dałem punkcik Sometimes, bo zawsze czekam na tę maciupeńką piosenkę i to przecudowne wsamplowane słowo na samiuśkim jej początku. tak naprawdę to traktuję ją jako przecudowne intro do IDMT, która równie bezecnie

mnie zniewala. poza tym ten "pakiet" obu nagrań to chyba jedyne miejsce w dyskografii, gdzie nie mierzi mnie ani odrobinę "mientki" głos martina - idealnie wkomponowuje się pomiędzy równo przystrzyżone nuty.
to IMHO najrówniejsza (obok Violatora) płyta DM i oczywiście najbardziej klimatyczna - zaczęła wszystko co najpiękniejsze w karierze depeszów i była wreszcie zdecydowanym krokiem do przodu, w górę. dm wydorośleli, a gore dojrzał do tworzenia rzeczy wielkich i ORYGINALNYCH - oto dali światu ogień i zaczęli nauczać swą muzyką. to pierwszy krążek z Wielkiej Trójcy, czyli MFTM i V. one wykrzyczały światu nazwę DM.
BTW: również nie wyobrażam sobie tej płyty bez Black Day na końcu - współczuję tym, którzy zanurzają się w nią z winylem na uszach. bo to taki BC-reprise, idealna klamra do otwierającego album intra.