Pamiętam Coil z bestki utworowej. Był tam taki zwariowany utwór, który mi się podobał. Na tyle, że ściągnąłem cały album, z którego ów utwór pochodził. Przesłuchałem go raz i w sumie zapomniałem o nim, gdyż uznałem, że reszta albumu jednak znacząco odbiega od The first five minutes after death i średnio mi się podoba. The Ape of Naplet jest więc drugim kontaktem z Coil. Spodziewałem się dziwacznej muzyki, muzyki, do jakiej w sumie nie przywykłem za bardzo. I taką też otrzymałem. Pierwsze 3 odsłuchy były traumatycznym przeżyciem. Pomiędzy nimi robiłem sobie parodniowe przerwy nie mając po prostu ochoty wracać (a pierwszy odsłuch był na długo przed rozpoczęciem omawiania albumu). Po owym trzecim odsłuchu miałem już w głowie gotową recenzję, którą tylko w wolnej chwili miałem wstukać do kompa. Ja lubię w sumie mroczne klimaty, nawet jakieś dołujące, depresyjne. Ale album Coil wydał mi się jednak przegięty pod tym względem. A głównie za sprawą wokalisty. Bo nie chodziło mi wcale o warstwę dźwiękową, a wokalną właśnie. Pan Balance tak potwornie swoim zawodzeniem i smęceniem obrzydzał mi samą muzykę, że myślałem, iż nigdy nie będę w stanie tego przeskoczyć. Stwarzał aurę takiej kompletnej beznadziei, że człowiekowi aż odechciewało się po prostu żyć. I w sumie nadal to w pewnym stopniu podtrzymuję. Wokal jest najsłabszą rzeczą na tym albumie. Pamiętam jak kiedyś próbowałem muzyki polskiego zespołu Lunatic Soul. Tam wokalista stwarzał bardzo podobne wrażenie. Tak po prostu smęcił, że po 3-4 utworach dostawałem szału. Do tego same utwory były smętne, więc dałem sobie spokój z tym bandem. Gdybym sam z siebie próbował poznawać album The Ape of Naplet, to zapewne też bardzo szybko dałbym sobie z nim spokój. No ale to jest bestka i nie można odpuszczać za łatwo.
Kolejne odsłuchy powoli zaczęły wzbudzać moje zainteresowanie od strony brzmieniowej. Na tyle, że już nawet nauczyłem się przymykać oko na smętne wyczyny Balance’a. Kompozycje nawet bez wokalu same w sobie stanowią soundtrack do jakiegoś pogrzebu i tylko momentami aura się nieco zmienia. Zanim przejdę do omawiania utworów powiem, że generalnie album mi się podoba. Musiałem przełamać tę początkową niechęć, wyrwać się z tej atmosfery otępiającej beznadziei i spojrzeć na tę muzykę z trochę innej strony. Wokal nadal mnie wkurza i psuje mi nastrój, ale brzmieniowo jest interesująco. Zgadzam się też z przedmówcami, że to nie jest zbytnio album na obecną porę roku. W pochmurne dni listopada pasowałby bardziej.
Fire of the mind to niezłe otwarcie. Te dudy (czy też lira korbowa jak wyczytałem) fajnie brzmią. Utwór co prawda od początku do końca opiera się na tej samej zapętlonej melodii, ale na szczęście nie jest jakoś bardzo długi. To pierwszy utwór, więc nawet wokalista jeszcze tak nie męczy.
The last amethyst deceiver opiera się na kontrabasie lub czymś bardzo podobnym i to mnie od razy wzięło, bo uwielbiam to brzmienie. Fantastycznym instrumentem jest też marimba (choć dotychczas nie wiedziałem nawet, że to tak się nazywa). Do tego fajne zagrywki klawiszowe. Wolałbym naprawdę, żeby to był utwór instrumentalny. Bo już przy wokalu zapala mi się ostrzegawcza lampka. Ten gość ma naprawdę bardzo nieprzyjemny głos. No ale mimo wszystko jest dobrze, choć utwór jest prawdopodobnie sporo za długi.
Tattooed Man od początku kojarzy mi się z jakimś cyrkiem czy lunaparkiem. Ale nie takim dla dzieci, raczej jakimś z horroru, gdzie bilety sprzedawałby klaun z „It” Stephena Kinga. Ładna smutna melodia. Nawet Balance nieźle tym razem ciągnie tę melodię. Jest akordeon, co jest niewątpliwym plusem. Podoba mi się.
Tripe sun to zupełna zmiana klimatu. Jest wciąż niepokojąco, ale w inny sposób. Całkiem przyjemny instrumentalny (no prawie) przerywnik pomiędzy psycho circus a czeluściami piekła.
It’s In My Blood od początku budzi niepokój, który potem przeradzać się może nawet w strach. Hien pisze, że wyrósł z takich rzeczy i go to nie rusza. Mnie się podoba, bo nigdy podobnych rzeczy nie słuchałem. Trochę klimatycznie kojarzy mi się to z utworem Dragona od Diagnose Lebensgefahr. Muzycy z Coil chcieli tu pewnie wywołać u słuchaczy jakiś rodzaj szoku czy coś. Mnie to tam nie tyle szokuje, co po prostu podoba mi się warstwa dźwiękowa. Ten głęboki bas dochodzący z trzewi samego piekła. Dudniąca marszowo elektronika. Jak jakaś ogromna krocząca maszyneria nie do powstrzymania. Przypominają mi się moje senne koszmary z dzieciństwa. Miałem taki jeden sen, który wielokrotnie się powtarzał zawsze wywołując u mnie potworne przerażenie. Jakaś ogromna kula niezidentyfikowanej materii z przerażająco straszną nieludzką twarzą napierała na inną kulę, która pod tym naporem się cofała i kurczyła w przerażeniu. Ta zła kula była tak niewyobrażalnie wielka, była jakimś uosobnieniem wszelkiego zła i w tym śnie wiedziałem, że nic jej nie jest w stanie powstrzymać, że zaraz pożre cały świat reprezentowany niejako przez tę drugą tłamszoną kulę. Takie to miałem koszmarki w dzieciństwie, które pamiętam do dziś. Czułem wtedy zawsze tak niewyobrażalne uczucie beznadziei i strachu, że łkałem przez sen, aż przychodził któryś z rodziców mnie uspokajać. Ten utwór od razu skojarzył mi się z tym snem. Przywodzi podobne odczucia beznadziei. I gdybym słuchał tego jako dziecko, to na pewno bym się bał. Gdy Balance zaczyna krzyczeć i jęczeć jak jakiś potępieniec to przychodzi mi też do głowy mimowolnie obrazek, że stoję na krawędzi jakiejś czarnej niewyobrażalnie głębokiej dziury w ziemi, a z dołu dochodzą do mnie te dźwięki pochodzące niechybnie z czeluści piekieł. Balance zaś to potępieniec gotowany w smole przez jakiegoś diabła i wyje w potwornych mękach. No utwór wywołuje różne skojarzenia, ale przede wszystkim dobrze brzmi. Te różne klawiszowe wstawki są super. Niektóre brzmią bardzo znajomo (jak z gry Dark colony), inne jak zagrywka z czołówki jakiegoś programu tv. A smyczkowe momenty mogłyby nawet zaistnieć w soundtracku do Aliens. Myślę, że jakby wyciąć te wokalne popisy, to byłby naprawdę klimatyczny numer. Bo darcie japy przez Balanca choć tu pasuje, to jednocześnie powodować może u niektórych uczucie przegięcia. A warstwa instrumentalna jest bardzo interesująca.
I jeszcze jedno – jak nałożyłem słuchawki z tym utworem córce, to patrzyła się na mnie jak na wariata nie mogąc zrozumieć, czemu słucham takiej szatańskiej muzyki.
I Don’t Get It też mi się podoba. Znowu co prawda można by sobie darować „wokalne” wstawki, ale nie psują one jednak dobrego wrażenia. Ta muzyczka brzmi jak soundtrack z jakiejś starej przygodowo-horrorowej platformówki. Albo gry w stylu King Quest. Ten flet jest fantastyczny. W ogóle klimat tego utworu bardzo mi się podoba. Melodia fantastyczna. Klimat fantastyczny (ale tak, wyciąłbym jednak te wszystkie wokalne sample).
Heaven’s Blade to bardzo dobry elektroniczny utwór. Taki bardziej z tych mniej horrorzastych, choć mroczny klimacik nadal jest. Ale bardziej z jakichś filmów sci-fi z akcją osadzoną na ziemi ileś tam setek lat do przodu, gdzie samochody latają w powietrzu wśród drapaczy chmur. Bardzo dobra rzecz.
Cold cell też klimatyczne, choć powraca znowu mocno smęcący Balance. Brzmi to z jego wokalem, jak jakaś modlitwa. Z każdym utworem zastanawiam się, czemu ten album nie jest instrumentalny?
Teenage Lightning 2005 to kolejny dobry numer z zupełnie niepotrzebnym wokalem. Ten basowy syntezator świetny, marimba rewelacyjna. Fajne outro. Jeden z lepszych utworów.
Amber rain to znowu powrót do lunaparku, tyle że nie tak psychodelicznego, jak w Tattooed Man. Zapętlona muzyczka na klarnecie świetna. Super zagrywka na pianinie. Jest klimacik znowu i nawet Balance brzmi przystępnie. To znowu w wersji instrumentalnej mogłoby pogrywać w jakiejś starej gierce.
Going up to spokojne zakończenie płyty. Ładnie marimba pogrywa na drugim planie. Ciekawy gościnny wokal. Dobre zakończenie albumu.
Podsumowując – bardzo źle się rozpoczęła moja przygoda z tym albumem. Przytłaczał mnie smętny i dołujący wokal Balance’a. Ale wreszcie jak się trochę osłuchałem, to doceniłem klimat tej płyty, brzmienie, zastęp ciekawych instrumentów. Zaczęły przychodzić do głowy różne fajne skojarzenia w związku z niektórymi utworami. Po raz kolejny przebrnąłem przez niezliczone ilości kłód pod nogami, ale się opłaciło. Czy będę wracał? Pewnie tak. Przynajmniej od czasu do czasu, bo za często w takich ciężkich klimatach się nie da obracać. Myślę, że powroty byłyby znacznie częstsze, gdyby to była płyta instrumentalna. Tak wiem, że wciąż się powtarzam w temacie wokalu, ale to jest naprawdę jedyny poważny minus tego albumu.
Przesłuchałem ten album pisząc tę recenzję dwukrotnie, więc teraz dla odtrucia i nabrania odrobiny optymizmu idę posłuchać cieplutkiego, słonecznego i przyjemnego London Grammar.