobry. Zaryzykuję stwierdzenie, że to ejtisowa płyta nagrana przez ludzi zmęczonych ejtisami. Jest niezaprzeczalnie ejtisowa, ale jednocześnie ciągnie w innym kierunku, który mi osobiście pasuje. Musiał pisze, że „Diary of a Hollow Horse” nie wytrzymuje porównania z zespołami art rockowymi, ale zależy tez do czego porównujemy, jeżeli jest to od razu „Avalon”, czy „The Colour of Spring”, to faktycznie może to się wydawać na wyrost, ale tych bandów było sporo i wszystkie były jednak w dużej mierze popowe. Nie mam problemu, żeby uznać ten album za art rockowy, bo zwyczajnie ta łata najlepiej do niego pasuje i oczywiste skojarzenia jedynie to podkreślają. Jest tu sporo XTC, czego nie słyszałem od razu, ale w pewnym momencie stało się to po prostu oczywiste. Piosenki są fantastyczne, mają piękne i mocno wkręcające się w głowę refreny, wykonanie, mimo że czasami trąci plastikiem, jest doskonałe. Album naprawdę wybitny w swojej dziedzinie. Plot twist: pomimo obaw, jest to jedna z najlepszych wrzut Musiała w tym temacie.
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 30 wrz 2023 20:38

Słucham kolejny raz i nie jestem w stanie zebrać się do pisania. Wracam tu jutro w nocy lub w poniedziałek.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13775
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 01 paź 2023 20:47

To ja przypomnę tylko że już 10 dni jedziemy China Crisis, pobudka
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
Hien
Posty: 24613
Rejestracja: 14 maja 2006 22:37
Lokalizacja: Sam's Town

Post 01 paź 2023 20:58

W końcu trudny album lol
"Idę spać bo nienawidzę ludzi" - Murzyn
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 01 paź 2023 21:43

Ja jutro pewnie bede gotów
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
3/5
Awatar użytkownika
Dragon
Posty: 10300
Rejestracja: 18 lip 2013 12:07
Ulubiony utwór: Sexy Doll
Lokalizacja: woj. wałbrzyskie

Post 02 paź 2023 02:17

nie tyle trudny co nud-
co

China Crisis - Diary of a Hollow Horse (1989)

No nie znałem tego zespołu, co tu dużo kryć. Czytam sobie opis by AM i odnoszę wrażenie, że to taki drugo-, trzecioligowy klasyk. Niby wcale nie najpopularniejsze granie, ale przez lata pojawia się w różnych MTV Classic, VH1 czy Stars.TV... bo pewnie dalej można trafić, tylko że mnie się nie udało. Kolega Adrian proponuje, cóż z tego wyniknęło? Recka mocno rozłożona w czasie. Nie było tak łatwo. Oczywiście niżej piszę o przyczynach, ale liczyłem na to, że za ostatnim podejściem będzie wreszcie na plus. Dziesięć dni to dużo, jednak gdy trafiasz na dość nudny materiał, który wręcz zniechęca do powrotów, no to mamy problem. Nie można zapominać, że przecież jest tyle zmiennych dookoła wpływających na odbiór Rzeczy. Czasem godzinkę z łopatologicznym techno wciągnę bez popity, a bywa i tak, że miesiąc męczę się z jakimś artystowskim graniem. W przeciwieństwie do takiego Nonsuch jednak od samego początku znalazłem tu coś dla siebie. Dalsza gra toczyła się o to, czy będzie z tego jeszcze więcej smaczków na przyszłość. Wspominana płyta XTC to całkiem dobry przykład, choć ostatecznie uporałem się (wtedy z nią) szybciej. Zadanie wykonane, niby miałem do czegoś wracać... guzik z pętelką. Od tamtej pory zero odsłuchów. Tutaj punktem zaczepienia okazał się... zostańcie do końca, hehhe

Jedenaście utworów, a mam wrażenie, że jest ich znacznie więcej. Przy bardzo uważnym i metodycznym odsłuchu to zawsze znika, ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten, komu wcale nie zdarzają się mniej uważne kontakty z muzyką. To niemożliwie zawsze słuchać z skupieniu lub traktować lecące dźwięki wokół jako mniej lub bardziej angażującego muzaka. No cóż. Zawsze warto liczyć na pozytywnie otwarcie? Hamuj się kolego, ten tego. To nie tutaj. Ten opener jest przeciętny i to strasznie. Cheesy klawisze jak z soundtracków Tangerine Dream z epoki. W ogóle SSS przypomina jakiś główny motyw z zapomnianego amerykańskiego serialu. Jeśli tej muzyce należy się porównanie z Roxy Music, to służę uprzejmie, tylko nie wiem, czy robię słusznie. Gdyby jakimś cudem ten zespół dalej wydawał płyty i po pewnym czasie zaczęli lecieć na produkcyjnym automacie średniej jakości, to właśnie tak by brzmieli. Tło bez życia zdominowane przez klapę od kibla. Utopione w miksie wokale. Kolejne odsłuchy cierpiały za sprawą tego nieszczęsnego pierwszego wrażenia, ale do teraz St Saviour Square to kicha. Niczego nie zapowiada, a już na pewnego żadnych dobrości. Nie róbcie w ten sposób komentarzy społecznych, bo potem muszę je mimowolnie zignorować. Płyta nie jest szybka, nie atakuje dźwiękami. Wjeżdża Stranger by Nature, brzmi jak doskonały materiał dla vapor nerdów rozkochanych w rozciąganiu klasyków oraz traktowaniu ich pogłosem. Znacznie lepszy niż poprzednik. Przyjemny, lekko serowy rockowy muzak. Obowiązkowy zestaw instrumentów z saksofonem na czele. Witamy ejtisy jednocześnie żegnając je. Ja bym zrobił z tej płyty samograj w jakimś growym uniwersum oddającym hołd tamtym czasom. Nawet można ją solidnie przemieszać. Sweet Charity in Adoration wyróżnia się wysokimi ozdobnikami na wokalu. Refren trochę za bardzo kiczowaty przelatuje przez uszy, choć te flety cicho przygrywające w tle ratują sprawę. Day After Day najmocniej przypomina coś w stylu Spandau Ballet. Początek przykuwa uwagę od samego początku zabawy w China Crisis. Potem jednak ewoluuje znowu w kolejną wariację grania na to samo kopyto. Barowa barwa organów, obowiązkowo obecny saksofon, punktowe zagrywki gitarowe i ten rozpasany wokal. Nieźle się słucha bez większej uwagi, w tym tkwi podstawowy problem. Z tą niezbyt mocarną solówką na saksie kawałek zmierza donikąd. Kenny G to mistrz kiczu, Tangerine Dream potrafili wyeksponować przynajmniej melodię, tutaj wszystko po trochu i wychodzi średnio. Tytułowy kawałek. Zaczynają się smocze fikołki, bo tutaj dla odmiany ta kameralna, lekko tylko tajemnicza, oniryczna atmosfera wreszcie działa. Nawet w saksofonie więcej życia. Szkoda, że panowie zrobili absolutnie WSZYSTKO na jedno kopyto... choć czasem wyszło satysfakcjonująco. Przyjemna użyta elektronika. Wreszcie szczerze powiem: jestem na tak. Red Letter Day, czyli klasycznie przełamanie nastroju. Nawet w tak ciepłej, zwartej produkcji to się udało. Całkiem wyrazista perka i charakterna gitara robią to coś. No proszę, można tu znaleźć coś naprawdę w porządku! Ta pościelowa symfonia odbywająca się później też mi pasuje. Dwa dobre kawałki po sobie, a to ci heca.

In Northern Skies zaczyna z kolejną strasznie tandetnym brzmieniem. Tu już za bardzo przypominają jakieś Jauntix czy Mefis, ała. Dlatego w przypadku tej płyty nie warto zwracać uwagę na wszystko zbyt dokładnie. Paskudne klawisze kontrastują z jednym z lepszym refrenów. Przyjemne to lekkie narastanie. Nie kumam czemu akurat tutaj idzie instrumentalne outro. Równie dobrze należałoby się pozostałym. Singing The Praises. Zespół czuje, że trzeba wreszcie coś urozmaicić... no to przez jakieś 20 sekund mamy wyraźną zmianę, a potem wracamy do strefy komfortu. Znów bardziej nudy niż cokolwiek na przyszłość. Bas szybko tonie, ginie wręc w towarzystwie tych samych elementów co zawsze. Nie wiem, w większości przypadków poza refrenami właściwie nie umiałbym wskazać, który utwór jest który (kto jest synem kogo). Później ten serowy gospel, nie czaję kompletnie o co chodzi. Emocjonalny constans trwa w najlepsze. W All My Prayers wpadamy z zaskoczenia, wciągnięci już jakby w trwający kawałek. Chyba nie chodziło o to, by spróbować obudzić słuchacza... Wszystko wyraźnie wysunięte do przodu, że poza paroma chwilami właściwie brak tutaj jakichkolwiek serowych elektronicznych ozdobników. Klapa robi swoje, gitarowa zagęszczona zawiesina i wiele ścieżek wokalnych? Obecne, zwarte i gotowe. Tylko na początku zwrotek ciekawe są wokale, potem znów to samo. Jak tu nie odnieść wrażenia, że całość ciągnie się niemożliwie. Age Old Need wyrażnie odbiega od reszty. Coś w stylu utworu ilustrującego jakąś scenę osadzoną w średniowiecznych realiach, gdzie na zamku dzieje się pewien dramat. Sztuka imitacji pełną gębą, dla mnie to wszystko brzmi jak zagrane na klawiszach. Nie jestem rzucony na kolana, ale przynajmniej wreszcie wydarzył się COŚ INNEGO, brawo. Teoretycznie to mógł być idealny zamykacz. Na szczęście China Crisis na sam koniec wypuściło perełkę. W ramach oczywistego kontrastu postanowiono na utwór budzący pozytywne wrażenie. Strzał w dziesiątkę, bo refren Back Home jest tak zaraźliwy, że to dzięki niemu w ogóle dawałem kolejne szanse całej Diary of a Hollow Horse. Po prostu bardziej urocze od reszty. Wreszcie wyróżniono co trzeba jak trzeba z całym dobrodziejstwem serowego inwentarza. Mała piękność. Oszczędne wokale w zwrotkach idealnie działają.

Wychodzi na to, że mimo paru prób w stosunku do całości raczej poległem. Całkiem niezłe jako kompletnie nieangażujący muzak. Dla tytułowego, Red Letter Day, a przede wszystkim Back Home warto szerzej otworzyć uszy. Jeśli trzeba było przebić się przez morze nudy nawet dla pojedynczych zdobyczy... zawsze warto. To też wartościowy aspekt bestki, ale nie warty gonitwy z czasem i zniechęceniem.
Awatar użytkownika
Malkolit
Posty: 6483
Rejestracja: 24 cze 2011 22:37
Ulubiony utwór: World in My Eyes
Lokalizacja: właściwa

Post 03 paź 2023 18:17

Po kolejnych odsłuchach sądzę, że wjadę z ChC jutro lub pojutrze.
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13775
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 03 paź 2023 19:03

Grubo w lesie jesteśmy tym razem
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
mintaj
Posty: 6842
Rejestracja: 18 maja 2010 20:22
Ulubiony utwór: No na pewno nie somebody
Lokalizacja: się biorą dzieci?

Post 05 paź 2023 00:42

China Crisis - Diary of a Hollow Horse

Nie wiem czy istnieje teoria, która zakłada, że im "łatwiej" się danej płyty słucha, tym trudniej o niej cokolwiek napisać. Jeśli jest, to spoko, a jeśli nie ma to chyba taką właśnie utworzę, bo mam podobny problem co kolega Robert, tj. za cholerę nie potrafię o tym albumie niczego konkretnego napisać. Zazwyczaj w takich momentach staram się uciekać w dywagację natury ogólnej, tj. pieprzę o tym, żę nie umiem pisać o muzyce i w ogóle, ale po prawdzie i to mi się znudziło, nie chce mi się o tym pisać, a i postawiłbym pewnie garść euro przeciwko garści łupin po orzechach, że nikomu z was nie chce się tego czytać.
Mój problem jednak ma nieco inne źródło, bo tej płyty słucha mi się dobrze, może nawet i bardzo dobrze, żadnych problemów z jej odbiorem nie miałem, nie potrzebowałem czasu ani diobeł wie ilu odsłuchów, by sie przekonywać. Wręcz przeciwnie - to są fajne, lekkie, przyjemne, bezpretensjonalne piosenki, ale jednocześnie też takie, o których ciężko napisać coś konkretnego. Przynajmniej mi.
Ja nie wiem, czy ta płyta to jest art rock, art pop, czy sophisticated jangle neointeligent pop, bo jeśli chodzi o pisanie o muzyce nie ma absolutnie gorszej i bardziej jałowej rzeczy, niż wszelkie dywagacje o łatkach, gatunkach i zaimkach (logicznym jest, że je prowadzę pisząc o tej płycie). Jakbym miał ją gdziekolwiek klasyfikować, to też bym uznał, że to kawał porządnego popu, po czym poszedł grać w CSa czy robić cokolwiek, co nie jest spacerem po Warszawie.
Chyba największym atutem tej płyty jest to, że jest po prostu równa. Nie dosłyszałem się tu rzeczy wielkich, być może nie dojrzałem do usłyszenia tutaj jakiegokolwiek arcydzieła, ale większość piosenek tutaj jeśli nie jest dobra, to chociaż niezła. A to już w sumie dużo, zwłaszcza w kontekście tej epoki. Generalnie to też podoba mi się to brzmienie, ta płyta po prostu przyjemnie sobie płynie, na jakimś tam odległym poziomie nawet bym się dopatrzył skojarzeń do The Smiths, ale to nawet nie tyle pod kątem specyficznego vibe'u, co przystępności i jakości kompozycji. O brzmieniu to napiszę tylko tyle, że słuchając tej płyty pluję sobie w brodę z tytułu faktu, iż cholernie słabo, tj. prawie wcale, nie znam Steely Dan.
Fragment, w którym omawiam kompozycje, zacznę od jednej z łyżek dziegciu. Jest nią otwierający płytę Saint Saviour Square - w zasadzie jedyna tutaj piosenka, która nie do końca u mnie zaskoczyła. No dobra, szczerze mówiąc - nie zaskoczyła u mnie wcale. Prosty, oklepany poprock, którego powstało w tamtej dekadzie na pęczki, niby na papierze wszystko tu gra, ale mnie to męczy, jakbym słuchał późnego Simple Minds wymieszanego z U2. Być może i był tu komentarz społeczny, nie wiem, nie znam się, w sumie nie wiem też co mnie to powinno obchodzić, jeśli muzyka do mnie nie trafia. xD Jeśli to takimi rzeczami ta płyta miała być promowana, to się nie dziwię, że to odpuszczono HYHY.
Na szczęście szybko pojawiają się rzeczy, których słucha mi się lepieje. Stranger By Nature brzmi bardzo SMOOTH, ten saksofon kojarzy mi się z czymś bardzo słodko-sentymentalnym. Tutaj akurat zadziałało u mnie to, że mam cholerną słabość do tego instrumentu i lubię nawet te rzeczy pokroju Lily Was Here czy innego Carrierless Wipler, więc słuchało mi się tego dobrze. Żadne arcydzieło, ale spoko rzecz. Jak coś to napisałem to tutaj, by nie powtarzać się razów sto pięćdziesiąt, i jak coś to mogę praktycznie to samo napisać o Sweet Charity And Adoration, które na dodatek ma bardzo cool chórki. Czegoś mi tu brakuje, jakiegoś takiego pieprzu, pierdolnięcia, czy czegoś w ten deseń w refrenie bym uznał, że to więcej niż niezła rzecz, ale jest git.
Day after Day kojarzy mi się, dość abstrakcyjnie, z Faith No More i myślę, że gdyby Patton był trochę mniej losowym wokalistą, to pewnie by na luzie ta piosenka mogła się znaleźć w ich dyskografii. Fajne organy i wraca tu saksofon i w sumie to nie wiem czy ja mogę chcieć wiele więcej. Diary of A Hollow Horse znowu jest skompowane tak, by trafić w moje zniewieściałe struny i jednak to robi - zupełnie mi nie przeszkadza to, że po linii najmniejszego oporu.
Red Letter Day to chyba jakiś hit, którego nie kojarzę, bo z jakichś przyczyn ma najwięcej odtworzeń z całej pyty na Spotify. Tutaj słyszę późne Led Zeppelin, ściślej trochę mi się to kojarzy z ichniejszym utworem pt. FOOL IN THE RAIN, tylko skrojonym pod radio w późnych ejtisach. Dobrze mi się to kojarzy i dobrze też tego słucha. In the nothern skies to w ogóle jest tak chwytliwe, że przekracza w ten sposób normy unijne, nie odmówię tej piosence swoistego uroku. Kolejna fajna, UROKLIWA piosenka.
Singing the Praises of Finer Things to raczej ten gorszy niż lepszy moment płyty. Się zgodzę z kolegą Jakubem, że ulokowany na tym miejscu tracklisty sprawia wrażenie czegoś mało oryginalnego, chociaż z Time bym tego nie skojarzył. Szczerze mówiąc, pierwsza minuta i końcówka do złudzenia mi się kojarzy z soundtrackiem do jakiejś gierki, ale nie mogę sobie przypomnieć jakiej. XD
Kol. Musiał uwzględnił w swojej notce dwa (przed)ostatnie tracki - nie rozumiem czemu akurat All My Prayers zasłużyło na tę nobilitację, dla mnie to taki kawałek trącący jakimś późnym Genesis, ale nie tym singlowym, tylko tym, co to zapychało ich ostatnie płyty z Collinsem. Pomijam, zapominam, CANCELUJĘ. Age Old Need jest juz ciekawsze, chociażby ze względu na tę zmianę klimatu - dla mnie to trochę trąci jakimś post-punkiem spod znaku Magazine. Wkracza tu jakaś melancholia, jakaś psychodela, których się nie spodziewałem i o które nie pytałem, ale cieszę się, że je dostałem. Trochę się czuję jakbym zamiast jednego z finałowych odcinków swojego ulubionego sitcomu pobrał Siódmą Pieczęć, ale nie przeszkadza mi to, ba, nawet i podoba.
Właściwie to mnie wkurza sam fakt, że na wersji CD cokolwiek się pojawiło i jestem tak uprzedzony do Back Home, że nie chce mi się tego słuchać, ale dałem szansę i cóż - no nie pasuje mi tutaj ni w ząb. Pewnie jakbym usłyszał je w innym miejscu lub wyrwane z kontekstu bym uznał, że spoko, albo, że ujdzie, tutaj po prostu jest dla mnie zbyt nijakie i po prostu niepotrzebne.
Nie wiem, nie słyszę tu JESIENI i nie powinienem chyba nawet za bardzo się odnosić do skojarzeń Porcupine Tree Adriana, bo to rzecz osobista co kiedy komu zaskoczy. Mnie się ta płyta "sezonowo" bardziej z wiosną/latem kojarzy, jeśli już musiałbym szukać takich odniesień. W każdym razie było nieźle, album z gatunku tych SOLIDNYCH, z małą ilością zapychaczy, a dużą rzetelnych kompozycji. RYM mi sugeruje, że to jedna z ich słabszych rzeczy z ejtisów, więc mam już jakiś cel w życiu na okres, w którym będę miał motywację do odkrywania nowej muzy, tj. zapoznanie się z jakimiś innymi rzeczami. Znaku jakości Q nie dam, ale w skali szkolnej dałbym mocne 7.

Dżizas, to ja nie jestem tu ostatni?
DEPESZWIZJA 117: edycja klubowa
PACZKA
3/5
Awatar użytkownika
stripped
Posty: 13775
Rejestracja: 09 wrz 2006 17:01
Ulubiony utwór: hajerlow

Post 05 paź 2023 09:42

shodan i Melki proszeni na metę tego ślamazarnego wyścigu z czasem
"Murzyn wielkim wezyrem był i jest" - munlup
Awatar użytkownika
shodan
Posty: 18314
Rejestracja: 04 lis 2007 14:18
Ulubiony utwór: Halo

Post 05 paź 2023 11:20

China Crisis - Diary of a Hollow Horse

Trochę się ociągałem z tym albumem. A to dlatego, ze męczyłem się z nim dosyć mocno, ale jak to mam w zwyczaju dawałem mu coraz to nowe szanse. Robiłem przerwy w słuchaniu mając nadzieję, że może następnym razem wreszcie zaskoczy. No niestety nie zaskoczyło jak trzeba. Nie chodzi o to, że płyta jest jakaś trudna w odbiorze czy coś. Wręcz przeciwnie – jest to album łatwy, prosty w odbiorze. Oczywiście wcale go to z tego powodu nie przekreśla, bo znam sporo prostej muzyki, która jednak działa jak należy. A czemu Diary of a Hollow Horse nie zaskoczyło u mnie? Jest kilka powodów.
Największą bolączką tego albumu jest jakość kompozycji. Muzyka powinna zainteresować słuchacza dobrymi melodiami, dobrym brzmieniem lub klimatem, a najlepiej tym wszystkim jednocześnie. Tutaj dobrych melodii z mojego punktu widzenia prawie nie ma. Po paru odsłuchach nie byłem wciąż w stanie czegokolwiek zapamiętać. Teraz oczywiście już większość utworów kojarzę, ale wciąż nie uważam, że to dobre kompozycje. Po prostu siłą rzeczy się do nich tylko przyzwyczaiłem. Skoro nie melodie, to może brzmienie? I tu też nie do końca. Bo chociaż są niezłe a nawet dobre momenty, to brzmienie tego albumu mi raczej też nie pasuje. Typowo eitisowe granie, które już przy pierwszym kontakcie odkrywa przed słuchaczem wszystkie karty. Nadal są amatorzy takiego brzmienia, ale ja po prostu już dosyć dawno z tego wyrosłem. Po prostu co innego mi w duszy gra. No to może klimat? No i sęk w tym, że klimat też mnie nie bierze. Jestem w stanie posłuchać tej muzyki i to bez grymasów, ale nie czuję żadnej ekscytacji. Wiem, że po zakończeniu tej kolejki zapomnę o tym albumie dosyć szybko. Właściwie ten album w paru miejscach dosyć mocno skojarzył mi się z Nonsuch od XTC. Do Nonsuch praktycznie wróciłem chyba tylko raz mimo, że tam kompozycyjnie było jednak dużo lepiej.
Nie będę opisywał kolejno każdego utworu, bo nie ma takiej potrzeby. Zazwyczaj to robię, gdy muzyka wzbudza we mnie jakieś konkretne emocje, wywołuje konkretne skojarzenia. Tutaj przelatuje mi ona beznamiętnie. Jest poprawnie, rzetelnie, ale jednak dosyć nijako. Wymienię może tylko kilka ciekawszych utworów, które mnie jakoś zainteresowały. Najlepszą piosenką wg mnie jest Age Old Need. Jest to utwór po prostu inny od pozostałych. Jest wreszcie konkretna melodia, jest klimat. To naprawdę jedyny utwór, który wywołuje u mnie jakieś emocje, który sprawia mi prawdziwą przyjemność. Dosyć dobry jest jeszcze Stranger by Nature, bo oferuje fajne brzmienie i niezłą melodię. Niezły jest też utwór tytułowy i Red Letter Day. W sumie Singing The Praises of Finer Things też jest ok. Reszta utworów jednak mocno przynudza. A najsłabszy z tej stawki jest o dziwo singlowy Saint Saviour Square.
Nie wspomniałem jeszcze o wokaliście. W sumie wokal nie jest zły, chociaż gość ma jednak dosyć specyficzny sposób śpiewania i pod koniec albumu można już czuć lekkie znużenie tym głosem.
Wygląda na to, że prawie tylko krytykuję ten album. A pisząc te wypociny słucham albumu po raz kolejny i w sumie stwierdzam, że ta muzyka nie jest jakaś zła. Parę utworów mi się nawet zakodowało w głowie i potrafię razem z zespołem już co nieco zanucić. Ale wciąż nie czuję z tą muzyką więzi. Pewna część mnie miałaby ochotę napisać, że to w sumie przyzwoity kawałek muzyki. Inna część mnie się jednak wzbrania twierdząc, że to po prostu album, jakich było wiele w historii muzyki. A skoro jest tyle innych ekscytujących albumów na świecie, tych odkrytych i tych jeszcze dla mnie nie odkrytych, to na przeciętniaków raczej szkoda czasu.